Alkoholik - instrukcja obsługi - Jolanta Reisch-Klose, Ewelina Głowacz

Kup ebooka

21.25 zł
17.64 zł (17,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zamiast wstępuDla kogo jest ta książka?

Książ­ka jest dla każ­de­go, kto ze­tknął się z pro­ble­mem uza­leż­nie­nia w swo­im oto­cze­niu. W Pol­sce kil­ka mi­lio­nów osób, czę­ściej, np. co­dzien­nie w domu, czy rza­dziej, w pra­cy, w swo­im śro­do­wi­sku, sty­ka się z pro­ble­mem al­ko­ho­li­zmu. Przy­znaj­cie, każ­dy z nas ma ko­goś ta­kie­go albo w ro­dzi­nie: męża, żonę, tatę, mamę, bra­ta, szwa­gra... albo wśród zna­jo­mych: przy­ja­cie­la, ko­le­gę, są­sia­da, współ­pra­cow­ni­ka...

Pań­stwo­wa Agen­cja Roz­wią­zy­wa­nia Pro­ble­mów Al­ko­ho­lo­wych w za­le­ce­niach do Pro­gra­mu Roz­wią­zy­wa­nia Pro­ble­mów Al­ko­ho­lo­wych na lata 2010-2013 pod­kre­śla, że spo­ro pie­nię­dzy i po­mo­cy prze­zna­cza na po­moc dla osób uza­leż­nio­nych. Do­stęp­ność te­ra­pii oraz licz­ba cho­rych, któ­rzy się le­czą, jest co­raz więk­sza. Rze­czy­wi­ście, w Pol­sce co­raz le­piej funk­cjo­nu­je lecz­nic­two od­wy­ko­we oraz po­moc w śro­do­wi­sku lo­kal­nym na po­zio­mie gmi­ny. W każ­dym mie­ście dzia­ła co naj­mniej jed­na po­rad­nia le­cze­nia uza­leż­nień. W wie­lu mia­stach po­wsta­ją od­dzia­ły dzien­ne le­cze­nia uza­leż­nie­nia od al­ko­ho­lu. Czy­li nie trze­ba je­chać i spę­dzać kil­ku ty­go­dni w ośrod­ku sta­cjo­nar­nym, tyl­ko moż­na co­dzien­nie z domu przez dwa mie­sią­ce przy­cho­dzić na te­ra­pię. A ofer­ta po­mo­cy dla człon­ków ro­dzin nie jest zbyt bo­ga­ta.

Pa­cjen­tów uza­leż­nio­nych przy­by­wa, zmniej­sza się na­to­miast licz­ba współ­uza­leż­nio­nych bio­rą­cych udział w te­ra­pii: żon, człon­ków ro­dzin, DDA. Jest ich zbyt mało. W prze­szło­ści zda­rza­ło się, że w po­rad­ni od­wy­ko­wej dzia­ła­ły trzy gru­py al­ko­ho­lo­we i trzy gru­py dla współ­uza­leż­nio­nych. Nie wia­do­mo, dla­cze­go ostat­ni­mi cza­sy to się zmie­ni­ło. Te­raz bywa tak, że da­lej są trzy gru­py al­ko­ho­lo­we i tyl­ko jed­na dla współ­uza­leż­nio­nych, i na do­kład­kę nie­zbyt licz­na.

Zwią­zek z oso­bą uza­leż­nio­ną to trans­ak­cja wią­za­na - bio­rę ją/jego i jego pi­cie w pa­kie­cie. Ta książ­ka jest przede wszyst­kim dla tych, któ­rzy są bli­sko zwią­za­ni z uza­leż­nio­ny­mi. W ja­ki­kol­wiek spo­sób bli­sko zwią­za­ni: czy to jest przy­ja­ciel, mąż, żona - kto­kol­wiek. Dla tych, któ­rzy ko­cha­ją al­ko­ho­li­ków, dla któ­rych pi­ją­cy jest kimś bli­skim. Ko­cha­ją i chcą im po­móc. Gdy ko­cha się al­ko­ho­li­ka, jest się z nim bli­sko - taki ro­dzaj re­la­cji boli. Jest to mi­łość, któ­ra bywa cier­pie­niem.

Ko­chać al­ko­ho­li­ka to trud­na mi­łość. Może się wy­da­wać, że im bar­dziej się ko­cha, tym bar­dziej boli. Cza­sa­mi im bar­dziej oso­ba współ­uza­leż­nio­na sta­ra się, tym bar­dziej nie wy­cho­dzi. Wte­dy my­śli so­bie: im bar­dziej je­stem dla nie­go miła, im wię­cej mu po­ma­gam, wię­cej mu daję, tym on mnie go­rzej trak­tu­je i tym bar­dziej cier­pię. Ta książ­ka jest dla tych, któ­rzy na co dzień prze­ży­wa­ją tę trud­ną mi­łość.

Gdy się jest z pi­ją­cym, trze­ba czym prę­dzej przejść od mi­ło­ści cie­płej i wy­ba­cza­ją­cej do mi­ło­ści twar­dej. Trze­ba po­wie­dzieć: nie prze­sta­ję cię ko­chać, ale za­czy­nam ci tę mi­łość in­a­czej oka­zy­wać. Nie zga­dzam się na to, co mnie z po­wo­du two­je­go pi­cia spo­ty­ka. I też w tej mi­ło­ści za­czy­nam bro­nić sie­bie. W skró­cie: cie­bie ko­cham, ale two­je­go pi­cia nie, wo­bec two­je­go pi­cia będę twar­da. I po­przeć te sło­wa czy­na­mi.

Ta książ­ka jest też dla osób sa­mot­nie, la­ta­mi bo­ry­ka­ją­cych się z pro­ble­mem uza­leż­nie­nia u swo­ich bli­skich. By zo­ba­czy­ły, że nie są same. Że inne/inni mają po­dob­nie. Żeby też zro­zu­mia­ły, że nikt z nas nie jest na tyle mą­dry, żeby po­ko­nać al­ko­ho­lizm. Ani swój, ani tym bar­dziej ko­goś in­ne­go. Je­że­li ktoś nie kon­tro­lu­je swo­je­go pi­cia - nie jest w sta­nie za­pa­no­wać nad swo­imi za­cho­wa­nia­mi zwią­za­ny­mi z pi­ciem, nie kon­tro­lu­je oko­licz­no­ści, a cza­sem miej­sca zwią­za­ne­go z pi­ciem i robi wie­le rze­czy, któ­re są de­struk­cyj­ne - to tym bar­dziej nie jest w sta­nie kon­tro­lo­wać tego ko­goś, kto stoi obok. Je­że­li sam pi­ją­cy nad tym nie pa­nu­je, to nie za­pa­nu­je nad tym rów­nież oso­ba współ­uza­leż­nio­na. Nie za­pa­nu­je ani nad nim, ani nad jego pi­ciem. Tego się nie da zro­bić. To tak, jak­by ktoś chciał sam, bez po­mo­cy fa­chow­ców, wy­le­czyć so­bie za­pa­le­nie płuc czy sa­mo­dziel­nie prze­pro­wa­dzić ope­ra­cję na otwar­tym ser­cu. Tego się po pro­stu nie da zro­bić. Trze­ba wie­dzieć jak. Trze­ba być uzbro­jo­nym w wie­dzę.

Ta książ­ka nie za­stę­pu­je te­ra­pii. Ma ona za­chę­cać do pod­ję­cia te­ra­pii. Na­wet je­śli nie ca­ło­ścio­wej, to war­to cho­ciaż­by kil­ka razy skon­sul­to­wać się z te­ra­peu­tą. Spró­bo­wać zo­ba­czyć, że może być in­a­czej. Że two­ja mi­łość nie musi być cier­pie­niem. Mo­żesz da­lej ko­chać al­ko­ho­li­ka i to nie musi tak bo­leć.

Tę książ­kę war­to mieć pod ręką rów­nież po to, by bio­rąc udział w te­ra­pii, za­glą­dać do niej w jej trak­cie lub po za­koń­cze­niu. Gdy rze­czy­wi­stość znów za­cznie zgrzy­tać, gdy za­cho­wa­nie męża/part­ne­ra prze­sta­nie być ak­cep­to­wal­ne, war­to tę książ­kę otwo­rzyć, żeby so­bie pew­ne rze­czy przy­po­mnieć. To jest też książ­ka dla tych, któ­rzy już coś wie­dzą, są po te­ra­pii, żeby so­bie pew­ne za­cho­wa­nia mo­gli utrwa­lić.

Al­ko­ho­lizm jest sta­ry jak ludz­kość. Po­twier­dza­ją to opi­sy hi­sto­rycz­ne, z Egip­tu sprzed ty­się­cy lat przed na­ro­dze­niem Chry­stu­sa. Już wte­dy pro­du­ko­wa­no tam, po­pu­lar­ne do dzi­siaj, piwo psze­nicz­ne. A je­den z fa­ra­onów ska­zał na śmierć swo­je­go astro­lo­ga za to, że się upił i źle prze­wi­dział wy­lew Nilu. Wład­ca ka­zał go za to ściąć. Czy­li, na ów­cze­sne cza­sy, al­ko­ho­lik po­niósł kon­se­kwen­cje swo­je­go pi­cia.

Moc­ny al­ko­hol po­ja­wił się do­pie­ro w śre­dnio­wie­czu, gdy Ara­bo­wie wy­my­śli­li de­sty­la­cję. Na­tu­ral­na de­sty­la­cja, do 14%, jest wy­star­cza­ją­ca, żeby pro­du­ko­wać wino. I nie trze­ba było wód­ki, żeby pi­ją­cy byli uza­leż­nie­ni. Przy czym tak na­praw­dę do dzi­siaj nie wia­do­mo, dla­cze­go jed­ni uza­leż­nia­ją się od al­ko­ho­lu, a jed­ni nie.

Po­trze­ba osza­ła­mia­nia się ist­nie­je w lu­dziach od za­wsze. A al­ko­hol osza­ła­mia, po­pra­wia na­strój. W tej kwe­stii od cza­sów bi­blij­nych nie­wie­le się zmie­ni­ło. Je­den z pięk­nych opi­sów sta­nu upo­je­nia moż­na zna­leźć wła­śnie w Bi­blii, a mówi on: Zda­jesz się jed­no­cze­śnie prze­by­wać w głę­bi­nach i na szczy­cie masz­tu. Lu­dzie uwiel­bia­ją ten stan!

Nie­mal od za­wsze lu­dzie zma­ga­li się z al­ko­ho­lem. Za­wsze były ko­bie­ty ko­cha­ją­ce al­ko­ho­li­ków. Za­wsze były ko­bie­ty pra­gną­ce od­cią­gnąć al­ko­ho­li­ka od al­ko­ho­lu, bar­dziej za­in­te­re­so­wać ro­dzi­ną, spra­wić, żeby prze­stał pić. I lu­dzie za­wsze znaj­do­wa­li na to ja­kieś spo­so­by, bar­dziej lub mniej sku­tecz­ne. Do ści­na­nia gło­wy włącz­nie.

Spo­so­by wy­my­śla­ne la­ta­mi przez ko­bie­ty po­ku­tu­ją do dziś, bo ko­bie­ty wciąż po­słu­gu­ją się tymi tra­dy­cyj­ny­mi me­to­da­mi. No a ja­kie są tra­dy­cyj­ne me­to­dy "na al­ko­ho­li­ka"? Na przy­kład dziec­ko, żeby się męż­czy­zna bar­dziej przy­wią­zał i nie cho­dził do knaj­py. Inne? Pro­szę bar­dzo - pić z nim, za­bie­rać al­ko­hol, prze­szu­ki­wać kie­sze­nie, żeby nie miał za dużo na pi­cie. Kon­tro­lo­wać! To jest pierw­szy spo­sób, któ­ry przy­cho­dzi i za­wsze przy­cho­dził ko­bie­tom do gło­wy. Jak part­ner pije, trze­ba go trosz­kę przy­trzy­mać. Trze­ba trosz­kę za nim po­dą­żyć, trze­ba moc­niej go kon­tro­lo­wać. Przy­kła­dy mamy w li­te­ra­tu­rze, np. w Chło­pach. Ko­bie­ty za­wsze cho­dzi­ły po męż­czyzn do knaj­py, za­wsze ich pi­ja­nych z szyn­ku wy­cią­ga­ły. Cza­sem same, cza­sem z dzieć­mi na ręce lub u boku.

Oso­by, któ­rym przy­szło żyć z uza­leż­nio­nym, nie mają ła­two. I za­wsze będą mia­ły tro­chę trud­niej niż ro­dzi­ny, w któ­rych nie ma pro­ble­mu al­ko­ho­li­zmu. Ale one też mogą mieć swo­ją nor­mal­ność. Tyl­ko mu­szą się tro­chę po­sta­rać, mu­szą wło­żyć w to wię­cej pra­cy. Pra­cy nad sobą i nad swo­im związ­kiem - i ta książ­ka może być w tym po­moc­na.

"Ta książ­ka zmie­ni two­je ży­cie" - gdy ktoś tak pi­sze, pi­sze nie­praw­dę. Jesz­cze żad­na książ­ka nie zmie­ni­ła czło­wie­ko­wi ży­cia. Tyl­ko on sam może to zro­bić. To, co zmie­nia na­sze ży­cie, to dzia­ła­nie. Moż­na zmie­nić swo­je ży­cie pod wpły­wem in­nej oso­by, smut­nych lub ra­do­snych oko­licz­no­ści, do­świad­czeń. Moż­na też za­pra­gnąć je zmie­nić pod wpły­wem lek­tu­ry. Mamy wiel­ką na­dzie­ję, że ta książ­ka po­mo­że za­chę­cić ko­bie­ty do dzia­ła­nia. Dzia­ła­nie spra­wi, że zwią­zek z al­ko­ho­li­kiem nie bę­dzie tak moc­no bo­leć, a rze­czy­wi­stość nie bę­dzie tak da­le­ko od­bie­gać od ma­rzeń. Spra­wi, że bę­dzie bar­dziej nor­mal­nie.

W maju 2007 roku w ty­go­dni­ku "Po­li­ty­ka" (19/2007) opu­bli­ko­wa­no ra­port o ko­bie­tach współ­uza­leż­nio­nych, na­zy­wa­jąc ich spo­sób funk­cjo­no­wa­nia "cho­ro­bą do­brych żon". Jed­nak w kry­te­riach me­dycz­nych taka cho­ro­ba jak "współ­uza­leż­nie­nie" nie ist­nie­je. Me­dycz­nie roz­po­zna­je się naj­czę­ściej za­bu­rze­nia ad­ap­ta­cyj­ne, prze­wle­kłą re­ak­cję na stres czy ze­spół stre­su po­ura­zo­we­go. W prak­ty­ce te­ra­peu­tycz­nej uży­wa się de­fi­ni­cji współ­uza­leż­nie­nia au­tor­stwa Zo­fii So­bo­lew­skiej, któ­ra po­da­je, że współ­uza­leż­nie­nie to utrwa­lo­na for­ma uczest­nic­twa w dłu­go­trwa­łej i trud­nej lub nisz­czą­cej sy­tu­acji ży­cio­wej ogra­ni­cza­ją­cej w spo­sób istot­ny swo­bo­dę wy­bo­ru po­stę­po­wa­nia, pro­wa­dzą­ca do po­gor­sze­nia wła­sne­go sta­nu i utrud­nia­ją­cą zmia­nę wła­sne­go po­ło­że­nia na lep­sze" (Z. So­bo­lew­ska, J. Mel­li­bru­da, Kon­cep­cja i te­ra­pia współ­uza­leż­nie­nia, "Al­ko­ho­lizm i Nar­ko­ma­nia" 3/97).

De­fi­ni­cja ta brzmi bar­dzo su­cho. Pro­ściej moż­na po­wie­dzieć, że współ­uza­leż­nie­nie to ro­dzaj nie­pra­wi­dło­we­go, nie­słu­żą­ce­go da­nej oso­bie przy­sto­so­wa­nia się do trud­nej, pro­ble­mo­wej sy­tu­acji nad­uży­wa­nia przez part­ne­ra/part­ner­kę al­ko­ho­lu. Nie­pra­wi­dło­we­go, po­nie­waż pra­wi­dło­we przy­sto­so­wa­nie spo­wo­do­wa­ło­by, po roz­po­zna­niu pro­ble­mu i oce­nie moż­li­wo­ści jego roz­wią­za­nia, szyb­kie wyj­ście z ta­kiej sy­tu­acji. Co waż­ne, współ­uza­leż­nie­nie do­ty­czy je­dy­nie do­ro­słych osób, ta­kich, któ­re w re­la­cje z pi­ją­cym wcho­dzą do­bro­wol­nie, któ­re teo­re­tycz­nie mogą wy­brać inną for­mę po­ra­dze­nia so­bie z pro­ble­mem al­ko­ho­lo­wym w ro­dzi­nie. Współ­uza­leż­nie­nie nie do­ty­czy dzie­ci, do­ty­czy zaś żony, męża, part­ne­ra, wspól­ni­ka - oso­by świa­do­mej, do­ro­słej, zdol­nej do sa­mo­dziel­ne­go funk­cjo­no­wa­nia. Sed­nem współ­uza­leż­nie­nia jest to, że wcho­dzi się w nie jako oso­ba wol­na, ma­ją­ca inny wy­bór i mimo szkód, pro­ble­mów, trud­no­ści tkwi się w tej re­la­cji cią­gle, pró­bu­jąc ją zmie­nić. Dzie­ci nie mają wy­bo­ru, są ska­za­ne na taką ro­dzi­nę, jaką stwo­rzy­li dla nich do­ro­śli. Ce­chą współ­uza­leż­nie­nia jest to, że im bar­dziej ktoś sku­pia się na roz­wią­za­niu pro­ble­mu z al­ko­ho­lem part­ne­ra, po­dej­mu­je de­cy­zje i robi rze­czy, któ­re nie tyl­ko pi­cia nie roz­wią­zu­ją, ale je pod­trzy­mu­ją. Czy­li mąż, za­miast za­prze­stać, pije co­raz wię­cej, bo za­cho­wa­nie żony to pi­cie pod­trzy­mu­je. (Wię­cej o współ­uza­leż­nie­niu w roz­dzia­le 6).

