I. "A lato było piękne tego roku"
1. Goldwasser na Westerplatte
21 sierpnia 1939 roku plut. pchor. Tadeusz Pietrzak służący w 29 pułku strzelców kaniowskich stacjonujących w Kaliszu pisał: "Jeszcze wczoraj założyłem się z Władkiem o litr wódeczności, że będzie wojna, Władek, że nie"1. Do cywila mieli wyjść za 24 dni.
Demokratyczne kraje Europy zwlekały ze stanowczą reakcją, patrząc bezradnie, jak Hitler pożera kolejne terytoria i łamie postanowienia traktatu wersalskiego. Jesienią 1938 roku doszło do kolejnego kryzysu - sudeckiego - sprowokowanego przez Führera. Na mocy haniebnego traktatu monachijskiego państwo czechosłowackie zostało rozebrane, w czym wzięła udział także Rzeczpospolita Polska. Chodziło o Zaolzie, zajęte podstępnie przez Czechów w 1918 roku. Teraz przyszedł czas rewanżu, co w Polsce na ogół przyjęto z aprobatą.
"Ludzie podenerwowani sytuacją światową chętnie zasiadali w kawiarniach. Nigdy do tej pory nie widziałem takich tłumów w kasynie, jak w końcu września tego roku" - wspominał Józef Kuropieska, pełniący obowiązki szefa sztabu dywizji. "Oczywiście wszyscy pili i okrutnie wygrażali... Czechom. Kiedyś naurągałem jakiemuś majorowi, że to nie uchodzi tak pomstować na słabszych w wytworzonej konstelacji". Na szczęście major nie doniósł wyżej o przytomnej reakcji oficera sztabu2.
Fala psychozy wojennej w Polsce od pewnego czasu przypominała sinusoidę: narastała i opadała. Zależała od przebiegu wydarzeń. Alarmującym sygnałem ze strony III Rzeszy było przemówienie Adolfa Hitlera wygłoszone 28 kwietnia 1939 roku w Reichstagu. Wypowiedział on wtedy zawartą z Polską deklarację o niestosowaniu przemocy. Odpowiedź ministra Becka w sejmie 5 maja była twarda: Polska nie ugnie się przed żądaniami niemieckimi. Mnożyły się prowokacje. Nie tylko ze strony niemieckiej, lecz także polskiej. Część społeczeństwa uznała jednak, że jest to "wojna nerwów". W siłę III Rzeszy wielu Polaków nie wierzyło.
Jednakże w województwach i miejscowościach graniczących z III Rzeszą i w wyższym dowództwie Wojska Polskiego inaczej postrzegano siłę hitlerowskich Niemiec. "Nie wierzono gazetom, które podawały wiadomości mające uspokoić społeczeństwo", ani w to, że "Polska nie zostanie "w razie czego" sama" - wspominał mieszkaniec Poznania3. "Ludzie robili zapasy, potrzebne i niepotrzebne - na wszelki wypadek lub dla ulokowania pieniędzy" - zanotował komunista, krawiec i podoficer rezerwy, komunista Tadeusz Becela. "Wkłady w bankach topniały, obroty kupców rosły gwałtownie. Knajpy też były stale pełne. Szumiało w nich jak w ulu"4. Kiedy dwaj sąsiedzi Polski dotąd deklarujący wzajemną nienawiść - III Rzesza i ZSRR - 23 sierpnia 1939 roku zawarli pakt o nieagresji, napięcie znów wzrosło, by nieco opaść 25 sierpnia po zawarciu układu sojuszniczego polsko-brytyjskiego. Wielu pamiętało czasy Wielkiej Wojny, panujący głód, więc niemal każdy, jak potrafił, usiłował się zabezpieczać, gromadzić zapasy i tłumić narastający lęk przed wojną.
1 września 1939 roku o godzinie 4.48 pancernik "Schleswig-Holstein" oddał salwę w kierunku polskiej Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte. Zostało to uznane za symboliczny początek II wojny światowej, choć już kilkanaście minut wcześniej doszło do bombardowania Tczewa i Wielunia przez Luftwaffe.
Obrona Westerplatte obrosła legendą. Placówka miała się bronić dwanaście godzin, a wytrwała przez siedem dni i sześć nocy. Komendantem placówki był mjr Henryk Sucharski, zastępcą i dowódcą oddziału wartowniczego kpt. Franciszek Dąbrowski. Majorowi Sucharskiemu przypisano w narodowej legendzie rolę bohatera heroicznej obrony, do czego przyczynił się reporterski, wielokrotnie wznawiany, opis Melchiora Wańkowicza. Jednakże "król polskiego reportażu" wiedzę czerpał dość jednostronnie: z opowieści samego majora, którego spotkał w Ankonie latem 1946 roku5. Niebawem major zmarł w szpitalu w Neapolu, po czym miało się okazać, że jego relacja nie do końca odpowiadała prawdzie.
Po odwilży październikowej 1956 roku historycy i dziennikarze zaczęli spisywać wspomnienia westerplatczyków, którzy uosabiali hart i honor Polski, po części osładzając gorycz Września '39. Gdańskie Towarzystwo Naukowe w 1957 roku wydało lakoniczne notatki mjra Sucharskiego i znacznie szersze wspomnienia kpt. Franciszka Dąbrowskiego w jednym tomie. Te ostatnie nie odbiegały zdecydowanie od relacji podanej Wańkowiczowi przez Sucharskiego6.
A jednak kryła się za tym tajemnica pewnego przyrzeczenia. Znający prawdę (?) oficerowie na Westerplatte umówili się, że przemilczą sprawę zachowania i dowodzenia przez niezłomnego majora, który w narodowym panteonie stał się bohaterską postacią walczącą niczym Leonidas pod Termopilami. O tej "zmowie milczenia" wiemy między innymi stąd, że 15 stycznia 1957 roku były dowódca placówki "Przystań" na Westerplatte ppor. Zdzisław Kręgielski napisał w liście do Franciszka Dąbrowskiego, iż "sprawę Sucharskiego" poruszył "delikatnie" podczas spisywania relacji westerplatczyków przez Zbigniewa Flisowskiego. "Umówiliśmy się z Flisowskim, że ta druga [relacja] to część całkiem poufna, która nie znajdzie się [...] w ewentualnie wydanych pamiętnikach", pisał Kręgielski7. Relacje te staraniem Zbigniewa Flisowskiego zostały opublikowane po raz pierwszy w 1959 roku.
Jaka to była "część całkiem poufna" wspomniana przez dowódcę placówki "Przystań"?
Informacje, co się naprawdę zdarzyło na Westerplatte, zaczęły przeciekać do opinii publicznej. Szerzyły się najpierw pogłoski, że niektórzy westerplatczycy wytknęli Wańkowiczowi błędy. Pod koniec lat pięćdziesiątych reportażysta krakowski Janusz Roszko usłyszał od wówczas już kmdr. por. Dąbrowskiego nieznane okoliczności obrony Westerplatte. Opowiadanie komandora było szokujące, gdyż wywracało dotychczasowe wyobrażenie o bohaterskim komendancie Sucharskim, którego nazwisko nadawano ulicom w całej Polsce, i o samych westerplatczykach. Na dodatek Dąbrowski zastrzegł się, że jego relacja nie może być opublikowana przez 25 lat.
Wreszcie w 1990 roku pierwsza tama pękła i na łamach "Wojskowego Przeglądu Historycznego" pojawiła się relacja ppor. Zdzisława Kręgielskiego, który już nie żył (zm. 1987). Różniła się znacznie od poprzedniej, ugładzonej relacji zamieszczonej przez Zbigniewa Flisowskiego w książce Westerplatte, wydanej po raz pierwszy w 1959 roku. Sporządzona przez Kręgielskiego, nieopublikowana do roku 1990, charakterystyka mjra Sucharskiego była niepochlebna: dowódca placówki "Przystań" pisał, że major był "zarozumiały na punkcie swego stanowiska i ważności swej osoby", wyniosły w stosunku do niższych stopniem (oprócz kpt. Dąbrowskiego), a szczególnie wobec oficerów rezerwy. Na przykład spożywanie wspólnych obiadów w kasynie oficerskim z por. rezerwy adiutantem Stefanem Grodeckim, co zaproponował kpt. Dąbrowski, uważał "za ujmę dla siebie"8.
Oschły, introwertyczny, tłumiący zapewne wiele emocji, major okupywał te stany, wynikłe z narzucenia sobie "maski" stwarzającej "z reguły ciężką atmosferę", owrzodzeniem żołądka. Zmarł wskutek zapalenia otrzewnej. Tę zależność ciała od psyche widać najbardziej u osób nieodpornych psychicznie, a z kilku relacji wynika, że najprawdopodobniej mjr Sucharski nie był odporny emocjonalnie. I trudno go o to winić, choć jego stan psychiczny omal nie doprowadził do tego, że legenda Westerplatte nigdy by się nie narodziła.
Odejdźmy jednak na chwilę od spraw związanych z komendantem Westerplatte i zatrzymajmy się przy łączących się z tym kwestiach alkoholowych. Po ostrzale z pancernika do natarcia ruszyła niemiecka Kompania Szturmowa. Została odparta, więc Niemcy ponowili ogień z dział okrętu "Schleswig-Holstein". Po czym znów ruszyła do natarcia Kompania Szturmowa wsparta plutonem SS. Ale i ten atak Polacy odparli.
W nocy z 1 na 2 września na rozkaz kpt. Dąbrowskiego sierż. Michał Gawlicki ruszył w stronę Wartowni nr 5 rozkręcać szyny. Dowódca wartowni plut. Adolf Petzelt bardzo się ucieszył z tego planu, gdyż szyny biegły kilka metrów od tejże wartowni. Uradowany "powiedział: "Zaczekajcie, dam wam zadatek, żebyście tylko wykonali dobrze robotę, bo gdy Niemiaszki wjadą jakąś pancerką, to ja leżę pierwszy". Przy tych słowach nalał nam po pełnej szklance jakiegoś gdańskiego likieru, który okazał się później naprawdę świetnym środkiem znieczulającym na pokrzywy, których pełno było w rowie wzdłuż toru kolejowego. Tym rowem czołgaliśmy się prawie 200 m", wspominał Gawlicki9.
Krytycznym dniem stał się 2 września 1939 roku. Około godziny 16 mat Bernard Rygielski udał się do Wartowni nr 5, aby zjeść spóźniony ciepły posiłek. Dowódca wartowni plut. Petzelt znów "poczęstował nas koniakiem [...], mówił, że chyba wszyscy zginiemy. "Tolek, nie nawalaj - mówiłem żartem - na pewno pomoc otrzymamy". Dał mi dla chłopców butelkę koniaku i parę paczek papierosów" - opowiadał Rygielski.
Jak widać, zaopatrzenie w dobre trunki było niezłe, co pozwalało odkażać zakonserwowaną żywność, jak też wzmóc energię i męstwo. Toteż gdy do Wartowni nr 5 z placówki "Fort" udał się kpr. Edmund Szamlewski ze zdobycznym pistoletem maszynowym z lunetą oraz starszy strzelec Ignacy Zatorski, Petzelt poczęstował ich także łykiem wódki "Goldwasser"10. Miał spory zapas trunków.
Po czym rozpętało się piekło. O godzinie 18 nadleciały samoloty i zaczęły bombardowanie Westerplatte. Zginął w nim plut. Petzelt. Postawy obrońców były różne, nikt przecież nie rodzi się bohaterem. Niektórzy nie wytrzymywali bombardowania psychicznie. Na przykład strzelec Władysław Jakubiak wybiegł na otwarty dziedziniec, co oznaczało wystawienie się na pewną śmierć, i tak się zresztą stało. Dowódca placówki "Prom" por. Leon Pająk pomimo ciężkiej rany, złożony w jadalni koszar, nagle wstał i zaczął chodzić. Dwóch żołnierzy uciekło z Wartowni nr 1, jeden z budynku koszarowego. "Koszary i Wartownia nr 6 kołysały się niczym kajak na wodzie" - wspominał plut. Edward Łuczyński. "Nie można było utrzymać się na nogach. Co chwila podmuch upadającej w pobliżu bomby rzucał stojących na ziemię. W tym naprawdę ciężkim momencie żołnierze jakoś dziwnie wesoło byli nastrojeni, "na całego" opowiadali różne dowcipy i śmiali się".
Pojawił się kpt. Dąbrowski i gdy mu wyjaśniono, co to za śmiechy, "sam się uśmiechnął i rzekł: "Lepiej, że się śmieją, niżby mieli płakać"11. Czy był to wpływ alkoholu, czy raczej "głupawka", która bywa formą odreagowania silnego stresu? Do końca nie wiemy. Niezwykłym hartem wykazywał się około 60-letni murarz Karol Szwedkowski, który "śmiało patrzył śmierci w oczy; na wybuchy bomb wcale nie reagował, tylko siedział przy prymusie benzynowym, grzał wodę lub początkowo wino i, jak mógł, ratował rannych i chorych"12.
Natomiast daleki od heroizmu był komendant mjr Sucharski. Widząc zniszczenia, zabitych, w tym swego ordynansa, rannych, a wśród nich ciężko ranionego por. Pająka, zaczął się załamywać. Westerplatte broniło się 12 godzin, więc zadanie uważał za wykonane. Nakazał palić szyfry, dokumenty i wywiesić białą flagę, chociaż "mimo wielkich strat w ludziach i sprzęcie nie załamaliśmy się", relacjonował sierż. Michał Gawlicki13.
W relacji kpr. Edmunda Szamlewskiego czytamy, że "major Sucharski siedział z boku, milczący. Odnosiło się wrażenie, że jest mocno zafrasowany i głęboko się nad czymś zastanawia. Trudno go było poznać, przez tych kilka dni dziwnie się jakoś zmienił, postarzał". Natomiast kpt. Dąbrowski "spokojnie odbierał telefony z poszczególnych wartowni i podawał obsadom instrukcje głosem tak opanowanym, pomimo huku i wstrząsów, jakby miał uszy zatkane watą"14.
Z opisu kaprala przebywającego wówczas w koszarach można domniemywać, że mjr Sucharski wpadł w szok, otępienie, depresję, czemu zawsze towarzyszy ogromny lęk. Nie jest to powód do wstydu, jest to stan chorobowy. Dowodzenie przejął kpt. Dąbrowski. Nawet w filmie Westerplatte Stanisława Różewicza z 1967 roku Henryk Sucharski, grany przez Zygmunta Hübnera, pojawiał się na ekranie jako smutny major. Mimo to film ten w zasadzie utrwalał legendę bohaterskiego dowódcy. Dopiero w 1990 roku wizja niezłomnego dowódcy straciła blask, kiedy Walter Pater opublikował ośmiostronicowy maszynopis ppor. Zdzisława Kręgielskiego.
Było to już dwa lata po śmierci podporucznika, który relacjonował, że mjr Sucharski "w drugim dniu walki po nalocie lotniczym jako pierwszy z całej załogi załamał się. Od tego momentu przestał istnieć jako dowódca. Kierowanie całością walki przejął na siebie kpt. Dąbrowski. Mjr Sucharski był do tego stopnia załamany, że nie potrafił się nawet opanować przed szeregowymi, chodził z błędnym wzrokiem, z pianą na ustach i stale powtarzał: co to będzie, co to będzie".
Doszło ponoć do tego, że kapitan zakazał swemu dowódcy pokazywać się między szeregowcami, grożąc mu izolatką, a dowódcy placówek i wartowni składali meldunki Dąbrowskiemu. "Kuba [przydomek Dąbrowskiego - J.B.] - ja już nie mogę, ja już nie mogę", miał w tym czasie powtarzać major. Dąbrowski tylko dlatego go nie odizolował, iż "chciał do końca stwarzać pozory, że mjr Sucharski jest właściwym dowódcą. Zaciskał zęby i ani słowem nie prostował mylnych sądów"15.
Okres karencji dla przedstawienia prawdy o Westerplatte minął, umowa milczenia przestała obowiązywać i ujawniano coraz więcej informacji o rzeczywistej roli kpt. Dąbrowskiego i mjra Sucharskiego. W połowie lat sześćdziesiątych XX wieku historyk Rafał Witkowski podczas spotkania z weteranami Westerplatte usłyszał od por. Stefana Grodeckiego, iż "szok spowodowany nalotem był tak silny, że musiano majora krępować pasami do łóżka". Na pytanie zdumionego Witkowskiego, dlaczego tyle lat o tym milczeli, odpowiedzieli: "Myśmy wtedy złożyli przysięgę, że nikomu tego nie ujawnimy, a major zaś zobowiązał się wytłumaczyć po wojnie wobec swoich żołnierzy z dowodzenia na Westerplatte". Inni potakiwali głową16.
W 1993 roku reportażysta Janusz Roszko zdecydował się opublikować na łamach "Polityki" szkic Tajemnica Westerplatte na podstawie relacji kmdra por. Franciszka Dąbrowskiego. Potwierdził on, że mjr Sucharski po bombardowaniu i zabiciu ordynansa strzelca Józefa Kity przeżył wstrząs i "kazał wywiesić białą flagę". Gdy tylko kpt. Dąbrowski dowiedział się o tym, nakazał prześcieradło zrzucić. Najprawdopodobniej w kurzu po bombardowaniu nie zostało ono nawet dostrzeżone przez Niemców. Lecz major, "gdy usłyszał, że Dąbrowski kazał zdjąć białą flagę - wpadł w jakiś szał. Zaczął się trząść i bełkotał z pianą na ustach. Wezwano dra [kpt. Mieczysława] Słabego. Przypinają majora pasami do łóżka, jakaś deszczułka w usta. Atak epilepsji?". Doktor rozpoznał ostry atak depresji lękowej, ale nie miał odpowiednich leków, więc podał środki nasenne i uspokajające, po czym "Sucharski długo spał [...]. Sprawę przypadłości majora znało niewiele osób. Ukrywano to przed załogą".
Jednakże gdy minął szok, Sucharski "chodził po budynku, agitował podoficerów, żeby nalegali na szybką kapitulację. Denerwowało to Dąbrowskiego [...]. Po dwóch czy trzech dniach major wyszedł z załamania, ale nigdy nie doszedł do zwykłej swojej formy. Stale był przybity" - pisał Roszko na podstawie relacji kmdra Dąbrowskiego17. Tę opowieść potwierdziła córka komandora Elżbieta Hojka.
Po tych rewelacjach rozpętała się mała burza w polskim stylu. W przypadku mjra Sucharskiego chodziło o osobę-symbol, wpisujący się w narodową legendę "rycerza niezłomnego", "bez skazy", czyli postać, która w życiu na ogół nie występuje, natomiast w zbiorowej wyobraźni Polaków rozrasta się przeważnie do chorobliwych granic. Wytoczono zatem przeciw redaktorowi Roszce, a pośrednio i kpt. Dąbrowskiemu, działa alkoholowe.
Siostrzeniec mjra Sucharskiego Ryszard Bugajski usłyszał od swego ojca Wojciecha informację podaną przez majora. Kapitan Dąbrowski miał być mocno zawiedziony, że nie został komendantem Westerplatte i "podobno lubił kobiety, alkohol i karty". W innym wywiadzie Bugajski uzupełnił: "oficerowie, z Dąbrowskim na czele, całe godziny grali w karty"18.
Po takim wyznaniu łatwo uznać kpt. Dąbrowskiego za "szwarccharakter" oddany przyjemnościom tego świata, przeciwstawiając mu postać sumiennego, trzeźwego, poważnego komendanta placówki. Głos zabrała też opiekunka kombatantów, działaczka ZBoWiD-u, społecznik Stanisława Górnikiewicz-Kurowska, utrzymująca kontakt z westerplatczykami, zwana Mateńką (zm. 2015). Powołała się ona na list kpr. Stanisława Treli, który pisał o spotkaniu we wrześniu 1958 roku: "jest mi wiadomym z ust por. Leona Pająka i mojego kolegi kpt. [? raczej chodzi o kaprala - J.B.] Jana Stradomskiego, że wspomniane spotkanie red. Roszko odbyło się w prywatnym mieszkaniu kpt. Fr. Dąbrowskiego oraz pana Olka Cichowicza przy suto zastawionym stole z alkoholem. Dyskusje prowadzili ppor. Kręgielski i żona pana Kapitana, pani Dąbrowska. Był wrzesień 1958 r. Pan Fr. Dąbrowski wódki nie pił, był już bardzo chory na gruźlicę, do dyskusji się nie włączał"19.
Sugestia, że panowie przy wódce fantazjowali, wydaje się czytelna. Jednakże nawet "Mateńka" westerplatczyków w wywiadzie dla "Wprost" powiedziała, że "wie z listów i rozmów z obrońcami Westerplatte, iż w czasie walki w 1939 roku mogli oni pić alkohol przyniesiony - jej zdaniem - z kasyna znajdującego się na bronionym przez nich terenie. Słyszała też, że żołnierze chłodzili gorące od strzelania karabiny własnym moczem"20.
Sceny te miały się znaleźć w filmie Tajemnica Westerplatte w reżyserii Pawła Chochlewa, podobnie jak inne drastyczne sceny z pijanymi polskimi żołnierzami, sikającymi na przykład na portret marsz. Rydza-Śmigłego. "Mateńka" jako konsultantka uważała jednak, że niektóre sceny należy wyretuszować lub usunąć, mimo że raczej były prawdziwe.
Tymczasem strażnicy złotych legend polskich na urzędach i w prasie nacjonalistycznej zawrzeli z oburzenia. Wiadomo, że żołnierz polski walczył zawsze trzeźwy, godny, hardo i przytomnie patrzył śmierci w oczy, nie rozstrzeliwał towarzyszy. A kpt. Dąbrowski nie mógł podniecać się wódką, nawet gdyby miał paść ze zmęczenia, natomiast mjr Sucharski nie mógł "stchórzyć", choć w języku medycznym oznaczało to po prostu szok i ostry epizod depresji. Na wojnie każdy się boi (prócz psychopatów), różnie radzi sobie z lękiem i, jeśli może, sięga po środki tłumiące strach. Mimo to, aby zyskać dotacje państwowe, sceny rzekomo "szkalujące" żołnierzy polskich usunięto ze scenariusza, przerabiając go podobno dziewięć razy. Kapitan Dąbrowski tylko raz pociąga z butelki wyjętej z kieszeni, resztę niech sobie widzowie dopowiedzą.
Pokrzepiali się zresztą trunkami nie tylko Polacy, ale i niemieccy oficerowie. Kapelmistrz orkiestry na pancerniku "Schleswig-Holstein" Willi Aurich zapisał, że w przededniu walk, 28 sierpnia 1939 roku, po zejściu na ląd z por. Georgiem Schäferem i "obejrzeniu miasta wypiliśmy u Bodenburga szklaneczkę piwa". "Bodenburg-Speisewagen" reklamowała się jako jedna z najlepszych gdańskich winiarni i piwiarni mieszczących się przy ulicy Długiej (Langasse 41-42). Więc następnego dnia, 29 sierpnia, kapelmistrz zapisał ze szczerą boleścią: "po tej wczorajszej szklaneczce piwa jestem chory, ponieważ nie pozostało się przy jednej szklaneczce. Po chwili bowiem przysiedli się do nas trzej panowie, a następnie...? Wynik: jestem dziś chory". Z wolna dochodził do siebie, w niedzielę jego orkiestra miała koncertować, lecz 1 września, jak wiadomo, na pancerniku zagrano inną, bombową melodię21.
Dzielnych westerplatczyków nie pokonali Niemcy. Nie pokonał brak woli walki, postawa mjra Sucharskiego, tchórzostwo niektórych żołnierzy ani też alkohol pociągany przez żołnierzy i rzekomo stale podpitego kpt. Dąbrowskiego, wymachującego pistoletem. Pokonał ich brak medykamentów, gangrena, która zaczęła pożerać niektórych rannych, a nade wszystko brak wody dostarczanej dotąd z Gdańska. Dostęp do zapasowej pompy na dziedzińcu koszar podczas ostrzału był bardzo utrudniony. Toteż kubek wina był na wagę złota; zaprzestano gotowania potraw z obawy, że dym wskaże cel niemieckim działom. "Niemcom wystarczyło tylko odciąć wodę" - opisywał ppor. Kręgielski22. Wspominał też o tym kpr. Trela: "I najgorsze to koniec wody"23.
Był to jednocześnie koniec obrony Westerplatte. Pozostała legenda.
2. A więc wojna!
W marcu 1939 roku, podczas pierwszej mobilizacji alarmowej, polskie władze wojskowe zakazały żołnierzom spożywania alkoholu. Jednak władze były daleko, plutony z podporucznikami i szefami kompanii blisko, więc czasem ratowano się haustem wódki. Podczas mobilizacji marcowej powołany z rezerwy ppor. Jan Wójcik był strasznie zmęczony podczas doglądania transportu swojej baterii. Widząc to, ogniomistrz szef Stanisław Werner "powiedział:
- Panie poruczniku, pan już ledwie stoi na nogach. Wiadomo, że w transporcie wojskowym nie można pić alkoholu i to jest karalne, ale niech pan porucznik to wypije.
Schylił się pod ławkę, wyciągnął manierkę i nalał mi do szklanki "końską" dawkę wyborowej. Nie wiem, czy ta wódka, czy serdeczność starego żołnierza zaprawionego na frontach pierwszej wojny światowej, albo może jedno i drugie bardzo mi dobrze zrobiły". Potem ppor. Wójcik skierował się na kwaterę do majątku Lubiniec, gdzie rządca Mieczysław Kobierski, oficer rezerwy, ugościł go kolacją i wódką. Podobno, "chociaż ja tego po dziś dzień nie pamiętam - żeśmy rozmawiali, zjedli kolację i wypili pół butelki wódki. Jeżeli on nawet nie kłamał i ja rzeczywiście przy tym byłem wszystkim obecny, to w każdym razie na pewno nieprzytomny. I podobnie nieprzytomnego wyciągnięto mnie po kilku godzinach z łóżka, żebym dopilnował porządku na tak zwanej "osłonie""24. Nasz rezerwista jakoś sobie poradził mimo stanu nieważkości.
Obwieszczenie o ostatniej mobilizacji ogłoszono 31 sierpnia 1939 roku. Była mocno spóźniona. 1 września Polacy usłyszeli w Polskim Radiu pamiętne słowa: "A więc wojna!". Rezerwiści udawali się do swych oddziałów najczęściej pociągami i na ogół towarzyszyła im w podróży wódka. Pił i młody Wiesław Kielar "ku aprobacie obserwujących mnie poborowych.
- Ciągnie jak kura ze spluwaczki! - zauważa któryś dowcipniś".
Nadal umiejętność picia wódki było synonimem wojskowej męskości25. Inny rezerwista, Andrzej Dolecki, zauważał, że na stacji w Zębicach koło Starachowic "nagle w sztucznym tłoku wyłuskano policjantom pistolety i pałki. Wśród zebranych widać było dużo pijanych. Szli walczyć "pod muchą". Już opijali zwycięstwo. Byliśmy zresztą wszyscy pewni, że się nie damy. Pokażemy takim a takim synom"26.
Nawet podczas walk wrześniowych "rozpowszechniano wśród społeczeństwa różne optymistyczne wieści, na przykład, że nasze samoloty zbombardowały Berlin, że nasze oddziały wdarły się w granice niemieckie". Przecież gospodarka II Rzeczypospolitej się rozwijała, rozpoczęto modernizację wojska, budżet był trzymany w ryzach przez ministra skarbu i wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego. W lipcu 1939 roku 59 milionów zł uzyskano z dochodów monopolowych, czyli nieco mniej niż z podatków bezpośrednich (67,6 miliona zł)27. Nadal wierzono w siłę i nowoczesność polskiej armii i ufano pogłoskom, że czołgi niemieckie są "z papendeklu", czyli masy papierowej, i rozlecą się w ulewie lub pod zwycięskimi szablami i lancami ułanów. Przecież takimi pojazdami straszyli Niemcy w Wielkiej Wojnie, a poza tym brakowało im stali, argumentowano. Prawdę o ogromnej przewadze III Rzeszy znał tylko wywiad i najwyższe dowództwo.
Dziennikarz Edward Sokopp został powołany jako oficer broni pancernej. Według relacji jego tankietka była niewiele większa od fiata 126p, czyli słynnego "malucha". W trzecim dniu wojny "ze spokojem obchodziliśmy imieniny naszego kolegi z pierwszego plutonu por. Stefana Widorta" - opowiadał Sokopp, który na przyjęcie przyniósł wódkę, a inni upolowane kurczaki. Zapach rożna zwabił gości, których "było coraz więcej. Solenizant liczył skrupulatnie wypite kieliszki, swoje i gości. Powinniśmy być trzeźwi. Byliśmy stale w pogotowiu, ale - dzięki libacji - z większym zapasem brawury". Lecące z Prus samoloty uznano za polskie "łosie" wracające z bombardowania, zanim znów się pojawiły z powrotem. Tym razem zorientowano się, że były to niemieckie junkersy, tak zwane sztukasy28.
Ci, którzy odwiedzili Niemcy podczas igrzysk olimpijskich 1936 roku, także wiedzieli, że wojsko hitlerowskie było zmechanizowane, dysponowało potężnymi siłami pancernymi, świetnymi środkami łączności i, jak się okazało, miażdżąco przewyższało polskie lotnictwo29. Na dodatek Hitler zastosował zabójczą strategię blitzkriegu polegającą na wdzieraniu się klinów wojsk pancernych, rozcinaniu, oskrzydlaniu i otaczaniu wojsk przeciwnika oraz na panowaniu w powietrzu. Przejmujący był fakt, że żołnierze polscy często nie byli przeszkoleni w użyciu świetnych karabinów przeciwpancernych wz. 35 i 38, które w wielu przypadkach zbyt późno docierały do oddziałów cofających się nocami i uwikłanych w walki. Wyjmowano je z zaplombowanych skrzyń, przechowywanych jako sprzęt optyczny. "Miały zaskoczyć nieprzyjaciela, a tymczasem zaskoczyły nas, dowódców plutonów, ponieważ nie znaliśmy ani ich konstrukcji, ani praktycznego zastosowania, ani siły ognia", pisał por. Wacław Kopisto30.
Szkoda. Pomimo modernizacji armii polskiej i niezłego uzbrojenia zrodziły się nowe mity narodowe. W boju pod Mokrą w starciu z niemieckimi czołgami "niektórzy ułani starają się ciąć szablami głowy wychylonych z wież d[owód]ców czołgów" - zanotował bohaterski wyczyn oficer Wołyńskiej Brygady Kawalerii Stanisław Koszutski. "Dało to początek legendzie o "szarżach" polskiej Kawalerii na czołgi w 1939 roku. Legenda absolutnie kłamliwa. Było to przypadkowe zdarzenie"31.
27 sierpnia 1939 roku został zmobilizowany w Poznaniu i wysłany do Rzeszowa kpr. Bernard Witkowski. "Mimo tego, że pozostawiliśmy w domu bardzo wielu swoich najbliższych, a pożegnania były niezwykle trudne i bolesne, w pociągu panowała bojowa atmosfera. Znieczuleni i podochoceni alkoholem jechaliśmy ze śpiewem, pełni zapału rozprawienia się z każdym, kto poważy się zbrojnie najechać naszą Ojczyznę"32. Podobnie wspominał ppor. Kazimierz Szubert odjeżdżający na wojnę z Pińska. 2 września: "jedziemy. Pociąg zatrzymuje się na każdej stacyjce, tu słychać głosy o wodę - upał straszny. W przedziale tematy się wyczerpały, wszystko pali i pije, oczywiście wodę, towarzystwo zaczyna zagrywać w karty. I tak do wieczora"33. Chyba pito nie tylko wodę, trzeba jednak zachować dobre imię dla przyszłych pokoleń.
Wskutek celowych bombardowań śmiertelne zagrożenie objęło ludność cywilną miast i uchodźców. Rozpoczął się exodus wielkich rzesz ludzi drogami na wschód, pod gradem niemieckich bomb lotniczych, artyleryjskich, pocisków karabinowych. Ludność "była ogłuszona tym, co się dzieje [...]. Z faktu, że wojsko cofa się bez walki - bez nieprzyjaciela, wyczuwała grozę sytuacji, rozumiejąc,że zostaje sama. Zanadto to wojsko kochała, by winić je za to" - zauważał dowódca 26 pułku ułanów płk. dypl. Ludwik Schweizer34. Lotnictwo wroga sparaliżowało ruch wojsk polskich w ciągu dnia i nadal bezwzględnie atakowało cele cywilne. Piloci niemieccy, jak dowódca dywizjonu II Pułku Bombowców Nurkujących mjr Oskar Dinort, tłumaczyli się nieświadomością: "To nasz cel - Wieluń. Miasto zburzone [...]. Tam w dole jest miasto pełne ludzi... ale to są żołnierze, atakuję tylko żołnierzy". Po czym sam sobie zaprzecza: "tuż za miastem duża zagroda zapchana ludźmi, końmi, zaprzęgami. Z wysokości 1200 metrów schodzimy na 800. Seria naszych bomb i zagroda znika w kłębach dymu i ognia. Wracamy nad miasto. Ostatnie najcięższe ładunki spadają na rynek. Fontanna ognia, dymu i odłamków jest wyższa niż wieża małego kościoła. Ostatnie spojrzenie w dół. Polska brygada kawalerii przestała istnieć"35.
W rzeczywistości w Wieluniu nie było już żadnych polskich wojsk, a bombardowanie niemieckie było w istocie atakiem terrorystycznym.
W tych warunkach rozpoczął się też proces "rozpadu człowieka przeciętnego". Uruchomiło to rozmaite postawy: od heroicznych, przez zrezygnowane, do cwaniackich i bandyckich36. Uczeń wadowickiego liceum Norbert Ogiermann zapamiętał, że w czwartek po ogłoszeniu mobilizacji, na dzień przed wybuchem wojny, "w sklepach kupowano masy towarów tak, że brakowało niektórych artykułów spożywczych. Bardzo częstym zjawiskiem byli pijacy, którzy dzięki alkoholowi umieli panować nad wzruszeniem i łzami, opuszczając rodziny i swoich najbliższych"37. Po masowym wykupywaniu towarów niektórzy ruszyli do rabunku sklepów, magazynów, hurtowni. Bywało, że do rabusiów dołączali się policjanci. W Krakowie "ludzie buszowali na dworcu, w koszarach, rozbijali państwowe magazyny z wódką, cukrem i papierosami, konserwami", wywozili węgiel ze składów, rozbili też fabrykę czekolady "Helwecja"38.
Uciekali też Żydzi, oczywiście ci, którzy mogli sobie na to pozwolić. Między innymi ze Szczekocin wyruszyła ciężarówka z 93 osobami (w większości dzieci), kierując się na Zaleszczyki w drodze do Rumunii. Potem jechali w stronę Wołynia. Wciąż brakowało benzyny. Ale pomogli im bracia w wierze. "Dowiedzieliśmy się, że w mieście [Zamość - J.B.] jest wielka winiarnia, gdzie będziemy mogli dostać spirytus. I tak się stało: właściciel nazwiskiem Fersztendik okazał się Żydem o gorącym sercu i sprzedał nam 80 litrów spirytusu za normalną przedwojenną cenę". Zaprosił też bieżeńców do dwóch willi w Krasnobrodzie.
Zapewne ten spirytus pomógł w kupnie benzyny, dotarli bowiem do Równego. Miasto zostało zbombardowane, warunki życia były trudne, więc u sowieckiego urzędnika uchodźcy zdołali wybłagać kilka litrów benzyny. Dojechali do Łucka, "gdzie życie było dużo lżejsze niż w Równem. Ale nie na długo: 20 czerwca 1940 roku żydowskich bieżeńców NKWD wyciągnęło z łóżek i zesłało na Syberię. Z pozostałymi rozprawili się Niemcy39.
Po obu stronach nie walczyli aniołowie. Choć Polacy bronili swej ojczyzny, niemieccy żołnierze bywali znacznie brutalniejsi. Hitler rozkazał im postępować bez litości. Ale też niektórzy polscy żołnierze starali się zadbać o swoje potrzeby alkoholowe. Już pierwszego dnia wojny zdarzyły się przypadki zabierania spirytusu przez wojskowych. Kapitan Stanisław Truszkowski służący w Wilnie w 1 pułku artylerii lekkiej Legionów udał się do apteki po proszki na ból gardła. Tamże natrafił na strzelca piechoty, który "niewiele się krępując moją osobą, żądał od aptekarza niczego innego, lecz... spirytusu, dość dwuznacznie przy tym operując karabinem [...]. Pierwszy dzień wojny! Byłem zdumiony. Bezosobowo powiedziałem, że rozkazy zabraniają sprzedaży żołnierzom alkoholu i że żołnierzom nie wolno pić napojów wyskokowych". Indagowany amator spirytusu odpowiadał z niechęcią na pytania oficera i opuścił aptekę dopiero wtedy, gdy Truszkowski wezwał trębacza z karabinem i sam wyjął pistolet z kabury40.
