Alicja w krainie konieczności
Sobota zapowiadała się jak jeden z tych leniwych, gnuśnych dni, kiedy
nie trzeba się rano stresować, w pośpiechu myć zębów, parzyć kawy po
łebkach i wykłócać z domownikami o łazienkę. U Mareckich domowników było
zaledwie dwoje i na każde przypadała osobna łazienka, ale biorąc pod
uwagę, że oboje mieli dość wybuchowe charaktery, czasem wystarczało
niewiele, żeby od rana skakać sobie do oczu. Właściwie bardziej skakał
Karol, który w obliczu prawdziwych życiowych zawirowań potrafił zachować
zimną krew, natomiast byle głupstwa natychmiast wyprowadzały go z równowagi. Alicja miała nadzieję, że dziś nie zdarzy się nic, co mogłoby
zepsuć jej zaplanowany święty spokój, który ceniła nade wszystko.
- Gdzie ta pieprzona miarka?! Czy w tym domu nic nie może leżeć na swoim
miejscu?!
Karol od piętnastu minut chodził jak burza gradowa, ciskając dookoła
piorunami. I przekleństwami. Właśnie dzisiaj znalazł w sobie chęci, żeby
naprawić chwiejące się przęsło płotu.
- W tym domu oprócz mnie i ciebie nikt nie mieszka, a ja na ogół nie
potrzebuję twoich narzędzi, więc wniosek jest prosty - odpowiedziała
spokojnie, patrząc z niesmakiem na miotającego się męża. Upragniony
święty spokój odpływał w siną dal...
- Miarka to nie narzędzia - warknął urażony jej spokojem. - Mogłabyś
docenić, że zamiast odpoczywać po ciężkim tygodniu pracy, mam jeszcze
ochotę w ogóle coś robić. Może ruszysz łaskawie tyłek i pomożesz mi
szukać? A właściwie to na ile jest nastawiony ten piec? - zainteresował
się nagle. - Nie uważasz, że grzanie w środku kwietnia to lekka
przesada?
Alicja wzruszyła ramionami.
- Nie wiem, skręć, jak chcesz.
- To znaczy, że do tej pory go nie wyłączyłaś?
- Ty też tu mieszkasz - zauważyła, wystawiając twarz do słońca i poprawiając sobie koc.
- Nie znam się na tym, ty widziałaś, jak montują.
- Ale to ty jesteś mężczyzną.
- I co z tego?
Popatrzyła na niego ze zdziwieniem. Siedziała na tarasie, piła kawę i rozkoszowała się ciepłym wiosennym dniem. Na pobliskiej brzozie dwie
sroki uparcie walczyły z przeciwnościami losu, budując sobie gniazdo. Z mniszą cierpliwością po raz setny podnosiły wymykające się z dziobów
gałązki i patyki, przy czym pani sroka była chyba bardziej utalentowana
niż jej partner, bo rzadziej gubiła budulec. Powoli, bez pośpiechu
uwijały się przy budowie, w spokojnym przeświadczeniu, że gniazdo i tak
w końcu powstanie.
Alicja obserwowała je z pewnym niepokojem; w zeszłym roku była to ta
sama para, przynajmniej samica, poznała ją po wystrzępionym ogonie,
niewątpliwie efekcie spotkania z jakimś niezdarnym kotem. Uwiły jednak
swoje mieszkanie trochę za blisko czubka, na najbardziej chybotliwej i wiotkiej części drzewa i podczas jednej z wyjątkowo silnych wiosennych
wichur gniazdo spadło. Na szczęście nie było w nim jeszcze piskląt i niezrażone sroki od nowa zabrały się do pracy. Teraz powtarzały ten sam
błąd i mogła tylko mieć nadzieję, że w tym roku aura będzie dla ptaków
łaskawsza.
Ostatnią rzeczą, na jaką miała teraz ochotę, to grzebanie w stertach
rupieci, które Karol uparcie nazywał narzędziami. Jej mąż posiadał wiele
zalet i talentów, ale niestety, przybicie zwykłego gwoździa było dla
niego nie lada wyczynem, który wymagał odpowiedniej oprawy, a potem
niezliczonych pochwał z jej strony. Czasem zaiste trudno było uwierzyć,
że od wielu lat zarządzał z powodzeniem dużą firmą budowlaną, a okazywał
się bezradny wobec własnego pieca centralnego ogrzewania. Podejrzewała
zresztą, że to zwykłe lenistwo; wygodniej było spychać wszystko na nią i ograniczać się do wydawania poleceń.
Kiedy zabierał się do drobnych domowych napraw, co, prawdę mówiąc, nie
zdarzało się zbyt często, niezmiennie od piętnastu lat musiała w takich
chwilach patrzeć na niego z zachwytem, a kiedy zdarzało mu się użyć
wiertarki, łapała się na tym, że zaczyna cmokać z podziwem. Tak
doskonale weszła w rolę, że czasami zapominała, że Karol mimo wszystko
nie jest idiotą i zapewne zdaje sobie sprawę z szopki, jaką odgrywa
żona, ale najwyraźniej mu to nie przeszkadzało, bo za każdym razem od
nowa domagał się dowodów uznania, a co gorsza, jej uczestnictwa w różnego rodzaju pracach, zwanych popularnie domowymi.
Tym razem również, ociągając się, wstała z leżaka i poszła do łazienki.
Przypomniała sobie, że w zeszły czwartek, kiedy wpadła Olga,
zastanawiały się nad zmianą umywalki. Olga wypatrzyła jakiś nowoczesny
model, który rzekomo idealnie pasowałby do łazienki Alicji i trzeba było
tylko wymierzyć wnękę. W efekcie nic z tego nie wyszło, bo umywalka
kosztowała więcej niż jej ostatnie honorarium za zlecenie, ale miarka
pewnie gdzieś tam leżała do dziś.
Alicja stanęła przed lustrem i popatrzyła na swoje odbicie. Dziś był
jeden z tych nielicznych dni, kiedy czuła, że czas obchodzi się z nią
łaskawie, oszczędzając stresów związanych z przemijaniem. A przynajmniej
tak jej się zdawało. Uśmiechnęła się do czarnowłosej, zarumienionej
pierwszymi promieniami słońca kobiety i dotknęła w lustrze miłych
dołeczków, które utworzyły się na jej policzkach.
Powinnam trochę schudnąć, bo za chwilę w nic się nie zmieszczę,
pomyślała, ale w gruncie rzeczy była zadowolona z tego, co zobaczyła.
Jak widać, czterdziestka to nie koniec świata, stwierdziła i zajrzała za
sedes. Miarka leżała, trochę już przykurzona, ale ciągle, niestety, była
tą samą miarką, której od rana tak desperacko szukał Karol. Szybkim
ruchem, choć z niejakim trudem wepchnęła ją do kieszeni dżinsów i zrobiła to w ostatniej chwili, bo właśnie na progu stanął mąż.
- Szlag mnie za chwilę trafi! Gdzie ona, do cholery, może być? -
wymamrotał.
Zdecydowanym ruchem odsunął żonę i zajrzał do szafki pod zlewem,
klękając na posadzce. Zanurkował głębiej, ale miarki, z przyczyn
oczywistych, nie znalazł. Cofając się, uderzył głową o drzwiczki i Alicja usłyszała soczyste przekleństwo wypływające z ust jej nerwowego
małżonka, który wyprostował się, pocierając obolałą głowę i spojrzał na
nią z wyrzutem.
- No i co się gapisz! Pomożesz mi wreszcie szukać, czy nie?
Rozbawiona obserwowała jego poczynania, choć zaczęło jej się robić
trochę głupio.
- Właśnie miałam taki zamiar, ale tak się do mnie odzywasz, że zaczynam
się zastanawiać. - Nie od razu złożyła broń. - Szukałeś w garażu?
- Nie, u sąsiadów! - warknął.
Zaczynał był sarkastyczny, co oznaczało, że robi się naprawdę zły.
Alicja dłużej nie ryzykowała; prezentując obrażoną minę, zniknęła w drzwiach garażu. Postała trochę przy samochodzie, krytycznym okiem
obrzuciła pajęczyny zwisające z sufitu, po czym zawołała do Karola:
- Mam!
Jednym susem znalazł się przy niej.
- Leżała pod kartonem - odpowiedziała niewinnie na jego nieme pytanie. -
Jak się po sobie nie sprząta, to potem takie są efekty - dodała
pouczająco i nie zaszczyciwszy go jednym spojrzeniem, wyszła z garażu.
Nie czuła wyrzutów sumienia. Karol naprawdę nigdy niczego nie odkładał
na miejsce i to doprowadzało ją do szewskiej pasji. Sama też nie była
pedantką, ale znosić pod jednym dachem kogoś o podobnym stopniu
bałaganiarstwa - to było ponad jej siły. Po tysiącu kłótni i sporów,
które czasem kończyły się rękoczynami, bo Alicja miała równie nerwowe
usposobienie co małżonek i nieraz ręka mimowolnie skoczyła jej w stronę
kubka czy talerza, które lądowały na ścianie, postanowili, że jedynym
sposobem będzie zatrudnienie pomocy domowej. Oboje dużo pracowali, przy
czym Karol niestety wydajniej, bo zarabiał dziesięć razy tyle co ona.
Alicja zajmowała się szeroko pojętym projektowaniem wnętrz, a Karol był
właścicielem dużego przedsiębiorstwa budowlanego. Jego firma cieszyła
się zasłużoną renomą i klientów nie brakowało. Kłopotów finansowych nie
mieli, więc postanowili rozejrzeć się za kimś na pełny etat.
Okazało się, że jedna ze znajomych Alicji wyprowadza się za granicę i zostawia panią Helenkę, wieloletnią pomoc domową, która zrozpaczona, że
straciła takich dobrych chlebodawców, postanowiła przejść na emeryturę.
Po usilnych namowach dała się przekonać do pracy u państwa Mareckich.
Pierwsze dni były dość trudne dla obu stron, bo pani Helenka
przyzwyczajona do domu pełnego dzieci nie umiała ukryć rozczarowania, że
sposób życia nowych chlebodawców jej nie odpowiada.
- W mieszkaniu się nie pali - wygłaszała w przestrzeń za każdym razem,
kiedy Alicja, nie mogąc znaleźć ostatniego projektu, nerwowo podpalała
papierosa za papierosem i przewracała do góry nogami cały dom. - W domu
wszystko powinno leżeć na swoim miejscu. - Potępiający, kategoryczny ton
sprawiał, że przestrzeń kurczyła się ze wstydu, a jej właścicielka,
zmieszana, rozgniatała niedopałki w popielniczce, usiłując zejść z oczu
domowemu cerberowi.
- Karoool! - jęczała wieczorem, kiedy zmęczony mąż opychał się w kuchni
pierogami ulepionymi przez panią Helenkę. - Ja mam jej dosyć! Ona mnie
ciągle poucza! Nawet zapalić spokojnie we własnym domu nie mogę. Czuję
się jak uczennica, do kibla mam wychodzić na dymka!?
Karol wydawał się jednak niewzruszony.
- W ogóle przestań palić. Tysiąc razy ci mówiłem, że... - zaczął z pełnymi
ustami, ale Alicja mu przerwała.
- Wiem, wiem, twój ojciec umarł na raka płuc - wyrecytowała i wzniosła
oczy do nieba. - Ja mówię, że mam jej dosyć! - zaczęła znowu.
- Rewelacja te pierogi! Są jeszcze? - Karol rozejrzał się ożywiony.
- Stoją w lodówce, możesz sobie odgrzać - warknęła obrażona.
Tak więc pani Helenka bezapelacyjnie zdobyła serce łakomego pana domu i odwzajemniała mu się coraz wymyślniejszymi frykasami. Natomiast pani
domu wyraźnie nie lubiła. Alicja zaczęła nawet podejrzewać, że starsza
pani podkochuje się potajemnie w jej mężu. Kategorycznie odmówiła
prasowania, wyjątek czyniąc dla Karolowych koszul, które, jak
twierdziła, patrząc znacząco na Alicję, nigdy jeszcze nie były porządnie
odprasowane.
Po paru miesiącach sytuacja unormowała się na tyle, że Alicja przestała
myśleć o morderstwie, doceniając to, że gosposia w dużej mierze
opanowała chaos panujący w domu do tej pory. W dalszym ciągu się nie
lubiły, ale nauczyły się razem funkcjonować, wychodząc z rozsądnego
założenia, że są sobie nawzajem potrzebne. Karol w swojej hojności i uwielbieniu dla pierogów zaproponował pani Helence więcej pieniędzy, niż
Alicji czasem udało się zarobić w miesiąc. Nie miała pretensji; dom był
zawsze wysprzątany, obiad ugotowany, a pranie porozkładane w szafach.
Postawiła tylko jeden warunek: na noc pani Helenka wraca do siebie i nie
ma mowy o wspólnym mieszkaniu. Karol nie protestował, pani Helenka
wprawdzie spojrzała złym okiem, ale przystała na warunki, bo w tej
jednej kwestii Alicja okazała się nieugięta.
Na wieczór zaplanowała kolację w mieście i ewentualnie jakieś kino. Nie
zdążyła zapytać Karola, co o tym myśli, kiedy odezwała się jej komórka.
- Cześć, kochana! - zaszczebiotało w słuchawkę. - Już wróciliśmy i zamierzamy was dzisiaj odwiedzić. Dzieciaki nie mogą się wprost
doczekać, żeby pobawić się z Paszą. Słuchaj, mam ci tyle do
opowiedzenia! A, zapomniałabym: mam dla ciebie niespodziankę, zobaczysz,
szczęka ci opadnie - paplała dalej Zuzanna, nie pozwalając siostrze
dojść do głosu.
- Ale... - próbowała zaprotestować, żegnając w myślach miły wieczór poza
domem. - Właśnie zamierzaliśmy...
- No wiesz!? Rodzina wraca do domu z wygnania, a ty masz inne plany?! -
Na Zuzę nie było mocnych. Kiedy coś sobie postanowiła, to tak miało być.
- Będziemy po siedemnastej. Do zobaczenia! Nawet nie wiesz, jak się za
tobą stęskniłam - westchnęła. - No to pa! - cmoknęła i rozłączyła się.
Alicji nie brakowało pewności siebie, nie miała problemów z asertywnością, ale przy swojej młodszej o trzy lata siostrze wszystkie
te cechy brały w łeb i mogła je sobie co najwyżej w buty wsadzić.
Zuzannie się nie odmawiało. Ta dziewczyna miała w sobie siłę i niewyobrażalną wprost umiejętność stawiania na swoim.
Kiedy miała cztery lata, ciężko zachorowała i rodzice przeorganizowali
całe życie swoje i Alicji, żeby tylko móc opiekować się młodszą córką.
Trochę przesadzali w spełnianiu wszystkich jej życzeń, nawet tych,
których nie zdążyła jeszcze wypowiedzieć, i organizowaniu atrakcji. Zuza
przez parę miesięcy nie chodziła i wydawało się, że zostanie przykuta do
łóżka już na zawsze. Świat zaczął kręcić się wokół niej, wiodła iście
królewski żywot; starsza siostra i rodzice byli na każde skinienie i kiedy po roku choroba szczęśliwie się cofnęła, Zuza nie umiała pogodzić
się z gwałtowną detronizacją. Tym bardziej że jako zbyt małe dziecko nie
rozumiała zagrożeń związanych z chorobą, a niedogodność w postaci
jeżdżenia na wózku uważała za pomysłową zabawę. Jeszcze przez wiele lat
traktowano ją jak rekonwalescentkę, chociaż była już zdrowa jak rydz i nic nie wskazywało na to, że niedomagania mogą wrócić. Mała bestia
nauczyła się terroryzować otoczenie, robiła słodkie minki albo
wykrzywiała usta w podkówkę i to na ogół wystarczało, żeby mama, ojciec
oraz wszystkie ciotki biegły na wyścigi.
Jedna Alicja próbowała się buntować, bo miała wrażenie, że przejrzała
intrygi siostry, i nie pozwalała sobą manipulować. Nie zawsze jej to
wychodziło, bo w gruncie rzeczy kochała tego małego potwora. Czasem
wtrącali się rodzice, apelując do jej rozsądku i wygłaszając zdanie,
którego w dzieciństwie nienawidziła: "Ustąp jej, ona jest młodsza". Nie
przeszkadzało to Alicji stawać w obronie siostry, gdy tylko ktoś krzywo
na nią spojrzał albo, co gorsza, gdy sama prowokowała zaczepki. Chodziły
do tej samej szkoły, wychowywały się na tym samym podwórku, a Zuza
niestety miała niewyparzony język i zawsze mówiła to, co myśli,
niejednokrotnie pakując się w kłopoty. Biedna Ala często chodziła z poobijanymi kolanami i rozwalonym nosem, bo jak lwica rzucała się
lekkomyślnej siostrze na ratunek, nie zważając na to, że często
przeciwnik był większy od niej. Zuza przyjmowała to jako naturalną
powinność starszej siostry, ale trzeba przyznać, że zawsze broniła jej
przed rodzicami, biorąc winę na siebie.
Kiedy miały po kilkanaście lat i Zuza zakochała się na zabój w rudym
Tomku z sąsiedniej klatki, z którym rodzice nie pozwalali się jej
spotykać, określając go jako nieodpowiednie towarzystwo, Alicja została
wtajemniczona i nieraz biegała od Zuzy do Tomka i z powrotem, klnąc w duchu na czym świat stoi, ale pokornie roznosząc miłosną korespondencję.
Pewnego razu w Wigilię, małoletni zakochani postanowili uciec z domu i biedna Ala cierpiała katusze, nie chcąc powiedzieć rodzicom, gdzie jest
jej młodsza siostra. Nie poddała się nawet ostro przyparta do muru. Na
szczęście uciekinierzy daleko nie zaszli, bo w nocy temperatura spadła
do minus dziesięciu i zmarzły im tyłki. Wrócili po dwóch godzinach,
zanim zdenerwowani rodzice zdążyli zawiadomić milicję.
Zuza wcześnie wyszła za mąż. To była klasyczna wpadka, którą zaliczyła
na studiach i która skończyła się szybkim ślubem i jeszcze szybszym
rozwodem. Młody tatuś nie udźwignął roli męża i ojca i parę miesięcy po
urodzeniu Ani odpłynął w siną dal, żeby nigdy nie powrócić. Honorowa
Zuza nigdy go nie szukała, a dzięki wsparciu siostry i rodziców
skończyła studia i najlepiej jak umiała opiekowała się córeczką. Jako
wzięta tłumaczka szybko zaczęła zarabiać wystarczająco duże pieniądze i przez parę lat nie wiązała się na stałe z żadnym mężczyzną.
Były wtedy z Alicją blisko. Mieszkały niedaleko, a ciotka traktowała
siostrzenicę jak własną córkę. Zuza w dalszym ciągu miała nieznośnie
apodyktyczny charakter, próbowała układać życie starszej siostrze, jakby
nie dostrzegając, że własnym niekoniecznie zaświadcza o tym, że umie
sobie z nim radzić.
Kiedy Alicja postanowiła wyjść za Karola, Zuza nie omieszkała jej
poinformować, co o tym myśli. Według niej to było zdecydowanie za
wcześnie i jeśli Alicja nie chciała podzielić losu siostry, powinna się
trzy razy zastanowić, zanim zdecyduje się na ten desperacki krok.
Alicja miała wrażenie, że dwadzieścia osiem lat to jednak nie jest za
wcześnie. Karola znała już dwa lata i od roku planowali ślub. Rozumiała,
że Zuza, zniechęcona do instytucji małżeństwa, próbuje przenosić na nią
swoje obawy, ale ten jeden raz postanowiła nie dać się sterroryzować.
Pokłóciły się wtedy potężnie, bo Alicja nie uważała za słuszne
rezygnować ze ślubu tylko dlatego, że siostrze nie podoba się jej
przyszły mąż. Podejrzewała zresztą, że Zuza, samotna i rozgoryczona,
jest zwyczajnie zazdrosna. Nie może pogodzić się z sytuacją, że to nie
ona jest szczęśliwą panną młodą, że została porzucona, skrzywdzona i oszukana przez los, który pierwszy raz w życiu obszedł się z nią
bezlitośnie i nie próbuje jej niczego rekompensować. Mogła tupać nogą,
uśmiechać się przymilnie albo wygrażać mu pięścią, nie zmieniało to
jednak sytuacji, że przynajmniej chwilowo, we własnym pojęciu, jest tą
przegraną siostrą. Miała pretensje do całego świata, a przede wszystkim
do Alicji, która zamiast pomagać jej i jednoczyć się w siostrzanej
samotności, zdradziła ją i zajęła się swoim życiem. Mimo perswazji
rodziców nie przyszła na ślub i zerwała kontakty na dobrych parę
miesięcy.
Alicji było przykro, ale znała Zuzę i wiedziała, że złość w końcu jej
przejdzie i za jakiś czas będzie uważała, że nic się nie stało. Pewne
było, że nie doczeka się przeprosin, bo Zuzanna nie umiała przepraszać.
Rzeczywiście, po jakimś czasie wszystko wróciło do normy, Zuza jeszcze
trochę nadąsana raz czy drugi odwiedziła siostrę i szwagra i od nowa
zamierzała wtrącać się w życie Alicji.
Nie wzięła jednak pod uwagę, że nowy członek rodziny ma równie mocny
charakter i w przeciwieństwie do żony nie zamierza godzić się na dyktat
szwagierki. Trafiła więc kosa na kamień. Na szczęście niedługo potem
Zuza poznała swojego obecnego męża, urodziły się bliźniaczki i mogła na
całej czwórce ćwiczyć swój osobliwy charakter, nie wychodząc nawet z domu.
W kilka miesięcy po urodzeniu dzieci wyjechali całą rodziną do Niemiec,
gdzie mieli osiąść na stałe, pędząc dostatnie i przyjemne życie. Adam,
mąż Zuzy, został z macierzystej firmy wysłany na kilkuletni kontrakt do
Niemiec, ale oboje liczyli, że już tu nie wrócą. Życie szybko
zweryfikowało oczekiwania, szczególnie Zuzy, która jakoś nie mogła
odnaleźć się w nowym środowisku i z biegiem czasu zaczęła nalegać na
powrót. W efekcie mieli więc dwa domy: jeden w Berlinie, który Adam,
Niemiec z pochodzenia, odziedziczył po swoich przodkach, drugi w Polsce.
Zuza z dziewczynkami częściej siedziała w Polsce, bo bliźniaczki i Ania
tu chodziły do szkoły, pomieszkując u dziadków podczas nieobecności
rodziców.
Miesiąc temu Zuza pojechała do męża. Korzystając z tego, że zbliżał się
koniec roku, zabrała bliźniaczki. Jak się właśnie okazało - wrócili
kilka dni temu. Alicji myliły się już kolejne wyjazdy i powroty siostry.
Czasem, rozmawiając z nią przez telefon, nie wiedziała, czy dzwoni na
drugi koniec miasta, czy do Niemiec, bo za Zuzą trudno było nadążyć.
Jednego dnia jadły razem obiad w mieście, umawiając się na następny
dzień, po czym okazywało się, że Zuza nie może się spotkać, bo właśnie
robi zakupy na Kudammie.
Alicja postanowiła uprzedzić Karola o odwiedzinach, więc westchnęła i wyszła do ogrodu. Obawiała się, że nie będzie zachwycony, dlatego
postanowiła podejść go dyplomatycznie. Tak jak podejrzewała,
rozbebeszona skrzynka z narzędziami leżała koło płotu, a obok stała
otwarta puszka z bejcą do konserwowania drewna. Sprawcy bałaganu nie
było w pobliżu, więc ruszyła na poszukiwania. Znalazła go z drugiej
strony domu. Stał oparty o ogrodzenie, w ręku trzymał puszkę piwa i najwyraźniej doskonale się bawił. Po drugiej stronie płotu, z podobnym
zestawem, stał Paweł, sąsiad Mareckich. Panowie zajęci rozmową nawet nie
zauważyli, kiedy podeszła i klepnęła męża w plecy.
- Nie przepracuj się przypadkiem. Cześć, Paweł! - zawołała do sąsiada.
- Cześć, sąsiadko! Nie besztaj męża, bo właśnie omawiamy bardzo ważny
projekt.
- Nie wątpię, jak zawsze - mruknęła z sarkazmem. - Czego tym razem nie
możesz znaleźć? - zwróciła się do Karola. - Pędzla?
- Skąd wiesz? - zdziwił się. - Chciałem zabezpieczyć drewno, ale
oczywiście w tym domu nic nie leży na swoim miejscu.
Paweł pokiwał głową ze zrozumieniem.
- U mnie tak samo. Magda ciągle sprząta w garażu, a im bardziej ona
sprząta, tym bardziej ja niczego nie mogę znaleźć. Czy te baby nie mogą
ograniczyć się do sprzątania w kuchni? - Zaśmiał się, łypiąc niepewnie
na Alicję. - Żartowałem, żartowałem! - krzyknął, widząc jej reakcję.
- Gdyby ci Magda nie sprzątała w garażu, to po jakimś czasie nawet
samochodu byś nie znalazł. - Alicja zrobiła się czerwona. -
Niewdzięczne, głupie chłopy - pomamrotała pod nosem i odwróciła się na
pięcie, zostawiając zaskoczonych mężczyzn.
Wcale nie była zła na Pawła, lubiła go i jego poczucie humoru. Nastrój
zepsuła jej Zuza i na kimś musiała się wyładować. Tyle razy obiecywała
sobie, że nie pozwoli się tak traktować, i znowu nic z tego nie wyszło.
Nawet nie zdołała powiedzieć, że ma inne plany... Może nie było nic
niestosownego w niezapowiedzianych odwiedzinach, w końcu to jednak
siostra, ale dla Alicji znaczyło to coś więcej.
Chyba powinnam pójść na jakiś trening asertywności czy coś podobnego.
- Cholera jasna! - zaklęła głośno.
- Co cię znowu ugryzło? - Karol stanął z tyłu. - Już się biorę za ten
płot. - Wzruszył niechętnie ramionami. - Pogadać chwilę nie można?
- Daj mi spokój z płotem.
- No to co się stało?
- Zuza dzwoniła, wpadną po południu - powiedziała niechętnie. - Może to
i dobrze, Adam ci z płotem pomoże...
- A, rozumiem. - Objął ją. - Miałaś inne plany, a kochana siostra znowu
postawiła cię przed faktem dokonanym. - Karol dobrze znał bolączki żony.
- Przestań tak się tym zadręczać. Jak chcesz, to zadzwonię do nich i powiem, że wychodzimy. Chcesz? - Wziął ją pod brodę i zajrzał w oczy.
Alicja lubiła, kiedy tak całkowicie się na niej skupiał. Przylgnęła do
niego i pomyślała, że jest kochany, ale niestety niczego nie rozumie,
jak zwykle zresztą.
- Nie, daj spokój. - Wyswobodziła się z jego objęć. - Przecież nie
chodzi o to, że nie chcę się z nią spotkać. Wkurza mnie tylko, że robi
to w taki sposób.
- Bo jej na to pozwalasz. Kręci tobą, jak chce, i jeszcze mówi, że to
dla twojego dobra. - Karol powiedział to w dobrej wierze, lecz Alicja
znowu zaczynała być zła.
- Wiesz co? Bardzo ci dziękuję - żachnęła się. - Nie ma to jak
konstruktywne wsparcie własnego męża.
- A co ja takiego powiedziałem? - Zrobił duże oczy. - Ona cię wkurza, a na mnie się wyżywasz! Chodź, Pasza, idziemy stąd. Poczekamy, aż pani
wyfruną muchy z nosa.
Poklepał po karku wielkiego owczarka niemieckiego, który z radością
zamerdał ogonem i pobiegł za panem w inny kąt ogrodu.
Już dawno przestał się przejmować, zniechęcony tym, że parę razy stawał
po stronie żony i zwykle dostawał za to po uszach. Krytykować swoją
świętą siostrę mogła tylko ona. Nigdy nie potrafił zrozumieć relacji
między tymi kobietami. Zuzanny nawet nie próbował zrozumieć; prawdę
powiedziawszy, nie przepadał za nią. Uważał, że jest zapatrzoną w siebie, samolubną egocentryczką, która doskonale zdaje sobie sprawę z własnych wad. Problem polegał raczej na tym, że nie uważała ich za wady.
Alicja widziała to inaczej i bezskutecznie próbowała przekonać męża, że
Zuza jest nad wyraz wrażliwa i delikatna, że za bardzo się wszystkim
przejmuje i nie umie się zdystansować, biorąc niewinne uwagi za przejawy
niechęci w stosunku do jej osoby.
Karol miał na ten temat zgoła inne zdanie: według niego, to sprytna,
mała manipulantka, która potrafiła wykorzystać wszystkie znane sobie
sposoby, żeby osiągnąć cel. Nigdy nie powiedział żonie, że jej ukochana
młodsza siostra próbowała zarzucić na niego pajęczynę swoich
niewątpliwych uroków już parę miesięcy po ich ślubie. Na początku robiła
to na tyle delikatnie, że mógł udawać, że nie dostrzega jej starań.
Zuza zawsze mu się podobała, bo była atrakcyjną kobietą, a on był
mężczyzną czułym na kobiece wdzięki. Prowadziła więc z nim subtelną grę,
uważając, żeby Alicja się nie zorientowała. Powłóczyste spojrzenia,
przypadkowe dotknięcia, nieopatrznie odsłonięte ramię czy zagadkowy
uśmiech na początku nawet mu schlebiały. Po jakimś czasie poczuł się
głupio ze względu na żonę, która cieszyła się naiwnie z dobrych relacji
z siostrą.
Zuza była w tym czasie częstym gościem w ich domu i zaczynała się tam
czuć coraz lepiej, na tyle dobrze, że razem z małą Anią niejednokrotnie
zostawała na noc, twierdząc, że w domu z ogrodem mała czuje się o wiele
lepiej niż w jej ciasnym i dusznym mieszkaniu w środku zadymionego
miasta. Ania chorowała na astmę, więc Karol nie protestował, tym
bardziej że całe dnie spędzał w pracy. Za to Alicja cieszyła się, że ma
je obydwie koło siebie, chociaż miała z tego powodu dwa razy więcej
pracy niż zwykle, bo Zuza czuła się gościem i nie kiwnęła nawet palcem.
Miarka się przebrała, kiedy którejś letniej, parnej nocy zszedł do
kuchni, żeby napić się wody. Drzwi sypialni od dawna prosiły się o naoliwienie zawiasów, ale jakoś nie mógł znaleźć na to czasu. Kiedy stał
przy kuchennym bufecie, spocony, ubrany tylko w obcisłe bokserki,
zobaczył wchodzącą Zuzę. Miała na sobie jedynie krótką przezroczystą
koszulkę, która więcej odsłaniała, niż zakrywała. Musiał w duchu
przyznać, że wygląda wyjątkowo apetycznie. Najwidoczniej zdawała sobie z tego sprawę, bo zupełnie nieskrępowana usiadła na wysokim barowym
stołku, zakładając nogę na nogę w taki sposób, by nie pozostawić
wątpliwości, że nie ma na sobie bielizny.
- Strasznie gorąco, nie mogę spać. Nalejesz mi wody? - zapytała, gładząc
się po smukłym udzie i spoglądając na niego spod wpółprzymkniętych
powiek.
Podał jej napełnioną szklankę, nie bardzo wiedząc, jak się zachować.
Udawał, że nie dostrzega jej jednoznacznych gestów. Nagle u sąsiadów
zaszczekał pies. Odruchowo spojrzał w okno, ale nie dostrzegł niczego
niepokojącego. Kiedy odwrócił się z powrotem, Zuza stała oparta o lodówkę. Zmięta czerwona koszulka leżała na podłodze, tworząc
niepokojącą plamę.
- Nie bądź taki przerażony, nie podobam ci się? - Szwagierka zaśmiała
się cicho, biorąc go za rękę i zmysłowo prowadząc ją w kierunku swoich
piersi. Poczuł ciepło jej gładkiego ciała i mimowolnie porównał w myślach z ciałem żony. Chociaż były siostrami, wyglądały zupełnie
inaczej. Alicja była dość szczupła, ale zaokrąglona tu i ówdzie. Miała
pełne piersi i dużo uroczych dołeczków oraz trochę nieproporcjonalne w stosunku do całej sylwetki rozłożyste biodra.
Przed nim stała wysmukła, wiotka kobieta o małych, ale jędrnych
piersiach i pięknej linii zgrabnych ud. Długie pasmo kasztanowych włosów
wyśliznęło się z gumki, łagodną kaskadą spłynęło w kierunku piersi i końcem oparło się na prawym sutku.
Przez chwilę patrzył jak urzeczony, nie mogąc oprzeć się jej urokowi.
Wtedy jeszcze nie znał jej tak dobrze i traktował bardziej jak
rozkapryszone dziecko niż sprytną manipulantkę. Na górze dało się
słyszeć skrzypienie podłogi i to wyrwało go z chwilowego odrętwienia.
- Ubierz się - powiedział zimno, podając jej koszulkę. Na szczęście ze
schodów zbiegła tylko Pasza i widząc pana stojącego w pobliżu jej
ulubionego kuchennego mebla, zaczęła się łasić, żebrząc o kawałek
kiełbasy.
Z ulgą otworzył lodówkę i rzucił psu kawałek wędliny. Słyszał za plecami
szelesty świadczące o tym, że Zuza się ubiera. Kiedy ponownie się
odwrócił, była już w koszulce; stała nieopodal i patrzyła wyzywająco. W jej spojrzeniu dostrzegł coś jeszcze: jakby błysk tryumfu kogoś, kto
dopiął swego.
- Nie zdałeś - rzuciła od niechcenia, bawiąc się puklem włosów i przesuwając wzrokiem po jego sylwetce. Zatrzymała się poniżej linii
brzucha. Popatrzył w dół i pożałował, że facet bywa czasem dla kobiety
jak otwarta księga. - Zawsze wiedziałam, że ci się podobam, a teraz mam
dowód. - Kiwnęła głową w stronę jego podbrzusza. - To był egzamin.
Biedna Ala... - powiedziała obłudnie.
Po chwilowej konsternacji Karol odzyskał rezon. Zachciało mu się nagle
śmiać.
- No wiesz, w pisemkach dla panów zrobiłabyś karierę. Tu masz najlepszy
dowód. - Pogładził się po penisie. - Chociaż piersi mogłabyś mieć nieco
większe... - dodał po krótkim namyśle.
W nią jakby piorun strzelił. Syknęła: "Cham!", i odwróciwszy się
gwałtownie, pobiegła na górę, nie dbając o to, że tupie, aż echo niesie.
Po chwili dobiegł go płacz dziecka, pewnie obudziła się Ania.
Głupia nimfomanka, pomyślał.
- Ale ciało ma niezłe - dodał głośno i poszedł spać.
-
- Nie masz pojęcia, jak odżywam, kiedy tu wracam! W Berlinie po prostu
nie da się żyć - powiedziała Zuza z emfazą i uniosła szklankę w kierunku
Karola. - Nalejesz mi? - spytała. - Strasznie gorąco, nie wiem, jak wy
wytrzymujecie bez klimatyzacji - prychnęła. - Myślałam, kochana, że twój
mąż zarabia wystarczająco dużo, żebyś nie musiała pocić się we własnym
domu.
Alicja popatrzyła w kierunku Karola, który w ogóle nie przejął się
słowami szwagierki.
- U nas w Niemczech wszyscy mają klimatyzację - odezwał się Adam. -
Przynajmniej ci, których na to stać. - Zarechotał głośno. - A w ogóle co
ty wygadujesz, Zuzieńko? W porównaniu z Niemcami Polska to duża wiocha.
U nas, na ten przykład, nie ma w ogóle komarów. - Rozejrzał się
tryumfalnie po ogrodzie. - Wyobrażam sobie, jak się tu męczycie! Jak
chcesz, Alicja, to przywiozę ci taki środek; spryskasz krzaki, trawę,
wlejesz do oczka i po komarach.
- Dziękujemy, ale my lubimy żaby - odezwał się uprzejmie Karol. -
Mówisz, że nie ma komarów? A kiedy ostatni raz widziałeś żabę?
- He, he! Szwagier ekolog i miłośnik żab. - Adam porozumiewawczo
spojrzał na żonę. - No to w takim razie wycofuję się. Ja tam lubię żyć
luksusowo, a żab mogę sobie na wakacjach posłuchać. O! Albo u was. Nie
po to człowiek haruje jak wół, żeby miał sobie odmawiać. Ja tam sobie
nie odmawiam. - Poklepał się po obfitym brzuchu. - Zmieniłem samochód -
rzucił od niechcenia. - Zuzieńce też kupiliśmy nową alfę.
- Bardzo cię przepraszam, ale sama sobie kupiłam. Nie dołożyłeś ani
grosza! - zaprotestowała nerwowo Zuza.
- Bo się nie zgodziłaś. A trzeba było kupić za gotówkę, nie ładować się
w kredyty. Ale skąd! Moja żona jest ambitna i sama chciała sfinansować.
No to teraz buja się z ratami - zakpił.
Zuza wzruszyła ramionami i nic nie odpowiedziała. Przy stole zapadła
niezręczna cisza.
- Kupiłam rewelacyjną szynkę! - zawołała Alicja z takim entuzjazmem,
jakby zdobycie szynki było powodem do świętowania. - Bez konserwantów,
robioną tradycyjną metodą i z prawdziwej, wiejskiej świni. Spróbujcie,
naprawdę pyszna. Od wczoraj się nią zajadam. - Podniosła do góry
półmisek.
- A to są świnie miejskie? - zakpił znowu Adam.
- Czemu ja nic o tym nie wiedziałem? - odezwał się z pretensją Karol,
miłośnik mięsa. Z zapałem podniósł do ust soczysty plaster i lekko się
skrzywił. - Zupełnie bez smaku. Sucha i za słona. No, moja droga, jeśli
to ma być dobra szynka...
Alicji zrobiło się przykro i chociaż tyle razy obiecywała sobie, że nie
da się sprowokować, nie wytrzymała.
- Mógłbyś raz zwyczajnie powiedzieć, że ci po prostu nie smakuje?
- Przecież powiedziałem - obruszył się.
- Nie. Powiedziałeś, że jest do bani.
- A to nie to samo? - zdziwiony Karol uniósł brwi.
- To zupełnie co innego - włączyła się Zuza. - Nie powiedziałeś, że
szynka ci nie smakuje, tylko dałeś nam do zrozumienia, że twoja żona
jest idiotką, która nie wie, co to znaczy dobra szynka i zachwala nam tu
jakieś wióry. Wstyd, Alicja, takie gówno gościom podawać. To
powiedziałeś. - Uśmiechnęła się do szwagra uprzejmie, a Alicja posłała
jej wdzięczne spojrzenie.
Siedzieli na tarasie od godziny i od samego początku Alicja miała
wrażenie, że coś tu nie gra. Przyszli sami - zostawili bliźniaczki u babci - i z pozoru wszystko wyglądało jak zwykle, tylko Zuza była jakaś
dziwna. Zachowywała się jak zawsze, ale wyglądała inaczej. Miała na
sobie powyciągany sweter, a kiedy podniosła rękę, Alicja zauważyła, że
lakier na paznokciach poodpryskiwał w paru miejscach. To było do niej
niepodobne, Zuza była wielką estetką i prędzej zapadłaby się pod ziemię,
niż pozwoliła, żeby ktoś oglądał ją bez makijażu czy z przechodzonym
manikiurem.
Alicja nie dała się namówić Adamowi na podziwianie nowego cudu
motoryzacji i kiedy panowie wyszli przed dom, zaciągnęła Zuzę do
sypialni.
- Co się dzieje? - zapytała, sadzając ją w fotelu.
- Nic. Masz papierosa?
Po chwili wahania wyciągnęła z nocnej szafki paczkę marlboro.
- Masz, Karol mnie zabije, że palę tutaj. Do spółki z panią Helenką -
powiedziała, podając siostrze ogień i wtykając sobie papierosa do ust.
- Już dawno mówiłam, że powinnaś pozbyć się tego babska. - Zuza
zaciągnęła się z widoczną przyjemnością i przymknęła oczy. - Ona mnie
nie lubi.
- Nie przejmuj się, mnie też. A teraz gadaj, co jest?
Zuza znowu się zaciągnęła, wstała z fotela i podeszła do okna.
- Naprawdę ładnie tu - stwierdziła bez związku i odwróciła się w stronę
Alicji. - Jestem w ciąży - powiedziała spokojnie.
Alicję zatkało. Przez chwilę wpatrywała się w siostrę otwartymi ze
zdumienia oczyma, w myślach rozważając, które z pytań cisnących się na
usta wybrać, aż w końcu zapytała najgłupiej jak można:
- Jak to?
- Zwyczajnie. - Zuza wzruszyła ramionami. - Najbanalniej na świecie. W ciąży i już.
- O Boże, Adam pewnie umiera ze szczęścia! - Alicji zaczęło przechodzić
chwilowe odrętwienie. Podeszła do siostry z uśmiechem i chciała ją
wyściskać, ale ta odsunęła się niechętnie.
- Przestań się wygłupiać. Adam nic nie wie i mam nadzieję, że nigdy się
nie dowie - dodała, przyglądając się Alicji podejrzliwie. Ostatnie
zdanie było właściwie pytaniem, które zawisło pomiędzy siostrami.
Alicja otworzyła oczy ze zdumienia.
- Oszalałaś! Ty naprawdę oszalałaś. Chcesz się pozbyć tego dziecka?
Wiesz, ile bym dała, żeby być na twoim miejscu?! - zawołała odrobinę za
głośno i zaraz ze strachem ściszyła głos. - Który miesiąc?
- Jakie to ma znaczenie? Na tyle wcześnie, że jeszcze mogę zrobić
skrobankę. - Zuza znowu zaciągnęła się papierosem. - Niestety, nie
jesteś na moim miejscu, więc oszczędź mi tych moralizatorskich gadek -
powiedziała niechętnie, widząc, że Alicja poczerwieniała na twarzy. - To
tylko zabieg, nic więcej.
- To dziecko! - krzyknęła Alicja histerycznie. - Nie masz prawa sama
podejmować decyzji! Zuza, proszę - powiedziała błagalnie. - Porozmawiaj
chociaż z Adamem, przecież on ma prawo wiedzieć...
- Nie ma. To nie jego dziecko - stwierdziła Zuza spokojnie.
- A czyje?!
Zawahała się na chwilę.
- Nie wiem. - Wzruszyła ramionami. - To znaczy, domyślam się, ale nie
mam pewności. W grę wchodzą dwa warianty, ale żaden z nich nie jest moim
mężem - powiedziała z nutą cynizmu.
Alicja gapiła się na nią z otwartymi ustami. Po chwili bezradnie usiadła
na łóżku i schowała głowę w ramionach. Jakiś czas panowała cisza. W końcu Zuza zaczęła mówić:
- Poznałam go, kiedy tłumaczyłam jego książkę. Zresztą kiedyś ci
opowiadałam. To Niemiec, wzięty pisarz. Spotykaliśmy się parę miesięcy,
kiedy razem pracowaliśmy. Potem pewne sprawy... - zawiesiła głos -
wymknęły się spod kontroli, a potem mnie zostawił. Uznał, że tak będzie
lepiej dla nas obojga, i wrócił do Włoch, gdzie na stałe mieszka. Nie
widzieliśmy się dwa lata i już prawie o nim zapomniałam, kiedy
nieoczekiwanie zadzwonił i poinformował mnie, że przygotowuje do druku
następną książkę i chce, żebym ją tłumaczyła. Zgodziłam się i umówiliśmy
się na spotkanie...
Zuza umilkła.
- To jego dziecko? - spytała ostrożnie Alicja.
- Z tłumaczenia nic nie wyszło, bo nie dogadał się z wydawcami. - Zuza
jakby nie słyszała pytania. - Spotkaliśmy się jeszcze parę razy, ale
okazało się, że nie da się wejść dwukrotnie do tej samej rzeki. Zresztą
ja już w tym czasie spotykałam się z Norbertem.
- Jak to z Norbertem? - Alicja głupio myślała, że już nic jej nie
zaskoczy. - A twój mąż?
- Daj spokój. - Zuza wzruszyła ramionami. - Adam to kretyn. Naprawdę
myślisz, że mogłabym być z nim szczęśliwa?
- Przecież za niego wyszłaś...
- Bo byłam głupia i myślałam, że to dla mnie idealne rozwiązanie:
niezbyt lotny, bogaty i ciągle nieobecny mąż. Niestety, pomyliłam się. -
Westchnęła i spojrzała na siostrę.
Ta siedziała jak skamieniała, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie
usłyszała. Do dzisiaj myślała, że zna Zuzę, może nie tak dobrze, jak zna
się zwykle bliskie przyjaciółki, ale przynajmniej na tyle, żeby nie dać
się zaskoczyć. Nigdy się sobie przesadnie nie zwierzały, lecz wiedziały
o najważniejszych rzeczach. Mama z ojcem zawsze dbali o to, żeby więź
między siostrami nie skończyła się, kiedy każda pójdzie w swoją stronę.
Po ślubie z Adamem Zuza trochę się oddaliła; już nie każde święta
spędzały wspólnie, w rodzinnym domu; skończyły się popołudniowe wizyty
na Mickiewicza, kiedy to, umawiając się po pracy, lubiły wpadać do mamy
na placek drożdżowy. Zuza zjawiała się tam właściwie wyłącznie wtedy,
kiedy przywoziła bądź odbierała dziewczynki, które więcej czasu spędzały
z babcią niż z wiecznie zajętą mamą. Ania była już prawie dorosła, więc
kiedy Zuza wyjeżdżała, pozwalała jej mieszkać w domu samej, pod
warunkiem że codziennie będzie się meldowała u babci.
Nagle Alicja przestraszyła się, że patrzy na siostrę jak na obcą
kobietę, i to w dodatku taką, która zupełnie jej się nie podoba. Zuza
jakby odgadła te myśli, bo podeszła i wzięła ją za rękę.
- Zachowujesz się, jakby właśnie spadły ci różowe okulary - powiedziała
łagodnie, ale z nutą kpiny w głosie. - Jesteś już dużą dziewczynką,
siostrzyczko, i powinnaś z większym dystansem podchodzić do życia.
Myślałaś, że ludzie po ślubie się nie zdradzają, tylko trwają w okowach
małżeńskich, nawet jeśli nie mają na to ochoty?
- Nie, ale... - Alicja znowu nie wiedziała, co ma powiedzieć. Nie była
naiwną panienką i od dawna wiedziała, że nadęty, niezbyt lotny Adam ze
swoimi prostackimi powiedzonkami, głupawym poczuciem humoru i obezwładniającym poczuciem samozadowolenia zupełnie nie pasuje do jej
inteligentnej i wrażliwej siostry. Po cichu zawsze uważała, że są jak
gołębica i indor: trudno wyobrazić sobie bardziej niedobraną parę. Miała
wrażenie, że przetrwali tyle lat tylko dlatego, że w zasadzie mieszkali
osobno.
- Poza tym, jeśli chcesz wiedzieć - kontynuowała Zuza - Adam wcale nie
jest taki skrzywdzony, jak myślisz. O nie, mój mąż umie zadbać o siebie.
W zeszłym miesiącu znalazłam w moich rzeczach w Berlinie biustonosz.
Tyle że nie mój. Łatwo zauważyć, że miseczkę E mogłabym co najwyżej
nosić na głowie, a i to nie wiem, czy nie byłaby za duża - powiedziała z goryczą. - Inteligentny facet wymyśliłby inteligentne kłamstwo, a ten
idiota usiłował mnie przekonać, że to mój, tylko pewnie zapomniałam.
Wyobrażasz sobie, jakim trzeba być kretynem, żeby bieliznę kochanki
wkładać do szafy żony?
- No, fakt. - Mimo wszystko Alicja nie mogła się nie zgodzić. - Ale to
niczego nie zmienia - zastrzegła zaraz. - To wszystko teraz nieważne -
dodała po chwili zastanowienia. - Jesteś w ciąży i teraz tylko to się
liczy. A ten... Norbert? - zapytała niepewnie.
- Norbert to już przeszłość - oznajmiła lodowato Zuzanna. - Pomyłka.
- Ale może ta pomyłka, jak mówisz, jest ojcem dziecka.
- Jakie to ma znaczenie w takiej sytuacji? Ja nie zamierzam urodzić,
więc co za różnica? - Zuza wzruszyła ramionami. - Mówię ci o tym tylko
dlatego, że... ostatnio jakoś... No, jakoś nie mogę sobie z tym wszystkim
poradzić - powiedziała cicho.
Po raz pierwszy od początku rozmowy Alicja dostrzegła w jej oczach
iskierki ludzkich uczuć: bezradność i strach. Zuza wyglądała teraz jak
mała dziewczynka, której zaczęło ciążyć udawanie dorosłej. Stała
naprzeciwko, w za dużym swetrze, zgaszona i oklapła. Przed chwilą
trzymała się jeszcze papierosa, teraz nie wiedziała, co zrobić z rękami,
i nerwowo skubała dół swetra.
- Cholera - westchnęła w końcu. - Myślałam, że takie rzeczy zdarzają się
tylko nastolatkom. No nic, jakoś sobie poradzę. - Próbowała wziąć się w garść.
- Jakoś? Chcesz się pozbyć dziecka i mówisz "jakoś"? - Alicja czuła, że
powtarza się jak zacięta płyta. Chciała wymyślić coś mądrzejszego,
pocieszyć ją, ale w głowie miała tylko jedno. - Zuza, przecież to
dziecko. Twoje dziecko - jęknęła. - Wyobrażasz sobie, że mogłabyś zrobić
coś takiego bliźniaczkom? Albo Ani? - Chwyciła się ostatniego argumentu,
z góry wiedząc, jaka będzie odpowiedź.
- Nie dramatyzuj. Co za głupie porównanie! Ania może i była wpadką, ale
chociaż kochałam jej ojca. Poza tym to zupełnie co innego. Nic nie
rozumiesz! - zdenerwowała się.
Powoli zaczynała tracić ten swój zimny spokój, jaki prezentowała od
początku rozmowy, co bardzo ucieszyło Alicję. Postanowiła, że choćby nie
wiem co, nie pozwoli usunąć ciąży, zrobi wszystko, żeby Zuzę przekonać.
Zastanawiała się właśnie gorączkowo, jakich jeszcze użyć argumentów,
kiedy do pokoju wsunął głowę Karol.
- Tu jesteście - powiedział z ulgą i Alicja domyśliła się, że pół
godziny w towarzystwie szwagra to wszystko, na co było go stać. Zuza
także się domyśliła.
- Jak widzę, nie popękałeś z zazdrości na widok tego cudu motoryzacji i pewnie mój subtelny małżonek jest niepocieszony - powiedziała drwiąco,
przechodząc obok Karola.
- Co ją ugryzło? - zdziwił się, kiedy zostali sami. - Alicja, co się
stało? Masz taką minę... - zaczął, ale żona nie dała mu dokończyć:
- Nic, potem ci powiem. Chodź, rozpalimy grilla, kupiłam zapeklowaną
polędwicę - powiedziała z roztargnieniem i pociągnęła go za rękę.
-
Zuza zadzwoniła następnego dnia. Alicja jechała właśnie na spotkanie z wyjątkowo nużącym klientem, który co dwa dni zmieniał koncepcję i nie
mógł się zdecydować, czy jego nowe biuro ma być w stylu barokowego
przepychu, czy może lepszy będzie surowy, minimalistyczny, acz niebywale
drogi wystrój. Nie z takimi dziwakami już pracowała, więc teraz jedynie
zastanawiała się, o ile podnieść stawkę za codzienne męczące kursy tam i z powrotem.
- Posłuchaj - zaczęła Zuza. - Właściwie to nie mogę teraz rozmawiać, ale
może spotkamy się po południu? Wczoraj zapomniałam ci o czymś
powiedzieć. Znalazłam dla was dziecko - zakomunikowała jak gdyby nigdy
nic.
Alicja mijała właśnie wyjątkowo ruchliwe skrzyżowanie i chyba tylko
opatrzność boża sprawiła, że wyjeżdżając z podporządkowanej, nie
wpakowała się pod koła nadjeżdżającej z prawej strony ciężarówki.
Kierowca zaczął hamować z piskiem opon, na szczęście zdążyła śmignąć mu
przed nosem, w ostatniej chwili ratując się refleksem. We wstecznym
lusterku zobaczyła, jak z kolosa wyskakuje rozsierdzony mężczyzna, więc
nie czekając na dalszy rozwój wypadków, dodała gazu i zniknęła za
zakrętem. Całe zdarzenie trwało ułamki sekund.
- Halo! Halo! Jesteś tam? - odezwał się telefon z pretensją i Alicja
uświadomiła sobie, że cały czas ściska w ręku słuchawkę.
- Jestem... - powiedziała, z trudem przełykając ślinę. - Jeszcze - dodała.
- No właśnie mówię, że nie mogę teraz rozmawiać, ale wpadnij do mnie po
południu, to wszystko ci opowiem.
- Czekaj, Zuza! Jakie dziecko? O czym ty mówisz?! - Alicja starała się
opanować.
- Teraz nie mogę. Cześć! - zabrzmiało stanowczo i Zuza się rozłączyła.
Przez cały dzień Alicja nie mogła się skupić. Pan Barański po raz setny
doszedł do wniosku, że jednak woli przepych.
- Wie pani, klienci muszą czuć, że to nie byle co. Taki gabinet ma
wzbudzać respekt i zazdrość. Pani mówi, że egzotyczne, drogie drewno
jest eleganckie, a ja pani mówię, że nie każdy zna się na drewnie, za to
każdy wie, że jak jest złoto, to jest kupa szmalu. Dobrze mówię? -
Zaśmiał się zadowolony z siebie. - I jeszcze te lampy mi się nie
podobają. Jakieś takie... - skrzywił się. - W jednym pałacu widziałem
takie szklane żyrandole, to by chyba pasowały, co nie? - Przyjrzał się
jej z uwagą. - Oj, pani Alu! - pogroził jej żartobliwie palcem. - Ja tu
za panią robotę całą wykonuję, a pani jakaś taka wczorajsza dzisiaj
jest. Dobrze mówię? - Zaśmiał się zadowolony z żartu.
- Tak, tak, ma pan rację. Przepraszam... - odpowiedziała roztargniona.
Zawsze zastanawiało ją, jak ludzie pokroju Barańskiego są w stanie
zarządzać dużą firmą i zarabiać niezłe pieniądze. Kiedyś doszła do
wniosku, że to brak wyobraźni pozwala im inwestować i rozwijać interesy,
nie martwiąc się o nic. Według niej Barański był bezrefleksyjnym
kretynem, trwającym w nieustannym przekonaniu, że Pan Bóg, stwarzając
świat, odwalił potężną fuszerkę i udał mu się tylko jeden Barański.
Dziś jednak nie miała do niego głowy, więc upewniwszy się jeszcze dwa
razy, że nie zmieni zdania, naniosła szybkie poprawki w projekcie i pożegnała się.
- Pani to się marnuje w tej pracy - usłyszała, jak zwykle, na odchodne.
- Pan Barański - mężczyzna dumnie wypiął potężny tors, na którym
połyskiwał monstrualnych rozmiarów złoty łańcuch - nigdy by nie
pozwolił, żeby jego żona pracowała. - Alicji stanął przed oczyma potężny
goryl, który władczo uderza się w piersi na oczach zachwyconych samic. -
W domku to co innego - kontynuował. - Zadbać o siebie, mężowi obiadek
ugotować, film se ciekawy obejrzeć, dzieci z przedszkola odebrać. O, to
są zajęcia dla kobiety, a nie jakieś zapierdalanie na drugi koniec
miasta za parę złotych. O, pardon - zreflektował się. - Ale z pani to
jeszcze niezły kawałek kobitki jest - usprawiedliwił się w przekonaniu,
że wygłosił potężny komplement. - Dobrze mówię?
- Do widzenia panu - skinęła mu wyniośle głową i wsiadła do auta.
Pomyślała, że przy takim podejściu do małżeństwa szybko żony nie
znajdzie, bo nawet kobiety, które mogłyby się skusić jego pieniędzmi,
prędzej czy później zorientują się, że dostają w pakiecie prostackiego,
zaborczego megalomana o zacofanych poglądach. Dobrym przykładem była jej
własna siostra...
Zabolało ją to "jeszcze". Niewątpliwie była od niego parę lat starsza,
ale to nie powód, żeby wytykać jej wiek. Nie czuła się stara i była na
siebie zła, że przejęła się komentarzem takiego pacana. Obiecała sobie,
że skończy dla niego projekt tak szybko, jak się da, i nigdy już nie da
się wrobić Karolowi w pracę dla jego znajomych. Jej mąż był
inteligentnym, błyskotliwym człowiekiem i nie mogła zrozumieć, jak może
podtrzymywać takie znajomości. Karol tłumaczył, że to biznes, nie
koleżeństwo, ale jakoś nie dawała się przekonać. Czuła, że jest
niekonsekwentna: dziwiła się Karolowi, a sama przecież nie przebierała w klientach, tylko zazwyczaj brała, co się nawinęło. Zdarzali się
sympatyczni, mili ludzie, ale czasem zmuszona była pracować i z takimi
Barańskimi.
Wracając do domu, zajechała do hurtowni. Już od progu wpadła jej w oko
obrzydliwa, horrendalnie droga, buraczkowa terakota na wysoki połysk ze
złotymi żyłkami. Pomyślała, że będzie wprost idealna dla Barańskiego;
namacalny dowód kiczowatego, nowobogackiego gustu: drogie, błyszczy się
i ocieka złotem. Bez zastanowienia zadzwoniła, podała adres i poprosiła,
żeby w wolnej chwili ją obejrzał. Czas pokazał, że się nie pomyliła;
klient był zachwycony i kupił glazurę nie tylko do gabinetu, ale także
do swojego nowego domu.
W jej własnym domu czekała na nią zaległa praca i naburmuszona pani
Helenka. Zazwyczaj nie dawało się pogodzić tych dwóch elementów, więc
Alicja postanowiła odprawić dzisiaj gosposię. Na obiad mogła zrobić
sałatkę z dodatkiem grillowanego mięsa, które leżało w lodówce od
wczoraj; dla Karola wystarczy, a ona sama zamierzała zjeść coś u Zuzy.
- Pani Helenko... - zaczęła, ale gosposia nie dała jej skończyć.
- Nie będę sprzątała po tym bydlaku - powiedziała z pretensją.
Alicja w pierwszej chwili nie zrozumiała, kogo ma na myśli.
- Po psie - dodała gosposia, widząc jej niepewną minę. - Znowu
wylegiwała się na sofie. Pani zobaczy, ile kłaków. Ta sofa to się już
zupełnie do niczego nie nadaje, wstyd na niej ludzi sadzać, bo co sobie
pomyślą? - Dla pani Helenki było to najważniejsze kryterium. - Ja to bym
tego psa już dawno... - Spojrzała na Paszę i w jej oku błysnęły mordercze
instynkty.
Biedna suka, jakby wyczuwając niecne zamiary gosposi, schowała się za
swoją panią.
- Pani Helenko, Karol by się zapłakał - z niewinną miną zauważyła
Alicja, poklepując psa.
- Toż wiem przecie... - westchnęła gosposia. - Ale to ręce opadają! Pan
Karolek świata za nią nie widzi. Żeby on tak panią kochał jak tego psa...
- dodała zgryźliwie.
Alicja udała, że nie słyszy. Przyzwyczaiła się do tych drobnych
złośliwości i nie robiły już na niej takiego wrażenia jak jeszcze rok
temu.
- Może pani dziś pójść wcześniej. Karol wróci późno, a ja nie będę jadła
w domu.
- Jakże to? - oburzyła się gosposia. - A kto panu Karolkowi poda obiad?
- Sam sobie weźmie, korona mu z głowy nie spadnie. Zrobię mu sałatkę i zostawię w lodówce. - Alicja usiłowała być stanowcza, ale gosposia miała
na ten temat własne zdanie.
- Te sałatki to żadne jedzenie - prychnęła z pogardą. - Jak nie ma zupy,
to nie ma obiadu. Obiad bez zupy to nie obiad - oświadczyła stanowczo.
Alicja wiedziała, że niestety, jej mąż uważa podobnie. - Zaraz zrobię
szczawiową, pan Karol lubi. - Pani Helenka najwyraźniej w dalszym ciągu
niewiele sobie robiła z prawowitej pani domu. Zakasała rękawy i zniknęła
w kuchni.
Alicja stała bezradnie na środku pokoju w kolejnym poczuciu klęski.
Drobne starcia z gosposią zawsze kończyły się tak samo: Helenka robiła,
co chciała, a Alicja, żeby zachować resztki szacunku dla samej siebie,
musiała udawać, że właśnie wydała gosposi polecenie, które tamta teraz
skwapliwie wykonuje.
- Chodź do mnie, Pasza - powiedziała z goryczą do psa, który ułożył się
wygodnie przy drzwiach tarasowych. - No chodź, piesku, ty jedna się ze
mną liczysz. Dostaniesz kiełbaski - kusiła, kucając i wyciągając rękę.
Pasza popatrzyła na nią leniwie, nawet nie podnosząc głowy, po czym
zamknęła oczy.
- Ty wstrętna suko, ty też przeciwko mnie?
A kto ci jeść daje? - już miała zapytać, ale przypomniała sobie
uczciwie, że psa karmi na ogół Karol albo pani Helenka. Żeby zachować
twarz, weszła do kuchni i powiedziała:
- Dobrze, niech pani ugotuje zupę, a potem jest pani wolna.
Gosposia spojrzała na nią z politowaniem.
- Koszule muszę panu Karolkowi uprasować na te targi. Jakże za granicą
będzie wyglądał w pogniecionych?
Alicja lekko się spłoszyła i zanim pomyślała, co mówi, palnęła bez
zastanowienia:
- Jakie targi? To Karol wyjeżdża?
Gosposia wyglądała na usatysfakcjonowaną.
- Jakże to? Pani nie wie? - zapytała z podejrzaną słodyczą. - Na targi,
do Wiednia - powiedziała z dumą, jakby sama się tam wybierała. - Jutro z rana - dodała, przyglądając się podejrzliwie skonsternowanej pani domu.
- Wiem, oczywiście, że wiem, tylko zapomniałam, że to już jutro. -
Alicja nerwowo podrapała się po głowie.
- Akurat - mruknęła gosposia, ale Alicja wolała udawać, że nie słyszy.
Zajrzała do lodówki, wzięła sobie pomidora i rzuciła na odchodnym:
- Tylko proszę jajka do zupy ugotować na półtwardo, bo Karol nie lubi
innych.
- Przecie chyba wiem, jakie jajka lubi pan Karolek! - doleciało z kuchni, lecz Alicja była już w pokoju i nie musiała reagować.
Była zła na męża, że nie raczył jej poinformować o wyjeździe, ale nie
omieszkał zawiadomić o tym gosposi, stawiając żonę w niezręcznej
sytuacji. Było jasne, że pani Helenka wykorzysta każdą możliwość, żeby
jej dopiec. Już i tak uważała się za najważniejszą w domu, zaraz po panu
Karolku oczywiście, sprowadzając Alicję do roli uciążliwej lokatorki,
której nie można wyrzucić, bo jednak regularnie płaci czynsz, a poza tym
pan domu ma do niej słabość...
Z tą słabością zresztą ostatnio różnie bywało... Mijali się jak dwa
okręty, które pływają po różnych trasach. Do niedawna chociaż przybijali
do tego samego portu, ale od paru miesięcy Karol więcej czasu spędzał w pracy, na różnych targach, spotkaniach i zebraniach. Firma wchodziła na
nowe rynki, duże szanse na rozwój widać było szczególnie w Wielkiej
Brytanii, gdzie polscy budowlańcy byli konkurencyjni ze względu na
stawki, ale też na fachowość. Rozszerzała asortyment usług, a to, jak
twierdził jej mąż, wymagało zaangażowania całego kapitału, zarówno
finansowego, jak i ludzkiego. Braku finansowego na razie nie odczuła;
oprócz pieniędzy ze zleceń ciągle regularnie wpływały na jej konto
pieniądze od męża, ale ludzki - jak najbardziej. Jej osobisty, ludzki
kapitał był zaangażowany gdzie indziej i nawet weekendy rzadko zdarzało
mu się spędzać razem z żoną. Tłumaczył wprawdzie, że ten ciężki okres
nie potrwa długo, że w końcu sytuacja się ustabilizuje, ale nie bardzo
mu wierzyła. Bolało ją to, że wcale nie wydawał się zmartwiony z powodu
ograniczonych kontaktów. Kiedy już wracał do domu, był zmęczony,
rozdrażniony i nie dało się z nim nawet pogadać, nie mówiąc o czymś
innym...
Kiedyś w środku nocy poczuła, jak kładzie rękę na jej udzie. Ucieszyła
się i mrucząc, wyprężyła jak młoda kotka. Ręka powędrowała wyżej; po
chwili dołączyła do niej druga, a w następnej chwili podniecona Alicja
usłyszała głośne chrapnięcie i zrozumiała, że jej mąż śpi jak zabity, a to, co jej wydawało się zaproszeniem do pieszczoty, było tylko
reminiscencją jego snów, do których nie miała dostępu. Poczuła się
samotna i opuszczona.
Z rozmyślań wyrwał ją dzwonek telefonu w chwili, kiedy właśnie
przypomniała sobie, że miała pracować. Obiecała skończyć na jutro dwa
projekty. Jeden był prawie gotowy, ale drugi musiała gruntownie
przemyśleć. Z ciężkim sercem, westchnąwszy, podniosła słuchawkę.
Dzwoniła Olga.
- Słuchaj! Marczakowa jest zachwycona! - krzyknęła zaaferowana.
Skonsternowana Alicja zmarszczyła nos.
- Jaka Marczakowa? I czym jest taka zachwycona? - spytała podejrzliwie.
- No, kuchnią Wolańskiej - zniecierpliwiła się przyjaciółka.
- Tak dobrze gotuje? To jakaś knajpa? - spytała ostrożnie Alicja. - Czy
może szyfr?
- Jaki szyfr? Zgłupiałaś? Kuchnię robiłaś Wolańskiej w zeszłym roku.
Sklerozę już masz czy tak obrosłaś w piórka, że klientów nie pamiętasz?
- Ach, ta Wolańska. - Alicja wreszcie skojarzyła. - Taka chuda paniusia
z pretensjami - przypomniała sobie.
- Nie z pretensjami, tylko z pieniędzmi, i to dużymi - poprawiła Olga. -
A w ogóle nie narzekaj, bo ci baba reklamę zrobiła, jak nie
przymierzając profesjonalna agencja. Po to właśnie dzwonię. Nie wiem,
coś ty jej w tej kuchni zrobiła, ale Marczakowa chce taką samą.
Alicja skrzywiła się, bo przypomniała sobie, ile wysiłku i zachodu
kosztowało ją sprowadzenie z Włoch specjalnego marmuru, z którego
wykonane zostały kuchenne blaty i którym obudowała ścianę. Dla klienta
koszt był olbrzymi, ale ona jakoś nieuważnie naliczyła swoją prowizję i głupio jej było się potem wycofać. W sumie narobiła się jak wół, a nie
zarobiła wiele więcej niż zwykle.
- Kto to jest Marczakowa? - zapytała, bo nazwisko wydało jej się
znajome.
- No jak to? Marczakowa! Ta Marczakowa! Żona TEGO Marczaka.
- A, TEGO Marczaka. - Alicja przypomniała sobie wielką czarną limuzynę z szoferem w prawdziwej liberii, którą jeździł prezes Marczak, właściciel
największych zakładów produkujących coś tam oraz udziałowiec
niezliczonych spółek w kraju i za granicą. Pomyślała, że takiemu pewnie
nie wystarczy byle marmur...
- Nie wiedziałam, że Marczak ma żonę - zauważyła z powątpiewaniem. -
Czemu ty do mnie dzwonisz, a nie ona? - zdziwiła się.
- Ich dziecko jest w mojej klasie. Swoją drogą bystry chłopczyk, wcale
nie wygląda na rozpieszczonego dziedzica, w przeciwieństwie do innych. -
Olga pracowała w prywatnej szkole, gdzie czesne było wyższe niż jej
nauczycielska pensja i gdzie uczęszczały dzieci najbardziej
prominentnych polityków i biznesmenów. - Podeszła do mnie po wywiadówce
i powiedziała, że dostała namiary na ciebie od Wolańskiej. Wolańskiej
syn też chodzi do naszej szkoły - dodała bez związku.
- Wiem, do waszej szkoły chodzą wszystkie nieprzystosowane do normalnego
życia jednostki - wtrąciła Alicja zgryźliwie, bo zaczynała być zła. -
Olga, ja w przeciwieństwie do ciebie próbuję pracować, poza tym naprawdę
nie mam dziś głowy ani do Marczakowej, ani do Wolańskiej. Mam kłopoty z Zuzą, właściwie to ona ma kłopoty, a ja od rana nie mogę o niczym innym
myśleć - westchnęła w słuchawkę.
Olga w lot zrozumiała.
- A, Zuza, rozumiem. Co tym razem?
Zuza i Olga znały się dość dobrze, ale za sobą nie przepadały. Właściwie
Olga miała podobny charakter, była równie zaborcza, lubiła skupiać na
sobie uwagę i czasem miała problemy z empatią. Poza tym zazwyczaj waliła
prosto z mostu, co przysparzało jej kłopotów z przełożonymi i rodzicami,
a wzbudzało sympatię wśród uczniów. Przy tym wszystkim stanowiła jednak
egzemplarz o wiele bardziej sympatyczny i dający się lubić. Mimo lekkiej
pyszałkowatości była w gruncie rzeczy poczciwa i dobroduszna.
- Nie chce mi się teraz o tym gadać. Przepraszam, ale najpierw muszę to
sama przetrawić.
- Dobra, jak chcesz. - Olga nie nalegała. - A wracając do Marczakowej,
prosiła, żebym cię przekonała, byś mimo nawału zajęć znalazła dla niej
czas. Powiedziała, że dobrze zapłaci.
- A skąd ona wie, że mam nawał zajęć? - zdziwiła się Alicja. - Trochę
mam, ale żeby zaraz nawał?
- Ja jej powiedziałam - oświadczyła Olga niewinnie. - Niech sobie nie
myśli, że jesteś jakimś pierwszym lepszym projektantem, który gania za
klientami. Marka, kochana, marka. Trzeba się cenić i budować sobie markę
- dodała pouczająco. - Kończę, bo za chwilę mam lekcję z piątą B,
wykończą mnie te bachory - westchnęła i pożegnała się.
Alicja też westchnęła i z niechęcią otworzyła komputer. W gruncie rzeczy
ucieszyła się na myśl o nowym zleceniu. Lubiła projektować, tworzyć i wymyślać nową rzeczywistość. Nigdy do końca nie wiedziała, jaki będzie
ostateczny efekt, i czasem sama bywała zaskoczona. Nie bała się
ryzykownych rozwiązań, nowatorskiej kolorystyki. Najchętniej
projektowałaby na własną rękę, według własnego uznania, niestety, w tej
pracy najważniejszy był klient. Nieraz z żalem musiała rezygnować z ciekawego pomysłu, ponieważ klient wolał rozwiązania standardowe i nie
dawał się przekonać do innego układu kuchennych mebli niż oklepane
szafki stojące, szafki wiszące i kafelki nad zlewem do kompletu,
najlepiej w kolorze piaskowym. Kiedy widziała światełko w tunelu,
próbowała przekonywać do swoich pomysłów; ostrożnie oswajała z nową
koncepcją, robiła dziesiątki wizualizacji i czasem się udawało. Zwykle
jednak była tylko technicznym wykonawcą banalnych rozwiązań.
Jedyne, czego nie lubiła, to właśnie klienci, czyli, paradoksalnie,
element, bez którego nie miałaby pracy. Najczęściej marudni,
niezdecydowani, a jednocześnie przekonani, że wiedzą najlepiej, jak ma
być.
Siedziała nad projektami już dwie godziny, kiedy poczuła, że burczy jej
w brzuchu. Przypomniała sobie, że rano zdążyła tylko wypić kawę. Z kuchni dolatywały smakowite aromaty. Pani Helenka naprawdę potrafiła
gotować i Alicję nieraz zastanawiało, czy Karol miałby do gosposi tyle
serca i cierpliwości i czy tak łatwo wybaczyłby jej niechęć do swojego
ukochanego psa, gdyby nie talenty kulinarne.
Jak na zawołanie zaszczekała Pasza i w radosnych podskokach wybiegła
przed dom. Alicja usłyszała samochód męża. Zdziwiła się przelotnie, bo
zapowiedział, że dziś będzie później.
- Dobrze, że jesteś! - zawołał już od progu. - Od godziny nie mogę się
do ciebie dodzwonić. Tyle czasu gadasz przez telefon? - Rzucił płaszcz
na fotel i stanął przy jej biurku.
Alicja spojrzała na komórkę.
- Musiała się rozładować i nie zauważyłam...
- To teraz nie czuj się zaskoczona, bo próbowałem cię uprzedzać.
Pamiętasz, jak ci mówiłem o tym Angliku? No, o tym, co miał kupić
mieszkanie w Polsce - dodał zniecierpliwiony, bo spojrzenie żony nie
zdradzało, żeby cokolwiek pamiętała. - Ten, który załatwia mi kontakty w Londynie.
- A, ten - przypomniała sobie. - Pamiętam, i co z tego?
Była zła, że nawet się z nią nie przywitał, tylko od progu ma pretensje
i zawraca jej głowę jakimiś Anglikami.
- No więc kupił dom pod miastem i właśnie tam na nas czeka. Obiecałaś,
że zrobisz mu projekty... - powiedział Karol trochę niepewnie.
- Ja? - zdziwiła się niebotycznie i aż uniosła z krzesła. - Obiecałam?
Karol popatrzył z wyrzutem:
- Mówiłem ci przecież, że może będzie taka potrzeba... - zaczął, ale mu
przerwała.
- Mówiłeś, że ten facet szuka domu i potem może potrzebny będzie mu
projektant - wycedziła. - Tylko tyle.
- A to nie to samo? - udał zdziwionego. Usiadł na sofie i pociągnął żonę
za sobą. - Aluniu, no nie bądź taka. - Posadził ją sobie na kolanach. -
To tylko mały projekcik. Przecież wiesz, jak mi zależy na dobrych
kontaktach. Ten facet naprawdę może mi dużo ułatwić, poza tym nikogo tu
nie zna, kupił dom, żeby nie mieszkać po hotelach. A w ogóle to traktuje
go raczej jak inwestycję, więc nie musisz się za bardzo przykładać. On
na stałe i tak mieszka w Anglii, a ten dom to taka fanaberia. Poza tym
gość ma gest, nie jest upierdliwy, zobaczysz, będzie ci się dobrze
pracowało.
Alicja usiłowała coś powiedzieć, lecz Karol zamknął jej usta
pocałunkiem. Była na niego wściekła, czuła się wykorzystywana, ale nie
umiała mu się oprzeć.
- Tęsknię za tobą - szepnął jej do ucha. - Może dokończymy wieczorem?
Wyswobodziła się z jego objęć i gwałtownie stanęła na nogach.
- Jak możesz? Jesteś wstrętny - powiedziała bez przekonania.
Siedział rozparty i przyglądał się żonie z uśmiechem. Może to nie było
do końca w porządku, ale już wiedział, że się udało.
- Przecież wiesz, że nie lubię tak pracować - skapitulowała. - Poza tym
nie dogadam się z nim... - sięgnęła rozpaczliwie po ostatni argument.
- Dogadasz, kochanie, on świetnie mówi po polsku. Jego matka była Polką.
Zobaczysz, będzie tobą zachwycony. No, wkładaj płaszcz.
O tak, jej mąż umiał postawić na swoim.
-
O tej godzinie całe miasto było zakorkowane. Karol prowadził samochód i jednocześnie posyłał inwektywy w stronę innych kierowców.
- Rusz się, kmiocie, przecież masz jeszcze zielone! No, co się gapisz,
baranie! Jazda z tego skrzyżowania! Kurwa, w tym tempie dowleczemy się
gdzieś w okolicach Wielkanocy! - wściekał się, bezsilnie uderzając w kierownicę. - Dlaczego ci idioci ruszają, dopiero jak się zapali
zielone?! - Karol za kierownicą prezentował mentalność Kalego. Wytykał
innym to wszystko, co bardzo często było jego udziałem.
Alicja siedziała z boku i starając się nie słuchać gderania męża,
usiłowała dodzwonić się do Zuzy, żeby przełożyć spotkanie. Miała też
nadzieję, że może siostra będzie bardziej rozmowna i choć pobieżnie
powie, co miało znaczyć to radosne: "mam dla was dziecko".
Przez wiele lat starali się o dziecko, odwiedzili chyba wszystkich
lekarzy w kraju i za granicą, stracili mnóstwo pieniędzy, czasu i nerwów. A na końcu stracili także nadzieję. Najgorsze, że nigdy nie
usłyszeli jednoznacznej diagnozy; według lekarzy nie było konkretnego
powodu, dla którego nie mogliby mieć dzieci. Z goryczą przypomniała
sobie wszystkie odbyte rozmowy: leniwe plemniki, nietypowa budowa,
stres, zmęczenie, proszę wypocząć, proszę tak bardzo nie myśleć o dziecku... Słowa, słowa, z których nic nie wynikało. Nie było czego
leczyć: parę nadżerek, jakaś niewielka torbiel. Karol przez jakiś czas
łykał całe sterty witamin, nosił luźną i przewiewną bieliznę. Rzucił
papierosy, przestał pić kawę; jeszcze trochę i przestałby kląć, bo w pewnym momencie wpadł na pomysł, że to kara boska za grzechy... Kiedy
któryś lekarz zasugerował, że za problemy z niepłodnością odpowiedzialny
jest jego siedzący tryb życia, zaczął uprawiać jogging i przestał
jeździć samochodem. Wytrzymał co prawda tylko dwa miesiące, ale właśnie
wtedy Alicja uświadomiła sobie, jak bardzo jej mąż, z natury leniwy
hedonista, pragnie dziecka.
Po paru latach usilnych starań, kiedy całe ich życie kręciło się wokół
dziecka, którego jeszcze nawet nie było (Alicja myślała czasem, że gdyby
nawet zaszła w ciążę, ich rodzicielstwo datowałoby się na dobrych kilka
lat wstecz), oboje zgodnie powiedzieli: dość. Stało się to wtedy, kiedy
pewnego dnia odkryli, że nie mogą już na siebie patrzeć, a seks z zegarkiem i kalendarzem w ręku zaczyna im się kojarzyć z comiesięczną,
znienawidzoną robotą. Wtedy dali sobie spokój. Karol przyznał jej się
potem, że wyobrażał sobie, że właśnie gdy zrezygnują, zdarzy się cud.
Tak jak los na loterii, którego specjalnie nie sprawdza się od razu,
tylko nosi w kieszeni jeszcze długo, coraz bardziej nabierając pewności,
że właśnie na niego padła cała wygrana. Wygranej jednak nie było i po
wielu miesiącach oboje w końcu się z tym pogodzili.
- Kto ci, kurwa, dał prawo jazdy, kretynie! - Jazda do teraźniejszości
odbyła się szybko i brutalnie. - No sama powiedz, ledwo żółte się
zapaliło, a ten jełop już hamuje! Nawet ty masz większe jaja. - Karol
pienił się i denerwował, ale Alicja pomyślała, że tak naprawdę jest w swoim żywiole: walczyć, ścigać się i zdeptać innego samca, nawet jeśli
herosi mieliby siedzieć odgrodzeni dwiema szybami samochodów.
- Przestań się wściekać, co ci to da? Przecież on i tak nie słyszy -
zauważyła znużona. - Lepiej opowiedz mi coś o tym facecie, skoro i tak
już zarywam całe popołudnie.
- O jakim fa...? A, o Danielu. No co, facet jak facet, co ci mam
powiedzieć. - Karol znowu pochylił się nad kierownicą jak szarżujący
byk. - Ożeż twoja mać! Żebyś ty świtu nie zobaczył nigdy, gnoju niemyty!
- poleciało w stronę niebieskiego bmw, które z wdziękiem wepchnęło się
przed ich saaba.
Alicja zobaczyła, jak w bmw otwiera się szyba i smukła, opalona ręka
uzbrojona w brzęczące bransoletki i zdobna w krwistoczerwone paznokcie
macha z gracją w ich stronę. Po chwili szyba zamknęła się, a sprytna
właścicielka niebieskiego samochodu, dociskając pedał gazu i lekko
manewrując, wcisnęła się między inne samochody. Po krótkiej chwili
stracili z oczu błękitny zderzak.
- Bezczelna, jak to się wpycha! - Alicji w końcu udzielił się bojowy
nastrój.
- Nie, dlaczego? - zdziwił się Karol. - Po prostu sprawnie jeździ. Jakby
tak wszyscy jeździli, to nie byłoby korków - zauważył filozoficznie.
Zaskoczona spojrzała na niego, ale nic nie odpowiedziała.
Kiedy wjechali na autostradę, Karol mocniej wcisnął pedał gazu, jakby
chcąc powetować sobie to, że musiał tkwić w korku. Jechali lewym pasem i po jakimś czasie Alicja ze zgrozą zauważyła, że przestaje rozróżniać
marki mijanych samochodów. Przechyliła się i spojrzała na licznik.
- Możesz zwolnić? - poprosiła, jeszcze spokojnie. - Boję się.
- Czego? - zdziwił się Karol. - Przecież nie jadę za szybko...
Z wysiłkiem postarała się opanować.
- Jedziesz sto dziewięćdziesiąt...
- Wcale nie. Tylko sto osiemdziesiąt, z twojej strony dobrze nie widać...
- zaprzeczył beztrosko.
- Karol! - krzyknęła.
- Co? - zdziwił się.
- Albo zwolnisz, albo wysiadam... - zaczęła złowieszczo.
- To wysiadaj - oświadczył i jeszcze bardziej przyspieszył.
Poczuła taką bezsilną złość, że aż zachciało jej się płakać. Zacisnęła
zęby i postanowiła więcej się nie odzywać.
- Nie przesadzaj - oświadczył jej małżonek po chwili milczenia. -
Przecież nie jadę za szybko. Jesteśmy na autostradzie! Mam się wlec
sześćdziesiątką? - nadął się, ale zwolnił.
- Między sto dziewięćdziesiąt a sześćdziesiąt istnieje jeszcze wiele
innych możliwości - zauważyła, ciągle obrażona.
- Ale wkurza mnie to, że mi nie ufasz! - oświadczył. - Przecież nie
robię nic głupiego! Jest jasno, dobra nawierzchnia, mały ruch... O co ci
chodzi?
- O to, że się boję. I o to, że masz to w nosie. Nawet jeśli mój strach
jest irracjonalny, to chyba nie kosztuje cię tak dużo, żeby trochę
zwolnić?
- A ciebie, żeby choć trochę mi zaufać...
Obruszyła się:
- To nie kwestia zaufania, a ty nie musisz wszystkiego odnosić od razu
do siebie. Nie jesteś pępkiem świata. To ja się boję, a mój strach nie
ma z tobą nic wspólnego!
- Owszem ma! Bo to ja jestem kierowcą, a ty pasażerem!
- No to zadbaj, do cholery, o komfort swojego pasażera!
Na miejsce dojechali obrażeni na siebie i spóźnieni prawie półtorej
godziny. Kiedy skończył się las, oczom ich ukazało się ciasne osiedle
niedużych jednorodzinnych domków otoczonych polami i niewielkimi
skupiskami drzew, które kiedyś pewnie były lasem. Najpierw wykarczowano
las, zamieniając tereny na pola uprawne, potem pozbyto się pól, sadząc
na nich jednakowe domki, okolone jednakowymi ogródkami, w których
najczęściej królowały małe jeszcze iglaki i rododendrony. Większość
domów stylizowana była na dawne polskie dworki: przy głównym wejściu
stały na baczność dwie betonowe kolumny tworzące mały ganek i podtrzymujące nieduży spadzisty daszek.
Całość ulokowana była na niewielkim wzgórzu i z daleka robiła wrażenie
kolonii na Księżycu: równe kratki działek z czerwonymi plamami dachów.
Alicja z niechęcią przyjrzała się krajobrazowi.
- I czym to się różni od blokowisk? Działeczki jak chusteczki,
pięćdziesiąt na pięćdziesiąt, i sąsiad za każdą szybą. Uciekają z miejskiej ciasnoty, a powinni porobić sobie szklane dachy, żeby choć
trochę przestrzeni zobaczyć - mruknęła, bo domki rzeczywiście stały
ciasno, niemal jeden na drugim. Wrażenie potęgowała jeszcze wielka
przestrzeń okalających je pól.
- Czego się czepiasz? - Karol wyzwolony z korków momentalnie odzyskał
humor. - Kupują takie, na jakie ich stać. Myślisz, że nie woleliby mieć
paru hektarów własnego ogrodu i najbliższego sąsiada dziesięć kilometrów
dalej?
Alicja była przekonana, że nie. Większość ludzi, z którymi się stykała,
miała mocno rozwinięty instynkt stadny. Doświadczyła tego kiedyś
dotkliwie nawet na pustej rano plaży. Przychodziła wcześnie, żeby
uniknąć tłumów. Niestety, dla pierwszych plażowiczów, którzy pojawiali
się z namiotami, dziećmi, kocami, parasolami, psami i całą masą innego
oprzyrządowania, jej skromny kocyk zawsze stanowił jedyny punkt
odniesienia. Przez całe dwa tygodnie ani razu nie zdarzyło się, żeby
pierwszy plażowicz nie postanowił rozłożyć całego dobytku obok niej,
choćby nie wiem jak pusta i wielka była plaża. Następny robił to samo i już po krótkiej chwili wszyscy razem stanowili malowniczą wysepkę
otoczoną wielką przestrzenią piachu. Przenoszenie nie na wiele się
zdawało, bo po jakimś czasie przybywali następni i cała zabawa zaczynała
się na nowo.
- Poza tym ludzie czują się bezpieczniej w gromadzie. Ja też nie
wyobrażam sobie, że za płotem mogłoby nie być Pawła. Czuję się przy nim
bezpieczny, szczególnie jak się czepiasz, że za dużo piwa piję. - Karol
łypnął łobuzersko na żonę, mając nadzieję, że ją rozbawi. Czuł się
trochę głupio przez ten incydent na autostradzie; rzeczywiście nie
musiał tak gnać...
Alicja nie była jednak w nastroju do żartów; martwiła się o Zuzę i nie
miała ochoty na wyrobniczą wizytę.
- Bo pijesz. A poza tym ja nie mówię o bezludnej wyspie, ale między
normalną okolicą a tym tutaj jest chyba coś jeszcze... - zaczęła, ale jej
przerwał.
- Oj, daj już spokój - powiedział niechętnie. - Zrzędzisz jak stara
ciotka. Zobaczysz, że to naprawdę fajny facet.
- A co to ma do rzeczy? - spytała urażona, ale nic już więcej nie
powiedziała, tym bardziej że wreszcie zatrzymali się przed jednym z domów.
W odróżnieniu od reszty nie miał ganku i nie udawał staropolskiej
siedziby. Prosty, skromny domek, któremu uroku dodawały niebieskie
drewniane okiennice, od razu wzbudził jej sympatię. Ogród nie był
jeszcze urządzony, zwały ziemi piętrzyły się na całej powierzchni i wszystko razem wyglądało ciągle jak plac budowy.
Karol podszedł do furtki i zadzwonił. Po chwili w drzwiach stanęła młoda
kobieta.
- Proszę wejść, jest otwarte. Czekam właśnie na pana. - Uśmiechnęła się
czarująco, podając rękę Karolowi. Alicji od razu się nie spodobała: za
młoda, zbyt atrakcyjna, miła, a do tego kompletnie ignorująca jej
obecność. - Daniel mówił, że pan przyjedzie, ale niestety, wypadło mu
ważne spotkanie i poprosił, żebym pana oprowadziła.
Odrzuciła wdzięcznym gestem długie, puszyste włosy. Przy okazji Alicja z satysfakcją stwierdziła, że miała brzydkie dłonie - mięsiste, z krótkimi
parówkowatymi palcami, zupełnie niepasujące do całej postaci. Westchnęła
w duchu, że to będzie jednak zbyt mało, by obrzydzić ją Karolowi.
Nieznajoma nadal uparcie ignorowała jej obecność, zwracając się
wyłącznie do mężczyzny, który wodził za nią maślanym wzrokiem.
- Może przejdziemy do łazienki na dole. Daniel prosił, żeby skupił się
pan przede wszystkim na łazienkach. Nie zamierza spędzać tu zbyt wiele
czasu, ale z łazienek na pewno będzie korzystał. - Zaśmiała się krótko.
- Przepraszam, bo ja się jeszcze panu nie przedstawiłam. Nazywam się
Amanda Nowacky, jestem asystentką pana Moore'a. - Znowu wyciągnęła rękę
do Karola.
- Karol Marecki.
Alicja z mimowolnym rozbawieniem przyglądała się, jak jej nieznoszący
konwenansów mąż z gracją szurnął butami i pochylił się nad podaną mu
dłonią.
- Pani jest Angielką?
- Tak. To znaczy nie całkiem - poprawiła się Amanda i z wdziękiem
zamachała rękami. - Urodziłam się w Olsztynie, ale kiedy miałam dwa
latka, rodzice wyemigrowali do Liverpoolu. Potem przenieśliśmy się do
Leeds i rodzice do dziś tam mieszkają. Wprawdzie na starość chcieliby
wrócić, ale wie pan, jak to jest, ponoć nie przesadza się starych drzew.
- Westchnęła. - W każdym razie tam się wychowałam. Ale w Polsce też
czuję się jak u siebie - zastrzegła zaraz, patrząc nie wiadomo dlaczego
na Alicję. - Wie pan, my jesteśmy takim pokoleniem, które wszędzie czuje
się dobrze - znowu posłała Karolowi uroczy uśmiech i strząsnęła
niewidzialny pyłek z mikroskopijnej spódniczki.
- A my, wie pani - odezwała się po raz pierwszy Alicja - jesteśmy takim
pokoleniem, które ceni sobie czas. Czy moglibyśmy w końcu obejrzeć te
pomieszczenia?
Amanda popatrzyła na nią ze zdziwieniem:
- Oczywiście, ale myślałam... - zaczęła, spoglądając pytająco w stronę
Karola.
- A, nie, nie! To jest tylko mój kierowca - stwierdziła Alicja. - Mogę
wreszcie zobaczyć dom?
Awantura wybuchła, kiedy znaleźli się z powrotem w domu. Przez całą
drogę powrotną żadne z nich nie powiedziało ani słowa. Alicja początkowo
myślała, że Karolowi jest głupio, że tak się zachował, i dlatego nie
wie, co powiedzieć. Milczała, żeby dać mu czas. Na miejscu okazało się,
że srodze się pomyliła.
- No to może teraz wyjaśnisz, dlaczego zachowałaś się jak kretynka? -
zapytał z podejrzaną słodyczą, kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi. -
Naskakujesz na obcych ludzi, jesteś niemiła i traktujesz mnie jak
idiotę! Tylko mój kierowca! - prychnął, podnosząc głos.
Alicja pomyślała, że jeśli pani Helenka jeszcze nie poszła, będzie miała
ubaw po pachy. Ignorując chwilowo męża, zajrzała do kuchni. Na płycie
stał garnek ze smakowicie wyglądającą zupą, ale gosposi na szczęście już
nie było. Niewiele myśląc, wzięła sobie talerz.
- Będziesz jadł? - zapytała.
Karol wszedł do kuchni.
- Oszalałaś? - Spojrzał na nią niebotycznie zdziwiony. - Przecież się
kłócimy.
- To ty się kłócisz, a mnie się nie chce o tym gadać, bo to ty
zachowałeś się jak idiota. Ślinisz się na widok jakiejś baby i w ogóle
nie zauważasz, że stoję obok jak jakaś kretynka do towarzystwa. Myślisz,
że jak się czułam, widząc, jak mojemu własnemu mężowi świecą się oczy,
kiedy jakaś siksa uroczo się do niego wdzięczy? - spytała, biorąc sobie
zupę.
Karol zajrzał jej przez ramię.
- Mnie też mogłabyś nalać - powiedział z urazą, ale Alicja wyczuła, że
spuścił z tonu. - Poza tym wcale nie była taka młoda...
- Sam sobie nalej. Tyle chyba potrafisz.
Była na niego zła. Wyciągnął ją z domu, pokrzyżował plany, a na koniec
sprawił jej przykrość. Uczciwie musiała przyznać, że do tej pory nigdy
nie dawał jej poważnych powodów do zazdrości. Przez palce patrzyła na
otaczający go wianuszek kobiet: sekretarka, asystentka, dwie księgowe...
Karol był przystojny, miał w sobie taki rodzaj łobuzerskiego uroku,
który rozczulał kobiety w każdym wieku, i skrzętnie to wykorzystywał.
Potrafił na przykład bez większych starań nakłonić księgową do pracy po
godzinach, wyłącznie w ramach przysługi.
Siedzieli zgodnie po obu stronach stołu. Karol machał z zapałem łyżką i zachowywał się tak, jakby nic się nie stało.
- Zawsze mówiłem, że pani Helenka to skarb. Dlaczego nawet w najdroższych knajpach nigdy nie potrafią do szczawiowej podać jajek na
półtwardo? Czy to jakiś problem? - zapytał z pełnymi ustami.
- Nie wiedziałam, że w najdroższych knajpach podają szczawiową. - Alicja
ciągle czuła się urażona.
Przez całe życie zazdrościła mu tego, że większość rzeczy spływa po nim
jak woda po gęsi. Awantury z jego udziałem były ogniste i krótkie. Po
pięciu minutach nawet nie pamiętał, o co miał pretensje. Na początku
małżeństwa uważała, że taki mąż to skarb: burze przechodziły szybko i cokolwiek by się stało, wystarczała niedługa chwila i Karol, wyrzuciwszy
z siebie pretensje, pytał, co jest na obiad.
Z biegiem lat przestało jej to odpowiadać. Od jakiegoś czasu miała
nieodparte wrażenie, że Karol od niej ucieka. Może zresztą nie tyle od
niej, ile od wszystkich jej niepokojów i niejasnych emocji. Żyją sobie
zgodnie, ale obok. Ona chciałaby przegadać problem, powiedzieć, co
czuje, spytać, dlaczego tak, a nie inaczej; chciałaby zwyczajnie o tym
porozmawiać
Nie z Karolem. Dla niego sprawa stawała się zamknięta raz na zawsze. Nie
rozumiał, po co to ciągnąć i rozdrapywać. Uważał, że Alicja znajduje
jakąś masochistyczną przyjemność w analizowaniu rzeczy, które sprawiły
jej przykrość. Którymi on sprawił jej przykrość. Nie znosił tego całego
babskiego gadania: o zranionych uczuciach, o emocjach. Jakieś poplątane
obszary nadwrażliwości jego żony, których i tak nie rozumiał, ale z którymi nauczył się już w miarę bezboleśnie funkcjonować. Dawno pogodził
się z tym, że widocznie kobietom jest to potrzebne.
W ciszę popołudnia wdarł się z całą mocą dzwonek do drzwi. Alicja od
dawna prosiła, żeby zmienić go na inny, bardziej do zniesienia.
Przeraźliwe, ochrypłe pienia wyrwanego ze snu koguta bawiły Karola, a ją
za każdym razem przyprawiały o stan przedzawałowy.
- Tyle razy prosiłam... - zaczęła znowu umęczonym tonem, lecz Karol, nie
słuchając dalszego ciągu, poszedł otworzyć.
Po chwili stanął w drzwiach w towarzystwie Lusi.
- Do ciebie - zaanonsował krótko. - Panie pozwolą, że się pożegnam, ale
mam jeszcze trochę pracy. - Uśmiechnął się i obróciwszy na pięcie,
zniknął za drzwiami.
- Ciągle za mną nie przepada - westchnęła nowo przybyła, sadowiąc się na
krześle. - O, szczawiowa. Mogę? - spytała, pociągając nosem.
Alicja nalała jej pełny talerz i postawiła na stole. Lusia podniosła
łyżkę do ust.
- Pyszna. Ty to masz szczęście z tą Helenką - westchnęła z zazdrością. -
Nie to co ja. Ty wiesz, że od kiedy umarł Antoni, ani razu nie
ugotowałam zupy? Bo dla kogo mam niby gotować? Dla Pusi? Ona nie jada
zup.
Lusia była sąsiadką. Jej imponujący dom stał po drugiej stronie ulicy,
dokładnie naprzeciwko. Wyglądała jak skrzyżowanie słonicy z sarenką.
Ważyła ze sto trzydzieści kilogramów, miała obfity biust, potężne,
atletyczne ramiona i wyglądała, jakby ubrała się w opony. Cała składała
się z wałeczków i dołeczków. Całości dopełniały za duże co najmniej o trzy rozmiary kwieciste namioty, które uparcie nazywała sukienkami.
Dziwnie niepasująca do całości była jedynie jej maleńka blond główka z okrągłą twarzyczką, której najważniejszą część stanowiły ogromne brązowe
oczy ocienione gęstą szczotką rzęs oraz niemal mikroskopijnej wielkości,
subtelne stópki, które wbrew prawu grawitacji unosiły lekko jej
imponującą sylwetkę. Lusia miała małe różowe usteczka, które jak
odkurzacz, z wielkim zapałem pochłaniały wszystko, co nadawało się do
jedzenia, a znajdowało w zasięgu wzroku ich właścicielki.
- Zrobisz mi kawy? - zapytała, odsuwając pusty talerz. - Ciśnienie mi
chyba spadło, bo taka się czuję słaba. Wiem, co mówię. W nocy też jakoś
nie mogę spać. - Skrzywiła się. - To pewnie przez te nowe poduszki.
Fortunę na nie wydałam; z owczej wełny czy z czegoś... W każdym razie w telewizji mówili, że śpi się na nich rewelacyjnie, a ja tam nie wiem.
Duszności jakieś miałam, oddychać nie mogłam. Słuchaj - zwróciła się
ożywiona do Alicji - a może ja mam uczulenie na wełnę? Na pierze mam, to
pewnie i na wełnę też? Jak myślisz? Wiem, co mówię. No tak, mogłam się
tego spodziewać - powiedziała po chwili - samotną kobietę to każdy może
oszukać. - Westchnęła. - Będziesz musiała pomóc mi zanieść je z powrotem
na pocztę, nie mogę się przecież rozchorować z powodu poduszek. Mój
lekarz mówił, że nieleczona alergia prowadzi do astmy, a ja już się
jakoś tak dziwnie czuję... - Zakasłała i położyła dłoń na swoim obfitym
biuście.
Alicja na pamięć znała wszystkie dolegliwości i bolączki sąsiadki. Od
kiedy cztery lata temu umarł jej mąż, Lusia uznała, że status wdowy
zobowiązuje wszystkich znajomych, dalszych i bliższych, do niesienia jej
pomocy przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Po początkowym okresie
troski i zainteresowania znajomi zaczęli się wykruszać, bo taktem nie
grzeszyła; trudno było znosić jej niezapowiadane wizyty w dzień i w nocy, ciągłe telefony i tysiące próśb dotyczących na przykład
wyprowadzania kota na spacer o piątej nad ranem.
Była starsza od Alicji o dziesięć lat i w związku z tym postanowiła
traktować ją jak młodszą siostrę. Poznały się zaledwie kilka miesięcy
przed śmiercią jej męża i raczej nie utrzymywały towarzyskich kontaktów,
co teraz nie przeszkadzało Lusi czuć się u Mareckich jak u siebie w domu. Karol jej nie znosił, ale za to zaprzyjaźniła się z panią Helenką
i Alicja nie miała serca uświadamiać jej, jak bardzo jest uciążliwa dla
otoczenia.
Teraz jednak nie miała głowy do Lusi, więc postanowiła się jej
delikatnie pozbyć.
- Oczywiście, kochana, że ci pomogę, ale nie dzisiaj. Jestem trochę
zajęta, Karol jutro leci do Wiednia i muszę go przygotować. Wiesz, jak
to jest z facetami, sam w życiu by sobie walizki nie spakował. -
Mrugnęła z porozumiewawczym uśmiechem.
Lusia była jednak za starym wróblem, żeby się nabrać na te plewy.
- To ja ci pomogę - oświadczyła słodko. - Wiem, co mówię. Kiedy Antoni
jeździł w delegacje, nigdy nie mógł się nachwalić, jak dobrze go zawsze
zapakowałam. Skarpetki i bielizna w osobnych woreczkach, koszule
poskładane. A w ogóle pamiętaj, że swetry zawsze składa się na lewą
stronę. Zresztą chodź, to ci pokażę. - Lusia z ochotą, aczkolwiek z pewnym wysiłkiem, podniosła się z krzesła i wyszła z kuchni. Alicja
zrezygnowana powlokła się za nią, modląc się w duchu, by Karol się nie
zorientował, że ulubiona sąsiadka grzebie w jego gaciach.
Karol odleciał rano, zapowiadając dłuższą nieobecność. Korzystając z bliskości Alp, postanowił na parę dni skoczyć w góry. Kiedy się poznali,
był zapalonym piechurem; przemierzał Tatry i Beskidy wzdłuż i wszerz,
marząc o bardziej wymagających górach, które z powodu braków finansowych
i innych niesprzyjających okoliczności były poza jego zasięgiem. Kiedy
wreszcie zaczęło ich być stać na zagraniczne wyjazdy, każdą wolną chwilę
spędzali na wysokości co najmniej kilkuset metrów nad poziomem morza.
Alicja zdecydowanie wolałaby poziom morza, ale Karol był nieugięty. Na
wyjazd nad morze dał się namówić zaledwie raz i na tym się skończyło.
Narzekał przez całe dwa tygodnie, że się nudzi, że za oknem ciągle to
samo, a w stołówce śmierdzi. Opalać się nie lubił, ryb nie jadał i w efekcie sama zaczęła żałować, że go namówiła. Nigdy potem już nie
popełniła takiego błędu: w góry jeździli razem, a potem ona wyskakiwała,
najczęściej z Olgą, posmażyć się parę dni na plaży.
Po kilku latach kupili nawet dom we Francji, w niewielkiej wioseczce Les
Houches, niedaleko Chamonix. Drewniany, położony w dolinie, z ogromnym
tarasem i zapierającym dech w piersiach widokiem na Mont Blanc. Alicja
była zdania, że wystarczyłby mały domek w Sudetach, ale Karol oświadczył
stanowczo, że Sudety są przeludnione i rozdeptane, pełne emerytów i szkolnych wycieczek, i bez wahania zapłacił żądaną sumę za alpejskie
cacuszko.
Musiała jednak uczciwie przyznać, że dom był uroczy. Zbudowany według
popularnych w okolicy projektów - nowoczesność udająca starzyznę. Kupili
go od rozwodzącego się właśnie małżeństwa za stosunkowo niewielkie
pieniądze. Bale, z których był wykonany, wyglądały, jakby miały co
najmniej sto lat, choć parę sezonów wcześniej były jeszcze zdrowymi
drzewami rosnącymi w lesie. Po poddaniu kosztownemu i długotrwałemu
procesowi postarzania nabrały szlachetnego uroku patyny.
Uświadomiła sobie raptem, że od kilku lat nie byli tam razem. Karol,
który bywał we Francji z powodu służbowych wyjazdów, zaglądał jeszcze
czasem do Les Houches, ale ona już dawno nie. Podczas ostatnich wakacji
rozjechali się w dwie różne strony: Karol podpisywał właśnie umowę z jakąś szwajcarską firmą i nie mógł znaleźć paru dni na wyjazd z żoną.
Potem się okazało, że jednak zahaczył o Les Houches. Kiedy miała
pretensje, że nawet wtedy nie zadzwonił, zbył ją krótką informacją, że
miał przerwę w negocjacjach i zabrał Szwajcarów na kolację do Chamonix.
Następnie przenocowali w Les Houches i tak im się spodobała jego chatka,
że tam postanowili sfinalizować umowę. W efekcie interes udał się
wyśmienicie i Karol miał w kieszeni kontrakt na budowę dużego kompleksu
hotelowego. Alicja postanowiła wtedy, że nie będzie nudną żoną z pretensjami i nic nie powiedziała, choć w głębi serca czuła żal.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki