PÓŁ ROKU PO POGRZEBIE...
Budzik zadzwonił o szóstej. Wyciągnąłem rękę i go wyłączyłem. Przez chwilę czułem się dobrze. Wszystko było w porządku. Potem przypomniałem sobie, że Jonaha już nie ma. Rzeczywistość opadła na moją pierś niczym kowadło.
Westchnąłem, gapiąc się w sufit, aż przeminęła pierwsza fala smutku, po czym od razu wyszedłem spod kołdry. Najlepszą częścią mojego dnia były trzy jego pierwsze sekundy. Kiedy mijały, od razu wstawałem i zaczynałem działać. Byłem w ruchu, inaczej nieprzerwanie gniłbym w łóżku, jęcząc i skomląc na temat tego, czego nie mogłem zmienić. Wstałem i wkopałem kołdrę pod posłanie.
Cichy głos w mojej głowie podpowiadał, żebym posprzątał zarówno w pokoju, jak i we własnej głowie, zanim wybuchnę.
Jednak radziłem sobie bez tego. Wstawałem. Szedłem do pracy. Starałem się najlepiej, jak umiałem.
Rzeczy na siłownię czekały obok łóżka, gdzie rzuciłem je dzień wcześniej. Ubrałem się, poszedłem do kuchni napić się wody i wziąć batonik proteinowy. Poranne słońce skupiało się na ustawionych na parapecie szklanych przyciskach do papieru. To Jonah je zrobił. W jednym znajdował się ocean. Wpadające do środka słońce sprawiało wrażenie, jakby zamknięty w środku ekosystem był żywy. Kacey twierdziła, że to jej ulubiona kula. Kiedyś powiedziała mi, że wewnątrz musi być cicho. Spokojnie. Morska kompozycja dała jej poczucie bezpieczeństwa, gdy po raz pierwszy obudziła się na kanapie Jonaha.
Spojrzałem na kulę i poczułem się przytłoczony. Uwięziony. Niezdolny do ruchu, jak ta zamknięta w jej wnętrzu morska scena.
Jadąc pick-upem na siłownię, minąłem mieszkanie Jonaha, a trzy przecznice dalej - mieszkanie Kacey. Oba w tej chwili stały puste. Oprócz szklanych przycisków do papieru, które teraz znajdowały się na moim parapecie, i odręcznie napisanego listu reszta ich rzeczy znalazła się w magazynie w północnej części miasta.
Stając na czerwonym świetle, wróciłem myślami do czterech linijek listu Kacey, widząc w nich jedną ze zwrotek piosenki. Zaraz później powinien nastąpić refren: "Zawiodłam Jonaha...".
Z zamyślenia wyrwał mnie klakson - światło zmieniło się na zielone. Wcisnąłem gaz, opony zapiszczały, po czym zmusiłem się, by wyluzować, nim się gdzieś rozbiję.
Na siłowni podnosiłem ciężary, aż poczułem pieczenie w mięśniach, a pot zalewał mi twarz. Robiłem przysiady, aż zrobiło mi się niedobrze. Następnie zarzuciłem sztangę na ramiona i zrobiłem jeszcze więcej przysiadów, aż nogi zaczęły mi drżeć.
Ćwiczyłem przez bite dwie godziny, próbując wypocić pogrzebane we wnętrzu uczucia. Wyszedłem wyczerpany. Pragnąłem się przespać - ostatnio nie sypiałem zbyt dobrze, jednak odpoczynek nie był moją rutyną.
Wziąłem prysznic, włożyłem dżinsy, T-shirt i wróciłem do domu przygotować sobie lunch. Usiadłem na kuchennym blacie i otworzyłem podręcznik prowadzenia małego biznesu. Po lewej położyłem kanapkę z jajkiem, boczkiem i pomidorem, po prawej laptop. Zbliżały się egzaminy, zagadnienia podatkowe dawały mi w kość.
Po trzygodzinnej nauce poczułem się nieco lepiej. Przynajmniej uspokoiłem się w kwestii egzaminów. Zamknąłem książki, laptop i schowałem wszystko do szuflady, w razie gdyby wpadli do mnie Dena i Oscar. Zasypywali mnie pytaniami o powrót na uczelnię, abym dokończył studia z zarządzania biznesowego na Uniwersytecie Nevady w Las Vegas, ale nie chciałem o tym rozmawiać. To i tak bez sensu - jakby głupi dyplom mógł cokolwiek zmienić w moim życiu.
Kiedy wychodziłem do pracy w Vegas Ink, na ekranie mojego telefonu pojawił się numer matki. W samą porę.
- Cześć, mamo.
- Dzień dobry, kochanie. Przepraszam, że ci przeszkadzam.
- Nie przeszkadzasz mi, mamo. Nigdy mi nie przeszkadzasz.
- Chciałam tylko sprawdzić, co u ciebie słychać.
Dzwoniła każdego dnia. Rzadko miała prawdziwy cel lub ważne informacje do przekazania. Zazwyczaj chciała jedynie porozmawiać z jedynym synem, który jej pozostał. Kiedy się spotykaliśmy, nieustanie mnie dotykała - dosłownie, ilekroć byłem w jej zasięgu, wyciągała rękę. Nie mogłem jej jednak za to winić - robiłem to samo w przypadku Jonaha, poczynając od dnia, w którym postawiono diagnozę.
- Kochanie? - Wyrwała mnie z zamyślenia.
- Przepraszam, mamo. Co mówiłaś?
- Pytałam, czy dowiedziałeś się coś na temat Kacey.
- Nadal nie, ale jestem pewien, że nic jej nie jest - dodałem, jakbym miał jakieś pojęcie po tym, gdy pozwoliłem jej uciec.
Miałeś jedno zadanie. Proste.
- Chciałabym, żeby chociaż zadzwoniła - powiedziała mama z fałszywą lekkością. - Zastanawiam się, dokąd się udała.
Potarłem mostek, za którym pulsował tępy ból.
- Muszę iść do pracy, mamo. Dam ci znać, jeśli się czegoś o niej dowiem.
- Dobrze, kochanie.
Uświadamiając sobie, że poświęciłem jej ledwo sześćdziesiąt sekund mojego życia, zapytałem:
- Co porabiacie z tatą?
- Nic takiego - odparła. Boże, zawsze brzmiała, jakby była na skraju łez. - Chcielibyśmy w niedzielę zaprosić ciebie, Denę i Oscara na obiad.
- Jasne, fajnie - powiedziałem przez zaciśnięte zęby.
Zazwyczaj raz w miesiącu zbieraliśmy się razem, ale głównie z poczucia obowiązku. Robiliśmy to dla odświeżenia wspomnień i nadziei na lepsze jutro.
Ale te spotkania były do bani.
Obiady wydawały się prawdziwą torturą, wypełniały je sztywne rozmowy nawiedzane echem śmiechu Kacey i głosu Jonaha. Bez względu na to, jak głośno staraliśmy się rozmawiać i śmiać, ich romans unosił się nad nami niczym światło z jednej z lamp Jonaha. Nawet Oscarowi nie udawało się poprawić nastroju. Jego ekstrawertyczna osobowość została poskromiona, uśmiech Deny stracił swoją lekkość.
Mama nadal przyrządzała posiłki, ale często potrawy wygotowywały się w garnkach, gdy ona patrzyła pustym wzrokiem w dal. Schudła. Tak jak i tata, który nieustannie śledził ją wzrokiem, ale bardzo rzadko patrzył na mnie. I prawie się do mnie nie odzywał. Nigdy nie byliśmy zżyci, ale Jonah spajał naszą małą grupę. Bez niego pomiędzy mną a ojcem istniała otchłań. Dystans, którego żaden z nas nie chciał skrócić.
Cholera, Jonah, wróć i to napraw, bo ja, kurwa, nie mogę.
- Powiadomię ich - odpowiedziałem mamie. Zerknąłem na drzwi, zagrzechotałem kluczykami.
- Jak na studiach?
- Dobrze. Zbliżają się egzaminy.
- Jestem z ciebie dumna, Theo. Wspaniale, że się uczysz. Gdy już obronisz dyplom, otworzy się przed tobą wiele drzwi.
