LIPIEC, PIĄTEK WIECZÓR
Byłam pijana.
Z jakiego innego powodu trzymałabym w ręce komórkę, zawieszając palec nad numerem rodziców, którzy mieszkali w San Diego?
Pijacka melancholia, pomyślałam. Najwyraźniej nie jest jedynie dla byłych partnerów.
Parsknęłam śmiechem, który zabrzmiał bardziej jak szloch i poniósł się echem po klatce schodowej. Siedziałam w ciemnej, wąskiej przestrzeni, podciągając kolana do piersi i starając się zwinąć w kłębek. Próbowałam stać się niewidzialna. Zza betonowej ściany dochodziły przytłumione okrzyki i gwizdy trzech tysięcy ludzi, którzy czekali, by Rapid Confession wyszedł na scenę. Nasz manager, Jimmy Ray, dobre dwadzieścia minut temu dał znać, że wchodzimy za dziesięć minut, więc dziewczyny z zespołu zapewne już mnie szukały.
Upiłam łyk z butelki po wodzie mineralnej Evian w trzech czwartych wypełnionej wódką - ponieważ taka jestem sprytna - i znów skupiłam się na telefonie. Alkohol miał dodać odwagi, bym zadzwoniła. Ostrzegałam się w duchu, żeby tego nie robić, by odłożyć telefon i dołączyć do czekającego w garderobie zespołu. Miałyśmy wejść na scenę i zagrać kolejny koncert, na który wyprzedały się bilety. Chciałam być sławna, zarobić dużo kasy i nadal co noc pieprzyć się z innym chłopakiem.
Ponieważ to właśnie był rock'n'roll.
Ale ściema. Wcale nie wpisywałam się w ten klimat. Ubierałam się odpowiednio, zwłaszcza dzisiaj, gdy miałam na sobie minispódniczkę, sięgające ud kozaki i gorset. Idealnie wystylizowane, tlenione na niemal biały kolor włosy spływały lokami na moje nagie ramiona. Usta pomalowałam na czerwono, oczy otoczyłam czernią. Moją skórę zdobiły tatuaże, dodając mi wyglądu grunge rockowej laski, ale nie stanowiły części kostiumu. Były moje.
Wyglądałam profesjonalnie, ale czułam się, jakby zrobiono mnie ze szkła, które nieustannie rozbijano i rozrzucano. Nie miałam pojęcia kim lub czym byłam, wiedziałam jedynie, że ładnie błyszczałam w świetle reflektorów.
Wzięłam kolejny łyk wódki i niemal upuściłam komórkę. Zaczęłam przebierać rękami, by ją złapać, a gdy uniosłam ją do oczu, zauważyłam, że wcisnęłam zieloną słuchawkę.
- Cholera...
Powoli przyłożyłam telefon do ucha.
- Dom Dawsonów, słucham - odebrała matka po trzecim sygnale.
Serce mocno mi się ścisnęło. Poruszałam ustami, ale nie byłam w stanie wydusić z siebie głosu.
- Halo?
- Ja...
- Halo? W czym mogę pomóc?
Zaraz się rozłączy!
- Cześć, mamo. To ja. Kacey.
- Cassandra?
Nienawidziłam tego imienia i od lat się nim nie posługiwałam, jednak w trzech wypowiedzianych przez matkę sylabach usłyszałam ulgę. Naprawdę.
- Tak, cześć! - powiedziałam promiennie, nieco zbyt głośno. - Co, eee... Co u was słychać?
- Wszystko dobrze - stwierdziła. Ściszyła głos, jakby nie chciała, żeby ktokolwiek inny ją usłyszał. - Skąd dzwonisz?
- Z Las Vegas - odparłam. - Jesteśmy w trasie koncertowej. Ja i mój zespół, Rapid Confession. Na nasz dzisiejszy występ wyprzedano wszystkie bilety, a to już drugi z rzędu. Właściwie to bilety rozeszły się na większość koncertów podczas trasy. To świetnie. Dobrze nam idzie.
- Cieszę się, Cassandro.
W słowach matki słyszałam wpływ ojca, przez który zmieniała się w cholernego robota, recytującego frazesy, które wcześniej była zmuszona zapamiętać.
- A nasza ostatnia piosenka, Talk Me Down? Cóż... - Przygryzłam wargę. - Jest na szóstym miejscu listy stu najgorętszych utworów. I to... cóż, ja ją napisałam, mamo. To znaczy nagrałam ją z zespołem, ale słowa... słowa są głównie moje. A Wanderlust? Ten kawałek też ja napisałam. Zajmuje dwunastą pozycję na listach.
Cisza.
Przełknęłam ślinę.
- Co u taty?
- Dobrze - odparła niemal szeptem mama.
- Czy... jest w domu?
Westchnęła słabo.
