Alina. Miłość w cieniu polityki - Barbara Szczepuła

Reflow text when sidebars are open.
Stoczniowa działka położona była niedaleko domu, na terenach, na których postawiono nowe gmachy Uniwersytetu Gdańskiego.
Tu Tadeusz Pabijan był szczęśliwy, bo strasznie go, chłopskiego syna, do ziemi ciągnęło.
Od wczesnej wiosny do późnej jesieni Helena miała w domu cięte kwiaty. Stawiała je w kryształowym wazonie na stole przykrytym lnianym obrusem: tulipany, piwonie, georginie i astry, zależnie od pory roku. Kwiaty kwiatami, ale najważniejsze były warzywa i owoce. Wszystko mieli swoje: marchewkę, pietruszkę, ogórki, kapustę, pomidory... Truskawki, porzeczki i agrest. A jakie słodkie renklody tam dojrzewały.
- Pod jabłonką mama rozkładała koc, na którym baraszkował Jacek - wspomina Roman. - Ja codziennie przed szkołą, już o piątej rano, musiałem podlewać ogród, Alinka zaś i Janka popołudniami razem z mamą pieliły grządki, zajmowały się kurami i królikami.
W letnie wieczory piekło się przy ognisku kiełbaski, jesienią wyciągało z popiołu kartofle. To dzieci lubiły najbardziej. Rodzice opowiadali o Łoniowej, o szumiących lasach, rwących rzekach i polach malutkich jak chustki do nosa, po których krowy ciągnęły pługi. Krowy? Tak, krowy. Naprawdę.
Nad miastem zapadał zmierzch, a oni siedzieli na działce i patrzyli w ogień. Gdy padał deszcz, chowali się w zbudowanej przez ojca altance.
Jesienią całą rodziną wyruszali na grzyby do lasów opatów oliwskich, daleko, aż za ogród zoologiczny. Trafiały się prawdziwki i maślaki, ale najczęściej opieńki, czasem było ich tyle, że mężczyźni zdejmowali koszule, bo nie mieściły się w koszykach i torbach.
Po południu opieńki moczyły się w wannie, by potem wpaść do wecków. Zimą natomiast, podsmażane i duszone, przywodziły na myśl słoneczne jesienne poranki.
Alina była wesoła, trochę trzpiotowata. Ukochana córeczka taty. Jednak - ponieważ była najstarsza z rodzeństwa - mama stale goniła ją do roboty. Przede wszystkim musiała opiekować się młodszymi dziećmi. Roman pamięta, że ciągle robiła tabelki: kto kiedy sprząta, kto zmywa, kto wyrzuca śmiecie...
Marzyła o studiach, ale rodzice uznali, że powinna jak najszybciej zdobyć zawód i pracować. Wybrała więc pomaturalną szkołę pielęgniarską, choć początkowo mdlała w szpitalu.
Czasem mogła zorganizować prywatkę, na której tańczyło się w takt muzyki Czerwono-Czarnych, piosenek Seweryna Krajewskiego czy poezji śpiewanej Ewy Demarczyk. "Anna Maria smutną ma twarz" mieszała się z "Czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś walca, / z panną, madonną, legendą tych lat"... Płytę Demarczyk kupiła za jakąś ogromną (jak na jej kieszonkowe) sumę, ale gdy przyjechał do Trójmiasta kabaret "Owca", w którym wyśmiewano peerelowskie absurdy, zamieniła ulubioną płytę na bilet wstępu. Jerzy Dobrowolski przedrzeźniał partyjną i prasową nowomowę, a sala ryczała ze śmiechu. "Że też pozwalają na coś takiego" - dziwili się ludzie po spektaklu, bo w szarej i dusznej rzeczywistości końca lat sześćdziesiątych był to w istocie haust świeżego powietrza. Chwalili się potem w szkole i w biurach zaświadczeniami o inteligencji, które Dobrowolski wystawiał widzom. "Dla mnie bomba!" - powtarzali za nim.
Po spektaklu Alina biegiem wracała do domu. Jeśli nie przyszła o określonej godzinie, rodzice za karę przetrzymywali ją na klatce schodowej.
Mama nie mogła powstrzymać się od uwag: za bardzo się maluje, fryzura nieodpowiednia, sukienka za krótka... Nie rozumiała, że świat się zmienia i dziewczyny chcą wyglądać inaczej niż ich matki, żyć na swój sposób.
- To już była epoka Beatlesów - wzdycha Roman.
- Nauczycielka biologii w liceum - wspomina koleżanka Aliny - mierzyła, ile dokładnie centymetrów ponad kolanem zaczyna się spódniczka. I zawsze miała pretensje.
- Zbyt mocno się malowała. Trochę mnie to raziło - wyznaje Bogdan. - Przy jej subtelnej urodzie mocny makijaż nie wyglądał dobrze.
Ale czerwona sukienka Aliny zrobiła na nim wrażenie.
Jesienią chodzili na grzyby do oliwskich lasów. ? Bogdan Borusewicz
Alinka była wesoła, trochę trzpiotowata. Zdjęcie wykonane podczas wycieczki szkolnej. Fot. z archiwum domowego
Bogdan otworzył drzwi. Przed nim stała dziewczyna wyglądająca na licealistkę. Fot. z prywatnego archiwum Andrzeja Kołodzieja
- Atmosfera w stoczni była nerwowa już od soboty. Sekretarz partii Stanisław Jastrzębski uprzedzał, że szykuje się podwyżka cen żywności, więc ludzi szlag trafi, bo i tak żyło się marnie; ręce sobie urabiałeś po łokcie na próżno. W poniedziałek ludzie przyszli nabuzowani, bo podwyżka weszła w życie w niedzielę - a to była niedziela handlowa. Taka złość nas ogarnęła, taka rozpacz - opowiadał Jan Subda ze Stoczni Gdańskiej imienia Lenina, który pracował na R-1, czyli Wydziale Głównego Mechanika.
- Nikt nie myślał o pracy. O szóstej zebraliśmy się pod budynkiem dyrekcji, ale nie było z kim rozmawiać, więc ktoś rzucił hasło: "Idziemy pod komitet!". Parę tysięcy ludzi poszło. Wyszedł do nas sekretarz Jundziłł, zaprosił delegację stoczniowców do środka, ale nikt nie chciał wejść, bo wejść tam było może i łatwo, a wyjść już nie bardzo. "Tu się pan tłumacz, przed wszystkimi!" - krzyczeli stoczniowcy. Więc przyjechała nyska z megafonem i sekretarz zaczął przemawiać: "Towarzysze...". Szum się zrobił, kurde, czy oni nic innego nie umieją mówić, tylko "towarzysze i towarzysze". Tak nas z miejsca zdenerwował, bo jacy my dla niego "towarzysze"! Odsunięto go, ja przejąłem mikrofon i wołam: "Bracia stoczniowcy, zaśpiewajmy "Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy"". Zaśpiewaliśmy, i to nam dodało siły. Mówię: "Nie ma się co łudzić, partia nam nie da ani chleba, ani masła! Wracamy na stocznię po kolegów i idziemy do studentów po pomoc!".
Kierowca nyski nie chciał z nami jechać, więc nasz człowiek siadł za kierownicą, a koledzy delikatnie pchali auto. Jechaliśmy wolniutko, bo dużo narodu było, więc trzeba było uważać, żeby komuś krzywdy nie zrobić.
Zbieramy ludzi ze stoczni, starsi koledzy trochę się boją, bo tyle lat tu przepracowali, a teraz wszystko może przepaść, i ciągłość pracy, i kto wie, czy z roboty nie wyrzucą... z czego będę żyć, a co żona powie, a syn na studia się nie dostanie...
Jedziemy tą nyską na Stocznię Północną. Widzimy człowieka pracującego na podstacji. "Panie, chodź pan z nami! - wołamy. - W jedności siła! Jak razem, to razem". "Nie pójdę" - mówi. Więc chłopcy trochę go przymusili. Ktoś krzyknął, żeby go na hebel wrzucić. Wtedy zamknął wszystko, wyłączył prąd i oddał nam klucze. Wrzuciliśmy je do kanału i jedziemy dalej. Ciągle dołączają ludzie...
Idziemy ulicą Kliniczną, z okien szpitala położniczego machają nam kobiety: "Brawo - krzyczą. - Brawo!". Dochodzimy do akademików i wołamy studentów. Cisza, okna pozamykane, wychodzi rektor Staliński i ogłasza: "Studentów nie ma". Ktoś go za spodnie pociągnął, inny chciał mu dać w głowę, ale go powstrzymałem: "Daj spokój, to też człowiek, mimo że błądzi i nazwisko ma podobne do Stalina". Pojawiły się jakieś studentki i zaczęły wołać: "Macie rację, ochłapami nas karmią!".
Poszliśmy dalej na Grunwaldzką pod budynek radia. Domagamy się, by podali prawdziwą informację o tym, co się dzieje. Mówią, że nie mogą, bo nadajnik jest odłączony. Zrobiło to wojsko, które jest już w Chwaszczynie. Ktoś krzyknął: "Idziemy na Chwaszczyno!". "Nie! - protestuje inny. - Na otwartym polu wystrzelają nas jak kaczki!".
Wracamy do stoczni, grzecznie idziemy, jest nas coraz więcej, stale przyłączają się jacyś ludzie...
Dochodzimy do Błędnika, a tam stoi wojsko.
Potem okazało się, że to byli milicjanci w polowych mundurach, z metrowymi pałkami. No i się zaczęło.
"Bracia, my tylko manifestujemy". - Podszedłem do nich.
Nic. Żadnej reakcji.
Wsiadłem do nysy i wołam przez megafon: "Ruszamy!".
Gaz, petardy... Gliniarze koniecznie chcą nam tę nyskę odebrać. Koło Rudego Kota rzuca się na nas inny oddział milicji, my atakujemy od Elżbietańskiej... Przyjechały budy i zgarniają do nich chłopaków. Sprawdzają ręce, jeśli brudne, spracowane - do suk ładują. Ale jakoś przebijamy się do stoczni.
A tam - niespodzianka. Jest już powołany komitet strajkowy! Wchodzę na posiedzenie tego komitetu i żądam: "Partyjni, ręka do góry!".
Podniósł się las rąk. Co to za komitet! Utworzyliśmy prawdziwy komitet strajkowy, mnie wybrano, Heńka Jagielskiego. Wałęsy nie pamiętam, ale podobno był, Szołocha też sobie nie przypominam. Pozapominałem nazwiska, bo było nas chyba z piętnastu, z różnych wydziałów.
Spałem na stoczni.
Rano idziemy znowu pod komitet, ale już uzbrojeni w rurki, młotki, kable, co kto miał, bo z nimi inaczej nie powalcujesz. W komitecie krzątają się szklarze, nowe szyby wstawiają. Wokół wojsko i milicja. Ostrzegamy: "Jeśli wojsko się nie usunie, będziemy podpalać. To sprawa między partią a robotnikami".
Żołnierze odeszli, ale milicjanci nie. Tymczasem chłopcy zaczęli się dobierać do partyjnej kantyny, a tam takie dobra, jakich robotnicze oczy nie widzą na co dzień: bułeczki z kiełbasą krakowską, pomarańcze, koniaczki...
Widziałem, jak przyjechała karetka pogotowia, ludzie się rozstąpili, żeby przepuścić, a tu wyskoczyło z niej sześciu gliniarzy i dali gazem po oczach...
Zatrzymaliśmy ziła wywrotkę: "Dawaj benzynę!".
Podpalamy.
Milicjanci się poddają, wychodzą... Nasi chcą ich zaatakować, są żądni zemsty, ale nie pozwalam; jeśli człowiek się poddaje, nie można go bić. Każemy im wchodzić na wywrotkę, chcemy zawieźć do stoczni, lecz nadbiegają posiłki z Huciska, pędzą jak tygrysy. Dali im chyba jakieś narkotyki, byli nienaturalnie bladzi i mieli sine wargi. Prawdziwa wojna już się zaczęła. Napieramy na wiadukt, chcemy dostać się na ulicę Świerczewskiego, gdzie mieści się komisariat MO.
Nadjechała jakaś ciężarówka z Lublina, facet wiózł jaja do sklepów na święta.
"Wysiadaj, bo potrzebny nam samochód".
I tę ciężarówkę pełną jaj ktoś rozpędził i na milicjantów puścił. Dopadliśmy gliniarzy przy Prezydium Miejskiej Rady Narodowej i tam padł pierwszy strzał! Ten milicjant, który strzelił, był oficerem. Miał dwie gwiazdki. Strzelił do chłopaka. Nie wiem, czy to był stoczniowiec, ale widziałem, że go trafił, bo padł. To było około trzynastej we wtorek.
Milicjanci się przestraszyli. Chcieli dostać się do drzwi Prezydium MRN, ale pchali się wszyscy naraz, i utknęli w drzwiach. Tam spuściliśmy im łomot. Ściana była czerwona od krwi. Widziałem, jak ludzie rozszarpali tego milicjanta... Widząc, co się dzieje, gliniarze uciekali z komisariatu po drabinach do więzienia. Tak, przed robotnikami uciekali, a przecież powinni bronić klasy robotniczej...
W środę w stoczni już apelowano, żeby rozchodzić się do domów. Dyrektor namawiał, koledzy się łamali, bo ile można się bić.
Wyszliśmy wieczorem. Poszedłem do lekarza, dostałem sześć dni zwolnienia i się ulotniłem.
- Ze szpitala przy placu Kaszubskim w Gdyni usiłowałam dotrzeć do domu na Chylonię - opowiadała o siedemnastym grudnia pielęgniarka Elżbieta Kobalczyk.
Szła pieszo, opatulona szalikiem, bo mróz szczypał, a autobusy nie jeździły. Mijała czołgi stojące na ulicach. Pewnie, że się bała - było już ciemno. Na ulicy Morskiej (wówczas Czerwonych Kosynierów) przystawała ze zmęczenia pod sklepami - już tworzyły się długie kolejki i jakoś raźniej było wśród ludzi. Może wydawać się to dziwne, że rano wojsko i milicjanci strzelają na przystanku kolejowym Gdynia Stocznia (a potem w centrum miasta jeszcze z helikopterów walą do tłumu), a ci, którzy nie zginęli, nie byli ranni ani pobici, parę godzin później już w kolejkach przed sklepami stoją, jakby jedzenie było najważniejsze.
Tam masakra, a tutaj chleb z margaryną i mortadelą. Stali, bo mieli dzieci, a skoro partia strzela do robotników, to znaczy, że się gniewa, a jeśli się gniewa, to może kazać ogołocić sklepy, żeby pokazać, kto tu rządzi. A dzieciom trzeba dać jeść. Taki zresztą w PRL był odruch: jeśli coś się dzieje, trzeba robić zapasy. Więc stoją i cicho psioczą na władzę. "Wojna - mówią. - Wojna".
Ktoś widział zabitego mężczyznę na ulicy, inny uciekał przed helikopterami. Wszyscy się boją. Wielka, ciężka chmura strachu wisi nad Gdynią i nie pozwala swobodnie oddychać.
Nie wiadomo, kto stoi obok, może esbek przebrany za zwykłego obywatela, co to z pracy wraca. Kto go rozpozna? A tak po prawdzie to w tych sklepach i tak mało co jest: mąka, cukier, kartofle, smalec, puszki jakieś, salceson, wątrobianka. Ale zawsze coś.
Elżbieta wstąpiła do apteki po mleko w proszku, bo w domu zostawiła rano z babcią trzy malutkie córeczki, a mąż, dyspozytor w zarządzie portu, zawiadomił ją, że zostaje w pracy. Musiała więc wracać do domu, choć koleżanki miały spędzić noc w szpitalu, bo tylu rannych było.
Idąc wzdłuż Czerwonych Kosynierów, powraca myślą do dzisiejszego poranka, który wydaje się jej tak odległy, jakby upłynęło kilka lat. Wstała jak zwykle o wpół do piątej, żeby na szóstą zdążyć do szpitala. Jeździła autobusem, ale i kolejką nie bałaby się jechać, bo przecież wicepremier Kociołek, człowiek odpowiedzialny, poprzedniego dnia wystąpił w telewizji i zachęcał, wręcz prosił, by iść do pracy. "Bezpiecznie jest, spokojnie" - mówił. Kto mógł przewidzieć, że to pułapka i wojsko będzie strzelać do Bogu ducha winnych ludzi.
Gdy dotarła na oddział, tam już prawdziwa sodoma i gomora, zwożą rannych, zabieg goni zabieg (a ona jest pielęgniarką właśnie na bloku operacyjnym). Wszyscy dwoją się i troją, mają ręce pełne roboty. Przed szpitalem mnóstwo ludzi, idą od strony stoczni i krzyczą: "Służba zdrowia z nami!".
Lekarze wypisują chorych, by zwolnić miejsce dla rannych. Personel szpitala zbiera po aptekach materiały opatrunkowe. Nawet o dokumenty nikt nie pyta, tylko na stół kładą. Rany postrzałowe w klatkę piersiową, przestrzelone nogi... Jeden starszy mężczyzna (może miał ze czterdzieści lat) dostał w rękę. Reszta to młodzi chłopcy. Boże drogi, lekarze zdenerwowani, szybko, szybko, anestezjolog usypia, chirurg wkłada rękawice, a już następny ranny czeka. Helikoptery krążą, tłum pod szpitalem krzyczy, mróz szczypie, czołgi warują...
W sali numer trzy awantura, bo ranni rozpoznali na jednym łóżku milicjanta, też rannego oczywiście, ale milicjant to milicjant, zatem lecą wyzwiska. Przybiegli lekarze, zabrali go do innej sali. Położyli go na ginekologii, wśród rodzących kobiet, bo tam najbezpieczniej.
Ale człowiek najbardziej przeżywa i serce mu najmocniej ściska, gdy nieszczęście dotknie kogoś biskiego.
Pogotowie przywozi pobitego do nieprzytomności chłopaka. Boże drogi, przecież to syn pielęgniarki z urologii. Sama go wychowuje. Spokojny chłopiec, szesnastolatek. Przychodził do szpitala na obiady, mama mu je tutaj wykupiła, więc szedł po szkole na obiad i koło Prezydium Rady Narodowej w ten tłum się wmieszał. Milicjanci zaczęli go bić pałkami, a on nawet nie uciekał, taki był oszołomiony; nie wiedział, co się dzieje. Jeden z sanitariuszy pogotowia z tej szpitalnej stołówki go zapamiętał, wyrwał z tłumu i do karetki wrzucił. Chłopak był w strasznym stanie, a matka, jak go zobaczyła...
Tak sobie opowiadano po domach przy świątecznym stole.
- Zwykle Wigilię spędzaliśmy wspólnie w naszym domu - wspomina ciotka Aliny, Ewa Deoniziak, która mieszka pod lasem, w cieniu oliwskiej katedry. - Najpierw dzielenie się opłatkiem, tradycyjne potrawy i kolędy. Ach, jak Helenka, żona Tadka, pięknie śpiewała! Potem pasterka w katedrze. I znowu siadaliśmy do stołu, by świętować moje imieniny, a na stole wędliny oraz wódeczka. Ale tamtego roku chyba nie zebraliśmy się, bo obowiązywała godzina policyjna.
Zaraz, zaraz, a może w Wigilię ją zniesiono?
Albo to było w stanie wojennym?
W każdym razie nawet kolęd nie chciało się śpiewać, ani w roku siedemdziesiątym, ani w osiemdziesiątym pierwszym.
Koniec listopada jest chłodny i wietrzny.
Siedzą we dwóch w pokoju hotelowym.
- Zabierz jej syna. To nie będzie trudne. Pomożemy ci zebrać dowody, że ona lata po lasach z tym Borusewiczem. Musisz złożyć pozew do sądu o odebranie jej praw rodzicielskich - powtarza esbek, zaciągając się papierosem.
Złapie przynętę, nie złapie, złapie, nie złapie...
Piotr patrzy na mężczyznę siedzącego vis-a-vis i być może przypomina sobie ten moment, gdy Alina powiedziała mu, że jest w ciąży.
Nie był gotowy na założenie rodziny.
Zawsze podobał się dziewczynom, przystojny, długie blond włosy, dobrze ubrany. Alinę poznał, gdy była jeszcze uczennicą liceum. Szybko się w sobie zakochali.
Znalazł jakieś ogłoszenie, że w kopalni "Moszczenica" dobrze płacą, i wyjechał do Katowic. Alina tęskniła. Powiedziała rodzicom, że weźmie udział w wycieczce zorganizowanej przez studium pielęgniarskie (bo wtedy już tam się uczyła). Nie chcieli jej puścić, pewnie coś podejrzewali. Wybiegła z domu, trzaskając drzwiami. Ojciec poszedł do szkoły i sprawa się wydała. Zrobił jej awanturę. A potem ta ciąża... Wezwał Piotra na rozmowę i kazał się żenić.
Alina wyglądała na szczęśliwą, ale jej ojciec nie lubił Piotra. Wynajęli pokój, lecz Pienkowski coraz częściej wracał do swojej matki, i Alina musiała radzić sobie z dzieckiem sama. Któregoś dnia znalazła w kieszeni męża rachunek z hotelu za dwuosobowy pokój...
- Musisz, kurwa, odebrać jej syna - powtarza esbek, nachylając się do chłopaka i patrząc na niego jak pająk na muchę, którą chce złapać w sieć, opleść pajęczyną tak mocno, żeby nie mogła zipnąć.
- Nie mam na nią żadnego wpływu. - Ocknął się z zamyślenia. - Jedynym i niepodważalnym autorytetem jest dla niej Borusewicz. A gdy się jej sprzeciwiam, podejrzewa mnie o współpracę z wami. - Krzywi się.
Współpraca - słowo klucz. W notatce służbowej inspektor operacyjny Jerzy Osuch przedstawił swoim szefom plan działania. Jeśli Pienkowski będzie nadal utrzymywał kontakty z elementami antysocjalistycznymi, trzeba go będzie przymusić do współpracy. Stanie się cennym źródłem informacji o działaczach Wolnych Związków Zawodowych, a w szczególności o Borusewiczu, Gwieździe, Walentynowicz. Problem tkwi jednak w tym, że on chce się wycofać. "Chce czy tylko udaje, żebym się odczepił?" - zastanawia się Osuch.
Alina Pienkowska z Sebastianem. Esbek namawiał Krzysztofa Pienkowskiego, by zabrał jej syna. Fot. z prywatnego archiwum Andrzeja Kołodzieja
- To nasza ostatnia rozmowa - powtarza Pienkowski i myśli o tym, czy jego bratu udało się wynieść z domu matryce i farby (razem drukowali bibułę dla ROPCiO1).
Osuch jest przygotowany i na takie rozwiązanie. Jeśli Pienkowski istotnie się wycofa, spróbuje wykorzystać go do ośmieszenia środowiska elementów antysocjalistycznych.
Zmusi do napisania listu do liderów opozycji w Warszawie, w którym Pienkowski przedstawi prawdziwe oblicze czołowych działaczy z Trójmiasta, a winą za rozbicie swojego małżeństwa obarczy Bogdana Borusewicza. Poprosi o opublikowanie listu w prasie podziemnej. Jeśli odmówią, zagrozi skierowaniem notatki do "Trybuny Ludu" lub "Życia Warszawy".
I wreszcie sprawa najważniejsza.
Ponieważ Pienkowski zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie uratować swojego małżeństwa, na rozprawie rozwodowej zażąda pozbawienia żony praw rodzicielskich. Uzasadni to tym, że zaniedbuje syna Sebastiana i wychowuje go niezgodnie z socjalistycznymi zasadami współżycia.
"Zrobić byłej żonie na złość, jaka to satysfakcja - myśli pewnie Osuch, który zna naturę ludzką od najgorszej strony. - Mało kto się temu oprze".
Fragmenty esbeckich notatek przeglądam w czytelni Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku. Odnaleziono worek dokumentów przeznaczonych na makulaturę, a wśród nich między innymi ten plan. Próbuję wyobrazić sobie tamto popołudnie, które mogło całkiem zmienić życie dwojga ludzi i ich dziecka.
Kapitan Frączkowski, kierownik Sekcji VI Wydziału IIIA, dopisał odręcznie pod notatką podporucznika Osucha: "W trakcie rozmowy z Piotrem Pienkowskim należy problem jego współpracy rozstrzygnąć jednoznacznie".
Sebastian Pienkowski urodził się w 1974 roku. ? Bogdan Borusewicz
"Jednoznacznie"! Pająk denerwuje się, bo mucha usiłuje się wyrwać, wykręcić, odlecieć, ale znowu wpada w pajęczynę, którą chytrze rozpostarł trochę dalej, i znowu się szarpie, macha skrzydełkami... a on patrzy, jak się miota.
- No, to jak? - pyta Osuch podczas następnego spotkania.
- Nie trafiają do mnie poglądy tych ludzi. Między mną a Gwiazdą wywiązała się ostra wymiana zdań. Tylko dzięki interwencji jego żony nie doszło do rękoczynów.
- Przecież wiozłeś do Elbląga matrycę z tekstem odezwy "Do stoczniowców", stamtąd zabrałeś dwadzieścia siedem ryz papieru formatu A3.
- Uległem namowom żony. Ale mam tego dość! Dość! Ta opozycja to dziecinada... - usiłuje przechytrzyć esbeka.
- Zastanów się i zadzwoń. Daję ci tydzień. - Osuch gasi papierosa.
Piotr wybiega z hotelu, klnąc w duchu.
Tak to mogło wyglądać.
Gruzy, gruzy, gruzy. Co miało się spalić, zetlało do szczętu. Nic, tylko szkielety domów, połamane jak zapałki wieże kościołów, ścieżki wśród ruin.
Tak wyglądało Główne Miasto, gdy Tadeusz Pabijan przyjechał do Gdańska w poszukiwaniu pracy.
Przyjechał z Łoniowej. To wieś rozrzucona wśród pagórków między Bochnią a Brzeskiem. Pabijanowie czuli się góralami, choć kapelusze i ciupagi nosili tylko od święta.
Drewniany, kryty gontem dom Mateusza Pabijana stał przy samej drodze, obok stolarnia, zagroda dla krówki, chlewik, sad i mała kiszeczka pola. Przed domem ławka, na której grzali się w słońcu. Ale w chacie ciepła brakowało, miłości rodzinnej tyle co nic, a dzieci kupa. Matka Tadeusza zmarła, gdy był mały, a ojciec ożenił się po raz kolejny, trzeci z rzędu. Macocha wniosła w posagu córkę, a wkrótce urodziła następne dzieci. Nie lubiła pasierbów, a zwłaszcza najmłodszego, pięcioletniego Tadka.
Mateusz był stolarzem. Jak pracował, to pracował; jak pił, to pił; jak politykował, to politykował. Działał w PSL-u, znał Witosa. Stale w drodze, Mościce, Ropczyce, Dębica, Wierzchosławice. Miał wzięcie, bo sprawnie stawiał domy i kościoły, więc nawet nie wiedział, że macocha bije i wyzywa małego, że jeść mu nie daje i do roboty goni, że odmroził palce u nóg, bo w zimie bez butów chodził. Wreszcie oddała ośmiolatka do sąsiadów na służbę, zadowolona, że się go pozbyła.
Po wojnie młodzi zaczęli wyjeżdżać ze wsi.
Jechali, gdzie oczy poniosą, byle dalej od biedy, przeważnie na Ziemie Odzyskane, bo tam miała być robota i poniemieckie mieszkania stały puste. Szwagier Tadeusza pojechał do Gdańska, znalazł pracę w stoczni, która wchłaniała wszystkich mężczyzn chętnych do pracy (cięli wydobyte z wody wraki niemieckich okrętów). Zachęcał swoich, żeby przyjeżdżali. Mieszkali na kwaterach, bo pustych mieszkań już nie było. Starsi pilnowali młodszych, by nie pili za dużo i w złe towarzystwo nie wpadli, a zarobionych pieniędzy nie wydawali na byle co.
Dom dziadka Aliny w Łoniowej. Na ławeczce - Mateusz Pabijan z rodziną. ? Ewa Deoniziak
Pojechał i Tadeusz.
Zamieszkał na Pohulance. Kwatery stoczniowców były nieogrzewane, wygódka na podwórzu, lodowata woda w kranie.
Tuż obok, na placu, w lipcu 1946 roku powieszono jedenastu oprawców z Konzentrationslager Stutthof. W fabrykach i biurach specjalnie skrócono czas pracy, by chętni mogli zobaczyć egzekucję. Zebrał się tłum, bo ludzie byli przekonani, że to sprawiedliwa odpłata za wszystkie zbrodnie, jakich Niemcy się dopuścili. Po wykonaniu wyroku niektórzy zabierali kawałki szubienicznego sznura, który miał jakoby przynieść szczęście.
Tadeusz nie widział egzekucji, bo przyjechał trochę później, ale jeszcze o tym rozmawiano. Wojna w ludziach jeszcze tkwiła, zrywali się w nocy z krzykiem. Każdy swoje przeżył, i tutejsi, i przyjezdni, ale nie licytowali się, nie opowiadali sobie o tych okropnościach. Nie ufali sobie; żyli obok, a nie razem. Jednak zarówno jedni, jak i drudzy rwali się do nowego życia. Chłopcy oglądali się za dziewczynami, które spacerowały po zgliszczach w powiewnych sukienkach. W niedzielne poranki leżeli na plaży i przyglądali się, jak panny moczyły nogi w Bałtyku. W bieliźnie, bo kostiumów kąpielowych jeszcze nie można było kupić. Zresztą która z nich miała pieniądze na takie fanaberie?
Po żony jechali w swoje strony.
Tadeusz przywiózł narzeczoną z Łoniowej, a właściwie z Krakowa, bo Helenka Bojdo - choć z dość zamożnej rodziny - także chciała wyrwać się ze wsi i już wcześniej pojechała do miasta. Ślub odbył się w kościele pod wezwaniem Świętego Floriana. Po latach Helena lubiła opowiadać, że udzielał go młody ksiądz Karol Wojtyła. Na pewno? No, prawie na pewno, bo w tych latach był wikarym.
Alina Pabijan urodziła się w styczniu 1952 roku.
W lutym w "Dzienniku Bałtyckim" ukazał się artykuł Jeszcze jedno nowe osiedle dla ludzi pracy z Trójmiasta. Dziennikarz pisał:
Coraz szybciej znikają z naszych ulic gruzy, a na ich miejsce rosną nowe domy mieszkalne ze wszystkimi nowoczesnymi urządzeniami i wygodami. Coraz więcej rodzin mieszka w jasnych i ciepłych mieszkaniach. [...] w tym roku zacznie się budowę nowego osiedla o budynkach typowych przy alei Wojska Polskiego we Wrzeszczu. Domy mieszkalne trzy- i czterokondygnacyjne, mieszkania - dwu- i trzypokojowe.
Przy kwadratowym placu przewidziana jest budowa dużego domu z podcieniami, w którym mieścić się będą sklepy i punkty usługowe: drogeria, sklep tekstylny i spożywczy, nabiał, księgarnia, filia poczty. [...] Będzie szkoła, przedszkole, żłobek i klub robotniczy.
Po wojnie było tu zaledwie kilka ulic, na rozległych łąkach pasły się krowy, tylko przy alei Wojska Polskiego, zwanej w Wolnym Mieście - Friedrich Allee, pyszniły się długie kamienice z czerwonymi dachami, które w latach czterdziestych Niemcy budowali dla oficerów z pobliskich koszar. Oficerowie nie zdążyli się wprowadzić: po 1945 roku zamieszkali tu Polacy, głównie pracownicy Politechniki Gdańskiej, wśród nich lwowianin, Stanisław Hueckel, profesor i rektor. Państwo Hueckelowie mieli gosposię gdańszczankę. Nastka Kraskowska była Polką i wcześniej prowadziła dom bogatemu Niemcowi o nazwisku Küschel, którego wspomina Grass w Blaszanym bębenku.
U Küschla bywał sam gauleiter Forster. Gdy Nastka otwierała mu drzwi, pytał, zdejmując płaszcz:
- Gdzie mogę się powiesić?
- Wszystko jedno gdzie, ale niedługo trzeba będzie to zrobić - mruczała, odbierając palto i myśląc o więźniach Stutthofu, dla których - wraz z paniami ze Stowarzyszenia Świętej Zyty - przygotowywała paczki.
Przy ulicy Fornalskiej (wcześniej Witosa) przydział na mieszkanie otrzymał inżynier Mrugalski. Przyjechał tu z Warszawy z żoną i dziećmi. Dom należał do pana Nowcka, Polaka spod Iławy, który w Wolnym Mieście Gdańsku pracował w PKP. Właściciel zajmował teraz poddasze, Mrugalscy parter.
Syn pana Nowcka uciekł przed Armią Czerwoną, bo był funkcjonariuszem SD2. Został po nim tylko mundur.
- Materiał jest pierwszorzędny, szkoda żeby go mole zjadły - przekonywał panią Mrugalską Noweck senior (który nigdzie nie uciekł, bo nie miał dokąd). Pani Mrugalska przefarbowała mundur na granatowo, a krawcowa, która co jakiś czas sprowadzała się do nich na tydzień i obszywała całą rodzinę, przerobiła mundur na ubranie dla Piotrka.
Nieopodal zamieszkał pan Antoni Bernolak, nauczyciel śpiewu, z rodziną. Jego synowie, Wiesiek i Zbyszek, po latach zasłyną jako muzycy zespołów Czerwono-Czarni i Niebiesko-Czarni.
Razem z dziećmi, których rodzice przybyli tu z Kresów i spalonej podczas powstania stolicy, do szkoły chodzili: Dieter, Reinhard, Wolfgang, Greta. Dieter mieszkał z dziadkiem w wozie, takim samym jak Drzymała, o którym uczono ich w szkole. Dziadek ustawił wóz w ogrodzie swojego domu, z którego został wykwaterowany. Latem było tam fajnie, ale zimą...
Ojciec jednego z chłopców o polskim imieniu przebierał się po powrocie z pracy w mundur z czasów wojny, na rękaw wciągał biało-czerwoną opaskę i z domów rodziców Wolfgangów i Reinhardów zabierał rzeczy, które były mu potrzebne. Gdy już urządził mieszkanie, starał się żyć z sąsiadami w zgodzie.
W szkole na polecenie władz oświatowych sprawdzano, kto jest autochtonem, zadając dzieciom podchwytliwe pytanie: "Czy w twoim domu mówi się po niemiecku?". Piotrek Mrugalski potwierdził, bo jego rodzice, choć pochodzili z centralnej Polski, znali niemiecki i używali go czasem, gdy nie chcieli, by dzieci rozumiały, o czym mówią.
Tadeusz Pabijan dostał mieszkanie właśnie w tych stoczniowych blokach, które władza ludowa zbudowała w latach pięćdziesiątych obok poniemieckich domków i kamienic.
"Małe mieszkanko na Mariensztacie / to moje szczęście, to moje sny, / małe mieszkanko na Mariensztacie, / a w tym mieszkanku przypuśćmy my", śpiewała Lidia Korsakówna, a Pabijanowie w takt płynącej z radia melodii ustawiali meble i wieszali firanki. Tak, to była wielka radość, własne lokum oznaczało, że już się w Gdańsku zakotwiczyli, znaleźli swoje miejsce na ziemi. Tu będą rosły ich dzieci: Alinka, Romek, Janka i Jacek.
- Tato musiał nas wszystkich utrzymać, ale że robił też różne fuchy, naprawiał na osiedlu hydraulikę i kuchenki, chyba nieźle zarabiał. Uważał, że musi co najmniej raz na kwartał kupić mamie nową sukienkę. Jechali wtedy razem do PDT-u we Wrzeszczu i wracali z nowym ciuchem - opowiadała mi kiedyś Alina. - Grał też namiętnie w toto-lotka i często wygrywał, wprawdzie nieduże sumy, ale jednak były to dodatkowe pieniądze.
Roman, który dziś mieszka w Sopocie vis-a-vis premiera Tuska, wspomina, że na podwórku między blokami kłębiła się dzieciarnia, krzyki niosły się pod niebo, matki wychylały się z okien, usiłując się przebić przez podwórkowy rwetes: "Romek, na obiad!" czy "Jacek, ile razy mam wołać?!". W każdej stoczniowej rodzinie było co najmniej troje dzieci. W klatce schodowej z numerem osiem, w której mieszkali Pabijanowie, było ich ze dwadzieścioro. Niemal o każdej porze dnia można było wybiec przed dom i wpaść w wir zabawy, zawsze ktoś kopał piłkę, ktoś - jak Janek Kos z Czterech pancernych - walczył z Niemcami, ktoś inny darł się: "Pałka, zapałka, dwa kije, kto się nie schowa...".
Osobno bawiły się dzieci stoczniowców, osobno wojskowych, którzy zajmowali mieszkania w sąsiednim bloku, ustawionym prostopadle do stoczniowego. Z chłopcami z bloku wojskowego bili się od czasu do czasu, ale woleli wojny we własnym gronie. Jolę Konty i jej siostry znali tylko z widzenia.
O Joli zrobiło się głośno, gdy jej mąż, Aleksander Kwaśniewski, został prezydentem. Wprawdzie komuch, ale jednak prezydent, więc zaczęli zastanawiać się, kto chodził z Jolą do klasy?
Koleżanki z Liceum Ogólnokształcącego nr 9 przy ulicy Marcelego Nowotki oczywiście ją pamiętały. Przypominały, że dobrze się uczyła i była zakochana w Michale z tej samej klasy. Ochrzciła się nawet dla niego, bo jego rodzice nie wyobrażali sobie, że dziewczyna syna może być niewierząca.
Przeszła zatem ze strony wojskowej na stoczniową. Przynajmniej na jakiś czas.
Tomasz Bedyński, który chodził z Alinką Pabijan do tej samej klasy, przypomina sobie epizod związany z orędziem biskupów polskich do biskupów niemieckich.
W grudniu 1965 roku w "Trybunie Ludu" ukazała się interpretacja listu, w którym padły pamiętne słowa: "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Władze zarzuciły biskupom zdradę. Komitet Centralny PZPR stwierdził, że biskupi sfałszowali historię.
"Trybuna Ludu" grzmiała w niepodpisanym tekście:
Polscy biskupi, przyjmując żywcem od rewizjonistów zachodnioniemieckich terminologię "poczdamskich obszarów zachodnich" i podając na srebrnej tacy wspaniały żer dla najbardziej antypolskich i odwetowych kół w Niemczech Zachodnich, działali wbrew polskim interesom narodowym. [...] Czemu i komu mogła służyć tak elementarna ignorancja polityczna i brak poczucia odpowiedzialności, najlepiej świadczy sposób interpretowania Orędzia biskupów polskich przez bońską propagandę prasę [...]
W klasie VIA nauczycielka historii poświęciła temu tematowi osobną lekcję.
Najlepszy uczeń, Tomek Bedyński, wstał i powiedział, że to, co pisze "Trybuna", jest nieprawdą.
Nauczycielka zaniemówiła, a zatkało ją jeszcze bardziej, gdy chłopca poparła Alinka Pabijan, uczennica czwórkowa, spokojna, a nawet nieśmiała.
Tomek pochodził z domu, w którym dominowały poglądy opozycyjne, rodzice nie kryli swoich zapatrywań politycznych przed synem, choć o tym, że jego ojciec był oficerem wywiadu Armii Krajowej i kilka lat przesiedział w peerelowskich więzieniach, jeszcze wtedy nie wiedział, bo dzieciom się takich rzeczy nie mówiło.
Do Tomka i Alinki przyłączyło się jeszcze kilkoro uczniów, zrobił się skandal. Przez katechetkę, którą uczniowie poprosili o oryginalny tekst orędzia, sprawa dotarła do biskupa Kaczmarka.
Zaprosił ich do siebie, ale nie bardzo wiedział, co robić z trzynastolatkami, które wmieszały się w politykę. Powiedział niepewnie:
- Dobrze, że daliście świadectwo, ale pamiętajcie, że mogą was wyrzucić ze szkoły. Nie ciągnijcie tematu, bo zaszkodzicie rodzicom...
Niemniej jednak dał im tekst orędzia, a oni pokazali go historyczce. Była wściekła.
Gdy więc Bedyński usłyszał po strajku w stoczni w 1980 roku, że Alina, już wtedy Pienkowska, była jego ważną uczestniczką i sygnatariuszką Porozumień Sierpniowych, wcale się nie zdziwił.
- W domu zawsze się mówiło, że Alinka tę pasję polityczną odziedziczyła po dziadku - przyznaje ciotka Ewa Deoniziak. - Oprócz niej nikt w rodzinie nie interesował się polityką.
Kres życia dziadka Mateusza też był poniekąd polityczny. Spadł ze schodów, wychodząc z zebrania Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego.
Uczennica. Liceum, do którego chodziła Alinka Pabijan opisał Paweł Huelle w powieści Weiser Dawidek. Fot. z archiwum domowego
W powieści Weiser Dawidek Paweł Huelle opisał właśnie to liceum, w którym uczyli się Alinka Pabijan, Jola Konty i Tomek Bedyński.
Nieopodal szumi ten sam las, wznosi się ta sama bukowa górka, jest ten sam nasyp kolejowy, po którym pędził pociągiem widmo Dawidek (a niebawem ruszy nowa kolej metropolitalna), to samo kino "Tramwajarz", do którego chodzili na poranki, i ten sam pałac Schopenhauerów, zamieniony na dom poprawczy. Niedaleko pałacu, po przeciwnej stronie ulicy Polanki, gdzie mieszka teraz Lech Wałęsa, zatrzymują się autokary z turystami, którzy chcą obejrzeć posiadłość sławnego elektryka. To tam od lat dziewięćdziesiątych odbywały się słynne przyjęcia imieninowe, w których uczestniczyli także Alina i Bogdan Borusewiczowie, choć ich stosunki z Wałęsą były raz lepsze, raz gorsze.
O stoczniowym osiedlu Huelle pisze tak:
Na podwórku pani Korotkowa rozwieszała bieliznę, wiedzieliśmy, że jej mąż pracujący w stoczni wróci tego popołudnia pijany w sztok, bo to dzień wypłaty. Podobnie zresztą jak nasi ojcowie, którzy w większości pracowali w stoczni i w większości w dzień wypłaty wracali pijani do swoich żon, a naszych matek, które zresztą jak pani Korotkowa załamywały ręce, robiły awantury i tak samo jak ona znosiły przed oblicze Pana Boga swoje utrapienia i nieszczęścia.
Pili stoczniowcy, pili wojskowi.
Janeczka Mańko, która także spędziła tu dzieciństwo, opowiada mi, że w grudniu 1970 roku jeden z oficerów, zataczając się, wybiegł przed dom i krzyczał, wymachując pistoletem:
- Spaliliście komitet! Co za hołota! Trzeba z wami zrobić porządek raz na zawsze!
Stosunki bloku wojskowego z blokiem stoczniowym zostały zerwane nieodwołalnie.
Stoczniowcy, nawet jeśli nie poszli pod Komitet Wojewódzki, popierali tych, którzy walczyli, choć niektórzy mieli wątpliwości, bo wiele zawdzięczali Polsce Ludowej. (W końcu dała im mieszkania, pracę, bezpłatne szkoły dla dzieci, kartofle na zimę oraz wczasy pracownicze od czasu do czasu.) Ci uważali, że lepiej bestii nie drażnić, cicho siedzieć i - jak by powiedział Kandyd - uprawiać swój ogródek.
W roku 1970 święta Bożego Narodzenia były smutne. W stoczniowych blokach szeptem opowiadano o tym, co działo się pod komitetem w Gdańsku, co na przystanku Gdynia Stocznia, co przed gdyńskim Prezydium Miejskiej Rady Narodowej, bo każdy przecież coś widział, coś słyszał i chciał się z innymi swoją wiedzą podzielić.
Otworzył drzwi. Na klatce schodowej stała dziewczyna. Wyglądała na licealistkę.
- Przyszłam do Bogdana Borusewicza. - Uśmiechnęła się nieśmiało i wyciągnęła dowód osobisty. - Nazywam się Alina Pienkowska...
- Gości nie legitymuję - zaprotestował zdumiony. Właśnie tłumaczył kilku studentom politechniki, czym był pakt Ribbentrop-Mołotow, a oni, patrząc na speszoną dziewczynę, roześmiali się. "No nie - pomyślał - niedługo przedszkolaki będą chciały czytać "Robotnika"". Ale gdy się dowiedział, że pracuje w szpitalu stoczniowym, od razu zaczął traktować ją poważnie.
"Znakomite miejsce - pomyślał. - Dostęp do całej stoczni!"
Zaprosił ją na następne spotkanie.
Przyszła w czerwonej sukience i czerwonych szpilkach.
Do lasu w szpilkach?
Nie wiedziała, że będą rozmawiać w lesie (w domu Bogdana był podsłuch). W butach na wysokich obcasach z trudem wspinała się na oliwskie wzgórze zwane Pachołkiem. A tę sukienkę esbecy mogli zobaczyć z daleka.
Był zły.
Skąd miała te eleganckie szpilki?
Do Manchesteru, do stryja Kazimierza Pabijana, pojechała na wakacje z małym Sebastianem.
Stryj, wywieziony podczas okupacji niemieckiej na roboty, przedostał się do generała Andersa do Włoch i razem z II Korpusem trafił do Anglii. Był zdecydowanym antykomunistą i z miejsca zaczął ją indoktrynować. Dał do czytania wydawnictwa emigracyjne z "Zeszytami Historycznymi" paryskiej "Kultury" na czele.
Wtedy po raz pierwszy dowiedziała się o losie polskich oficerów w Katyniu i nie mogła uwierzyć, że taka tragedia może być w kraju całkowicie przemilczana. Dlaczego nauczycielka historii w liceum nie wspomniała o tym ani słowem? Stryj miał na to gotową odpowiedź: "Bo Polska nie jest wolnym krajem".
Poszła z nim na zebranie polonijne. Mówiono o Komitecie Obrony Robotników. Jeden z obecnych skomentował: "Żadna opozycja nie pomoże, bo Polakom po prostu nie chce się pracować!".
Wstała wzburzona, jak niegdyś na lekcji, gdy omawiano orędzie biskupów.
- Co wy wiecie o systemie totalitarnym?
Opowiedziała o roku 1970, o strajkach, o strzelaniu do robotników, o represjach, o pogrzebach, które odbywały się nocami, o ludziach pierwszej i drugiej kategorii.
W jednej z gazet polonijnych znalazła adres Bogdana Borusewicza, członka KOR3 i współzałożyciela WZZ z Gdańska.
- Ale szczerze mówiąc - wspomina Krzysztof Pienkowski, szwagier Aliny - w Anglii najbardziej oszołomiły ją sklepy pełne towarów. I kluby.
Zobaczyła - używając tytułu powieści Huxleya - nowy wspaniały świat.
Wydawanego przez KOR "Robotnika" dostała wkrótce po powrocie z urlopu.
Mężczyzna przyszedł do przychodni po zwolnienie.
- To fajne, co tu piszą, siostro, ale zamiast o Hucie Warszawa wolałbym czytać o naszej stoczni - powiedział.
Usiadła więc i napisała kilka stron o wypadkach przy pracy i o okropnych warunkach, w jakich pracują stoczniowcy. Poszła z tym do Borusewicza.
Wyobrażała sobie, że będzie to starszy, nobliwy pan, a zobaczyła młodego, przystojnego chłopaka w kraciastej koszuli i z fantazyjnym lokiem spadającym na czoło. Człowieka, który nie myśli o sobie, o stabilizacji, szczęściu, o mieszkaniu w bloku z wielkiej płyty, dywanie i telewizorze. Człowieka, który nie ma życia prywatnego, tylko walczy o sprawę.
O wolność.
Nigdy wcześniej nikogo takiego nie spotkała. Nie przypuszczała nawet, że tacy ludzie mieszkają w sąsiedztwie, mija się ich czasem na ulicy czy w tramwaju; na pozór nie wyróżniają się niczym, noszą podobne koszule i takie same buty z PDT-u, takie same dzwony z bistoru albo dżinsu, a tymczasem żyją całkiem inaczej niż zwykli zjadacze chleba.
Znajomość zaczęła się źle, bo Bogdan przeczytał jej teksty i stwierdził, że są przegadane.
Poprosił, by napisała je jeszcze raz - merytorycznie nie miał zastrzeżeń, i to dawało nadzieję, że się jednak przyda.
Pożyczał jej książki drukowane w drugim obiegu. Czytała je zachłannie, bo chciała do niego dorosnąć. Kompleks polski na przykład - wszyscy to wtedy czytali; to była pierwsza książka Konwickiego, która ukazała się poza cenzurą.
"Stoję w ogonku przed sklepem państwowej firmy "Jubiler" i jestem dwudziesty trzeci - tak zaczyna swoje opowiadanie narrator i wraz z nim zanurzamy się po samą szyję w peerelowską rzeczywistość. - Stoimy w ten mroźny wigilijny dzień w kolejce po radzieckie złote obrączki, które podobno mają rzucić, i zadajemy sobie pytania: "Czy mamy się wstydzić umiłowania wolności? Choćby to była wolność głupia, wariacka, totalna, anarchiczna, zaściankowa, choćby to była wolność wiodąca do zguby? ""
"Powtarzam sobie w myślach to krótkie słowo "Polska" i wtedy - jak pisze Konwicki - jawi się we mnie [w nas także - przyp. autorki] jakaś rzewna podniosłość, coś jasnego, swobodnego, kojącego. Polska - ojczyzna wolności, Polska - matecznik tolerancji, Polska - wielki ogród bujnego indywidualizmu. Gdzie ludzie pozdrawiają się uśmiechem, gdzie policjant nosi różę zamiast pałki, gdzie powietrze składa się z tlenu i prawdy. Polska - wielki biały anioł pośrodku Europy".
- "Jaka to będzie ojczyzna? [...] Będzie inna. Sprawiedliwa, szlachetna, rozumna. Będzie przykładem dla całej Europy. Powstanie z krwi najlepszych synów" - porozumiewali się cytatami ze wspólnie czytanych książek.
Powietrze składa się z tlenu i prawdy! To było odkrycie. Te słowa brzmiały jak wystrzał z "Aurory". Prawda przecież przewraca trony!
Oddychać prawdą i duszącym dymem sportów można było na zebraniach redakcyjnych "Robotnika Wybrzeża".
Alina poznała Joannę i Andrzeja Gwiazdów, Lecha Wałęsę, Anię Walentynowicz, Jurka Borowczaka, Krzysztofa Wyszkowskiego.
Służba Bezpieczeństwa jej nie przeoczyła.
"W toku realizacji czynności służbowych uzyskano informacje, że Alina Pienkowska zajmuje się kolportowaniem na terenie Trójmiasta pism i publikacji o treści antypaństwowej".
- Uderzyła mnie dziewczęca uroda Alinki - mówi Krzysztof Wyszkowski. - Taka radosna świeżość. ? Bogdan Borusewicz
"Większości z nas najbliższe były ideały i tradycje polskich socjalistów - pisała Joanna Gwiazda w "Robotniku Wybrzeża". - KOR był dla nas autorytetem moralnym i parasolem".
- Początkowo byliśmy onieśmieleni - opowiada mi Andrzej Gwiazda. - Korowcy byli sławnymi ludźmi, intelektualistami ze stolicy. Słuchaliśmy ich jak proroków.
- Trzeba było łączyć wątki postępowo-lewicowe z narodowo-patriotycznymi. I jednak trzymać się ziemi, by nie zniechęcić robotników tematyką literacko-historyczną, czytaniem Brandysa czy Woroszylskiego. WZZ były pomysłem genialnym w swojej prostocie, dawały odpowiedź na pytanie, jak wyjść z salonu - przekonuje Krzysztof Wyszkowski, jeden z założycieli. Przyznaje, że miał poczucie sprzeczności. Czerpał także z Lenina, prowadził studia nad anarchosyndykalizmem i w jakimś stopniu wzorował się na francuskich związkowcach z CGT4.
"Nie stawiamy sobie celów politycznych, nie narzucamy poglądów politycznych i światopoglądowych, nie dążymy do objęcia władzy" - deklarowali w "Robotniku Wybrzeża".
- Tak się wtedy pisało - wyjaśnia mi Bogdan Borusewicz. - Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie myślał o przejmowaniu władzy, choć podczas spotkań wykładaliśmy także teorie strajku. Gdybyśmy jednak zaczęli głosić, że naszym celem jest obalenie Związku Radzieckiego, wszyscy przestraszyliby się i uciekli. Staraliśmy się więc budować - jak mówił Kuroń - społeczeństwo alternatywne.
- Trzeba coś zrobić, żeby w Polsce chciało się żyć. Bogdan często to powtarzał i było to, jak sądzę, jego życiowe kredo - mówiła mi kiedyś Alina, gdy siedząc w moim ogródku, rozmawiałyśmy o Bogdanie. - I mnie się to zdanie bardzo spodobało, uznałam, że ja też powinnam się starać coś zrobić, by w Polsce chciało się żyć.
Podczas spotkań redakcyjnych Alina niekiedy atakowała Borsuka. Fot. Jacek Awakumowski / zbiory Europejskiego Centrum Solidarności
- Uderzyła mnie przede wszystkim jej dziewczęca uroda - wspomina Wyszkowski. - Taka radosna świeżość, a z drugiej strony było w niej coś tragicznego. Jakieś udręczenie. Mówiła o problemach z mężem, ale bez szczegółów oczywiście, czuło się jednak, że się dusi w tym małżeństwie. Ta delikatna kobieta szybko wyrobiła sobie w WZZ własną pozycję, stała się równorzędnym partnerem. Wokół rewizje, aresztowania, zastraszanie, prowokacje, a ona - jakby nigdy nic - robiła swoje. Ania Walentynowicz, Joanna Gwiazdowa i Alinka stały się nierozłączne. Nawet mnie to dziwiło, bo bardzo się przecież różniły, a Walentyna była dużo starsza, ale łączył je temperament polityczny.
- Rzeczywiście Alina była przygnieciona kłopotami osobistymi - mówi Anna Walentynowicz w którymś z wywiadów - i chyba szukała, podobnie jak ja, miejsca, w którym mogłaby się przydać, zrobić coś dla innych.
- Podczas redakcyjnych spotkań niekiedy atakowała Borsuka: "Ależ co ty mówisz?! To trzeba zrobić zupełnie inaczej!" - przypomina sobie Jurek Borowczak i opowiada, że czytali wiersze Miłosza, kserowane z paryskiej "Kultury". Gdy zatem w 1981 roku Czesław Miłosz otrzymał literacką Nagrodę Nobla (wielu inteligentów dziwiło się, bo nie znało jego twórczości), stoczniowcy cieszyli się tak, jakby noblistą został ktoś im bliski. W jakiś sposób prowadził ich do zwycięstwa.
Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego...
- Ten wiersz oczywiście podobał się najbardziej. Dlatego tak ważne było, by choć parę słów Miłosza pojawiło się przy pomniku Poległych Stoczniowców - mówi Borowczak.
"Nie bądź bezpieczny, poeta pamięta".
Często spotykali się u Walentynowicz, bo mieszkała w centrum Wrzeszcza, miała słoneczny pokój z kuchnią.
W Stoczni Gdańskiej im. Lenina pracowała od 1950 roku. Była przodownicą pracy, jej zdjęcia ukazywały się w zakładowych gazetkach, razem z fotografiami trasera Stanisława Sołdka (który tak wyśrubował normy, że został bohaterem pracy socjalistycznej).
Brała udział w Zlocie Młodzieży w 1951 roku w Berlinie.
W roku 1952 urodziła syna - nigdy nikomu nie opowiadała o jego ojcu i sama wychowywała małego. Mieszkała w Domu Matki i Dziecka. Kiedy zdesperowana napisała list do prezydenta Bieruta z prośbą o pomoc ("Czy mam zginąć z tym dzieckiem jak bezdomny pies?"), dostała ten właśnie pokój z kuchnią. Teraz odbywały się tu konspiracyjne zebrania.
Pod wielkim obrazem przedstawiającym Trójcę Świętą redagowano "Robotnika Wybrzeża".
Była serdeczna i gościnna, częstowała gorącą herbatą, młodszym stoczniowcom matkowała. Jej syn Janusz był już dorosłym mężczyzną.
- Poczciwa kobieta o gołębim sercu - ocenia ją mecenas Jacek Taylor. - Ale do czasu... Okazało się potem, że gdy uznała kogoś za wroga, nie miała litości.
Esbecy w notatkach służbowych donosili:
Informuję, że kolejne zebranie kolegium redakcyjnego "Robotnika Wybrzeża" odbyło się w dniu 23 października w mieszkaniu prywatnym Anny Walentynowicz. Poza właścicielką mieszkania obecni byli: Bogdan Borusewicz, Andrzej Bulc, Maria Płońska, Lech Wałęsa oraz figurantka niniejszej sprawy, Alina Pienkowska.
Bulc przedstawił sytuację w Stoczni Północnej. Zwolniono tam 17 osób, które poszły na skargę do Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Według Walentynowicz osoby te zostały aresztowane, co jednak się nie potwierdziło. Bulc powiedział, że we Wrocławiu powstała nowa organizacja, która ma za zadanie pomóc zwalnianym z pracy.
Przebieg niektórych zebrań redakcyjnych relacjonował TW "Beryl".
Omawiano tekst opracowany przez Annę Walentynowicz. Dotyczy wizyty I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka w dniu 10.08.1979. Autorka poddaje krytyce tę wizytę, twierdząc, że widać było wyraźnie brak zaufania władz do stoczniowców, bowiem w spotkaniu brały udział wyłącznie osoby wytypowane przez dyrekcję stoczni, które według autorki nie były właściwą reprezentacją stoczniowców. Pozostałym uniemożliwiono kontakt z towarzyszem Gierkiem, nie wpuszczono ich na teren zakładu, a nawet ograniczono wizyty w szpitalu stoczniowym. Wysłano w morze statek, choć właśnie powrócił z prób.
Walentynowicz nie podoba się także przyjęcie zorganizowane podczas wizyty. Koszt przyjęcia według autorki wynosił milion złotych. Wlicza w to zakup kryształowej zastawy.
W tekście zamieszczonym w "Robotniku Wybrzeża" z 5 października 1979 roku Walentynowicz informuje o malowaniu stoczniowej trawy i układaniu nowego chodnika przed przyjazdem Edwarda Gierka, Piotra Jaroszewicza i Edwarda Babiucha.
Wylicza także, co znalazło się na stołach: "schab cysterski, antrykot z kurczaka, jajko z kawiorem, łosoś wędzony, węgorz wędzony, lody cassate z bitą śmietaną i szlachetnymi owocami, koniaki, winiaki, żytnia, ajerkoniak".
Dziś takie menu nie robi wrażenia, ale wtedy, gdy w sklepach brakowało schabu, nie mówiąc już o "szlachetnych owocach", to był prawdziwy luksus.
Podporucznik Osuch pisze do swojego szefa, kapitana Frączkowskiego:
W związku z przekazaniem w ostatnim czasie przez TW "Beryl" szeregu istotnych informacji, proponuję, aby mimo istniejących trudności wypłacić mu wynagrodzenie za współpracę. TW "Beryl" wykonuje prawidłowo stawiane mu zadania i nigdy nie wnosi żadnych zastrzeżeń, poświęcając dużo swojego wolnego czasu kosztem rodziny.
Ponadto należy rozpatrzeć możliwość pomocy w przyspieszeniu założenia mu telefonu. Podanie w tej sprawie TW "Beryl" złożył już przed kilkoma laty.
Ojciec Aliny przestał wpuszczać Bogdana do domu.
- Nie ma córki! - Podnosił głos ze zdenerwowania. - Proszę wyjść! Proszę więcej nie przychodzić! Ona ma małe dziecko, musi się nim zajmować.
Mama suflowała zza jego pleców: - Nie wpuszczaj go, nie wpuszczaj!!!
Tolerowali Andrzeja Gwiazdę, bo co inżynier, to inżynier, i Błażeja Wyszkowskiego, który - przychodząc z bibułą - dla niepoznaki przyprowadzał synka. Bogdana - nie.
Rewizje, które esbecja przeprowadzała w mieszkaniu i na działce, całkowicie rozstroiły ojca Aliny.
Protokół przeszukania mieszkania z 11 listopada 1978 roku, godzina 16.30:
Kapitan Adam Hodysz z KW MO udał się do Aliny Pienkowskiej celem dokonania przeszukania. Zastał Tadeusza Pabijana i jego żonę.
Pani Pabijanowa spojrzała na niego zdumiona i krzyknęła:
- To pan?! Jak panu nie wstyd, przecież spotykamy się niemal codziennie w sklepie!!!
A oto wykaz i spis przedmiotów, które znaleziono:
Oświadczenie SKS i WZZ z dnia 30 czerwca 1978 roku - 136 sztuk.
Rezolucja Komitetu Samoobrony Chłopskiej z dnia 30 lipca 1978 roku - 32 sztuki
Ulotka "Do społeczeństwa polskiego" 192 sztuki.
Broszura "Niedrukowane" Andrzeja Kijowskiego - 1 egzemplarz.
Broszura "Antysemityzm" - 1 egzemplarz.
Broszura "Obywatel a SB" - 1 egzemplarz.
Nierzeczywistość Kazimierza Brandysa - 1 egzemplarz.
Polskie Porozumienie Niepodległościowe - 1 egzemplarz.
"Puls" z marca 1978 roku - 1 egzemplarz.
Butelka ? litra z farbą koloru czarnego.
Trzy recepty in blanco.
- Wpadła w złe towarzystwo - tłumaczył zmartwiony ojciec Aliny, gdy w stoczni pytano go, co się właściwie dzieje z jego córką.
Jej szanse na stoczniowe mieszkanie rozwiały się jak jesienny dym po polach.
Próbowano wyrzucić ją z pracy.
Powodem miały być częste nieobecności (raz po raz zamykano ją na czterdzieści osiem godzin), a także skargi niezadowolonych pacjentów stoczniowej przychodni. Chorzy byli tymi zarzutami oburzeni i wpisali siostrze Pienkowskiej dziesiątki pochwał w tak zwanej książce życzeń i zażaleń.
Wzruszona Alina zamieściła podziękowanie w oficjalnie ukazującej się gazetce zakładowej "Głos Stoczniowca", a robotnicy rozkleili tę stronę w szatniach.
Pracownicy dyrekcji ją zrywali, robotnicy znowu przyklejali.
Pracownicy dyrekcji zrywali...
Robotnicy przyklejali...
Może wtedy właśnie Alina po raz pierwszy poczuła, jaką siłą może być solidarność.