Co jest sed­nem współ­uza­leż­nie­nia, jego osią? Isto­tą jest skon­cen­tro­wa­nie na uza­leż­nio­nym, czy­li pro­wa­dze­nie ży­cia w od­nie­sie­niu do in­nej oso­by - moje ży­cie jest uza­leż­nio­ne od in­nej oso­by, moje emo­cje za­le­żą pra­wie wy­łącz­nie od tego, co robi, mówi, jaki jest mój part­ner. To jak być czy­imś sa­te­li­tą, on jest gwiaz­dą, a ja pla­ne­tą na jego or­bi­cie. Sta­ty­stycz­nie rzecz uj­mu­jąc, le­czy się tyl­ko od 5 do 10 pro­cent al­ko­ho­li­ków (jak wy­ni­ka z da­nych sza­cun­ko­wych Pol­skiej Agen­cji Roz­wią­zy­wa­nia Pro­ble­mów Al­ko­ho­lo­wych), a współ­uza­leż­nio­nych jesz­cze mniej. Ostat­nio na­wet ten od­se­tek się zmniej­sza. Do­strze­ga­ją to prak­ty­cy, pro­wa­dzą­cy te­ra­pię w po­rad­niach le­cze­nia uza­leż­nie­nia i współ­uza­leż­nie­nia.

Dla­cze­go tak się dzie­je? Le­cze­nie, sama te­ra­pia nie są atrak­cyj­ne, a ko­bie­ty współ­uza­leż­nio­ne znaj­du­ją so­bie wspar­cie w róż­ne­go ro­dza­ju gru­pach, na przy­kład sa­mo­po­mo­co­wych. Poza tym czę­sto nie tra­fia­ją na te­ra­pię współ­uza­leż­nie­nia, lecz na te­ra­pię ner­wic. Część z nich po­dej­mu­je te­ra­pię in­dy­wi­du­al­ną u psy­cho­te­ra­peu­tów. Część współ­uza­leż­nio­nych szu­ka in­ne­go ro­dza­ju po­mo­cy - nie w po­rad­niach od­wy­ko­wych, tyl­ko w po­rad­niach zdro­wia psy­chicz­ne­go. Opar­cia szu­ka­ją w In­ter­ne­cie, a pew­na gru­pa tra­fia wła­śnie do po­rad­ni le­cze­nia uza­leż­nień.

W na­szym kra­ju - jak oce­nia PAR­PA - jest oko­ło 800 ty­się­cy osób uza­leż­nio­nych i 2 do 2 i pół mi­lio­na osób pi­ją­cych szko­dli­wie, nad­mier­nie. Li­cząc, że więk­szość ma ro­dzi­nę, moż­na bez wa­ha­nia za­ło­żyć, że w mniej lub bar­dziej bez­po­śred­ni spo­sób z al­ko­ho­li­zmem lub nad­uży­wa­niem al­ko­ho­lu sty­ka się na­wet 10 mi­lio­nów lu­dzi. Dzie­ci, żony, mę­żo­wie, ro­dzi­ce osób pi­ją­cych nad­mier­nie i uza­leż­nio­nych. Jed­na trze­cia spo­łe­czeń­stwa.

Ko­chać al­ko­ho­li­ka to nie grzech, grze­chem jest tyl­ko ko­chać go głu­pio, czy­li w taki spo­sób, któ­ry wspie­ra jego uza­leż­nie­nie. Więk­szość rze­czy pi­sa­nych do tej pory na te­mat al­ko­ho­li­zmu była ab­so­lut­nie se­rio, czę­sto ubra­na w skom­pli­ko­wa­ne na­uko­we sfor­mu­ło­wa­nia. I do­brze, bo to te­mat nie­zwy­kle po­waż­ny. Jed­nak w tej książ­ce, pi­sa­nej na pod­sta­wie wie­dzy i wie­lo­let­nie­go do­świad­cze­nia te­ra­peu­tycz­ne­go, praw­da o pi­ciu, uza­leż­nie­niu, współ­uza­leż­nie­niu i spo­so­bach ra­dze­nia so­bie z tym jest po­wie­dzia­na sło­wa­mi pro­sty­mi, zro­zu­mia­ły­mi, choć nie­raz ostry­mi i kry­tycz­ny­mi. Do­kład­nie tak jak na pro­wa­dzo­nych przez te­ra­peut­kę gru­pach, by prze­kaz był pro­sty, krót­ki i zro­zu­mia­ły.

Hi­sto­rie współ­uza­leż­nio­nych ko­biet są solą tej książ­ki. Nie­mal każ­da z czy­ta­ją­cych znaj­dzie w nich cząst­kę sie­bie. Wszyst­kie opi­sa­ne tu­taj hi­sto­rie zda­rzy­ły się na­praw­dę. Nie­mniej są przed­sta­wio­ne w spo­sób unie­moż­li­wia­ją­cy iden­ty­fi­ka­cję. Ale czy­ta­jąc tę książ­kę, wie­le ko­biet może po­my­śleć - tak było! To moja hi­sto­ria! To mnie tu­taj opi­sa­no! I za­wsze bę­dzie to praw­dą, bo te hi­sto­rie, hi­sto­rie ko­biet współ­uza­leż­nio­nych, są bar­dzo do sie­bie po­dob­ne. Jak­by ktoś stał z boku, pod­słu­chi­wał i opo­wia­dał jako swo­ją.

Trze­ba moc­no za­ak­cen­to­wać, że nikt w tej książ­ce nie bę­dzie na­ma­wiał ko­biet współ­uza­leż­nio­nych, by wy­cho­dzi­ły z ta­kie­go związ­ku. Zwią­zek, któ­ry trwa kil­ka czy kil­ka­na­ście lat, nie­ła­two opu­ścić. Poza tym tak na­praw­dę rzad­ko jest to ab­so­lut­nie nie­zbęd­ne. Je­że­li ko­bie­ta zde­cy­du­je się na za­koń­cze­nie związ­ku, jest to jej sa­mo­dziel­na de­cy­zja. Waż­niej­sze, by zro­zu­mia­ła, co się w tym związ­ku dzie­je. Ja­kie me­cha­ni­zmy nim kie­ru­ją? Ży­cie z pi­ją­cym boli! Cza­sem bar­dziej, cza­sem mniej. Trze­ba zro­bić wszyst­ko, żeby bo­la­ło jak naj­mniej.

Nie ma na to rad uni­wer­sal­nych. Ta­kich, któ­re za­wsze, na 100 pro­cent za­dzia­ła­ją. In­struk­cja za­war­ta w tej książ­ce bę­dzie sku­tecz­na wte­dy, gdy ży­ją­ca z al­ko­ho­li­kiem ko­bie­ta zro­zu­mie, dla­cze­go on robi to, co robi, mówi, co mówi i po­stę­pu­je w taki, a nie inny spo­sób. In­struk­cja ta do­ty­czy nie tyl­ko sa­me­go uza­leż­nio­ne­go, ale też i współ­uza­leż­nio­nej. Pa­mię­taj­my, że współ­uza­leż­nie­nie two­rzy się w re­la­cji, więc oby­dwo­je mają w tym me­cha­ni­zmie swój udział. Me­cha­ni­zmy uza­leż­nie­nia i współ­uza­leż­nie­nia są do sie­bie przy­sta­ją­ce, pa­su­ją jak puz­zle. Za­war­te w tej książ­ce wska­zów­ki na­le­ży trak­to­wać jak po­my­sły na inne po­dej­ście do pro­ble­mu nad­uży­wa­nia al­ko­ho­lu w swo­jej ro­dzi­nie.

Rozdział 1Gdzie jest mój puzzel?

Więk­szość nas przy­najm­niej raz w ży­ciu ukła­da­ła puz­zle. Po kil­ku go­dzi­nach sta­rań mamy już nie­mal cały ob­ra­zek. Bra­ku­je tyl­ko jed­ne­go ele­men­tu. Nie­ste­ty, bez tego puz­zel­ka ob­ra­zek jest nie­peł­ny, nie­kom­plet­ny. Trze­ba go ko­niecz­nie zna­leźć!

Po­dob­nie bywa ze związ­ka­mi, w któ­rych po­ja­wia się pro­blem al­ko­ho­lo­wy. W jaki spo­sób roz­po­czy­na się zwią­zek z trud­ną oso­bą? Być może wy­ja­śni to teo­ria bra­ku­ją­ce­go puz­zla.

Wzmian­ki, może nie do koń­ca na ten te­mat, ale po­ru­sza­ją­ce po­dob­ne wąt­ki, po­ja­wia­ją się w li­te­ra­tu­rze psy­cho­lo­gicz­nej. Na przy­kład w Poza za­sa­dą przy­jem­no­ści Zyg­mun­ta Freu­da1 czy w Żyć w ro­dzi­nie i prze­trwać au­tor­stwa Ro­bi­na Skyn­ne­ra i Joh­na Cle­ese'a2. Z pol­skich au­to­rów te­mat po­ru­szał Ja­cek San­tor­ski w Jak żyć, żeby nie zwa­rio­wać.

We­dług nie­go, po­zna­jąc oso­bę prze­ciw­nej płci i wcho­dząc z nią w re­la­cje, trak­tu­je­my ją jak ekran, na któ­rym wy­świe­tla­my film o ide­al­nym związ­ku. Part­ne­rzy nie po­tra­fią za­ak­cep­to­wać tego, że w pew­nym mo­men­cie film się koń­czy i oka­zu­je się, że wy­bra­na oso­ba nie jest ide­al­na. Wią­żą się z na­stęp­ną oso­bą i na niej "wy­świe­tla­ją" swój film. Ale wciąż nie wi­dzą jej taką, jaka ona jest, tyl­ko pro­jek­tu­ją na nią swo­je ide­al­ne wy­obra­że­nie.

Rzecz ocie­ra się o ba­nał - mło­da ko­bie­ta (choć może być też star­sza, "po przej­ściach") spo­ty­ka męż­czy­znę. I ten męż­czy­zna pa­su­je do jej ży­cia jak bra­ku­ją­cy puz­zel do nie­do­koń­czo­nej ukła­dan­ki. Wpa­so­wu­je się. Tę hi­sto­rię te­ra­peu­ci sły­szą set­ki razy. Po­wta­rza się w opo­wie­ściach ko­lej­nych pa­cjen­tek. Zwią­zek z trud­nym fa­ce­tem, fa­ce­tem pi­ją­cym lub nar­ko­ma­nem, za­czy­na się od pew­ne­go ro­dza­ju olśnie­nia. Jest wiel­kie "Łup!". I dziew­czy­na (ko­bie­ta) za­ko­chu­je się na śmierć i ży­cie. Jest tak, jak­by wszyst­ko w jej ży­ciu wła­śnie tyl­ko na tego fa­ce­ta cze­ka­ło. Oto sce­na­riusz, we­dług któ­re­go moż­na pi­sać ko­lej­ne hi­sto­rie związ­ków pi­ją­ce­go męż­czy­zny i współ­uza­leż­nio­nej ko­bie­ty.

Współ­cze­sne kon­cep­cje tłu­ma­czą­ce współ­uza­leż­nie­nie pod­kre­śla­ją, że aby do nie­go do­szło, po­trzeb­nych jest kil­ka ele­men­tów. Tymi ele­men­ta­mi są:

? zwią­zek z al­ko­ho­li­kiem,

? oso­bo­wość przed­wspó­łu­za­leż­nie­nio­wa,

? przy­sto­so­wa­nie się do pa­to­lo­gicz­nej sy­tu­acji.

Jed­nak fak­tycz­ną przy­czy­ną ta­kie­go związ­ku jest wiel­ki,

lecz nie­za­spo­ko­jo­ny głód mi­ło­ści. Stoi za tym pra­gnie­nie by­cia ko­cha­ną, ak­cep­to­wa­ną oraz po­trzeb­ną. Inną rze­czą, któ­ra rów­nież stoi za tym, że ko­bie­ta wej­dzie w de­struk­cyj­ny zwią­zek z pi­ją­cym męż­czy­zną, jest jej spo­sób wy­cho­wa­nia, a szcze­gól­nie prze­ko­na­nia, któ­re z domu wy­nio­sła. Prze­ko­na­nia są bar­dzo trwa­łym two­rem, czę­sto na­wet nie wie­my, że je mamy. U ko­biet współ­uza­leż­nio­nych po­ku­tu­ją prze­ko­na­nia, np. że ko­bie­ta nie może żyć bez męż­czy­zny; że sa­mot­na ko­bie­ta jest nie­peł­no­war­to­ścio­wą oso­bą; że za to, co dzie­je się w ro­dzi­nie, od­po­wie­dzial­na jest je­dy­nie ko­bie­ta; że je­śli coś w mał­żeń­stwie nie wy­cho­dzi, to pew­nie ona za mało się sta­ra­ła, itp.

Zwią­zek z al­ko­ho­li­kiem

Mło­de dziew­czę­ta zwy­kle wy­bie­ra­ją part­ne­ra w spo­sób bar­dzo, bar­dzo nie­świa­do­my. Waż­ne są ich pierw­sze do­świad­cze­nia, to, co "wy­nio­sły" z domu. Ich oj­ciec może na­wet nie­ko­niecz­nie pił, ale był trud­nym czło­wie­kiem. Na przy­kład nie­wie­le się od­zy­wał, był wy­co­fa­ny, za­wsze nie­obec­ny, bar­dziej za­in­te­re­so­wa­ny sie­dze­niem po go­dzi­nach w pra­cy lub dłu­ba­ni­ną w ga­ra­żu. I na­gle spo­ty­ka­ją męż­czy­znę, któ­ry mówi: "Ja cze­goś ta­kie­go nig­dy nie zro­bię!". Któ­ry mówi: "Mój oj­ciec po­pi­jał, ale ja nig­dy bym nie za­fun­do­wał moim dzie­ciom tego, co mnie spo­tka­ło". Męż­czy­zna mówi do­kład­nie to, co chcą usły­szeć. Tra­fia w ich głód mi­ło­ści. Wła­śnie tak wy­obra­ża­ły so­bie ide­al­ne­go męż­czy­znę.

Po­tem, już pod­czas te­ra­pii, te ko­bie­ty mó­wią: "Całe ży­cie na ta­kie­go męż­czy­znę cze­ka­łam". Po­tra­fią tak mó­wić na­wet dwu­dzie­sto­kil­ku­lat­ki: "Był zu­peł­nie inny niż moi ko­le­dzy, ró­wie­śni­cy. Wie­dział, cze­go chce, był kon­kret­ny".

A więc sie­dem­na­sto - czy osiem­na­sto­let­nia dziew­czy­na spo­ty­ka męż­czy­znę. Są to pew­nie jej pierw­sze mi­ło­sne unie­sie­nia. Ona na­wet nie ma spe­cjal­nych ocze­ki­wań wo­bec męż­czyzn. Nie za­wsze po­tra­fi je na­zwać. Mogą to być sła­bo okre­ślo­ne na­dzie­je typu: "Chcia­ła­bym, żeby był inny niż mój oj­ciec" albo: "Żeby był po­dob­ny do mo­je­go ojca".

Zwy­kle są to ko­bie­ty o ob­ni­żo­nym po­czu­ciu wła­snej war­to­ści. A na­wet je­że­li tak nie jest, to w ro­dzin­nym domu więk­szo­ści z nich - w cza­sie te­ra­pii to się ujaw­nia - pa­no­wał więk­szy ry­go­ryzm lub brak po­chwał. Sta­wia­no im za to wy­so­kie ocze­ki­wa­nia, mu­sia­ły na przy­kład do­brze wy­glą­dać i świet­nie się uczyć. Wy­cho­dząc z ta­kie­go domu, bar­dziej po­tra­fią speł­niać ocze­ki­wa­nia in­nych, a nie za­wsze mają po­mysł na sie­bie. W tej sy­tu­acji zwią­zek, ro­dzi­na, dzie­ci są atrak­cyj­nym roz­wią­za­niem.

I na­gle spo­ty­ka­ją chło­pa­ka lub męż­czy­znę, któ­ry mówi do nich tak, jak nikt do tej pory nie mó­wił. Mówi na­wet nie­ko­niecz­nie miłe rze­czy. Po pro­stu mówi, jak chce żyć. Ma spre­cy­zo­wa­ną wi­zję przy­szło­ści. Mówi o tym, że chce mieć ro­dzi­nę i snu­je wi­zje "nor­mal­nej" ro­dzi­ny. W tak mło­dym wie­ku, mó­wiąc o ro­dzi­nie "nor­mal­na", my­śli się - ide­al­na. Czy­li taka, w któ­rej wszyst­ko do­brze się ukła­da, w któ­rej mąż i żona są dla sie­bie do­brzy, wspie­ra­ją­cy, mają gro­mad­kę uśmiech­nię­tych dzie­ci - ob­ra­zek jak z re­kla­my. Zwy­kle jest tak, że wszyst­ko to pa­su­je do wy­obra­żeń dziew­czy­ny lub mło­dej ko­bie­ty ni­czym bra­ku­ją­cy puz­zel.

Na­tych­miast ro­dzi się mię­dzy nimi pe­wien ro­dzaj wię­zi. Ona od razu my­śli o nim in­a­czej - wi­dzi tyl­ko jego za­le­ty, wi­dzi go "wiel­kim", w swo­jej wy­obraź­ni do­da­jąc mu ta­len­tów, uro­dy, moż­li­wo­ści. Wie­le ko­biet już po pierw­szym spo­tka­niu czu­je się za­an­ga­żo­wa­nych.

Ide­ał na wy­cią­gnię­cie ręki

Star­sze ko­bie­ty, po nie za­wsze do­brych do­świad­cze­niach z męż­czy­zna­mi, ta­kie­go pana puz­zla mogą spo­tkać po ko­lej­nym roz­cza­ro­wa­niu, ko­lej­nym za­wo­dzie. Kie­dy obie­cu­ją so­bie, że już nig­dy żad­ne­go fa­ce­ta, żad­nej mi­ło­ści, żad­nych związ­ków. Na­gle zja­wia się on, ni­cze­go od niej nie chce, mówi, że sam dużo prze­szedł i ro­zu­mie. Jest po­moc­ny, miły, przy­nie­sie jej nie­spo­dzie­wa­nie ja­kiś dro­biazg, któ­ry ją roz­czu­li. Po­tem po­mo­że w ja­kiejś drob­nej spra­wie, przyj­dzie na her­ba­tę, a tak do­brze się z nim roz­ma­wia, że za­sie­dzi się do ja­kiejś nie­przy­zwo­itej go­dzi­ny. I tak po kil­ku ty­go­dniach ma u niej cały do­by­tek w po­sta­ci nie­wiel­kiej wa­li­zecz­ki i sa­mo­cho­du pod blo­kiem.

Czę­sto ko­bie­ty nie wie­dzą, jak to się sta­ło, że na­gle zu­peł­nie obcy fa­cet pa­no­szy się na ich ka­na­pie, za­ja­da ko­la­cję i dys­po­nu­je ich kon­tem. On może na­wet nie­ko­niecz­nie pa­so­wał do ich ży­cia. Nie­ko­niecz­nie na­wet na nie­go cze­ka­ły. To bar­dziej on wpa­so­wał się w ich ży­cie w taki spo­sób, że na­wet nie za­uwa­ży­ły zmia­ny. Wła­śnie jak bra­ku­ją­cy puz­zel.

Wie­dza psy­cho­lo­gicz­na wska­zu­je, że je­śli coś ta­kie­go się zda­rzy, ta­kie "Łup! I jak grom z ja­sne­go nie­ba", to na­le­ży ucie­kać. Teo­rie psy­cho­dy­na­micz­ne mó­wią o tym, że to jest ro­dzaj nar­cy­stycz­nej pro­jek­cji. Prze­cież tego czło­wie­ka nie znasz. To skąd ta więź? Tym­cza­sem dziew­czy­ny po la­tach wciąż z za­chwy­tem wspo­mi­na­ją: "O rany! Jak on mó­wił! Ja już na trze­cim spo­tka­niu czu­łam się tak, jak­by­śmy się zna­li od lat...".

Jed­na z pa­cjen­tek wspo­mi­na­ła, że kie­dy po jed­nym z pierw­szych spo­tkań chło­pak od­wiózł ją do domu, na­tych­miast za­dzwo­ni­ła do przy­ja­ciół­ki z wie­ścią, że spo­tka­ła może nie tego je­dy­ne­go, ale ab­so­lut­ne nie­zwy­kłe­go i wspa­nia­łe­go męż­czy­znę.

Na czym więc po­le­ga ta nar­cy­stycz­na pro­jek­cja? Dziew­czy­na czy chło­pak w ja­kiś spo­sób wy­obra­ża­ją so­bie swo­je­go wy­ma­rzo­ne­go męż­czy­znę lub ko­bie­tę - jaki (jaka) bę­dzie, jak bę­dzie się za­cho­wy­wał (za­cho­wy­wa­ła), ja­kie bę­dzie miał (mia­ła) ce­chy. I dziew­czy­na spo­ty­ka męż­czy­znę, któ­ry wła­śnie taki jest, przy­najm­niej w ja­kiejś czę­ści. Od­po­wia­da temu, co ona pro­jek­tu­je, czy­li w jej oczach sta­je się wła­śnie ta­kim męż­czy­zną, ja­kie­go so­bie wy­ma­rzy­ła. Wte­dy tyl­ko to się li­czy. Nie wi­dzi in­nych cech, nie wi­dzi re­al­nie tego męż­czy­zny. Wi­dzi tyl­ko te ce­chy, któ­re od­po­wia­da­ją jej wy­obra­że­niu. Za­ko­chu­je się więc bar­dziej w swo­jej ilu­zji, w swo­im we­wnętrz­nym ob­ra­zie ide­al­ne­go męż­czy­zny niż w nim sa­mym. Jed­na z pa­cjen­tek, Jo­an­na, mó­wi­ła o swo­im part­ne­rze, że miał wszyst­kie ce­chy, któ­re ce­ni­ła u męż­czyzn. Gdy­by, wy­obra­ża­jąc so­bie ide­ał, mia­ła do­dać jesz­cze ja­kieś wa­lo­ry, on już je miał. Na­wet prze­wyż­szał jej ide­al­ne wy­obra­że­nie męż­czy­zny.

To dość ła­two za­uwa­żyć. Kie­dy po dru­gim spo­tka­niu dziew­czy­na za­sta­na­wia się, jak na imię będą mia­ły ich wspól­ne dzie­ci i my­śli: "Jaka ja będę z nim szczę­śli­wa", to w grę wcho­dzi wła­śnie ten ro­dzaj re­la­cji. Stąd teo­ria puz­zla. Fa­cet pa­su­je do ży­cia ko­bie­ty wła­śnie jak bra­ku­ją­cy ele­ment ukła­dan­ki. Dziew­czy­na (ko­bie­ta) my­śli: "Ten męż­czy­zna! To jego bra­ko­wa­ło w moim ży­ciu. Z nim będę czu­ła się speł­nio­na. To jest ten je­dy­ny, któ­re­go ko­cham. Wy­bra­łam go so­bie, on jest naj­lep­szy na świe­cie. Jest the best". I na za­sa­dzie puz­zla on jej, na pew­nym po­zio­me, bar­dzo od­po­wia­da. Mówi, robi i za­cho­wu­je się do­kład­nie tak, jak ona chce. Jak w po­niż­szej hi­sto­rii.

Dziew­czy­na, Ma­rio­la, po­zna­je męż­czy­znę (oczy­wi­ście "puz­zel"), któ­ry od chwi­li po­zna­nia nie tyle jest męż­czy­zną jej ma­rzeń, ile te ma­rze­nia prze­wyż­sza.

Opo­wia­da­ła póź­niej:

On miał wszyst­kie te ce­chy, któ­re chcia­łam, żeby męż­czy­zna miał. Mało tego, jak­bym jesz­cze kil­ka mia­ła wy­my­ślić, to on już je miał. Za­cho­wy­wał się i funk­cjo­no­wał do­kład­nie tak, jak chcia­łam, żeby było.

Ma­rio­la mia­ła dość ory­gi­nal­ne za­in­te­re­so­wa­nia, w tym mu­zycz­ne i te­atral­ne. Ma­ciek in­te­re­so­wał się do­kład­nie tym sa­mym. Gdy opo­wia­da­ła o ulu­bio­nej sce­nie w ulu­bio­nym fil­mie, oka­zy­wa­ło się, że Ma­ciek uwiel­biał do­kład­nie to samo. Dzwo­nił do niej wie­czo­rem i mó­wił: "Wiem, cze­go słu­chasz". I nig­dy się nie po­my­lił! Do tego stop­nia, że pew­ne­go dnia gdzieś się umó­wi­li i przy­szli ubra­ni w po­dob­nym sty­lu i po­dob­nej ko­lo­ry­sty­ce. Co so­bie może taka dziew­czy­na po­my­śleć? Taki męż­czy­zna! Ta­kie­go jak się po­ko­cha to na całe ży­cie! Ta­kie­go męż­czy­zny nic nie prze­bi­je.

Emo­cje prze­ży­wa­ne w re­la­cji z ta­kim fa­ce­tem mu­szą być eks­tre­mal­ne. Bo to jest ab­so­lut­nie ten! Nie moż­na być już prze­cież bar­dziej szczę­śli­wą. Bar­dziej od­po­wied­nie­go męż­czy­zny nie moż­na zna­leźć. Mr Ri­ght na 100 pro­cent. A po­tem co­raz czę­ściej zda­rza się, że ów męż­czy­zna od­ma­wia szczę­ścia, bo nie za­cho­wu­je się tak, jak się za­cho­wy­wał. Był ide­ałem, a tu na­gle mówi ko­bie­cie coś przy­kre­go albo się upi­ja. To ją uniesz­czę­śli­wia­ło.

Ma­rio­la wy­ba­cza­ła swo­je­mu fa­ce­to­wi bar­dzo wie­le, bo ta­kie­mu wy­ba­czy się wszyst­ko. Zdra­dy, kłam­stwa, ży­cie na jej koszt... Ma­ciek to był taki gość, któ­ry wiecz­nie szu­kał pra­cy, a żad­na nie była dla nie­go wy­star­cza­ją­co do­bra.

Po­dob­ne sy­tu­acje zda­rza­ją się dziew­czy­nom wy­kształ­co­nym, za­ra­bia­ją­cym na sie­bie. Nie wi­dzą pro­ble­mu w tym, że męż­czy­zna nie pra­cu­je. "No prze­cież on jest wiel­ki gość i nie pój­dzie za 1200 ze­tów na mie­siąc pra­co­wać. Szu­ka dużo lep­szej oka­zji". A to, że jed­no­cze­śnie ona go utrzy­mu­je, to cóż ta­kie­go? Ta­kie­mu się wy­ba­cza. Prze­cież to jest TEN męż­czy­zna!

Dziew­czy­ny (ko­bie­ty) czę­sto chcą wie­rzyć w mit: je­ste­śmy ide­al­ną parą! Je­ste­śmy po­nad to wszyst­ko. Dwie po­łów­ki jabł­ka. Żeby tyl­ko! Wy­jąt­ko­we dwie po­łów­ki jabł­ka. Nie ja­kieś tam zwy­kłe, zwy­kła dziew­czy­na i zwy­kły chło­pak, któ­rzy spo­tka­li się na dys­ko­te­ce. My je­ste­śmy lep­si. In­te­re­su­je­my się lep­szą li­te­ra­tu­rą, słu­cha­my lep­szej mu­zy­ki i mamy bar­dziej wy­su­bli­mo­wa­ny gust te­atral­ny.

Związ­ki tego ro­dza­ju spa­ja pro­jek­cja nar­cy­stycz­na. Na po­cząt­ku prze­cież ona nie zna tego męż­czy­zny (on nie zna tej ko­bie­ty). Wza­jem­nie pro­jek­tu­ją na sie­bie ide­al­ny ob­raz part­ne­ra (part­ner­ki). Gdy pa­su­ją do swo­ich pro­jek­cji, zwią­zek two­rzy się bar­dzo szyb­ko. I jest bar­dzo sil­ny. Jak więk­szość związ­ków współ­uza­leż­nie­nio­wych.

Para w ta­kim związ­ku ma po­czu­cie ogrom­nej bli­sko­ści, wy­jąt­ko­wo­ści swo­jej re­la­cji, szcze­gól­nie ona z nim. Jest to ide­al­ne po­ro­zu­mie­nie na po­zio­mie cia­ła, emo­cji, in­te­lek­tu i du­szy. Więc gdy w tym związ­ku coś jest nie tak, ko­bie­ty bar­dzo sil­nie to prze­ży­wa­ją, szu­ka­jąc winy w so­bie (bo prze­cież nie w ide­al­nym fa­ce­cie). Uwa­ża­ją, że są do ni­cze­go, cier­pią, mają kry­zy­sy i sta­ny de­pre­syj­ne, do my­śli sa­mo­bój­czych włącz­nie. Na dłuż­szą metę są po pro­stu wy­koń­czo­ne. Do­świad­cza­ją emo­cji, ja­kich zwy­kły czło­wiek do­zna­je za­le­d­wie kil­ka razy w ży­ciu. A one prze­ży­wa­ją je co­dzien­nie. I to przez kil­ka lat. Emo­cji tych nie da się po­tem tak po pro­stu usu­nąć. Nie daj Boże, aby dziew­czy­nę spo­tka­ło to w mło­dym wie­ku. Po­tem bę­dzie jej trud­no z kim­kol­wiek się zwią­zać. Je­że­li naj­pierw oczy­wi­ście wyj­dzie ze związ­ku uza­leż­nie­nio­we­go.

Ma­ry­sia po­cho­dzi z domu, w któ­rym obo­je ro­dzi­ce byli pi­ją­cy. Od kil­ku lat jest z Szy­mo­nem. Wcze­śniej była zwią­za­na z Ada­mem, uza­leż­nio­nym od nar­ko­ty­ków. I mimo że od sied­miu lat jest w re­la­cji z kimś in­nym, cza­sem mówi:

Ta­kich rze­czy jak z Ada­mem w moim no­wym związ­ku nie prze­ży­wam. Tak sil­nych emo­cji, tak sil­nych do­znań. Za­rów­no unie­sień, jak i wręcz prze­ciw­nie.

Oczy­wi­ście Ma­ry­sia cie­szy się z tego, że nie wy­szła za nar­ko­ma­na i nie musi się z nim dzi­siaj mę­czyć, ale ma cią­gle w pa­mię­ci emo­cje, któ­re w niej po­przed­ni zwią­zek wy­zwa­lał. Tę siłę. Moż­na na­wet śmia­ło po­wie­dzieć, że część ko­biet jest wręcz uza­leż­nio­na od sil­nych prze­żyć, ja­kich uza­leż­nio­ny part­ner im do­star­cza.

Wię­zi moc­ne jak lina okrę­to­wa

Pa­ra­dok­sal­nie, związ­ki z męż­czy­zna­mi uza­leż­nio­ny­mi są sza­le­nie moc­ne. To związ­ki o sil­nej dy­na­mi­ce, w któ­rych cią­gle coś się dzie­je. Zwy­kle ta­kie związ­ki pręd­ko się za­wią­zu­ją.

Szcze­gól­nie ko­bie­ta szyb­ko czu­je się za­an­ga­żo­wa­na. Moż­na też ta­kie związ­ki okre­ślić in­a­czej: ten kon­kret­ny męż­czy­zna jest od­po­wie­dzią na pew­ne de­fi­cy­ty dziew­czy­ny (ko­bie­ty). Na przy­kład na jej ni­skie po­czu­cie wła­snej war­to­ści. Tro­chę tak jak­by ten fa­cet sta­no­wił od­po­wiedź losu na jej po­trze­by. Wie­le ko­biet okre­śla to tak: "To było jak pre­zent od ży­cia. Już my­śla­łam, że za­wsze bę­dzie tak ni­ja­ko, że nic się w moim ży­ciu nie zmie­ni i na­gle... go spo­tka­łam".

Ale są też przy­pad­ki od­mien­ne. Dziew­czy­ny, któ­re od po­cząt­ku wi­dzą, że ży­cie z tym męż­czy­zną bę­dzie trud­ne. Może im się wy­da­wać, że w dzi­siej­szych cza­sach już tak jest, bo prze­cież daw­no mi­nął ro­man­tycz­ny XIX wiek; obec­nie każ­dy fa­cet ma ja­kiś pro­blem. "Ale - my­ślą - ja go zmie­nię!". My­ślą so­bie: "Nikt mu nie dał szan­sy...To do­bry czło­wiek, tyl­ko tro­chę pije... On na pew­no przy mnie się zmie­ni... Moja mi­łość to po­ko­na!".

Ka­sia le­ża­ła w szpi­ta­lu po po­waż­nej ope­ra­cji. Na są­sied­nim od­dzia­le le­żał Sła­wek, dwa­dzie­ścia lat od niej star­szy. Ka­sia po­cho­dzi­ła z pi­ją­cej ro­dzi­ny i była dziew­czy­ną w ty­pie sza­rej mysz­ki. Na­wet je­śli po­do­ba­ła się ró­wie­śni­kom, to nig­dy nie przyj­mo­wa­ła tego do wia­do­mo­ści. Czu­ła się brzyd­ka i nie­chcia­na. Dla­te­go aten­cję Sław­ka trak­to­wa­ła naj­pierw z nie­pew­no­ścią, a po­tem się w nim na­tych­miast za­ko­cha­ła. Sła­wek przy­no­sił jej kwia­ty, pra­wił kom­ple­men­ty i opo­wia­dał o wspól­nym wspa­nia­łym ży­ciu. Zwią­zek ich trwał po wyj­ściu ze szpi­ta­la, a Kasi nie zra­zi­ło na­wet to, że na pierw­szą rand­kę przy­je­chał z go­dzin­nym opóź­nie­niem i kom­plet­nie pi­ja­ny. Na po­cząt­ku wy­my­śli­ła so­bie - moja mi­łość go ule­czy, spra­wi, że nie bę­dzie pił. Na fali wiel­kiej mi­ło­ści przy­ję­ła jego oświad­czy­ny i od­był się hucz­ny ślub. Po­tem była z nim dla­te­go, że prze­cież nie opusz­cza się bli­skiej oso­by w nie­szczę­ściu. Zno­si­ła upo­ko­rze­nia, wstyd by­cia żoną al­ko­ho­li­ka w ma­łym mia­stecz­ku. Da­wa­ła się szan­ta­żo­wać emo­cjo­nal­nie groź­bą sa­mo­bójstw. Zwią­zek trwał po­nad 10 lat, za­nim Ka­sia zde­cy­do­wa­ła się z nie­go wyjść i była to - jak dzi­siaj mówi - naj­trud­niej­sza de­cy­zja w jej ży­ciu.

Po­ko­chać po­ten­cjał

Ce­chą współ­cze­snych dziew­czyn jest pa­trze­nie na zwią­zek z trud­nym fa­ce­tem z per­spek­ty­wy: "Ja wi­dzę w nim po­ten­cjał! To jest sza­le­nie zdol­ny fa­cet. Z po­czu­ciem hu­mo­ru...". I nic w tym dziw­ne­go. Bo jaki bywa al­ko­ho­lik? Jest du­szą to­wa­rzy­stwa. Ma fan­ta­zję. Jak ża­den męż­czy­zna wcze­śniej wy­rwie wy­bran­kę w środ­ku nocy na sza­lo­ną za­ba­wę ta­necz­ną. Dla­te­go dziew­czy­na wi­dzi w nim po­ten­cjał. Za­ko­chu­je się nie w nim, tyl­ko w tym, kim on mógł­by być, gdy­by nie pił. Do­strze­ga jego wady, ale pa­trzy nie­ja­ko po­nad nimi. Chce wi­dzieć w nim to, co naj­lep­sze.

Świet­nym przy­kła­dem może być hi­sto­ria Be­aty. Dy­na­micz­na mło­da ko­bie­ta, z suk­ce­sa­mi za­wo­do­wy­mi, ro­bią­ca bły­sko­tli­wą ka­rie­rę. Za­ko­cha­ła się w męż­czyź­nie, któ­ry chciał zo­stać pi­sa­rzem. W ta­kim nie­speł­nio­nym ar­ty­ście. Gdy się po­zna­li, pra­co­wał jako dzien­ni­karz. Po­tem zwol­nio­no go z pra­cy. Wy­da­wać by się mo­gło, że taka dziew­czy­na jak Be­ata nie zwią­że się z trud­nym męż­czy­zną. Speł­nio­na, świa­do­ma swo­jej war­to­ści. Świet­nie ra­dzą­ca so­bie w pra­cy. I co bar­dzo waż­ne, nie­ma­ją­ca pro­ble­mów w re­la­cjach z in­ny­mi ludź­mi. Zaj­mu­ją­ca kie­row­ni­cze sta­no­wi­sko. Wy­da­wa­ło­by się - gdzie temu fa­ce­to­wi do niej?

Ona po­ko­cha­ła jego po­ten­cjał. Ko­cha­ła jego ro­man­tycz­ną aurę. Ja­kie to on pięk­ne rze­czy na­pi­sze (kie­dyś, w nie­okre­ślo­nej przy­szło­ści) i wte­dy bę­dzie z nie­go dum­na, sto­jąc u jego boku! Tym­cza­sem on nie był w sta­nie utrzy­mać się w żad­nej re­dak­cji. To ona, pra­cu­jąc w po­krew­nej bran­ży, uma­wia­ła go na ko­lej­ne roz­mo­wy kwa­li­fi­ka­cyj­ne, po­ma­ga­ła zdo­by­wać ko­lej­ne zle­ce­nia. Po­szła na­wet na te­ra­pię i mia­ła świa­do­mość, że zbu­do­wa­ła so­bie świat ułu­dy. Ale wciąż ko­cha­ła go ta­kim, ja­kim mógł­by się stać. A wca­le nie był, bo męż­czy­zna mimo mło­de­go wie­ku, czy­li oko­ło trzy­dziest­ki, był już zde­kla­ro­wa­nym al­ko­ho­li­kiem. Jego po­ziom de­struk­cji był tak duży, że bez dłu­go­trwa­łe­go pro­fe­sjo­nal­ne­go le­cze­nia nie było szans, żeby zro­bił coś kon­struk­tyw­ne­go ze swo­im ży­ciem.

To wła­śnie ten typ związ­ku, gdzie ko­bie­ty za­ko­chu­ją się w po­ten­cja­le, jaki wi­dzą w męż­czyź­nie. W prze­ko­na­niu, że on jest taki świet­ny, taki faj­ny, tyl­ko pi­cie mu prze­szka­dza. Ten ro­dzaj za­ko­cha­nia jest cha­rak­te­ry­stycz­ny dla dziew­czyn, któ­re ro­bią ka­rie­rę, idą do przo­du i gdzieś "przy­plą­tu­je" im się taki wła­śnie męż­czy­zna. Faj­ny, gdy­by nie jego pi­cie. A że w ży­ciu po­ra­dzi­ły so­bie z wie­lo­ma rze­cza­mi - skoń­czy­ły do­bre stu­dia, utrzy­ma­ły się w ob­cym mie­ście, zdo­by­ły do­brą pra­cę - to uwa­ża­ją, że po­ra­dzą so­bie z uza­leż­nie­niem ko­cha­ją­ce­go i ko­cha­ne­go męż­czy­zny. Tak bar­dzo za­ko­chu­ją się w jego po­ten­cja­le, że po kil­ku spo­tka­niach czu­ją się moc­no za­an­ga­żo­wa­ne w zwią­zek.

Je­śli po pierw­szym spo­tka­niu z męż­czy­zną masz wra­że­nie, że jest su­per, jest do­sko­na­ły, to jest to ra­czej wska­zów­ka, by le­piej mu się przyj­rzeć, a nie od razu tra­cić gło­wę. Taki wnio­sek pły­nie z do­świad­czeń wie­lu lat pra­cy te­ra­peu­tów z uza­leż­nio­ny­mi i współ­uza­leż­nio­ny­mi. "Łup i cza­ry mary" nie może być re­al­ne. Po pierw­szym, dru­gim spo­tka­niu moż­na w so­bie co naj­wy­żej wzbu­dzić za­in­te­re­so­wa­nie.

Tym­cza­sem je­że­li po pierw­szym, dru­gim spo­tka­niu masz wra­że­nie, że ten męż­czy­zna pa­su­je jak bra­ku­ją­cy puz­zel, że jest tym, któ­re­go tak bar­dzo ci w ży­ciu bra­ko­wa­ło, to zna­czy, że pa­trzysz na nie­go z per­spek­ty­wy wła­snych de­fi­cy­tów. Wte­dy wła­śnie zo­sta­je speł­nio­ny pierw­szy wa­ru­nek, ko­niecz­ny, by w przy­szło­ści do­szło do współ­uza­leż­nie­nia.

In­a­czej mó­wiąc, ko­bie­ta musi być "go­to­wa" na spo­tka­nie ta­kie­go męż­czy­zny. Musi mieć swo­iste "wy­po­sa­że­nie" oso­bo­wo­ścio­we (rysy oso­bo­wo­ści za­leż­nej, za­ni­żo­ne po­czu­cie wła­snej war­to­ści), w jej ży­ciu zda­rzy­ły się okre­ślo­ne rze­czy (np. po­cho­dzi z ro­dzi­ny al­ko­ho­lo­wej), żeby aku­rat ten fa­cet był dla niej ni­czym bra­ku­ją­cy ele­ment ukła­dan­ki.

Oso­bo­wość przed­wspó­łu­za­leż­nie­nio­wa

Pierw­szym ele­men­tem jest oso­bo­wość przed­wspó­łu­za­leż­nie­nio­wa, czy­li to, co dzia­ło się przed za­ko­cha­niem. Taka suma do­tych­cza­so­wych do­świad­czeń. U bar­dzo mło­dych dziew­czyn suma wcze­śniej­szych do­świad­czeń spro­wa­dza się do tego, z czym spo­tka­ły się w domu ro­dzin­nym. Wie­le z dziew­czyn lub ko­biet wią­żą­cych się z uza­leż­nio­ny­mi - z wie­lo­let­niej prak­ty­ki te­ra­peu­tycz­nej wy­ni­ka, że jest to zwy­kle oko­ło 60% - mia­ła rów­nież uza­leż­nio­nych oj­ców.

Samo ży­cie z oso­bą uza­leż­nio­ną, miesz­ka­nie z nią pod jed­nym da­chem nie musi do­pro­wa­dzić do tego, że za­ist­nie­je współ­uza­leż­nie­nie. Cza­sem jest tak (cho­ciaż nie­zmier­nie rzad­ko), że ko­bie­ta żyje z uza­leż­nio­nym i nie ma cech współ­uza­leż­nie­nia. Zwy­kle jest to ko­bie­ta w mia­rę sta­bil­na emo­cjo­nal­nie, sa­mo­ste­row­na, czy­li taka, któ­ra jest w sta­nie sama po­dej­mo­wać de­cy­zje.

Mał­żeń­stwo czy zwią­zek, w któ­rym jest pro­blem al­ko­ho­lo­wy, to ro­dzaj re­la­cji za­leż­no­ścio­wej. Co jest ko­niecz­ne, aby za­ist­nia­ło współ­uza­leż­nie­nie? Przy­najm­niej jed­na oso­ba musi mieć rysy oso­bo­wo­ści za­leż­nej (oso­bo­wość może być za­leż­no­ścio­wa z róż­nych po­wo­dów, np. ko­bie­ta mia­ła bar­dzo sil­ną re­la­cję z mat­ką, co też sta­no­wi ro­dzaj za­leż­no­ści; w do­ro­słym ży­ciu też bę­dzie wcho­dzi­ła w re­la­cje za­leż­no­ścio­we z męż­czy­zna­mi). Oso­bo­wość za­leż­no­ścio­wa to wa­ru­nek ko­niecz­ny, żeby współ­uza­leż­nie­nie za­ist­nia­ło.

Ty­pem oso­bo­wo­ści przed­wspó­łu­za­leż­nie­nio­wej jest oso­bo­wość za­leż­na. Mar­tin Se­lig­man, je­den z naj­lep­szych ame­ry­kań­skich psy­cho­pa­to­lo­gów, w Psy­cho­pa­to­lo­gii3 okre­śla oso­bo­wość za­leż­ną jako taką, któ­ra uni­ka od­po­wie­dzial­no­ści. Waż­ne ży­cio­wo de­cy­zje po­dej­mu­ją za nią inni. To inni mó­wią jej, co ma ro­bić, gdzie ma pra­co­wać, z kim się przy­jaź­nić, w co się ubie­rać, jak się za­cho­wy­wać. Taka oso­ba pod­po­rząd­ko­wu­je swo­je po­trze­by po­trze­bom in­nych lu­dzi. Wła­śnie tych, od któ­rych jest za­leż­na. Boi się, że je­śli po­sta­wi na swo­im, to znisz­czy re­la­cję. W oba­wie przed od­rzu­ce­niem zga­dza się na zno­sze­nie krzywd fi­zycz­nych i psy­chicz­nych, na by­cie ofia­rą. Kie­dy zo­sta­je sama, od­czu­wa nie­po­kój i bez­rad­ność. Ma bar­dzo ni­ską sa­mo­oce­nę.

Ten typ oso­bo­wo­ści jest dużo czę­ściej spo­ty­ka­ny u ko­biet niż u męż­czyzn. U bar­dzo wie­lu współ­uza­leż­nio­nych obec­ne są rysy oso­bo­wo­ści za­leż­nej. Więk­szość ma ni­ską sa­mo­oce­nę, boi się, że zo­sta­nie opusz­czo­na, zga­dza się na złe trak­to­wa­nie i nie wal­czy o swo­je pra­wa.

A więc zda­rzy­ło się: "taka" dziew­czy­na spo­ty­ka "ta­kie­go" fa­ce­ta. Co da­lej? W tego ro­dza­ju związ­kach ele­men­tem moc­no łą­czą­cym parę emo­cjo­nal­nie jest ja­kieś nie­co­dzien­ne wy­da­rze­nie. Jed­na z pa­cjen­tek, Łu­cja, po­zna­ła męż­czy­znę i za­czę­ła się z nim spo­ty­kać. Byli do­pie­ro po dru­giej lub trze­ciej rand­ce, gdy za­cho­ro­wał oj­ciec Łu­cji. I ten nowo po­zna­ny męż­czy­zna na­tych­miast się nią za­opie­ko­wał. Przy­jeż­dżał, po­cie­szał, po­le­cił le­ka­rza. Wte­dy ona po­my­śla­ła: "To ten...".

Nie­co­dzien­ne zda­rze­nia mogą przy­bie­rać róż­ny cha­rak­ter. Oto inna hi­sto­ria. Sta­ni­sła­wa, dzi­siaj pani w śred­nim wie­ku, po­cho­dzi­ła z trud­nej ro­dzi­ny: pi­ją­cy oj­ciec, nie­to­le­ran­cyj­na mat­ka, kil­ko­ro ro­dzeń­stwa. Spo­ty­ka męż­czy­znę, Ma­ria­na, i po krót­kim cza­sie oka­zu­je się, że jest w cią­ży. Re­ak­cja mat­ki: "Masz dwa­dzie­ścia lat, za mło­da je­steś na dziec­ko. Żad­ne­go dziec­ka!". Mat­ka na­le­ga na abor­cję i ją pla­nu­je. Sta­ni­sła­wa nie mówi o cią­ży chło­pa­ko­wi. Tym­cza­sem w dzień, kie­dy miał się od­być za­bieg, Ma­rian nie­spo­dzie­wa­nie przy­jeż­dża. I sta­now­czo mówi: "Żad­nej abor­cji nie bę­dzie". W tym mo­men­cie Sta­ni­sła­wa po­ko­cha­ła go na całe ży­cie. I dzi­siaj, cho­ciaż ma pra­wie pięć­dzie­siąt lat, a w jej ro­dzi­nie jest prze­moc i wciąż leje się mnó­stwo al­ko­ho­lu, Sta­ni­sła­wa czu­je się moc­no z Ma­ria­nem zwią­za­na. Po­tem, w te­ra­pii, oka­za­ło się, że to był wła­śnie ten mo­ment, to wią­żą­ce zda­rze­nie. Po tym, jak on wy­ra­to­wał ją przed mat­ką chcą­cą do­ko­nać abor­cji na jej dziec­ku, ona bę­dzie go ko­chać do koń­ca ży­cia.

W wie­lu mi­ło­snych hi­sto­riach współ­uza­leż­nio­nych to się po­wta­rza. Nie­zwy­kłe zda­rze­nie, sy­tu­acja, w któ­rej on się spraw­dził. Albo od­wrot­nie: on do niej za­dzwo­nił, kie­dy w jego ży­ciu dzia­ło się ja­kieś nie­szczę­ście i to ona go ura­to­wa­ła. I tak się za­czę­ło...

Ko­lej­ny przy­kład. Igna­cy moc­no po­pi­jał już od wcze­snej mło­do­ści. Krót­ko po tym, jak za­czął spo­ty­kać się z Au­re­lią, zmarł mu oj­ciec. Nie­spo­dzie­wa­nie. Igna­cy przy­szedł do niej, mó­wiąc o tym smut­nym fak­cie. Za­czął opo­wia­dać, że jego tato za­wsze był taki da­le­ki, rzad­ko by­wał w domu. Pła­kał przy tym rzew­ny­mi łza­mi, za­pew­nia­jąc wy­bran­kę o mi­ło­ści do ojca i o tym, jak sza­le­nie mu przy­kro, że nie po­tra­fi­li się do­ga­dać. Łka­jąc, mó­wił, że w jego wła­snej ro­dzi­nie, w tej no­wej ro­dzi­nie bę­dzie in­a­czej. Za­pew­niał, że bę­dzie ko­chał swo­je dzie­ci, że nig­dy nie po­stą­pi tak jak jego oj­ciec. Że nie do­pu­ści, by jego dzie­ci czu­ły się od­su­nię­te, jak on czuł się od­rzu­co­ny przez swo­je­go ojca, gdy uro­dził się młod­szy brat. Au­re­lia (bar­dzo mło­da oso­ba) po­my­śla­ła na­tych­miast: "To jest od­po­wied­ni kan­dy­dat na męża". Oczy­wi­ście po­ma­ga­ła mu i bar­dzo go wspie­ra­ła po śmier­ci ojca. Ich mał­żeń­stwo prze­trwa­ło po­nad 20 lat. Póź­niej roz­wie­dli się, a po­wo­dem był al­ko­ho­lizm Igna­ce­go.