- Cassie... Jesteś bezpieczna? Ktoś dba o ciebie?
- Sama o siebie dbam, mamo - przyznałam. - I odnoszę sukcesy. Ten zespół... Jesteśmy super.
Boże, nie podobała mi się ta rozmowa. Ani żałosny ton mojego głosu, ani chwalenie się osiągnięciami zespołu, ani błaganie matki, by poczuła dumę z powodu mojego sukcesu, kiedy sama nie czułam nic, może tylko potrzebę bycia kochaną. Miłość była dla mnie nigdy niezaspokojonym głodem, który rozpaczliwie skręcał moje wnętrzności, wiążąc je w mocne węzły, których nie byłam w stanie rozplątać.
Nie potrafiłam zaspokoić tego potężnego apetytu. Umiałam tylko stłumić go na chwilę alkoholem tylko po to, by następnego dnia spróbować go wyrzygać.
- Mamo? Proszę, powiedz tacie...
- Muszę kończyć, Cassie.
- Czekaj, możesz dać mi go do telefonu? Albo tylko... Powiedzieć, że właśnie ze mną rozmawiasz? Zrób to, mamo. Zobaczymy, jak zareaguje.
Cisza.
- Nie sądzę, żeby był to dobry pomysł - powiedziała w końcu. - Ostatnio... był wesoły. Nie chcę go denerwować. Nie chcę psuć mu humoru.
- Wciąż jest na mnie zły? - zapytałam z wahaniem. - Minęły cztery lata, mamo. Nawet nie jestem już z Chettem.
Chett porzucił mnie cztery lata temu w Vegas, zostawił na pastwę losu, bez grosza przy duszy i ze złamanym sercem. Oto byłam nieposłusznym dzieckiem, które mając za sobą trasę koncertową po kraju, nagranie płyty, niezliczone jednonocne przygody seksualne i dwa nowe tatuaże, błagało rodziców o przebaczenie.
Walczyłam ze łzami.
- Mówiłam ci, mamo, ale czy powtórzyłaś mu moje słowa? Czy kiedykolwiek powiedziałaś tacie, że byłam bezdomna i spałam na ulicy, gdy wyrzucił mnie za drzwi? Bezdomna, mamo. Cholera, miałam siedemnaście lat.
Usłyszałam, jak z trudem przełknęła ślinę, odsuwając od siebie łzy, emocje i wszystko, co chciałaby powiedzieć, ale nie mogła tego zrobić. Nie przekazała ojcu żadnych informacji na mój temat z wyjątkiem tego, że żyłam, że ze mną rozmawiała i że miałam się dobrze. Trzymała się swojego scenariusza bez względu na to, ile razy błagałam, żeby spróbowała postąpić inaczej.
- Chyba wiedziałaś, że nie powinnaś przyprowadzać tego chłopaka do domu - powiedziała mama, zbierając się na odwagę. - Zdawałaś sobie sprawę, jak bardzo rozgniewa to ojca.
- Gniewało go wszystko, co robiłam - łkałam, a mój głos niósł się echem po klatce schodowej. - Nic, nigdy nie było wystarczająco dobre. Tak, wiedziałam, że przyprowadzenie Chetta do domu będzie zajebiście złym pomysłem, ale chciałam zostać przyłapana. Wiesz, mamo, dlaczego? Aby zmusić ojca, żeby ze mną porozmawiał. Jak bardzo to smutne? Jestem jego córką. Jego dzieckiem.
- Cassandro, muszę kończyć. Powiem twojemu tacie, że dzwoniłaś i...
- I że wszystko u mnie dobrze? - dokończyłam. - Nie tylko dobrze, mamo - warknęłam i grzbietem dłoni otarłam nos. - Jesteśmy pieprzoną sensacją. Jesteśmy kolejnym wielkim...
- Wiesz, że nie podoba mi się twój wulgarny język, Cassandro - skarciła. W tej chwili jej głos przybrał surowy, zimny ton. Ale nie potrafiłam przestać.
- Powiedz o tym tacie, dobrze? Powiedz mu, że dałam radę i zrobiłam to bez jego zakichanej pomocy czy pieprzonej zgody albo... albo jego cholernego dachu nad głową.
- Kończę, Cassandro.
Wzięłam gwałtowny wdech, natychmiast żałując swoich słów. Chciałam nadal słuchać jej głosu.
- Mamo, czekaj. Przepraszam. Tak bardzo mi przykro...
W słuchawce panowała cisza, więc pomyślałam, że się rozłączyła, aż usłyszałam, jak wzięła drżący oddech.
Uspokoiłam się i zamknęłam oczy.
- Przepraszam. Powiedz tacie... - Przełknęłam łzy. - Powiedz, że go kocham, dobrze? Proszę.
- Dobrze - powiedziała, choć nie wierzyłam, że to zrobi. Ani przez sekundę.