- Dzięki, mamo - rzuciłem, próbując nie okazać odczuwanej irytacji. Duma rodzicielki powierzchownie była dobra, ale wiedziałem, że mama nie do końca wspierała mnie w otwarciu własnego studia tatuażu. Wydawała się temu bardziej przychylna niż tata, jednak nie miałem złudzeń. Przekonywałem samego siebie, że chciała zobaczyć, jak wydaję pieniądze, które zostawił mi brat, na miejsce z głośną muzyką i "barwnymi osobowościami", podczas gdy całymi dniami będę rysował na innych ludziach płonące czaszki i róże.
- Och, Theo, kochanie, a mógłbyś po południu wstąpić do sklepu? Nie mam mleka i jajek.
Zacisnąłem usta. Nie mogłem pojechać po pracy, bo nie zdążyłbym na zajęcia. Musiałem pojechać teraz, wstąpić do rodziców, następnie jechać do pracy. I się do niej spóźnić.
- Tata znów pracuje? - zapytałem ostrożnie.
- Oczywiście. - Westchnęła. - Wiesz, jaki jest ostatnio.
- Tak, wiem. - Potarłem oczy. - Wpadnę do sklepu przed pracą. Będę u ciebie za pół godziny.
- Dziękuję, kochanie. Cieszę się, że tak się o mnie troszczysz.
- Muszę jechać, mamo. Do zobaczenia.
- Cudownie, kochanie. Theo?
- Tak?
- Jeśli Kacey do ciebie zadzwoni, powiedz jej, że się nie złoszczę. Przekaż jej... że tylko chciałabym wiedzieć, że wszystko u niej w porządku.
- Dobrze, mamo.
Rozłączyłem się i zagapiłem przez dłuższą chwilę na telefon, pragnąc, aby ponownie zadzwonił. Aby na ekranie pojawił się numer Kacey, abym mógł usłyszeć jej głos. Pragnąłem tylko tego, czego chciała też mama: wiedzieć, że u Kacey wszystko w porządku.
W Vegas Ink panował tłok. W niewielkiej poczekalni dwie dziewczyny przeglądały katalogi ze wzorami, a chłopak opierał się o ścianę. Dziś to Edgar wybierał muzykę, więc ledwie było słychać bzyczenie maszynek do tatuowania, ponieważ z głośników w uszy walił death metal.
Gdy wszedłem, nasza recepcjonistka Vivian spojrzała na mnie, unosząc brwi.
- Spóźniłeś się.
- Przepraszam, Viv - powiedziałem, sprawdzając zeszyt z rezerwacjami. - Nie mów Gusowi.
- Nigdy nie mówię, ale to do niego spływają zażalenia od klientów, kochaniutki.
Wzruszyłem ramionami. Nic nie mogłem na to poradzić. Mama, choć całkowicie zdolna się o siebie zatroszczyć, wycofała się z życia. Jak dziecko, które się sparzyło, więc niechętnie wyciągało rękę. Tata poświęcił się pracy, jakby dopiero został wybrany do rady miejskiej, a nie miał trzydziestoletniego doświadczenia i perspektywy szybkiego przejścia na emeryturę.
Ktoś musiał zaopiekować się mamą. Jednak czasami - jak dzisiaj - miałem zbyt wiele na głowie. Zaczynało mnie to męczyć, prędzej czy później komuś wpieprzę, a właściciel Vegas Ink, Gus, który nieustannie zwalniał mnie za spóźnienia, pierwszy padnie na glebę.
- Te dwie czekają na ciebie. - Vivian ruchem ogolonej na łyso głowy wskazała na dziewczyny. Patrzyła na mnie znacząco. - Nowe. Obie prosiły wyłącznie o ciebie.
Wzruszyłem ramionami.
- Z polecenia.
- Mhm. - Vivian otaksowała wzrokiem mój czarny T-shirt i dżinsy. - Zapewne poniosła się plotka o twojej imponującej... pracy.
Przewróciłem oczami i zamknąłem zeszyt z rezerwacjami. Miałem klientów rozpisanych aż do osiemnastej.
- Och, przestań, przecież to było śmieszne - powiedziała recepcjonistka, opierając się na biurku i bawiąc się długopisem. Tatuaże pokrywały jej skórę aż do szyi, z tyłu wychodziły nawet na czaszkę. Ścisnęła jeden z moich bicepsów. - I to prawda. Ktoś tu ostatnio ćwiczy ciężej niż zwykle. Nie tylko ja to zauważyłam.
Viv potarła podbródkiem o ramię, wskazując w ten sposób jedną z pracownic studia, Zeldę Rossi. Drobna dziewczyna z maszynką do tatuażu pochylała się nad klientem. Długie czarne włosy opadały kurtyną na jej twarz. Uniosła głowę, ścierając krew z łopatki chłopaka. Popatrzyła na mnie wielkimi, zielonymi oczami. Zaczęła się uśmiechać, ale przygryzła wargę i wróciła do pracy.
Viv wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
- Musi być ci ciężko, gdy tyle kobiet na ciebie leci.
- Nie mogę narzekać - rzuciłem wesoło. - Daj mi chwilę i przyślij pierwszą klientkę.
- Jasne, kochasiu.
Vegas Ink było niewielkim studiem, lokal nie należał do najpiękniejszych. Ściany pomalowano na czerwono, podłogę stanowiła czarno-biała szachownica płytek, co jeszcze bardziej zmniejszało optycznie to miejsce. Moje studio miało być inne. W ciemniejszych kolorach, ze starymi meblami i ścianami ozdobionymi dziełami takich artystów, jak Edward Gorey czy Ann Harper. Niczym salon w nawiedzonym domu.
Moje studio...
Jonah podarował mi pieniądze na jego uruchomienie, a sam studiowałem zarządzanie biznesowe, aby poradzić sobie z jego prowadzeniem. Mimo to myśl o zakupie lokalu sprawiała, że było mi niedobrze. Gdybym poległ w tym przedsięwzięciu, po Jonahu nie zostałoby mi już nic. Brat sprzedał swoje dzieła, żeby pomóc spełnić moje marzenie, ale jeśli to nie wypali? Jeśli nie będę miał klientów? Straciłem już Kacey. Złamałem dane przyrzeczenie. Nie mogłem pozwolić sobie na kolejną pieprzoną porażkę.
Edgar, wielki, napakowany facet w T-shircie z koncertu grupy Tool, wyprostował się, spojrzał ponad klientem i skinął mi głową.
- Hej, T. Co tam?
- Po staremu - odparłem, wyciągając z dolnej szuflady maszynkę i chusteczki. Kiedy pierwsza z klientek powiedziała, na jaki zdecydowała się wzór, wybrałem tusze i igły.
- Chcesz gdzieś dzisiaj wyjść? Wybieramy się z kumplami do klubu Pony na Killroya.
Wzdrygnąłem się, a żeby to ukryć, odkaszlnąłem.
- Nie, nie mam czasu.
- Randka? - Edgar poruszył figlarnie brwiami, gdy klient korzystając z podręcznego lusterka, sprawdzał nowy wzór smoka na łydce.
- Tak - odparłem. Kątem oka dostrzegłem, że Zelda na mnie zerknęła, ale natychmiast wróciła do pracy.
Edgar się zaśmiał.
- No nie mów, że z tą rudą z zeszłego tygodnia. Róża i sztylet na prawej kostce?
- Może.
Edgar aż jęknął.
- Jesteś żigolakiem, Fletcher. Nigdy się nie zmieniaj.
Dwie dziewczyny, które wcześniej siedziały w poczekalni, podeszły do mojego stanowiska. Blondynka usiadła na fotelu, jej koleżanka stanęła obok, aby trzymać ją za rękę. Obie były seksowne i usilnie starały się ze mną flirtować. Robiłem, co mogłem, by odwzajemnić ich umizgi, bo Edgar się przyglądał.
Dwadzieścia minut później blondynka wstała z fotela z hasłem: "Pozostań wierna sobie" wypisanym delikatną czcionką na wewnętrznej stronie nadgarstka. Dziewczyny zaprosiły mnie na imprezę.
- Dobra, może wpadnę - powiedziałem z rosnącą irytacją. Zaśmiały się i poprosiły o mój numer, ale nie dałem im go, zamiast tego zapisałem numer i adres jednej z nich. Prawdę mówiąc, udawałem, że zanotowałem te informacje w komórce, po czym wsadziłem ją do tylnej kieszeni spodni.
- Mam nadzieję, że przyjdziesz - rzuciła przez ramię na odchodne blondynka.
Wyszły, a Edgar zaśmiał się i pokręcił głową.
- Myślałem, że masz dzisiaj randkę.
Wzruszyłem ramionami.
- Wezmę ją na tę imprezę.
Roześmiał się jeszcze głośniej.
- Jesteś moim bohaterem, T.
Nie, jestem kłamliwym dupkiem.
Wieki temu wybrałbym ten numer zaraz po wyjściu z pracy, w nocy zapewne niewiele bym spał. Teraz dziewczyny były równie interesujące, co prognoza pogody. Jednak dawanie innym do myślenia, że codziennie sypiałem z inną, było lepsze niż prawda. Odkąd usłyszałem na kempingu, jak Kacey śpiewa przy ognisku, przepadłem dla świata.
Pracowałem do osiemnastej, a gdy sprzątałem stanowisko, Edgar postanowił mnie pożegnać.
- Miłej randki z rudą - powiedział. - Albo z blondyną. Albo z rudą i blondyną. Jutro chcę dostać pełen raport.
- Jasne - odparłem, wkładając skórzaną kurtkę. - Jeśli za bardzo mnie nie zmęczą.
Edgar parsknął śmiechem, a Zelda się wzdrygnęła. Uśmiechnąłem się do niej, ruchem głowy próbując dać znać, że ściemniałem. Słyszałem, że podkochiwała się we mnie, odkąd rok temu się tu zatrudniła. Nie to, żeby mi się nie podobała, ale nie umawiałem się ze współpracowniczkami. Mógł wyniknąć z tego niezły bałagan, a kiedy w grę wchodziły kobiety, musiałem się z nim liczyć.
- Dobranoc, Z. - rzuciłem do niej.
- Wzajemnie, T. - odparła. Uniosła głowę i posłała mi sztuczny uśmiech. - Dziwkarz.
Roześmialiśmy się z Edgarem, ale gdy tylko się obróciłem, uśmiech natychmiast spełzł z mojej twarzy. Kiedy wyszedłem ze studia, zrzuciłem maskę wesołości, która rozbiła się na chodniku.
W Lee Business School na Uniwersytecie Nevady w Las Vegas słuchałem profesor, która wykładała o podatkach i numerach identyfikacyjnych pracowników. Nie pogubiłem się. Rozumiałem zagadnienie. Liczby miały dla mnie sens, z czego tak jakby byłem dumny. Jakbym coś osiągnął.
- Raz jeszcze przypominam - powiedziała profesor Hadden zza katedry. - Ocena z egzaminu semestralnego będzie w czterdziestu pięciu procentach wpływać na ocenę końcową. Nie ukończycie studiów, jeśli na niego nie przyjdziecie lub go oblejecie. Dajcie wcześniej znać, jeśli uważacie, że któryś z tych scenariuszy może się w waszym przypadku ziścić.
Cieszyłem się w drodze na parking. Nie zamierzałem nie przyjść czy oblać. Nie było takiej opcji.
Telefon dał znać o nadejściu wiadomości.
Oscar: Spotkamy się dzisiaj? Ja nie tęsknię, ale Dena tak.
Zaśmiałem się. Minęło sporo czasu, odkąd spotykałem się z przyjaciółmi. Właściwie byli to przyjaciele Jonaha - jego najlepsi przyjaciele - a spędzanie z nimi czasu wydawało mi się równie ponure jak obiady u moich rodziców. Przy tych spotkaniach, w cieniach unosiły się duchy wcześniejszych chwil.
Ja: Nie mogę. Mam randkę.
Oscar: Powinienem się domyślić. Może za tydzień?
Ja: Jasne.
Kłamstwa przychodziły mi z łatwością. Okłamywałem współpracowników, przyjaciół i przestawało mi to już przeszkadzać.
Po śmierci Jonaha wszyscy odsunęliśmy się od siebie. Był centrum naszego wszechświata, a bez niego traciliśmy siłę, która trzymała nas na wspólnej orbicie. Oscar i Dena starali się ze mną spotykać. Mama również nie chciała tracić kontaktu. Jednak ja nie potrafiłem wykrzesać z siebie energii, by się uśmiechać i gadać o jakichś pierdołach. Zbyt wiele wysiłku kosztowało mnie to, żeby nie okazywać smutku. Smutku po stracie Jonaha, a teraz też Kacey.
Wyjechałem z uczelnianego parkingu, przemierzyłem równoległą ulicę do Strip. Podjechałem od tyłu do hotelu i kasyna Wynn. Zaparkowałem i zapukałem do tylnego wejścia.
Ochroniarze mnie znali. Na nocnej zmianie pracował dziś Wilson.
- Dobry wieczór, Theo - powiedział, machając, żebym wszedł.
- Cześć.
Wmaszerowałem do środka, przemierzyłem cementowy, oświetlony fluorescencyjnymi żarówkami korytarz. Obserwowały mnie kamery sufitowe, ale ich oko było życzliwe. Nikt mnie o nic nie pytał. Zadbała o to kuratorka Eme Takamura.
Trzykrotnie skręciłem w lewo, następnie pchnąłem ciężkie, stalowe drzwi, które znajdowały na parterze się w pobliżu windy. Wślizgnąłem się do korytarza znajdującego się naprzeciwko kasyna, które nigdy nie zasypiało.
Drzwi galerii pilnował Paulie. Wiele godzin temu zamknął je za ostatnimi zwiedzającymi.
- Co słychać, T.? - zapytał, wbijając kod do elektronicznego zamka. Czerwone światełko zmieniło się na zielone.
- Nie mogę narzekać - odparłem. - Dzięki, stary.
Ciemna skóra z siwymi wąsami rozciągnęła się, kiedy mężczyzna łagodnie, ze smutkiem się uśmiechnął. Otworzył przede mną drzwi.
- Dobrej nocy.
Skinąłem mu głową i wszedłem do galerii.
Od pogrzebu przychodziłem tu codziennie. Każdej nocy, choć ostatnio bywało to trzy, cztery razy w tygodniu. Byłem tu, kiedy miałem kiepski dzień albo gdy za bardzo tęskniłem za bratem.
Pojedyncze prace Jonaha dawno zniknęły, sprzedane gościły w tysiącach różnych domów. Na dłuższym końcu pomieszczenia w kształcie litery "L" mieściły się w tej chwili rzeźby jakiegoś lokalnego artysty. Nie poświęciłem im uwagi. Skręciłem do krótszej części, w której nadal prezentowano instalację mojego brata. Zamontowana na stałe na tylnej ścianie przedstawiała morskie życie. Słońce zawsze świeciło jasno i żywo na fale oraz ekosystem, który sprawiał wrażenie, że każdej chwili może się poruszyć.
Jak zwykle usiadłem na ławce naprzeciwko i oparłem się o ścianę. Skrzyżowałem ręce na piersi i zapatrzyłem się w szkło Jonaha. Instalacja wyglądała idealnie. Bez skazy. Jak Jonah w moich oczach - starszy brat, który był idolem młodszego.
Opuściłem powieki. Wiedziałem, że gdyby Jonah mi towarzyszył, powiedziałby, że to nie moja wina. Stwierdziłby, że Kacey była dorosła i mogła podejmować własne decyzje.
Czasami mu wierzyłem. Niekiedy galeria stawała się moim sanktuarium, katedrą ze szkła, w której odnajdywałem spokój. To samo ukojenie, które Kacey znalazła w jego szklanych przyciskach do papieru.
Niekiedy.
Dziś nie czułem spokoju. Przyrzekłem coś bratu i zawaliłem sprawę.
Uniosłem powieki i popatrzyłem na jego dzieło. Genialne barwy rozmywały mi się przed oczami, gdy nie mrugałem. Niebieskie morze wylewało się z sufitu i rozchodziło na podłodze. Mogłem wyczuć woń soli, poczuć chłodną bryzę na skórze i pieczenie słonawej wody w oczach, jakby to były łzy. Nieskończony ocean łez.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki