Alina. Miłość w cieniu polityki - Barbara Szczepuła

-
Proszę czekać

Czas śmiechu

Stocz­nio­wa dział­ka po­ło­żo­na była nie­da­le­ko domu, na te­re­nach, na któ­rych po­sta­wio­no nowe gma­chy Uni­wer­sy­te­tu Gdań­skie­go.

Tu Ta­de­usz Pa­bi­jan był szczę­śli­wy, bo strasz­nie go, chłop­skie­go syna, do zie­mi cią­gnę­ło.

Od wcze­snej wio­sny do póź­nej je­sie­ni He­le­na mia­ła w domu cię­te kwia­ty. Sta­wia­ła je w krysz­ta­ło­wym wa­zo­nie na sto­le przy­kry­tym lnia­nym ob­ru­sem: tu­li­pa­ny, pi­wo­nie, geo­r­gi­nie i astry, za­leż­nie od pory roku. Kwia­ty kwia­ta­mi, ale naj­waż­niej­sze były wa­rzy­wa i owo­ce. Wszyst­ko mie­li swo­je: mar­chew­kę, pie­trusz­kę, ogór­ki, ka­pu­stę, po­mi­do­ry... Tru­skaw­ki, po­rzecz­ki i agrest. A ja­kie słod­kie ren­klo­dy tam doj­rze­wa­ły.

- Pod ja­błon­ką mama roz­kła­da­ła koc, na któ­rym ba­rasz­ko­wał Ja­cek - wspo­mi­na Ro­man. - Ja co­dzien­nie przed szko­łą, już o pią­tej rano, mu­sia­łem pod­le­wać ogród, Alin­ka zaś i Jan­ka po­po­łu­dnia­mi ra­zem z mamą pie­li­ły grząd­ki, zaj­mo­wa­ły się ku­ra­mi i kró­li­ka­mi.

W let­nie wie­czo­ry pie­kło się przy ogni­sku kieł­ba­ski, je­sie­nią wy­cią­ga­ło z po­pio­łu kar­to­fle. To dzie­ci lu­bi­ły naj­bar­dziej. Ro­dzi­ce opo­wia­da­li o Ło­nio­wej, o szu­mią­cych la­sach, rwą­cych rze­kach i po­lach ma­lut­kich jak chust­ki do nosa, po któ­rych kro­wy cią­gnę­ły płu­gi. Kro­wy? Tak, kro­wy. Na­praw­dę.

Nad mia­stem za­pa­dał zmierzch, a oni sie­dzie­li na dział­ce i pa­trzy­li w ogień. Gdy pa­dał deszcz, cho­wa­li się w zbu­do­wa­nej przez ojca al­tan­ce.

Je­sie­nią całą ro­dzi­ną wy­ru­sza­li na grzy­by do la­sów opa­tów oliw­skich, da­le­ko, aż za ogród zoo­lo­gicz­ny. Tra­fia­ły się praw­dziw­ki i ma­śla­ki, ale naj­czę­ściej opień­ki, cza­sem było ich tyle, że męż­czyź­ni zdej­mo­wa­li ko­szu­le, bo nie mie­ści­ły się w ko­szy­kach i tor­bach.

Po po­łu­dniu opień­ki mo­czy­ły się w wan­nie, by po­tem wpaść do we­cków. Zimą na­to­miast, pod­sma­ża­ne i du­szo­ne, przy­wo­dzi­ły na myśl sło­necz­ne je­sien­ne po­ran­ki.

Ali­na była we­so­ła, tro­chę trzpio­to­wa­ta. Uko­cha­na có­recz­ka taty. Jed­nak - po­nie­waż była naj­star­sza z ro­dzeń­stwa - mama sta­le go­ni­ła ją do ro­bo­ty. Przede wszyst­kim mu­sia­ła opie­ko­wać się młod­szy­mi dzieć­mi. Ro­man pa­mię­ta, że cią­gle ro­bi­ła ta­bel­ki: kto kie­dy sprzą­ta, kto zmy­wa, kto wy­rzu­ca śmie­cie...

Ma­rzy­ła o stu­diach, ale ro­dzi­ce uzna­li, że po­win­na jak naj­szyb­ciej zdo­być za­wód i pra­co­wać. Wy­bra­ła więc po­ma­tu­ral­ną szko­łę pie­lę­gniar­ską, choć po­cząt­ko­wo mdla­ła w szpi­ta­lu.

Cza­sem mo­gła zor­ga­ni­zo­wać pry­wat­kę, na któ­rej tań­czy­ło się w takt mu­zy­ki Czer­wo­no-Czar­nych, pio­se­nek Se­we­ry­na Kra­jew­skie­go czy po­ezji śpie­wa­nej Ewy De­mar­czyk. "Anna Ma­ria smut­ną ma twarz" mie­sza­ła się z "Czy pa­mię­tasz, jak ze mną tań­czy­łeś wal­ca, / z pan­ną, ma­don­ną, le­gen­dą tych lat"... Pły­tę De­mar­czyk ku­pi­ła za ja­kąś ogrom­ną (jak na jej kie­szon­ko­we) sumę, ale gdy przy­je­chał do Trój­mia­sta ka­ba­ret "Owca", w któ­rym wy­śmie­wa­no pe­ere­low­skie ab­sur­dy, za­mie­ni­ła ulu­bio­ną pły­tę na bi­let wstę­pu. Je­rzy Do­bro­wol­ski prze­drzeź­niał par­tyj­ną i pra­so­wą no­wo­mo­wę, a sala ry­cza­ła ze śmie­chu. "Że też po­zwa­la­ją na coś ta­kie­go" - dzi­wi­li się lu­dzie po spek­ta­klu, bo w sza­rej i dusz­nej rze­czy­wi­sto­ści koń­ca lat sześć­dzie­sią­tych był to w isto­cie haust świe­że­go po­wie­trza. Chwa­li­li się po­tem w szko­le i w biu­rach za­świad­cze­nia­mi o in­te­li­gen­cji, któ­re Do­bro­wol­ski wy­sta­wiał wi­dzom. "Dla mnie bom­ba!" - po­wta­rza­li za nim.

Po spek­ta­klu Ali­na bie­giem wra­ca­ła do domu. Je­śli nie przy­szła o okre­ślo­nej go­dzi­nie, ro­dzi­ce za karę prze­trzy­my­wa­li ją na klat­ce scho­do­wej.

Mama nie mo­gła po­wstrzy­mać się od uwag: za bar­dzo się ma­lu­je, fry­zu­ra nie­od­po­wied­nia, su­kien­ka za krót­ka... Nie ro­zu­mia­ła, że świat się zmie­nia i dziew­czy­ny chcą wy­glą­dać in­a­czej niż ich mat­ki, żyć na swój spo­sób.

- To już była epo­ka Be­atle­sów - wzdy­cha Ro­man.

- Na­uczy­ciel­ka bio­lo­gii w li­ceum - wspo­mi­na ko­le­żan­ka Ali­ny - mie­rzy­ła, ile do­kład­nie cen­ty­me­trów po­nad ko­la­nem za­czy­na się spód­nicz­ka. I za­wsze mia­ła pre­ten­sje.

- Zbyt moc­no się ma­lo­wa­ła. Tro­chę mnie to ra­zi­ło - wy­zna­je Bog­dan. - Przy jej sub­tel­nej uro­dzie moc­ny ma­ki­jaż nie wy­glą­dał do­brze.

Ale czer­wo­na su­kien­ka Ali­ny zro­bi­ła na nim wra­że­nie.

Je­sie­nią cho­dzi­li na grzy­by do oliw­skich la­sów. ? Bog­dan Bo­ru­se­wicz

Alin­ka była we­so­ła, tro­chę trzpio­to­wa­ta. Zdję­cie wy­ko­na­ne pod­czas wy­ciecz­ki szkol­nej. Fot. z ar­chi­wum do­mo­we­go

Bog­dan otwo­rzył drzwi. Przed nim sta­ła dziew­czy­na wy­glą­da­ją­ca na li­ce­alist­kę. Fot. z pry­wat­ne­go ar­chi­wum An­drze­ja Ko­ło­dzie­ja

Czas zabijania

- At­mos­fe­ra w stocz­ni była ner­wo­wa już od so­bo­ty. Se­kre­tarz par­tii Sta­ni­sław Ja­strzęb­ski uprze­dzał, że szy­ku­je się pod­wyż­ka cen żyw­no­ści, więc lu­dzi szlag tra­fi, bo i tak żyło się mar­nie; ręce so­bie ura­bia­łeś po łok­cie na próż­no. W po­nie­dzia­łek lu­dzie przy­szli na­bu­zo­wa­ni, bo pod­wyż­ka we­szła w ży­cie w nie­dzie­lę - a to była nie­dzie­la han­dlo­wa. Taka złość nas ogar­nę­ła, taka roz­pacz - opo­wia­dał Jan Sub­da ze Stocz­ni Gdań­skiej imie­nia Le­ni­na, któ­ry pra­co­wał na R-1, czy­li Wy­dzia­le Głów­ne­go Me­cha­ni­ka.

- Nikt nie my­ślał o pra­cy. O szó­stej ze­bra­li­śmy się pod bu­dyn­kiem dy­rek­cji, ale nie było z kim roz­ma­wiać, więc ktoś rzu­cił ha­sło: "Idzie­my pod ko­mi­tet!". Parę ty­się­cy lu­dzi po­szło. Wy­szedł do nas se­kre­tarz Jun­dziłł, za­pro­sił de­le­ga­cję stocz­niow­ców do środ­ka, ale nikt nie chciał wejść, bo wejść tam było może i ła­two, a wyjść już nie bar­dzo. "Tu się pan tłu­macz, przed wszyst­ki­mi!" - krzy­cze­li stocz­niow­cy. Więc przy­je­cha­ła ny­ska z me­ga­fo­nem i se­kre­tarz za­czął prze­ma­wiać: "To­wa­rzy­sze...". Szum się zro­bił, kur­de, czy oni nic in­ne­go nie umie­ją mó­wić, tyl­ko "to­wa­rzy­sze i to­wa­rzy­sze". Tak nas z miej­sca zde­ner­wo­wał, bo jacy my dla nie­go "to­wa­rzy­sze"! Od­su­nię­to go, ja prze­ją­łem mi­kro­fon i wo­łam: "Bra­cia stocz­niow­cy, za­śpie­waj­my "Jesz­cze Pol­ska nie zgi­nę­ła, póki my ży­je­my"". Za­śpie­wa­li­śmy, i to nam do­da­ło siły. Mó­wię: "Nie ma się co łu­dzić, par­tia nam nie da ani chle­ba, ani ma­sła! Wra­ca­my na stocz­nię po ko­le­gów i idzie­my do stu­den­tów po po­moc!".

Kie­row­ca ny­ski nie chciał z nami je­chać, więc nasz czło­wiek siadł za kie­row­ni­cą, a ko­le­dzy de­li­kat­nie pcha­li auto. Je­cha­li­śmy wol­niut­ko, bo dużo na­ro­du było, więc trze­ba było uwa­żać, żeby ko­muś krzyw­dy nie zro­bić.

Zbie­ra­my lu­dzi ze stocz­ni, star­si ko­le­dzy tro­chę się boją, bo tyle lat tu prze­pra­co­wa­li, a te­raz wszyst­ko może prze­paść, i cią­głość pra­cy, i kto wie, czy z ro­bo­ty nie wy­rzu­cą... z cze­go będę żyć, a co żona po­wie, a syn na stu­dia się nie do­sta­nie...

Je­dzie­my tą ny­ską na Stocz­nię Pół­noc­ną. Wi­dzi­my czło­wie­ka pra­cu­ją­ce­go na pod­sta­cji. "Pa­nie, chodź pan z nami! - wo­ła­my. - W jed­no­ści siła! Jak ra­zem, to ra­zem". "Nie pój­dę" - mówi. Więc chłop­cy tro­chę go przy­mu­si­li. Ktoś krzyk­nął, żeby go na he­bel wrzu­cić. Wte­dy za­mknął wszyst­ko, wy­łą­czył prąd i od­dał nam klu­cze. Wrzu­ci­li­śmy je do ka­na­łu i je­dzie­my da­lej. Cią­gle do­łą­cza­ją lu­dzie...

Idzie­my uli­cą Kli­nicz­ną, z okien szpi­ta­la po­łoż­ni­cze­go ma­cha­ją nam ko­bie­ty: "Bra­wo - krzy­czą. - Bra­wo!". Do­cho­dzi­my do aka­de­mi­ków i wo­ła­my stu­den­tów. Ci­sza, okna po­za­my­ka­ne, wy­cho­dzi rek­tor Sta­liń­ski i ogła­sza: "Stu­den­tów nie ma". Ktoś go za spodnie po­cią­gnął, inny chciał mu dać w gło­wę, ale go po­wstrzy­ma­łem: "Daj spo­kój, to też czło­wiek, mimo że błą­dzi i na­zwi­sko ma po­dob­ne do Sta­li­na". Po­ja­wi­ły się ja­kieś stu­dent­ki i za­czę­ły wo­łać: "Ma­cie ra­cję, ochła­pa­mi nas kar­mią!".

Po­szli­śmy da­lej na Grun­waldz­ką pod bu­dy­nek ra­dia. Do­ma­ga­my się, by po­da­li praw­dzi­wą in­for­ma­cję o tym, co się dzie­je. Mó­wią, że nie mogą, bo na­daj­nik jest odłą­czo­ny. Zro­bi­ło to woj­sko, któ­re jest już w Chwasz­czy­nie. Ktoś krzyk­nął: "Idzie­my na Chwasz­czy­no!". "Nie! - pro­te­stu­je inny. - Na otwar­tym polu wy­strze­la­ją nas jak kacz­ki!".

Wra­ca­my do stocz­ni, grzecz­nie idzie­my, jest nas co­raz wię­cej, sta­le przy­łą­cza­ją się ja­cyś lu­dzie...

Do­cho­dzi­my do Błęd­ni­ka, a tam stoi woj­sko.

Po­tem oka­za­ło się, że to byli mi­li­cjan­ci w po­lo­wych mun­du­rach, z me­tro­wy­mi pał­ka­mi. No i się za­czę­ło.

"Bra­cia, my tyl­ko ma­ni­fe­stu­je­my". - Pod­sze­dłem do nich.

Nic. Żad­nej re­ak­cji.

Wsia­dłem do nysy i wo­łam przez me­ga­fon: "Ru­sza­my!".

Gaz, pe­tar­dy... Gli­nia­rze ko­niecz­nie chcą nam tę ny­skę ode­brać. Koło Ru­de­go Kota rzu­ca się na nas inny od­dział mi­li­cji, my ata­ku­je­my od Elż­bie­tań­skiej... Przy­je­cha­ły budy i zgar­nia­ją do nich chło­pa­ków. Spraw­dza­ją ręce, je­śli brud­ne, spra­co­wa­ne - do suk ła­du­ją. Ale ja­koś prze­bi­ja­my się do stocz­ni.

A tam - nie­spo­dzian­ka. Jest już po­wo­ła­ny ko­mi­tet straj­ko­wy! Wcho­dzę na po­sie­dze­nie tego ko­mi­te­tu i żą­dam: "Par­tyj­ni, ręka do góry!".

Pod­niósł się las rąk. Co to za ko­mi­tet! Utwo­rzy­li­śmy praw­dzi­wy ko­mi­tet straj­ko­wy, mnie wy­bra­no, Heń­ka Ja­giel­skie­go. Wa­łę­sy nie pa­mię­tam, ale po­dob­no był, Szo­ło­cha też so­bie nie przy­po­mi­nam. Po­za­po­mi­na­łem na­zwi­ska, bo było nas chy­ba z pięt­na­stu, z róż­nych wy­dzia­łów.

Spa­łem na stocz­ni.

Rano idzie­my zno­wu pod ko­mi­tet, ale już uzbro­je­ni w rur­ki, młot­ki, ka­ble, co kto miał, bo z nimi in­a­czej nie po­wal­cu­jesz. W ko­mi­te­cie krzą­ta­ją się szkla­rze, nowe szy­by wsta­wia­ją. Wo­kół woj­sko i mi­li­cja. Ostrze­ga­my: "Je­śli woj­sko się nie usu­nie, bę­dzie­my pod­pa­lać. To spra­wa mię­dzy par­tią a ro­bot­ni­ka­mi".

Żoł­nie­rze ode­szli, ale mi­li­cjan­ci nie. Tym­cza­sem chłop­cy za­czę­li się do­bie­rać do par­tyj­nej kan­ty­ny, a tam ta­kie do­bra, ja­kich ro­bot­ni­cze oczy nie wi­dzą na co dzień: bu­łecz­ki z kieł­ba­są kra­kow­ską, po­ma­rań­cze, ko­niacz­ki...

Wi­dzia­łem, jak przy­je­cha­ła ka­ret­ka po­go­to­wia, lu­dzie się roz­stą­pi­li, żeby prze­pu­ścić, a tu wy­sko­czy­ło z niej sze­ściu gli­nia­rzy i dali ga­zem po oczach...

Za­trzy­ma­li­śmy ziła wy­wrot­kę: "Da­waj ben­zy­nę!".

Pod­pa­la­my.

Mi­li­cjan­ci się pod­da­ją, wy­cho­dzą... Nasi chcą ich za­ata­ko­wać, są żąd­ni ze­msty, ale nie po­zwa­lam; je­śli czło­wiek się pod­da­je, nie moż­na go bić. Ka­że­my im wcho­dzić na wy­wrot­kę, chce­my za­wieźć do stocz­ni, lecz nad­bie­ga­ją po­sił­ki z Hu­ci­ska, pę­dzą jak ty­gry­sy. Dali im chy­ba ja­kieś nar­ko­ty­ki, byli nie­na­tu­ral­nie bla­dzi i mie­li sine war­gi. Praw­dzi­wa woj­na już się za­czę­ła. Na­pie­ra­my na wia­dukt, chce­my do­stać się na uli­cę Świer­czew­skie­go, gdzie mie­ści się ko­mi­sa­riat MO.

Nad­je­cha­ła ja­kaś cię­ża­rów­ka z Lu­bli­na, fa­cet wiózł jaja do skle­pów na świę­ta.

"Wy­sia­daj, bo po­trzeb­ny nam sa­mo­chód".

I tę cię­ża­rów­kę peł­ną jaj ktoś roz­pę­dził i na mi­li­cjan­tów pu­ścił. Do­pa­dli­śmy gli­nia­rzy przy Pre­zy­dium Miej­skiej Rady Na­ro­do­wej i tam padł pierw­szy strzał! Ten mi­li­cjant, któ­ry strze­lił, był ofi­ce­rem. Miał dwie gwiazd­ki. Strze­lił do chło­pa­ka. Nie wiem, czy to był stocz­nio­wiec, ale wi­dzia­łem, że go tra­fił, bo padł. To było oko­ło trzy­na­stej we wto­rek.

Mi­li­cjan­ci się prze­stra­szy­li. Chcie­li do­stać się do drzwi Pre­zy­dium MRN, ale pcha­li się wszy­scy na­raz, i utknę­li w drzwiach. Tam spu­ści­li­śmy im ło­mot. Ścia­na była czer­wo­na od krwi. Wi­dzia­łem, jak lu­dzie roz­szar­pa­li tego mi­li­cjan­ta... Wi­dząc, co się dzie­je, gli­nia­rze ucie­ka­li z ko­mi­sa­ria­tu po dra­bi­nach do wię­zie­nia. Tak, przed ro­bot­ni­ka­mi ucie­ka­li, a prze­cież po­win­ni bro­nić kla­sy ro­bot­ni­czej...

W śro­dę w stocz­ni już ape­lo­wa­no, żeby roz­cho­dzić się do do­mów. Dy­rek­tor na­ma­wiał, ko­le­dzy się ła­ma­li, bo ile moż­na się bić.

Wy­szli­śmy wie­czo­rem. Po­sze­dłem do le­ka­rza, do­sta­łem sześć dni zwol­nie­nia i się ulot­ni­łem.

- Ze szpi­ta­la przy pla­cu Ka­szub­skim w Gdy­ni usi­ło­wa­łam do­trzeć do domu na Chy­lo­nię - opo­wia­da­ła o sie­dem­na­stym grud­nia pie­lę­gniar­ka Elż­bie­ta Ko­bal­czyk.

Szła pie­szo, opa­tu­lo­na sza­li­kiem, bo mróz szczy­pał, a au­to­bu­sy nie jeź­dzi­ły. Mi­ja­ła czoł­gi sto­ją­ce na uli­cach. Pew­nie, że się bała - było już ciem­no. Na uli­cy Mor­skiej (wów­czas Czer­wo­nych Ko­sy­nie­rów) przy­sta­wa­ła ze zmę­cze­nia pod skle­pa­mi - już two­rzy­ły się dłu­gie ko­lej­ki i ja­koś raź­niej było wśród lu­dzi. Może wy­da­wać się to dziw­ne, że rano woj­sko i mi­li­cjan­ci strze­la­ją na przy­stan­ku ko­le­jo­wym Gdy­nia Stocz­nia (a po­tem w cen­trum mia­sta jesz­cze z he­li­kop­te­rów walą do tłu­mu), a ci, któ­rzy nie zgi­nę­li, nie byli ran­ni ani po­bi­ci, parę go­dzin póź­niej już w ko­lej­kach przed skle­pa­mi sto­ją, jak­by je­dze­nie było naj­waż­niej­sze.

Tam ma­sa­kra, a tu­taj chleb z mar­ga­ry­ną i mor­ta­de­lą. Sta­li, bo mie­li dzie­ci, a sko­ro par­tia strze­la do ro­bot­ni­ków, to zna­czy, że się gnie­wa, a je­śli się gnie­wa, to może ka­zać ogo­ło­cić skle­py, żeby po­ka­zać, kto tu rzą­dzi. A dzie­ciom trze­ba dać jeść. Taki zresz­tą w PRL był od­ruch: je­śli coś się dzie­je, trze­ba ro­bić za­pa­sy. Więc sto­ją i ci­cho psio­czą na wła­dzę. "Woj­na - mó­wią. - Woj­na".

Ktoś wi­dział za­bi­te­go męż­czy­znę na uli­cy, inny ucie­kał przed he­li­kop­te­ra­mi. Wszy­scy się boją. Wiel­ka, cięż­ka chmu­ra stra­chu wisi nad Gdy­nią i nie po­zwa­la swo­bod­nie od­dy­chać.

Nie wia­do­mo, kto stoi obok, może es­bek prze­bra­ny za zwy­kłe­go oby­wa­te­la, co to z pra­cy wra­ca. Kto go roz­po­zna? A tak po praw­dzie to w tych skle­pach i tak mało co jest: mąka, cu­kier, kar­to­fle, sma­lec, pusz­ki ja­kieś, sal­ce­son, wą­tro­bian­ka. Ale za­wsze coś.

Elż­bie­ta wstą­pi­ła do ap­te­ki po mle­ko w prosz­ku, bo w domu zo­sta­wi­ła rano z bab­cią trzy ma­lut­kie có­recz­ki, a mąż, dys­po­zy­tor w za­rzą­dzie por­tu, za­wia­do­mił ją, że zo­sta­je w pra­cy. Mu­sia­ła więc wra­cać do domu, choć ko­le­żan­ki mia­ły spę­dzić noc w szpi­ta­lu, bo tylu ran­nych było.

Idąc wzdłuż Czer­wo­nych Ko­sy­nie­rów, po­wra­ca my­ślą do dzi­siej­sze­go po­ran­ka, któ­ry wy­da­je się jej tak od­le­gły, jak­by upły­nę­ło kil­ka lat. Wsta­ła jak zwy­kle o wpół do pią­tej, żeby na szó­stą zdą­żyć do szpi­ta­la. Jeź­dzi­ła au­to­bu­sem, ale i ko­lej­ką nie ba­ła­by się je­chać, bo prze­cież wi­ce­pre­mier Ko­cio­łek, czło­wiek od­po­wie­dzial­ny, po­przed­nie­go dnia wy­stą­pił w te­le­wi­zji i za­chę­cał, wręcz pro­sił, by iść do pra­cy. "Bez­piecz­nie jest, spo­koj­nie" - mó­wił. Kto mógł prze­wi­dzieć, że to pu­łap­ka i woj­sko bę­dzie strze­lać do Bogu du­cha win­nych lu­dzi.

Gdy do­tar­ła na od­dział, tam już praw­dzi­wa so­do­ma i go­mo­ra, zwo­żą ran­nych, za­bieg goni za­bieg (a ona jest pie­lę­gniar­ką wła­śnie na blo­ku ope­ra­cyj­nym). Wszy­scy dwo­ją się i tro­ją, mają ręce peł­ne ro­bo­ty. Przed szpi­ta­lem mnó­stwo lu­dzi, idą od stro­ny stocz­ni i krzy­czą: "Służ­ba zdro­wia z nami!".

Le­ka­rze wy­pi­su­ją cho­rych, by zwol­nić miej­sce dla ran­nych. Per­so­nel szpi­ta­la zbie­ra po ap­te­kach ma­te­ria­ły opa­trun­ko­we. Na­wet o do­ku­men­ty nikt nie pyta, tyl­ko na stół kła­dą. Rany po­strza­ło­we w klat­kę pier­sio­wą, prze­strze­lo­ne nogi... Je­den star­szy męż­czy­zna (może miał ze czter­dzie­ści lat) do­stał w rękę. Resz­ta to mło­dzi chłop­cy. Boże dro­gi, le­ka­rze zde­ner­wo­wa­ni, szyb­ko, szyb­ko, ane­ste­zjo­log usy­pia, chi­rurg wkła­da rę­ka­wi­ce, a już na­stęp­ny ran­ny cze­ka. He­li­kop­te­ry krą­żą, tłum pod szpi­ta­lem krzy­czy, mróz szczy­pie, czoł­gi wa­ru­ją...

W sali nu­mer trzy awan­tu­ra, bo ran­ni roz­po­zna­li na jed­nym łóż­ku mi­li­cjan­ta, też ran­ne­go oczy­wi­ście, ale mi­li­cjant to mi­li­cjant, za­tem lecą wy­zwi­ska. Przy­bie­gli le­ka­rze, za­bra­li go do in­nej sali. Po­ło­ży­li go na gi­ne­ko­lo­gii, wśród ro­dzą­cych ko­biet, bo tam naj­bez­piecz­niej.

Ale czło­wiek naj­bar­dziej prze­ży­wa i ser­ce mu naj­moc­niej ści­ska, gdy nie­szczę­ście do­tknie ko­goś bi­skie­go.

Po­go­to­wie przy­wo­zi po­bi­te­go do nie­przy­tom­no­ści chło­pa­ka. Boże dro­gi, prze­cież to syn pie­lę­gniar­ki z uro­lo­gii. Sama go wy­cho­wu­je. Spo­koj­ny chło­piec, szes­na­sto­la­tek. Przy­cho­dził do szpi­ta­la na obia­dy, mama mu je tu­taj wy­ku­pi­ła, więc szedł po szko­le na obiad i koło Pre­zy­dium Rady Na­ro­do­wej w ten tłum się wmie­szał. Mi­li­cjan­ci za­czę­li go bić pał­ka­mi, a on na­wet nie ucie­kał, taki był oszo­ło­mio­ny; nie wie­dział, co się dzie­je. Je­den z sa­ni­ta­riu­szy po­go­to­wia z tej szpi­tal­nej sto­łów­ki go za­pa­mię­tał, wy­rwał z tłu­mu i do ka­ret­ki wrzu­cił. Chło­pak był w strasz­nym sta­nie, a mat­ka, jak go zo­ba­czy­ła...

Tak so­bie opo­wia­da­no po do­mach przy świą­tecz­nym sto­le.

- Zwy­kle Wi­gi­lię spę­dza­li­śmy wspól­nie w na­szym domu - wspo­mi­na ciot­ka Ali­ny, Ewa De­oni­ziak, któ­ra miesz­ka pod la­sem, w cie­niu oliw­skiej ka­te­dry. - Naj­pierw dzie­le­nie się opłat­kiem, tra­dy­cyj­ne po­tra­wy i ko­lę­dy. Ach, jak He­len­ka, żona Tad­ka, pięk­nie śpie­wa­ła! Po­tem pa­ster­ka w ka­te­drze. I zno­wu sia­da­li­śmy do sto­łu, by świę­to­wać moje imie­ni­ny, a na sto­le wę­dli­ny oraz wó­decz­ka. Ale tam­te­go roku chy­ba nie ze­bra­li­śmy się, bo obo­wią­zy­wa­ła go­dzi­na po­li­cyj­na.

Za­raz, za­raz, a może w Wi­gi­lię ją znie­sio­no?

Albo to było w sta­nie wo­jen­nym?

W każ­dym ra­zie na­wet ko­lęd nie chcia­ło się śpie­wać, ani w roku sie­dem­dzie­sią­tym, ani w osiem­dzie­sią­tym pierw­szym.

Czas burzenia

Ko­niec li­sto­pa­da jest chłod­ny i wietrz­ny.

Sie­dzą we dwóch w po­ko­ju ho­te­lo­wym.

- Za­bierz jej syna. To nie bę­dzie trud­ne. Po­mo­że­my ci ze­brać do­wo­dy, że ona lata po la­sach z tym Bo­ru­se­wi­czem. Mu­sisz zło­żyć po­zew do sądu o ode­bra­nie jej praw ro­dzi­ciel­skich - po­wta­rza es­bek, za­cią­ga­jąc się pa­pie­ro­sem.

Zła­pie przy­nę­tę, nie zła­pie, zła­pie, nie zła­pie...

Piotr pa­trzy na męż­czy­znę sie­dzą­ce­go vis-a-vis i być może przy­po­mi­na so­bie ten mo­ment, gdy Ali­na po­wie­dzia­ła mu, że jest w cią­ży.

Nie był go­to­wy na za­ło­że­nie ro­dzi­ny.

Za­wsze po­do­bał się dziew­czy­nom, przy­stoj­ny, dłu­gie blond wło­sy, do­brze ubra­ny. Ali­nę po­znał, gdy była jesz­cze uczen­ni­cą li­ceum. Szyb­ko się w so­bie za­ko­cha­li.

Zna­lazł ja­kieś ogło­sze­nie, że w ko­pal­ni "Mosz­cze­ni­ca" do­brze pła­cą, i wy­je­chał do Ka­to­wic. Ali­na tę­sk­ni­ła. Po­wie­dzia­ła ro­dzi­com, że weź­mie udział w wy­ciecz­ce zor­ga­ni­zo­wa­nej przez stu­dium pie­lę­gniar­skie (bo wte­dy już tam się uczy­ła). Nie chcie­li jej pu­ścić, pew­nie coś po­dej­rze­wa­li. Wy­bie­gła z domu, trza­ska­jąc drzwia­mi. Oj­ciec po­szedł do szko­ły i spra­wa się wy­da­ła. Zro­bił jej awan­tu­rę. A po­tem ta cią­ża... We­zwał Pio­tra na roz­mo­wę i ka­zał się że­nić.

Ali­na wy­glą­da­ła na szczę­śli­wą, ale jej oj­ciec nie lu­bił Pio­tra. Wy­na­ję­li po­kój, lecz Pien­kow­ski co­raz czę­ściej wra­cał do swo­jej mat­ki, i Ali­na mu­sia­ła ra­dzić so­bie z dziec­kiem sama. Któ­re­goś dnia zna­la­zła w kie­sze­ni męża ra­chu­nek z ho­te­lu za dwu­oso­bo­wy po­kój...

- Mu­sisz, kur­wa, ode­brać jej syna - po­wta­rza es­bek, na­chy­la­jąc się do chło­pa­ka i pa­trząc na nie­go jak pa­jąk na mu­chę, któ­rą chce zła­pać w sieć, opleść pa­ję­czy­ną tak moc­no, żeby nie mo­gła zip­nąć.

- Nie mam na nią żad­ne­go wpły­wu. - Ock­nął się z za­my­śle­nia. - Je­dy­nym i nie­pod­wa­żal­nym au­to­ry­te­tem jest dla niej Bo­ru­se­wicz. A gdy się jej sprze­ci­wiam, po­dej­rze­wa mnie o współ­pra­cę z wami. - Krzy­wi się.

Współ­pra­ca - sło­wo klucz. W no­tat­ce służ­bo­wej in­spek­tor ope­ra­cyj­ny Je­rzy Osuch przed­sta­wił swo­im sze­fom plan dzia­ła­nia. Je­śli Pien­kow­ski bę­dzie nadal utrzy­my­wał kon­tak­ty z ele­men­ta­mi an­ty­so­cja­li­stycz­ny­mi, trze­ba go bę­dzie przy­mu­sić do współ­pra­cy. Sta­nie się cen­nym źró­dłem in­for­ma­cji o dzia­ła­czach Wol­nych Związ­ków Za­wo­do­wych, a w szcze­gól­no­ści o Bo­ru­se­wi­czu, Gwieź­dzie, Wa­len­ty­no­wicz. Pro­blem tkwi jed­nak w tym, że on chce się wy­co­fać. "Chce czy tyl­ko uda­je, że­bym się od­cze­pił?" - za­sta­na­wia się Osuch.

Ali­na Pien­kow­ska z Se­ba­stia­nem. Es­bek na­ma­wiał Krzysz­to­fa Pien­kow­skie­go, by za­brał jej syna. Fot. z pry­wat­ne­go ar­chi­wum An­drze­ja Ko­ło­dzie­ja

- To na­sza ostat­nia roz­mo­wa - po­wta­rza Pien­kow­ski i my­śli o tym, czy jego bra­tu uda­ło się wy­nieść z domu ma­try­ce i far­by (ra­zem dru­ko­wa­li bi­bu­łę dla ROP­CiO1).

Osuch jest przy­go­to­wa­ny i na ta­kie roz­wią­za­nie. Je­śli Pien­kow­ski istot­nie się wy­co­fa, spró­bu­je wy­ko­rzy­stać go do ośmie­sze­nia śro­do­wi­ska ele­men­tów an­ty­so­cja­li­stycz­nych.

Zmu­si do na­pi­sa­nia li­stu do li­de­rów opo­zy­cji w War­sza­wie, w któ­rym Pien­kow­ski przed­sta­wi praw­dzi­we ob­li­cze czo­ło­wych dzia­ła­czy z Trój­mia­sta, a winą za roz­bi­cie swo­je­go mał­żeń­stwa obar­czy Bog­da­na Bo­ru­se­wi­cza. Po­pro­si o opu­bli­ko­wa­nie li­stu w pra­sie pod­ziem­nej. Je­śli od­mó­wią, za­gro­zi skie­ro­wa­niem no­tat­ki do "Try­bu­ny Ludu" lub "Ży­cia War­sza­wy".

I wresz­cie spra­wa naj­waż­niej­sza.

Po­nie­waż Pien­kow­ski zda­je so­bie spra­wę, że nie jest w sta­nie ura­to­wać swo­je­go mał­żeń­stwa, na roz­pra­wie roz­wo­do­wej za­żą­da po­zba­wie­nia żony praw ro­dzi­ciel­skich. Uza­sad­ni to tym, że za­nie­dbu­je syna Se­ba­stia­na i wy­cho­wu­je go nie­zgod­nie z so­cja­li­stycz­ny­mi za­sa­da­mi współ­ży­cia.

"Zro­bić by­łej żo­nie na złość, jaka to sa­tys­fak­cja - my­śli pew­nie Osuch, któ­ry zna na­tu­rę ludz­ką od naj­gor­szej stro­ny. - Mało kto się temu oprze".

Frag­men­ty es­bec­kich no­ta­tek prze­glą­dam w czy­tel­ni In­sty­tu­tu Pa­mię­ci Na­ro­do­wej w Gdań­sku. Od­na­le­zio­no wo­rek do­ku­men­tów prze­zna­czo­nych na ma­ku­la­tu­rę, a wśród nich mię­dzy in­ny­mi ten plan. Pró­bu­ję wy­obra­zić so­bie tam­to po­po­łu­dnie, któ­re mo­gło cał­kiem zmie­nić ży­cie dwoj­ga lu­dzi i ich dziec­ka.

Ka­pi­tan Frącz­kow­ski, kie­row­nik Sek­cji VI Wy­dzia­łu IIIA, do­pi­sał od­ręcz­nie pod no­tat­ką pod­po­rucz­ni­ka Osu­cha: "W trak­cie roz­mo­wy z Pio­trem Pien­kow­skim na­le­ży pro­blem jego współ­pra­cy roz­strzy­gnąć jed­no­znacz­nie".

Se­ba­stian Pien­kow­ski uro­dził się w 1974 roku. ? Bog­dan Bo­ru­se­wicz

"Jed­no­znacz­nie"! Pa­jąk de­ner­wu­je się, bo mu­cha usi­łu­je się wy­rwać, wy­krę­cić, od­le­cieć, ale zno­wu wpa­da w pa­ję­czy­nę, któ­rą chy­trze roz­po­starł tro­chę da­lej, i zno­wu się szar­pie, ma­cha skrzy­deł­ka­mi... a on pa­trzy, jak się mio­ta.

- No, to jak? - pyta Osuch pod­czas na­stęp­ne­go spo­tka­nia.

- Nie tra­fia­ją do mnie po­glą­dy tych lu­dzi. Mię­dzy mną a Gwiaz­dą wy­wią­za­ła się ostra wy­mia­na zdań. Tyl­ko dzię­ki in­ter­wen­cji jego żony nie do­szło do rę­ko­czy­nów.

- Prze­cież wio­złeś do El­blą­ga ma­try­cę z tek­stem ode­zwy "Do stocz­niow­ców", stam­tąd za­bra­łeś dwa­dzie­ścia sie­dem ryz pa­pie­ru for­ma­tu A3.

- Ule­głem na­mo­wom żony. Ale mam tego dość! Dość! Ta opo­zy­cja to dzie­ci­na­da... - usi­łu­je prze­chy­trzyć es­be­ka.

- Za­sta­nów się i za­dzwoń. Daję ci ty­dzień. - Osuch gasi pa­pie­ro­sa.

Piotr wy­bie­ga z ho­te­lu, klnąc w du­chu.

Tak to mo­gło wy­glą­dać.

Czas budowania

Gru­zy, gru­zy, gru­zy. Co mia­ło się spa­lić, ze­tla­ło do szczę­tu. Nic, tyl­ko szkie­le­ty do­mów, po­ła­ma­ne jak za­pał­ki wie­że ko­ścio­łów, ścież­ki wśród ruin.

Tak wy­glą­da­ło Głów­ne Mia­sto, gdy Ta­de­usz Pa­bi­jan przy­je­chał do Gdań­ska w po­szu­ki­wa­niu pra­cy.

Przy­je­chał z Ło­nio­wej. To wieś roz­rzu­co­na wśród pa­gór­ków mię­dzy Boch­nią a Brze­skiem. Pa­bi­ja­no­wie czu­li się gó­ra­la­mi, choć ka­pe­lu­sze i ciu­pa­gi no­si­li tyl­ko od świę­ta.

Drew­nia­ny, kry­ty gon­tem dom Ma­te­usza Pa­bi­ja­na stał przy sa­mej dro­dze, obok sto­lar­nia, za­gro­da dla krów­ki, chle­wik, sad i mała ki­szecz­ka pola. Przed do­mem ław­ka, na któ­rej grza­li się w słoń­cu. Ale w cha­cie cie­pła bra­ko­wa­ło, mi­ło­ści ro­dzin­nej tyle co nic, a dzie­ci kupa. Mat­ka Ta­de­usza zmar­ła, gdy był mały, a oj­ciec oże­nił się po raz ko­lej­ny, trze­ci z rzę­du. Ma­co­cha wnio­sła w po­sa­gu cór­kę, a wkrót­ce uro­dzi­ła na­stęp­ne dzie­ci. Nie lu­bi­ła pa­sier­bów, a zwłasz­cza naj­młod­sze­go, pię­cio­let­nie­go Tad­ka.

Ma­te­usz był sto­la­rzem. Jak pra­co­wał, to pra­co­wał; jak pił, to pił; jak po­li­ty­ko­wał, to po­li­ty­ko­wał. Dzia­łał w PSL-u, znał Wi­to­sa. Sta­le w dro­dze, Mo­ści­ce, Rop­czy­ce, Dę­bi­ca, Wierz­cho­sła­wi­ce. Miał wzię­cie, bo spraw­nie sta­wiał domy i ko­ścio­ły, więc na­wet nie wie­dział, że ma­co­cha bije i wy­zy­wa ma­łe­go, że jeść mu nie daje i do ro­bo­ty goni, że od­mro­ził pal­ce u nóg, bo w zi­mie bez bu­tów cho­dził. Wresz­cie od­da­ła ośmio­lat­ka do są­sia­dów na służ­bę, za­do­wo­lo­na, że się go po­zby­ła.

Po woj­nie mło­dzi za­czę­li wy­jeż­dżać ze wsi.

Je­cha­li, gdzie oczy po­nio­są, byle da­lej od bie­dy, prze­waż­nie na Zie­mie Od­zy­ska­ne, bo tam mia­ła być ro­bo­ta i po­nie­miec­kie miesz­ka­nia sta­ły pu­ste. Szwa­gier Ta­de­usza po­je­chał do Gdań­ska, zna­lazł pra­cę w stocz­ni, któ­ra wchła­nia­ła wszyst­kich męż­czyzn chęt­nych do pra­cy (cię­li wy­do­by­te z wody wra­ki nie­miec­kich okrę­tów). Za­chę­cał swo­ich, żeby przy­jeż­dża­li. Miesz­ka­li na kwa­te­rach, bo pu­stych miesz­kań już nie było. Star­si pil­no­wa­li młod­szych, by nie pili za dużo i w złe to­wa­rzy­stwo nie wpa­dli, a za­ro­bio­nych pie­nię­dzy nie wy­da­wa­li na byle co.

Dom dziad­ka Ali­ny w Ło­nio­wej. Na ła­wecz­ce - Ma­te­usz Pa­bi­jan z ro­dzi­ną. ? Ewa De­oni­ziak

Po­je­chał i Ta­de­usz.

Za­miesz­kał na Po­hu­lan­ce. Kwa­te­ry stocz­niow­ców były nie­ogrze­wa­ne, wy­gód­ka na po­dwó­rzu, lo­do­wa­ta woda w kra­nie.

Tuż obok, na pla­cu, w lip­cu 1946 roku po­wie­szo­no je­de­na­stu opraw­ców z Kon­zen­tra­tion­sla­ger Stut­thof. W fa­bry­kach i biu­rach spe­cjal­nie skró­co­no czas pra­cy, by chęt­ni mo­gli zo­ba­czyć eg­ze­ku­cję. Ze­brał się tłum, bo lu­dzie byli prze­ko­na­ni, że to spra­wie­dli­wa od­pła­ta za wszyst­kie zbrod­nie, ja­kich Niem­cy się do­pu­ści­li. Po wy­ko­na­niu wy­ro­ku nie­któ­rzy za­bie­ra­li ka­wał­ki szu­bie­nicz­ne­go sznu­ra, któ­ry miał ja­ko­by przy­nieść szczę­ście.

Ta­de­usz nie wi­dział eg­ze­ku­cji, bo przy­je­chał tro­chę póź­niej, ale jesz­cze o tym roz­ma­wia­no. Woj­na w lu­dziach jesz­cze tkwi­ła, zry­wa­li się w nocy z krzy­kiem. Każ­dy swo­je prze­żył, i tu­tej­si, i przy­jezd­ni, ale nie li­cy­to­wa­li się, nie opo­wia­da­li so­bie o tych okrop­no­ściach. Nie ufa­li so­bie; żyli obok, a nie ra­zem. Jed­nak za­rów­no jed­ni, jak i dru­dzy rwa­li się do no­we­go ży­cia. Chłop­cy oglą­da­li się za dziew­czy­na­mi, któ­re spa­ce­ro­wa­ły po zglisz­czach w po­wiew­nych su­kien­kach. W nie­dziel­ne po­ran­ki le­że­li na pla­ży i przy­glą­da­li się, jak pan­ny mo­czy­ły nogi w Bał­ty­ku. W bie­liź­nie, bo ko­stiu­mów ką­pie­lo­wych jesz­cze nie moż­na było ku­pić. Zresz­tą któ­ra z nich mia­ła pie­nią­dze na ta­kie fa­na­be­rie?

Po żony je­cha­li w swo­je stro­ny.

Ta­de­usz przy­wiózł na­rze­czo­ną z Ło­nio­wej, a wła­ści­wie z Kra­ko­wa, bo He­len­ka Boj­do - choć z dość za­moż­nej ro­dzi­ny - tak­że chcia­ła wy­rwać się ze wsi i już wcze­śniej po­je­cha­ła do mia­sta. Ślub od­był się w ko­ście­le pod we­zwa­niem Świę­te­go Flo­ria­na. Po la­tach He­le­na lu­bi­ła opo­wia­dać, że udzie­lał go mło­dy ksiądz Ka­rol Woj­ty­ła. Na pew­no? No, pra­wie na pew­no, bo w tych la­tach był wi­ka­rym.

Ali­na Pa­bi­jan uro­dzi­ła się w stycz­niu 1952 roku.

W lu­tym w "Dzien­ni­ku Bał­tyc­kim" uka­zał się ar­ty­kuł Jesz­cze jed­no nowe osie­dle dla lu­dzi pra­cy z Trój­mia­sta. Dzien­ni­karz pi­sał:

Co­raz szyb­ciej zni­ka­ją z na­szych ulic gru­zy, a na ich miej­sce ro­sną nowe domy miesz­kal­ne ze wszyst­ki­mi no­wo­cze­sny­mi urzą­dze­nia­mi i wy­go­da­mi. Co­raz wię­cej ro­dzin miesz­ka w ja­snych i cie­płych miesz­ka­niach. [...] w tym roku za­cznie się bu­do­wę no­we­go osie­dla o bu­dyn­kach ty­po­wych przy alei Woj­ska Pol­skie­go we Wrzesz­czu. Domy miesz­kal­ne trzy- i czte­ro­kon­dy­gna­cyj­ne, miesz­ka­nia - dwu- i trzy­po­ko­jo­we.

Przy kwa­dra­to­wym pla­cu prze­wi­dzia­na jest bu­do­wa du­że­go domu z pod­cie­nia­mi, w któ­rym mie­ścić się będą skle­py i punk­ty usłu­go­we: dro­ge­ria, sklep tek­styl­ny i spo­żyw­czy, na­biał, księ­gar­nia, fi­lia pocz­ty. [...] Bę­dzie szko­ła, przed­szko­le, żło­bek i klub ro­bot­ni­czy.

Po woj­nie było tu za­le­d­wie kil­ka ulic, na roz­le­głych łą­kach pa­sły się kro­wy, tyl­ko przy alei Woj­ska Pol­skie­go, zwa­nej w Wol­nym Mie­ście - Frie­drich Al­lee, pysz­ni­ły się dłu­gie ka­mie­ni­ce z czer­wo­ny­mi da­cha­mi, któ­re w la­tach czter­dzie­stych Niem­cy bu­do­wa­li dla ofi­ce­rów z po­bli­skich ko­szar. Ofi­ce­ro­wie nie zdą­ży­li się wpro­wa­dzić: po 1945 roku za­miesz­ka­li tu Po­la­cy, głów­nie pra­cow­ni­cy Po­li­tech­ni­ki Gdań­skiej, wśród nich lwo­wia­nin, Sta­ni­sław Hu­ec­kel, pro­fe­sor i rek­tor. Pań­stwo Hu­ec­ke­lo­wie mie­li go­spo­się gdańsz­czan­kę. Na­st­ka Kra­skow­ska była Po­lką i wcze­śniej pro­wa­dzi­ła dom bo­ga­te­mu Niem­co­wi o na­zwi­sku Küschel, któ­re­go wspo­mi­na Grass w Bla­sza­nym bę­ben­ku.

U Küschla by­wał sam gau­le­iter For­ster. Gdy Na­st­ka otwie­ra­ła mu drzwi, py­tał, zdej­mu­jąc płaszcz:

- Gdzie mogę się po­wie­sić?

- Wszyst­ko jed­no gdzie, ale nie­dłu­go trze­ba bę­dzie to zro­bić - mru­cza­ła, od­bie­ra­jąc pal­to i my­śląc o więź­niach Stut­tho­fu, dla któ­rych - wraz z pa­nia­mi ze Sto­wa­rzy­sze­nia Świę­tej Zyty - przy­go­to­wy­wa­ła pacz­ki.

Przy uli­cy For­nal­skiej (wcze­śniej Wi­to­sa) przy­dział na miesz­ka­nie otrzy­mał in­ży­nier Mru­gal­ski. Przy­je­chał tu z War­sza­wy z żoną i dzieć­mi. Dom na­le­żał do pana Nowc­ka, Po­la­ka spod Iła­wy, któ­ry w Wol­nym Mie­ście Gdań­sku pra­co­wał w PKP. Wła­ści­ciel zaj­mo­wał te­raz pod­da­sze, Mru­gal­scy par­ter.

Syn pana Nowc­ka uciekł przed Ar­mią Czer­wo­ną, bo był funk­cjo­na­riu­szem SD2. Zo­stał po nim tyl­ko mun­dur.

- Ma­te­riał jest pierw­szo­rzęd­ny, szko­da żeby go mole zja­dły - prze­ko­ny­wał pa­nią Mru­gal­ską No­weck se­nior (któ­ry nig­dzie nie uciekł, bo nie miał do­kąd). Pani Mru­gal­ska prze­far­bo­wa­ła mun­dur na gra­na­to­wo, a kraw­co­wa, któ­ra co ja­kiś czas spro­wa­dza­ła się do nich na ty­dzień i ob­szy­wa­ła całą ro­dzi­nę, prze­ro­bi­ła mun­dur na ubra­nie dla Piotr­ka.

Nie­opo­dal za­miesz­kał pan An­to­ni Ber­no­lak, na­uczy­ciel śpie­wu, z ro­dzi­ną. Jego sy­no­wie, Wie­siek i Zby­szek, po la­tach za­sły­ną jako mu­zy­cy ze­spo­łów Czer­wo­no-Czar­ni i Nie­bie­sko-Czar­ni.

Ra­zem z dzieć­mi, któ­rych ro­dzi­ce przy­by­li tu z Kre­sów i spa­lo­nej pod­czas po­wsta­nia sto­li­cy, do szko­ły cho­dzi­li: Die­ter, Re­in­hard, Wol­fgang, Gre­ta. Die­ter miesz­kał z dziad­kiem w wo­zie, ta­kim sa­mym jak Drzy­ma­ła, o któ­rym uczo­no ich w szko­le. Dzia­dek usta­wił wóz w ogro­dzie swo­je­go domu, z któ­re­go zo­stał wy­kwa­te­ro­wa­ny. La­tem było tam faj­nie, ale zimą...

Oj­ciec jed­ne­go z chłop­ców o pol­skim imie­niu prze­bie­rał się po po­wro­cie z pra­cy w mun­dur z cza­sów woj­ny, na rę­kaw wcią­gał bia­ło-czer­wo­ną opa­skę i z do­mów ro­dzi­ców Wol­fgan­gów i Re­in­har­dów za­bie­rał rze­czy, któ­re były mu po­trzeb­ne. Gdy już urzą­dził miesz­ka­nie, sta­rał się żyć z są­sia­da­mi w zgo­dzie.

W szko­le na po­le­ce­nie władz oświa­to­wych spraw­dza­no, kto jest au­to­chto­nem, za­da­jąc dzie­ciom pod­chwy­tli­we py­ta­nie: "Czy w two­im domu mówi się po nie­miec­ku?". Pio­trek Mru­gal­ski po­twier­dził, bo jego ro­dzi­ce, choć po­cho­dzi­li z cen­tral­nej Pol­ski, zna­li nie­miec­ki i uży­wa­li go cza­sem, gdy nie chcie­li, by dzie­ci ro­zu­mia­ły, o czym mó­wią.

Ta­de­usz Pa­bi­jan do­stał miesz­ka­nie wła­śnie w tych stocz­nio­wych blo­kach, któ­re wła­dza lu­do­wa zbu­do­wa­ła w la­tach pięć­dzie­sią­tych obok po­nie­miec­kich dom­ków i ka­mie­nic.

"Małe miesz­kan­ko na Ma­riensz­ta­cie / to moje szczę­ście, to moje sny, / małe miesz­kan­ko na Ma­riensz­ta­cie, / a w tym miesz­kan­ku przy­pu­ść­my my", śpie­wa­ła Li­dia Kor­sa­ków­na, a Pa­bi­ja­no­wie w takt pły­ną­cej z ra­dia me­lo­dii usta­wia­li me­ble i wie­sza­li fi­ran­ki. Tak, to była wiel­ka ra­dość, wła­sne lo­kum ozna­cza­ło, że już się w Gdań­sku za­ko­twi­czy­li, zna­leź­li swo­je miej­sce na zie­mi. Tu będą ro­sły ich dzie­ci: Alin­ka, Ro­mek, Jan­ka i Ja­cek.

- Tato mu­siał nas wszyst­kich utrzy­mać, ale że ro­bił też róż­ne fu­chy, na­pra­wiał na osie­dlu hy­drau­li­kę i ku­chen­ki, chy­ba nie­źle za­ra­biał. Uwa­żał, że musi co naj­mniej raz na kwar­tał ku­pić ma­mie nową su­kien­kę. Je­cha­li wte­dy ra­zem do PDT-u we Wrzesz­czu i wra­ca­li z no­wym ciu­chem - opo­wia­da­ła mi kie­dyś Ali­na. - Grał też na­mięt­nie w toto-lot­ka i czę­sto wy­gry­wał, wpraw­dzie nie­du­że sumy, ale jed­nak były to do­dat­ko­we pie­nią­dze.

Ro­man, któ­ry dziś miesz­ka w So­po­cie vis-a-vis pre­mie­ra Tu­ska, wspo­mi­na, że na po­dwór­ku mię­dzy blo­ka­mi kłę­bi­ła się dzie­ciar­nia, krzy­ki nio­sły się pod nie­bo, mat­ki wy­chy­la­ły się z okien, usi­łu­jąc się prze­bić przez po­dwór­ko­wy rwe­tes: "Ro­mek, na obiad!" czy "Ja­cek, ile razy mam wo­łać?!". W każ­dej stocz­nio­wej ro­dzi­nie było co naj­mniej tro­je dzie­ci. W klat­ce scho­do­wej z nu­me­rem osiem, w któ­rej miesz­ka­li Pa­bi­ja­no­wie, było ich ze dwa­dzie­ścio­ro. Nie­mal o każ­dej po­rze dnia moż­na było wy­biec przed dom i wpaść w wir za­ba­wy, za­wsze ktoś ko­pał pił­kę, ktoś - jak Ja­nek Kos z Czte­rech pan­cer­nych - wal­czył z Niem­ca­mi, ktoś inny darł się: "Pał­ka, za­pał­ka, dwa kije, kto się nie scho­wa...".

Osob­no ba­wi­ły się dzie­ci stocz­niow­ców, osob­no woj­sko­wych, któ­rzy zaj­mo­wa­li miesz­ka­nia w są­sied­nim blo­ku, usta­wio­nym pro­sto­pa­dle do stocz­nio­we­go. Z chłop­ca­mi z blo­ku woj­sko­we­go bili się od cza­su do cza­su, ale wo­le­li woj­ny we wła­snym gro­nie. Jolę Kon­ty i jej sio­stry zna­li tyl­ko z wi­dze­nia.

O Joli zro­bi­ło się gło­śno, gdy jej mąż, Alek­san­der Kwa­śniew­ski, zo­stał pre­zy­den­tem. Wpraw­dzie ko­much, ale jed­nak pre­zy­dent, więc za­czę­li za­sta­na­wiać się, kto cho­dził z Jolą do kla­sy?

Ko­le­żan­ki z Li­ceum Ogól­no­kształ­cą­ce­go nr 9 przy uli­cy Mar­ce­le­go No­wot­ki oczy­wi­ście ją pa­mię­ta­ły. Przy­po­mi­na­ły, że do­brze się uczy­ła i była za­ko­cha­na w Mi­cha­le z tej sa­mej kla­sy. Ochrzci­ła się na­wet dla nie­go, bo jego ro­dzi­ce nie wy­obra­ża­li so­bie, że dziew­czy­na syna może być nie­wie­rzą­ca.

Prze­szła za­tem ze stro­ny woj­sko­wej na stocz­nio­wą. Przy­najm­niej na ja­kiś czas.

To­masz Be­dyń­ski, któ­ry cho­dził z Alin­ką Pa­bi­jan do tej sa­mej kla­sy, przy­po­mi­na so­bie epi­zod zwią­za­ny z orę­dziem bi­sku­pów pol­skich do bi­sku­pów nie­miec­kich.

W grud­niu 1965 roku w "Try­bu­nie Ludu" uka­za­ła się in­ter­pre­ta­cja li­stu, w któ­rym pa­dły pa­mięt­ne sło­wa: "Prze­ba­cza­my i pro­si­my o prze­ba­cze­nie". Wła­dze za­rzu­ci­ły bi­sku­pom zdra­dę. Ko­mi­tet Cen­tral­ny PZPR stwier­dził, że bi­sku­pi sfał­szo­wa­li hi­sto­rię.

"Try­bu­na Ludu" grzmia­ła w nie­pod­pi­sa­nym tek­ście:

Pol­scy bi­sku­pi, przyj­mu­jąc żyw­cem od re­wi­zjo­ni­stów za­chod­nio­nie­miec­kich ter­mi­no­lo­gię "pocz­dam­skich ob­sza­rów za­chod­nich" i po­da­jąc na srebr­nej tacy wspa­nia­ły żer dla naj­bar­dziej an­ty­pol­skich i od­we­to­wych kół w Niem­czech Za­chod­nich, dzia­ła­li wbrew pol­skim in­te­re­som na­ro­do­wym. [...] Cze­mu i komu mo­gła słu­żyć tak ele­men­tar­na igno­ran­cja po­li­tycz­na i brak po­czu­cia od­po­wie­dzial­no­ści, naj­le­piej świad­czy spo­sób in­ter­pre­to­wa­nia Orę­dzia bi­sku­pów pol­skich przez boń­ską pro­pa­gan­dę  pra­sę [...]

W kla­sie VIA na­uczy­ciel­ka hi­sto­rii po­świę­ci­ła temu te­ma­to­wi osob­ną lek­cję.

Naj­lep­szy uczeń, To­mek Be­dyń­ski, wstał i po­wie­dział, że to, co pi­sze "Try­bu­na", jest nie­praw­dą.

Na­uczy­ciel­ka za­nie­mó­wi­ła, a za­tka­ło ją jesz­cze bar­dziej, gdy chłop­ca po­par­ła Alin­ka Pa­bi­jan, uczen­ni­ca czwór­ko­wa, spo­koj­na, a na­wet nie­śmia­ła.

To­mek po­cho­dził z domu, w któ­rym do­mi­no­wa­ły po­glą­dy opo­zy­cyj­ne, ro­dzi­ce nie kry­li swo­ich za­pa­try­wań po­li­tycz­nych przed sy­nem, choć o tym, że jego oj­ciec był ofi­ce­rem wy­wia­du Ar­mii Kra­jo­wej i kil­ka lat prze­sie­dział w pe­ere­low­skich wię­zie­niach, jesz­cze wte­dy nie wie­dział, bo dzie­ciom się ta­kich rze­czy nie mó­wi­ło.

Do Tom­ka i Alin­ki przy­łą­czy­ło się jesz­cze kil­ko­ro uczniów, zro­bił się skan­dal. Przez ka­te­chet­kę, któ­rą ucznio­wie po­pro­si­li o ory­gi­nal­ny tekst orę­dzia, spra­wa do­tar­ła do bi­sku­pa Kacz­mar­ka.

Za­pro­sił ich do sie­bie, ale nie bar­dzo wie­dział, co ro­bić z trzy­na­sto­lat­ka­mi, któ­re wmie­sza­ły się w po­li­ty­kę. Po­wie­dział nie­pew­nie:

- Do­brze, że da­li­ście świa­dec­two, ale pa­mię­taj­cie, że mogą was wy­rzu­cić ze szko­ły. Nie cią­gnij­cie te­ma­tu, bo za­szko­dzi­cie ro­dzi­com...

Nie­mniej jed­nak dał im tekst orę­dzia, a oni po­ka­za­li go hi­sto­rycz­ce. Była wście­kła.

Gdy więc Be­dyń­ski usły­szał po straj­ku w stocz­ni w 1980 roku, że Ali­na, już wte­dy Pien­kow­ska, była jego waż­ną uczest­nicz­ką i sy­gna­ta­riusz­ką Po­ro­zu­mień Sierp­nio­wych, wca­le się nie zdzi­wił.

- W domu za­wsze się mó­wi­ło, że Alin­ka tę pa­sję po­li­tycz­ną odzie­dzi­czy­ła po dziad­ku - przy­zna­je ciot­ka Ewa De­oni­ziak. - Oprócz niej nikt w ro­dzi­nie nie in­te­re­so­wał się po­li­ty­ką.

Kres ży­cia dziad­ka Ma­te­usza też był po­nie­kąd po­li­tycz­ny. Spadł ze scho­dów, wy­cho­dząc z ze­bra­nia Zjed­no­czo­ne­go Stron­nic­twa Lu­do­we­go.

Uczen­ni­ca. Li­ceum, do któ­re­go cho­dzi­ła Alin­ka Pa­bi­jan opi­sał Pa­weł Hu­el­le w po­wie­ści We­iser Da­wi­dek. Fot. z ar­chi­wum do­mo­we­go

W po­wie­ści We­iser Da­wi­dek Pa­weł Hu­el­le opi­sał wła­śnie to li­ceum, w któ­rym uczy­li się Alin­ka Pa­bi­jan, Jola Kon­ty i To­mek Be­dyń­ski.

Nie­opo­dal szu­mi ten sam las, wzno­si się ta sama bu­ko­wa gór­ka, jest ten sam na­syp ko­le­jo­wy, po któ­rym pę­dził po­cią­giem wid­mo Da­wi­dek (a nie­ba­wem ru­szy nowa ko­lej me­tro­po­li­tal­na), to samo kino "Tram­wa­jarz", do któ­re­go cho­dzi­li na po­ran­ki, i ten sam pa­łac Scho­pen­hau­erów, za­mie­nio­ny na dom po­praw­czy. Nie­da­le­ko pa­ła­cu, po prze­ciw­nej stro­nie uli­cy Po­lan­ki, gdzie miesz­ka te­raz Lech Wa­łę­sa, za­trzy­mu­ją się au­to­ka­ry z tu­ry­sta­mi, któ­rzy chcą obej­rzeć po­sia­dłość sław­ne­go elek­try­ka. To tam od lat dzie­więć­dzie­sią­tych od­by­wa­ły się słyn­ne przy­ję­cia imie­ni­no­we, w któ­rych uczest­ni­czy­li tak­że Ali­na i Bog­dan Bo­ru­se­wi­czo­wie, choć ich sto­sun­ki z Wa­łę­są były raz lep­sze, raz gor­sze.

O stocz­nio­wym osie­dlu Hu­el­le pi­sze tak:

Na po­dwór­ku pani Ko­rot­ko­wa roz­wie­sza­ła bie­li­znę, wie­dzie­li­śmy, że jej mąż pra­cu­ją­cy w stocz­ni wró­ci tego po­po­łu­dnia pi­ja­ny w sztok, bo to dzień wy­pła­ty. Po­dob­nie zresz­tą jak nasi oj­co­wie, któ­rzy w więk­szo­ści pra­co­wa­li w stocz­ni i w więk­szo­ści w dzień wy­pła­ty wra­ca­li pi­ja­ni do swo­ich żon, a na­szych ma­tek, któ­re zresz­tą jak pani Ko­rot­ko­wa za­ła­my­wa­ły ręce, ro­bi­ły awan­tu­ry i tak samo jak ona zno­si­ły przed ob­li­cze Pana Boga swo­je utra­pie­nia i nie­szczę­ścia.

Pili stocz­niow­cy, pili woj­sko­wi.

Ja­necz­ka Mań­ko, któ­ra tak­że spę­dzi­ła tu dzie­ciń­stwo, opo­wia­da mi, że w grud­niu 1970 roku je­den z ofi­ce­rów, za­ta­cza­jąc się, wy­biegł przed dom i krzy­czał, wy­ma­chu­jąc pi­sto­le­tem:

- Spa­li­li­ście ko­mi­tet! Co za ho­ło­ta! Trze­ba z wami zro­bić po­rzą­dek raz na za­wsze!

Sto­sun­ki blo­ku woj­sko­we­go z blo­kiem stocz­nio­wym zo­sta­ły ze­rwa­ne nie­odwo­łal­nie.

Stocz­niow­cy, na­wet je­śli nie po­szli pod Ko­mi­tet Wo­je­wódz­ki, po­pie­ra­li tych, któ­rzy wal­czy­li, choć nie­któ­rzy mie­li wąt­pli­wo­ści, bo wie­le za­wdzię­cza­li Pol­sce Lu­do­wej. (W koń­cu dała im miesz­ka­nia, pra­cę, bez­płat­ne szko­ły dla dzie­ci, kar­to­fle na zimę oraz wcza­sy pra­cow­ni­cze od cza­su do cza­su.) Ci uwa­ża­li, że le­piej be­stii nie draż­nić, ci­cho sie­dzieć i - jak by po­wie­dział Kan­dyd - upra­wiać swój ogró­dek.

W roku 1970 świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia były smut­ne. W stocz­nio­wych blo­kach szep­tem opo­wia­da­no o tym, co dzia­ło się pod ko­mi­te­tem w Gdań­sku, co na przy­stan­ku Gdy­nia Stocz­nia, co przed gdyń­skim Pre­zy­dium Miej­skiej Rady Na­ro­do­wej, bo każ­dy prze­cież coś wi­dział, coś sły­szał i chciał się z in­ny­mi swo­ją wie­dzą po­dzie­lić.

Czas sadzenia

Otwo­rzył drzwi. Na klat­ce scho­do­wej sta­ła dziew­czy­na. Wy­glą­da­ła na li­ce­alist­kę.

- Przy­szłam do Bog­da­na Bo­ru­se­wi­cza. - Uśmiech­nę­ła się nie­śmia­ło i wy­cią­gnę­ła do­wód oso­bi­sty. - Na­zy­wam się Ali­na Pien­kow­ska...

- Go­ści nie le­gi­ty­mu­ję - za­pro­te­sto­wał zdu­mio­ny. Wła­śnie tłu­ma­czył kil­ku stu­den­tom po­li­tech­ni­ki, czym był pakt Rib­ben­trop-Mo­ło­tow, a oni, pa­trząc na spe­szo­ną dziew­czy­nę, ro­ze­śmia­li się. "No nie - po­my­ślał - nie­dłu­go przed­szko­la­ki będą chcia­ły czy­tać "Ro­bot­ni­ka"". Ale gdy się do­wie­dział, że pra­cu­je w szpi­ta­lu stocz­nio­wym, od razu za­czął trak­to­wać ją po­waż­nie.

"Zna­ko­mi­te miej­sce - po­my­ślał. - Do­stęp do ca­łej stocz­ni!"

Za­pro­sił ją na na­stęp­ne spo­tka­nie.

Przy­szła w czer­wo­nej su­kien­ce i czer­wo­nych szpil­kach.

Do lasu w szpil­kach?

Nie wie­dzia­ła, że będą roz­ma­wiać w le­sie (w domu Bog­da­na był pod­słuch). W bu­tach na wy­so­kich ob­ca­sach z tru­dem wspi­na­ła się na oliw­skie wzgó­rze zwa­ne Pa­choł­kiem. A tę su­kien­kę es­be­cy mo­gli zo­ba­czyć z da­le­ka.

Był zły.

Skąd mia­ła te ele­ganc­kie szpil­ki?

Do Man­che­ste­ru, do stry­ja Ka­zi­mie­rza Pa­bi­ja­na, po­je­cha­ła na wa­ka­cje z ma­łym Se­ba­stia­nem.

Stryj, wy­wie­zio­ny pod­czas oku­pa­cji nie­miec­kiej na ro­bo­ty, prze­do­stał się do ge­ne­ra­ła An­der­sa do Włoch i ra­zem z II Kor­pu­sem tra­fił do An­glii. Był zde­cy­do­wa­nym an­ty­ko­mu­ni­stą i z miej­sca za­czął ją in­dok­try­no­wać. Dał do czy­ta­nia wy­daw­nic­twa emi­gra­cyj­ne z "Ze­szy­ta­mi Hi­sto­rycz­ny­mi" pa­ry­skiej "Kul­tu­ry" na cze­le.

Wte­dy po raz pierw­szy do­wie­dzia­ła się o lo­sie pol­skich ofi­ce­rów w Ka­ty­niu i nie mo­gła uwie­rzyć, że taka tra­ge­dia może być w kra­ju cał­ko­wi­cie prze­mil­cza­na. Dla­cze­go na­uczy­ciel­ka hi­sto­rii w li­ceum nie wspo­mnia­ła o tym ani sło­wem? Stryj miał na to go­to­wą od­po­wiedź: "Bo Pol­ska nie jest wol­nym kra­jem".

Po­szła z nim na ze­bra­nie po­lo­nij­ne. Mó­wio­no o Ko­mi­te­cie Obro­ny Ro­bot­ni­ków. Je­den z obec­nych sko­men­to­wał: "Żad­na opo­zy­cja nie po­mo­że, bo Po­la­kom po pro­stu nie chce się pra­co­wać!".

Wsta­ła wzbu­rzo­na, jak nie­gdyś na lek­cji, gdy oma­wia­no orę­dzie bi­sku­pów.

- Co wy wie­cie o sys­te­mie to­ta­li­tar­nym?

Opo­wie­dzia­ła o roku 1970, o straj­kach, o strze­la­niu do ro­bot­ni­ków, o re­pre­sjach, o po­grze­bach, któ­re od­by­wa­ły się no­ca­mi, o lu­dziach pierw­szej i dru­giej ka­te­go­rii.

W jed­nej z ga­zet po­lo­nij­nych zna­la­zła ad­res Bog­da­na Bo­ru­se­wi­cza, człon­ka KOR3 i współ­za­ło­ży­cie­la WZZ z Gdań­ska.

- Ale szcze­rze mó­wiąc - wspo­mi­na Krzysz­tof Pien­kow­ski, szwa­gier Ali­ny - w An­glii naj­bar­dziej oszo­ło­mi­ły ją skle­py peł­ne to­wa­rów. I klu­by.

Zo­ba­czy­ła - uży­wa­jąc ty­tu­łu po­wie­ści Hux­leya - nowy wspa­nia­ły świat.

Wy­da­wa­ne­go przez KOR "Ro­bot­ni­ka" do­sta­ła wkrót­ce po po­wro­cie z urlo­pu.

Męż­czy­zna przy­szedł do przy­chod­ni po zwol­nie­nie.

- To faj­ne, co tu pi­szą, sio­stro, ale za­miast o Hu­cie War­sza­wa wo­lał­bym czy­tać o na­szej stocz­ni - po­wie­dział.

Usia­dła więc i na­pi­sa­ła kil­ka stron o wy­pad­kach przy pra­cy i o okrop­nych wa­run­kach, w ja­kich pra­cu­ją stocz­niow­cy. Po­szła z tym do Bo­ru­se­wi­cza.

Wy­obra­ża­ła so­bie, że bę­dzie to star­szy, no­bli­wy pan, a zo­ba­czy­ła mło­de­go, przy­stoj­ne­go chło­pa­ka w kra­cia­stej ko­szu­li i z fan­ta­zyj­nym lo­kiem spa­da­ją­cym na czo­ło. Czło­wie­ka, któ­ry nie my­śli o so­bie, o sta­bi­li­za­cji, szczę­ściu, o miesz­ka­niu w blo­ku z wiel­kiej pły­ty, dy­wa­nie i te­le­wi­zo­rze. Czło­wie­ka, któ­ry nie ma ży­cia pry­wat­ne­go, tyl­ko wal­czy o spra­wę.

O wol­ność.

Nig­dy wcze­śniej ni­ko­go ta­kie­go nie spo­tka­ła. Nie przy­pusz­cza­ła na­wet, że tacy lu­dzie miesz­ka­ją w są­siedz­twie, mija się ich cza­sem na uli­cy czy w tram­wa­ju; na po­zór nie wy­róż­nia­ją się ni­czym, no­szą po­dob­ne ko­szu­le i ta­kie same buty z PDT-u, ta­kie same dzwo­ny z bi­sto­ru albo dżin­su, a tym­cza­sem żyją cał­kiem in­a­czej niż zwy­kli zja­da­cze chle­ba.

Zna­jo­mość za­czę­ła się źle, bo Bog­dan prze­czy­tał jej tek­sty i stwier­dził, że są prze­ga­da­ne.

Po­pro­sił, by na­pi­sa­ła je jesz­cze raz - me­ry­to­rycz­nie nie miał za­strze­żeń, i to da­wa­ło na­dzie­ję, że się jed­nak przy­da.

Po­ży­czał jej książ­ki dru­ko­wa­ne w dru­gim obie­gu. Czy­ta­ła je za­chłan­nie, bo chcia­ła do nie­go do­ro­snąć. Kom­pleks pol­ski na przy­kład - wszy­scy to wte­dy czy­ta­li; to była pierw­sza książ­ka Kon­wic­kie­go, któ­ra uka­za­ła się poza cen­zu­rą.

"Sto­ję w ogon­ku przed skle­pem pań­stwo­wej fir­my "Ju­bi­ler" i je­stem dwu­dzie­sty trze­ci - tak za­czy­na swo­je opo­wia­da­nie nar­ra­tor i wraz z nim za­nu­rza­my się po samą szy­ję w pe­ere­low­ską rze­czy­wi­stość. - Sto­imy w ten mroź­ny wi­gi­lij­ny dzień w ko­lej­ce po ra­dziec­kie zło­te ob­rącz­ki, któ­re po­dob­no mają rzu­cić, i za­da­je­my so­bie py­ta­nia: "Czy mamy się wsty­dzić umi­ło­wa­nia wol­no­ści? Choć­by to była wol­ność głu­pia, wa­riac­ka, to­tal­na, anar­chicz­na, za­ścian­ko­wa, choć­by to była wol­ność wio­dą­ca do zgu­by? ""

"Po­wta­rzam so­bie w my­ślach to krót­kie sło­wo "Pol­ska" i wte­dy - jak pi­sze Kon­wic­ki - jawi się we mnie [w nas tak­że - przyp. au­tor­ki] ja­kaś rzew­na pod­nio­słość, coś ja­sne­go, swo­bod­ne­go, ko­ją­ce­go. Pol­ska - oj­czy­zna wol­no­ści, Pol­ska - ma­tecz­nik to­le­ran­cji, Pol­ska - wiel­ki ogród buj­ne­go in­dy­wi­du­ali­zmu. Gdzie lu­dzie po­zdra­wia­ją się uśmie­chem, gdzie po­li­cjant nosi różę za­miast pał­ki, gdzie po­wie­trze skła­da się z tle­nu i praw­dy. Pol­ska - wiel­ki bia­ły anioł po­środ­ku Eu­ro­py".

- "Jaka to bę­dzie oj­czy­zna? [...] Bę­dzie inna. Spra­wie­dli­wa, szla­chet­na, ro­zum­na. Bę­dzie przy­kła­dem dla ca­łej Eu­ro­py. Po­wsta­nie z krwi naj­lep­szych sy­nów" - po­ro­zu­mie­wa­li się cy­ta­ta­mi ze wspól­nie czy­ta­nych ksią­żek.

Po­wie­trze skła­da się z tle­nu i praw­dy! To było od­kry­cie. Te sło­wa brzmia­ły jak wy­strzał z "Au­ro­ry". Praw­da prze­cież prze­wra­ca tro­ny!

Od­dy­chać praw­dą i du­szą­cym dy­mem spor­tów moż­na było na ze­bra­niach re­dak­cyj­nych "Ro­bot­ni­ka Wy­brze­ża".

Ali­na po­zna­ła Jo­an­nę i An­drze­ja Gwiaz­dów, Le­cha Wa­łę­sę, Anię Wa­len­ty­no­wicz, Jur­ka Bo­row­cza­ka, Krzysz­to­fa Wy­szkow­skie­go.

Służ­ba Bez­pie­czeń­stwa jej nie prze­oczy­ła.

"W toku re­ali­za­cji czyn­no­ści służ­bo­wych uzy­ska­no in­for­ma­cje, że Ali­na Pien­kow­ska zaj­mu­je się kol­por­to­wa­niem na te­re­nie Trój­mia­sta pism i pu­bli­ka­cji o tre­ści an­ty­pań­stwo­wej".

- Ude­rzy­ła mnie dziew­czę­ca uro­da Alin­ki - mówi Krzysz­tof Wy­szkow­ski. - Taka ra­do­sna świe­żość. ? Bog­dan Bo­ru­se­wicz

"Więk­szo­ści z nas naj­bliż­sze były ide­ały i tra­dy­cje pol­skich so­cja­li­stów - pi­sa­ła Jo­an­na Gwiaz­da w "Ro­bot­ni­ku Wy­brze­ża". - KOR był dla nas au­to­ry­te­tem mo­ral­nym i pa­ra­so­lem".

- Po­cząt­ko­wo by­li­śmy onie­śmie­le­ni - opo­wia­da mi An­drzej Gwiaz­da. - Ko­row­cy byli sław­ny­mi ludź­mi, in­te­lek­tu­ali­sta­mi ze sto­li­cy. Słu­cha­li­śmy ich jak pro­ro­ków.

- Trze­ba było łą­czyć wąt­ki po­stę­po­wo-le­wi­co­we z na­ro­do­wo-pa­trio­tycz­ny­mi. I jed­nak trzy­mać się zie­mi, by nie znie­chę­cić ro­bot­ni­ków te­ma­ty­ką li­te­rac­ko-hi­sto­rycz­ną, czy­ta­niem Bran­dy­sa czy Wo­ro­szyl­skie­go. WZZ były po­my­słem ge­nial­nym w swo­jej pro­sto­cie, da­wa­ły od­po­wiedź na py­ta­nie, jak wyjść z sa­lo­nu - prze­ko­nu­je Krzysz­tof Wy­szkow­ski, je­den z za­ło­ży­cie­li. Przy­zna­je, że miał po­czu­cie sprzecz­no­ści. Czer­pał tak­że z Le­ni­na, pro­wa­dził stu­dia nad anar­cho­syn­dy­ka­li­zmem i w ja­kimś stop­niu wzo­ro­wał się na fran­cu­skich związ­kow­cach z CGT4.

"Nie sta­wia­my so­bie ce­lów po­li­tycz­nych, nie na­rzu­ca­my po­glą­dów po­li­tycz­nych i świa­to­po­glą­do­wych, nie dą­ży­my do ob­ję­cia wła­dzy" - de­kla­ro­wa­li w "Ro­bot­ni­ku Wy­brze­ża".

- Tak się wte­dy pi­sa­ło - wy­ja­śnia mi Bog­dan Bo­ru­se­wicz. - Prze­cież nikt przy zdro­wych zmy­słach nie my­ślał o przej­mo­wa­niu wła­dzy, choć pod­czas spo­tkań wy­kła­da­li­śmy tak­że teo­rie straj­ku. Gdy­by­śmy jed­nak za­czę­li gło­sić, że na­szym ce­lem jest oba­le­nie Związ­ku Ra­dziec­kie­go, wszy­scy prze­stra­szy­li­by się i ucie­kli. Sta­ra­li­śmy się więc bu­do­wać - jak mó­wił Ku­roń - spo­łe­czeń­stwo al­ter­na­tyw­ne.

- Trze­ba coś zro­bić, żeby w Pol­sce chcia­ło się żyć. Bog­dan czę­sto to po­wta­rzał i było to, jak są­dzę, jego ży­cio­we kre­do - mó­wi­ła mi kie­dyś Ali­na, gdy sie­dząc w moim ogród­ku, roz­ma­wia­ły­śmy o Bog­da­nie. - I mnie się to zda­nie bar­dzo spodo­ba­ło, uzna­łam, że ja też po­win­nam się sta­rać coś zro­bić, by w Pol­sce chcia­ło się żyć.

Pod­czas spo­tkań re­dak­cyj­nych Ali­na nie­kie­dy ata­ko­wa­ła Bor­su­ka. Fot. Ja­cek Awa­ku­mow­ski / zbio­ry Eu­ro­pej­skie­go Cen­trum So­li­dar­no­ści

- Ude­rzy­ła mnie przede wszyst­kim jej dziew­czę­ca uro­da - wspo­mi­na Wy­szkow­ski. - Taka ra­do­sna świe­żość, a z dru­giej stro­ny było w niej coś tra­gicz­ne­go. Ja­kieś udrę­cze­nie. Mó­wi­ła o pro­ble­mach z mę­żem, ale bez szcze­gó­łów oczy­wi­ście, czu­ło się jed­nak, że się dusi w tym mał­żeń­stwie. Ta de­li­kat­na ko­bie­ta szyb­ko wy­ro­bi­ła so­bie w WZZ wła­sną po­zy­cję, sta­ła się rów­no­rzęd­nym part­ne­rem. Wo­kół re­wi­zje, aresz­to­wa­nia, za­stra­sza­nie, pro­wo­ka­cje, a ona - jak­by nig­dy nic - ro­bi­ła swo­je. Ania Wa­len­ty­no­wicz, Jo­an­na Gwiaz­do­wa i Alin­ka sta­ły się nie­roz­łącz­ne. Na­wet mnie to dzi­wi­ło, bo bar­dzo się prze­cież róż­ni­ły, a Wa­len­ty­na była dużo star­sza, ale łą­czył je tem­pe­ra­ment po­li­tycz­ny.

- Rze­czy­wi­ście Ali­na była przy­gnie­cio­na kło­po­ta­mi oso­bi­sty­mi - mówi Anna Wa­len­ty­no­wicz w któ­rymś z wy­wia­dów - i chy­ba szu­ka­ła, po­dob­nie jak ja, miej­sca, w któ­rym mo­gła­by się przy­dać, zro­bić coś dla in­nych.

- Pod­czas re­dak­cyj­nych spo­tkań nie­kie­dy ata­ko­wa­ła Bor­su­ka: "Ależ co ty mó­wisz?! To trze­ba zro­bić zu­peł­nie in­a­czej!" - przy­po­mi­na so­bie Ju­rek Bo­row­czak i opo­wia­da, że czy­ta­li wier­sze Mi­ło­sza, kse­ro­wa­ne z pa­ry­skiej "Kul­tu­ry". Gdy za­tem w 1981 roku Cze­sław Mi­łosz otrzy­mał li­te­rac­ką Na­gro­dę No­bla (wie­lu in­te­li­gen­tów dzi­wi­ło się, bo nie zna­ło jego twór­czo­ści), stocz­niow­cy cie­szy­li się tak, jak­by no­bli­stą zo­stał ktoś im bli­ski. W ja­kiś spo­sób pro­wa­dził ich do zwy­cię­stwa.

Któ­ry skrzyw­dzi­łeś czło­wie­ka pro­ste­go

Śmie­chem nad krzyw­dą jego wy­bu­cha­jąc,

Gro­ma­dę bła­znów koło sie­bie ma­jąc

Na po­mie­sza­nie do­bre­go i złe­go...

- Ten wiersz oczy­wi­ście po­do­bał się naj­bar­dziej. Dla­te­go tak waż­ne było, by choć parę słów Mi­ło­sza po­ja­wi­ło się przy po­mni­ku Po­le­głych Stocz­niow­ców - mówi Bo­row­czak.

"Nie bądź bez­piecz­ny, po­eta pa­mię­ta".

Czę­sto spo­ty­ka­li się u Wa­len­ty­no­wicz, bo miesz­ka­ła w cen­trum Wrzesz­cza, mia­ła sło­necz­ny po­kój z kuch­nią.

W Stocz­ni Gdań­skiej im. Le­ni­na pra­co­wa­ła od 1950 roku. Była przo­dow­ni­cą pra­cy, jej zdję­cia uka­zy­wa­ły się w za­kła­do­wych ga­zet­kach, ra­zem z fo­to­gra­fia­mi tra­se­ra Sta­ni­sła­wa Sołd­ka (któ­ry tak wy­śru­bo­wał nor­my, że zo­stał bo­ha­te­rem pra­cy so­cja­li­stycz­nej).

Bra­ła udział w Zlo­cie Mło­dzie­ży w 1951 roku w Ber­li­nie.

W roku 1952 uro­dzi­ła syna - nig­dy ni­ko­mu nie opo­wia­da­ła o jego ojcu i sama wy­cho­wy­wa­ła ma­łe­go. Miesz­ka­ła w Domu Mat­ki i Dziec­ka. Kie­dy zde­spe­ro­wa­na na­pi­sa­ła list do pre­zy­den­ta Bie­ru­ta z proś­bą o po­moc ("Czy mam zgi­nąć z tym dziec­kiem jak bez­dom­ny pies?"), do­sta­ła ten wła­śnie po­kój z kuch­nią. Te­raz od­by­wa­ły się tu kon­spi­ra­cyj­ne ze­bra­nia.

Pod wiel­kim ob­ra­zem przed­sta­wia­ją­cym Trój­cę Świę­tą re­da­go­wa­no "Ro­bot­ni­ka Wy­brze­ża".

Była ser­decz­na i go­ścin­na, czę­sto­wa­ła go­rą­cą her­ba­tą, młod­szym stocz­niow­com mat­ko­wa­ła. Jej syn Ja­nusz był już do­ro­słym męż­czy­zną.

- Po­czci­wa ko­bie­ta o go­łę­bim ser­cu - oce­nia ją me­ce­nas Ja­cek Tay­lor. - Ale do cza­su... Oka­za­ło się po­tem, że gdy uzna­ła ko­goś za wro­ga, nie mia­ła li­to­ści.

Es­be­cy w no­tat­kach służ­bo­wych do­no­si­li:

In­for­mu­ję, że ko­lej­ne ze­bra­nie ko­le­gium re­dak­cyj­ne­go "Ro­bot­ni­ka Wy­brze­ża" od­by­ło się w dniu 23 paź­dzier­ni­ka w miesz­ka­niu pry­wat­nym Anny Wa­len­ty­no­wicz. Poza wła­ści­ciel­ką miesz­ka­nia obec­ni byli: Bog­dan Bo­ru­se­wicz, An­drzej Bulc, Ma­ria Płoń­ska, Lech Wa­łę­sa oraz fi­gu­rant­ka ni­niej­szej spra­wy, Ali­na Pien­kow­ska.

Bulc przed­sta­wił sy­tu­ację w Stocz­ni Pół­noc­nej. Zwol­nio­no tam 17 osób, któ­re po­szły na skar­gę do Ko­mi­te­tu Wo­je­wódz­kie­go PZPR. We­dług Wa­len­ty­no­wicz oso­by te zo­sta­ły aresz­to­wa­ne, co jed­nak się nie po­twier­dzi­ło. Bulc po­wie­dział, że we Wro­cła­wiu po­wsta­ła nowa or­ga­ni­za­cja, któ­ra ma za za­da­nie po­móc zwal­nia­nym z pra­cy.

Prze­bieg nie­któ­rych ze­brań re­dak­cyj­nych re­la­cjo­no­wał TW "Be­ryl".

Oma­wia­no tekst opra­co­wa­ny przez Annę Wa­len­ty­no­wicz. Do­ty­czy wi­zy­ty I se­kre­ta­rza KC PZPR Edwar­da Gier­ka w dniu 10.08.1979. Au­tor­ka pod­da­je kry­ty­ce tę wi­zy­tę, twier­dząc, że wi­dać było wy­raź­nie brak za­ufa­nia władz do stocz­niow­ców, bo­wiem w spo­tka­niu bra­ły udział wy­łącz­nie oso­by wy­ty­po­wa­ne przez dy­rek­cję stocz­ni, któ­re we­dług au­tor­ki nie były wła­ści­wą re­pre­zen­ta­cją stocz­niow­ców. Po­zo­sta­łym unie­moż­li­wio­no kon­takt z to­wa­rzy­szem Gier­kiem, nie wpusz­czo­no ich na te­ren za­kła­du, a na­wet ogra­ni­czo­no wi­zy­ty w szpi­ta­lu stocz­nio­wym. Wy­sła­no w mo­rze sta­tek, choć wła­śnie po­wró­cił z prób.

Wa­len­ty­no­wicz nie po­do­ba się tak­że przy­ję­cie zor­ga­ni­zo­wa­ne pod­czas wi­zy­ty. Koszt przy­ję­cia we­dług au­tor­ki wy­no­sił mi­lion zło­tych. Wli­cza w to za­kup krysz­ta­ło­wej za­sta­wy.

W tek­ście za­miesz­czo­nym w "Ro­bot­ni­ku Wy­brze­ża" z 5 paź­dzier­ni­ka 1979 roku Wa­len­ty­no­wicz in­for­mu­je o ma­lo­wa­niu stocz­nio­wej tra­wy i ukła­da­niu no­we­go chod­ni­ka przed przy­jaz­dem Edwar­da Gier­ka, Pio­tra Ja­ro­sze­wi­cza i Edwar­da Ba­biu­cha.

Wy­li­cza tak­że, co zna­la­zło się na sto­łach: "schab cy­ster­ski, an­try­kot z kur­cza­ka, jaj­ko z ka­wio­rem, ło­soś wę­dzo­ny, wę­gorz wę­dzo­ny, lody cas­sa­te z bitą śmie­ta­ną i szla­chet­ny­mi owo­ca­mi, ko­nia­ki, wi­nia­ki, żyt­nia, ajer­ko­niak".

Dziś ta­kie menu nie robi wra­że­nia, ale wte­dy, gdy w skle­pach bra­ko­wa­ło scha­bu, nie mó­wiąc już o "szla­chet­nych owo­cach", to był praw­dzi­wy luk­sus.

Pod­po­rucz­nik Osuch pi­sze do swo­je­go sze­fa, ka­pi­ta­na Frącz­kow­skie­go:

W związ­ku z prze­ka­za­niem w ostat­nim cza­sie przez TW "Be­ryl" sze­re­gu istot­nych in­for­ma­cji, pro­po­nu­ję, aby mimo ist­nie­ją­cych trud­no­ści wy­pła­cić mu wy­na­gro­dze­nie za współ­pra­cę. TW "Be­ryl" wy­ko­nu­je pra­wi­dło­wo sta­wia­ne mu za­da­nia i nig­dy nie wno­si żad­nych za­strze­żeń, po­świę­ca­jąc dużo swo­je­go wol­ne­go cza­su kosz­tem ro­dzi­ny.

Po­nad­to na­le­ży roz­pa­trzeć moż­li­wość po­mo­cy w przy­spie­sze­niu za­ło­że­nia mu te­le­fo­nu. Po­da­nie w tej spra­wie TW "Be­ryl" zło­żył już przed kil­ko­ma laty.

Oj­ciec Ali­ny prze­stał wpusz­czać Bog­da­na do domu.

- Nie ma cór­ki! - Pod­no­sił głos ze zde­ner­wo­wa­nia. - Pro­szę wyjść! Pro­szę wię­cej nie przy­cho­dzić! Ona ma małe dziec­ko, musi się nim zaj­mo­wać.

Mama su­flo­wa­ła zza jego ple­ców: - Nie wpusz­czaj go, nie wpusz­czaj!!!

To­le­ro­wa­li An­drze­ja Gwiaz­dę, bo co in­ży­nier, to in­ży­nier, i Bła­że­ja Wy­szkow­skie­go, któ­ry - przy­cho­dząc z bi­bu­łą - dla nie­po­zna­ki przy­pro­wa­dzał syn­ka. Bog­da­na - nie.

Re­wi­zje, któ­re es­be­cja prze­pro­wa­dza­ła w miesz­ka­niu i na dział­ce, cał­ko­wi­cie roz­stro­iły ojca Ali­ny.

Pro­to­kół prze­szu­ka­nia miesz­ka­nia z 11 li­sto­pa­da 1978 roku, go­dzi­na 16.30:

Ka­pi­tan Adam Ho­dysz z KW MO udał się do Ali­ny Pien­kow­skiej ce­lem do­ko­na­nia prze­szu­ka­nia. Za­stał Ta­de­usza Pa­bi­ja­na i jego żonę.

Pani Pa­bi­ja­no­wa spoj­rza­ła na nie­go zdu­mio­na i krzyk­nę­ła:

- To pan?! Jak panu nie wstyd, prze­cież spo­ty­ka­my się nie­mal co­dzien­nie w skle­pie!!!

A oto wy­kaz i spis przed­mio­tów, któ­re zna­le­zio­no:

Oświad­cze­nie SKS i WZZ z dnia 30 czerw­ca 1978 roku - 136 sztuk.

Re­zo­lu­cja Ko­mi­te­tu Sa­mo­obro­ny Chłop­skiej z dnia 30 lip­ca 1978 roku - 32 sztu­ki

Ulot­ka "Do spo­łe­czeń­stwa pol­skie­go" 192 sztu­ki.

Bro­szu­ra "Nie­dru­ko­wa­ne" An­drze­ja Ki­jow­skie­go - 1 eg­zem­plarz.

Bro­szu­ra "An­ty­se­mi­tyzm" - 1 eg­zem­plarz.

Bro­szu­ra "Oby­wa­tel a SB" - 1 eg­zem­plarz.

Nie­rze­czy­wi­stość Ka­zi­mie­rza Bran­dy­sa - 1 eg­zem­plarz.

Pol­skie Po­ro­zu­mie­nie Nie­pod­le­gło­ścio­we - 1 eg­zem­plarz.

"Puls" z mar­ca 1978 roku - 1 eg­zem­plarz.

Bu­tel­ka ? li­tra z far­bą ko­lo­ru czar­ne­go.

Trzy re­cep­ty in blan­co.

- Wpa­dła w złe to­wa­rzy­stwo - tłu­ma­czył zmar­twio­ny oj­ciec Ali­ny, gdy w stocz­ni py­ta­no go, co się wła­ści­wie dzie­je z jego cór­ką.

Jej szan­se na stocz­nio­we miesz­ka­nie roz­wia­ły się jak je­sien­ny dym po po­lach.

Pró­bo­wa­no wy­rzu­cić ją z pra­cy.

Po­wo­dem mia­ły być czę­ste nie­obec­no­ści (raz po raz za­my­ka­no ją na czter­dzie­ści osiem go­dzin), a tak­że skar­gi nie­za­do­wo­lo­nych pa­cjen­tów stocz­nio­wej przy­chod­ni. Cho­rzy byli tymi za­rzu­ta­mi obu­rze­ni i wpi­sa­li sio­strze Pien­kow­skiej dzie­siąt­ki po­chwał w tak zwa­nej książ­ce ży­czeń i za­ża­leń.

Wzru­szo­na Ali­na za­mie­ści­ła po­dzię­ko­wa­nie w ofi­cjal­nie uka­zu­ją­cej się ga­zet­ce za­kła­do­wej "Głos Stocz­niow­ca", a ro­bot­ni­cy roz­kle­ili tę stro­nę w szat­niach.

Pra­cow­ni­cy dy­rek­cji ją zry­wa­li, ro­bot­ni­cy zno­wu przy­kle­ja­li.

Pra­cow­ni­cy dy­rek­cji zry­wa­li...

Ro­bot­ni­cy przy­kle­ja­li...

Może wte­dy wła­śnie Ali­na po raz pierw­szy po­czu­ła, jaką siłą może być so­li­dar­ność.