- Dzięki, mamo. I ciebie też kocham. Jak...?
- Muszę kończyć. Uważaj na siebie.
Telefon umilkł na dobre.
Patrzyłam na niego jeszcze przez dłuższą chwilę. Łza kapnęła na ekran, więc wytarłam ją kciukiem. Pomyślałam o tym, by ponownie wcisnąć zieloną słuchawkę. Znów usłyszałabym jej głos i mogłabym przeprosić za przeklinanie. Równie dobrze mogłam zadzwonić raz jeszcze i powiedzieć, że pieprzę to i wcale nie jest mi przykro. Ale nie zrobiłam żadnej z tych rzeczy. Skończyłam z nimi, tak jak oni skończyli ze mną.
Czy naprawdę mieli mnie dość?
Serce zabolało mnie na tę myśl. Nie, jeszcze nie. Mama jeszcze mnie chciała. Potrzebowała moich telefonów. Miałam tę pewność. Ale jeśli nigdy już do niej nie zadzwonię, ona również tego nie zrobi. O tym też wiedziałam. W życiu własnego dziecka wciąż przyjmowała rolę biernego obserwatora.
Oparłam się o betonową ścianę. Słyszałam, że po drugiej stronie publika staje się niespokojna. Brzmiało to jak zbliżająca się burza. Jeśli wkrótce nie wyjdziemy na scenę...
Musiałam zapalić.
Z wysokiego buta wyciągnęłam pogniecioną paczkę papierosów i odpaliłam jednego za pomocą schowanej obok zapałki.
Zaciągnęłam się głęboko, wypuściłam dym i osunęłam się niżej przy ścianie, przytłoczona łzami, które powstrzymywałam przez całe cztery lata. Groziły mi w tej chwili nawałnicą. Walcząc z nimi, odetchnęłam głęboko wtłoczonym w siebie dymem, który osiadł we mnie, jakby był z ołowiu.
Tata nie chce nawet ze mną rozmawiać.
Wypuściłam dym. No i co z tego? Kogo obchodzi to, co myślał? Przez dwadzieścia dwa lata w ogóle się mną nie przejmował, dlaczego miałby zacząć teraz? Pieprzyć go.
Myśli te miały mi dodać odwagi, choć oddałabym dosłownie wszystko, by usłyszeć jego głos, który nie niósłby rozczarowania lub złości. Chciałabym usłyszeć, że za mną tęskni lub że mnie kocha. Usłyszeć, jak prosi, żebym wróciła do domu, kiedy tylko będę chciała, i jak stwierdzi, że drzwi będą dla mnie otwarte...
Jednak zamknął te drzwi na dziesięć spustów, prawdopodobnie już na zawsze, a fundament, na którym zostały zbudowane, rozpadał się w drobny mak.
Po drugiej stronie ściany tłum szalał. Ludzie pragnęli naszego występu. Domagali się mnie. Kochali mnie.
I - jak powiedziałaby Roxie Hart - kochałam ich za to, że mnie kochali.
Upiłam kolejny łyk wódki i wstałam w chwili, w której Jimmy Ray, szalejąc ze złości, wpadł przez znajdujące się nade mną drzwi.
Nasz manager był po czterdziestce i zaczynał łysieć. Jego garnitur - zawsze od Armaniego, przynajmniej odkąd trzy miesiące temu wytwórnia płytowa średnej klasy podpisała z nami kontrakt - wyglądał, jakby był na niego za duży. Mężczyzna skupił na mnie rozszalałe spojrzenie i oparł się o ścianę, z wyraźną ulgą kładąc sobie dłoń na sercu.
- Jezu, kotek, zawału przez ciebie dostanę. Występ powinien się rozpocząć już pół godziny temu.
Zgasiłam papierosa obcasem i uśmiechnęłam się do managera.
- Przepraszam, Jimmy. Dostałam ważny telefon. Ale już w porządku. Jestem gotowa na show.
- Dobrze słyszeć. Publika pożre nas żywcem, jeśli natychmiast nie wyjdziemy.
Chciałam przejść obok niego, ale mnie zatrzymał, złapał za podbródek, przyglądając się uważnie mojej twarzy.
- Płakałaś?
Odetchnęłam głęboko. Jimmy Ray w żadnym stopniu nie przypominał przykładnego ojca, ale był dla nas dobry. Był dobry dla mnie. Miałam ochotę załamać się pod wpływem jego dobroci, chciałam mu powiedzieć...
- Makijaż ci się rozmazał - stwierdził. - Poprawisz go przed wejściem na scenę, tak?
Skinęłam głową, milcząc.
- Grzeczna dziewczynka.
Klepnął mnie lekko w tyłek, by mnie pospieszyć, i poszedł za mną do drzwi i do garderoby, gdzie czekała reszta zespołu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki