All in. Tom II. Tatuaż z motylem - Emma Scott

Kup ebooka

38.00 zł
29.64 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PÓŁ ROKU PO PO­GRZE­BIE...

Bu­dzik za­dzwo­nił o szó­stej. Wy­cią­gną­łem rękę i go wy­łą­czy­łem. Przez chwilę czu­łem się do­brze. Wszystko było w po­rządku. Po­tem przy­po­mnia­łem so­bie, że Jo­naha już nie ma. Rze­czy­wi­stość opa­dła na moją pierś ni­czym ko­wa­dło.

Wes­tchną­łem, ga­piąc się w su­fit, aż prze­mi­nęła pierw­sza fala smutku, po czym od razu wy­sze­dłem spod koł­dry. Naj­lep­szą czę­ścią mo­jego dnia były trzy jego pierw­sze se­kundy. Kiedy mi­jały, od razu wsta­wa­łem i za­czy­na­łem dzia­łać. By­łem w ru­chu, ina­czej nie­prze­rwa­nie gnił­bym w łóżku, ję­cząc i skom­ląc na te­mat tego, czego nie mo­głem zmie­nić. Wsta­łem i wko­pa­łem koł­drę pod po­sła­nie.

Ci­chy głos w mo­jej gło­wie pod­po­wia­dał, że­bym po­sprzą­tał za­równo w po­koju, jak i we wła­snej gło­wie, za­nim wy­buchnę.

Jed­nak ra­dzi­łem so­bie bez tego. Wsta­wa­łem. Sze­dłem do pracy. Sta­ra­łem się naj­le­piej, jak umia­łem.

Rze­czy na si­łow­nię cze­kały obok łóżka, gdzie rzu­ci­łem je dzień wcze­śniej. Ubra­łem się, po­sze­dłem do kuchni na­pić się wody i wziąć ba­to­nik pro­te­inowy. Po­ranne słońce sku­piało się na usta­wio­nych na pa­ra­pe­cie szkla­nych przy­ci­skach do pa­pieru. To Jo­nah je zro­bił. W jed­nym znaj­do­wał się ocean. Wpa­da­jące do środka słońce spra­wiało wra­że­nie, jakby za­mknięty w środku eko­sys­tem był żywy. Ka­cey twier­dziła, że to jej ulu­biona kula. Kie­dyś po­wie­działa mi, że we­wnątrz musi być ci­cho. Spo­koj­nie. Mor­ska kom­po­zy­cja dała jej po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, gdy po raz pierw­szy obu­dziła się na ka­na­pie Jo­naha.

Spoj­rza­łem na kulę i po­czu­łem się przy­tło­czony. Uwię­ziony. Nie­zdolny do ru­chu, jak ta za­mknięta w jej wnę­trzu mor­ska scena.

Ja­dąc pick-upem na si­łow­nię, mi­ną­łem miesz­ka­nie Jo­naha, a trzy prze­cznice da­lej - miesz­ka­nie Ka­cey. Oba w tej chwili stały pu­ste. Oprócz szkla­nych przy­ci­sków do pa­pieru, które te­raz znaj­do­wały się na moim pa­ra­pe­cie, i od­ręcz­nie na­pi­sa­nego li­stu reszta ich rze­czy zna­la­zła się w ma­ga­zy­nie w pół­noc­nej czę­ści mia­sta.

Sta­jąc na czer­wo­nym świe­tle, wró­ci­łem my­ślami do czte­rech li­ni­jek li­stu Ka­cey, wi­dząc w nich jedną ze zwro­tek pio­senki. Za­raz póź­niej po­wi­nien na­stą­pić re­fren: "Za­wio­dłam Jo­naha...".

Z za­my­śle­nia wy­rwał mnie klak­son - świa­tło zmie­niło się na zie­lone. Wci­sną­łem gaz, opony za­pisz­czały, po czym zmu­si­łem się, by wy­lu­zo­wać, nim się gdzieś roz­biję.

Na si­łowni pod­no­si­łem cię­żary, aż po­czu­łem pie­cze­nie w mię­śniach, a pot za­le­wał mi twarz. Ro­bi­łem przy­siady, aż zro­biło mi się nie­do­brze. Na­stęp­nie za­rzu­ci­łem sztangę na ra­miona i zro­bi­łem jesz­cze wię­cej przy­sia­dów, aż nogi za­częły mi drżeć.

Ćwi­czy­łem przez bite dwie go­dziny, pró­bu­jąc wy­po­cić po­grze­bane we wnę­trzu uczu­cia. Wy­sze­dłem wy­czer­pany. Pra­gną­łem się prze­spać - ostat­nio nie sy­pia­łem zbyt do­brze, jed­nak od­po­czy­nek nie był moją ru­tyną.

Wzią­łem prysz­nic, wło­ży­łem dżinsy, T-shirt i wró­ci­łem do domu przy­go­to­wać so­bie lunch. Usia­dłem na ku­chen­nym bla­cie i otwo­rzy­łem pod­ręcz­nik pro­wa­dze­nia ma­łego biz­nesu. Po le­wej po­ło­ży­łem ka­napkę z jaj­kiem, bocz­kiem i po­mi­do­rem, po pra­wej lap­top. Zbli­żały się eg­za­miny, za­gad­nie­nia po­dat­kowe da­wały mi w kość.

Po trzy­go­dzin­nej na­uce po­czu­łem się nieco le­piej. Przy­naj­mniej uspo­ko­iłem się w kwe­stii eg­za­mi­nów. Za­mkną­łem książki, lap­top i scho­wa­łem wszystko do szu­flady, w ra­zie gdyby wpa­dli do mnie Dena i Oscar. Za­sy­py­wali mnie py­ta­niami o po­wrót na uczel­nię, abym do­koń­czył stu­dia z za­rzą­dza­nia biz­ne­so­wego na Uni­wer­sy­te­cie Ne­vady w Las Ve­gas, ale nie chcia­łem o tym roz­ma­wiać. To i tak bez sensu - jakby głupi dy­plom mógł co­kol­wiek zmie­nić w moim ży­ciu.

Kiedy wy­cho­dzi­łem do pracy w Ve­gas Ink, na ekra­nie mo­jego te­le­fonu po­ja­wił się nu­mer matki. W samą porę.

- Cześć, mamo.

- Dzień do­bry, ko­cha­nie. Prze­pra­szam, że ci prze­szka­dzam.

- Nie prze­szka­dzasz mi, mamo. Ni­gdy mi nie prze­szka­dzasz.

- Chcia­łam tylko spraw­dzić, co u cie­bie sły­chać.

Dzwo­niła każ­dego dnia. Rzadko miała praw­dziwy cel lub ważne in­for­ma­cje do prze­ka­za­nia. Za­zwy­czaj chciała je­dy­nie po­roz­ma­wiać z je­dy­nym sy­nem, który jej po­zo­stał. Kiedy się spo­ty­ka­li­śmy, nie­usta­nie mnie do­ty­kała - do­słow­nie, ile­kroć by­łem w jej za­sięgu, wy­cią­gała rękę. Nie mo­głem jej jed­nak za to wi­nić - ro­bi­łem to samo w przy­padku Jo­naha, po­czy­na­jąc od dnia, w któ­rym po­sta­wiono dia­gnozę.

- Ko­cha­nie? - Wy­rwała mnie z za­my­śle­nia.

- Prze­pra­szam, mamo. Co mó­wi­łaś?

- Py­ta­łam, czy do­wie­dzia­łeś się coś na te­mat Ka­cey.

- Na­dal nie, ale je­stem pe­wien, że nic jej nie jest - do­da­łem, jak­bym miał ja­kieś po­ję­cie po tym, gdy po­zwo­li­łem jej uciec.

Mia­łeś jedno za­da­nie. Pro­ste.

- Chcia­ła­bym, żeby cho­ciaż za­dzwo­niła - po­wie­działa mama z fał­szywą lek­ko­ścią. - Za­sta­na­wiam się, do­kąd się udała.

Po­tar­łem mo­stek, za któ­rym pul­so­wał tępy ból.

- Mu­szę iść do pracy, mamo. Dam ci znać, je­śli się cze­goś o niej do­wiem.

- Do­brze, ko­cha­nie.

Uświa­da­mia­jąc so­bie, że po­świę­ci­łem jej le­dwo sześć­dzie­siąt se­kund mo­jego ży­cia, za­py­ta­łem:

- Co po­ra­bia­cie z tatą?

- Nic ta­kiego - od­parła. Boże, za­wsze brzmiała, jakby była na skraju łez. - Chcie­li­by­śmy w nie­dzielę za­pro­sić cie­bie, Denę i Oscara na obiad.

- Ja­sne, faj­nie - po­wie­dzia­łem przez za­ci­śnięte zęby.

Za­zwy­czaj raz w mie­siącu zbie­ra­li­śmy się ra­zem, ale głów­nie z po­czu­cia obo­wiązku. Ro­bi­li­śmy to dla od­świe­że­nia wspo­mnień i na­dziei na lep­sze ju­tro.

Ale te spo­tka­nia były do bani.

Obiady wy­da­wały się praw­dziwą tor­turą, wy­peł­niały je sztywne roz­mowy na­wie­dzane echem śmie­chu Ka­cey i głosu Jo­naha. Bez względu na to, jak gło­śno sta­ra­li­śmy się roz­ma­wiać i śmiać, ich ro­mans uno­sił się nad nami ni­czym świa­tło z jed­nej z lamp Jo­naha. Na­wet Osca­rowi nie uda­wało się po­pra­wić na­stroju. Jego eks­tra­wer­tyczna oso­bo­wość zo­stała po­skro­miona, uśmiech Deny stra­cił swoją lek­kość.

Mama na­dal przy­rzą­dzała po­siłki, ale czę­sto po­trawy wy­go­to­wy­wały się w garn­kach, gdy ona pa­trzyła pu­stym wzro­kiem w dal. Schu­dła. Tak jak i tata, który nie­ustan­nie śle­dził ją wzro­kiem, ale bar­dzo rzadko pa­trzył na mnie. I pra­wie się do mnie nie od­zy­wał. Ni­gdy nie by­li­śmy zżyci, ale Jo­nah spa­jał na­szą małą grupę. Bez niego po­mię­dzy mną a oj­cem ist­niała ot­chłań. Dy­stans, któ­rego ża­den z nas nie chciał skró­cić.

Cho­lera, Jo­nah, wróć i to na­praw, bo ja, kurwa, nie mogę.

- Po­wia­do­mię ich - od­po­wie­dzia­łem ma­mie. Zer­k­ną­łem na drzwi, za­grze­cho­ta­łem klu­czy­kami.

- Jak na stu­diach?

- Do­brze. Zbli­żają się eg­za­miny.

- Je­stem z cie­bie dumna, Theo. Wspa­niale, że się uczysz. Gdy już obro­nisz dy­plom, otwo­rzy się przed tobą wiele drzwi.

- Dzięki, mamo - rzu­ci­łem, pró­bu­jąc nie oka­zać od­czu­wa­nej iry­ta­cji. Duma ro­dzi­cielki po­wierz­chow­nie była do­bra, ale wie­dzia­łem, że mama nie do końca wspie­rała mnie w otwar­ciu wła­snego stu­dia ta­tu­ażu. Wy­da­wała się temu bar­dziej przy­chylna niż tata, jed­nak nie mia­łem złu­dzeń. Prze­ko­ny­wa­łem sa­mego sie­bie, że chciała zo­ba­czyć, jak wy­daję pie­nią­dze, które zo­sta­wił mi brat, na miej­sce z gło­śną mu­zyką i "barw­nymi oso­bo­wo­ściami", pod­czas gdy ca­łymi dniami będę ry­so­wał na in­nych lu­dziach pło­nące czaszki i róże.

- Och, Theo, ko­cha­nie, a mógł­byś po po­łu­dniu wstą­pić do sklepu? Nie mam mleka i ja­jek.

Za­ci­sną­łem usta. Nie mo­głem po­je­chać po pracy, bo nie zdą­żył­bym na za­ję­cia. Mu­sia­łem po­je­chać te­raz, wstą­pić do ro­dzi­ców, na­stęp­nie je­chać do pracy. I się do niej spóź­nić.

- Tata znów pra­cuje? - za­py­ta­łem ostroż­nie.

- Oczy­wi­ście. - Wes­tchnęła. - Wiesz, jaki jest ostat­nio.

- Tak, wiem. - Po­tar­łem oczy. - Wpadnę do sklepu przed pracą. Będę u cie­bie za pół go­dziny.

- Dzię­kuję, ko­cha­nie. Cie­szę się, że tak się o mnie trosz­czysz.

- Mu­szę je­chać, mamo. Do zo­ba­cze­nia.

- Cu­dow­nie, ko­cha­nie. Theo?

- Tak?

- Je­śli Ka­cey do cie­bie za­dzwoni, po­wiedz jej, że się nie złosz­czę. Prze­każ jej... że tylko chcia­ła­bym wie­dzieć, że wszystko u niej w po­rządku.

- Do­brze, mamo.

Roz­łą­czy­łem się i za­ga­pi­łem przez dłuż­szą chwilę na te­le­fon, pra­gnąc, aby po­now­nie za­dzwo­nił. Aby na ekra­nie po­ja­wił się nu­mer Ka­cey, abym mógł usły­szeć jej głos. Pra­gną­łem tylko tego, czego chciała też mama: wie­dzieć, że u Ka­cey wszystko w po­rządku.

W Ve­gas Ink pa­no­wał tłok. W nie­wiel­kiej po­cze­kalni dwie dziew­czyny prze­glą­dały ka­ta­logi ze wzo­rami, a chło­pak opie­rał się o ścianę. Dziś to Ed­gar wy­bie­rał mu­zykę, więc le­d­wie było sły­chać bzy­cze­nie ma­szy­nek do ta­tu­owa­nia, po­nie­waż z gło­śni­ków w uszy wa­lił de­ath me­tal.

Gdy wsze­dłem, na­sza re­cep­cjo­nistka Vi­vian spoj­rzała na mnie, uno­sząc brwi.

- Spóź­ni­łeś się.

- Prze­pra­szam, Viv - po­wie­dzia­łem, spraw­dza­jąc ze­szyt z re­zer­wa­cjami. - Nie mów Gu­sowi.

- Ni­gdy nie mó­wię, ale to do niego spły­wają za­ża­le­nia od klien­tów, ko­cha­niutki.

Wzru­szy­łem ra­mio­nami. Nic nie mo­głem na to po­ra­dzić. Mama, choć cał­ko­wi­cie zdolna się o sie­bie za­trosz­czyć, wy­co­fała się z ży­cia. Jak dziecko, które się spa­rzyło, więc nie­chęt­nie wy­cią­gało rękę. Tata po­świę­cił się pracy, jakby do­piero zo­stał wy­brany do rady miej­skiej, a nie miał trzy­dzie­sto­let­niego do­świad­cze­nia i per­spek­tywy szyb­kiego przej­ścia na eme­ry­turę.

Ktoś mu­siał za­opie­ko­wać się mamą. Jed­nak cza­sami - jak dzi­siaj - mia­łem zbyt wiele na gło­wie. Za­czy­nało mnie to mę­czyć, prę­dzej czy póź­niej ko­muś wpie­przę, a wła­ści­ciel Ve­gas Ink, Gus, który nie­ustan­nie zwal­niał mnie za spóź­nie­nia, pierw­szy pad­nie na glebę.

- Te dwie cze­kają na cie­bie. - Vi­vian ru­chem ogo­lo­nej na łyso głowy wska­zała na dziew­czyny. Pa­trzyła na mnie zna­cząco. - Nowe. Obie pro­siły wy­łącz­nie o cie­bie.

Wzru­szy­łem ra­mio­nami.

- Z po­le­ce­nia.

- Mhm. - Vi­vian otak­so­wała wzro­kiem mój czarny T-shirt i dżinsy. - Za­pewne po­nio­sła się plotka o two­jej im­po­nu­ją­cej... pracy.

Prze­wró­ci­łem oczami i za­mkną­łem ze­szyt z re­zer­wa­cjami. Mia­łem klien­tów roz­pi­sa­nych aż do osiem­na­stej.

- Och, prze­stań, prze­cież to było śmieszne - po­wie­działa re­cep­cjo­nistka, opie­ra­jąc się na biurku i ba­wiąc się dłu­go­pi­sem. Ta­tu­aże po­kry­wały jej skórę aż do szyi, z tyłu wy­cho­dziły na­wet na czaszkę. Ści­snęła je­den z mo­ich bi­cep­sów. - I to prawda. Ktoś tu ostat­nio ćwi­czy cię­żej niż zwy­kle. Nie tylko ja to za­uwa­ży­łam.

Viv po­tarła pod­bród­kiem o ra­mię, wska­zu­jąc w ten spo­sób jedną z pra­cow­nic stu­dia, Ze­ldę Rossi. Drobna dziew­czyna z ma­szynką do ta­tu­ażu po­chy­lała się nad klien­tem. Dłu­gie czarne włosy opa­dały kur­tyną na jej twarz. Unio­sła głowę, ście­ra­jąc krew z ło­patki chło­paka. Po­pa­trzyła na mnie wiel­kimi, zie­lo­nymi oczami. Za­częła się uśmie­chać, ale przy­gry­zła wargę i wró­ciła do pracy.

Viv wy­szcze­rzyła zęby w uśmie­chu.

- Musi być ci ciężko, gdy tyle ko­biet na cie­bie leci.

- Nie mogę na­rze­kać - rzu­ci­łem we­soło. - Daj mi chwilę i przy­ślij pierw­szą klientkę.

- Ja­sne, ko­cha­siu.

Ve­gas Ink było nie­wiel­kim stu­diem, lo­kal nie na­le­żał do naj­pięk­niej­szych. Ściany po­ma­lo­wano na czer­wono, pod­łogę sta­no­wiła czarno-biała sza­chow­nica pły­tek, co jesz­cze bar­dziej zmniej­szało optycz­nie to miej­sce. Moje stu­dio miało być inne. W ciem­niej­szych ko­lo­rach, ze sta­rymi me­blami i ścia­nami ozdo­bio­nymi dzie­łami ta­kich ar­ty­stów, jak Edward Go­rey czy Ann Har­per. Ni­czym sa­lon w na­wie­dzo­nym domu.

Moje stu­dio...

Jo­nah po­da­ro­wał mi pie­nią­dze na jego uru­cho­mie­nie, a sam stu­dio­wa­łem za­rzą­dza­nie biz­ne­sowe, aby po­ra­dzić so­bie z jego pro­wa­dze­niem. Mimo to myśl o za­ku­pie lo­kalu spra­wiała, że było mi nie­do­brze. Gdy­bym po­legł w tym przed­się­wzię­ciu, po Jo­nahu nie zo­sta­łoby mi już nic. Brat sprze­dał swoje dzieła, żeby po­móc speł­nić moje ma­rze­nie, ale je­śli to nie wy­pali? Je­śli nie będę miał klien­tów? Stra­ci­łem już Ka­cey. Zła­ma­łem dane przy­rze­cze­nie. Nie mo­głem po­zwo­lić so­bie na ko­lejną pie­przoną po­rażkę.

Ed­gar, wielki, na­pa­ko­wany fa­cet w T-shir­cie z kon­certu grupy Tool, wy­pro­sto­wał się, spoj­rzał po­nad klien­tem i ski­nął mi głową.

- Hej, T. Co tam?

- Po sta­remu - od­par­łem, wy­cią­ga­jąc z dol­nej szu­flady ma­szynkę i chu­s­teczki. Kiedy pierw­sza z klien­tek po­wie­działa, na jaki zde­cy­do­wała się wzór, wy­bra­łem tu­sze i igły.

- Chcesz gdzieś dzi­siaj wyjść? Wy­bie­ramy się z kum­plami do klubu Pony na Kil­l­roya.

Wzdry­gną­łem się, a żeby to ukryć, od­kaszl­ną­łem.

- Nie, nie mam czasu.

- Randka? - Ed­gar po­ru­szył fi­glar­nie brwiami, gdy klient ko­rzy­sta­jąc z pod­ręcz­nego lu­sterka, spraw­dzał nowy wzór smoka na łydce.

- Tak - od­par­łem. Ką­tem oka do­strze­głem, że Ze­lda na mnie zer­k­nęła, ale na­tych­miast wró­ciła do pracy.

Ed­gar się za­śmiał.

- No nie mów, że z tą rudą z ze­szłego ty­go­dnia. Róża i szty­let na pra­wej ko­stce?

- Może.

Ed­gar aż jęk­nął.

- Je­steś żi­go­la­kiem, Flet­cher. Ni­gdy się nie zmie­niaj.

Dwie dziew­czyny, które wcze­śniej sie­działy w po­cze­kalni, po­de­szły do mo­jego sta­no­wi­ska. Blon­dynka usia­dła na fo­telu, jej ko­le­żanka sta­nęła obok, aby trzy­mać ją za rękę. Obie były sek­sowne i usil­nie sta­rały się ze mną flir­to­wać. Ro­bi­łem, co mo­głem, by od­wza­jem­nić ich umi­zgi, bo Ed­gar się przy­glą­dał.

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej blon­dynka wstała z fo­tela z ha­słem: "Po­zo­stań wierna so­bie" wy­pi­sa­nym de­li­katną czcionką na we­wnętrz­nej stro­nie nad­garstka. Dziew­czyny za­pro­siły mnie na im­prezę.

- Do­bra, może wpadnę - po­wie­dzia­łem z ro­snącą iry­ta­cją. Za­śmiały się i po­pro­siły o mój nu­mer, ale nie da­łem im go, za­miast tego za­pi­sa­łem nu­mer i ad­res jed­nej z nich. Prawdę mó­wiąc, uda­wa­łem, że za­no­to­wa­łem te in­for­ma­cje w ko­mórce, po czym wsa­dzi­łem ją do tyl­nej kie­szeni spodni.

- Mam na­dzieję, że przyj­dziesz - rzu­ciła przez ra­mię na od­chodne blon­dynka.

Wy­szły, a Ed­gar za­śmiał się i po­krę­cił głową.

- My­śla­łem, że masz dzi­siaj randkę.

Wzru­szy­łem ra­mio­nami.

- We­zmę ją na tę im­prezę.

Ro­ze­śmiał się jesz­cze gło­śniej.

- Je­steś moim bo­ha­te­rem, T.

Nie, je­stem kłam­li­wym dup­kiem.

Wieki temu wy­brał­bym ten nu­mer za­raz po wyj­ściu z pracy, w nocy za­pewne nie­wiele bym spał. Te­raz dziew­czyny były rów­nie in­te­re­su­jące, co pro­gnoza po­gody. Jed­nak da­wa­nie in­nym do my­śle­nia, że co­dzien­nie sy­pia­łem z inną, było lep­sze niż prawda. Od­kąd usły­sza­łem na kem­pingu, jak Ka­cey śpiewa przy ogni­sku, prze­pa­dłem dla świata.

Pra­co­wa­łem do osiem­na­stej, a gdy sprzą­ta­łem sta­no­wi­sko, Ed­gar po­sta­no­wił mnie po­że­gnać.