Polscy żołnierze zaskoczeni tempem działań wroga, który rozcinał na kawałki polską obronę, potrzebowali żywności i napojów. Szczególnie wtedy, gdy szwankowało zaopatrzenie kwatermistrzowskie. Uczeń Tadeusz Brańka pisał o sytuacji w niedzielę, czyli 3 września w Wadowicach: "poszedłem do miasta, tu rozbili monopol, papierosy, spirytusu, sklepy poodbijane i wojsko zabiera, co mu potrzeba"41. Kapral Witkowski wspominał o postoju w jakiejś zagrodzie leżącej daleko od wsi rzeszowskiej. "Żołnierze szukali żywności, plądrując dom, znaleźli ukrytą w piwniczce przestraszoną kilkunastoletnią dziewczynę i zaraz zaczęli ją gwałcić. Dowódca z pistoletem w ręku opanował sytuację, ale nie było to ani łatwe, ani bezpieczne. Kolejny raz wojna pokazała swe straszne oblicze"42.
Do chaosu przyczyniła się sytuacja na kolei. Major dypl. Wielisław Krajowski sądził, że "przyczyna leżała w tym, że [szef komunikacji wojskowych] gen. [Aleksander] Szychowski był dawnym saperem kolejowym, a więc technikiem, a prawa jego ręka mjr [dypl. Leon] Nowosilski - raczej kolejarzem o rzeczywiście wybitnej znajomości zagadnień techniczno-kolejowych - aniżeli sztabowcem". Na dodatek nikt się nie zainteresował serią ważnych publikacji w czasopiśmie niemieckim o nowoczesnej koncentracji sił i środków z wykorzystaniem "kombinacji transportu kolejowego z samochodowym [...]. W ogóle ani gen. Szychowski, ani mjr Nowosilski nie doceniali znaczenia transportu samochodowego" - sądził mjr Krajowski43.
Rezultatem stał się postępujący paraliż bombardowanej kolei i węzłów kolejowych. Po kraju zaczęły krążyć pociągi widma, co pogłębiało chaos. Do tego dochodziła beztroska niektórych pracowników: mgr rtm. Wilhelm Pflancer z Okręgowej Dyrekcji Kolei państwowych we Lwowie zeznawał na emigracji, że "delegat Szt[abu] Gł[ównego] przy Dyrekcji Kolejowej ppłk dypl. [Stanisław] Turek wraz z dyrektorem kolei inż. [Aleksandrem] Tyszką codziennie prawie po kilka godzin wydalali się na obiady i kolacje do miasta do restauracji Kozieła i wracali stamtąd pijani, podczas gdy w tym czasie dziesiątki ludzi czekało na nich albo z ważnymi meldunkami z linii, albo na ich decyzje i zarządzenia". Choć w innych miejscach brak wzmianek o pijackim życiu ppłk. Turka, a inż. Pflancer surowo postrzegał świat i ludzi, to nie mamy powodu, by mu w tym przypadku nie wierzyć. Działo się tak, gdy "całe tysiące ludzi zalegały gmach dyrekcyjny i przyległe ulice, byli to pracownicy ewakuowanych dyrekcji krakowskiej i katowickiej, pracownicy, którzy zbiegli z linii - wszyscy czekali wskazówek, zajęcia, pomieszczenia, pieniędzy"44.
Natomiast na Kresach dochodziło do masakrowania śpiących żołnierzy przez ludność ruską. Był to odwet za panoszenie się polskiej administracji w czasach II Rzeczypospolitej i zabór cennego mienia, jakim był dla "ruskich" samogon. Opowiadał o tym między innymi pchor. Jan Tomasz Nowakowski. Wspominał o parolitrowej butli, którą szeregowy woźnica wyciągnął spod plandeki. "W połowie była wypełniona wiśniami. Podchorąży zmartwił się:
- A spirytus? - spytałem.
- Panie podchorąży! Skąd spirytus? Samogon! Ale pierwsza klasa. Tyle tylko że już go nie było, gdy to znalazłem.
- Człowieku! - podskoczyłem. - A jak zatrute?!
- Gdzie tam - zaprzeczył. - Wczoraj tośmy z chłopakami garściami jedli, no i to zostało. Pan się poczęstuje, panie podchorąży!".
Kandydat na oficera uznał, że w związku z tym należy zejść z konia, skoro inni maszerują pieszo, by okazać swój bojowy duch i posilić się wiśniami. Nie był to dobry wybór. "Urżnąłem się tymi wiśniami jak... ech! A chłopak na wozie uśmiechał się porozumiewawczo". Na szczęście nie pojawił się wyższy dowódca, by stwierdzić, że pluton prowadzi pijany podchorąży45...
Różne też były postawy chłopów i możnych właścicieli w rdzennej Polsce. Podporucznik Stanisław Piotrowski opisywał, jak w domostwie koło zupełnie zniszczonego Garwolina "późną nocą, pierwszy raz po tylu dniach, zasiedliśmy z rotmistrzem do kolacji [...]. Po wejściu do środka nie mogłem ochłonąć z wrażenia. Kapral Franek przygotował iście królewską kolację, nadając jej uroczystą oprawę. Na stole leżał duży bochen białego chleba zwany plackiem. Obok litrówki z wódką stały szklaneczki, szampanki. Na talerzu kusił pokrajany boczek wędzony i plasterki pachnącej kiełbasy wiejskiej".
Okazało się, że gospodarzem był podupadły szlagon. Ale to nie on gościł żołnierzy: "okropny sknera, wszystkiego nam żałuje. Rządzi nim stara baba kutwa i sekutnica, jako gospodyni", tłumaczył kapral Franek. Ale od czego wdzięk żołnierski. Franek oczarował młodą służącą, ta dała mu klucz do piwnicy gospodarza w Garwolinie i okazało się, że tamże "uginają się półki". Kapral wziął co nieco, urządził przełożonym kolację, pomimo oporów Piotrowskiego, że właściciel oskarży go o włamanie.
Inaczej podszedł do tej sprawy samozwańczy komendant okręgu garwolińskiego rtm. Baranowski. Orzekł, że Franek "chłopak z inicjatywą powinien być plutonowym", i mianował go natychmiast. Rotmistrz okazał się przy tym również nad wyraz przebiegły, na kolację bowiem zaprosił gospodarza, nieświadomego, że to produkty z jego piwnicy. Sądząc, że dowódcy wznoszą toasty własnymi trunkami za zwycięstwo, ochoczo "wychylał dwie i trzy lampki pod jeden toast. Pamiętał również o zagryzce. Szczególnie wychwalał boczek wędzony, jako bardzo smaczny, choć znacznie gorszy od tego, który on osobiście przygotowuje". Zapowiadał po wojnie świniobicie, na które panów oficerów zaprasza.
Gdy rotmistrz wyjawił mu, że wódkę zdobył kpr. Franek w spalonym Garwolinie, pijany już szlagon bełkotał: "Dzielny człowiek. Za jego zdrowie, aby nam żył sto lat!". W tym czasie Franek, "stojąc z boku, łypał na nas swoimi śmiejącymi się oczami". Pijanego gospodarza odprowadzili do łóżka, po czym rotmistrz wyjawił swoje zasady: "trzeba się uczyć od starszych doświadczonych ludzi. Uchlał się, myśląc, że pije na nasz rachunek. Taka wódka lepiej mu smakowała. W sumie plutonowy zrobił dobry uczynek w stosunku do tego pijącego sknery. Chyba zadowolona jest i jego gospodyni"46.
Po czym rotmistrz zasnął snem sprawiedliwego. Trudno się jednak dziwić szlagonowi: "Garwolin nie istniał" - zanotował pod datą 12 września dowódca 26 pułku ułanów płk. dypl. Ludwik Schweizer - bo został zbombardowany przez Luftwaffe47.
Podoficer zawodowy Tomasz Kowalski walczył między innymi w obronie Modlina. Jego plutonowi coraz bardziej brakowało spyży dla koni i jadła dla ludzi, więc zażądał od sołtysa jakiejś wsi w rejonie miejscowości Cybulice tony owsa. Zebrać się miała cała wieś, ale już pierwszy gospodarz odpowiedział, że "owsa nie ma i nie da". Wtedy Kowalski zagroził mu, że jak znajdą, zarekwirują wszystko. I stało się: "znaleźliśmy na strychu spichlerza plecione kosze słomiano-wiklinowe pełne owsa. Zabraliśmy wszystkie, około tony" - relacjonował. "Dla żołnierzy udało mi się zdobyć w naszych taborach konserwy mięsne, kawę, kaszę i trochę ryżu". Ratowano się więc i w ten sposób.
Zagrożenie życia obnaża psychikę człowieka. Nawet wśród wyższych oficerów dochodziło do ataków obłędu. Zagadką było na przykład postępowanie płka dypl. Zygmunta Trzaski-Durskiego, pomocnika (zastępcy) dowódcy Okręgu Korpusu 9 gen. Franciszka Kleeberga. Podczas podróży służbowej do Baranowicz zaczął mówić do szofera kpr. Stanisława Michałowskiego, że "został wysłany na pewną śmierć" przez swego przełożonego i że po powrocie zastrzeli gen. Kleeberga. Ostrzelał też samochód policyjny, zastrzelił komendanta posterunku w Różanie, st. przodownika Leona Kasztelana. Pozostali policjanci odpowiedzieli ogniem, raniąc pułkownika, w wyniku czego zmarł.
Co było powodem zachowania pułkownika Durskiego? Pułkownik był trzeźwy, gdyż kierowca w zeznaniach nie wspomniał o alkoholu. Czy był dywersantem? Główny komisarz cywilny przy Naczelnym Wodzu Wacław Kostek-Biernacki 14 października 1939 roku twierdził przed ministrem Eugeniuszem Kwiatkowskim, iż Durski "przed śmiercią zeznał - wobec 7 świadków - że był na usługach wywiadu niemieckiego. Kostek-Biernacki sam czytał to sprawozdanie"48. Jednak najbardziej przekonująca jest wersja ataku psychotycznego: według zeznania kierowcy Durski "miał halucynacje", że "cała okolica jest zagazowana". Wszystko wskazuje, że "zagazowany" został nieszczęsny mózg pułkownika i miał rację autor raportu sporządzonego w Urzędzie Śledczym, że "według dotychczasowych wyników dochodzeń pułkownik Durski uległ obłędowi". Jednak honor armii był ponad wszystko i zdanie to naczelnik urzędu śledczego nadkomisarz Witold Makowski usunął z raportu49.
Kiedy tylko było to możliwe, wojsko wspomagało się alkoholem. Wojciech Rawski, którego wojna zastała w kompanii kolejowej jako oficera żywnościowego, wspominał, że podczas jazdy koleją w nieznane zaszedł do jakiejś wioski. Tam w sklepiku zakupił "jakieś ciastka, sucharki, cukierki. Była jeszcze wódka, więc kupiłem dwie flaszki". Żołnierze "przygnębieni wstrząsającym przykładem barbarzyństwa [masakra ludności cywilnej w Rybniku - J.B.]" zjedli to wszystko w Skarżysku, przy świecy, "przepłukując gardła wódką"50. Wódka czasem okazywała się konieczna: wprawdzie nie wpływała dobrze na poziom dyscypliny, lecz była środkiem zapobiegającym zachorowaniu na dyzenterię, choć żołnierze mieli również środki odkażające wodę.
Wspominał kpr. Witkowski: biegunka była "spowodowana zapewne tym, że piliśmy surową wodę z różnych studni i strumyków. Wszyscy żołnierze mieli w swych osobistych apteczkach tabletki, które chlorowały i uzdatniały wodę do picia, ale często skrajnie spragnieni piliśmy ją łapczywie, zapominając o zaleceniach. Naszym naturalnym lekarstwem na tę paskudną przypadłość były jabłka w sadach (!) i czarne jagody w lesie"51.
Niektórzy cieszyli się innymi napojami pobudzającymi: "czarna żołnierska kawa - niebo w gębie, potwierdzał to każdy, parząc sobie usta", luzując trzewiki, "żeby rozciągnąć się na miękkim puszystym mchu", wspominał pchor. Jan Tomasz Nowakowski52. Poza tym część żołnierzy była wyposażona w "skarb: prasowaną w kostki polską kawę żołnierską. Zawierała też cukier. To było naprawdę doskonałe. Żując długo rozdrobnione kostki co jakiś czas, oszukiwało się żołądek"53 w oczekiwaniu na opóźnione kuchnie polowe.
Brak jednolitego frontu, do czego oficerowie byli przyzwyczajeni, oraz gwałtowne manewry sił niemieckich sprawiały, że niekiedy wyżsi dowódcy tracili głowy i "uspokajali nerwy" alkoholem. Dowódca Wołyńskiej Brygady Kawalerii płk. dypl. Julian Filipowicz "pije i w miarę rozwoju sytuacji pije coraz więcej.Widząc, że dostawcą alkoholu jest jego szofer, a magazyn butelek jest w samochodzie d[owód]cy, rozbijam cały ten skład, niby przypadkiem" - wspominał ówczesny oficer sztabu Brygady kpt. dypl. Stanisław Koszutski. "Dostaję za to niesamowite wymyślanie, na które hardo odpowiadam [...]. To nie jest dobra zapowiedź wzajemnych stosunków oficera sztabu z dowódcą brygady. A szkoda, bo pomijając pijaństwo i grubiańskie traktowanie wszystkich oficerów sztabu, widzę w płk. Filipowiczu zaciętego dowódcę o dużej i szybkiej decyzji i zmyśle taktycznym".
Jednakże pułkownik, widząc krytyczne spojrzenia podwładnych, cuchnąc wyziewami koniaku, odesłał Koszutskiego do 2 Pułku Strzelców Konnych ze słowami: "Zasrani sztabowcy. Gówniarze, co chcą mnie uczyć - dodał jakby od siebie. Pojechałem z ulgą w sercu i od tej chwili znienawidziłem zapach koniaku do końca mojego życia"54.
Pomimo heroizmu wielu, jak to zwykle w zbiorowisku ludzkim bywa, nie wszyscy oficerowie polscy świecili dobrym przykładem i byli lubiani przez swych żołnierzy. Podczas jednego z ostatnich epizodów kampanii wrześniowej dowódca III batalionu 179 pułku piechoty kpt. Adam Jarosiński, walczący w Samodzielnej Grupie Operacyjnej Polesie gen. Franciszka Kleeberga, usiłował wyrwać się z okrążenia w rejonie Kocka. W Białobrzegach miał pozostać 1 pluton z 8 kompanii wsparty ckm-em, a reszta batalionu miała maszerować na Poizdów. Tymczasem okazało się, że dowodzący 8 kompanią kpt. Stefan Pfont zatrzymał w Białobrzegach cały swój pododdział. Nie cieszył się on dobrą opinią: "w połowie września gdy wraz z Jarosińskim maszerowali jeszcze jako Zgrupowanie "Drohiczyn Poleski", Pfont spoliczkował pewnego żołnierza, niesłusznie oskarżonego o kradzież kury w jednej wiosce. Ów żołnierz odgroził się, że go za to zastrzeli, i pobiegł po karabin. Pfont, widząc to, natychmiast uciekł. Kilka dni wcześniej po pijaku spoliczkował swego ordynansa za to, że ten nie potrafił załatwić mu kolejnej butelki wódki. Ordynans ten również nie pozostał dłużny i odgroził się, że doniesie na niego do wyższego dowództwa". Być może skłonność do obijania żołnierzy brała się stąd, że Pfont służył jako kapitan policji55. Okazji do policzkowania po pijanemu nie miał już zbyt wiele, gdyż 5 października gen. Kleeberg wydał rozkaz o zaprzestaniu walk.
Osiemnastoletni Witold Engel, uciekając z rodziną z Poznania, "wprosił się" do wojska jako goniec. Dowódca artylerii 59 pułku piechoty por. Orzeszko rozkazał wydać mu mundur i ekwipunek. "Poszedłem z jowialnym, grubym szefem. Dzięki "piersiówce" francuskiego koniaku, który mi dała matka na drogę, dostałem oficerski mundur, piękny pas z koalicyjką i nowiutki pistolet [...]. Siedzieliśmy sobie wygodnie w pustym otwartym samochodzie, stojącym na środku podwórza folwarku, i pokrzepialiśmy się koniakiem".
Baśniowy spokój prysł, gdy nadleciały samoloty. "Tęgi sierżant-szef wyskoczył jak młodzieniec z samochodu, ciągnąc mnie za rękę, lecz nie wypuszczając z drugiej dłoni butelki koniaku". Zdążyli dobiec do linii drzew, gdy "w miejscu, gdzie przed chwilą popijaliśmy, wytrysnął gejzer ognia. Samochód osobowy dosłownie zniknął wraz ze śpiącym szoferem".
Na okoliczność szczęśliwego ocalenia sierżant z gońcem łyknęli z butelki koniaku, po czym Engel popędził na koniu po rozkazy do por. Orzeszki56. Nastąpił bowiem atak czołgów, powstrzymany celnym ogniem polskich działek ppanc.
Spirytus ukoił również podoficera szkoły dla małoletnich Mikołaja Cabana, opiekującego się taborem amunicyjnym i sanitarnym. Podczas przebijania się do Dęblina wypił z kolegą pod dwa suchary "prawie pół manierki spirytusu. Już w drodze poczułem szum w głowie. Spirytus działał na głodny organizm szybko. Jak przez mgłę widziałem kręcących się żołnierzy przy wozach z amunicją", po czym po wydaniu dyspozycji zasnął, opisywał.
Był to zaiste sen kamienny, skoro Caban nie słyszał, co się działo na zewnątrz. "Obudziłem się rano w ruinach gajówki, między wpół rozwalonym piecem a murowanym filarem. Byłem częściowo zasypany gruzem. Wydostać się pomogli mi moi żołnierze. Mimo że z gajówki zostały gruzy, byłem zdrów i cały. Przespałem kilka godzin i nie słyszałem huku dział ustawionych obok gajówki ani wybuchu pocisku, który ją zdemolował". Caban szczęście miał zaiste niezwykłe. "Za gajówką stało kilka ciężkich dział poszarpanych wybuchem pocisku, a obok leżała obsługa. Tabor również przestał istnieć. Z wozów zostały szczątki"57.
