O smutny, smutny dniu! O dniu żałosny!
Najopłakańszy, najniefortunniejszy,
Jaki widziałam w życiu kiedykolwiek!
O dniu! O smutny dniu! O dniu żałosny!
Nie było nigdy jeszcze dnia takiego.
O! Stokroć smutny dniu, stokroć żałosny!*
Minął rok od dnia, w którym jej dotychczas pedantycznie poukładane życie nagle się rozsypało. Zatrzymało. Aż rok. Dopiero rok. Wciąż oddychała z trudem. Ale wiedziała, że aby żyć, musi wyznaczać sobie kolejne cele, układać schematy dni, pamiętać o posiłkach, spotykać się z Dominiką, zacząć myśleć o pracy. Musiała skupiać swoje myśli na przyszłości, żeby nawet ukradkiem nie zerkać na to, co było, co jest. Każdego dnia upominała samą siebie, że nie może rozpamiętywać... Dominika tysiące razy namawiała ją na wizytę u jakiegoś psychologa. Ona jednak była pewna, że są uczucia i sprawy, z którymi musi poradzić sobie sama. Przede wszystkim nie potrafiłaby o nich mówić. Czas leczy rany, mówili wszyscy życzliwi. Jednak w jej wypadku smutek i żałoba mieszkały w sercu, a nie w kalendarzu. Tak myślała wtedy... Tak myślała również dziś.
Zrobiło się chłodniej. Żałowała, że już jutro musi wyjechać. Gdyby nie postawiła jedynki temu nadętemu przystojniakowi Starskiemu, mogłaby spędzić jeszcze kilka dni w tym boskim miejscu, a tak, chcąc nie chcąc, musiała wracać do Warszawy, żeby grzecznie stawić się na egzaminie poprawkowym. Nic nie mogła poradzić na to, że nie potrafiła patrzeć przez palce na nieróbstwo. Zwłaszcza wtedy gdy nierobem okazywał się młody i inteligentny człowiek, którego było stać na wiele. Obiecała sobie, że jeszcze jutro przyjdzie tu na krótki spacer. Popatrzy na słońce. Dotknie stopami piasku. Pozwoli smagać się wiatrowi, a potem wsiądzie do samochodu i wróci do ogromnego i pustego domu. Powinna zatelefonować do Dominiki. Wstała niechętnie i złożyła leżak. Całą sobą czuła, że nadchodzi koniec wakacji. Musiała wracać do swojego życia i udawać silną, pogodzoną z losem i radzącą sobie ze wszystkim. Nie miała innego wyjścia, życie nie czekało. Może i dobrze...
Pani Irenka czekała z kolacją.
- No, jesteś, Hanuś! Już myślałam, że się na ciebie nie doczekam - wyrecytowała, jak zwykle radośnie, i wzięła się pod swoje mięciutkie boczki.
Pani Irenka kojarzyła się jej z wakacjami, ciepłem i pysznym jedzeniem. Pamiętała tę kobietę od zawsze, bo od zawsze przyjeżdżała z rodzicami do jej pięknego domu nad morzem. Od lat mieszkała w tym samym pokoju. Był jej ulubionym, ponieważ gdy otwierała w nim okno, niezmiennie było słychać szum fal. Nawet w te dni, w które morze było spokojne i przypominało ogromne jezioro. To od pani Irenki dostała swoją pierwszą dużą muszlę, która w Warszawie przypominała jej morską melodię. Każdego wieczoru przykładała ją z nabożeństwem do ucha i słuchała, wyciszając się po trudach mijającego dnia. Ubiegłoroczne wakacje też spędziła tu z rodzicami. Była jednak krócej niż zwykle, ponieważ mieli z Mikołajem mnóstwo innych letnich planów. Pani Irenka nigdy nie poznała Mikołaja...
- Myj ręce i siadaj - rozkazywała. - Wszystko jest ciepłe. Szkoda tylko, że już musisz jechać. Ja tu o tobie zawsze myślę, moje dziecko. Jak ty tam sama, w tej Warszawie, żyjesz. Ja tu, co prawda, też sama jestem, ale w głowie mam, że dzieciom dobrze. Rodziny swoje mają, dzieciaczki zdrowe. A i z Karolem swoje przeżyłam. Choć, jak to z chłopem, bywało różnie... Zobaczysz, Hanuś, Pan Bóg jest dobry. Teraz się nie ułożyło, ale On już na pewno swój plan ma. - Mówiąc to, pani Irenka zapatrzyła się na swoje spracowane ręce.
- Pani Irenko, mam nadzieję, że przynajmniej On go ma, bo ja teraz w planowaniu nie jestem najlepsza. Kiedyś było inaczej. Wszystko miałam zaplanowane w najmniejszych szczegółach. Nawet tych nieważnych. Dziś wiem, że ludzkie plany są niczym w stosunku do planów boskich. Mam tylko cichą nadzieję, że ten drugi plan będzie lepszy od pierwszego - westchnęła ciężko.
- Hanusiu, ty słuchaj mnie, starej. Wiem, co mówię. A teraz jedz, bo zmarniałaś od tamtego roku. Musisz dbać o siebie. Jeść. Ładna z ciebie kobieta, tylko trochę za drobna. Wiesz, mężczyźni to lubią, jak kobieta ma wszystko na swoim miejscu. Mój Karol, Panie, świeć nad jego duszą, to zawsze powtarzał, że się ze mną ożenił, bo usiąść na czym miałam, i wiedział, że dzieci głodne nie będą, bo oddychać też miałam czym. Ty też się chłopom podobasz, tego jestem pewna. Ale trochę ciała nie zaszkodziłoby na siebie włożyć, ładnie się zaokrąglić, kochana ty moja. - Pani Irenka uśmiechnęła się ciepło i pogłaskała ją po głowie, dlatego od razu poczuła się tak, jakby znów miała sześć lat, a nie o dwadzieścia więcej.
- Szczerze mówiąc, pani Irenko, to ja nie myślę o mężczyznach i nie wydaje mi się, żebym w najbliższym czasie zaczęła się nimi interesować. Wydaje mi się, że ten temat mnie już raczej nie dotyczy. Kiedy żyła babcia, mówiła mi często, że człowiek jest jak kamień i zniesie wszystko. Ja teraz czuję się właśnie jak taki kamień. Zniosłam wszystko. Jestem... staram się - poprawiła się szybko - być silna, ale chyba czuję mniej niż kiedyś.
- Oj, nie gadaj głupot! - nerwowo przerwała jej pani Irenka. - Nie czujesz, bo jeszcze po tym wszystkim nie pojawił się żaden na twojej drodze. Wspomnisz moje słowa, plan na pewno już jest. A Pan Bóg czeka tylko na dobry moment. Nie będziesz wiedziała, kiedy i skąd, a miłość przyjdzie i nie będziesz już miała nic wspólnego z jakimś tam zimnym i twardym kamieniem. Słuchaj mnie, niejedno w życiu widziałam. - Skończyła swój wywód z zagadkowym uśmiechem.
- Nie jest pani stara, pani Irenko, tylko wcześniej urodzona, to po pierwsze, a po drugie, jest pani kochana. Będzie mi pani brakowało w tej Warszawie... - Musiała przestać mówić, bo głos zaczął się jej niebezpiecznie trząść.
- Zapamiętaj sobie, moje dziecko, jak tylko będzie ci źle, to rzucaj wszystko i przyjeżdżaj do mnie. Jestem tu zawsze, przecież wiesz. A jakby mnie nie było, to szukaj mnie w kościele. Omawiam tam różne sprawy z Bogiem. Twoje też. - Głos pani Irenki wpadł w lekką wibrację.
Obie nie potrafiły ukrywać uczuć. Doskonale wiedziała, jak bardzo jej będzie brakowało ciepła tej kobiety w warszawskim życiu. Pani Irenka, jak nikt inny, potrafiła wlewać w nią spokój. Hektolitrami. Doświadczenie życiowe i prostota w postrzeganiu świata i ludzi tego chodzącego po ziemi anioła wyzwalały w niej przekonanie, że jednak powinna uwierzyć w przyszłość. Musiała tylko o tym pamiętać, zakodować to w sobie. Przetransportować tę wiedzę do Warszawy, w której nic nie wydawało się proste. Tak proste jak tu, w nadmorskim domu Irenki.
- A jeszcze zabieraj z sobą tę twoją szaloną Dominikę. Ona też przecież sama na świecie. A zobacz, uśmiechnięta, wiecznie zadowolona. Ta to umie chwytać byka za rogi! Dobrze, że ją tam masz. Czasami ktoś niespokrewniony jest nam bliższy niż najbliższa rodzina. Zobacz, Hanuś, tyle lat znałam twoich rodziców i nigdy nie usłyszałam od nich choćby jednego złego słowa. Czekałam tu zawsze na was jak na najbliższych. Teraz tak czekam na dzieci. A, wstyd się przyznać, z własną siostrą nie mogę się dogadać. Jej się wydaje, że jak w domu mieszkam i letników przyjmuję, to już wielka pani i bogaczka ze mnie. A ona, biedna, całe życie w bloku. Ale to ona jest ta ważniejsza, co nosem o chmury zahacza. Mówię ci, Hanuś... Zachowuje się tak, jakby mi ktoś to wszystko, co mam, dał w prezencie. A przecież my na ten dom to z Karolem całe życie pracowaliśmy. A kiedyś to czasy były inne. Nie to, co teraz, idziesz i wszystko masz. Co sobie tylko ludzie w głowach umyślą, to mogą kupić. Kiedyś to była wyższa filozofia. Cement na wagę złota. Ale co ja ci, dziecko, tutaj bredzę i marudzę. Sama nie wiem. Pewnie zmęczona jesteś.
- Nie, pani Irenko - zaprzeczyła szybko. - Proszę mówić, uwielbiam pani słuchać. Czas się zatrzymuje i wydaje mi się, że za chwilę będę z pani Iwonką biegała boso po ciepłych kałużach. - Bezwiednie uśmiechnęła się do tego wesoło-mokrego wspomnienia z dzieciństwa.
- Oj, to były czasy. Dobre wy byłyście, dobre. Jedna lepsza od drugiej. Oka z was nie można było spuścić. Pamiętam, jak pomalowałyście się malowidłami twojej mamy. Trzy dni Iwony domyć nie mogłam. Dostało mi się wtedy od Karola, że was nie pilnuję. Darł się na mnie jak stare prześcieradło. Ja oczywiście udawałam skruszoną, chociaż w duchu z was się śmiałam. Pamiętam, pani inżynierowa też się wtedy ubawiła i złego słowa nie powiedziała, że coś jej tam zniszczyłyście. Dobra z niej była kobieta. I miła. W kuchni zawsze pomogła. Chętna była do pracy. Ty, Hanuś, tego nie pamiętasz, bo mała byłaś... Jak jednego razu pan inżynier zajadał się moimi gołąbkami i nachwalić się nie mógł, to przyszła do mnie i poprosiła, żebyśmy następnym razem wspólnie je zrobiły. Nauczyć się chciała. Boże, jak ten czas pędzi. Jak pierwszy raz tutaj do nas przyjechali, to miała tyle lat, ile ty teraz. To był piękny sierpień. Była w ciąży, trzeci miesiąc. Ciebie miała pod sercem. Bladziutka, chudziutka, jeść nie chciała. Pan inżynier markotny chodził. Bardzo się martwił. Ale obiecałam mu, że rosołków nagotuję, to zaraz kolorów nabierze i sił. I było tak, jak powiedziałam. Rumiana była jak jabłuszko, gdy wyjeżdżali. Pokochałam ją jak siostrę. No, młodszą siostrę, bo jednak z dziesięć lat to młodsza ode mnie była. O Boże! No masz! Przepraszam cię, Hanuś, tak się rozgadałam, a ty co? Płaczesz? Płacz, dziecko, płacz - powtarzała pani Irenka, kiwając ze zrozumieniem głową. - Od płaczu jeszcze nikt nie umarł, a on w cierpieniu ulgę przynosi. Płacz, płacz. Wypłaczesz się, ciśnienie w sercu obniżysz. Stara to prawda. I mądra.
Poczuła, że ramiona pani Irenki zamknęły ją w bezpiecznym uścisku. W jej obecnym życiu niewiele było bliskości drugiego człowieka. Brakowało jej tego. Miała, co prawda, Dominikę, ale ona zwykle stawiała ją do pionu, nie bawiąc się w ckliwe przytulanki.
- No, a teraz maszeruj spać! Musisz porządnie wypocząć. Jutro wstanie nowy dzień. Dziękować Bogu, nowy. Pamiętaj, nowy dzień to nowe siły. A niech ci się przyśni, że jakiś przystojniak bierze cię za rękę i prowadzi przez piękny las. To dobrze, jak się przyśni piękny las. To dobrze wróży. Chociaż ja, wiesz, Hanuś, katoliczką jestem, a nie jakąś tam zaboboniarą, lubię, jak się las ładny śni. Zresztą przecież wszystko, co ładne, to od Pana Boga pochodzi, a okropieństwa to ludzie sami wymyślają. Idź, serce, idź... odpocznij sobie...
Otworzyła oczy. "Nowy dzień to nowe siły", przypomniała sobie wczorajsze słowa pani Irenki. Żałowała, że musi wyjechać. Jednak pogoda robiła wszystko, by ułatwić jej trudne pożegnanie. Wiało huraganowo. Czarnosine chmury przetaczały się po niebie z zawrotną prędkością. Morze groźnie pomrukiwało. Mewy krzyczały, z pewnością denerwując się na wiatr, który żonglował nimi niczym uliczny kuglarz dojrzałymi mandarynkami. Przeniosła wzrok z zaokiennego krajobrazu na stojący na parapecie zegarek i zerwała się z łóżka. Spała o wiele za długo. Stanęła przed lustrem w łazience i patrzyła na swoje trochę opalone odbicie, jednocześnie planując dzień. Szybka kąpiel, szybkie pakowanie - i już zbiegała stromymi i trzeszczącymi schodami do kuchni.
- Dzień dobry, pani Irenko! - powiedziała, starając się, żeby powitanie zabrzmiało wesoło.
- A, dzień dobry, moja Hanuś! Jak się spało? Las ci się przyśnił?
- Las? - nie od razu zrozumiała. - A, las! Nie, pani Irenko, żadnego lasu w nocy mój mózg nie zarejestrował. Nie miał szans, bo spałam jak zabita. Morskie powietrze robi swoje. W domu nie sypiam tak cudownie.
- A co chciałabyś zjeść na śniadanie? Może masz jakieś życzenia?
- Kawa i tost z dżemem? - zaproponowała nieśmiało.
- Ja ci zaraz dam tost! - obruszyła się pani Irenka. - Dostaniesz świeżutką bułeczkę z pomidorem malinowym i usmażę ci jajeczniczkę na boczku. Musisz się najeść przed podróżą, żebyś, nie daj Bóg, głodna nie była. A o prowiant na drogę się nie martw, bo już ci go przygotowałam - wyrecytowała tonem nieznoszącym sprzeciwu główna kucharka turnusu.
Nie miała zatem nic do gadania. Potulnie usiadła przy stole, bezwiednie się uśmiechając. Karmiła się widokiem kobiety krzątającej się po kuchni. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że dane jest jej oglądać w tej chwili ucieleśnienie dobra.
Na desce do krojenia pojawiła się rumiana bułka, nie jakaś tam nadmuchana warszawska kajzerka, tylko buła pyzata, puchata i pachnąca piekarnią z prawdziwego zdarzenia. Pani Irenka, wyjmując ją z siatki na zakupy, zgubiła kilka okruchów, które teraz z ogromną pieczołowitością zbierała z podłogi "przez uszanowanie dla darów nieba". Tu, w domu pani Irenki, wszystko było ważne. Tu nie było spraw małych, drugorzędnych, nieważnych. Okruchy chleba na podłodze, malinowe pomidory nabierające odpowiedniego koloru podczas przymusowego leżakowania na kuchennym parapecie, zeschłe liście mięty zwisające z obu boków olejowanego kredensu... Tu naprawdę wszystko było ważne, najważniejsze i miało swój sens. Zimą wypełniony po brzegi karmnik, bo głód, latem miseczka z wodą na parapecie, bo susza, a ptakom, jak wszystkim boskim stworzeniom, też się coś od życia należy...
Kuchenna cisza wypełniła się nucącym głosem pani Irenki. Uwielbiała ten głos. Chłonęła go zachłannie, nie mogąc się napatrzeć na dłonie kobiety, które pieściły pomidory w poszukiwaniu tego najdorodniejszego. Choć był to zwyczajny poranek w zwyczajnym domu, czuła się nadzwyczajnie. Była świadoma, że dane jest jej przeżywać coś niezwykłego i czarownego. Do zapachu świeżej bułki dołączała już woń dojrzałego pomidora. Na desce do krojenia pojawił się mały kawałeczek boczku. Spod niezwykle sprawnych palców pani Irenki, poruszających się jakby od niechcenia, wyskakiwały różowo-białe kwadraciki. Obserwowała wszystko w milczeniu. Nie chciała nic mówić, ponieważ melodia pani Irenki stawała się z minuty na minutę coraz piękniejsza. Na krótką chwilkę przerwał ją tylko brzęk uderzenia patelni o kuchenkę. Po chwili do nut pani Irenki dołączył skwierczący z patelni podkład muzyczny. Radosna, rozśpiewana kuchareczka otworzyła lodówkę, której drzwi były całkowicie oblepione laurkami, rysunkami i wycinankami autorstwa jej wnuczek. Wyjęła jajka od szczęśliwej kury zielononóżki, spędzającej dni w porośniętej zieloną trawą kolorowej zagródce. Na twarzy pani Irenki dostrzegała uśmiech będący następstwem odgłosu pękania skorupek. Ziemski anioł już mieszał jajka na patelni. Kolorowy kuchenny fartuch tańczył w rytm anielskich ruchów, a w niej obudziło się ostatnio rzadko ją nawiedzające uczucie głodu. Nucenie przyspieszało. Zapachy stawały się coraz intensywniejsze. Po chwili wszystko było gotowe. Artystycznie podane, pachnące, rozśpiewane królewskie śniadanie. Przyrządzone nie dla królowej, tylko przez królową. Pani Irenka była królową tego nieziemskiego domu, w którym kiedy człowiek potrzebował ciszy, panowała cisza, a kiedy tęsknił za gwarem, to mógł odnaleźć go nawet w na pozór cichej kuchni.
- A co ty mi się tak, Hanuś, jakoś dziwnie przyglądasz? Jeszcze się od patrzenia nikt nie najadł. A łap mi się tu zaraz za widelczyk i w imię Boże, wiosłujże, kto może, jak mawiał mój świętej pamięci Karol.
- A pani nie będzie ze mną jadła? - zapytała z uśmiechem, bowiem wielkość porcji jajecznicy ją przerażała.
- Oj, ja już sobie dzisiaj zdążyłam dogodzić! Już ty się o mnie, dziecko, nie martw. Poza tym nie mogę się opychać, bo robotę mam dziś w planie. Słoików muszę namyć i jabłek naobierać, a wszystko po to, żeby było co zimą do szarlotki włożyć. Do sklepu jeszcze podskoczę po cukier żelujący, bo mi się skończył. Ty, dziecko, pojedziesz, a ja czas muszę sobie jakąś pracą wypełnić, żeby mi się za tobą nie ckniło. A jutro inaczej będzie, bo gościa będę miała. Jakiś profesor z Wrocławia do mnie przyjeżdża. Pan Ryszard. Z politechniki. I znów pitrasić będę, a słoiki z jabłkami gotowe już będą, więc do spiżarni je pozanoszę.
- Pani Irenko, tylko patrzeć, jak ten profesor przez to pani pitraszenie na zawsze tu będzie chciał zostać - westchnęła z rozmarzeniem znad pysznej jajecznicy.
- No wiesz co, Hanuś? - obruszyła się pani Irenka. - Mój profesor to, mam nadzieję, teraz z nieba mnie pilnuje, dlatego żadne romanse ani umizgi mi w głowie, tylko samo pitraszenie. Zresztą, co wieczór, jak kładę się do łóżka, to sobie z moim Karolkiem rozmawiam. Tak wiesz, Hanuś, na dobranoc. Patrzę na pustą poduszkę obok mnie i mówię. Cichutko, trochę do siebie, trochę do niego, trochę do Boga. Opowiadam, jak mi dzień minął. I tak mi wtedy dobrze, tak lekko na duszy... mówię ci, Hanuś, tak mi dobrze... Ja tam nie wierzę w to, co ludzie mówią, że na stare lata to gęby nie ma do kogo otworzyć. Ja tam zawsze sobie towarzystwo do rozmowy znajdę. Może i niezbyt rozmowne, ale za to jakie słuchające. Jedz, Hanuś, jedz. Może jeszcze ci bułeczkę dorobię, chcesz?
- Nie, pani Irenko, dziękuję. Już czuję, że za chwilę nie będę mogła się ruszać - stwierdziła, klepiąc się po pełnym brzuchu.
- A ty wiesz, Hanuś, ja to uwielbiam, jak u mnie w kuchni malinówkami czuć. Ciepło mi się wtedy robi gdzieś tam w środku, bo mój Karol to mógł je jeść bez ustanku. A jak czasami zły był, jakiś taki, jak to czasem chłop, nachmurzony nie wiadomo dlaczego, to zawsze mu robiłam takie jedzenie jak tobie teraz. Jajecznica na boczku i bułki z pomidorami malinowymi były zawsze najlepszym lekarstwem na zło świata całego. Teraz to się nawet czasami zastanawiam, czy ten mój Karol to specjalnie od czasu do czasu nerwusa udawał, żebym go takim dobrym jedzeniem uspokajała. - Pani Irenka skończyła myć patelnię i przycupnęła na swoim ulubionym krześle, stojącym obok kuchenki.
Przez okienną szybę, pomimo brzydkiej pogody, wpadł do kuchni zabłąkany promyk słońca i odbijał się teraz w kredensowych szybkach. Żałowała tylko, że trwało to tak krótko. Już go nie było, został porwany przez czarne i pomrukujące chmury. Skończyła jeść i złożyła sztućce, zatrzymując wzrok na kredensie.
- Piękny jest ten pani kredens, pani Irenko.
- A piękny i bardzo stary - westchnęła ciężko pani Irenka. - Solidna niemiecka robota. To z domu rodzinnego mojego Karola. Jak żyła jeszcze moja teściowa, to gdy tylko mogła, psioczyła, że musi patrzeć na te poniemieckie graty. Ja byłam wtedy młoda, to nie mogłam nic powiedzieć, choć mnie czasami język świerzbił, żeby jej wygarnąć, co myślę. Ale cóż, język mi puchł, a ja ani pary z ust nie puszczałam, żeby Karolowi przykrości nie robić i nerwów mu nie psuć. Bo zobacz, Hanuś, wojna była, wszyscy wiedzą, wojna to jedno ogromne okrucieństwo... Ale przecież nie wszyscy Niemcy to hitlerowcami i mordercami byli. Myślę, że ten mój kredens to taki niemy świadek tamtych wojennych czasów. Najpierw służył niemieckiej rodzinie, a później przeszedł w polskie ręce, bo się znalazł na Ziemiach Odzyskanych. Taka jest historia. I mebli, i ludzi. Moi teściowie właśnie dom po Niemcach dostali. Wszystko w nim było, wszystko tamci zostawili. Pościele, ubrania, naczynia i szkło takie piękne, że głowa boli. No, mówię ci, Hanuś, wszystko zostało, całe domostwo. A moja teściowa z dwójką małych dzieci, przecież Karol urodził się na początku wojny, a jego brat na końcu, i zamiast dziękować Bogu za taki dar, bo przecież bieda była aż piszczy, to do końca swoich dni na tych ludzi pomstowała. A mnie zawsze serce się krajało, kiedy tego słuchałam, i Boga w duchu prosiłam, żeby wybaczył jej to czcze gadanie. Nawet kiedyś sam Karol nie wytrzymał i jej wygarnął, że chyba zapomniała, że Jędrka, to ten Karola młodszy brat, to w poniemieckim wózku wybawiła i niemiecką koronkową kapką przykrywała. Ja na moją teściową to złego słowa nie powiem, bo zawsze dobra dla mnie była, tylko tym Niemcom nie chciała odpuścić, przyczepiła się do nich jak głodna pijawka do skóry i tego nigdy nie mogłam zrozumieć. A kiedy teściowie poumierali i trzeba było się wszystkim zająć, to od żony Jędrka usłyszałam, że ona niczego z tego domu nie chce, bo to wszystko stare i po Szwabach. A ja tam nie patrzyłam po kim. Ludzie to ludzie. Skoro ich wysiedlili, a wózek dziecięcy został, to chyba jasne, że im wesoło nie było. Maleńkie dziecko, a tu niedola i tułaczka. I co z tego, że Niemcy? Przed Panem Bogiem to my wszyscy równi jesteśmy. Jednakowi. Ważne jest tylko to, czy człowiek serce ma dobre. Więc poszłam do tego domu z Karolem i widziałam, jak mu miło było, kiedy brałam te piękne szkła i naczynia. I kredens, i balię ocynkowaną, i taką samą konewkę. To wszystko służy mi do dziś. Ale najbardziej to się wtedy Karol z tego kredensu ucieszył. Odnowił go jak się patrzy. Bawił się z nim wtedy, o ile dobrze pamiętam, ze dwa miesiące. Ale zobacz, Hanuś, jaki on śliczny i co by mówić, i jak by patrzeć, to w końcu ojcowizna... A że po Niemcach - mówiąc to, pani Irenka wzruszyła ramionami i rozłożyła ręce - cóż, takie były czasy. A ty co, Hanuś? Śmiejesz się ze mnie?
- Co też pani mówi, pani Irenko. - Pokręciła głową. - Nie śmieję się, tylko jak zwykle uśmiecham się do pani i do pani słów... - Chciała jeszcze coś dodać, ale nagle dał się słyszeć głuchy grzmot. - Chyba za chwilę się rozpada. - Spojrzała w okno.
- A niech pada. Przyroda potrzebuje deszczu. Niech leje jak z cebra, to mi się w ogrodzie balia deszczówką napełni. Będę ją miała na gorące dni do podlewania pelargonii na schodach.
- Która balia?
- Najpierw ta poniemiecka, a później ta poteściowa. Tak sobie myślę, że ci nasi Niemcy to dobrzy ludzie byli. Powiem ci w sekrecie, że jak robiliśmy z Karolem porządki, wiesz, Hanuś, takie ostatnie przed sprzedażą domu, to znaleźliśmy małe pomieszczenie pod podłogą. Łóżko w nim było i siennik, taki zbutwiały, że przy dotyku się rozpadał. Pomyślałam sobie wtedy, że może ci Niemcy to nawet jakiemuś Żydowi życie uratowali. Albo Polakowi. Kto to może, Hanuś, wiedzieć? Niechybnie tylko sam Pan Bóg. Nie znałam tych ludzi, moja teściowa całe życie podłogi nimi wycierała, ale ja mam nadzieję, że im się jakoś poszczęściło i cało, i zdrowo tę wojenną zawieruchę przeżyli. Że znaleźli gdzieś tam nowy dom. A teraz ich dzieci i wnuki dobrze się mają, tak jak nasze, bo przecież Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy. A kredens stoi sobie u mnie, Karol go całe życie dopieszczał, a Ula, moja wnusia, zapytała mnie kiedyś, czy go jej dam, jak będzie już duża. Ale mi się wtedy serce ucieszyło. Oczywiście, że jej go dam, ale póki u mnie stoi, to teraz wyciągnę z niego najpiękniejszy poniemiecki talerzyk i dostaniesz na nim ciasto z polskimi jabłkami. Zjesz je ze smakiem, a potem polecisz sobie najpierw nad to swoje morze, a później do tej swojej Warszawy. A ja zostanę tu z moim kredensem, balią i konewką, jabłek nasmażę, a wieczorem opowiem Karolowi, jak mi dzień minął. - Pani Irenka wstała i ruszyła w stronę drzwi wiodących do spiżarni.
Odprowadzała ją wzrokiem, wiedząc, że panuje za nimi chłód, w którym pani Irenka zawsze przechowywała swe wyśmienite wypieki.
Drzwi przymykały się za panią Irenką, cichuteńko skrzypiąc. Znów zagrzmiało, na szczęście jeszcze nie padało. W kuchni zrobiło się tylko ciemniej niż dotychczas. Wstała od stołu, podeszła do zlewu, starannie umyła naczynia po śniadaniu, po czym podeszła do kredensu i delikatnie dotknęła pachnącego drewna. Jej wzrok spoczął na krzyżu wiszącym nad drzwiami spiżarni, w których pojawiła się znów pani Irenka. Na bardzo ciemnym drewnie rozpościerał ramiona umęczony Chrystus.
- Tak, Hanuś - pani Irenka musiała zauważyć jej podniesiony wzrok. - Ten krzyż to też poniemiecka ojcowizna. Widocznie Pan Bóg miał taki plan, żeby od Niemców trafił do Polaków. Zapamiętaj sobie, Hanuś, boskie plany są najmądrzejsze na świecie, a my, maluczcy, musimy być wobec nich pokorni. Zobaczysz, moje dziecko, teraz już będzie tylko lepiej, zobaczysz...
Stała na schodach głównego wejścia na plażę z brzuchem tak pełnym, iż była pewna, że następny posiłek zje dopiero w domu. Po wojskowej porcji jajecznicy pani Irenka wmusiła w nią jeszcze ogromny kawał szarlotki. Zjadła go z udawanym apetytem. Jedzenie czuła nawet w uszach, ale nie chciała odmawiać pani Irence, żeby nie sprawić jej przykrości. Czuła się teraz tak koszmarnie ciężka, że nie chciało się jej nigdzie ruszać. Przysiadła na schodach i z błogim uśmiechem patrzyła na bałtyckie bałwany. Wiało niemiłosiernie. Ludzie spacerujący brzegiem przytrzymywali swoje okrycia. Ich twarze męczył wiatr.
Przymknęła powieki i pomyślała, że mogłaby tak przesiedzieć życie. Słyszała szum fal i ich specyficzny odgłos, kiedy rozbryzgiwały się o zielony od morskich glonów falochron. Czuła, jak ładują się jej akumulatory na życie w Warszawie. Najchętniej zabrałaby z sobą to czarowne miejsce. Było to niestety marzenie ściętej głowy. Odruchowo zaczęła myśleć o pracy. Wiedziała, że powinna już wstać i spojrzeć pożegnalnym wzrokiem na uspokajający ją krajobraz. Jednak jakaś niewidzialna siła trzymała ją w tym miejscu. Tylko rozsądek głośno trąbił, że przed nią daleka droga. Jeszcze tylko pożegnanie z panią Irenką i koniec wakacji stawał się faktem. Koniec dobrego. Początek roku szkolnego. Praca, praca, praca. Schematyczność przemijania. Coraz krótsze dni, depresyjna zmiana czasu. Przygnębiający listopad. Rewolucje i rozkazy Dominiki, która najprawdopodobniej znów przeżywała swoją kolejną pierwszą miłość. Podczas ostatniej rozmowy telefonicznej w głosie przyjaciółki od razu usłyszała ekscytację nowym facetem. Pomyślała, że w sumie to jej przyszywana siostra mogłaby się w końcu ustatkować. Ale przecież Dominika nigdy nie robiła tego, co powinna. Dlaczego teraz miałoby stać się inaczej, skoro nade wszystko ceniła wolność i niezależność.
Rozmyślając o wszystkim i o niczym, dotarła do domu pani Irenki, która z charakterystyczną dla siebie dokładnością obrywała przekwitłe kwiaty czerwonych i różowych pelargonii, strzegących wejścia do domu.
- Widzisz, Hanusiu? - Pani Irenka ucieszyła się na jej widok i wyprostowała się, rozmasowując lędźwie. - Chyba zabierasz z sobą piękną pogodę, bo jak człowiek popatrzy w niebo, to od razu widać, że się anioły do gry w kręgle szykują. I zaraz cała ziemia będzie musiała znosić te ich harce i hałasy.
- Pani Irenko - odwzajemniła uśmiech - anioły też muszą się od czasu do czasu wyszaleć. Ja, dla odmiany, kończę zabawę i wyruszam. Dziękuję za wszystko i - nerwowo wypuściła powietrze - do zobaczenia! - To mówiąc, podeszła do pani Irenki, ale ta odskoczyła od niej i podniosła głos.
- Hola, hola, kochanieńka! Nie tak szybko! Zanim pojedziesz, musisz mi coś obiecać.
- Co takiego? - zapytała z nieudawanym zaciekawieniem.
- Rozmawiałam dzisiaj rano z Iwonką i wspólnie uradziłyśmy, że musicie, to znaczy ty i Dominika, przyjechać do nas na święta Bożego Narodzenia. Przecież nie możecie same siedzieć w tej Warszawie. A i z Iwonką nie widziałyście się przecież wieki. Będzie u mnie z Jurkiem i bliźniaczkami. Marka nie będzie w tym roku, bo do teściów jedzie, do Wadowic. Taka kolej. U mnie był ostatnio, a tam przecież też rodzice. Będzie dobrze, rodzinnie. A wy obie to przecież jak rodzina. Przyjedźcie...
- Pani Irenko - zaczęła niepewnie całkowicie zaskoczona propozycją. - Przecież do świąt jest jeszcze bardzo dużo czasu.
- Hanuś! - pani Irenka przerwała jej zdecydowanie. - Czas tak szybko goni. Ani się obejrzymy, jak będzie biało i choinkę trzeba będzie z lasu do domu przytargać. To co? Przyjedziecie? - Pani Irenka patrzyła na nią z miłością.
Cóż miała począć? Nie umiała odmówić. Bezwiednie i lekko przewróciła oczami na takie dictum.
- Ty mi tu oczkami nie przewracaj, tylko natychmiast obiecuj, bo jak nie, to cię nigdzie nie puszczę i poczekasz na te święta tu, u mnie! A Dominika wtedy sama przyleci! I to migusiem.
- Pani Irenko, przecież pani wie, że ja nie umiem pani odmówić. Ale czy to na pewno nie będzie żaden kłopot? - zapytała przyparta do muru.
- No kłopot będzie! Ogromny! - ironizowała pani Irenka. - Ale radość jeszcze większa! - dodała po chwili. - A teraz przyznaj mi się tu, ale jak na spowiedzi świętej! Miałyście wy w zeszłym roku z Dominiką święta?
To bezpośrednie pytanie trafiło celnie w czuły punkt, dlatego odpowiedziała na nie po przedłużającej się w nieskończoność chwili milczenia. Odpowiedziała zgodnie z prawdą.
- Dominika dwoiła się i troiła, ale ja nie byłam w stanie ich normalnie przeżyć. Powiem pani, pani Irenko, właśnie jak na spowiedzi. Udawałam, że ich po prostu nie ma. - Zdała sobie sprawę, że w tej chwili przyznała się do tego nie tylko przed panią Irenką, ale i przed samą sobą. Ostatnio często udawała, że wszystko jest dobrze i normalnie, a może powinna właśnie przyznawać się przed sobą do tego, że wcale tak nie jest. Może...
- Czyli to już postanowione! Przyjeżdżacie na święta i nie ma zmiłuj! A teraz niech cię uściskam i śmigaj do tej Warszawy, a jak zajedziesz, to daj znać. I żebyś mi nie zapomniała, że codziennie masz czuwać, czy plan się jakiś nie zaczyna. Wiesz, Hanuś, ten boski... - mówiąc to, pani Irenka uścisnęła ją i przytuliła do swojej bujnej piersi.
- Do zobaczenia, pani Irenko... - Wsiadając do samochodu, kolejny raz dziękowała za wszystko i walczyła ze wzruszeniem. Nie znosiła pożegnań, zwłaszcza gdy oznaczały rozstanie z dobrocią i mądrością. "Ale było dobrze...", pomyślała. Spojrzała w górne lusterko i obserwowała, jak dom pani Irenki powoli robił się coraz mniejszy i mniejszy, aż w końcu zniknął za zakrętem.
Była wypoczęta, dlatego podróż minęła jej bardzo szybko. Spędziła prawie siedem godzin za kierownicą, słuchając swojej ulubionej stacji radiowej. Kiedyś, prowadząc samochód, zawsze śpiewała. Teraz nie potrafiła. Warszawa przywitała ją, jak zwykle, waleczną syrenką. Lubiła ten herb. Lubiła to miasto. Spędziła tu najpiękniejsze chwile swojego życia. Te najokrutniejsze również. Teraz jednak chciała skupić się tylko na tym, co miało się wydarzyć w ciągu najbliższych dni. Pojutrze poprawka. Następnie nudna rada pedagogiczna, a za tydzień początek roku szkolnego. Najbardziej stęskniła się za Aldonką, chociaż przez całe wakacje brakowało jej także niektórych uczniów. Ci, których uczyła, poza nielicznymi wyjątkami byli sympatyczni. Lubiła pracować z młodymi ludźmi. W ich towarzystwie czuła się jak ryba w wodzie. Lubiła żartować na lekcjach. Uwielbiała, kiedy udało jej się uczniów czymś zainteresować lub skłonić do refleksji. Od zawsze wiedziała, że praca w szkole jest jej przeznaczeniem. Kiedy była mała, często pomagała Dominice w nauce. Już wtedy wiedziała, że możliwość uczenia kogoś sprawia jej ogromną radość. Była wymagającą i konsekwentną nauczycielką, ale młodzież lubiła jej zajęcia. Miała oczywiście uczniów, z którymi współpraca była koszmarem. Jednak zawód nauczycielki dawał jej wiele zawodowej i osobistej satysfakcji. Praca z młodzieżą była dla niej wartością samą w sobie. Było jej jedynie przykro, że jej zawód był w Polsce niedoceniany. Wierzyła jednak, że kiedyś to się zmieni. Przecież świat wokół wciąż się zmieniał. Miewała niestety też takie dni, kiedy myślała, że autor powiedzenia "obyś cudze dzieci uczył" był nieprzeciętnie uważnym obserwatorem rzeczywistości. Czasem przyznawała mu rację, ponieważ w słabsze dni nauczanie postrzegała jako pracę trudną, momentami bardzo niewdzięczną. Jednak nie mogła zapomnieć, że chwile zawodowej satysfakcji były przepiękne, choć ulotne. Jej rozważania przerwał dźwięk telefonu. Odebrała przez zestaw głośnomówiący. Telefonowała Dominika.
- Czyżbyś się za mną stęskniła? - zapytała dowcipnie.
- Mów, gdzie jesteś! - Dominika prawie krzyczała.
- Stało się coś? - Chciała wiedzieć, czy powinna zacząć się denerwować.
- Kiedy będziesz w domu?
- Za jakieś dwadzieścia minut. Powiedz, stało się coś? - zapytała znów, nie licząc jednak na odpowiedź.
- Przyjeżdżaj szybko! Musimy pogadać! Stoję pod domem! - Dominika wyłączyła się bez ostrzeżenia. Jak zwykle.
Głos Dominiki sprawił, że poczuła się jak w domu. Dominika była jej kotwicą. Osobą popędliwą, impulsywną, ale dobrą, kochaną i wbrew pozorom często bardzo pomocną. Funkcjonowały jak organizmy symbiotyczne. Były prawie jak ukwiał i rak pustelnik. Za darmowe przejażdżki ukwiał bronił raka. W tej specyficznej konfiguracji ona była rakiem, choć pustelnictwo nie do końca leżało w jej naturze. Już wyobrażała sobie zdenerwowaną Dominikę. "Kiedyś przez nią osiwieję", pomyślała, mając nadzieję, że nic poważnego jednak się nie stało. Obecnie w swoim życiu miała dwa żywioły. Kiedyś miała ich więcej... Jednym z nich była praca, drugim Dominika. Oba kochała ponad wszystko, choć zdarzało się, że czuła się wobec nich całkowicie bezsilna. Praca dawała jej radość, poczucie spełniania ważnej misji i co najważniejsze, odrywała ją od wspomnień. To dzięki pracy musiała rano wstawać, dbać o siebie, żeby nie wyglądać gorzej od własnych uczennic, uśmiechać się. Była pewna, że młodzi ludzie nie lubią smutasów. Samotność wśród ludzi nie była taka straszna jak samotność w czterech ścianach. Przedpołudnia spędzała w szkole, popołudnia w związku z pracą też miała zajęte. Przygotowywała się do zajęć. Dwoiła się i troiła, żeby były ciekawe i interaktywne. Nie chciała występować w roli mentora, który dyktuje sztywno określone treści do zeszytu, później restrykcyjnie z nich odpytuje i na tym kończy się jego rola. Była pewna, że metoda uczenia przez zakuwanie jest beznadziejna i nieefektywna. Marzyła o tym, by w młodych ludziach budziły się wątpliwości, by chcieli zrozumieć, a nie tylko zapamiętać "to coś" do momentu sprawdzenia wiadomości. Uważała, że tylko zainteresowanie uczniów jest tropem prowadzącym do tego, aby wiedza została w nich na dłużej, a wraz z nią umiejętności przydatne w życiu. Prowadzone przez nią lekcje wymykały się schematom. Niejednokrotnie eksperymentowała, miała jednak głębokie przekonanie, że to dobra strategia. Młodzież mogła jej nie lubić tylko za to, że bardzo dużo zadawała. Pisanie prac, pisanie prac, pisanie prac... Taka metoda nawet bardzo zatwardziałym nierobom narzucała obowiązek czytania lektur. W życiu i w pracy stawiała na pracowitość, sumienność i odpowiedzialność. Tak została wychowana przez rodziców i dzięki temu nie rozsypała się, gdy ich zabrakło. Z uporem maniaka dążyła do tego, by żyć jak kiedyś. Mimo wszystko...
Dominika była jej drugim żywiołem. Była jej niby-siostrą. Tak o niej często myślała. Różniły się pod każdym względem. Dlatego stanowiły tak zgrany zespół. Ona uspokajała, a Dominika dolewała oliwy do ognia. Dominika była niecierpliwa, apodyktyczna, inteligentna na granicy bezczelności. Lubiła stawiać na swoim. Miała niezwykłe poczucie humoru, dystans do siebie, komunikatywność światowego poligloty i kreatywność liczącej się na rynku agencji reklamowej. Uwielbiała Dominikę i kochała jak siostrę. Przypomniała sobie, jak kiedyś oglądały w telewizji wywiad z Williamem Whartonem. Obie za nim przepadały i zaczytywały się w jego książkach. Jego powieści od pewnego czasu stały się jej szczególnie bliskie, ponieważ dotknęły jej życia, w którym Niezawinione śmierci rozbiły jej Stado. Tamtego wieczoru leżały na kanapie w salonie, zajadały ulubione lody czekoladowe i wpatrywały się w magnetyzującego swoją osobą pisarza. Dziennikarz przeprowadzający wywiad zadał mu nietypowe pytanie.
- Gdyby mógł pan mieć trzecie oko, żeby uważniej patrzeć na świat, to gdzie chciałby je pan mieć?
Wharton, nie namyślając się, odpowiedział, że chciałby je mieć na małym palcu u ręki, żeby móc wszędzie dokładnie zajrzeć. Była zachwycona jego odpowiedzią. Natomiast Dominika powiedziała, że głupi ten Wharton jak but, bo ona wolałaby je mieć na najsprawniejszym według niej palcu wskazującym. Dominika zawsze była krytyczna i niepokorna. Jednak pod fasadą silnych cech skrzętnie skrywała tęsknotę za miłością. Marzyła o wielkiej miłości. Zresztą chyba jak każda normalna kobieta. Ona jednak czekała na to uczucie od bardzo dawna. Deficyt miłości, którego zaznała w dzieciństwie, przeniósł się w dorastanie, a potem w młodość. Zadurzała się często, to fakt, ale jeszcze częściej dochodziła do wniosku, że jak to zwykła była określać, "to nie było to...".
Podróż dobiegła końca. Była już na swojej ulicy i z daleka widziała Dominikę opartą o swój samochód zaparkowany przed domem. Pilotem otworzyła bramę, wjechała na podjazd i wysiadła z samochodu, od razu rozmasowując plecy zmęczone długą podróżą.
- Jak znam życie, to zmieniasz pracę, bo cię wkurzyli, albo się znowu zakochałaś - zagadnęła w ramach przywitania.
- Nie wkurzaj mnie tą psychologią dla ubogich! Wjeżdżaj do garażu i zrób mi miejsce na podjeździe. Szybko! Musimy porozmawiać! - Dominika wyrzucała z siebie słowa z prędkością światła.
Natychmiast zastosowała się do rozkazów siostry i w okamgnieniu znalazły się w kuchni, gdzie już gotowała wodę na herbatę. Z cytryną, jak zwykle, identycznie jak u pani Irenki.
- Siadaj! - ponaglała ją Dominika.
- Już siedzę. Mów. Proszę, oto twoja herbatka. - Postawiła kubek przed przyjaciółką.
- Mam go - wyszeptała konspiracyjnie Dominika.
- Kogo?
- No, jak to kogo? Przecież nie krzywy kręgosłup! F...a...c...e...t...a! - przeliterowała.
- To mów, wszystko, co wiesz. - Też umiała rozkazywać.
- Był u mnie w gabinecie już dwa razy. Przyszedł z polecenia. Nie wiem czyjego, nie powiedział. Jest w moim typie. Wysoki, blondyn, oczy zielonkawe. Mówię ci, miodzio. Ma na imię Przemek. Jest architektem, ma swoje biuro. Robi jakieś tam projekty.
- Jakie?
- O Boże! Naprawdę cię to interesuje? Przecież to nieistotne jakie!
- Masz rację. Ale rozmawialiście o czymś innym niż stan jego uzębienia? - zapytała z ciekawością.
- Oczywiście! Jest elokwentny do bólu. Po drugiej wizycie zaproponował mi kawę. Idziemy na nią jutro o osiemnastej. Umówiliśmy się przy Atrium na Jana Pawła.
- Chcesz powiedzieć, że masz jutro randkę?
- Domyślna dziewczynka! - Dominika spojrzała na nią z wyższością. - Mam randkę i stracha. Wiesz, żeby złapać temat, żeby było o czym gadać, żeby okazał się fajny, bo wizualnie to jest na szóstkę z plusem, pani profesor. Szkoda byłoby takiego pięknego ciała na nudną duszę.
- A pokrewieństwo dusz poczułaś, borując mu zęby?
- Czy ja wiem? Byłam zajęta szczęką, która jest całkiem, całkiem...
- Tylko nie panikuj - poprosiła - zrób się na bóstwo i idź.
- O matko! - wrzasnęła Dominika. - A w co ja mam się ubrać? No co się głupio gapisz, mów!
- Wydaje mi się, że najlepiej w coś kolorowego. W końcu do tej pory oglądał cię tylko w białym kitlu. Musisz go zaskoczyć zmianą wizerunku. Powinnaś przeistoczyć się z zimnej kobiety z wibrującym wiertłem w dłoni w delikatne dziewczę z sercem na dłoni.
Mina Dominiki dawała jej do zrozumienia, że chyba trochę przesłodziła.
- Wsadź sobie w nos ten polonistyczny bełkot. Mów! Teraz! Natychmiast! W co mam się ubrać?!
- Myślę, że ta wzorzysta tunika z Indii będzie odpowiednia. Teraz są modne etniczne wzory i jesteś w niej taka... - zamyśliła się.
- Jaka? - znów usłyszała podniesiony głos Dominiki zdradzający brak pewności siebie.
- Po prostu dobrze w niej wyglądasz. Poza tym nie przejmuj się tak, bo jak miał się naprawdę zakochać, to na pewno już to zrobił. A teraz daj mi spokój. Jestem padnięta, marzę o kąpieli i łóżku. Muszę jeszcze zatelefonować do pani Irenki. Mam też dla ciebie dobrą wiadomość.
- Jaką? - Dominika bębniła nerwowo palcami o blat stołu.
- Dostałyśmy od pani Irenki zaproszenie na święta Bożego Narodzenia.
Słysząc to, Dominika zrobiła dziwną minę.
- Dziewczyno?! Co ty mi tu teraz ze świętami wyjeżdżasz! W sierpniu? Puknij się!
- Jak się zakochasz, to czas ci szybko zleci. - Chciała jeszcze coś dodać, ale mistrzyni w przerywaniu właśnie zrobiła to kolejny raz.
- A spróbuj zapeszyć! Muszę lecieć! Fajnie ci tam było? - Dominika uwielbiała posługiwać się pytaniami, jednocześnie nie dając jej szans na odpowiedź.
- Rewelacyjnie, jak zwykle. - Śledziła wzrokiem przyjaciółkę, która już stała przy drzwiach. - Tylko pochwal się jutro, jak ci poszło.
- Jeśli nie zadzwonię do północy, to... - Dominika zawiesiła głos.
- ... Mam cię szukać w prosektorium? - Udała zatroskaną.
- Zgłupiałaś do reszty! - prychnęła Dominika. - Masz mnie nie szukać! Bo co się będziesz bujać po obcych łóżkach. - Siostrze wracał dobry humor i zaczęła się w końcu uśmiechać.
- Tylko pamiętaj - celowo zrobiła srogą minę. Nie byłaby sobą, gdyby nie podjęła próby przynajmniej lekkiego zdyscyplinowania Dominiki. - Panienka z dobrego domu na pierwszej randce tylko rozmawia i robi mądre minki.
- Sraty-pierdaty! Zadzwonię! - Dominika cmoknęła ją w policzek i ulotniła się niczym dobra wróżka z bajki o Kopciuszku.
Żegnała ją wzrokiem i cieszyła się, że się zobaczyły, że siostra czekała na nią. Nie lubiła wracać do pustego domu, a Dominika sprawiała, że dom ożywał. Zawsze czuła, że jest jej potrzebna. Było tak od dnia, gdy zobaczyły się po raz pierwszy. Bardzo chciała, żeby Dominice ułożyło się z tym architektem. Jej tato też wykonywał ten zawód, dlatego już czuła sympatię do nowiusieńkiego Przemka. Uśmiechnęła się, ziewnęła przeciągle i spojrzała na walizkę. Nie miała teraz siły z nią walczyć. Weszła pięknymi ażurowymi schodami projektu taty na górę. Jeszcze tylko alarm i spać! Muszla. Szum. Spokój. Sen. Nie! Telefon! Szybko wybrała numer. Trzy sygnały.
- Halo? - usłyszała ciepły głos.
- Dobry wieczór, pani Irenko. Telefonuję, jak obiecałam. Dojechałam cała i zdrowa. Jeszcze raz dziękuję za wszystko, a najbardziej za zaproszenie na święta. Właśnie przed chwilą wyszła ode mnie Dominika. Bardzo się ucieszyła z zaproszenia - wyrecytowała na jednym oddechu.
- Oj, to dobrze, dziecko moje. A co u niej? Jest jakaś nowa burza?
- Oczywiście, pani Irenko. Jest zauroczona pewnym młodym architektem. Jutro ma pierwszą randkę i właśnie uzgadniałyśmy szczegóły jej stroju.
- Ty, Hanuś, to przykład z niej bierz i rozglądaj się. Tobie też Romeo się trafi. Zobaczysz.
Lubiła tę niczym niezachwianą pewność w głosie pani Irenki.
- Chyba pani żartuje, pani Irenko. Kiepska ze mnie Julia - odpowiedziała pesymistycznie.
- Kiepska to jest pomidorowa ze zwarzoną śmietaną - odrzekła szybko pani Irenka. - Idź już, dziecko, spać. Zmęczona pewnie jesteś po podróży i niech ci się przyśni las.
- Wolałabym plażę - powiedziała cicho, odczuwając wielkie zmęczenie.
- A niech ci będzie. Niech ci się przyśni plaża. Całuję cię, Hanuś, i przytulam. A na śmierć zapomniałabym! Iwonka też bardzo się cieszy, że będziecie. Pa, Hanuś, śpij dobrze, moje dziecko.
- Dobranoc, pani Irenko. - Odłożyła telefon na szafkę nocną, czując, że nie ma siły już na nic. Nawet na kąpiel. Sięgnęła po muszlę. Czuła jej chłód, słyszała szum. Zamknęła oczy i zobaczyła swoją plażę.
Obudziła się wcześnie. Pijąc poranną herbatę, zatelefonowała do szkoły, żeby się upewnić, czy wszystko na jutrzejszą poprawkę zostało odpowiednio przygotowane. Okazało się, że zajmie jej to więcej czasu, niż przypuszczała, bo została powołana do dwóch innych komisji poprawkowych. Przecież nigdy i nigdzie się nie spieszyła, więc bez najmniejszego wahania wyraziła zgodę na dodatkową pracę. Dyrektor oczywiście przepraszał, że informuje ją tak późno, ale ktoś zachorował i była ostatnią deską ratunku. Jak zwykle nie widziała w tym żadnego problemu, dyrektor cenił ją między innymi za dyspozycyjność i elastyczność w podejściu do obowiązków. Miała tylko nadzieję, że Starski będzie dobrze przygotowany. Nie chciała, żeby powtarzał klasę. Nie to było jej intencją. Chciała, żeby ten przystojny młodzieniec zaczął w końcu poważnie pracować, bo inaczej wróżyła mu kłopoty na maturze.
Postanowiła, że skoro w szkole wszystko zostało przygotowane, to może poświęcić czas sobie i domowi. Zatelefonowała do pani Haliny i poinformowała ją, że już wróciła do domu. Pani Halina od piętnastu lat sprzątała w ich domu. Teraz już tylko jej domu. Dzięki jej pracy było tu zawsze schludnie i bardzo czysto. Kwestią ładu zajmowała się sama, jednak pani Halina była nieoceniona, jeśli chodziło o sprzątanie. Jak to ujmowała Dominika: "Halinka jest mistrzynią w jeździe na szmacie". Pani Halina ucieszyła się z jej powrotu i umówiły się jak zwykle na czwartek. Zatelefonowała też do pana Andrzeja, który opiekował się ogrodem. Też od lat. Był sympatycznym mężczyzną w średnim wieku. Niezbyt rozmownym, ale nawiązywał cudowny kontakt z roślinami. Była przekonana, że z nimi rozmawiał. Jego konikiem były azalie, rododendrony i karłowate świerki srebrzyste. W związku z tym ogród wokół domu był imponujący, i to o każdej porze roku. Uwielbiała w nim przebywać. Gdy wspominała rodziców, najczęściej widziała ich właśnie w ogrodzie. Przypominała sobie mamę obrywającą zwiędłe kwiaty rododendronów. Mama była niepoprawną estetką. Tatę widziała, jak rozkładał na soczystozielonej trawie mały namiot dla niej i Dominiki. Stały nad nim obie niecierpliwie i z wypiekami na twarzy, z torbami wypełnionymi różnymi skarbami. Nie mogły doczekać się momentu wprowadzenia do różowego namiotu, imitującego pałac księżniczek. Pamiętała z detalami miliardy pięknych chwil. Gdy tylko miała czas, siadała na ogrodowej huśtawce, zamykała oczy i zamieniała się w małą beztroską dziewczynkę, która za chwilę zeskoczy z tej huśtawki i pobiegnie w nieznanym sobie kierunku.
Wspominała rodziców, siedząc na huśtawce z kubkiem herbaty w dłoni. Dzień był ciepły. Optymistyczne sierpniowe południe. Słońce w zenicie grzało cudownie. Zamknęła oczy i usłyszała szum wielkiego miasta. Do jej uszu docierały odgłosy wyciszane nieznacznie przez las, który stanowił naturalną barierę między jej domem a ruchliwą ulicą. Znów zobaczyła roześmianego tatę, który pokazywał mamie upieczoną na grillu kiełbaskę i pytał, czy taka może być, czy jeszcze trochę przysmażyć. Wspomnienia przypływały i odpływały, zupełnie jak morskie fale. Zastanawiała się, dlaczego potrafi wspominać rodziców, a boi się myśleć o Mikołaju. Uciekała przed wspomnieniami. Nie potrafiła przywoływać obrazów, gestów, słów, uczuć. Może była na to jeszcze za słaba? Może to miało się zmienić? Albo tak miało pozostać. Już zawsze. Może brak grobu utrudniał wszystko? Może... Nie wiedziała...
Zrobiło jej się ciepło i błogo. Otuliła się szlafrokiem i znów zamknęła oczy. Do tej pory obserwowała znajome wróble, które oddawały się bez reszty swojemu ulubionemu tańcowi. Siedziały cichutko pochowane w konarach ogromnej wierzby, po czym ze śpiewem i radosnym świergotem w bardzo szybkim locie przenosiły się na płot. Znów cisza. Siedzą, przekrzywiają maleńkie główki i udają, że jej nie widzą. Nagle znów śpiew i świergot towarzyszące przelotowi. Cisza. Siedzą na wierzbie i tym razem to ona udaje, że ich nie widzi. Zabawa przednia, lecz nieco usypiająca...
Obudził ją dźwięk domofonu dochodzący z domu. Zerwała się nieprzytomnie z huśtawki. Nie wiedziała, która jest godzina. Wbiegła do domu. Mogła się domyślić. Przed bramą stała Dominika i krzyczała:
- No co się tak grzebiesz?! Otwieraj!
Szybko i posłusznie wykonała polecenie wykrzyczane przez przyjaciółkę, która już wlepiała w nią zdenerwowane spojrzenie.
- Dzwonię i dzwonię, i czuję się jak Zygmunt na kolumnie, bo tak stoję i stoję. Coś robiła tyle czasu?!
- Zasnęłam w ogrodzie. Nawet nie wiem kiedy - wytłumaczyła się szybko. - Która jest godzina?
- Po drugiej. Tyle razy ci mówię, nie śpij w ogrodzie! Co to za durny zwyczaj!
- Lepiej powiedz, co cię do mnie sprowadza o tak nietypowej porze.
- Buty! - Dominika zajęła swoje miejsce przy stole w jadalni.
- Jakie buty?
- A Rosenzweigowa ma psa? - przedrzeźniała ją przyjaciółka. - Te z Indii! Te odjazdowe! Nie udawaj, że nie wiesz które! Pożyczysz?!
- Przecież masz większą stopę od mojej.
- Dawaj przymierzyć i nie gadaj tyle, nie mam czasu, spieszę się do roboty!
"Boże, znowu nerwowy słowotok", pomyślała i dodała głośno:
- Już przynoszę.
Buty oczywiście były na Dominikę, delikatnie rzecz ujmując, przymałe, ale nie dała sobie nic powiedzieć ani wytłumaczyć.
- Jeżeli chcesz cały wieczór myśleć o puchnących stopach, to bierz! Ale pamiętaj, tańce odpadają.
- A ty co zamierzasz dziś robić? - siostra udawała zainteresowanie, pakując z zadowoleniem buty do dużej torebki.
- Nic - odpowiedziała, przeciągając się leniwie.
Dominika wybiegła z domu, oczywiście bez pożegnania, a ona zdała sobie sprawę, że nic w jej życiu nie jest groźniejsze od nicnierobienia. Mama zawsze powtarzała, że w domu praca nigdy się nie kończy. Miała rację. Żeby nie oddać się judymowskiej metafizyce, zaczęła przygotowywać swoje ulubione spaghetti. Uwielbiała gotować. Żałowała, że niespecjalnie miała dla kogo. Dominika nie była typem smakoszki. Lubiła "szybko wrzucić coś na ruszt" i biegła dalej. Ona natomiast kochała celebrować posiłki. Przystawka, zupa, danie główne, deser i obowiązkowo towarzysząca jedzeniu rozmowa. Nie lubiła restauracji, ponieważ przepadała za kuchnią domową. W gotowaniu najbardziej pociągał ją akt tworzenia, który zawsze kojarzył jej się z zapachami. Uwielbiała aromat gotujących się potraw. Miała w domu otwartą kuchnię, więc gdy gotowała, cały dom ożywał. Najbardziej lubiła zapach gotującego się rosołu. Uważała, że gdyby bezpieczeństwo mogło mieć swój aromat, z pewnością byłby to zapach gotującego się rosołu, który kojarzył jej się z niedzielnym rodzinnym obiadem. Gotować nauczyła ją mama, a raczej obserwacja mamy. Również pani Irence wiele zawdzięczała w tej materii. W jej nadmorskim domu zawsze pachniało gotującym się obiadem, niezależnie od pory dnia. Teraz myślała o tym, że prawdziwy dom to zapachy i dźwięki tworzące codzienność powszednią i codzienność odświętną. Cieszyła się, że musi iść jutro do pracy, ponieważ jej dzisiejsza powszedniość, choć dobrze pachnąca, była cicha i samotna.
Chowając garnek do spiżarni, zauważyła nowe, jeszcze nieotwarte opakowanie zniczy. Postanowiła, że pojedzie na cmentarz. Posiedzi z rodzicami, pomilczy sobie z nimi. Przecież wolne dni najmilej spędza się z bliskimi...
- Mateusz! Mateusz! - wołał i rozglądał się po domu.
- Cooo?
Usłyszał zaspany głos, a za chwilę ujrzał swojego młodszego brata w całej okazałości i, co gorsza, w totalnym rosole.
- Zwariowałeś! - krzyknął, bo widok Mateusza mocno go osłabił. - Jesteś jeszcze niegotowy? Przecież za czterdzieści pięć minut masz poprawkę! - Nie mógł opanować zdenerwowania.
- Spokojnie... Brat! - Mateusz ziewnął przeciągle, po czym ze stoickim spokojem, drapiąc się po rozczochranej głowie, powiedział, a raczej wyziewał: - Coś ty taki nerwowy? Dzwonili wczoraj z budy, że przełożyli moją poprawkę o godzinę, bo Pindalerska ma jeszcze jakieś inne poprawki. Widocznie nie tylko mnie uwaliło to wredne babsko.
- Kto? - zapytał, bo nie zrozumiał nazwiska.
- To wredne babsko, Pindalerska! - Mateusz zrobił taką minę, jakby mu ktoś kazał wypić cysternę benzyny.
- Pindalerska? - powtórzył i zmarszczył brwi. - Dziwne nazwisko.
- To są dwa nazwiska - pospieszył z wyjaśnieniami Mateusz. - Pierwsze nadane przeze mnie, Pinda, a drugie rodowe, Lerska, czyli jednym słowem, Pindalerska. Małpa o dwóch nazwiskach.
Uśmieszek, którym obdarzał go właśnie rodzony braciszek, był wyjątkowo wredny.
- Jesteś okropny, ale mam nadzieję, że zdasz, bo jak nie, to mama się załamie.
- Spokojna twoja rozczochrana... - Wyluzowanie Mateusza było widoczne gołym okiem. - Nie ma innej opcji, muszę zdać. Zakuwałem.
- Chciałbym to widzieć - powiedział wątpiąco. - Pamiętaj, że przez tę twoją poprawkę musiałem wcześniej wrócić z urlopu.
- Wielkie halo! - Mateusz nalał sobie do szklanki wody, napił się i dokończył rozpoczętą wypowiedź. - Jak się domyślam, zostawiłeś tam tłum rozhisteryzowanych wielbicielek - drwił.
- Bez komentarza! - Nie dał się sprowokować. - Ubieraj się, bo obiecałem mamie, że osobiście dostarczę cię do szkoły. To twoje nieuctwo nam wszystkim zepsuło wakacje.
- Ty się, brat, starzejesz, bo zrzędzisz. Poza tym Pindalerska postawiła mi gałę na złość, bo z ocen na spokojnie wychodziła mi dwója. Ale przecież profesor Pindalerska to chodząca doskonałość i tego wymaga od wszystkich. Co za wredne babsko!
- Uspokój się! - przerwał mu zdecydowanie. - Zrobię sobie kawę, a ty masz piętnaście minut! Pamiętaj! Biała koszula i czarne spodnie, może chociaż na wejście zrobisz dobre wrażenie.
- Przed nią nie muszę. Ona jest...
Mateusz znów zaczął, a on już drugi raz nie pozwolił mu skończyć, wskazując wzrokiem na drzwi.
Robił kawę i przypominał sobie swoją polonistkę. Nota bene postrach całej szkoły. Na oko była po sześćdziesiątce, ale tak naprawdę nikt nie wiedział, ile miała lat. Nosiła ogromne okulary, o bardzo grubych szkłach, dlatego wszyscy mówili na nią Lupa. Przez cztery lata jego nauki w liceum zawsze była tak samo ubrana. Nosiła coś w rodzaju długiej swetrowej sukienki w granatowym kolorze, która nie była w stanie ukryć jej bardzo obfitego biustu będącego tematem wielu niewybrednych żartów. Nie lubił ani polskiego, ani Lupy. Podobnie jak Mateusz, nie był orłem z tego przedmiotu. Musiał ostro przykładać się do nauki, ale nigdy nie miał poprawki, bo w przeciwieństwie do swojego brata zawsze czytał lektury. Lubił czytać wieczorem, tuż przed zaśnięciem. To przyzwyczajenie zostało mu do dziś. Natomiast młodszy od niego o równe dziesięć lat brat był integralnym elementem całkiem innego pokolenia. Nowego pokolenia, które zwykł nazywać internetowym. Najważniejsze dla niego były: komputer ze śmigającym internetem, wypasiony telefon komórkowy i różne gry pochłaniające większą część każdej doby. Poza tym Mateusz, zresztą podobnie jak wszyscy jego kumple, całował się z dziewczynami na powitanie. W usta! A dla niego pocałowanie dziewczyny w policzek, i to w dniu matury, było kiedyś szczytem erotycznych osiągnięć. Czasy się zmieniły, i to bardzo. Mateusz, biorąc pod uwagę jego towarzyskie usposobienie, całował się kilkanaście razy dziennie. On nie całował się od ponad półtora roku. Na urlopie, widząc wszechobecnych zakochanych, poczuł, że bardzo mu tego brakuje. Nawet nie całowania i całej reszty... Brakowało mu uczuć. Marzył o kobiecie, która pozwoliłaby mu uwierzyć, że z Edytą miał po prostu pecha. Ona była...
- Jestem gotowy! - zakomunikował Mateusz, przerywając mu nie najlepsze wspomnienia. - Podobam ci się? - zapytał, strojąc dziwne miny.
Udawał właśnie chłopca o odmiennej orientacji seksualnej. Musiał przyznać, że Mateusz był z pewnością o wiele lepszym aktorem niż uczniem.
- Matołku! - powiedział z wyższością. - Akurat dzisiaj nie chodzi o twoją prezencję, tylko o wiedzę. Jedźmy już, bo się spóźnię do pracy.
- Wyluzuj, przecież jesteś kapitalistą i z tego, co wiem, nie masz nad sobą szefa - mówiąc to, Mateusz zawiązywał sznurówki eleganckich pantofli, które idealnie pasowały do jego poprawkowego stroju.
- I tu się mylisz, młody człowieku. Twój brat, jak to ująłeś: kapitalista, ma wielu szefów. Mój klient, mój szef. Zapamiętaj to sobie, niebieski ptaku, i chodź już!
Zostawił Mateusza na szkolnym parkingu i zobowiązał do natychmiastowego informowania o wynikach egzaminu. Zdawał sobie sprawę, że najbezpieczniej byłoby, gdyby został i poczekał, aż to wszystko się skończy, ale musiał pędzić do pracy. Za dwa dni mijał termin oddania projektu ogromnego centrum handlowego i Przemek jak zwykle nie wytrzymywał presji czasu. Przyjaciel od rana zdążył już zadzwonić do niego kilkanaście razy. Z rozmysłem nie odbierał jego telefonów. Musiał znaleźć się w pracowni, żeby pomóc wspólnikowi w jego nie tylko architektonicznych rozterkach. Miał świadomość, że w pracowni czeka go huk roboty i nie będzie miał nawet chwili, żeby pomyśleć o Mateuszu. Projektując, odcinał się od rzeczywistości. Potrafił pracować godzinami. Ostatnio jego życie koncentrowało się wyłącznie na pracy. Pocieszał się, myśląc, że to taki etap. Jednak czuł niedosyt, regularnie podsycany przez mamę, która między wierszami dawała mu do zrozumienia, że latka lecą i należałoby się ustatkować. Nie lubił tego określenia, ponieważ ostatnio czuł się właśnie ustatkowany. I to nawet za bardzo. Po powrocie z urlopu zastał w pracowni tyle rozgrzebanych, czekających na niego spraw, że już prawie zapomniał o wakacyjnej beztrosce. To "prawie" oznaczało powracający do niego melancholijny obraz, który zapadł mu głęboko w pamięć... Dziewczyna, książka, leżak... Z wakacyjnego rozmarzenia wytrącił go odgłos dzwoniącego telefonu, który zabawnie podskakiwał na biurku. Zauważył, że to Mateusz, szybko odebrał.
- Jak tam? - zapytał zdenerwowany.
- No, brat, możesz być ze mnie dumny, jestem w maturalnej klasie. - Ton Mateusza odzwierciedlał jego ogromną skłonność do nadmiernego luzowania wszystkiego i wszystkich.
- Dzwoniłeś do mamy? - zapytał od razu, bo powodu do gratulacji chyba raczej nie było.
- Jakże by inaczej. Tak się z ojcem ucieszyli, że niestety przyjadą już jutro. A ja, biedny, myślałem jeszcze o jakimś kilkudniowym melanżu, no ale niestety pojawił się problem z wolną chatą.
- A po co ci wolna chata, maluchu? - zakpił z brata, ten jednak odbił piłeczkę nadspodziewanie szybko, na domiar złego celnie.
- Posłuchaj mnie teraz uważnie, tybetański mnichu. To, że ty nie korzystasz z uroków życia, nie oznacza, że ja też tak mam.
- Nie rozumiem, co masz na myśli - udawał, ciesząc się w duchu, że akcja poprawka zakończyła się sukcesem.
- Babki mam na myśli, bracie. Babki! - powtórzył głośniej Mateusz. - I to takie, co to z piaskownicą nie mają nic wspólnego, chociaż są miejscami interesująco zaokrąglone, w dodatku miękkie.
- Myślę, Matek - z rozmysłem użył zdrobnienia, którego Mateusz nie znosił - że chyba powinienem poprosić rodziców, żeby wrócili już dziś, bo z jednych kłopotów jakimś cudem się wykaraskałeś, a już masz ochotę na następne.
- Musisz wiedzieć, brat, że wszystko można, co nie można, byle z wolna i ostrożna.
- Erudyta za dychę! - parsknął rozbawiony. - Muszę kończyć, bo wiesz, niektórzy muszą pracować.
- To siema, pracusiu! - przerwał mu Mateusz, jednocześnie cmokając.
- Też cię żegnam! - odparł i pomyślał, że charakterologicznie miał ze swoim bratem bardzo mało wspólnego.
Czasami zazdrościł Mateuszowi luzu. Sam traktował wszystko w swoim życiu nad wyraz poważnie i rzadko pozwalał sobie na szaleństwa, które dla Mateusza były chlebem powszednim. Pomyślał, że do szaleństwa to chciałby się zakochać. Był ciekaw, co by wtedy robił. Szybko zganił się w myślach za dekoncentrację i powrócił do swojej zdecydowanie koncepcyjnej pracy, która z szaleństwem miała tyle wspólnego, że była szalenie pilna.
Siedziała na ławce przed szkołą. Była wykończona. Nie miała już na nic siły. Nieprzespana noc dawała o sobie znać. Kilka minut po pierwszej w nocy zatelefonowała Dominika, żeby zdać jej relację z randki. Jak się okazało, relację bardzo obszerną. Dominika była rozanielona. Z jej opowieści wyłaniał się Super-Przemek. Zabawny, ale chwilami poważny. Rozmarzony, ale twardo stąpający po ziemi. Erotyzujący, ale szalenie delikatny. Inteligentny, ale bardzo prostolinijny. Jednym słowem: Super-Przemo. Dominika wpadła jak śliwka w kompot. Na nic się zdały protesty, prośby i argumentacja, że jest środek nocy. Na nic przemawianie do wyobraźni, że rano musi się grzecznie zameldować w szkole. Była zmuszona wysłuchać prawie półtoragodzinnej opowieści pochwalnej, jaki to On, oczywiście przez duże O, jest och i ach. Gdy skończyły rozmawiać, a raczej gdy skończyła słuchać Dominiki, jej sen znajdował się gdzieś na antypodach. Nie mogła zasnąć. Do rana męczyła się w łóżku. Nie pomagał nawet szum muszli, a bzyczący nad jej głową komar irytował koszmarnie.
Poranek przywitała z ogromnym zmęczeniem, ale z wielką ulgą. Przez egzaminy poprawkowe przebrnęła nadspodziewanie dobrze. Teraz czuła się trochę jak emerytowany worek treningowy, ale nawet to nie przyćmiewało jej dobrego humoru. Wszystkie poprawki przyniosły oczekiwane rezultaty. Szczególnie zadowolona była z wyników Starskiego. Jego odpowiedzi jednoznacznie wskazywały na wakacyjne zaangażowanie w literaturę przedmiotu. O to jej właśnie chodziło, gdy oceniła na jedynkę jego całoroczną pracę na lekcjach. Chciała, żeby zaczął pracować naprawdę, a nie niezmiennie brylował dzięki inteligencji i błyskotliwości, których - musiała przyznać - chłopakowi nie brakowało. Gdy wyszedł z egzaminu, natychmiast otoczył go wianuszek roześmianych, roznegliżowanych i opalonych koleżanek. Mogła to zrozumieć. Mateusz Starski należał do bardzo urodziwej części płci brzydkiej. Na pożegnanie powiedział do niej z charakterystyczną dla niego nonszalancją w głosie, że może być pewna, iż w maturalnej klasie nie da jej się przyłapać na nieprzeczytanej lekturze i nienapisanej pracy domowej. Odrzekła, że bardzo ją cieszy taka odważna deklaracja i że jeżeli dotrzyma słowa, to ona będzie wniebowzięta, po czym podała mu rękę w gratulacyjnym geście. Dałaby głowę, że po tym, co zrobiła, popatrzył na nią z sympatią. Pierwszy raz od czasu gdy się poznali. Takie małe pedagogiczne zwycięstwa bardzo ją cieszyły. Była pewna, że nie tylko przynosiły efekt edukacyjny, ale przenosiły się na życiowe doświadczenia uczniów. To było w jej pracy najcenniejsze i miało wartość niemierzalną. W życiu przywiązywała ogromną wagę do wartości. Lubiła żyć w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Uwielbiała kłaść się wieczorem do łóżka ze świadomością, że nie zmarnowała dnia, że czas nie przepłynął jej między palcami. To chyba głównie dzięki tej cesze radziła sobie z codziennością, regularnie zacienianą traumatycznymi przeżyciami sprzed roku.
- Witam szanowną koleżankę!
Jej zawodowo-życiowe dywagacje zostały nagle przerwane przez dyrektora szkoły, który odkąd podjęła pracę, obdarzał ją maślanymi spojrzeniami, zupełnie nie odczytując wysyłanych przez nią sygnałów, proszących o przeniesienie uwagi na inny obiekt.
- O! Pan dyrektor. - Nawet nie musiała udawać zaskoczenia. - Już po pracy?
- Tak, pani Haniu, na dziś koniec, ale za to jutro czeka nas długi dzień. Będziemy radzić nad nowym rokiem.
- Trudno o tym zapomnieć - stwierdziła z przekąsem.
- Pani Haniu, a może dałaby się pani namówić na małą kawkę?
Dyrektor jak zwykle próbował uśmiechnąć się zniewalająco. Niestety, bez powodzenia.
- Przykro mi, panie dyrektorze - odparła szybko - ale muszę odmówić, ponieważ za chwilę mam wizytę u lekarza. - Ostentacyjnie zerknęła na zegarek, uciekając przed męskim spojrzeniem.
- Proszę mnie nie martwić, pani Haniu. Czyżby coś pani dolegało?
Troska w dyrektorskim głosie wywoływała nieprzyjemne mrowienie na jej plecach.
- Ależ skąd. Czeka mnie rutynowa kontrola u stomatologa.
Wymyślona na poczekaniu odpowiedź nie mijała się bardzo z prawdą. Obiecała Dominice, że zje z nią obiad. Zatem musiała za chwilę zdążać na spotkanie z, jakby nie było, dentystką w celu kolejnego wysłuchania porandkowej spowiedzi.
- Czyli kawa musi poczekać - inteligentnie wywnioskował dyrektor.
- Niestety - przyznała z udawaną przykrością. "Na szczęście", pomyślała i udając pośpiech, dodała: - Ale się zasiedziałam. Sierpniowe słońce jest cudowne. Muszę już uciekać. Do zobaczenia jutro, panie dyrektorze, do widzenia. - Odwróciła się na pięcie i już jej nie było.
Jadąc na spotkanie z Dominiką, zastanawiała się, czy jeszcze kiedykolwiek będzie w stanie umówić się z mężczyzną na niezobowiązującą kawę. Pan dyrektor oczywiście nie wchodził w grę. Ani teraz, ani za kilka lat.
"Umówię się, na pewno. Jak będę stara i pomarszczona. Tylko kto się wtedy będzie chciał ze mną umówić?", pomyślała, słuchając w radiu piosenki, której wykonawcy w refrenie nakazywali, żeby dbać o miłość, aby jej nie stracić. Rzeczywistość była taka, że nie miała o co dbać. Zagapiła się na światłach i kierowca w samochodzie za nią nerwowo zatrąbił. Miała go w nosie, dlatego ruszyła spokojnie, dostojnie, dziesięć kilometrów na godzinę. Mama przecież zawsze powtarzała, że pośpiech jest nieelegancki. Miała rację. Mama zawsze miała rację. Bardzo za nią tęskniła. Bardzo...
* To motto i wszystkie następne są cytatami z Romea i Julii w przekładzieJózefa Paszkowskiego.
Rozpacz nie leczy rozpaczy.
Spotkały się w małej restauracyjce nieopodal gabinetu, w którym Dominika przyjmowała pacjentów. Jak zwykle przyszła spóźniona, za to w doskonałym nastroju. Obserwowała siostrę, gdy ta podchodziła do stolika, przy którym grzecznie i cierpliwie czekała. Widziała szczęście goszczące w oczach Dominiki.
- Biorąc pod uwagę twój doskonały humor, nie będę ci go chyba psuć miauczeniem na temat dwudziestominutowego spóźnienia - zaczęła od uwagi, jednak Dominika, jakby jej nie słysząc, wyszeptała do niej konspiracyjnie:
- Hanka, a słyszałaś...?
- Co? - zapytała z zaciekawieniem, też szeptem.
- Że szczęśliwi czasu nie liczą! - mówiąc to, Dominika pociągnęła ją figlarnie za czubek nosa.
- Ach tak. To cieszę się, że w ogóle przyszłaś. A tak na marginesie, to wiedz, że ja liczę czas bardzo dokładnie. W związku z tym może lepiej będzie, jak to ty dziś będziesz mówiła.
- Jest boski! - natychmiast rozanieliła się Dominika. Przymknęła oczy i powtarzała jak mantrę: - Boski, boski, boski.
- Lepiej Boga do tego nie mieszaj i wyduś z siebie coś więcej. - Chcąc sprawić Dominice przyjemność, okazywała ogromne zainteresowanie.
- Rozmawiało nam się doskonale, jakbyśmy się znali od zawsze. Fajnie na mnie patrzył. Ma piękne oczy, jakieś takie szarozielone. Bardziej ciemne niż jasne, takie śmiejące. Nawet trochę podobne do twoich, ale dużo ładniejsze.
- A moje co? Brzydkie? - żachnęła się.
- Nie czepiaj się. Po pierwsze, twoje są dużo jaśniejsze. Po drugie, ostatnio bez wyrazu. Nie ma o czym gadać, a poza tym nie umiesz tak popatrzeć jak on.
- Może to i lepiej... Jak był ubrany?
- Cudnie! Bosko! Modnie! Żurnalowo! - Zachwyt Dominiki był bardzo autentyczny. - Miał lniany jasny garnitur, buty z jasnej skóry. Mówię ci, Miami Vice, tylko przystojniejszy od tych gliniarzy z serialu i znacznie seksowniejszy.
Od dawna nie widziała Dominiki w takim uniesieniu, choć skłonność do uniesień pasowała do niej jak nać do marchewki.
- Rozmawiałaś z nim czy tylko do niego wzdychałaś?
Do stolika podszedł kelner, przerywając rozmowę. Dominika, nie czekając ani na jego ewentualne sugestie, ani na kartę dań, ekspresowo zamówiła dwie zapiekanki wegetariańskie i coś do picia. Dosłownie poprosiła kelnera, który nie zdążył nawet otworzyć ust, o "coś do picia".
- A może ja nie mam ochoty na zapiekankę, i to w dodatku wegetariańską? - pozwoliła sobie zauważyć.
- Ja płacę, ja wybieram! - Dominika jak zwykle była niepoprawna. - Poza tym chyba nie przyszłaś tu jeść! - Popatrzyła na nią z wyrzutem.
- W zasadzie to zjeść też... - przyznała się.
- To zaraz będziesz jadła! - przerwała jej nerwowo Dominika. - Na czym to skończyłyśmy, bo nie pamiętam?
- Nie pojmuję, jak mogłaś zapomnieć o boskim Przemo? - mówiąc to, zrobiła zdegustowaną minę.
- Dobra, już dobra! Posłuchaj! Gadaliśmy o wszystkim... - Dominika wciąż wzdychała.
- Czyli o niczym? - Celowo ją irytowała.
- Wiesz co?
- Co?
- Jesteś wredna! - skwitowała Dominika
- Ja wredna? - zdziwiła się. - A kto wysłuchał prawie całonocnej spowiedzi na temat twojego Super-Przemka? I po co? Żeby usłyszeć coś takiego? Jeżeli ja jestem wredna, to ty jesteś niewdzięcznicą. - Udawała urażoną.
- Dobra, dobra! Nie musisz się od razu tak gorączkować. A może ty mi po prostu zazdrościsz? - Dominika spojrzała podejrzliwie.
- Chyba trochę tak. - Starała się zachować powagę. - Tak szczerze, to uważam, że boski Przemek powinien być mój.
- Zapomnij!!! - zagrzmiała Dominika tak głośno, że para przy stoliku obok zwróciła na nie uwagę. - Swojego boskiego to musisz znaleźć sobie sama! - dodała na szczęście znacznie ciszej.
- Widzisz, Dominisiu - celowo zwracała się do siostry jak do dziecka - na tym chyba polega mój największy problem, że ja nie potrafię szukać. - Rozłożyła bezradnie dłonie.
- Nie! To nie tak! Akurat ty wszystko potrafisz. Nie szukasz, bo nie chcesz. Tkwisz wciąż w starej historii. A to do niczego nie prowadzi.
- Dominika, proszę cię, przestań! - szepnęła, w jednej chwili zebrało się jej na płacz. - To nie jest stara historia, to moje życie - dodała jeszcze ciszej.
- Dobra, dobra... - wycofała się z ostrego tonu Dominika. - Masz szczęście, że miłość ma doskonały sposób na opornych i leniwych - dodała przymilnie.
- Jaki? - zapytała po chwili, której potrzebowała, by odzyskać względny spokój.
- Sama ich znajduje. Dziękuję. - Dominika podniosła wzrok na kelnera, który w tym momencie przyniósł dwie smakowicie wyglądające zapiekanki i wodę z cytryną w ramach czegoś do picia. - Nie przyglądaj się, tylko jedz! - przyjaciółka uwielbiała jej rozkazywać.
- Wiesz, Dominisiu - odezwała się cicho - nie chciałabym, żebyś odniosła wrażenie, że przyszłam na spotkanie z tobą tylko po to, żeby się najeść. - Chyba wszystko wróciło do normy, skoro przemycała żart.
- Uwielbiam cię, wiesz?
To nagłe wyznanie trochę ją zaskoczyło, ale właśnie takich słów teraz potrzebowała.
- Wiem. Ja ciebie też uwielbiam, dlatego jestem przerażona tym, że będę musiała się tobą z kimś dzielić. Możesz nie mieć już dla mnie czasu - z rozmysłem udawała zmartwioną.
- O to możesz być spokojna! Mimo że w sobotę wieczorem nie spotkamy się jak zwykle w naszym dyskusyjnym klubie filmowym.
- Widzisz? Mówiłam! Koniec przyjaźni.
- Nie koniec przyjaźni, tylko randka!
- To już druga! - zaczęła odliczanie. - A dokąd idziecie tym razem?
- Zaczynamy u niego w pracowni, a później niespodzianka! - krzyknęła Dominika, kolejny raz mając w nosie, że wokół byli obcy ludzie.
- Tylko błagam cię, bądź rozsądna. Kuba Rozpruwacz z pewnością też był seksowny i ujmujący.
- Puknij się! Możesz być spokojna. Wiem, że muszę trzymać fason. Lepiej mu na coś pozwolić, czy może powodzić go trochę za nos?
Dominika najwyraźniej oczekiwała pomocy w opracowaniu randkowej strategii.
- A którą wersję wolałabyś wybrać? - zapytała z uśmiechem, wiedząc doskonale, co Dominice chodzi po głowie.
- Oczywiście, że pozwolić szybko i na wszystko.
Nie myliła się.
- To może dla własnego zdrowia psychicznego powinnaś go chociaż trochę powodzić za nos. Obiło mi się kiedyś o uszy, że mężczyźni lubią gonić króliczka.
- Będę go wodzić nie za nos, tylko na pokuszenie! - to mówiąc, Dominika sugestywnie zaglądnęła sobie w całkiem odważny dekolt. - Chciałabym bardzo, żeby się na mnie skusił.
- Pamiętaj tylko, że im bardziej teraz będzie się musiał wysilić, tym lepiej sprawdzi się w życiu ogólnie. Tak mi się przynajmniej wydaje. - Martwiła się o Dominikę i miała nadzieję, że przyjaciółka nie będzie musiała przeżywać kolejnego miłosnego rozczarowania.
- Wiem, wiem. Moja ty pani wszystkowiedząca o wielkim doświadczeniu.
- Tak naprawdę nie powinnam się chyba wypowiadać, ponieważ ostatnio w materii, o której teraz myślisz, nic nie przeżywam. Nic nie myślę. Nic nie wspominam. Po prostu jedno wielkie nic.
- A chciałabyś coś zmienić? - Dominika nie zdawała sobie sprawy z tego, że zadała jej najtrudniejsze z możliwych pytań.
- Zaczynam oswajać się z myślą, że mogę tak jeszcze długo. Nawet do starości - odpowiedziała spokojnie, z głębokim szacunkiem wobec własnego losu i przeznaczenia.
- Na to jesteś za ładna, za mądra, za zgrabna i w ogóle zazazazazaza. Taka dziewczyna jak ty nie może się zmarnować!
- Ale ja nie uważam, że się marnuję. Mam swoją misję życiową...
Nie zdążyła niestety o niej opowiedzieć, bo Dominika zdecydowanie jej przerwała.
- Sraty! Pierdaty! Przestań głupoty gadać! Nie możesz tak ani mówić, ani myśleć. Minął już ponad rok... - Dominika zawsze była odważna, ale mimo to nie umiała dokończyć rozpoczętego zdania. Chrząknęła tylko i mówiła dalej: - Wiem, że to mało czasu, ale jeżeli nie spróbujesz jeszcze raz, to będziesz w tym tkwiła długo. Za długo! Hanka! Chryste Panie! Przecież ty jesteś taka mądra! Wiesz dobrze, że niczego tak w życiu nie potrzebujemy jak miłości! No, może jeszcze tlenu. Zaręczam ci, wiem, co mówię. Więc nie opowiadaj mi tu dyrdymałów, że wszystko jest w porządku, bo nie jest. Masz pecha, nie jestem ślepa i widzę, co się dzieje. Żyjesz z dnia na dzień, o przepraszam, udajesz, że żyjesz. Boisz się iść do przodu. Boisz się nawet pomyśleć, jak mogłoby być. To, że raz wszystko się spieprzyło, nie znaczy, że tak będzie już zawsze. Teraz może być już tylko lepiej. Musisz tylko zacząć myśleć, że będzie lepiej, że wszystko się jakoś ułoży. Przecież sama zawsze mi powtarzasz, że nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Więc chyba czujesz, że w tej trudnej, brudnej i ohydnej już byłaś. Teraz czeka cię, musi na ciebie czekać, relaksująca kąpiel w ciepłej i czystej wodzie z boskimi bąbelkami. No i co się tak na mnie gapisz? Słyszysz? Ja też czasami potrafię powiedzieć ładnie i mądrze - Dominika przerwała swój wywód.
- Jestem w szoku... - przyznała cicho.
- Dlaczego?
- Bo mówisz o rzeczach, o których ja boję się nawet myśleć.
- Przecież wiem. Dlatego bądź przygotowana, będę ci o nich mówić zawsze. Możesz na mnie liczyć. W tej sprawie zawsze! Będę, przy każdej nadarzającej się okazji, tłukła do twojej pięknej główki sceny z twojego dalszego życia. Nie tylko szkółka, sprawdzianiki, kolacyjki, zupy i zakupy. Kobieto! Ty musisz żyć! Musisz się całować, kochać. Musisz o kimś myśleć. Ktoś musi siedzieć w twojej głowie! Ktoś żywy!
Ostatnie dwa słowa Dominiki, wypowiedziane podniesionym głosem, sprawiły, że argumenty, które przygotowała naprędce w ramach samoobrony, straciły nagle sens. Nie mogła ich już użyć.
- Chciałabym tylko przypomnieć, że spotkałyśmy się, żeby mówić o tobie.
Utopiła wzrok w ciągle pełnym talerzu. Nie była w stanie niczego przełknąć. Talerz Dominiki był prawie pusty, ale zajęte pochłanianiem zapiekanki usta niestety nie przestawały mówić.
- Nie zmieniaj tematu! Poza tym chcę, żebyś wiedziała, że mi też często trudno uwierzyć, że nie każdy facet jest takim skończonym dupkiem jak mój ojciec. Muszę znaleźć kogoś porządnego. Rozumiesz? Muszę! Inaczej sfiksuję i będę już do końca życia dziewczynką chowającą się za tapczanem, bo wrócił naprany tatuś, i to nie w humorze. Czasami myślę, że z nas dwóch to mimo wszystko ty jesteś szczęściarą - mówiąc to, Dominika spoglądała na nią wilgotnymi oczami.
- Chyba nie powinnyśmy się teraz licytować, którą z nas bardziej poharatało życie - powiedziała mocno poruszona słowami Dominiki, którą uważała za osobę twardą i niezniszczalną. Może bezzasadnie...
- Prawda jest taka - głos Dominiki znów był normalny - że obie dostałyśmy porządnie po dupie, tylko każda w inny sposób. Ty dostałaś raz, a dobrze. Siniaki masz do dziś. Ja dostawałam regularnie. Może trochę słabiej niż ty, ale regularnie. Z bliznami. Tylko czymś się różnimy. Wiesz czym? - Spojrzała na Dominikę pytająco. - Wspomnieniami. - Dominika rzadko okazywała wzruszenie, ale teraz trząsł się jej głos. - Hanka, ty możesz przypominać sobie dobre czasy do woli. Masz kupę pięknych wspomnień i kładę głowę pod topór, że tylko nimi teraz żyjesz. A ja? Choćbym się nie wiem jak wysiliła, to matki nie pamiętam wcale, a o ojcu wolę nie myśleć. Przecież on... - Machnęła ręką. - Szkoda strzępić język. Rozumiesz? Taka jest między nami różnica. Maleńka. Gdybym cię nie poznała wtedy w szkole, to... Wolę nie myśleć. Ale się pojawiłaś i pomogłaś mi, chociaż byłaś młodsza. Okazałaś się bardziej przydatna w moim życiu niż matka i ojciec. Dlatego teraz krew mnie zalewa, bo widzę, jak udajesz, że żyjesz, a ja nie wiem, jak ci pomóc. Hanka, nie myśl sobie, że jestem większą twardzielką od ciebie. Nie jestem! Codziennie rano wyłażę zza mojego dziecięcego tapczanu, bo wiem, że chowanie się za nim nie ma sensu. Hanka, ty też tak musisz! Choćby się waliło i paliło, musisz wstać z tej pieprzonej podłogi w swojej sypialni, przestać wyć w marynarkę Mikołaja, bo jeśli tego w końcu nie zrobisz, to dostaniesz świra. Wtedy go nie dostałaś, ale teraz jesteś na dobrej drodze. Rozumiesz? Musisz to zrozumieć! Im szybciej, tym lepiej. Jeszcze obie będziemy bardzo szczęśliwe. Zobaczysz! I proszę cię, nie rycz. Tylko nie rycz! Ryczenie pomaga, ale chwilowo, i niczego nie zmienia.
Słuchała Dominiki i kiwała głową. Nie była w stanie wydusić z siebie choćby jednego słowa. Czuła, jak łzy nieprzerwanie nawadniają jej policzki. Trzymająca się za ręce zakochana para siedząca przy stoliku obok już od jakiegoś czasu dziwnie im się przyglądała.
- Wiem - szepnęła - muszę się uspokoić. Ludzie na nas patrzą.
- A kij im w oko! To akurat możemy mieć gdzieś! - Dominika, nic sobie nie robiąc z zaciekawionych spojrzeń, kontynuowała. - Musisz mi obiecać! Słyszysz, co mówię? Obiecaj, że zaczniesz czekać na coś dobrego. Tak jak ja czekam. Hanka, ja wciąż na coś czekam. Teraz na przykład na to, żeby Przemek nie okazał się kolejnym zapatrzonym w siebie popaprańcem. Żebym mogła liczyć na jakiegoś faceta i żebym wreszcie mogła przestać udawać strongmena, bo nim nie jestem i nie chcę być. Chcę, żeby ktoś się mną zaopiekował i mnie kochał. Czy to tak dużo? - zapytała głośno. Też była wytrącona z równowagi.
- Dużo, Dominika, to bardzo dużo - odpowiedziała po chwili, zdając sobie sprawę, że akurat dziś, teraz, ani trochę nie nadawała się na pocieszycielkę.
- O kurczę! - Dominika spojrzała na zegarek. - Zostało mi tylko pięć minut, więc obiecuj mi szybko!
- Co? - zapytała, robiąc wielkie oczy.
- I żeby nie było, że tylko ty obiecujesz, to ja też ci obiecuję, że postaram się niczego nie skwasić z Przemkiem, a jak to on da ciała, to będę upierdliwie szukać dalej porządnego faceta. Takiego na całe życie. A ty musisz mi obiecać, że wstaniesz z tej podłogi, otrzepiesz się i zaczniesz rozglądać się wokół siebie. Ja obiecuję! - powiedziała Dominika tonem składającego przysięgę.
- Ja też - usłyszała swoje słowa. - Tylko nie oczekuj, że już jutro umówię się z kimś na kolację - dodała asekuracyjnie.
- Spoko. Luz. Masz czas do końca roku. Może być? - zapytała konkretnie Dominika.
- Żartujesz?
- Nie! Nie żartuję! Masz czas do końca roku! To moje ostatnie słowo, a teraz muszę lecieć. Zapłacę przy barze. Jutro, po randce zadzwonię.
- Tylko nie w nocy - poprosiła. - Mam później kłopot z zaśnięciem.
- To kup sobie wibrator, zmęczy cię i spanko murowane. - Dominika już nad nią stała.
- Może ty mi kupisz? Na pewno masz kartę stałego klienta.
- Kupię ci, pod choinkę. Pa! - Poczuła cmoknięcie na policzku. - A! I nie pozwalam ci wstać od stołu, dopóki nie zjesz! Pa!
Tym razem usłyszała cmoknięcie nad drugim policzkiem. Odprowadzała Dominikę uśmiechniętym spojrzeniem. "Poleciała. Wyrąbała mi prawdę w oczy i poleciała", pomyślała i w tej samej chwili do stolika podszedł kelner.
- Nie smakowało pani? - zapytał zdziwiony.
- Ależ smakowało - odparła zmieszana. - Tylko byłam tak zajęta rozmową, że nie zauważyłam nawet, kiedy wystygło.
- To może ja podgrzeję? - zapytał bardzo uprzejmie.
- Jeśli to nie kłopot, to będę wdzięczna, zwłaszcza że obiecałam siostrze, że nie wstanę od stołu, dopóki nie zjem.
Wracając do domu, myślała o Dominice, która dała jej dziś do wiwatu, ale wyjątkowo siebie również nie oszczędziła. Wyższość Dominiki nad nią samą polegała na tym, że była ona świadoma własnych fobii i obaw, zdawała sobie doskonale sprawę z tego, co w jej życiu było najtrudniejsze, i wiecznie brała to na warsztat. Dominika nieustannie boksowała się z rzeczywistością, ale walka nie przeszkadzała jej w oczekiwaniu na miłość. Nie, Dominika nie czekała na miłość. Ona jej wytrwale szukała. Wytrwale i odważnie. Gdy tylko w jej życiu pojawiał się nowy facet, zawsze wnosił w nie zapowiedź czegoś pięknego i wartościowego. Czegoś, co w sprzyjających warunkach mogło rozwinąć się i nadać wszystkiemu nowy sens. Podziwiała Dominikę za to, że ta nie zadowalała się byle czym. Chorobliwie szukała miłości, ale nie udawała przed sobą, że ją znalazła, gdy coś jej nie pasowało. To dlatego wiedziała, że Dominika miała dziś rację. Rzeczywiście w jej obecnym życiu było coś sztucznego i nienaturalnego. Żyła w jakiejś szklanej bańce oddzielającej ją od rzeczywistości. Jednak na razie nie potrafiła żyć inaczej. Jeszcze nie teraz. Kiedyś była radosna, dużo się śmiała. Teraz nie potrafiła. Czuła, jakby mięśnie jej twarzy bezpowrotnie utraciły organiczną zdolność do szczerego, prawdziwego uśmiechu. Takiego, który zaczyna się w duszy, przebiega przez serce i nie tylko finiszuje na ustach, ale angażuje mięśnie całej twarzy. Mama powtarzała jej zawsze, że ma piękne i śmiejące się oczy. Zatem były czasy, kiedy jej usta nie musiały nic robić, bo oczy przejmowały ich obowiązki. Te czasy minęły bezpowrotnie. W szkole uśmiechała się do młodzieży, odwzajemniała uśmiechy. Jednak jej uśmiech nie pokonywał żadnej drogi. Był statyczny. Zaczynał się i kończył na ustach. Nie angażował ani duszy, ani serca. Wykonywała chwilowy grymas, odczuwając przy tym dziwne i nienaturalne napięcie mięśni. Odtwarzając w pamięci to, co dziś powiedziała Dominika, zaczęła, chyba podświadomie, zastanawiać się, czy chciałaby znów umieć szczerze się uśmiechać. Może nawet chciałaby, tylko nie mogła znaleźć wystarczającego powodu do radości. Widocznie wciąż musiała wykazywać się cierpliwością i chyba, jak sugerowała Dominika, wiarą w to, że kiedyś obudzi się w niej, dziś głęboko skrywana, tęsknota za kimś, kogo chciałaby obdarzyć uśmiechem mówiącym więcej niż jakiekolwiek słowa.
Siedziała na "swojej" ławeczce na cmentarzu, który ogarniała październikowa szarość. Zastanawiała się, kiedy minął wrzesień. Codzienność sprawiała, że traciła poczucie czasu. Wiatr wiał niemiłosiernie, zrywając z drzew jeszcze nie całkiem pożółkłe liście. Powietrze pachniało jesienią. Odczuwała wilgoć, chłód i nostalgiczną tęsknotę za latem, które w tym roku było wyjątkowo pogodne, prawie bezdeszczowe. Lubiła tu przesiadywać. Często bezmyślnie. Siedziała i wpatrywała się w mosiężne litery układające się w najważniejszą dla niej treść. Nigdy nie patrzyła na cyfry tworzące jej szczęśliwe i najnieszczęśliwsze liczby. Czuła się bardzo samotna. Z tamtego życia została jej pamięć, litery i cyfry. Siedziała i wpatrywała się w litery z bólem w sercu. Otuliła się szczelniej szalikiem. Zmarzła, a silny wiatr potęgował jeszcze uczucie chłodu. Wiedziała, że powinna już iść. Musiała sprawdzić na jutro czterdzieści kartkówek. Tkwiła tu od ponad godziny także po to, by odwlec najmniej interesujący moment swojej pracy. Jednak głównym powodem zastygnięcia w bezruchu na ławce była nieustanna i potworna samotność. Dni były coraz krótsze, a wieczory dłużyły się w nieskończoność. Spędzała je najczęściej tylko w swoim, niezbyt atrakcyjnym towarzystwie, ponieważ Dominika ostatnio sprawiedliwie dzieliła swój czas pomiędzy pracę i Przemka, który z dnia na dzień okazywał się coraz poważniejszym kandydatem do jej serca. Z opowiadań wyłaniał się bardzo sympatyczny mężczyzna, który w niczym nie przypominał pantofla udeptywanego przez Dominikę. Musiała przyznać, że była coraz bardziej ciekawa, jaki jest mężczyzna, który miał szansę na okiełznanie jej temperamentnej siostry. Do tej pory nie udało im się jednak spotkać. Zawsze pojawiała się jakaś przeszkoda.
Dwa dni temu Dominika bardzo sprawnie zaaranżowała wspólne wyjście do kina. Jednak nieopatrznie przyznała się, że ma iść z nimi najlepszy kumpel Przemka, dlatego nic z tego nie wyszło...
Nie była gotowa na takie spotkania i przeżycia. Nie chciała nikogo poznawać. Z tego powodu przeraziła się i natychmiast wycofała, niczym dotknięty palcem ślimak szukający schronienia w bezpiecznej muszli. Usprawiedliwiła się nadmiarem pracy. Dominika była niepocieszona. Misternie zaplanowana randka w ciemno nie doszła do skutku.
Poniekąd było jej przykro, że musiała odmówić, bo kochała dobre filmy. Jednak wolała oglądać je w zaciszu domowego salonu. Poza tym nigdy nie cierpiała na brak towarzystwa i nie chciała poszerzać wąskiego kręgu znajomych. Uwielbiała leżeć na kanapie i wpatrywać się w swoje ulubione filmy, które znała na pamięć. W jej salonie nikt nie jadł popcornu, nie mówił półgłosem. Nie było słychać dzwoniących telefonów. W domu umiała odpoczywać. Czuła się bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej. Kominek wysyłał ciepłe pomarańczowe światło, które w połączeniu z dobrym kinem było doskonałym sposobem na spędzanie piątkowych wieczorów. Te lubiła najbardziej. Zasiadała zwykle przed migającym kominkiem w poczuciu dobrze i efektywnie przepracowanego tygodnia. Świadomość sobotniego poranka rozpoczynającego się ciszą, a nie dźwiękiem budzika, napawała ją optymizmem. Czuła się wolna, a nawet pogodzona z życiem, które na ten właśnie moment ograniczało swoją zawrotną prędkość. Uwielbiała to uczucie, kiedy mogła nie myśleć o niczym osobistym, ponieważ całą swą uwagę skupiała na historii innych ludzi opowiadanej filmowymi kadrami.
Było coraz chłodniej i ciemniej. Czuła, że niska temperatura na czubku jej nosa i palcach nóg daje jej wyraźne znaki do odwrotu. Przeżegnała się. Kiedyś na pożegnanie zawsze machała ręką. Teraz ten dziecinny gest zamieniła na inny. Gest, który stanowił dla niej znak łączności, nie tylko z Bogiem, ale także z rodzicami. Niezwykły był jej stosunek do Boga po tym wszystkim, co się wydarzyło. Sama się dziwiła, że właśnie tak reagowała. Wiedziała, choćby z literatury, że gdy w życiu człowieka następuje przeżycie, którego nie jest on w stanie ogarnąć własnym rozumem, zwykle zaczyna dyskutować z Bogiem. Jak równy z równym. Trudno mu się wtedy ustrzec postaw roszczeniowych i bluźnierczych. W ciężkich do przeżycia chwilach, gdy nie da się już niczego cofnąć, to Bóg zostaje obarczony winą i odpowiedzialnością za wszystko. Za zło, które się wydarzyło. Ona zareagowała inaczej. Kurczowo chwyciła się myśli, że skoro w Niego wierzy, to wszystko, co się stało, nie jest ostatecznością. Uwierzyła, że to chwilowa rozłąka, że to stan przejściowy, że to właśnie taki boski, choć nie boski plan, o którym z głęboką wiarą opowiadała jej pani Irenka. Paradoksalnie, właśnie tu, przy grobie rodziców, chyba najwyraźniej czuła ich niczym nieprzerwaną obecność w swoim życiu. Niezachwianie wierzyła, że patrzą na nią z okien błękitno-niebieskiego apartamentu i wciąż tak po ludzku cieszą się, że ich odwiedza. Czuła nawet, że mama chciałaby zobaczyć ją z kimś siedzącym obok na cmentarnej ławce. Z pewnością byłaby spokojniejsza, gdyby wiedziała, że jej córka nie jest samotna i zaczyna na nowo układać sobie życie...
Może kiedyś rzeczywiście miała tu z kimś przyjść? Może kiedyś nawet miały tu przydreptać jej dzieci na swoich małych nóżkach? Tylko po to, żeby rodzice gdzieś tam, wysoko, skakali z radości, że zostali dziadkami. Może...
Świadomość istnienia Boga i wiara w Niego pozwalały jej myśleć o mamie i tacie jak o kimś, kto zawsze był i będzie, tylko przez bliżej nieokreślony czas nie było mowy o żadnym spotkaniu. Nawet krótkim. Jednak było ono optymistycznie nieuniknione. Ta myśl, to poczucie pozwalały jej żyć i mimo wszystko nie bać się przyszłości. I co najważniejsze, nie bać się życia.
Całą sobą czuła, że musi już iść, inaczej choróbsko było pewne, jak amen w pacierzu. Wstała z ławeczki. Kierując się szybkim krokiem w stronę parkingu, zauważała wielu ludzi, którzy z pewnością podobnie jak ona przychodzili tu nie tylko po to, żeby grabić liście, zapalać znicze ocieplające cmentarny chłód i zabijać czas naznaczony samotnością. I tęsknotą nie do opisania. Oni wszyscy przychodzili tu w ramach jedynego możliwego spotkania. Przychodzili pokazać Tym z góry, co słychać. U Nich na pewno było wszystko dobrze. Nie mogło być inaczej. A tu? Jak to na ziemi. Walka. Z codziennością, samotnością, wiatrem, nastrojami, bezsilnością... Życie... Czekanie... Bo przecież jest takie czekanie, które jest już spotkaniem...
Był przerażony tym, co ostatnio działo się w pracowni. Nigdy nie narzekali na brak zleceń. Jednak od miesiąca byli zawaleni robotą, którą sprawiedliwie rozdzielał między siebie i chłopaków z zespołu. Na Przemka nie miał co liczyć, bo ten wpadł, niestety bądź "stety", w szpony Amora. Pracy było tyle, że wszyscy musieli zabierać robotę do domu. Bardzo tego nie lubił. Zwłaszcza że odkąd mieszkał sam, zorientował się, że dom to perpetuum mobile. Gdy mieszkał z rodzicami, wszystko jakoś się kręciło, a on tylko pracował, jadł i spał. Odkąd wyprowadził się z rodzinnego domu, nie mógł zapanować nad bałaganem w swoim mieszkaniu. Musiał się prawie policyjnie pilnować, żeby na czas wyprać ubrania. W domu rodzinnym szuflada z czystą bielizną była zawsze pełna, a teraz niestety bardzo szybko traciła swoją zawartość. Podobnie było z lodówką, która zwykle świeciła marznącą pustką. Masakra! Na pewno tak skwitowałby ów stan jego braciszek. To pewne, za długo mieszkał z rodzicami, ale było mu z tym bardzo wygodnie. Od czasu gdy się wyprowadził, wszystko się zmieniło. Mama zaczęła postrzegać go jak gościa. Zawsze czekało na niego coś dobrego do jedzenia, gdy zapowiadał wizytę. W ogóle mama była niesamowita. Całe życie poświęciła swoim facetom. Zawsze tak o nich mówiła. O ojcu, o Mateuszu i o nim. Odkąd się urodził, nie pracowała zawodowo. Ojciec był notariuszem i bardzo dobrze zarabiał, ale też bardzo dużo pracował. Całymi dniami go nie było. Żeby dom normalnie funkcjonował, mama zrezygnowała z pracy i już nigdy do niej nie wróciła. Przed jego urodzeniem pracowała w przedszkolu. Bardzo lubiła dzieci, i to z wzajemnością. Pociechy wszystkich znajomych kochały ciocię Basię, a ona tylko wznosiła oczy do nieba i zamęczała go pytaniami o przyszłość. Chciała, żeby się ożenił, miał dzieci, bo temu i tamtemu się rodziły, i to jedno po drugim, a on nie miał nawet żony. W skrytości ducha też chciał tego, co miała już większość jego rówieśników. Łatwo pomyśleć, łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Po ostatnim uczuciowym niewypale długo nie mógł się pozbierać. Nie przestał wierzyć w miłość i w siłę rodziny, jednak po tym, co zafundowała mu Edyta, zraził się do kobiet. W dodatku od czasu wakacji żył w jakiejś trudnej do zrozumienia iluzji, którą niestety sam sobie fundował. Nie wiedział, dlaczego ją tworzy i o co chodziło w tym wszystkim, co czuł. Nie poznawał się. Zwykle był bardziej racjonalny, dość twardo stąpał po ziemi. Jednak coś się zmieniło. Nie wiedział co. Ostatnio wciąż przypominały mu się dawno zasłyszane słowa babci Malwiny. Był wtedy w liceum, w maturalnej klasie. Babcia była umierająca. Rak jelita grubego. Koszmar. Na dzień przed śmiercią powiedziała mu zdanie, które od sierpnia wciąż zajmowało jego myśli. Zapamiętał je bardzo dokładnie. Babcia była tak osłabiona, że ledwie mówiła, ale usłyszał wtedy od niej, że życie człowieka składa się z tysięcy epizodów. Jednak tylko jeden z nich jest naprawdę ważny i zmienia wszystko. Mądrość życiowa polega na tym, żeby go nie przeoczyć wśród całej reszty. W piątek wieczorem mu to powiedziała, a w sobotę rano umarła. Od powrotu z urlopu wciąż odtwarzał w pamięci jej słowa. Zadręczał się nimi. Zastanawiał się, czy to, co się wydarzyło, a raczej nie wydarzyło na wakacjach, mogło stać się tym jedynym epizodem, o którym mówiła babcia. Może jednak gdyby to miało być właśnie to jedno jedyne wydarzenie, to potrafiłby je jakoś wykorzystać. Niestety, nic takiego się nie stało. Nie udało mu się. Wciąż pamiętał, że ma w swoim aparacie szczególne zdjęcie, które zrobił, stojąc na wydmie. Nie obejrzał go ani razu. Bał się, że gdy to zrobi, poczuje, że coś z nim jest nie tak. Albo, co gorsza, popatrzy na nie i będzie miał poczucie straty.
- Co tak bezczynnie siedzisz? Ty nie rozmyślaj, tylko lepiej bierz się do aranżacji strychu dla Sobierajskiej, bo jak nie skończysz w terminie, to ta stara gotowa pourywać nam nasze klejnoty rodzinne.
Jego niezbyt zborne rozmyślania zostały drastycznie przerwane przez tryskającego dobrym humorem Przemka.
- Miło cię widzieć. - Widok przyjaciela rzeczywiście go ucieszył. - Chciałbym tylko nadmienić, że wszyscy robimy bokami. Nic więc dziwnego, że humor ci dopisuje. Interes się kręci, aż huczy, a ty od jakiegoś czasu też bawisz się w najlepsze.
- Zazdrościsz? - zapytał zadziornie Przemek.
- Przyznam, że wolałbym spędzać czas inaczej. Ale nie mogę się teraz zakochać, bo jeszcze puścimy firmę z torbami. Jeden zakochany wspólnik w zupełności wystarczy. A tak szczerze i z całym szacunkiem dla twoich uczuć to weź część roboty, co?
- A ile tego jest? - Przemek niestety nie okazał ani krzty entuzjazmu.
- Dużo! Weź chociaż jedno małe mieszkanie. Mamy takie trzy, i to na wczoraj.
- OK. Wezmę. Może znajdę chwilę i nie myśl, że nic nie robię. Projekt tego pokopanego bliźniaka mam już prawie skończony. A ty na jakim jesteś etapie?
- Każdy z chłopaków ma po dwie roboty. Ja właśnie kończę domek dla gości w ogrodzie "państwa nadzianych". Nie chwaląc się, wyszedł ekstra, więc jest szansa, że łykną go bez uwag i przyprowadzą następnych klientów. Do jutra muszę też skończyć aranżację sklepu z krzesłami, a trzy projekty na następny tydzień leżą nawet nie ruszone. Myślę, że czeka mnie pracowity weekend. Dziś mamy środę, nie ma szans, żebym to wszystko skończył do piątku. A ty? Co jesteś taki uśmiechnięty? Cieszysz się, że praca wre, czy masz może jeszcze jakiś powód do radości ubrany w spódniczkę?
- A jak myślisz? - Przemek uwielbiał być zagadkowy.
- Lepiej nie uruchamiaj mojej wyobraźni, bo jeszcze się zagalopuję i co wtedy?
- Powiem ci tylko tyle, że jest dobrze. Jest trochę zakręcona, ale na tym polega jej urok. Super nam się rozmawia, bo jest bezpośrednia i niczego nie udaje. Jest dentystką i w białym kitlu wygląda tak, że staje nie tylko mózg. A jeżeli chodzi o ciebie, to chwaliła mi się, że ma fajną siostrę.
- Daj spokój! Przecież wiesz, że nie lubię takich numerów, to po pierwsze, a po drugie - zamyślił się - raczej nie ma o czym gadać.
- Czyżbyś miał kogoś na oku? - zainteresował się od razu Przemek.
- Ty mnie nie przesłuchuj, tylko lepiej weź się do roboty.
- Nic z tego - zaśmiał się Przemek. - Dziś wieczorem spotykamy się u niej, więc sam rozumiesz. Żadna praca koncepcyjna nie wchodzi w grę. Jeżeli już, to antykoncepcyjna. - Szelmowski uśmiech Przemka wiele tłumaczył.
- Spadaj lepiej. Któryś z nas musi pracować i dawać reszcie dobry przykład. - Spojrzał znacząco na przyjaciela, który nic sobie nie robiąc z jego spojrzeń, odwrócił się na pięcie i pognał ku przygodzie z damą w białym kitlu.
Jemu została jedynie żmudna praca polegająca między innymi na wgapianiu się w monitor, na którym widoczna była skomplikowana plątanina linii prostych, krzywych, cyferek i numerków. Bardzo lubił takie widoki, ale ostatnio czuł się przepracowany. Taki los. Do świąt musieli jakoś wytrzymać. Był pewien, że w połowie grudnia się uspokoi. Ludzie zajmą się czymś zgoła innym niż budowanie, urządzanie, a przede wszystkim marudzenie. Zaczną szukać bombek, choinek, prezentów i może dadzą mu w końcu chwilę spokoju!
Od ponad dwóch godzin siedział przy biurku prawie nieruchomo. Ślęczał nad wyjątkowo trudnym projektem. W pewnym momencie poczuł się tak zmęczony, że tylko kawa mogła go uchronić przed przedwczesnym zejściem z tego świata. Wstał, przeciągnął się, po czym prostując zdrętwiałe od siedzenia w jednej pozycji plecy, skierował się do kuchni. Nastawił wodę na kawę i odruchowo sięgnął po komórkę, którą zwykł zostawiać gdzie popadnie. Spojrzał na wyświetlacz informujący go o czterech nieodebranych połączeniach od ojca. Zaniepokoił się, ojciec rzadko do niego dzwonił. Wybrał jego numer. Ojciec odebrał natychmiast.
- Co się z tobą dzieje? Dlaczego nie odbierasz? - słyszał podenerwowanie w jego głosie.
- Dzień dobry, tato. Co się stało? Wszystko dobrze? - Teraz to on pytał zaniepokojony.
- Nic nie jest dobrze! - gorączkował się ojciec. - Musisz mi pomóc! Właśnie zaczyna się zebranie rodziców w szkole Mateusza. Obiecałem mamie, że na nie pójdę, a po nim porozmawiam z nauczycielką od polskiego. Wiesz, że to nie na matki nerwy! Ale to ty musisz tam pojechać, i to natychmiast! - Ojciec nie prosił, tylko rozkazywał.
- A dlaczego ty nie pojedziesz? - zapytał wprost.
- Nie mogę! Jestem uziemiony w kancelarii. Czekam na klientkę, która od godziny krąży nad Okęciem, bo jakiś idiota wylądował szybowcem na pasie startowym i musieli wstrzymać ruch. Jakimś cudem udało mi się tam dodzwonić i dowiedziałem się, że to potrwa jeszcze trochę. Muszę tu na nią czekać, bo przyjechała specjalnie do mnie i za kilka godzin musi wracać do Amsterdamu.
- Tato, ale ja mam pilną robotę... - chciał się wymigać.
- Synu, zrozum - ojciec w końcu użył proszącego tonu. - Tak rzadko cię o coś proszę - mówił coraz szybciej. - Jeżeli nie chcesz tego zrobić dla mnie, zrób to dla mamy.
"Tu mnie masz", pomyślał i od razu powiedział:
- W porządku, już jadę. Jak będzie po wszystkim, to dam ci znać co i jak.
- Dzięki - usłyszał ulgę w głosie ojca i się rozłączył.
Zerknął na kubek z kawą, którą przygotował w międzyczasie. Upił spory łyk i wstawił prawie pełen kubek do zlewu. Ubierając się, poinformował Sylwię, że wychodzi i nie wie, kiedy wróci. Był wściekły i zmęczony, choć prawda była taka, że rodzice ostatnio bardzo rzadko prosili go o cokolwiek. Przyszedł czas, żeby się wykazać.
Każda trasa w mieście o tej porze wyglądała tak samo. Samochód na samochodzie. W normalnych warunkach jazda do ogólniaka Mateusza zajęłaby mu jakieś dwadzieścia minut, może nawet mniej. Ale w tym mieście normalne warunki na drodze się nie zdarzały. Właśnie parkował w pobliżu szkoły po dokładnie pięćdziesięciu minutach walki z ulicznym korkiem. Był wściekły. Bał się spojrzeć na zegarek, bo wiedział, że dochodzi dziewiętnasta. Zebranie na pewno już się skończyło, ale babkę od polskiego, przy odrobinie szczęścia, mógł jeszcze zastać. Wpadł do szkoły. Na portierni niczego, poza tym, gdzie jest pokój nauczycielski, się nie dowiedział. Wielkimi krokami przemierzył schody, usiłując przypomnieć sobie nazwisko nauczycielki Mateusza. Nic, czarna dziura, nie pamiętał. Drzwi pokoju nauczycielskiego były otwarte. Wszedł do niego, nie zwracając niczyjej uwagi. Atmosfera wskazywała na koniec zebraniowego zamieszania. Pojedynczy rodzice rozmawiali z nauczycielami. Zauważył przystojnego krawaciarza przy tablicy, na której był wywieszony ogromny plan lekcji. Podszedł do niego.
- Przepraszam bardzo, czy wie pan może, jak nazywa się polonistka ucząca klasę trzecią b?
- Chwileczkę - powiedział tamten, szukając czegoś na planie. - Pani profesor Lerska - mówiąc to, rozglądał się po olbrzymim pokoju nauczycielskim. - Nie widzę jej tutaj, więc albo już wyszła, albo przyjmuje rodziców w sali czterysta dwa. Piętro wyżej, drugie drzwi na lewo.
Podziękował szybko i goniąc po schodach, myślał, że chyba źle ocenił krawaciarza, bo ten okazał się pomocny, konkretny i chyba nawet trochę sympatyczny. Zganił się w duchu za sklerozę. Gdy usłyszał nazwisko podane przez krawaciarza, od razu przypomniała mu się Mateuszowa Pindalerska. Pod wskazaną salą niestety nie było nikogo. "Pięknie!", pomyślał, czując, że się spóźnił i w związku z tym ojcu groziły ciche dni, z którymi radził sobie dużo gorzej niż dostojnie milcząca mama. Postanowił się nie poddawać i delikatnie zapukał. Odczekał krótką chwilę. Nic, cisza. Ponowił próbę, tylko że teraz jego pukanie było słyszalne wyraźnie, i to chyba w całym pustym korytarzu. Niestety, znów odpowiedziała mu głucha cisza. Nacisnął klamkę i ku jego radości drzwi się otworzyły. Wszedł do przestronnej i ładnej klasy. Panował tu ład i porządek, wszystko było na swoim miejscu. Opasłe tomiska poniszczonych, co prawda, słowników stały na baczność w przeszklonych witrynach. Ze ścian zerkali na niego poeci i pisarze uwięzieni w czarno-białych ni to portretach, ni fotografiach. Niektórych poznawał. Mickiewicz, Słowacki, Dąbrowska, kojarząca mu się z Barbarą i Bogumiłem, ulubionymi literackimi i serialowymi bohaterami mamy. Na parapetach stały różnych rozmiarów kaktusy. Niektóre nawet kwitły. Na biurku nauczycielki piętrzyły się zeszyty uczniów. Chyba do sprawdzenia. "Pięknie!", pomyślał drugi raz i poczuł się uwięziony w szkolnym potrzasku.
- Dzień dobry?! - niezbyt głośno zagadnął do otwartych drzwi prowadzących najprawdopodobniej na zaplecze tej imponującej sali.
- Dzień dobry - odpowiedział mu bardzo miły i młody głos.
Zdziwił się. Nie takiego się spodziewał.
- Proszę sobie usiąść i chwileczkę zaczekać. Już do pana przychodzę...
Zastanawiał się, jakim cudem starsza kobieta mogła mieć tak młody głos.
Nie skorzystał z zaproszenia i wciąż stał, wgapiając się w tablicę. Cieszył się, że mimo wszystko zdążył i tym samym uratował ojcu skórę. Usłyszał kroki, przeniósł wzrok na otwarte drzwi i... przeżył szok. Ze stosem zeszytów pojawiła się w nich... jego dziewczyna z plaży. Nie mógł w to uwierzyć. Momentalnie zaschło mu w ustach, chyba dlatego zaniemówił. Stała przed nim dziewczyna, którą zapamiętał zaczytaną i spędzającą samotne dni na plaży. Nie była starzejącą się i pachnącą formaliną, zramolałą Pindalerską, tylko dziewczyną, której zdjęcie wciąż tkwiło w jego aparacie. Patrzył na nią i nie mógł uwierzyć w to, że ją widzi. Nie przypuszczał, naprawdę nie przypuszczał, że jeszcze kiedyś ją zobaczy.
- Dzień dobry, a raczej dobry wieczór. Dobrze się pan czuje? - zapytała z miłym uśmiechem.
Było jej z nim bardzo do twarzy. Na plaży zawsze była smutna.
- Dobry wieczór. Tak, tak, wszystko dobrze. Tylko bardzo się spieszyłem. Bałem się, że nie zdążę. - Nie potrafił przy niej sklecić jednego sensownego zdania.
- Biorąc pod uwagę pana wiek, zastanawiam się, czy to możliwe, żebym uczyła pana dziecko? - zapytała, patrząc na niego oczami w kolorze gryczanego miodu, które miały prawie identyczną barwę jak włosy upięte z tyłu głowy w coś na kształt koka.
- Ma pani rację. Przychodzę w zastępstwie taty.
"Nie rób z siebie idioty! To polonistka, mów ładnie!", ganił się w myślach.
- A jak się pan nazywa? - musiała zauważyć jego paraliż i widocznie postanowiła ułatwić mu zadanie.
- A tak, przepraszam... - znów się miotał. - Nazywam się Starski. Jestem starszym bratem Mateusza Starskiego.
- Bardzo mi miło. Hanna Lerska - przedstawiła się. - Proszę usiąść. - Wskazała ręką krzesło dostawione do biurka, dokładnie naprzeciw jej fotela.
- Pani profesor... - zaczął niepewnie, od razu gdy usiadł.
- Wystarczy "pani" - weszła mu w słowo, ale bardzo taktownie, z uśmiechem. - Rozumiem, że chciałby się pan zapoznać z ostatnimi osiągnięciami edukacyjnymi brata - znów mu pomogła.
Była cudowna, a on patrzył na nią jak zaczarowany. Mówiła cicho i spokojnie. Z pewnością wyczuwała, że był zdenerwowany, a raczej poruszony.
- Tak, tak. Oczywiście. Obiecałem to ojcu, który bardzo przeprasza, ale nie mógł dziś przyjść, stąd moja obecność tutaj.
Patrzyła na niego z ledwo widocznym uśmiechem.
- Sytuacja Mateusza jest trochę skomplikowana - zaczęła mówić, patrząc mu w oczy. - Nie zamierzam przed panem ukrywać, że z premedytacją doprowadziłam do jego poprawki w ubiegłym roku szkolnym. Chciałam, aby odczuł, że na wszystko w życiu trzeba zapracować. Że należy czytać lektury, a nie ograniczać się tylko do internetowych opracowań, które, nota bene, są często bardzo dobrze napisane, ale nie uruchamiają wyobraźni czytelnika na poziomie literackim. Wydaje mi się, że to założenie w wypadku Mateusza udało mi się zrealizować. Zaczął więcej pracować i zmienił stosunek do obowiązków szkolnych. Obecnie mój problem z Mateuszem tkwi bardziej w sferze wychowawczej niż edukacyjnej.
Słuchał jej bardzo uważnie i nie mógł sobie darować, że nie zaprowadził Mateusza na poprawkę osobiście, tak jak chciała tego mama. Już wtedy, pod koniec sierpnia, przekonałby się, że widok dziewczyny na plaży nie był tylko nic nieznaczącym epizodem, który zapamiętał, ot tak sobie, całkiem przypadkowo. Patrzył na nią jak zahipnotyzowany, a ona mówiła powoli i spokojnie, wciąż delikatnie się uśmiechając.
- Obecnie mam wrażenie, że największą ambicją Mateusza jest pokazanie mi, i to za wszelką cenę, że wszystkie treści, które staram się przekazać na lekcji uczniom w formie najbardziej atrakcyjnej z możliwych, są dla niego mało ważne, nieistotne i co najgorsze, nieprzydatne. W tym wszystkim, czego doświadczam z jego strony, najbardziej mi żal, że nie wykorzystuje swojego intelektu i niezwykłej błyskotliwości w odpowiedni sposób. Bowiem, przy odrobinie wysiłku, już dziś byłby z niego doskonały krytyk literacki. Niestety, tak się nie dzieje, a ja na co dzień na własnych lekcjach muszę zmagać się z cynicznym i wiecznie drwiącym młodym człowiekiem. Nie będę przed panem ukrywać, że zaczynam być tą sytuacją zmęczona. Dlatego chciałabym ten problem rozwiązać w miarę szybko. Jednak myślę, że bez wsparcia środowiska rodzinnego Mateusza może mi się to nie udać.
- Czego pani ode mnie oczekuje? - zapytał, z trudem ukrywając wściekłość na Mateusza, którego znał doskonale i wiedział, że bez najmniejszych trudności i oporów potrafił zrobić z siebie skrzyżowanie inteligentnego wafla z chamskim batonem.
- Szczerze mówiąc... - zaczęła, ale zamyśliła się i na chwilę zamilkła. - Myślę, że ta sprawa wymaga pewnej dyplomacji. Mogłabym sobie oczywiście poradzić z lekcyjną frywolnością Mateusza sama, wzywając go na rozmowę dyscyplinującą, podczas której w kilku słowach wytłumaczyłabym mu na przykład, że choć w tekście dramatu Romeo i Julia Szekspira nie pada słowo seks, to jest to utwór o miłości. Przytoczyłam panu właśnie przykład radosnej twórczości polonistycznej Mateusza. Proszę mi wierzyć, podobne przykłady mogłabym cytować panu w nieskończoność. Jednak nie w tym celu odbywa się nasze spotkanie. Chciałabym, żeby Mateusz sam zrozumiał, że takie postępowanie do niczego nie prowadzi. Moje uwagi mogą, niestety, przynieść tylko odwrotny skutek. Chciałabym więc, aby pan lub pana rodzice odbyli szczerą rozmowę z Mateuszem i odwołując się do jego ogromnej inteligencji, popracowali nad wątpliwą kulturą słowa. Nie wiem tylko, czy wyraziłam się wystarczająco jasno i zrozumiale?
Znów patrzyła na niego ze zbijającym go z pantałyku delikatnym uśmiechem. Niesamowite było, że pomimo trudnego tematu, który poruszała, była spokojna i zdystansowana.
- Oczywiście - powiedział szybko, może nawet za szybko. - Myślę, że najlepiej będzie, jeżeli sam z nim porozmawiam, i mam nadzieję, że bardzo prędko odczuje pani efekty tej rozmowy - niezamierzenie zagrał przed nią twardziela. Nie musiał długo czekać na reakcję z jej strony.
- Myślę... - zaczęła i znów na moment ucichła. - Myślę - powtórzyła - że jednak niecałkowicie mnie pan zrozumiał. Osobiście nie zależy mi na tym, żeby Mateusz zmienił się jedynie na moich lekcjach. Chyba zdaje pan sobie sprawę z tego, że za parę miesięcy pański brat skończy naukę w tej szkole, wyfrunie w szeroki świat. Mam nadzieję, że z dobrze zdaną maturą. Zależy mi na tym, żeby sam - zrobiła krótką pauzę i wciąż patrząc na niego miodowymi oczami, dokończyła - lub przy pomocy rodziny zrozumiał, że w życiu trzeba czasami dla własnego dobra przemilczeć słowa, które cisną nam się na usta. Mateusz powinien się tego nauczyć, bo inaczej po prostu będzie mu w życiu ciężko. Na pewno zdaje pan sobie sprawę, że nie zawsze przeciwnik, choć żeby było jasne, ja się za kogoś takiego nie uważam, będzie patrzył na niego i jego radosne występy przez palce. Może pan być spokojny, ja będę to tak robiła jak do tej pory. Mam nadzieję, że podczas naszej rozmowy odczuł pan, że tak naprawdę chodzi mi o dobro Mateusza, a nie o moje samopoczucie na lekcjach.
Skończyła mówić, wciąż się uśmiechając, a on poczuł się jak makaron po godzinie gotowania. Był ugotowany, tak że nie można już bardziej. Był pod tak silnym wrażeniem jej osoby i tego, że jakimś cudem ją spotkał, że znów nie wiedział, co powiedzieć.
- Oczywiście, że panią rozumiem - wydusił w końcu. - Znam mojego brata nie od dziś. Obiecuję też, że zacznę nad nim pracować, i przepraszam panią jeszcze raz, że się spóźniłem.
- Ależ naprawdę nic się nie stało. Proszę się tym nie przejmować. Najważniejsze, że pan dotarł i udało nam się porozmawiać. Było mi miło pana poznać.
- Mnie również - odpowiedział, marząc, by podała mu rękę na pożegnanie.
Niestety, nic takiego się nie wydarzyło. Podziękował zatem i chciał jeszcze coś dodać. Nie zdążył, bo otworzyły się drzwi i zobaczył w nich poznanego w pokoju nauczycielskim krawaciarza.
- O przepraszam, pani profesor, ale myślałem, że już po wszystkim.
"Co za pacan!", pomyślał, zapominając, że jeszcze nie tak dawno oceniał go dużo lepiej.
- Proszę wejść, panie dyrektorze, właśnie skończyliśmy rozmowę. Pan Starski już wychodzi.
Nie mógł uwierzyć, ale krawaciarz awansował nagle na dyrektora.
- O, widzę, że Pan Spóźniony jednak miał dużo szczęścia i udało się panu zamienić słowo z panią profesor - stwierdził z przekąsem goguś zarządca.
- Tak, zdążyłem. W ostatniej chwili - popatrzył na niego i jedyne, czego teraz chciał, to przenieść swój wzrok na panią profesor.
Zrobił to. Znów zobaczył miodowe oczy, które były teraz inne niż podczas ich rozmowy. Całkowicie poważne.
- Jeszcze raz dziękuję i do widzenia - powtarzał się załamany faktem, że musiał już wyjść.
- Do widzenia.
A jednak szczęście mu dopisało. Jeszcze raz zobaczył jej uśmiech. Wtedy, na plaży, nie mogła go widzieć. Obserwował ją z daleka, ale już wtedy go urzekła. Dziś zobaczył ją dokładnie, z bliska. Wyglądała tak, jak ją zapamiętał. W sierpniu nie znalazł w sobie odwagi, żeby do niej podejść. Teraz musiał wyjść. Zostawił ją samą z bezpośrednim przełożonym. Ale co innego mógł zrobić? Zbiegał po schodach, nie wiedząc, co go bardziej irytowało - czy to, że on musiał wyjść, czy to, że tamten mógł zostać. Wyszedł ze szkoły, wsiadł do samochodu. Wciąż nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Jego dziewczyna z plaży była nauczycielką Mateusza. Z jednej strony chciał mu nawtykać. Z drugiej zaś miał świadomość, że gdyby jego brat był nierzucającym się w oczy poczciwcem i kujonem, on mógłby nigdy się nie dowiedzieć, że dziewczyna z plaży była tak blisko.
Siedział w samochodzie. Nie wiedział, co robić i co o tym wszystkim myśleć. Był szczęśliwy, że ją spotkał. Tam, na plaży, była dla niego nieosiągalna. Patrzył na nią, jakby była istotą z innej planety i żadne porozumienie między nimi nie mogło wchodzić w grę. To, że ją dziś odnalazł, było nieprawdopodobne! Jednak okoliczności, w których się spotkali, nie sprzyjały zawarciu bliższej znajomości. Miał tylko nadzieję, że nie pomyśli o nim, że jest podobnym cynikiem i ignorantem jak jego brat. Podczas spotkania, niestety, w przeciwieństwie do niej, nie wykazał się szczególną inteligencją. Miał wrażenie, że wszystko, co powiedział, było całkowicie nielogiczne i nieskładne. Natomiast ona mówiła pięknie i bardzo spokojnie. W jej wymowie było coś bardzo dokładnego. Mówiła płynnie, używała ładnych słów i miała bardzo ciepły, ujmujący tembr głosu. Był nią zauroczony. Miała niesamowite oczy. Patrzyła na niego przenikliwie, przeszywając go na wylot mądrym spojrzeniem. Pięknie się uśmiechała. Gdy mówiła, wciąż miała bardzo przyjemny, dość radosny wyraz twarzy, tylko oczy pozostawały jakby poza nim. Były czujne jak oczy sarny chcącej w nocy przebiec przez drogę, po której jedzie samochód. Zauważył, że była filigranowa, ale nie chuda. Pomimo wysiłku nie potrafił sobie przypomnieć, jak była ubrana. Na plaży miała na sobie zawsze szary dres, niezależnie od pogody. Zwrócił uwagę na jej bardzo drobne dłonie. Wyglądały jak ręce małej dziewczynki. Cieszył go fakt, że nie nosiła obrączki, i zaczął się zastanawiać, ile mogła mieć lat. Mateusza uczyła już w drugiej klasie, ale chyba dopiero od półrocza. Przypominał sobie dokładnie, jak braciszek pomstował, gdy się pojawiła i przedstawiła swoje wymagania. Mogła mieć jakieś dwadzieścia sześć, może dwadzieścia siedem lat. Wyglądała bardzo młodo. Wciąż myśląc o niej, szukał telefonu. Gdy go znalazł, okazało się, że miał trzy nieodebrane połączenia. Od recepcjonistki w pracy, od ojca i od mamy. Ucieszył się, że biegnąc do szkoły, zostawił telefon w samochodzie. W pierwszej kolejności oddzwonił do Sylwii i pozwolił jej odmeldować się z posterunku. Nie zamierzał już dziś wracać do pracy. Pomimo goniących go terminów nie był w stanie pracować. Gdy zatelefonował do mamy, okazało się, że ta już wszystko wie, bo ojciec właśnie wrócił do domu i przyznał się do zebraniowych wagarów. Jadąc do rodziców, wciąż widział przed sobą miodowe oczy i zastanawiał się, co robić. Nie miał pojęcia. Czuł się dokładnie tak jak wtedy na plaży. Był dziwnie bezradny. Nienawidził tego uczucia.
Gdy wszedł do domu rodziców, już od drzwi poczuł zapach czegoś pysznego. Ostatnio dużo pracował i regularnie poddawał swój żołądek ciężkiej próbie. Zapełniał go byle czym i to byle co popijał hektolitrami kawy. Ojciec przywitał go z wielką radością już od progu.
- Dziękuję ci, synu, uratowałeś dziś moje małżeństwo! - mówiąc to, poklepał go przyjacielsko po plecach.
- Chodź, synku! Szybko! - z kuchni dobiegał głos mamy. - Umieram z nerwów i z ciekawości! Modlę się od siedemnastej o dobre wieści. - Mama musiała nakrywać do stołu, bo słyszał dobrze mu znany odgłos rozstawianych na stole talerzy.
- Cześć, mamo - wszedł do kuchni i pocałował ją w policzek.
Spojrzała na niego.
- Matko święta! Dobrze się czujesz? - zapytała i dotknęła jego czoła tak, jak robiła to, gdy był małym chłopcem.
- Spokojnie, mamo, wszystko w porządku. Jestem tylko trochę zmęczony i głodny jak wilk - mówiąc to, zjadał oczami wszystko, co widział na parujących smakowitością półmiskach.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej