Alkad z Zalamei - Pedro Calderón de la Barca

Kup ebooka

9.50 zł
8.17 zł (7,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SCENA I.

(Wchodzą Rebolledo, Iskierka i żołnierze).

Rebolledo.

Rany Chrysta, już mię złości, Kto nas tak po drogach włóczy I nie znajdzie nigdzie kuczy, By dać wyprostować kości.

Wszyscy.

Amen!

Rebolledo.

Czyżeśmy cygany, Aby ciągał nas przez góry Jeden baran z oślej skóry, I proporczyk spowijany Na drewnie?... 

Żołnierz 1.

Zaczynasz znów. 

Rebolledo.

A wasze, gdy nie zmęczony, Niech idzie do djablej żony, A nam nie zawraca głów.

Żołnierz 2.

Otrzepnij z twojéj te troski; Baz przecie będzie inaczej: Już się nam spoczynek znaczy, Przy wejściu do pierwszéj wioski.

Rebolledo.

Wejściu, jeśli skapnę wprzódy; A jeśli i dojdzie żywa Dusza, jeszcze rzecz wątpliwa, Czy znajdzie kawałek budy. Bo do komisarza zaraz Alkada prowadzą kaci: Powiada: "Wieś się opłaci, Bo z kwaterunkiem ambaras". Więc ten ramionami rusza: "Nie można, ludzie mu padną". Aż mieszka wymową ładną Zmiękczony - poczciwa dusza - Woła: "Bracia towarzysze, Rozkaz mamy maszerować. Śmiało, naprzód, nie folgować!" Więc my, głupi jak sztokfisze, Idziem, choć się noga tacza. - Reguła!... Ba! jemu fracha: Jemu reguła bernacha, A nam reguła żebracza. Nie! - odtąd już tak nie będzie, I jeśli do Zalamei Dojdziemy i znów z kolei Prośbami, czy po komendzie Pogna nas, beze mnie w drogę Pójdziecie, bo się odstrychnę Bez ceremonii i zwichnę Pierwszy raz w życiu mem nogę.

Żołnierz 1.

Pierwszy raz to także będzie, Że nagłe zwichnięcie owo

Nałożysz, braciszku, głową. Bo miejże, człeku, na względzie, Że jest naszym gienerałem Don Lope de Figueroa, Człek nie swojski, jak wąż boa, - Choć dzielniejszych nie widziałem - Człek żelazny i surowy, I niepanieńskiego serca, Klątwo-miotacz i bluźnierca, Co nie pożałuje głowy Przyjacielowi na świecie, Ale strąci bez pardonu.

Rebolledo.

Każ wasze precz z tego tonu, A ja swoje zrobię przecie.

Żołnierz 2.

Dość chwacki, jak na wojaka.

Rebolledo.

- Mnie jeszcze - co tam - niech gonią. Lecz wiecie, chodzi mi o nią. Oto się zbliża... biedaka! 

Iskierka.

Że mi się nogi odkruszą, Niech się nie boją waszecie, Bo rodziła się, jak wiecie, Iskierka z brodatą duszą, A wasz strach jest mi na despekt. Do roboty przy żołnierce Rwało się i rwie dziś serce, Bo z niéj i korzyść i respekt. Rzecz także od słońca czystsza, Że siedzę, gdzie mi wygodnie; A dobrze mi niezawodnie Przy boku mego wachmistrza, Gdzie się jak pąk w maśle pływa, I gdzie można złotém przesiąc!... Indziéj tak dobrze nie bywa. Skoro zaś aż tu piechotą Choć i z trudem, choć i z biedą Zaszłam z moim Rebolledą, I jeszczem gotowa oto Iść, czegóż chce więcéj?

Rebolledo.

Niechaj mię piekła pochłoną. Jesteś wszech niewiast koroną!

Żołnierz 1.

To prawda, do stu tysięcy. Niech żyje Iskra!

Rebolledo.

Niech żyje! Teraz zaś dla ukojenia Téj fatygi i zmęczenia, Co nam poskręcały szyje, Niechaj nam ten cud-kobieta Z piosneczką jaką wyskoczy. 

Iskierka.

Iskra długo się nie droczy: Niech zaświadczy kastanieta.

(Puka kastanietą).

Rebolledo.

Śpiewaj więc, a ja ci wtórzę. Powtarzajcie przyjaciele Każdą strofę: ostro, śmiele.

Żołnierz 2.

Dobrze mówi. Śpiewaj - nuże!

(Rebolledo i Iskierka śpiewają).

Iskierka.

Jestém titiri, titiri, tina, Zuch dziewczyna, zuch dziewczyna.

Chór.

Jestem titiri, titiri, tina Zuch dziewczyna, zuch dziewczyna.

Iskierka.

Idzie na wojnę chorąży, A pan kapitan za nim dąży.

Rebolledo.

Rąb Maurów, komu nie mili. Mnie tam nic złego nie zrobili.

Iskierka.

W piec i z pieca sunie deska. Dość mam chleba, gdy pełna kieska.

Rebolledo.

Gospodyni, zabij kurczę, Bo mi już baran sprawia kurcze.

Żołnierz 1.

Dosyć; reszta na kwaterze. (Jak to rozweseli śpiewka. Na mą duszę, - anioł dziewka!) Spojrzyjcie-no na tę wieżę: Sam jéj widok mię zachwyca, Bo się wreszcie marsz ten przejé.

Rebolledo.

Co to? Czyśmy w Zalamei?

Iskierka.

Niech odpowie ci dzwonnica. Ot, jużeśmy pieśń przerwali. Nic to, bom do śpiewu krewka; Choć się kiedy urwie śpiewka, Nawiążę ją trochę dalej. Ja piosenką krew odgrzewam; A jak jedna lada rzeczy Rozrzewni się i rozbeczy, Tak ja o lada co śpiewam. Usłyszycie mię sto razy.

Rebolledo.

W wiosce ma kompania cała Oczekiwać gienerała, Bo takie wyszły rozkazy. Porządnie, rota za rotą Naprzód i marsz, szeregami.

Żołnierz 2.

Widzę sierżanta przed nami, A z nim i kapitan oto.

 

 

SCENA III.

(Wchodzą: Mendo w przesadnéj zbroi hidalga i Nuńo).

Mendo.

W jakimże stanie wierzchowiec?

Nuńo.

Zwichnięty, ledwo dech łowi.

Mendo.

Czy nakazałeś giermkowi, By przeprowadził go?

Nuńo.

Po co? 

Mendo.

Nic bardziej, kiedy się spocą, Koni nie krzepi.

Nuńo.

Ba, kwarta Owsa pono więcéj warta. 

Mendo.

A chartów by nie wiązali, Kazałeś?

Nuńo.

Chartom w to graj, Ale rzeźnik się użali. 

Mendo.

Wybiła już trzecia; daj Wykłuwaczkę, rękawicę.

Nuńo.

Wykłuwaczkę nasze pono Weźmie kto za podrobioną...

Mendo.

Jeśli ten, co jadł bażanta Utrzymywać zechce, żem ja Nie jadł, powiem mu, że kłamie; Tu go skarci dzielne ramię. Tu go przyjmie święta ziemia.

Nuńo.

Za większą miałbyś zasługę Utrzymać mnie, twego sługę.

Mendo.

Cicho; naiwność mię złości. Powiedz-no, czy wieść prawdziwa, Że dzisiejszego wieczoru Żołnierze weszli do wioski?

Nuńo.

Tak, panie.

Mendo.

To się nazywa Troska - czekać takich gości. 

Nuńo.

Ba, większéj zaznaje troski, Kto ich nie czeka.

Mendo.

Któż taki? 

Nuńo.

Szlachta; a nic też dziwnego, Że nie wydają nikomu Kwatery w hidalga domu. Wiesz pan dlaczego?

Mendo.

Dlaczego? 

Nuńo.

Ażeby nie umarł z głodu.

Mendo.

Niech ma wieczny spokój dusza Mego pana i rodzica; Nie kto inny mię zaszczyca Jeno godność jego rodu, Zaś tarcz lazurowo-złota Od tych ciężarów mię broni.

Nuńo.

Wielka zbiera mię ochota Zeskrobać z niéj okruszyny.

Mendo (nie słuchając).

Może i nie mam przyczyny Unosić się nad rodzicem, Że mię chciał spłodzić szlachcicem. Nie pozwoliłbym się spłodzić W zacnem łonie mojéj matki Inaczej, ni raczył zrodzić Choć gwałtém - jeno z hidalga.

Nuńo.

Przewidzieć tę chęć - rzecz cała.

Mendo.

Łatwiejsza, niżby się zdała.

Nuńo.

Jakto? panie!

Mendo.

Filozofii Nie znasz, nie wiesz, co principium. 

Nuńo.

Owszem, - w żołądku mi skrzypią Dane, przesłanki i wnioski, Które widziałbym z rozkoszą... Lecz twój, panie, stół jest boski, Ziemskich danych nań nie wnoszą.

Mendo.

Nie o te pryncypia chodzi. Czy ty wiesz, że kto się rodzi Jest substancyą tych pokarmów, Które jedli jego przodki?

Nuńo.

Przodkowie twoi jadali?... Nie dziedziczysz téj natury.

Mendo.

To więc przemienia się daléj Na ich własne krew i ciało. Gdyby więc z mych przodków który Jadł czosnek, z tego zapachu I mnie-by się też dostało. A jabym zawołał: Wara! Niech się mój ojciec nie para Tworzyć mię z takiego g....

Nuńo.

Teraz mi się w głowie równa.

Mendo.

Cóż tam?

Nuńo.

Prawda - weź mię kaci - Że głód dowcip delikaci. 

Mendo.

Głupcze, czyż ja znam, co głód?...

Nuńo.

Niech pan okiem tak nie świeci! Jeśliś go nie poznał wprzód, Poznasz zaraz: już po trzeciej, A nie znajdzie kredy takiéj, Coby wywabiała plamy Lepiej, niźli nasza ślina.

Mendo.

Dostateczna-ż to przyczyna, Bym ja czuł głód jak cham jaki? Niech głód sobie czują chamy, Nam krew inna żyły wzdyma. Hidalga głód się nie ima.

Nuńo.

Ach, gdybym ja był hidalgiem!

Mendo.

I niech cię już nie pochwycę Na tém słowie; - patrz, w ulicę Wchodzim pięknéj Izabeli.

Nuńo.

Jeżeli tak cię przypięli Do téj dziewki amorowie,

Czemu nie żądasz jéj ręki? Obojgu-by wam na zdrowie Wyszedł tak dobrany związek: My wzmocnilibyśmy szczęki, On miał wnuków hidalgami.

Mendo.

Przestań, Nuńo, - tak nie zbłądzę. Miałyżby splamić pieniądze Tę cześć, któréj nic nie plami? Wiązać się z człowiekiem prostym?...

Nuńo.

A być rozwiązany postém Lepsza? - Każdy panu powie: Tacy najlepsi teściowie. O innych jak o głaz w drodze Zięć się czasem potknie srodze. Więc jeśli się żenić nie masz, Na licha ci tych amorów?

Mendo.

Żenić się? Czyliż to mniemasz, Że nie ma w Burgos klasztorów, Ażebym ją tam osadził, Gdy mi zmierznie? - Spójrz, czy w domu. 

Nuńo.

Aby na mnie z kijem zasię Wyjrzał Crespo?

Mendo.

Milcz, głuptasie. Pokrzywdzić nie dam nikomu Mego sługi; spełń mą wolę. 

Nuńo.

Spełnię, choć za to przy stole Nie usiędę. 

Mendo.

W ustach służby Przysłowie mile się składa. 

Nuńo.

Dobra nasza; w oknie siada Z swą kuzyną Izabela.

Mendo.

Niby znak pomyślnéj wróżby Blaskami brylantu strzela. Cudownym dziwem natury Słońce weszło po raz wtóry.

 

 

 

SCENA II.

(Wchodzą kapitan i sierżant).

Kapitan.

Witam, panowie żołnierze. Możem sobie powinszować: Rozkaz mamy tu nocować. Więc kto stracił - sił nabierze. Czekamy na połączenie Z don Lopesem, co już jedzie

Z całym swym sztabem i wiedzie Ludzi co stali w Lierenie. Wojsko nie ruszy tymczasem Do Guadelupy, aż skoro Wszystkie tu się pułki zbiorą. Stańcie więc tutaj popasem, Nim cała armia przybije, Choć dni kilka wypoczniecie.

Rebolledo.

A! Dali nam popas przecie.

Wszyscy.

Nasz kapitan niechaj żyje.

Kapitan.

Rozdzielono kwaterunki. Byście zaś krzywdy nie mieli, Komisarz kartki rozdzieli.

Iskierka.

Chwała Bogu! Precz frasunki. Już się nasza bieda kurczy. A piosenka moja w górę: Gospodyni, zabij kurę, Bo mi już baran w brzuchu burczy.

(Rozchodzą się prócz kapitana i sierżanta).

Kapitan.

Sierżancie, dla mnie wybrane Kwaterunkowe mieszkanie?

Sierżant.

Bezwątpienia, kapitanie.

Kapitan.

Gdzież zatém gospodą stanę?

Sierżant.

W domu jednego wieśniaka, Najzamożniejszego pono W tém siele, jak mi mówiono; Jeno sztuka harda taka, Że gra z wysokiego tonu, Zarozumienia i pychy Ma w sobie - mówią - chłop lichy Więcéj niż infant Leonu. Właśnie to chłopu przystanie Dusza tak bardzo rogata...

Sierżant.

Mówią, że najlepsza chata

W całéj wiosce, kapitanie; A jeszcze z innéj przyczyny, I jeszcze w innéj nadziei Wybrałem ją; - w Zalamei Niema podobno dziewczyny Nad jego córkę.

Kapitan.

Mój drogi, Tém pewno od innych różna, Że skoro ładniejsza, próżna. Grube ręce, duże nogi... 

Sierżant.

Fe tak mówić; - groza zbiera.

Kapitan.

Hm, dlaczegóż to głuptasie.

Sierżant.

Lepiéj stracić czas czy da się, - Jeśli już nie miłość szczera, Nuda radzi i nakłania - Jak pieszczący dziewczę hoże, Choć tam i nie wszystkie może Zaspakaja wymagania?

Kapitan.

Nie myślę poczynać próby To ma zasada - i kwita. Kobieta gdy źle wymyta, Rubaszna, kibici grubej, Choćby i nie szpetnéj twarzy, Już nie dla mnie.

Sierżant.

Dla mnie za to. Ja tam nie gonię za szatą, Ale biorę, co się zdarzy. Idźmy już tam, bo mię bierze Chęć samemu z nią poigrać. 

Kapitan.

Nie wiem, komu dano wygrać. Chcesz mego zdania w téj mierze? Po nim zaś basta i kropka. Kto kocha, stanu nie bada; "To moja dama" - powiada, Nie mówi: "To moja chłopka". Skoro więc téj nie kochamy

I miłosne nam są obce Zamiary, nie możem chłopce Téj dać nazwy "naszéj damy". Cicho; słyszę głos i kroki.

Sierżant.

Człowiek jakiś z chudobokiéj Szkapy na rogu ulicy Zsiadł, z oblicza i szablicy Kropla w kroplę Don Kichot, Którego Michał Cervantes Odmalował tak uczenie.

Kapitan.

Co za dziwaczne stworzenie!

Sierżant.

Nie czas bawić się gawędą; Chodźmy.

Kapitan.

Wnieś moje tłómoki Na kwaterę; kiedy będą Umieszczone, przyjdź i powiedz. 

(Odchodzą).

 

 

SCENA IV.

(Pokazują się w oknie Izabella i Ines).

Ines.

Usiądźmy w tem oknie, droga. Widna stąd wybornie droga I przechodzące oddziały.

Izabella.

Nie odchodź mię; znów, jak widzę, Jest w ulicy ten zuchwały Szlachcic, a wiesz już, siostrzyczko, Jak się znudziłam tą tyczką Z grochu.

Ines.

Prawda; istna heca Sposób, w jaki się zaleca. 

Izabella.

Przypatrz-że się mojéj doli,

Ines.

Niepotrzebnie cię to boli. Miałażbyś się czego smucić!

Izabella.

Cóż mam począć?

Ines.

W śmiech obrócić. 

Izabella.

W śmiech, gdy mię już niecierpliwi?

Mendo (do Izabelli).

Pani, gotów w tym momencie Jestém przysiądz, przysiądz święcie, Bo na zacną cześć hidalga, Że nie wstało do téj pory Słońce... lecz to mię nie dziwi;

Podwójnéj blaskiem aurory W tobie, pani, dzień powstaje.

Izabella.

Mówiłam, jak mi się zdaje, Seńor Mendo, razy wiele, Że chęci waszych nie dzielę I zostaną bez nagrody Wszystkie miłosne zachody, Wszystkie gorące zapały Spalone tu pod balkonem.

Mendo.

Gdyby kobiety wiedziały, Jak im to z gniewem do twarzy, Ile chowają uroku W surowym, wzgardliwym wzroku, To piększydłem-by się onem Krasić kwapiły jedynie. Piękna jesteś jak boginie. O gniewaj, gniewaj się jeszcze!

Izabella.

Jeżeli wam, panie Mendo, Niczém zawsze moje będą Prośby, na niemiłych osób Natręctwo jest inny sposób. Zamknij to okno, kuzyno. Niechże tam w westchnieniach giną.

(Odchodzi).

Ines.

Mój panie błędny rycerzu, Byś nie chodził w sposób taki Na miłosne ślizkie szlaki, W takim cudackim pancerzu, Niech cię miłość nadal broni.

(Zamyka okno).

Mendo.

Ineso, gdy piękność stroni Od miłości, to jéj wolno. Nuńo, chodźmy.

Nuńo.

O, jak bolno Wszystkim biedakom na świecie!