- Mi­łej randki z rudą - po­wie­dział. - Albo z blon­dyną. Albo z rudą i blon­dyną. Ju­tro chcę do­stać pe­łen ra­port.

- Ja­sne - od­par­łem, wkła­da­jąc skó­rzaną kurtkę. - Je­śli za bar­dzo mnie nie zmę­czą.

Ed­gar par­sk­nął śmie­chem, a Ze­lda się wzdry­gnęła. Uśmiech­ną­łem się do niej, ru­chem głowy pró­bu­jąc dać znać, że ściem­nia­łem. Sły­sza­łem, że pod­ko­chi­wała się we mnie, od­kąd rok temu się tu za­trud­niła. Nie to, żeby mi się nie po­do­bała, ale nie uma­wia­łem się ze współ­pra­cow­nicz­kami. Mógł wy­nik­nąć z tego nie­zły ba­ła­gan, a kiedy w grę wcho­dziły ko­biety, mu­sia­łem się z nim li­czyć.

- Do­bra­noc, Z. - rzu­ci­łem do niej.

- Wza­jem­nie, T. - od­parła. Unio­sła głowę i po­słała mi sztuczny uśmiech. - Dziw­karz.

Ro­ze­śmia­li­śmy się z Ed­ga­rem, ale gdy tylko się ob­ró­ci­łem, uśmiech na­tych­miast spełzł z mo­jej twa­rzy. Kiedy wy­sze­dłem ze stu­dia, zrzu­ci­łem ma­skę we­so­ło­ści, która roz­biła się na chod­niku.

W Lee Bu­si­ness School na Uni­wer­sy­te­cie Ne­vady w Las Ve­gas słu­cha­łem pro­fe­sor, która wy­kła­dała o po­dat­kach i nu­me­rach iden­ty­fi­ka­cyj­nych pra­cow­ni­ków. Nie po­gu­bi­łem się. Ro­zu­mia­łem za­gad­nie­nie. Liczby miały dla mnie sens, z czego tak jakby by­łem dumny. Jak­bym coś osią­gnął.

- Raz jesz­cze przy­po­mi­nam - po­wie­działa pro­fe­sor Had­den zza ka­te­dry. - Ocena z eg­za­minu se­me­stral­nego bę­dzie w czter­dzie­stu pię­ciu pro­cen­tach wpły­wać na ocenę koń­cową. Nie ukoń­czy­cie stu­diów, je­śli na niego nie przyj­dzie­cie lub go ob­le­je­cie. Daj­cie wcze­śniej znać, je­śli uwa­ża­cie, że któ­ryś z tych sce­na­riu­szy może się w wa­szym przy­padku zi­ścić.

Cie­szy­łem się w dro­dze na par­king. Nie za­mie­rza­łem nie przyjść czy ob­lać. Nie było ta­kiej opcji.

Te­le­fon dał znać o na­dej­ściu wia­do­mo­ści.

Oscar: Spo­tkamy się dzi­siaj? Ja nie tę­sk­nię, ale Dena tak.

Za­śmia­łem się. Mi­nęło sporo czasu, od­kąd spo­ty­ka­łem się z przy­ja­ciółmi. Wła­ści­wie byli to przy­ja­ciele Jo­naha - jego naj­lepsi przy­ja­ciele - a spę­dza­nie z nimi czasu wy­da­wało mi się rów­nie po­nure jak obiady u mo­ich ro­dzi­ców. Przy tych spo­tka­niach, w cie­niach uno­siły się du­chy wcze­śniej­szych chwil.

Ja: Nie mogę. Mam randkę.

Oscar: Po­wi­nie­nem się do­my­ślić. Może za ty­dzień?

Ja: Ja­sne.

Kłam­stwa przy­cho­dziły mi z ła­two­ścią. Okła­my­wa­łem współ­pra­cow­ni­ków, przy­ja­ciół i prze­sta­wało mi to już prze­szka­dzać.

Po śmierci Jo­naha wszy­scy od­su­nę­li­śmy się od sie­bie. Był cen­trum na­szego wszech­świata, a bez niego tra­ci­li­śmy siłę, która trzy­mała nas na wspól­nej or­bi­cie. Oscar i Dena sta­rali się ze mną spo­ty­kać. Mama rów­nież nie chciała tra­cić kon­taktu. Jed­nak ja nie po­tra­fi­łem wy­krze­sać z sie­bie ener­gii, by się uśmie­chać i ga­dać o ja­kichś pier­do­łach. Zbyt wiele wy­siłku kosz­to­wało mnie to, żeby nie oka­zy­wać smutku. Smutku po stra­cie Jo­naha, a te­raz też Ka­cey.

Wy­je­cha­łem z uczel­nia­nego par­kingu, prze­mie­rzy­łem rów­no­le­głą ulicę do Strip. Pod­je­cha­łem od tyłu do ho­telu i ka­syna Wynn. Za­par­ko­wa­łem i za­pu­ka­łem do tyl­nego wej­ścia.

Ochro­nia­rze mnie znali. Na noc­nej zmia­nie pra­co­wał dziś Wil­son.

- Do­bry wie­czór, Theo - po­wie­dział, ma­cha­jąc, że­bym wszedł.

- Cześć.

Wma­sze­ro­wa­łem do środka, prze­mie­rzy­łem ce­men­towy, oświe­tlony flu­ore­scen­cyj­nymi ża­rów­kami ko­ry­tarz. Ob­ser­wo­wały mnie ka­mery su­fi­towe, ale ich oko było życz­liwe. Nikt mnie o nic nie py­tał. Za­dbała o to ku­ra­torka Eme Ta­ka­mura.

Trzy­krot­nie skrę­ci­łem w lewo, na­stęp­nie pchną­łem cięż­kie, sta­lowe drzwi, które znaj­do­wały na par­te­rze się w po­bliżu windy. Wśli­zgną­łem się do ko­ry­ta­rza znaj­du­ją­cego się na­prze­ciwko ka­syna, które ni­gdy nie za­sy­piało.

Drzwi ga­le­rii pil­no­wał Pau­lie. Wiele go­dzin temu za­mknął je za ostat­nimi zwie­dza­ją­cymi.

- Co sły­chać, T.? - za­py­tał, wbi­ja­jąc kod do elek­tro­nicz­nego zamka. Czer­wone świa­tełko zmie­niło się na zie­lone.

- Nie mogę na­rze­kać - od­par­łem. - Dzięki, stary.

Ciemna skóra z si­wymi wą­sami roz­cią­gnęła się, kiedy męż­czy­zna ła­god­nie, ze smut­kiem się uśmiech­nął. Otwo­rzył przede mną drzwi.

- Do­brej nocy.

Ski­ną­łem mu głową i wsze­dłem do ga­le­rii.

Od po­grzebu przy­cho­dzi­łem tu co­dzien­nie. Każ­dej nocy, choć ostat­nio by­wało to trzy, cztery razy w ty­go­dniu. By­łem tu, kiedy mia­łem kiep­ski dzień albo gdy za bar­dzo tę­sk­ni­łem za bra­tem.

Po­je­dyn­cze prace Jo­naha dawno znik­nęły, sprze­dane go­ściły w ty­sią­cach róż­nych do­mów. Na dłuż­szym końcu po­miesz­cze­nia w kształ­cie li­tery "L" mie­ściły się w tej chwili rzeźby ja­kie­goś lo­kal­nego ar­ty­sty. Nie po­świę­ci­łem im uwagi. Skrę­ci­łem do krót­szej czę­ści, w któ­rej na­dal pre­zen­to­wano in­sta­la­cję mo­jego brata. Za­mon­to­wana na stałe na tyl­nej ścia­nie przed­sta­wiała mor­skie ży­cie. Słońce za­wsze świe­ciło ja­sno i żywo na fale oraz eko­sys­tem, który spra­wiał wra­że­nie, że każ­dej chwili może się po­ru­szyć.

Jak zwy­kle usia­dłem na ławce na­prze­ciwko i opar­łem się o ścianę. Skrzy­żo­wa­łem ręce na piersi i za­pa­trzy­łem się w szkło Jo­naha. In­sta­la­cja wy­glą­dała ide­al­nie. Bez skazy. Jak Jo­nah w mo­ich oczach - star­szy brat, który był ido­lem młod­szego.

Opu­ści­łem po­wieki. Wie­dzia­łem, że gdyby Jo­nah mi to­wa­rzy­szył, po­wie­działby, że to nie moja wina. Stwier­dziłby, że Ka­cey była do­ro­sła i mo­gła po­dej­mo­wać wła­sne de­cy­zje.

Cza­sami mu wie­rzy­łem. Nie­kiedy ga­le­ria sta­wała się moim sank­tu­arium, ka­te­drą ze szkła, w któ­rej od­naj­dy­wa­łem spo­kój. To samo uko­je­nie, które Ka­cey zna­la­zła w jego szkla­nych przy­ci­skach do pa­pieru.

Nie­kiedy.

Dziś nie czu­łem spo­koju. Przy­rze­kłem coś bratu i za­wa­li­łem sprawę.

Unio­słem po­wieki i po­pa­trzy­łem na jego dzieło. Ge­nialne barwy roz­my­wały mi się przed oczami, gdy nie mru­ga­łem. Nie­bie­skie mo­rze wy­le­wało się z su­fitu i roz­cho­dziło na pod­ło­dze. Mo­głem wy­czuć woń soli, po­czuć chłodną bryzę na skó­rze i pie­cze­nie sło­na­wej wody w oczach, jakby to były łzy. Nie­skoń­czony ocean łez.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

- THEO, KO­CHA­NIE. PRO­SIŁ O CIE­BIE.

Ka­cey ści­snęła moją dłoń mięk­kimi pal­cami. Spoj­rza­łem na dziew­czynę brata, która ob­da­ro­wała mnie ko­ją­cym, acz­kol­wiek wą­tłym uśmie­chem. Gdy po­now­nie mnie uści­snęła, w ja­kiś spo­sób zna­la­złem w so­bie siłę, by wstać.

Mama uśmiech­nęła się słabo, trzy­ma­jąc tatę za rękę na szpi­tal­nym ko­ry­ta­rzu przed salą Jo­naha. Wy­glą­dała na za­ła­maną, za­gu­bioną. Kru­chą. Tata był smutny, choć za­cho­wy­wał spo­kój, wspie­rał mamę. Jed­nak to Jo­nah był spo­iwem na­szej ro­dziny. Bez niego miała się roz­paść. Po­zo­sta­nie to je­dy­nie kwe­stią czasu.

Na­de­szła pora, abym po­że­gnał się z bra­tem. Kiedy sze­dłem do drzwi, w gło­wie wi­ro­wały mi ob­razy, a każdy wy­blakł, jakby zbyt długo le­żał na słońcu. Wi­dzia­łem, jak ra­zem kar­mi­li­śmy kozy na fe­sty­nie. Jak uczy­li­śmy się pły­wać. Jak gra­li­śmy w ta­kich sa­mych stro­jach w ma­łej li­dze. Jak prze­mie­rza­li­śmy szkolne ko­ry­ta­rze, na któ­rych Jo­nah był po­pu­lar­nym dzie­cia­kiem, a ja jego skrzy­dło­wym. Jak od­wie­dza­łem go na Uni­wer­sy­te­cie Ne­vady w Las Ve­gas, a po­tem na Car­ne­gie Mel­lon. Jak pły­wa­li­śmy ra­zem w We­ne­zu­eli.

Gdzie za­cho­ro­wał... a ja nie.

Za­mkną­łem drzwi i pod­sze­dłem do jego łoża śmierci. Le­żała na nim wy­chu­dzona, blada wer­sja zdro­wego nie­gdyś chło­paka z mo­ich wspo­mnień.

- Theo...

Mój brat. Wal­czył o od­dech. O ży­cie. Choć ja by­łem zdrowy, silny i go­towy, aby zrów­nać z zie­mią to prze­klęte miej­sce. Żeby uni­ce­stwić cały świat za tę jego nie­spra­wie­dli­wość.

Mimo to na­dal nie na tyle silny, żeby po­dejść do łóżka i się po­że­gnać.

Jo­nah uśmiech­nął się do mnie słabo.

- Aż tak źle?

- Wy­glą­da­łeś już go­rzej - po­wie­dzia­łem, pod­cho­dząc w końcu i sia­da­jąc na krze­śle obok jego łóżka.

- Po­ca­łuj mnie w ty­łek. - Za­śmiał się, choć był to straszny, świsz­czący dźwięk. Drgnęła ręka, którą trzy­mał na kocu. Nie miał na­wet siły, by ją unieść. Wzią­łem go więc za rękę i za­mkną­łem wo­kół niej palce.

Jo­nah spo­waż­niał, gdy wciąż by­strym wzro­kiem spoj­rzał mi w oczy.

- Mar­twię się... o mamę... - Jego serce mo­gło prze­pom­po­wać tylko tyle tlenu, żeby mógł po­wie­dzieć każ­do­ra­zowo je­dy­nie dwa, trzy słowa, po czym bra­ko­wało mu tchu.

- Za­trosz­czę się o nią - za­pew­ni­łem.

- A tata... po­go­dzi się... z twoim po­my­słem... na stu­dio. Wie­rzę... w cie­bie.

Wąt­pi­łem, by oj­ciec wspie­rał mnie w pracy nad moim wła­snym stu­diem ta­tu­ażu, ale w tej chwili wy­star­czyła mi je­dy­nie wiara brata.

- A te­raz... - za­czął Jo­nah, pa­trząc mi w oczy. - Mia­łem do cie­bie... prośbę... Pa­mię­tasz?

Przy­su­ną­łem się bli­żej.

- Mów.

- Ka­cey...

Od­dech uwiązł mi w gar­dle. Od­chrząk­ną­łem.

- Co z nią?

- Ko­chasz ją.

Słowa były słabe i ci­che, a mimo to ude­rzyły we mnie z ogromną mocą. Nie mo­głem nic wy­du­sić, nie by­łem w sta­nie się ru­szyć, ani na­wet za­mru­gać. Pło­ną­łem. Mi­lion róż­nych emo­cji wrzało w moim ciele, wy­ci­ska­jąc po­wie­trze z płuc i du­sząc mnie.

Cho­ciaż sta­ra­łem się trzy­mać te uczu­cia na dnie serca, żeby ni­gdy nie wy­pły­nęły na po­wierzch­nię i że­bym nie zdra­dził brata... On je do­strzegł. Jak za­wsze.

Uśmiech­nął się, wi­dząc prze­ra­że­nie na mo­jej twa­rzy.

- Cie­szę się, T. Czuję... ulgę... że to ty.

By­łem bli­ski po­wie­dze­nia mu, że się myli. To nie ja. Czy co­kol­wiek wie­dzia­łem o mi­ło­ści? Nic. Prze­cież i tak się my­lił.

Ni­gdy mnie nie po­ko­cha, po­nie­waż ko­cha tylko cie­bie. Tak wła­śnie po­winno być.

- Chciał­bym... - Wpa­try­wał się w moje oczy, gdy resztki sił opusz­czały jego ciało. - Że­byś się nią... za­opie­ko­wał. Pro­szę. Bę­dzie cię po­trze­bo­wała. Jest silna. Ale się za­ła­mie. Po­móż jej... Ko­chaj ją, Theo. Ży­cie jest... krót­kie. Nie po­wstrzy­muj się. Do­brze?

Przy­tak­ną­łem, ale je­dy­nie dla­tego, że tego po­trze­bo­wał, a nie dla­tego, że wie­dzia­łem, o co mnie prosi.

Wes­tchnął z ulgą. Był bar­dzo wy­czer­pany, a mu­siał zo­ba­czyć się z Ka­cey, po­że­gnać się z mi­ło­ścią swo­jego ży­cia. Nie mo­głem trwo­nić ich czasu.

W tej chwili cho­dziło wy­łącz­nie o czas.

Za­ci­sną­łem usta, chcąc po­wstrzy­mać łzy, ale one i tak po­pły­nęły.

Po­wiedz to. Te­raz albo ni­gdy. Wię­cej nie bę­dziesz miał ku temu oka­zji.

- Ko­cham cię - wy­sy­cza­łem przez zęby.

- Ja też cię ko­cham, T. - po­wie­dział sła­bym gło­sem Jo­nah. - Za­wsze będę cię ko­chał.

Przy­tło­czył mnie smu­tek. Za­kry­łem twarz rę­kami, aby go zwal­czyć. Mu­sia­łem być silny. Dla mamy, taty, dla Ka­cey i dla Jo­naha, który wy­zna­czył mi za­da­nie.

- Pójdę po Ka­cey - po­wie­dzia­łem, ocie­ra­jąc oczy.

Uło­ży­łem nogi i spró­bo­wa­łem wstać, ale nie po­tra­fi­łem się pod­nieść. Wciąż trzy­ma­jąc brata za rękę, po­chy­li­łem się i opar­łem czoło na jego czole, po raz ostatni go przy­tu­li­łem.

Mój brat...

Jo­nah wy­po­wie­dział ci­cho moje imię.

- Za­opie­kuję się nią - wy­zna­łem ła­mią­cym się gło­sem. - Przy­rze­kam.

To tylko po­ło­wiczne roz­wią­za­nie, ale przy­naj­mniej ta­kiej obiet­nicy mo­głem do­trzy­mać.

Nie zdo­łam stąd wyjść.

Jed­nak mi się udało. Opu­ści­łem szpi­talną salę brata. Za drzwiami opar­łem się ple­cami o ścianę, bo czu­łem się, jak­bym stał na po­kła­dzie statku pod­czas sztormu na peł­nym mo­rzu.

To ko­niec. Ostatni raz, gdy go wi­dzę, sły­szę... Ni­gdy wię­cej nie po­roz­ma­wiam z bra­tem. Ni­gdy wię­cej nie do­trą do mnie jego słowa...

A te ostat­nie... "Ko­chaj ją".

Spoj­rza­łem na sie­dzącą w po­cze­kalni Ka­cey, bo mu­sia­łem się cze­goś uchwy­cić. Cze­goś praw­dzi­wego. Ta dziew­czyna spa­dła z nieba jak cho­lerna bomba, bu­rząc na­sze sta­ran­nie uło­żone ży­cie, roz­bi­ja­jąc ru­tynę i ni­we­cząc plany Jo­naha. Po­cząt­kowo oba­wia­łem się, że go zo­stawi. Ale kiedy stało się ja­sne, że nie za­mie­rza odejść, prze­stra­szy­łem się, że po­zo­sta­jąc przy nim, za bar­dzo go zrani. Mu­siał po­że­gnać się z nią po za­le­d­wie gar­stce wspól­nie spę­dzo­nych ty­go­dni.

Ka­cey we­szła do jego sali. Po­ru­szała się z gra­cją, a na jej twa­rzy smu­tek mie­szał się z mi­ło­ścią.

Wpa­try­wa­łem się w nią, sły­sząc w uszach ostat­nie ży­cze­nie Jo­naha. Przez jedną krótką, ego­istyczną, nędzną se­kundę po­czu­łem na­dzieję...

Ale ją zdu­si­łem. Za­bi­łem.

Przy­kro mi, bra­ciszku. Jest i za­wsze bę­dzie tylko twoja.

Jed­nak mo­głem się o nią za­trosz­czyć. Nad­cho­dziła roz­pacz. Dni, ty­go­dnie, mie­siące... Za­pewne i lata. Zo­stanę przy Ka­cey tak długo, jak bę­dzie mnie po­trze­bo­wać.

Mie­siąc po po­grze­bie za­dzwo­niła do mnie mama.

- Theo, ko­cha­nie, Ka­cey w ogóle się nie od­zywa. Dzwo­nię od dwóch dni, ale nie od­biera - po­wie­działa spa­ni­ko­wana. Nie znie­sie ko­lej­nych złych wie­ści. Ja też nie.

Za­dzwo­ni­łem więc do Ka­cey, ale au­to­mat po­in­for­mo­wał mnie, że nu­mer jej te­le­fonu jest nie­ak­tywny.

Skon­tak­to­wa­łem się więc z ho­te­lem Lu­xor, gdzie pod­jęła pracę po zło­że­niu re­zy­gna­cji w Ca­esa­rze. Po­wie­dziano mi, że od trzech dni nikt jej nie wi­dział.

Po­je­cha­łem więc do jej miesz­ka­nia i za­pu­ka­łem do drzwi. Nie otwo­rzyła. Gdy za­ło­mo­ta­łem moc­niej, wy­szła jej są­siadka z na­prze­ciwka.

- Wy­je­chała, mło­dzień­cze - po­wie­działa zi­ry­to­wana star­sza pani. - Nie wi­dzia­łeś? Na par­kingu nie ma jej sa­mo­chodu.

- Kiedy wy­je­chała?

Ko­bieta otak­so­wała mnie spoj­rze­niem zmru­żo­nych oczu.

- Dwa dni temu. Wy­mknęła się, jakby kra­dła wła­sne rze­czy. Była zde­ner­wo­wana.

Serce za­biło moc­niej, gdy do­padł je strach.

- Wzięła swoje rze­czy?

- Wy­no­siła pu­dła, wa­lizki. - Ko­bieta wy­gła­dziła kwie­ci­stą po­domkę. - I ta­kie dziwne, ople­cione sznur­kiem bu­telki. Nie wiem, co to...

- Lampa - po­wie­dzia­łem po­nuro. - To była lampa zro­biona z bu­te­lek po whi­sky.

- Skoro tak mó­wisz.

Po­tar­łem za­ro­śnięty po­li­czek. Na­pię­cie ro­ze­szło się po ca­łym moim ciele, po­wró­cił smu­tek.

- Zo­sta­wiła u mnie list - do­dała są­siadka. - Po­le­ciła, że­bym od­dała go tylko Be­verly, Teddy'emu lub Henry'emu Flet­che­rom. - Ko­bieta przy­glą­dała mi się uważ­nie. - Je­steś któ­rymś z nich?

- Theo Flet­cher - przed­sta­wi­łem się i od­chrząk­ną­łem. - Ale na­zywa mnie Teddy. Na­zy­wała. Na­zywa.

- Po­cze­kaj. - Ko­bieta wró­ciła do miesz­ka­nia i przy­nio­sła zło­żoną na pół kartkę.

Rzu­ci­łem okiem na słowa.

Nie mogę tu zo­stać.

Pró­bo­wa­łam, ale to dla mnie za wiele.

Ko­cham Was wszyst­kich.

Prze­pra­szam.

Ka­cey

Wy­pu­ści­łem z pal­ców kartkę, która po­fru­nęła ku ziemi ni­czym zwię­dły liść i wy­lą­do­wała u mo­ich stóp. Są­siadka po­wie­działa coś ci­cho i wró­ciła do sie­bie. Sta­łem sa­mot­nie na ko­ry­ta­rzu, wpa­tru­jąc się w drzwi Ka­cey.

Prze­pra­szam, Jo­nah, po­my­śla­łem. Słowa te z każ­dym ude­rze­niem serca co­raz gło­śniej od­bi­jały się echem w mo­jej gło­wie.

Mia­łem za­da­nie. Zwy­kłe. Pro­ste. A i tak na­wa­li­łem.