Po reorganizacji cofających się oddziałów we Włodawie nad Bugiem "utworzono tak zwany batalion morski pod dowództwem komandora ppor. mar. Stefana Kamińskiego", wspominał ówczesny pchor. Klemens Kurzyp. "Aby zapoznać się z kadrą, komandor Kamiński wezwał oficerów i podchorążych swego batalionu na odprawę do swej kwatery w prywatnym domku. Na odprawie popijał ze szklanki sok wiśniowy i chcąc poczęstować nim, poprosił swoją gosposię o kieliszki". Okazało się, że gosposia ma tylko bańki. "Kazał jej dobrze wyparzyć te bańki i przynieść, po czym ponalewał nam z butelki tego soku, wznosząc toast za dobrą współpracę. Zatkało nas, był to bowiem spirytus zabarwiony sokiem, który komandor popijał ze swej szklanki bez skrzywienia"58.
Niemcy wykorzystywali, a raczej tworzyli propagandowe obrazy rzekomo niezdyscyplinowanego i rozpitego polskiego wojska, swym rozprzężeniem samego winnego klęski. Na przykład drukowali "wspomnienia majora X", weterana I wojny światowej służącego niegdyś w armii rosyjskiej. Miał on stacjonować ze swym polskim oddziałem w Brodnicy i pisał o zabawowych nastrojach w przededniu września 1939 roku, że po wydaniu rozkazu wymarszu do Jabłonowa "moim porucznikom trudno było się rozstać z wesołymi paniami ze dworu [...]. Po prostu traktowano jak wojsko na ćwiczeniach. Co więcej - wierzono w siłę tego wojska, które nie dopuści "szwabów" do majątku, lecz samo zwycięsko pójdzie naprzód".
Na widok tego bałaganu major wzdychał: "W armii rosyjskiej robota organizacyjna wyglądała o wiele poważniej. Żołnierz rosyjski i młodszy oficer był o wiele lepszy od naszego: nie spotkałem tam tyle tchórzostwa, bezładu i bałaganu, co obecnie"59.
Wspomnienia te zostały wydane w Berlinie przez Oberkommando der Wehrmacht w polskojęzycznej "Gazecie Ilustrowanej" i były przeznaczone dla polskich jeńców w oflagach. Znalazły się w nich również opisy karygodnego zachowania po ciężkim bombardowaniu Jabłonkowa: "moi żołnierze łącznicy też wykorzystali okazję, przynosząc zrabowany tytoń, papierosy, wódkę, koniak [...]. Zabroniłem im używać alkoholu"60. I dalej: "nie ma chleba", za to "oficerowie intendentury włóczą się pijani". Szerzyły się napady na magazyny61. I na tym apokaliptycznym tle "długie szeregi wspaniale uzbrojonych samochodów pancernych, czołgi, tanki, zmotoryzowana artyleria [...] tuż za wojskiem ciągnęły dymiące kuchnie", ze smakowitymi daniami, dodawał we "wspomnieniach" rzekomo "szary żołnierz" o wojskach niemieckich, porównując je z polskim "chaosem odwrotu"62. Obrazy te wpisywały się w stereotyp o polnische Wirtschaft, polskiej gospodarce, jako bałaganie...
A jaki miał być ów odwrót związków operacyjnych i oddziałów wojsk polskich, zaskoczonych atakiem niemieckim bez wypowiedzenia wojny, rozcinanych uderzeniami hitlerowskich czołgów i bombardowanych z powietrza? Trudno było o utrzymanie porządku cofających się wojsk, oddziały się gubiły, szwankowała łączność. Strategia blitzkriegu nie pozwalała na utworzenie frontu, jak w czasach I wojny światowej, a dezorientację dobrze oddał pchor. Janusz Łada Grodzicki. Cofał się on z pułkiem artylerii spod granicy koło Działoszyna, zapisując: "My byliśmy strażą przednią - a gdzie reszta? Gdzie się rozegra ta decydująca bitwa? Nie wiedziałem, że bitwa ta trwa na tysiącu odcinków, trwa od pierwszego września stale. Koncepcji nowej wojny nie znałem. Nie znał jej również i nasz dowódca - pierwszorzędny żołnierz [...]. Na nasze pytania z dziedziny taktyki wojennej odpowiadał po prostu: Nic nie rozumiem".
Być może nie chciał jednak mówić, jak bardzo ta wojna różniła się od pozycyjnej, w okopach z czasów Wielkiej Wojny. Niedostatek widać było także w wyżywieniu i piciu, choć żołnierze, "zawsze coś mają", nie tylko zbieraną po polach marchew, brukiew, rzepę i śliwki63.
Zdarzały się też przypadki dezercji. Oficer Wojciech Rawski tłumaczył zaginięcie oficera lekarza następująco: "mając w pamięci jego zachowanie [...] po pierwszym nalocie - mogę z całą pewnością sądzić, że był to człowiek nerwowo chory i wyczerpany i tylko przez pomyłkę został zmobilizowany"64.
Podporucznik rezerwy Julian Ochnik cofał się z wojskiem z Chełmna na Toruń. Znienacka dotarł doń okrzyk od czoła kolumny: Gaz! "Rzeczywiście w poświacie budzącego się dnia od strony Wisły widać pełzające opary [...]. Niektórzy żołnierze już mają założone maski. Jadę, wyprzedzam kolumny i gdy znalazłem się w atmosferze niby gazu, poczułem alkohol. I cóż się okazało. Władze Torunia, obawiając się trafienia bomb i wybuchu zbiorników ze spirytusem, zadecydowały, aby wypuszczono go do Wisły. Gaz się wyjaśnił"65, za to rzeka oddychała oparami spirytusu.
Wisła była zbyt duża i rwąca, by alkohol w niej pozostał. Szybko się w niej rozwodnił i ulotnił, więc żołnierze nie mogli czerpać wódki z rzecznymi dodatkami, jak za czasów Wielkiej Wojny. Poza tym jednak wojskowi bywali zapobiegliwi i często chowali wódkę na czarną godzinę. Tenże ppor. Ochnik, cofając się na Warszawę, w jakiejś wsi postanowił nakarmić swoich żołnierzy, więc gospodyni usmażyła na smalcu jajecznicę z 30 jaj. "Jeden z kierowców powiedział, że ma litr wódki, czy może przynieść. Pozwoliłem" - wspominał Ochnik, który z gestem zapłacił gospodyni 20 zł (oczekiwała 5 zł). Po czym "chłopcy syci i w różowych humorach chętnie udali się do samochodów"66. Pod datą 1 października ppor. Kazimierz Szubert zanotował o 30-kilometrowym przemarszu na trasie Suchowola-Osowno: "No, odmarsz. Cześć, do zobaczenia, może się kiedyś "uwidim". Suchowola ma swoje wspomnienia - tam można było obłupać się spirytusu, nasz Młynarek zalał się w sztok"67. Czy zdołał maszerować, czy raczej go wieźli - nie wiemy.
3. "Podchorąży dał mu wódki", czyli sposób na dywersantów
Wściekłość na ulicach potęgowały nie tylko bombardowania, lecz także grasujący ponoć dywersanci, w tym "wesołe kobiety" nawołujące, by popić i zabawić się z nimi, zamiast walczyć68. Nie jest jednak pewne, że były dywersantkami: zdarzały się na przykład prostytutki pod ostrzałem toczące przed sobą beczułkę. "Gdzie was diabli niosą? - ryczę wściekły" - wspominał ppor. Jan Wójcik.
"- Czego pan krzyczy? Też... Dostałyśmy beczkę oliwy, tośmy wojsku przyniosły, bo pewnie nie macie na czym smażyć"69. Nawet one chciały wziąć udział w walce ze "Szwabami".
Czy istniało tak powszechne zjawisko dywersji, jak sądzono w walczącej Polsce i jak to było rozdmuchiwane do granic psychozy? Szef sztabu gen. Waleriana Czumy płk Tadeusz Tomaszewski pisał: "na terenie Warszawy zetknąłem się z trzema rodzajami dywersji: telefoniczną, fałszywych wieści i strzelania z ukrycia. Telefony były opanowane przez podsłuch"70. Do tego dochodziła powszechna obawa przed zatrutą żywnością i alkoholami. Generał Czuma, widząc psychozę na tle niemieckiej piątej kolumny, samosądy, internowanie osób noszących niemieckie nazwiska, zmuszony był powściągnąć histerię warszawiaków i wydał zakaz "stosowania podobnych szykan, nie opartych na żadnych innych podstawach, poza faktem cudzoziemskiego brzmienia nazwiska"71. Poza tym większości spirytusu nie trzeba było zatruwać: był on skażony i przeznaczony do gotowania na maszynkach spirytusowych, powszechnie stosowanych.
Dywersanci pasowali do polskiej legendy narodowej, że my zawsze walczymy czysto, a oni brudno. Jednak jest to zagadkowa sprawa. Nie ma śladu w archiwach i dziennikach, by Hitler, przygotowując się do wojny z Polską, przewidział specjalne zadania dla mniejszości niemieckiej. Wiemy natomiast, że Abwehra szykowała do wojny grupy dywersyjne, choć w wielu przypadkach nie jest to dobrze udokumentowane źródłowo i wymaga dalszych badań72.
Natomiast w pamiętnikach często natrafiamy na owych dywersantów. Andrzej Dolecki podczas marszu w stronę Brześcia i Białej Podlaskiej dowiedział się od chłopca wiejskiego, że z lądującego samolotu wysiadły dwie dziewczyny. Jedna z nich - "niczego sobie" - zaczepiła Doleckiego, po czym udała się do stodoły na pogaduchy i wódkę z żołnierzami. Doleckiemu zaświtała myśl, że to dywersantka, i gdy podzielił się tą rewelacją z żołnierzami, dostał od dziewczyny kopniaka w jądra. Zdołano ją obezwładnić, schwytano też drugą, z miniaturową radiostacją. Owe kobiety okazały się mężczyznami. Zostali rozstrzelani73.
Wspominał Franciszek Pawelec, walczący na Podlasiu, że "Niemcy wiedzieli o ruchach naszych wojsk". Jego pododdział natrafił na poruszający się krzaczek porzeczek, po czym wyłoniła się z zamaskowanego bunkra sylwetka mężczyzny, który ukradkiem wyrzucił kartkę. Niemiecki kolonista twierdził, że jest w swoim sadzie, zaprosił do domu, "krzyknął tam na trzy kobiety, żeby przygotowały poczęstunek, a sam wytaszczył gdzieś z piwnicy dość pokaźnych rozmiarów gąsior i napełnił z niego szklanki. Wzniósł toast za nas i za polską armię".
Gospodarz liczył, że pod wpływem trunku żołnierze zapomną o jego ukrywaniu się w bunkrze, ale srodze się omylił. Żołnierze na polecenie porucznika pili niewiele, po czym oficer kazał prowadzić się do bunkra. Okazało się, że Niemiec przetrzymywał tam karabin maszynowy i radiostację. Odczytano z przejętej kartki "nazwy miejscowości postojów naszej armii, odległości i drogi, którymi maszerowała". Dzięki temu zarządzono alarm, oddziały polskie wycofały się z zagrożonego lasu i bomby niemieckie spadły w próżnię, zamieniając las w pogorzelisko74.
Władze polskie i samorządowe podsycały psychozę niemieckich dywersantów i piątej kolumny, więc dochodziło do rozstrzeliwania podejrzanych osób. Tymczasem według dyrektora Wydziału Narodowościowego w MSW Wacława Zaborowskiego i wnikliwych badań historyka żadnych przygotowań do wojny ze strony mniejszości niemieckiej w Polsce nie było75. Atmosfera zagrożenia prowadziła jednak do agresywnych demonstracji antyniemieckich, zwłaszcza w Bydgoszczy i w Katowicach, ataków na Niemców itp.
Po wybuchu wojny szczególnego znaczenia nabrała "krwawa niedziela" 3 września w Bydgoszczy, którą mieli wywołać dywersanci niemieccy, strzelając do polskich oddziałów. Jednakże badania dokumentalne, między innymi dziennika bojowego mjra Bolesława Rassalskiego, wykazały, że "to nie bydgoscy Niemcy rozpoczęli strzelanie w dniu 3 września 1939 r. na ulicach miasta, ale że inicjatywa wyszła od Polaków". Oddziały antydywersyjne zorganizowano wśród cywilów wespół z oddziałami regularnymi Wojska Polskiego. W rezultacie doszło do tego, że "wszyscy do wszystkich strzelali: polscy uzbrojeni cywile do polskiego wojska, biorąc je za Wehrmacht lub kryptodywersantów przebranych rzekomo w polskie mundury, a dalej polscy żołnierze maruderzy do polskich uzbrojonych cywilów, pośród których trudno było odróżnić Polaka od Niemca. Powstał ogromny bałagan [...] polskie patrole wyciągały z mieszkań przedstawicieli mniejszości niemieckiej lub zatrzymywały na ulicach osoby pochodzenia niemieckiego i na miejscu rozstrzeliwały"76.
Przy okazji dochodziło do rabunku niemieckich gospodarstw i podpaleń, w tym kościoła ewangelickiego w Bydgoszczy. "Naftę i skażony spirytus do podpalenia kościoła sprzedał - jak potem opowiadali świadkowie pożaru - podobno sklepikarz z ul. Leszczyńskiego. Został on później rozstrzelany przez Niemców" - opowiadał świadek tych wydarzeń Bronisław Bruski77. W rezultacie tych krwawych dni w Bydgoszczy według danych niemieckich zginęło 379 obywateli polskich narodowości niemieckiej (według badań polskich: 365). W sumie w Bydgoszczy i pobliskich powiatach zabito we wrześniu 1939 roku co najmniej 1200 niewinnych Niemców, wiele gospodarstw puszczając z dymem.
Bromberger Blutsonntag, "bydgoska krwawa niedziela", posłużyła znakomicie propagandzie Josepha Goebbelsa. Niemal wszystko wskazuje, że odbyła się ona, niestety, z cichej inicjatywy i przyzwolenia polskich dowódców. Rezultatem była niemiecka zemsta: znacznie bardziej krwawa i długotrwała. W obozach koncentracyjnych wachmani, bijący wynędzniałych więźniów pejczami, często ryczeli, że to zemsta na pijanych "polskich świniach" za 60 tysięcy (!) Niemców zamordowanych w Bydgoszczy.
W rzeczywistości mordów na Polakach we wrześniu 1939 roku było więcej, niż zginęło Niemców podczas Bromberger Blutsonntag. Za Wehrmachtem, który również podczas podboju II Rzeczypospolitej dopuszczał się zbrodni, podpaleń i rabunków, szły bowiem specjalne grupy operacyjne - Einsatzgruppen - "czyszczące" zajmowane tereny z "elementów niepożądanych": patriotów, intelektualistów, inteligencji, nieposłusznych księży, a nade wszystko - z Żydów. We wrześniu zamordowano ich około 7 tysięcy; na ziemiach polskich włączonych do Rzeszy do kwietnia 1940 roku rozstrzelano 50 tysięcy przedstawicieli polskiej inteligencji.
W ręce dywersantów w polskich mundurach, a może i dezerterów narodowości niemieckiej z armii polskiej, wpadł geolog Krzysztof Prawdzic. Obywateli polskich narodowości niemieckiej służących w Wojsku Polskim było około 20 tysięcy i niektórzy przypłacili życiem lub ranami służbę Polsce. Prawdzic wiózł mapy sztabowe z Warszawy do Radomia. Uradowani dywersanci niemieccy wzięli go do niewoli, ale Prawdzicowi w drodze przypomniał się Zagłoba i jego fortele. Udał, że skręcił nogę, wytrzymał kopniaki, po czym powiedział, że chce zdjąć but, by nogę wymasować. Gdy zobaczył, że Niemcy pichcą sobie jadło na maszynce spirytusowej, podpełzł do nich i "z całej siły trzasnąłem ciężkim obkutym obcasem buta w tył jego głowy! I zanim spostrzegł się ten drugi - buch go jeszcze silniej w nienawistny ryży łeb!". Po czym Prawdzic porwał rondel z pieczenią i pobiegł w las. Przygarnęła go rodzina chłopska w wiosce Władysławowo, skąd dotarł do rodzinnych pieleszy78.
Obecność dywersantów potwierdzał również mjr Edmund Galinat, meldując, że "od początku na Pradze funkcjonował sztab dywersji złożony z kilkunastu osób dysponujący: stacjami radiowo-nadawczo-odbiorczymi, telefonami podsłuchowymi, bronią wszelką, do maszynowej włącznie, bibułą agitacyjną, polskimi mundurami wojskowymi i policyjnymi, samochodami, sygnałami świetlnymi dla samolotów itp.". Stacje nadawcze "lojalni Niemcy" lokowali w kominach swych domów, mieli też kody i sygnały dla lotnictwa, a bywało, że szefami dywersantów byli polscy oficerowie pochodzenia niemieckiego79. Ci obywatele polscy mieli starannie przygotować się do blitzkriegu w Polsce i od początku wojny dawali o sobie znać, na przykład rozkręcając tory. W rzeczywistości na poparcie relacji Galinata brak pewnych dowodów.
Bywało, że polscy żołnierze w osobliwy sposób przesłuchiwali podejrzanych. Na przykład plut. pchor. Pietrzak indagował podwładnego, gdzie się podział kpr. pchor. Rabczyński. Żołnierz odpowiada, że pchor. Rabczyński "bada szpiega.
- Gdzie go schwycił?
- Włóczył się po wsi rozpytywał. Podchorąży dał mu wódki, je z nim kolację w gospodzie"80. Scena niczym ze Szwejka, doprowadzonego na posterunek w Putimiu przed oblicze wachmistrza, który wziął go w "krzyżowy ogień pytań", co skończyło się wielką popijawą z "kochanym szpieguniem".
4. "Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy!"
W drugim dniu wojny w stolicy "nie wiadomo skąd pojawiło się na ulicach mnóstwo pijanych i podchmielonych przechodniów, choć, zdaje się, wydano zakaz sprzedaży alkoholu. Widać w tym rozgardiaszu wypijali domowe zapasy. Całowali żołnierzy. Zarażali wesołością innych", wspominała pielęgniarka Sabina Dłużniewska81. Wierzono, że "silna, zwarta i gotowa" armia pod wodzą Rydza-śmigłego, którego kult budowano po śmierci Marszałka Piłsudskiego, popędzi Niemców do Berlina.
Tym bardziej że 3 września 1939 roku Polskę obiegła radosna wiadomość: Francja i Wielka Brytania, wypełniając zobowiązania sojusznicze i gwarancje, wypowiedziały Niemcom wojnę. Wiadomość wszędzie przyjęto entuzjastycznie, w Puławach "w cukierni grano hymny, mężczyźni obejmowali się, kobiety płakały, a w knajpach chóralne pijackie głosy świadczyły o krzepie naszego narodu" - pisał Krzysztof Prawdzic. Gdy dojechał do leśniczówki, "znalazła się znowu okazja do postawienia przez naszego gospodarza flaszki znakomitego węgrzyna, by wychylić wspólnie szereg toastów za rychłe zwycięstwo. Nikt w nie wówczas nie wątpił"82.
Podobna atmosfera zapanowała w Hrubieszowie. "W koszarach było gwarno jak nigdy. W kasynie wznoszono toasty, dzwoniły kieliszki, ściskano się i całowano" - opisywał por. Wiesław Mirecki powołany do służby w tamtejszym pułku. "Zrobiłem więc odprawę z moimi żołnierzami. Omówiłem sytuację i doniosłe wydarzenia. Postawiłem wódkę". Po czym wraz ze swym plutonem kolarzy (zanim przesiadł się na konia, których brakowało) pojechał do rozradowanego miasta, gdzie "jakieś panienki obdarzyły [sic - J.B.] nas kwiatami", z radia "płynęły ciągle z Warszawy pieśni i marsze. Słuchając ich i popijając kawę z koniakiem, snuliśmy z podchorążym wspaniałe plany militarne, kawałkowaliśmy Rzeszę i zmieniali granice Europy".
Dalszą część dnia czczono w restauracji83. Fala entuzjazmu toczyła się jak kraj długi i szeroki. Sytuacja wydawała się zmieniać na korzyść Polski. W rzeczywistości Francuzi pozorowali ofensywę na Niemcy. Posuwali się niemrawo, ograniczonymi środkami, i zatrzymali się przed ufortyfikowaną linią Zygfryda.
Z radości w Polsce niemal wszędzie pito wódkę, choć 1 września Prezydent Rzeczypospolitej wydał zarządzenie zakazujące sprzedaży napojów powyżej 4% zawartości alkoholu. Zatem sprzedawano piwo: "wchodzę do jakiegoś staromiejskiego baru. Zauważyłem, że podczas bombardowania najlepiej czuję się w restauracji" - wspominał Władysław Smólski naloty na Warszawę. ""Gruba Kaśka" pogodnie uśmiechnięta roznosi kufle piwa, podczas gdy o 300 kroków dalej pikujące niemieckie samoloty walą bombami w most. To mi dodaje ducha"84.
Jednak pomoc angielska i francuska nie nadchodziły i Polska biła się osamotniona. 12 września 1939 roku po naradzie francusko-brytyjskiej w Abbeville naczelny wódz armii francuskiej gen. Maurice Gamelin wstrzymał natarcie i wycofał wojska za linię Maginota. Powodem były szybkie postępy wojsk niemieckich w Polsce. Jednakże nadal, zgodnie z układem sojuszniczym, Francuzi i Brytyjczycy pośpiesznie gromadzili czołgi, artylerię, samochody i samoloty, między innymi w Marsylii, skąd siły te miały być przerzucone przez Bałkany i Rumunię do południowo-wschodniej Polski. Stąd miały wesprzeć Wojsko Polskie w przeciwuderzeniu na Niemców. Statki brytyjskie z samolotami już były w drodze do portów rumuńskich.
Wkroczenie Sowietów 17 września przerwało i te przygotowania. Na granicy francusko-niemieckiej nastąpił okres "dziwnej wojny" polegającej na wymianie ognia z Niemcami i zrzucaniu ulotek. Mściła się asekuracyjna strategia obronnej linii Maginota, którą Hitler i jego czołgi objadą później przez Ardeny.
Tymczasem, aby zdusić ducha oporu i sparaliżować polskie władze i dowodzenie, Warszawa od wybuchu wojny była silnie bombardowana. 4 września niemieckie bomby spadały na Śródmieście, Okęcie, Pragę, Dworzec Szczęśliwicki. Według relacji płka dypl. Tadeusza Tomaszewskiego zastępca szefa sztabu do spraw operacyjnych płk Józef Jaklicz po tym bombardowaniu już 5 września 1939 roku "uległ ciężkiemu szokowi nerwowemu na skutek przepracowania". Tomaszewskiego poinformował o tym lekarz ppłk Henryk Cianciara, "w powietrzu zaś czuję wyraźnie zapach eteru", tak jakby niektórzy wyżsi oficerowie wspomagali się nim i ulegli zatruciu. Jednak zainteresowane osoby prostowały tę relację85.
Szybkość natarcia niemieckiego i brak realnej pomocy aliantów spowodowały, że rząd postanowił ewakuować się z Warszawy do Lublina. Na dodatek wojewoda śląski Michał Grażyński ogłosił to publicznie. Zarządzenia ewakuacyjne, potok pojazdów państwowych i prywatnych, pociągów załadowanych urzędnikami i dokumentami sunącymi na południowy wschód wstrząsnęły mieszkańcami Warszawy. Krążyły plotki, że "wyżsi oficerowie, ci, co nie zdążyli uciec - zamiast walczyć na froncie - prowadzą luksusowy tryb życia w nocnych schronach "Prudentialu", piją wino i wódkę, nie dopuszczając do siebie nikogo", podczas gdy w innych schronach nie ma miejsc86. Warszawa nie ma metra, a chronienie się w piwnicach groziło zawaleniem kupą gruzów.
Po odjeździe pociągu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych ewakuował się również z Warszawy komisarz rządowy stolicy Władysław Jaroszewicz. Za jego przykładem poszła policja, a nawet niektóre sekcje straży pożarnej. Do pogłębienia chaosu przyczynił się też szef propagandy Sztabu Naczelnego Wodza płk dypl. Roman Umiastowski, który 6 września przez radio nakazał młodym mężczyznom opuszczenie miasta, a pozostałą ludność wezwał do stawiania barykad i umocnień. W rezultacie doszło do rozprzężenia, co pogłębiło opuszczenie stolicy przez Brygadę Pościgową płka Stefana Pawlikowskiego. Na dodatek wycofano tak bardzo potrzebne Warszawie dywizjony artylerii przeciwlotniczej i ciężkiej, przerzucając je do Lublina, Lwowa i Brześcia. Umiastowski przyczynił się także do wywołania psychozy na tle dywersantów, którzy mieli zatruwać studnie, rozsiewać zarazki, podkładać zatrute cukierki i alkohole, a lotnictwo niemieckie miało spuszczać z nieba baloniki gazowe wraz z dywersantami przebranymi w polskie mundury. Takie pogadanki płynące z fal radiowych i gazet powodowały, że "zamiast uspokojenia wprowadza się nastrój zdenerwowania, niepewności i podejrzliwości wzajemnej, tak jakbyśmy się nie bili we własnym kraju, a na obcym terenie, gdzie na każdym kroku czyha szpieg" - zżymał się na Umiastowskiego doc. dr Wacław Lipiński87. W czerwcu 1940 roku płk Umiastowski stanie przed sądem wojskowym za sianie paniki. Ale wyrok nie zapadnie.
W nocy z 6 na 7 września do Brześcia, dokąd przedtem pośpiesznie przeniosła się Kwatera Główna, udał się Naczelny Wódz marsz. Edward Rydz-Śmigły. W Warszawie do 9 września pozostał szef sztabu Naczelnego Wodza gen. Wacław Stachiewicz. Ewakuacja władz z jednej strony pociągnęła za sobą exodus mieszkańców, a z drugiej zaczęła napływać do Warszawy ludność uciekająca z zachodu i południa kraju oraz rozbite oddziały Armii "Łódź". Drogi z zachodu na wschód zostały zablokowane, a w samej stolicy pojawiły się objawy paniki. Sklepy zostały zamknięte, przestał działać transport miejski.
Wydawało się, że w takich warunkach duch walki opuści społeczeństwo niezłomnego miasta. Trzeba było niezwykłej ręki, by to rozprzężenie i chaos pohamować, tym bardziej że 8 września 1939 roku niemieckie czołgi 4 Dywizji Pancernej gen. Georga Reinhardta uderzyły na Warszawę wzdłuż osi dróg prowadzących na Ochotę i Wolę. Przełożeni niemieckiego generała i on sam byli przy tym przekonani, że Warszawa jest miastem otwartym i zostanie łatwo zdobyta po uciążliwym 100-kilometrowym marszu wojsk hitlerowskich.
Stało się inaczej. Na ulicy Grójeckiej na Ochocie ze wzniesionej barykady posypały się strzały z broni przeciwpancernej, działek i karabinów maszynowych. Natarcie niemieckie zostało zatrzymane. Według dowódcy obrony Warszawy gen. Czumy ogień polski uszkodził pięć czołgów. Nieprzyjaciel nie ryzykował kolejnego ataku w zapadających ciemnościach.
Z palącego się czołgu w polskie ręce wpadli jeńcy niemieccy. Przyprowadził ich żołnierz żydowskiego pochodzenia, srodze "poturbowany i podrapany przez rozwścieczone kobiety", które wraz z innymi mieszkańcami stolicy chciały Niemców zlinczować. Po czym rozegrała się niecodzienna scena: konwojent po doprowadzeniu do sztabu pułku zaczął prosić o podarowanie mu jeńców, "bo musi się z nimi policzyć", gdyż byli sprawcami żydowskich prześladowań w III Rzeszy. Jednak ppor. Zbigniew Świerczyński zabronił mu samosądu, tłumacząc, że walczących Niemców chroni konwencja genewska. Okazało się ponadto, że pochodzą ze Śląska. Jeńcy padli na kolana w podzięce za darowanie życia; po przeszukaniu okazało się, że są sumiennie wyposażeni, także w pastylki przeciw gazom trującym i "służbowe prezerwatywy". Tłumaczyli się, że przekonywano ich, iż jadą na pokojowe manewry, na wszelki wypadek "z ostrą amunicją", i dlatego zawiesili na antenkach proporczyki z hakenkreuzem. W rzeczywistości, jak napisał po roku gen. Reinhardt, "bez rozkazu załogi ozdobiły swe pojazdy rozpoznawczymi chorągiewkami ze swastyką"88.
Po odparciu ataku duch Warszawy odżył, stolica nie zamierzała być miastem otwartym. Komisarzem cywilnym obrony Warszawy po ucieczce Jaroszewicza został mianowany prezydent stolicy, mjr rezerwy Stefan Starzyński. Stał się postacią legendarną, dbającą o to, by miasto funkcjonowało, jak to tylko było możliwe; by ludność stanęła murem za wojskiem. "Prezydent Starzyński pilnuje tej jedności. Pracuje wśród strzałów, przy biurku, jeździ po mieście, przemawia przez radio, pisze odezwy, nie odgradza się od ludzi". Od przemówień ochrypł, więc gdy przybył do radia, zaproponowano mu kawę i koniak. "Dziękuję, nie - odparł Starzyński - bardzo lubię, owszem, ale potem jeszcze bardziej chrypię". Pozostało mu picie kawy tam, gdzie ona jeszcze była. Chrypa pozostała89.
Bodaj nigdy ludność Warszawy tak się nie zjednoczyła, jak podczas bombardowań wykonywanych z niemiecką punktualnością i zaciskających się kleszczy niemieckich. Nawet "prawdziwie warszawskie dziecko, zepsute i cyniczne w beztroskie dni" stawało się "szlachetne i gorące w nieszczęsną chwilę". Tak postrzegał pisarz Ferdynand Goetel poetę Światopełka Karpińskiego. Ten jako porucznik został adiutantem dowódcy komendy placu, ale z dawnych nałogów nie zrezygnował: "niewyspany i strudzony zaciągnął mnie do swego pokoju na górnym piętrze hotelu [Bristol - J.B.], który zajmował w towarzystwie przygodnej kobiety. Karabin w kącie, kilka granatów ręcznych na parapecie okna, rząd butelek pod ścianą stanowiły ekwipunek tego mieszkania.
- Nie śpię - otwierał gorączkowo butelkę - mam masę pracy, jestem podany do odznaczenia - patrzał na mnie przekrwionymi i błyszczącymi oczami.
- Zapędzi się pan w grób.
- Może. Ale to wspaniały czas".
W przerwach miał jeszcze chwile, by na skrawkach papieru pisać wiersze, "chyba najpiękniejsze, co napisano o Warszawie z tych dni"90.
Karpiński przeżył i przedarł się do Wilna. Zmuszony koniecznościami i nałogiem starał się utrzymać dawny styl życia: razem z satyrykiem Januszem Minkiewiczem szeptali w kawiarni, że przybyli incognito. Aurą tajemnicy chcieli przyciągnąć chętnych, których można byłoby naciągnąć na drinka. W tym celu w końcu "ujawnili jednak swoje incognito i sprzedawali zamożnym uchodźcom bruderszafty po 100 litów. Chętnych znalazło się sporo i w ten sposób przez jakiś czas nieźle egzystowali", wspominał Ludwik Sempoliński91. Jednak podtrzymywanie sił alkoholem osłabiło Karpińskiego do tego stopnia, że zmarł na "piorunujące zapalenie płuc". (Istnieją też podejrzenia zawału, samobójstwa po wstrzyknięciu narkotyku lub zabójstwa przez nacjonalistów litewskich).
Miejsce po oddziałach policji zapełniła ochotnicza Straż Obywatelska utworzona przez prezydenta Starzyńskiego. Komendantem został mjr rezerwy Janusz Regulski. Miała ona swą strukturę: najniżej stały, ale też odegrały najważniejszą rolę, posterunki utworzone niemal w każdej kamienicy. To one przyczyniły się najbardziej do utrzymania spokoju, trzeźwości, niosąc pomoc warszawianom. Komendant Regulski wspominał właściciela cukierni Lourse'a, Stanisława Beredę, który zgłosił chęć przewiezienia zapasów żywności z płonącego Dworca Wschodniego. "Ludzie rozbierają, a jeszcze więcej niszczą [...]. Niech mi pan da samochody, ochronę i zaufanych ludzi, a rozwiozę, co uratuję, dla chorych w szpitalach. Za parę godzin będzie za późno".
Regulski pisał, że z oczu cukiernika "biła [...] szczerość i jakaś fanatyczna ofiarność". Komendant dał mu dwie ciężarówki, Bereda woził żywność przez cały dzień i noc, przywożąc pokwitowania od wdzięcznego personelu szpitali i błogosławieństwo pacjentów92.
W szpitalach trwała heroiczna walka o ratowanie chorych. Znajdowały się one między innymi na terenie uniwersytetu. Siostra Czerwonego Krzyża Anna Wróblewska opisywała, jak przenoszono rannych do Miejskiej Łaźni, gdzie nie było światła, gazu, wody, sucharów, za to było mokro. Okazało się, że jest nieco wody w wannie: "wodę tę czuć stęchlizną. Niebezpiecznie jest używać jej do picia, a zagotować nie ma na czym. Mamy maszynki spirytusowe, ale zabrakło denaturatu. Jeden z lekarzy zdobył gdzieś kilka butelek wina, obdziela nim chorych, ale to nie ratuje sytuacji. Wydano ostatnią porcję sucharów [...]. Ze wszystkich stron słyszę - siostro, wody, wody"93.
10 września komisarz Starzyński apelował do mieszkańców, aby usuwali gruz, śmieci z podwórek, a kupcy otwierali sklepy. Natomiast w zarządzeniu pod groźbą kar zabronił sprzedaży alkoholu. Dzięki temu uniknięto rozprzężenia i nawrotu paniki. Alkoholicy musieli się wstrzymać od spożywania; przynajmniej nic nie wiemy o przypadkach "heroicznego" zdobywania wódki.
Natomiast inni nałogowcy zostali wystawieni na ciężką próbę. "Ludzie palący cierpią dotkliwie z powodu braku papierosów. Opowiadano mi, że jakaś kobieta niosła większą ilość papierosów i tłum dosłownie rzucił się na nią, przewrócił i rozgrabił papierosy". Aby rozpędzić rabusiów, żołnierze na postrach strzelali w górę, zapisała Halina Regulska94.
Następnym posunięciem prezydenta Warszawy był apel o zorganizowanie wspólnych kuchni w domach i zarządzenie z 16 września, "aby w restauracjach i jadłodajniach, zajazdach, kuchniach oraz innych zakładach gastronomicznych były przygotowywane i podawane do spożycia wyłącznie jako jedno danie - zupa pożywna". W związku z tym zarządzeniem "nie było śladu egoizmu", gospodynie same przynosiły swe zapasy do wspólnego magazynu, pisał mjr Żórawski. "Nigdy bodaj, jak w tych ciężkich dni Warszawy, nie przejawiły się tak masowo najlepsze strony ludzkiej duszy"95. Przytoczono te sceny, bo oddają one atmosferę panującą wśród mieszkańców.
Stolica była dobrze zaopatrzona w żywność. Jeszcze 21 września w rozkazie kwatermistrzowskim Armii "Warszawa" przewidziano dla oddziałów walczących racje dzienne na: 800 g chleba, 300 g mięsa wołowego, 700 g ziemniaków, jarzyny, słoniny, kawy, 10 papierosów. Wódki w tym menu nie przewidziano, do dezynfekcji i polepszenia smaku potraw mógł służyć ocet (100 g dziennie). Mniejsze racje były przeznaczone dla oddziałów tyłowych96.
Wolę walki wzmocniła też gruba pomyłka propagandy niemieckiej: Niemcy z samolotów "rozrzucili nad stolicą tysiące ulotek, które wzywały Lwów do poddania się, argumentując, że Warszawa już padła". Od tej chwili "wszystko, co głosiły ulotki, z góry uważano za kłamstwo", wspominał pułkownik w stanie spoczynku Stanisław Rostworowski. Dowodził on obroną przeciwlotniczą Kalisza, po czym przedostał się do Warszawy. Pisał pod datą 21 września 1939 roku: "pierwszy wieczór w nowym otoczeniu mija nam wesoło. Oto w odwiedziny przychodzą saperzy z sąsiednich batalionów, którzy widząc naszą nędzę sztabu nie przydzielonego do żadnej "linii", sprowadzają puszki konserw, jedną i drugą butelczynę śliwowicy, zjawia się i kwatermistrz, kapitan Andrzej Rostworowski, mój brat stryjeczny [...]. Robi się miły wesoły nastrój, wracają wspomnienia z dawnych wojen, opowiadamy sobie kawały, kto, którędy i jak wiał przed ówczesnymi bombkami. Zacne, kochane sapery!"97.
Obrońców i mieszkańców Warszawy pomimo zrujnowanych budynków i ulic na duchu podtrzymywało wiele plotek. Cofający się z Pleszewa w Kaliskiem dowódca plutonu ckm-ów z 17 dywizji ppor. Edward Fiszer trafił na warszawski Żoliborz. "Kąpiel, obiad z koniny, herbata. Cywile z pijanym entuzjazmem opowiadają, że teraz wszystko się zmieni, bo wspaniała Wielkopolska Armia bije Hitlera, aż drzazgi lecą". Inna znów "nobliwa staruszka z blaskiem szczęścia w oczach" dowodzi, że "marszałek Śmigły i marszałek Woroszyłow na białych koniach prowadzą potężną odsiecz, już są blisko Pragi"98. Wszyscy mają w pamięci fakt, że przecież tu, przed stolicą, 19 lat temu została zatrzymana bolszewicka nawała. "Warszawa pamięta 1830 rok i Cud nad Wisłą; widmo klęski stało już pod jej wrotami - z jednego dnia na drugi prawie już nieuchronna klęska zmieniała się w wielkie zwycięstwo", pisał mjr Zdzisław Żórawski99.
Także kryminaliści poczuwali się do obowiązku, by bić Niemców. Na Wójtówce czerniakowskiej była barykada. Stanisław Grzesiuk usłyszał taką opowieść Olka, mieszkańca Wójtówki, złodzieja z zawodu: "żołnierze uciekli, a ja wlazłem pijany, prułem z karabinu maszynowego i nic. Jak widzisz, nawet mnie nie drasnęło"100. Zdarzały się i takie przypadki pijackiego, straceńczego heroizmu.
Podporucznik Julian Ochnik dotarł do Warszawy, gdy przygotowywano obronę na Zakroczymskiej. Zaczęły się już braki w żywności, lecz okazało się, że czynny jest lokal Bukieta na Marszałkowskiej. Rzeczywiście tak było - lecz były tam tłumy. Można było kupić po dwie kanapki, grochówkę, szynkę konserwową i piwo. Jednak lokal ten wkrótce został zbombardowany i w porze obiadowej oficerowie biegli do Hotelu Europejskiego, tamże śpiąc na posadzkach. Panował bałagan, Ochnik i towarzyszący mu oficerowie pozostawali bez przydziału w bombardowanej Warszawie101.
Stolica znajdowała się w coraz bardziej rozpaczliwym położeniu, Brakowało amunicji, wody, prądu, żywności, nie działała kanalizacja; z padłych koni ludność wycinała płaty mięsa, tak że zostawały tylko szkielety, piekarnie nie piekły chleba, bo dym wskazywałby niemieckiej artylerii cel. Kto miał pieniądze, ratował się paleniem opiumowanych papierosów "mewa", które potem będą służyć jako waluta wymienialna w oflagach102.
Niemcy domykali okrążenie Warszawy od wschodu, więc na Pradze polskie oddziały toczyły heroiczne walki. Jeszcze 23 września ppor. Mieczysław Smal za udany nocny wypad w celu unieszkodliwienia niemieckich ckm-ów częstował dzielnych żołnierzy wódką. "To mój niezastąpiony Kola gdzieś zorganizował tę wódkę i teraz mówi, że można pić do dna, bo jutro będzie druga. Kończymy butelczynę i spać". Jednak żołnierze chcą się pochwalić i idą zameldować wykonanie zadania do dowódcy batalionu mjra Jaśkowskiego103. Następnego dnia goniec Kola już nie żył104.
Czy zdarzały się rabunki? "Nie było żadnych zjawisk chuligaństwa, nie było rabunku i objawów buntu czy nawoływań do zaprzestania walki pomimo przedłużającego się oblężenia", pisał gen. Juliusz Rómmel105. Tak widział to z wysokości dowódcy Armii "Warszawa"; nieco inaczej postrzegali sytuację niżsi dowódcy. Komendant Straży Obywatelskiej mjr rezerwy Janusz Regulski pisał, że już około 5 września "sygnalizowano mi różne samorzutne poczynania i to nie zawsze w dobrych intencjach. Próbowano opanować kasę na Głównej Poczcie, broń w Komisariatach, a przede wszystkim żywność w magazynach i sklepach. Były to wprawdzie wypadki sporadyczne, ale należało je z miejsca opanować".
Pułkownik Rostworowski koło Nowego Światu natknął się na palący się narożny dom. "A na dole sklep z dobrymi winami. Przecież szkoda cennych trunków. Jeden z żołnierzy wlazł do środka i podaje innym butelki. Wszyscy już mają w czubach i biorą Rostworowskiego za sierżanta: ""Panie sierżancie, do kompanii z nami! Zanim się sufit zawali, niechże pan sierżant butelczynę węgrzyna z nami wypije" - i częstuje mnie omszałym tokajem.
- Tak bym chętnie wypił z wami, chłopaki, i za dobre serce podziękował. Nie wypada tego robić pułkownikowi, niestety, bo powiedzą, że on was tutaj sprowadził i sklepy rabuje. Ale tokaj niechże idzie na zdrowie! W płonącym domu, wśród lecących grantów, to nie jest nawet rabunek!" - pocieszał Rostworowski podpitych wojaków106.
Jednakże wraz z wyczerpywaniem się zapasów sytuacja i nastroje ludności i wojska się pogarszały. Na placu Teatralnym w Teatrze Wielkim składowano duże ilości żywności. 23 września, gdy bomby zapaliły teatr, straż nie była w stanie zapanować nad pożarem z braku wody. Wysłano więc kompanię sztabową stacjonującą w pobliżu oraz pododdział policjantów, który pozostał w stolicy skoszarowany w ratuszu, by chronił zapasów. Żołnierze wynosili skrzynki konserw, worki z ryżem i cukrem wśród płomieni trawiących budynek teatru i detonacji artyleryjskich pocisków. Natomiast "większa część policjantów rzucała się na skrzynki z konserwami, rozbijała je i puszki konserwowe chowała po kieszeniach i wynosiła do swoich koszar". Sytuację opanował sierżant z kompanii sztabowej, który kazał żołnierzom dwóch drużyn nasadzić bagnety i w ten sposób zmusił policję "do zaprzestania rabunku żywności".
Kompania sztabowa strzegła również innych magazynów żywności, w tym przy ulicy Rybaki 12 i u wylotu ulicy Boleść, gdzie były przycumowane cztery berlinki (statki) z ryżem i cukrem. Pełnienie wart było niebezpieczne ze względu na ogień artylerii i naloty. Ale głodujący mieszkańcy byli tak zdesperowani, że "pomimo silnego ostrzału ludność cywilna Starego Miasta usiłowała często robić wypady na berlinki i magazyny celem rozgrabienia żywności". Doszło nawet do obezwładnienia wartownika i wynoszenia worków, lecz na widok pododdziału z bronią ludzie zaczęli spychać się z desek łączących stateczki z lądem. Kilka osób utonęło, inni zostali ranni odłamkami pocisków.
Opisujący to żołnierz kompanii sztabowej ochotnik Franciszek Bożek opowiedział też o wizycie pewnego porucznika z dwoma żołnierzami na berlince, gdy on pełnił wartę. Oficer ten zażądał wydania worków z żywnością. W odpowiedzi strzelec Bożek zażądał rozkazu od dowódcy warty, a gdy go nie otrzymał, wycelował karabin w oficera. To poskutkowało, a po zejściu z warty strzelec złożył raport dowódcy o zdarzeniu. Po trzech dniach wezwano go do Urzędu śledczego przy ulicy Daniłowiczowskiej 3. Oficer żądający wydania żywności okazał się dezerterem, który przebrał się w mundur oficerski, dobrał sobie dwóch żołnierzy z wozem, razem "jeździli od magazynu do magazynu i co się dało, to ładowali na wóz i sprzedawali po paskarskich cenach ludności cywilnej i różnym handlarzom", w tym alkohol. Wpadli w ręce żandarmerii w trakcie nielegalnej transakcji107. Za dezercję podczas wojny groziła kara śmierci i zapewne "porucznik" niedługo cieszył się dostatkiem, wolnością i życiem.
"Szczególnie tragiczna sytuacja jest na Pradze, gdzie panuje już głód [...]. Głodna i zrozpaczona ludność zaczyna rabować. Rozbito Rektyfikację Warszawską, browar Haberbuscha, wojsko siedzące wewnątrz murów jest całkowicie zdemoralizowane, żołnierze pierwsi uciekają na widok nadlatującego samolotu, piwnice zajęte są przede wszystkim przez żołnierzy" - pisał w dzienniku ppłk Lipiński pod datą 25 września108. Rektyfikacja warszawska to Państwowy Monopol Spirytusowy (Rektyfikacja Spirytusu i Wytwórnia Wódek "Koneser"), fabryka na Pradze, w której wytwarzano słynne wódki: Wyborową, Luksusową, Żubrówkę, Żytniówkę oraz Siwuchę, wykorzystując ujęcie wody oligoceńskiej. Jeśli w chwili wybuchu wojny były tam zapasy wódki, to zapewne w przypływie rozpaczy szybko i po cichu ją skonsumowano. Bo przecież nadal obowiązywał zakaz obrotu spirytualiami. Natomiast Haberbusch i Schiele to browar na Woli, gdzie mieściły się studnie głębinowe, z których czerpano wodę, której tak bardzo potrzebowała stolica, sieć wodociągowa bowiem wskutek nalotów została przerwana w wielu miejscach. Niezwykłą odwagą wykazywali się "wodociągowcy Praskiego Pogotowia, wisząc godzinami pod mostem [Kierbedzia] na wieszakach, naprawiali i sztukowali przewody z narażeniem życia", gdyż most był pod ciągłym ostrzałem. "W ten sposób ratowano tę magistralę, w kilkunastu wypadkach zapewniając dopływ wody na Pragę"109.
Gdy Niemcy zbombardowali Stację Filtrów, zamykano też uszkodzone zasuwy, kierując wodę do miasta przez inne węzły i przewody. 24 września Niemcy zdecydowali się odciąć Warszawie wodę i zmusić oporne miasto do kapitulacji. Zniszczyli bombami 60% Filtrów, w tym Halę Pomp; bombardowali też te obiekty następnego dnia. Prezydent Starzyński zorganizował terenowe pompownie z ocalałych studni artezyjskich; na przykład ze studni przy Smolnej 1 rozwożono wodę do szpitali.
Ludność ratowała się też wodą z Wisły. Nieoczyszczona, niezdezynfekowana - groziła wybuchem epidemii, więc prezydent Starzyński wydał zarządzenie o stosowaniu dla celów spożywczych jedynie długotrwale przegotowywanej wody wiślanej. Aż dziw bierze, iż tak mało pozostało wzmianek o piciu wódki, która w tych warunkach odegrałaby pożyteczną rolę środka dezynfekującego. Jednak zezwolenie na użycie wódki mogło się skończyć jeszcze większą katastrofą: pijaństwem żołnierzy i ludności cywilnej.
Wykorzystywano zatem wciąż malejącą liczbę studni głębinowych. Niemieccy lotnicy wiedzieli, gdzie celować, i "studnia artezyjska w Monopolu Spirytusowym została zniszczona przez bombardowanie i pożar". W odpowiedzi przed fabryką Wedla na Pradze uruchomiono trzy hydranty, lecz tylko do niektórych kamienic i ulic popłynęła woda z pompy napędzanej ropą w Rzeźni Miejskiej110. Brak wody stawał się jednym z najbardziej dramatycznych problemów broniącej się Warszawy.
Spragnione i wygłodniałe wojsko radziło sobie, jak mogło. Plutonowy pchor. Józef Wolański, nie doczekawszy się kuchni polowej, wysłał patrol do zbadania wagonów stojących na torach Dworca Zachodniego. "Po dwóch godzinach patrol wrócił obładowany puszkami z szynką konserwową, cukrem i alkoholem. Nasza baza w domku kolejowym zostaje dobrze zaopatrzona", można dalej walczyć z Niemcami atakującymi Czyste i Wolę. Okazało się, że w aż kilkunastu wagonach znajduje się żywność i alkohol, więc korzystają z tego również inne plutony, kompanie, bataliony. Niemcy się jednak zorientowali, "wzięli transport w krzyżowy ogień karabinów maszynowych, uniemożliwiając nam uzupełnianie zapasów"111.
25 września nastąpił nalot na Śródmieście, "i to największy z dotychczasowych", zapisał w dzienniku szef propagandy Dowództwa Obrony Warszawy ppłk Wacław Lipiński. To on codziennie przemawiał przez radio, jako historyk odwołując się do przykładów z heroicznej przeszłości. Na szczęście w alei Szucha, gdzie przebywał, lotnik niemiecki nie trafił w budynki, zrzucając ciężkie bomby w ulicę: "wszystko poszło w ziemię. Ktoś przyniósł koniak, że to dobrze robi. Siedzimy na krzesłach, pijemy i wszystkim jest wszystko jedno. Bo jak przecież się zwali taka najcięższa, to i żelazobeton "Proporca" nie wytrzyma i, jak to mówił Zagłoba - zginę ja i pchły moje"112.
Po jedenastogodzinnym nalocie na Warszawę 25 września wieczór był widny od łun pożarów na Świętokrzyskiej, Nowym Świecie, Krakowskim Przedmieściu i innych ulicach śródmieścia. "Bramy uniwersytetu stały otworem. Ściągnięto skądś beczki z winem. Żołnierze byli pijani. Przez bramy wlewał się tłum bezbronnej ludności". Tam przecież mieścił się szpital, więc ludności się wydawało, że może Niemcy oszczędzą rannych, że mimo wszystko są ludźmi, wspominała to pandemonium pielęgniarka Sabina Dłużniewska113.
Intuicja ratowała niejedno życie. Wykazał się nią wspomniany ochotnik Bożek, którego kompania kwaterowała na pierwszym piętrze w sali konferencyjnej Ratusza. Niedługo przed kapitulacją w nocy Niemcy silnie bombardowali Ratusz "i należało się spodziewać, że pocisk może przebić ścianę lub wpadnie oknem na salę. Obudziłem dowódcę plutonu i zameldowałem, jaka jest sytuacja [...]. Porucznik posłuchał kanonady, nalał dwie szklanki wódki, jedną wypił sam, drugą kazał wypić mnie, oświadczając, że się wstrzymamy, a rano zobaczymy". Wódka w tym wypadku podziałała jak środek nasenny, ale porucznik "rano, jeszcze przed śniadaniem rozkazał przenieść się do piwnic. Po zejściu do piwnic upłynęła może godzina, pocisk artyleryjski wpadł oknem na salę i zdemolował całą. Na szczęście nie było tam już nikogo". Ochotnik Bożek nie wspomniał, czy koledzy podziękowali mu za ocalenie życia114.
Bohaterstwem wykazali się harcerze i sanitariuszki Warszawy. Te ostatnie nie tylko ratowały poranionych, zmasakrowanych, lecz także walczyły z bronią w ręku. I szukały swych zagubionych rodzin koło zbombardowanych kamienic. 26 września sanitariuszka Alina G. dowiaduje się, że matka "podobno zabita [...]. Jestem bliska obłędu", wszystko jej jedno, innym jednak nie: ktoś wprowadza ją do bramy na Chmielnej. "Pamięć zanika, zapadam się gdzieś... Ciepłe ręce, zęby dzwonią o kubek, alkohol, przyjemne ciepło...
"To benedyktyn, pij - głos majora. - Co się stało?". Mówię". Wreszcie alkohol działa: "otępienie z bólu, ciężki sen"115. Dobroczynny wpływ alkoholu.
Zaznali go też wychodzący z Warszawy do niewoli oficerowie 14 pułku ułanów jazłowieckich. Do szpitala przybył ocalały i zdrowy rtm. Andrzej Sozański, który "wydobył z palącego się Zamku, z piwnic prezydenckich, około 10 butelek wspaniałego wina, postarał się o trochę sucharów i jakieś 1 do 2 kg słoniny" - wspominał rtm. Józef Bokota. "Wszystko to wręczył mi jako najstarszemu stopniem. Bardzo się to nam później przydało. Codziennie rano każdemu z nas dawałem lampkę wina, kawałek słoniny i jeden sucharek. W Warszawie był głód"116, więc nawet taki posiłek był na wagę złota.
Inaczej opisywał to płk Klemens Rudnicki. "W pułku nastroje dobre, właśnie przynieśli wina z piwnicy Prezydenta na Zamku. Stare, omszałe butelki. Znacznie lepiej, abyśmy je wypili, niżby to mieli zrobić Niemcy. Dobre to, tylko okropna mieszanina. Po 100-letnim tokaju, omszały burgund, potem madera, którą prawie krajać można, i znowu tokaj"117. Rudnicki nie wspomniał o konsekwencjach, choć wiadomo, że jednym kieliszkiem wiekowych win można się łatwo upić.
5. Czy major Galinat był pijany?
27 września 1939 roku "wieczorem, kiedy siedzieliśmy w sztabie przy świetle świec, już po wszczęciu rokowań o poddaniu Warszawy, dano nam znać, że na starym mokotowskim polu wyścigowym o zmierzchu wylądował samolot polski z wysłannikiem Naczelnego Dowództwa. Była chyba jakaś 17.00 czy 18.00. Meldujący o tym dowódca batalionu szturmowego kpt. Piestrzycki [winno być: Klemens Piestrzyński - J.B.] poinformował, że wysłał w kierunku na ogródki działkowe oddział żołnierzy pod dowództwem por. Wilarego [dowódca plutonu ckm ppor. rezerwy Tadeusz Wilary - J.B.] z zadaniem osłony samolotu przed Niemcami. Czekaliśmy na przybycie oficera, który jakoby miał dla mnie jakieś rozkazy od marszałka Śmigłego.
Czas płynął, lecz nikt się nie zjawia. Zaczynam się niepokoić. Poleciłem szukać wszędzie [...]. Prawie po dwóch godzinach przywieziono go do mnie, lecz ku naszemu zgorszeniu w stanie zupełnie nietrzeźwym. Coś bełkotał na swoje usprawiedliwienie, że spotkał kolegę, że wypił mało, że nie jadł itd. Ponieważ słaniał się na nogach, kazałem mu usiąść na krześle".
Opisujący to dowódca Armii "Warszawa" gen. Rómmel dodał, że wizyta wysłannika Naczelnego Wodza natchnęła go nadzieją: "spodziewałem się nawet jakichś rewelacyjnych nowin. Może stał się jakiś cud? Może za wcześnie przystąpiłem do rozmów kapitulacyjnych?". I dalej: "Wyprosiłem wszystkich z pokoju. Pozostali tylko generałowie Kutrzeba, Czuma, Tokarzewski, płk [Aleksander] Pragłowski, nie pamiętam, kto więcej. Było mi wstyd, że na łącznika ze mną w tak tragicznym momencie wybrano oficera, który nie potrafił nawet odpowiednio się zachować. Zażądałem, by wyjaśnił, z czym przyjechał i co za rozkaz przywiózł. Ruchem ręki pokazał, że pod podszewką munduru ma zaszyty rozkaz. Płk Pragłowski z gen. Czumą odpruli we wskazanym miejscu podszewkę i wydobyli kawałek jedwabiu, na którym marszałek Śmigły napisał własnoręcznie następujący rozkaz:
"Posyłam mjr G...ta do Warszawy celem zorganizowania podziemnej organizacji polskiej do walk z Niemcami. Obejmie on dowództwo i kierownictwo. Naczelny Wódz marszałek Rydz-Śmigły", 26/9.39.
Przeczytałem ten rozkaz, który był tragiczną ilustracją stosunków panujących w naszym Naczelnym Dowództwie. Wysyła się człowieka z zadaniem organizacji walki podziemnej z Niemcami, w której bez wątpienia weźmie udział cały naród polski, w każdym razie jego najlepsze elementy; wyznacza się na to stanowisko jakiegoś "bubka", który nie ma żadnego autorytetu, którego nikt nie zna, prawdopodobnie i sam Śmigły; nie ulegało wątpliwości, że to jeszcze jedno genialne posunięcie naszej "góry". Jakiż to "przywódca" konspiracji, który rozpoczyna swoje pierwsze kroki od tego, że upija się prawie do nieprzytomności!"; że "znajduje czas na spotkanie z koleżkami i upijanie się do tego stopnia, że trzeba go szukać, a potem wieźć do sztabu jak pakunek".
Rozgoryczony dowódca Armii "Warszawa" chciał nawet, jak pisze, w pierwszym odruchu oddać majora pod sąd polowy. Lecz zbyt wielu ludzi, dodał, musiałby ukarać. Zwrócił się zatem do obecnych, że nie uznaje nominacji mjra Galinata przez Wodza Naczelnego, i wyznaczył "obecnego tu gen. bryg. Michała Tokarzewskiego na dowódcę Polskiej Organizacji Podziemnej - i przy tych słowach spaliłem nad świeczką kawałeczek jedwabiu z rozkazem marszałka Śmigłego.
Po doprowadzeniu do przytomności nietrzeźwego majora dowiedzieliśmy się, że nasz rząd około 18 IX przekroczył granicę rumuńską i został internowany. Samolot, na którym przeleciał "delegat Naczelnego Dowództwa", jest aparatem polskim typu "Sum"" i wystartował z lotniska w Bukareszcie, wykorzystując nieuwagę strażników rumuńskich. W chwili lądowania [?] został ostrzelany przez Niemców.
Pod koniec swych wywodów mjr Galinat dodał, że samolot został przysłany "do mojej dyspozycji, aby umożliwić mi opuszczenie Warszawy. Poleciłem wyprowadzić tego oficera, który swoim zachowaniem dowiódł, co jest wart. Jednocześnie kazałem zająć się samolotem, aby był gotów do odlotu o świcie"118.
Relacja gen. Rómmla ma swoją wagę. Wskazywałaby, że na progu polskiej konspiracji stanął pijany major. Jednak kilka szczegółów i inne relacje, w tym samego majora Edmunda Galinata "Konarskiego", "Konara", inaczej przybliżają to przykre zdarzenie.
W sprawozdaniu Galinat pisał bowiem: "18 września - na odprawie w Kołomyi otrzymałem mandat Naczelnego Wodza i rządu objęcia kierownictwa akcji wojskowej na terytorium zajętym przez wojska niemieckie i sowieckie". I dalej: "załogę samolotu skompletowałem ochotniczo": za sterami miał siąść oblatywacz Polskich Zakładów Lotniczych (PZL), pilot Stanisław Riess, kpr. lotnik Władysław Urbanowicz i strzelec z cenzusem Hackiewicz. "Postanowiliśmy zdobyć jeden z naszych bombowców (prototyp "Sum") z lotniska bukaresztańskiego, w razie konieczności siłą [...] 25 września około g[odziny] 13 wystartowaliśmy mimo strzałów warty rumuńskiej. Po przeszło sześciu godzinach lotu wylądowaliśmy w rejonie ulicy Filtrowej, w czasie bardzo intensywnego bombardowania Warszawy. Pilotowi w znacznych stopniu zawdzięczaliśmy zarówno wyjście bez szwanku ze spotkań powietrznych, jak i usadowienie maszyny właściwie w polskich okopach. Bezpośrednio po wylądowaniu meldowałem się u generała Rómmla i generała Czumy. Po czym rozpocząłem działanie, o którym melduję w innym raporcie"119.
Jak widać, obie relacje znacznie się różnią. Major Galinat nie wspomniał o swej nietrzeźwości, co zresztą jest zrozumiałe.
Z kolei szef sztabu obrony Warszawy płk Tomaszewski pisał: "otrzymuję meldunek wprost od dowódcy odcinka, ppłka [Józefa - J.B.] Kalandyka, że na przedpolu, na lotnisku mokotowskim wylądował samolot przybyły z Rumunii z misją od Nacz. Wodza. Podniecenie wielkie [...], czekamy z niecierpliwością na posła dobrych czy złych wieści, ale nie przybywa. Trwa to ze 3 godziny, w końcu przybywa dobrze jeszcze niewytrzeźwiony poseł w osobie mjra dypl. Galinata. Wściekłość mnie ogarnęła na ten widok, ale potem wyjaśniło się wszystko, a "zawianie się" Galinata zostało usprawiedliwione. Oto lecieli w kiepską pogodę długą i niebezpieczną drogą i Galinat mocno się rozchorował na morską chorobę. Po wylądowaniu na Mokotowie zaopiekował się pasażerami z miejsca d-ca jednej z kompanii, a widząc stan Galinata, zaczął leczyć go, wlewając w jego pusty żołądek parę kieliszków wódki. To go z miejsca dobiło i zwaliło z nóg i jakiś czas był prawie nieprzytomny. Ma się rozumieć konsternacja, dalsze gwałtowne leczenie, a w międzyczasie kręte meldunki, by zyskać na czasie. Niepotrzebnie-śmy się denerwowali, bo treść pisma odnosiła się już do przyszłości a nie teraźniejszości [...], a treścią były ponoć pewne zarządzenia o pracy podziemnej, którą już i tak z własnej inicjatywy rozpoczął planować i przygotowywać gen. Tokarzewski, werbując ludzi i środki materialne"120. Mimo obowiązku zachowania najściślejszej tajemnicy - jak widać - cel misji mjra Galinata dość szybko został ujawniony.
Według relacji zastępcy szefa sztabu do spraw operacyjnych płka Józefa Jaklicza marsz. Rydz-Śmigły jedynie w jego obecności 16 września na pograniczu rumuńskim wydał mjrowi Edmundowi Galinatowi instrukcje. Dotyczyły one wysłania majora w głąb kraju i w imieniu marszałka "organizowania P[olskiej] O[rganizacji] W[ojskowej]": Galinat "stanie na jej czele. Organizację oprzeć przede wszystkim na młodzieży". Jednak płk Jaklicz był zdziwiony, że tak ważną misję marszałek powierzył młodemu, choć ideowemu oficerowi121.
Z wysłaniem misji do kraju Wódz Naczelny zwlekał w Rumunii niemal do końca obrony Warszawy. Wreszcie, jak wiemy, na Polu Mokotowskim pojawił się samolot z mjrem Galinatem na pokładzie. Kiedy? Według łączniczki AK, a potem naukowca Halszki Szołdrskiej wylądował on 25 września w godzinach wieczornych i major zameldował się u dowódcy obrony Warszawy gen. Waleriana Czumy oraz prezydenta stolicy Stefana Starzyńskiego. Major Galinat "przedstawił decyzję przejścia do walki konspiracyjnej" i z gen. Czumą i Starzyńskim ustalił, że dowódcą wojskowej organizacji podziemnej będzie gen. Michał Tokarzewski-Karaszewicz122.
Gdzie zatem pił mjr Galinat, skoro nietrzeźwy stawił się przed dowódcą Armii "Warszawa" gen. Juliuszem Rómmlem? I czy rzeczywiście nastąpiło to 27 września, jak pisał generał, czy raczej 26 września o godzinie 20? Głos zabrał również gen. Tokarzewski-Karaszewicz. Pisał on, że 26-27 września 1939 roku poprosił gen. Rómmla, "aby przekazał mi pełnomocnictwa Rządu i Naczelnego Wodza, jakie posiadał, rozciągając je na cały obszar naszego Państwa". Rómmel kazał mu się stawić o 1 w nocy 27 września. Poinformował, że wysłał gen. Tadeusza Kutrzebę do rozmów kapitulacyjnych z Niemcami; sam nie czuł się na siłach, uważając, że nie dość biegle mówi po niemiecku. Oświadczył też, że "kurier N[aczelnego] W[odza] mjr Galinat przywiózł, poza krótkimi informacjami o położeniu Rządu i NW w Rumunii decyzje NW, by generał Rómmel polecił Galinatowi zorganizowanie dywersji w kraju. Generał jednak decyduje przyjąć moją propozycję i oddaje Galinata do mojej dyspozycji jako oficera, który może poinformować mnie o swoich przygotowaniach w zakresie dywersji sprzed wojny, proponując, abym - jeżeli uważam to za słuszne - zrobił go swoim zastępcą". O pijaństwie w krótkiej pracy Tokarzewskiego ani słowa123.
Sprawa ta nie do końca jest jasna. Różnie też została zinterpretowana. Na przykład szef sztabu Armii "Warszawa" Aleksander Pragłowski pisał, że "przelot i szczęśliwe wylądowanie wśród swoich, przy zupełnej nieznajomości położenia w Warszawie, należy do opowiastek z tysiąca i jednej nocy!". Rzeczywiście, był to niezwykły wyczyn pilota por. Stanisława Riessa, zważywszy też na to, że lekkiego bombowca PZL "Sum" nie zdążono wprowadzić do wyposażenia lotnictwa polskiego pomimo jego bezsprzecznych walorów. Riess i Galinat lecieli prototypem. Wylecieli z Rumunii pod pretekstem odstawienia maszyny do rumuńskiej fabryki IAR. Toteż Pragłowski uznał słowa gen. Rómmla wobec mjra Galinata o "bubku" za uszczypliwość tylko dlatego, że "zameldował się w naszym dowództwie w stanie nieco podchmielonym. Uważam, że spełnił swoje trudne zadanie w stu procentach. Pokonując daleką drogę od Pola Mokotowskiego do nas, pod ustawicznym ostrzałem niemieckich granatów, Galinat wstąpił zapewne do któregoś z kolegów, gdzie zakąsił i popił wódką. Człowiek o najsilniejszych nerwach mógł się rozkleić! Mnie imponuje ta dzielna para żołnierska, a przelot uważam za nie lada wyczyn"124.
Trudno nie przyznać płkowi Pragłowskiemu racji: podczas lądowania samolot uszkodził podwozie na leju po bombie, a mimo to zdołał następnego dnia odlecieć w kierunku Kowna, gdzie został zmuszony do lądowania. Lotnicy litewscy pomimo niechęci do Polaków byli pod wrażeniem poprzestrzelanych przez Niemców skrzydeł, świadczących o determinacji i odwadze polskiej załogi125.
Nie wchodząc w szczegóły, przytoczmy interpretację Heleny Szołdrskiej, która sądziła, że Galinat nie mógł wyjawić Rómmlowi całej tajemnicy dotyczącej przekazania dowództwa konspiracyjnego w ręce gen. Tokarzewskiego. Obowiązywały go zasady konspiracji. Oddanie władzy nad armią podziemną w ręce gen. Tokarzewskiego ustalono wcześniej, na spotkaniu z gen. Czumą i prezydentem Starzyńskim. Major "może rzeczywiście przed przyjściem do Rómmla wypił trochę do dodania sobie animuszu", a może chciał się ożywić wódką po wyczerpującym rejsie albo zatrzeć w umyśle straszne widoki zbombardowanej Warszawy. "W takich warunkach alkohol działa silniej nawet w niewielkich dawkach, tym bardziej że jako były harcerz Galinat był abstynentem (!). Zaprowadzony do Rómmla mógł znajdować się jeszcze w stanie rauszu [...]. Nie wydaje się bowiem prawdopodobne, by Rómmel tak dalece puścił wodze fantazji, aby całą scenę wyssać z palca", pomimo że "książka Rómmla obfituje w rozmaite przeinaczenia"126. I wreszcie - być może Galinat wypił, bo obawiał się reakcji gen. Rómmla, którego Wódz Naczelny pominął w nominacji.
Są to jednak tylko spekulacje. Major Galinat, znawca spraw dywersji przydzielony do dyspozycji Szefa Sztabu Naczelnego Wodza jako oficer operacyjny, w ocenie przełożonych cieszył się nienaganną opinią jako wzorowy oficer. W swej relacji stwierdził, że inicjatywa tworzenia podziemia wojskowego wyszła od niego, gdyż jako szef młodzieżowych organizacji paramilitarnych najlepiej orientował się w tej materii.
Późną jesienią 1939 roku mjr Galinat udał się do gen. Władysława Sikorskiego do Francji. Jednakże ze względu na powiązania z Rydzem-Śmigłym został przez generała odsunięty od współpracy z krajem i skierowany do miejsca odosobnienia w Szkocji. Podobny los, jak zobaczymy, spotkał wielu innych sanacyjnych oficerów.
Po poddaniu się Warszawy Niemcy zwlekali z wejściem do niebezpiecznego miasta. Brak władz i obawy przed nadciągającym głodem obudziły wśród ludności zwierzęce instynkty. "Rozładowywanie składów publicznych, słuszne i chyba nawet konieczne, dało okazję do igrzysk, gdzie bary i pięść miały rozstrzygające znaczenie. Za darmochą, którą zdobywało się "legalnie" z otwartych okien i drzwi składów z tytoniem, spirytusem, cukrem, poszedł amatorski już rabunek sklepów i składów prywatnych. Szturm rabusiów na magazyny Zamku i jego ocalałe jeszcze lokale nie cofnął się przed milicją obywatelską, przełamał jej opór i ogołocił Zamek z reszty dobytku. Nie oszczędzono również i Biblioteki Narodowej".
Najsmutniejsze było to, że w grabieży brał udział nie tylko motłoch i andrusy, lecz także "paniusie w szykownych futrach". Trudno się jednak dziwić, każdy chciał przeżyć. Toteż "rabunki były normalnym rozruchem ulicznym na opuszczonym pobojowisku", zauważył Ferdynand Goetel127.
Klęska poraziła wszystkich Polaków. "Jak to się mogło stać? Jak to się mogło stać, że w przeciągu kilkunastu dni rozpadło się państwo niepoślednie, obfite w obszar i mieszkańców?" - pytał Kazimierz Wyka i zastanawiał się: "A jeśli naprawdę małość polska od samego szatana jest silniejsza?
Krew polskiej hołoty popłynie obficie. Tyle się nagromadza podłości, zdrady, denuncjacji, tchórzostwa, volksdeutscherów, którym tłumaczyć trzeba zwrócone do nich niemieckie odezwy. Krwią się tylko zmażą te niskie łotrostwa. Byliśmy dotąd za łagodni wobec siebie samych i własne robactwo będzie musiało być rozdeptane"128.
Inni doszukiwali się również przyczyn klęski w warstwie kulturowej. "Przedwojenne dwudziestolecie było płoche. Mądrością tej epoki był cynizm. Pod tym znakiem stała literatura. Sztuka teatralna wypowiedziała się w rewii, inteligencja w brydżu, myśl polityczna w osławionych okólnikach ostatniego premiera [...]. Dancingi, brydże, polowania, zmiana żon, pochody, zjazdy, defilady pod balkonem wodza - oto przeszłość, która runęła" - pisano w "Reformie", organie prasowym Stronnictwa Pracy129. Rozgoryczenie było tak powszechne, jak wściekłość na sanacyjne władze, na politykę zagraniczną Józefa Becka, na Naczelnego Wodza, a nawet na kadrę oficerów, którzy oddali Niemcom i Sowietom nie tylko guzik, ale wręcz cały mundur.
Najsilniejsza depresja w skali masowej ogarnęła naród polski w październiku 1939 roku. Dochodziło wtedy do licznych samobójstw, szczególnie wśród młodszych oficerów. Potem jeszcze pozostała nadzieja, że "najsilniejsza armia lądowa" - Francja - i najsilniejsza flota świata - brytyjska - ruszą na III Rzeszę. Stało się inaczej i ponownie fala depresji powtórzyła się po podboju Francji przez hitlerowskie Niemcy w maju i czerwcu 1940 roku.
Zgodnie z nakazem Hitlera żołnierze mieli być bezlitośni - i byli. "Spalono we wrześniu 1939 roku - z premedytacją, bez jakiegokolwiek związku z działaniami wojennymi - 476 wsi i osiedli [...]. Były to pierwsze pacyfikacje prowadzone przez wojska niemieckie" - pisał historyk. Do chwili powołania Generalnego Gubernatorstwa w październiku Niemcy zamordowali 16 336 osób, "z których większość stanowili chłopi"130.
Był to wstęp do masowych zbrodni na obywatelach polskich.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 T. Pietrzak, Wrześniowe dni, wstęp, oprac. J. Pereświet Sołtan, Kalisz 2005, s. 13.
2 J. Kuropieska, Wspomnienia oficera sztabu: 1934-1939, Warszawa 1979, s. 297.
3 A. Bernaś-Kostynowicz, Społeczeństwo polskie w wojnie obronnej 1939: współdziałanie ludności cywilnej z wojskiem w okresie zagrożenia i działań wojennych, Warszawa 1988, s. 14-15.
4 T. Becela, Czas niespełnionych nadziei, [w:] Wspomnienia z wrześniowych dni: Wielkopolanie o kampanii wojennej 1939, wybór, wstęp, oprac. E. Makowski, przedmowa Z. Załuski, Poznań 1975, s. 26.
5 Pierwszy opis M. Wańkowicz zawarł w tomie Wrzesień żagwiący, Rzym 1947.
6 F. Dąbrowski, Wspomnienia z obrony Westerplatte: wspomnienia i dokumenty, wstęp historyczny, oprac. M. Pelczar, Gdańsk 1957, passim.
7 List w zbiorach prywatnych Elżbiety Hojki (zm. 2017). Była ona córką kpt. F. Dąbrowskiego, cyt. za: M. Borowiak, Westerplatte: w obronie prawdy, Warszawa 2012, s. 76.
8 W. Pater, Niepublikowana relacja kpt. mar. Zdzisława Kręgielskiego z obrony Westerplatte, "Wojskowy Przegląd Historyczny" 1990, nr 1-2.
9 Relacja sierż. M. Gawlickiego, [w:] Westerplatte, zebrał, wstęp, oprac. Z. Flisowski, Warszawa 1989, s. 253.
10 Relacje B. Rygielskiego i E. Szamlewskiego, [w:] Westerplatte, dz. cyt., s. 171, 139.
11 Relacja plut. E. Łuczyńskiego, [w:] tamże, s. 238-239.
12 Relacja sierż. M. Gawlickiego, [w:] tamże, s. 256.
13 Tenże, [w:] tamże, s. 257.
14 Relacja kpr. E. Szamlewskiego, [w:] tamże, s. 141.
15 W. Pater, Niepublikowana relacja, dz. cyt., s. 188-190.
16 R. Witkowski, W sprawie dowodzenia na Westerplatte, "Rocznik Gdyński" 1991, nr 10, s. 74-75; M. Borowiak, Westerplatte, dz. cyt., s. 80-81.
17 J. Roszko, Tajemnica Westerplatte, "Polityka" 12.06.1993, nr 24.
18 K. Różycki, Rycerz ze skazą?, "Angora" 1999, nr 36, s. 4; I. Boratyn, Burza o polskie Termopile, "Słowo Ludu" 19.11.2001, s. 7. Przytacza je także M. Borowiak, Westerplatte, dz. cyt., s. 31-32, w pracy sumującej głosy z różnych stron, usiłującej wykazać, że mjr Sucharski się załamał, a rzeczywistym dowódcą na Westerplatte był kpt. Dąbrowski.
19 S. Górnikiewicz-Kurowska, Gdy zabrakło koronnych świadków..., "Polityka" 11.09.1993, nr 37; M. Borowiak, Westerplatte, dz. cyt., s. 170 i n., podaje, że "Janusz Roszko nigdy nie był w mieszkaniu pp. Dąbrowskich przy ul. Szopena w Krakowie", nie przebywał też wówczas w Krakowie Kręgielski.
20 "Wprost" 29.08.2008, https://www.wprost.pl/137458/Znawczyni-Westerplatte-ten-film-powinien-powstac.
21 W. Aurich, Relacja niemieckiego oficera o walce na Westerplatte we wrześniu 1939 r., red., przekł., wstęp, objaśnienia M. Pelczar, indeks A. Paprocka, Poznań 1974, s. 23.
22 W. Pater, Niepublikowana relacja, dz. cyt., s. 190-191.
23 S. Górnikiewicz, Lwy z Westerplatte, Gdańsk 1988, s. 205.
24 J. Wójcik, Nad pięcioma rzekami: wspomnienia z lat 1913-1939, Lublin 2009, s. 267-268.
25 W. Kielar, Nasze młode lata, Wrocław 2004, s. 261, 314 i n.
26 Wspomnienia chłopów z lat 1939-1948, t. 2: Gotuj broń, wybór, oprac. W. Chodorowska, Z. Lubowicz, M. Róg-Świostek, Warszawa 1969, s. 136.
27 E. Kwiatkowski, Dziennik lipiec 1939 - sierpień 1940, oprac. M.M. Drozdowski, wstęp J. Nowak-Jeziorański, Rzeszów 2003, s. 79.
28 E.M. Sokopp, Pisane na kolanie: pamiętnik bez patosu [1914-1997], Warszawa 1997, s. 92.
29 Por. na przykład Z. Świerczyński, Wspomnienia adiutanta pułku (Wola, Ochota 1939), oprac. H.P. [Henryk Panas], Olsztyn 1982, s. 11 i n.
30 W. Kopisto, Droga cichociemnego do łagrów Kołymy, Warszawa 1990, s. 23.
31 S. Koszutski, Wspomnienia z różnych pobojowisk, przedmowa S. Maczek, Londyn 1972, s. 70-71.
32 S.K. Szymański, Moja wojna i odyseja, Międzychód 2016, s. 17.
33 K. Szubert, Niepodległość, wojna, niewola: pamiętnik podporucznika Wojska Polskiego Kazimierza Szuberta, wstęp, oprac. A. Jędrzejewska, P. Waingertner, Łódź 2012, s. 38.
34 L. Schweizer, Wojna bez legendy, red. A.K. Bucholz, Oświęcim 2016, s. 49.
35 Relacja mjra Oskara Dinorta, [w:] My i oni: wrzesień 1939: relacje i wspomnienia lotników polskich i niemieckich, przeł. L. Kosiński, wybór tekstów D. Majsak, Lublin 1994, s. 131-132.
36 J. Delumeau, Strach w kulturze Zachodu: XIV-XVIII w., przeł. A. Szymanowski, Warszawa 1986, s. 120; Por. J. Chrobaczyński, "Nie okrył się niesławą naród polski": społeczne aspekty września 1939 roku, Kraków 2012, s. 122-123.
37 N. Ogiermann, Moje przeżycia wojenne, [w:] Wrzesień 1939: wspomnienia uczniów wadowickiego gimnazjum i liceum, red. P. Wyrobiec, M. Witkowski, Wadowice 2009, s. 249.
38 A. Chwalba, Kraków w latach 1939-1945, Kraków 2002, s. 12.
39 I. Szwajcer (red.), Pinkes Szczekocin: księga pamięci Szczekocin (życie i zagłada żydowskiego miasteczka), przeł. M. Tuszewicki, Szczekociny 2010, s. 182 i n.
40 S. Truszkowski, Mój wrzesień: wspomnienie z kampanii 1939 r., Warszawa 1971, s. 46.
41 T. Brańska, Moje przeżycia wojenne, [w:] Wrzesień 1939: wspomnienia, dz. cyt., s. 178.
42 S.K. Szymański, Moja wojna, dz. cyt., s. 21.
43 Kolejnictwo w polskich przygotowaniach obronnych i kampanii wrześniowej, t. 1, cz. 2: Relacje, red. nauk. A. Wesołowski, N. Bujniewicz, Warszawa 2011, s. 245.
45 J.T. Nowakowski, Jesień kleeberczyków, Kraków 1989, s. 35.
46 S. Piotrowski, W żołnierskim siodle, Warszawa 1989, s. 280-283.
47 L. Schweizer, Wojna bez legendy, dz. cyt., s. 70.
48 E. Kwiatkowski, Dziennik, dz. cyt., s. 226.
49 Szerzej o tym: P. Cichoracki, Okoliczności śmierci płk. dypl. Zygmunta Durskiego, "Przegląd Historyczno-Wojskowy" 2011, nr 12, s. 223-232.
50 W. Rawski, Wspomnienia z wojny wrześniowej 1939 i obozu oficerskiego w Murnau, Tarnobrzeg 1998, s. 13-14.
51 S.K. Szymański, Moja wojna, dz. cyt., s. 21.
52 J.T. Nowakowski, Jesień kleeberczyków, dz. cyt., s. 26.
54 S. Koszutski, Wspomnienia, dz. cyt., s. 72.
55 M. Cienciała, Szlak bojowy mojego dziadka w kampanii wrześniowej '39, Tarnowskie Góry 2016, s. 78-79.
56 W. Engel, Czołgi płonęły nad Bzurą: wspomnienia z 1939 r., Poznań 1992, s. 29-32.
57 M. Caban, Powrót zza rzeki Styks, posłowie W. Sulewski, Warszawa 1966, s. 71.
58 K. Kurzyp, Wspomnienia z wojny obronnej w 1939 r[oku], przygotowanie do druku F. Pawłowski, Stężyca 1995, s. 22.
59 Pamiętnik majora, Od granicy do Bzury, [w: ] W ogniu: pamiętniki żołnierzy polskich, Berlin 1941, s. 17 i n.
62 Pamiętnik szarego żołnierza polskiego. Gdyby Marszałek to widział..., [w:] W ogniu, dz. cyt., s. 37 i n.
63 J. Łada Grodzicki, Przecież wrócimy, Gdańsk 1995, s. 55.
64 W. Rawski, Wspomnienia, dz. cyt., s. 17.
65 J. Ochnik, Rozkaz konspiracja, Warszawa 1995, s. 20.
67 K. Szubert, Niepodległość, dz. cyt., s. 53.
68 Z. Świerczyński, Wspomnienia, dz. cyt., s. 28 i n.
69 J. Wójcik, Nad pięcioma rzekami, dz. cyt., s. 326-327.
70 T. Tomaszewski, Byłem szefem sztabu obrony Warszawy, Londyn 1961, s. 58.
71 Obrona Warszawy w 1939 r.: wybór dokumentów wojskowych, red. nauk. E.J. Kozłowski, zebrał, oprac. M. Cieplewicz, Warszawa 1968, s. 324; Niemcy w Polsce 1945-1950: wybór dokumentów, t. 2: Polska centralna. Województwo śląskie, red. W. Borodziej, H. Lemberg, wybór, oprac. dokumentów I. Eser, J. Kochanowski, Warszawa 2000, s. 19.
72 Por. Koniec pokoju, początek wojny: niemieckie działania dywersyjne w kampanii polskiej 1939 r.: wybrane aspekty, red. G. Bębnik, Katowice 2011, passim.
73 Wspomnienia chłopów, dz. cyt., t. 2, s. 143-144.
74 F. Pawelec, W drodze do Kowna, [w:] Wspomnienia chłopów z lat 1939-1948, t. 1: Reduty wiejskie, dz. cyt., s. 70-73.
75 A.S. Kotowski, Polska polityka narodowościowa wobec mniejszości niemieckiej w latach 1919-1939, Toruń 2004, s. 297.
76 Sprawy te badał między innymi W. Jastrzębski, Mniejszość niemiecka w Polsce we wrześniu 1939 roku, Toruń 2010, s. 113, 138 i n.
78 K. Prawdzic, W Poniemuniu i... na wojnie: wspomnienia z 1939 roku, Warszawa 1999, s. 137 i n.
79 W. Horst, Sprawozdanie majora dyplomowanego Edmunda Galinata w okresie międzywojennym i kampanii wrześniowej, Teki Archiwalne, Seria Nowa, t. 2 (24), 1997, s. 131-132.
80 T. Pietrzak, Wrześniowe dni, dz. cyt., s. 30.
81 S. Dłużniewska, Pamiętnik warszawski, Warszawa 1965, s. 18.
82 K. Prawdzic, W Poniemuniu, dz. cyt., s. 114-115.
83 W. Mirecki, Malowane dzieci: wspomnienia ułana, Warszawa 1986, s. 288.
84 W. Smólski, Wspomnienia z lat wojennych 1939-1945, Warszawa 1965, s. 30; A. Strzeżek, Od konsumpcji do konspiracji, czyli warszawskie lokale gastronomiczne 1939-1944, Warszawa 2012, s. 36.
85 T. Tomaszewski, Byłem szefem sztabu, dz. cyt., s. 19. Opinię o szoku nerwowym płka Jaklicza prostował gen. Stachiewicz, dowodząc, że przyczyną zapaści było zatrucie 3 września wskutek złej wentylacji w schronie przy Rakowieckiej. Taka też była diagnoza lekarza Cianciary; W. Stachiewicz, Do redaktora "Wiadomości", "Wiadomości" 1962, nr 28, s. 6. O "skłóconych datach" w relacji płka Tomaszewskiego pisał też płk Jaklicz, "Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza" 1962, nr 161, s. 7, [w:] Obrona Warszawy 1939 we wspomnieniach, wybór, oprac. M. Cieplewicz, E. Kozłowski, Warszawa 1984, s. 381, 385-386.
86 S. Dłużniewska, Pamiętnik, dz. cyt., s. 64.
87 W. Lipiński, Dziennik: wrześniowa obrona Warszawy 1939 r., wstęp, komentarz, przypisy J.M. Kłoczowski, Warszawa 1989, s. 53, 62, 80.
88 Warszawa we wrześniu 1939 roku: obrona i życie codzienne, red. nauk. C. Grzelak, Warszawa 2004, s. 111.
89 J. Małgorzewski, Relacja o działalności Polskiego Radia w obronie Warszawy, [w:] Cywilna obrona Warszawy we wrześniu 1939 r.: dokumenty, materiały prasowe, wspomnienia i relacje, zebrał, oprac. L. Dobroszycki i in., kier. nauk. S. Płoski, wstęp M. Drozdowski, Warszawa 1965, s. 289.
90 F. Goetel, Czasy wojny, wstęp W. Bartoszewski, oprac. przypisów, posłowie M. Gałęzowski, Kraków 2005, s. 22-23.
91 L. Sempoliński, Druga połowa życia, Warszawa 1985, s. 52.
92 J. Regulski, Relacja o organizacji i działalności Straży Obywatelskiej w Warszawie we wrześniu 1939 r., [w:] Cywilna obrona Warszawy, dz. cyt., s. 344-345.
93 Relacja A. Wróblewskiej, [w:] H. Krahelska, Dwa wrześnie, Warszawa 1983, s. 47-48.
94 Pod datą 30 września, H. Regulska, Dziennik z oblężonej Warszawy: wrzesień-październik-listopad 1939 r., Warszawa 1978, s. 124.
95 Z. Żórawski, Dziennik obrońcy Warszawy: wrzesień 1939 r., przygotowanie do druku, wstęp, przypisy T. Szarota, Warszawa 2011, s. 73-75.
96 Ppłk. M. Kułakowski, Rozkaz kwatermistrzowski, [w:] Warszawa we wrześniu 1939 roku, dz. cyt., s. 246-247.
97 S. Rostworowski, Bitwy mojego życia, wybór, oprac. tekstów S.J. Rostworowski, Warszawa 2001, s. 301-303.
98 E. Fiszer, Gdybym to ja wiedział, że na wojnę idę, [w:] Wrzesień 1939: księga wspomnień, red. J. Łańcut, Warszawa 1971, cz. 2, s. 29.
99 Z. Żórawski, Dziennik, dz. cyt., s. 73.
100 S. Grzesiuk, Boso, ale w ostrogach, Warszawa 2013, s. 229.
101 J. Ochnik, Rozkaz konspiracja, dz. cyt., s. 31 i n.
102 Z. Świerczyński, Wspomnienia, dz. cyt., s. 96.
103 Zapewne chodziło o mjra Arnolda Jaskowskiego.
104 J. Regulski, Relacja o organizacji, dz. cyt., s. 344.
105 J. Rómmel, Za honor i ojczyznę: wspomnienia dowódcy armii "Łódź" i "Warszawa", Warszawa 1958, s. 337.
106 S. Rostworowski, Bitwy, dz. cyt., s. 313.
107 F. Bożek, Wspomnienia żołnierza kompanii sztabowej stacjonującej w siedzibie Komisarza Cywilnego przy Dowództwie Obrony Warszawy, [w:] Cywilna obrona Warszawy, dz. cyt., s. 156-157.
108 W. Lipiński, Dziennik, dz. cyt., s. 143.
109 Z. Budziński, komendant oddziału Pogotowia Technicznego Wodociągów i Kanalizacji na Pradze, [w:] Cywilna obrona Warszawy, dz. cyt., s. 417.
110 T. Baranowski, technik Stacji Filtrów, [w:] Cywilna obrona Warszawy, dz. cyt., s. 418.
111 J. Wolański, Wspomnienie z obrony Warszawy 1939, [w:] Wrzesień 1939 we wspomnieniach obrońców warszawskiej Woli, przygotowanie do druku M. Ejchman, J. Wiśniewska, Warszawa 1995, s. 73-74.
112 W. Lipiński, Dziennik, dz. cyt., s. 139.
113 S. Dłużniewska, Pamiętnik, dz. cyt., s. 79.
114 F. Bożek, Wspomnienia, dz. cyt., s. 157-158.
115 Cywilna obrona Warszawy, dz. cyt., s. 144-145.
116 J. Bokota, Ułańskie drogi: wspomnienia oficera kawalerii i Armii Krajowej, red. J. Gromnicki, T. Sowiński, wstęp L. Kukawski, przedmowa S. Bokota, Warszawa 2006, s. 107.
117 K. Rudnicki, Na polskim szlaku: wspomnienia z lat 1939-1947, Warszawa 1990, s. 39.
118 J. Rómmel, Za honor, dz. cyt., s. 358-360.
119 W. Horst, Sprawozdanie majora, dz. cyt., s. 133-143.
120 T. Tomaszewski, Byłem szefem sztabu, dz. cyt., s. 83-84.
121 J. Jaklicz, A więc wojna! Kampania wrześniowa 1939 oraz inne pisma i wspomnienia, wybór, przedmowa M. Kornat, Warszawa 2016, s. 209-210.
122 H. Szołdrska, Misja mjr. Edmunda Galinata, [w:] Z problemów najnowszej historii Polski: wrzesień 1939, wybór B. Skaradziński, Z. Szpakowski, Warszawa-Kraków 1972, s. 307.
123 M. Tokarzewski-Karaszewicz, U podstaw tworzenia Armii Krajowej, Warszawa 1984, s. 9-10.
124 A. Pragłowski, Ze wspomnień szefa sztabu Armii "Warszawa", [w:] Obrona Warszawy 1939, dz. cyt., s. 289-290.
125 J. Dovydaitis, Aerodromo apysakos, Vilnius 1967, http://www.plienosparnai.lt/page.php?1160.
126 H. Szołdrska, Misja, dz. cyt., s. 314.
127 F. Goetel, Czasy wojny, dz. cyt., s. 25.
128 K. Wyka, Życie na niby, Kraków 2010, s. 6, 26-27.
129 "Reforma" 20.09.1941. T. Zych, Problemy kampanii wrześniowej 1939 roku w świadomości społecznej i publikacjach lat okupacji, przedmowa W. Bartoszewski, Lublin 2014, passim.
130 Zbrodnie hitlerowskie na wsi polskiej w latach 1939-1945: wspomnienia, pamiętniki i relacje, red. S. Durlej, J. Gmitruk, Kielce-Warszawa 2008, s. 10.