Wstęp
Historię piszą zwycięzcy. Ta stara prawda szczególnie pasuje do II wojny
światowej. Mimo że od końca tego krwawego konfliktu minęło już
siedemdziesiąt sześć lat, do dzisiaj obowiązuje wersja wydarzeń
stworzona przez wojenną propagandę aliantów. Tezy tej propagandy
powielają bezkrytycznie historycy, pisarze i dziennikarze, zgodnie z nimi kręcone są hollywoodzkie superprodukcje.
Propaganda na ogół jednak mało ma wspólnego z rzeczywistością. Nie służy
przecież obiektywnemu przedstawieniu wydarzeń. Z natury rzeczy jest
stronnicza i nieobiektywna. Służy mobilizowaniu własnych obywateli do
walki, zohydzaniu przeciwnika i przekonaniu świata, że państwo, które ją
uprawia, bije się w słusznej sprawie.
Propaganda wojenna przypomina więc bajkę dla dzieci, w której wszystko
jest proste i oczywiste:
My - dobrzy. Oni - źli.
My - mamy rację. Oni - racji nie mają.
My - walczymy w sposób rycerski. Oni - zbrodniczo i podstępnie.
W tym czarno-białym obrazie nie ma miejsca na żadne odcienie szarości,
wątpliwości i niuanse. Nie ma miejsca na prawdziwy, niezwykle
skomplikowany obraz wielkiego koszmaru, jakim jest wielka wojna. Jest
miejsce tylko na złych Indian i dobrych, szlachetnych kowbojów. Na lorda
Vadera i rycerzy Jedi.
Amerykanom i Brytyjczykom udało się więc przekonać świat, że II wojna
światowa była starciem absolutnego zła z absolutnym dobrem. To pierwsze
uosabiali oczywiście Adolf Hitler, Benito Mussolini i cesarz Hirohito.
Absolutne dobro - Winston Churchill, Franklin D. Roosevelt oraz... Józef
Stalin.
Tak, to nie pomyłka, Józef Stalin. Aliancka propaganda wbijała bowiem do
głów swoich obywateli, że Związek Sowiecki jest miłującym pokój i wolność demokratycznym państwem. Że z Wielką Brytanią i Stanami
Zjednoczonymi łączy go nie tylko wspólnota interesów, ale i wartości.
Właśnie dlatego alianci tuszowali zbrodnie sympatycznego, mieszkającego
na Kremlu "Wujka Joego". Na czele ze zbrodnią katyńską. Każdy, kto
twierdził, że to NKWD zgładziło polskich oficerów, był uznawany za
"faszystę" i "pomocnika Hitlera". Już to jedno sprawia, że do alianckiej
propagandy z czasu II wojny należy podchodzić sceptycznie i ostrożnie.
Jednym z jej naczelnych kłamstw było twierdzenie, że Wielka Brytania i Ameryka przystąpiły do wojny w obronie demokracji, wolności i praw
człowieka. Po to, aby obalić straszliwych dyktatorów i przynieść wolność
uciemiężonym ludom. To oczywiście nieprawda. Amerykanie i Brytyjczycy
nie walczyli z pobudek moralnych i altruistycznych. Walczyli o własne,
egoistyczne interesy.
Gdyby Hitler nie zdecydował się na ekspansję terytorialną i nie naruszył
w ten sposób światowej równowagi sił, mógłby całymi latami pastwić się
nad Żydami i trzymać przeciwników politycznych w kacetach, a "wolny
świat" nie kiwnąłby palcem. Tak jak nie robi nic w sprawie reżimu Korei
Północnej, który gnębi setki tysięcy ludzi w swoim potwornym Gułagu.
Już w 1945 roku mówił o tym głośno George S. Patton, słynny amerykański
generał i wielki nonkonformista. Przypominał on, że rząd Stanów
Zjednoczonych obiecał Europejczykom wolność. I rzeczywiście wyzwolił pół
Europy spod hitlerowskiego jarzma. Ale drugie pół Europy oddał pod
jarzmo Stalina. Gdzie w tym sens i logika? O co więc tak naprawdę
walczyli amerykańscy chłopcy?
Wojny demokratyczne
Nieprawdą jest również to, że wszystkie zbrodnie podczas II wojny
światowej zostały popełnione przez żołnierzy państw Osi, a alianci
zachodni od pierwszego do ostatniego dnia wojny prowadzili wojnę w białych rękawiczkach, zgodnie z międzynarodowymi konwencjami.
To zwykłe bujdy. Amerykanie i Brytyjczycy prowadzili przeciwko III
Rzeszy i Japonii taką wojnę, jaką Niemcy i Japończycy prowadzili
przeciwko nim - wojnę totalną. A zgodnie z założeniami takiej wojny
wrogiem jest nie tylko rząd nieprzyjacielskiego państwa i jego siły
zbrojne. Wrogiem są całe "nieprzyjacielskie" społeczeństwa i narody.
Tym właśnie nowoczesne "wojny demokracji" różnią się od dawnych "wojen
gabinetowych" prowadzonych przez europejskie monarchie absolutne. Te
ostatnie miały na celu osiągnięcie celów politycznych i na ogół kończyły
się, mniej lub bardziej kompromisowymi, traktatami pokojowymi między
monarchami, którzy nie bez przyczyny tytułowali się nawzajem "drogimi
panami braćmi".
Jak dowodził znany konserwatywny myśliciel Erik von Kuehnelt-Leddihn,
"wojny gabinetowe" angażowały do walki tylko niewielką część
społeczeństwa i były toczone w sposób względnie humanitarny. Prowadzono
je na chłodno, przypominały wielki turniej rycerski lub partię szachów.
Z kolei "wojny demokratyczne" charakteryzuje totalna mobilizacja całego
społeczeństwa i całych zasobów państwa. Masy mobilizuje się zaś za
pomocą krzykliwej propagandy. Ma ona wywołać w społeczeństwie zaciekłą
nienawiść do nieprzyjaciela, który staje się śmiertelnym wrogiem,
uosobieniem wszelkiego zła.
Celem wojny totalnej jest całkowite zniszczenie przeciwnika. Zburzenie
jego stolicy, narzucenie mu swego systemu politycznego. Tak walczyły III
Rzesza i Związek Sowiecki, dwa potwory będące patologiami niemieckich i rosyjskich systemów parlamentarnych. Tak walczyły Wielka Brytania i Stany Zjednoczone.
Trudno się więc dziwić, że to właśnie doba "wojen demokratycznych"
przyniosła światu największe akty ludobójstwa w dziejach ludzkości.
Okropności, które w czasach "reakcyjnych" monarchii absolutnych nikomu
nie śniły się nawet w najczarniejszych koszmarach nocnych.
Oczywiście wszystkie te zbrodnie popełniano w imieniu "słusznej sprawy"
i "walki z potworami". W imię "postępu" i "lepszego jutra".
Zgodnie z tymi założeniami alianci zachodni zgładzili setki tysięcy
niemieckich i japońskich cywilów w ramach bezprecedensowej kampanii
bombardowań dywanowych. Symbolem tego okrucieństwa jest z jednej strony
agonia Hamburga i Drezna, z drugiej - Tokio, Hiroszimy i Nagasaki.
Już dziewiętnastowieczny francuski filozof Joseph-Ernest Renan
przestrzegał, że konflikty zbrojne przyszłości będą guerres
zoologiques, wojnami zoologicznymi, plemiennymi. Było to logiczną
konsekwencją triumfu idei demokratycznych i ściśle z nimi powiązanych
idei nacjonalistycznych. Rycerskie wojny królów musiały ustąpić
zaciekłym, krwawym wojnom mas ludowych.
Europejska wojna może się zakończyć jedynie zagładą zwyciężonych i tylko
nieco mniejszymi stratami oraz wyczerpaniem gospodarczym zwycięzców -
wieszczył z kolei w 1901 roku Winston Churchill. - Demokracja jest
bardziej mściwa niż gabinety. Wojny narodowe będą dużo straszniejsze niż
wojny królów.
Paradoksem jest, że czterdzieści lat później to właśnie Churchill
poprowadził Wielką Brytanię do wojny narodów.
W demokratycznych wojnach totalnych biorą udział nie tylko żołnierze,
lecz cała ludność - pisał publicysta i filozof Tomasz Gabiś. - W miarę
postępów demokratyzacji rośnie stopień totalizacji wojny. Apogeum
demokratycznych wojen totalnych jest oczywiście II wojna światowa, w czasie której ludność cywilna staje się obiektem planowych i okrutnych
ataków ze strony wrogiej armii.
Wojna w klasycznym sensie - to znaczy wojna pomiędzy suwerennymi
państwami - zanika, ustępując miejsca akcji policyjnej. Po jednej
stronie istnieje "przestępstwo agresji", po drugiej zaś nie wojna, lecz
wymierzenie wrogowi kary za to "przestępstwo".
Wojna, podobnie jak i cała polityka, zostaje w erze demokratycznej
totalnie zmoralizowana, co prowadzi do gorączkowego poszukiwania
"winnych", czyli tych, którzy "pierwsi zaczęli". Wojna, która byłaby
tylko toczącą się "poza dobrem i złem" grą strategiczną mającą na celu
obezwładnienie przeciwnika i poszerzenie swojej władzy, byłaby nie do
zniesienia dla demokratycznej "opinii publicznej" zdolnej widzieć
politykę jedynie przez pryzmat emocji, uczuć, uprzedzeń i kryteriów
moralnych.
Nieodzownym elementem wojny totalnej jest oczywiście mentalność Kalego.
Czyli stosowanie zupełnie innych kryteriów do oceny własnego
postępowania i postępowania przeciwnika.
Bliźniaczym bratem propagandy jest "linia niewinności" - pisał Russell
Grenfell w słynnej książce Unconditional Hatred, "Bezwarunkowa
nienawiść" - którą politycy, wspomagani przez "patriotycznych"
historyków i teoretyków prawa międzynarodowego, kreślą w poprzek
przeszłych i teraźniejszych wydarzeń. Każda agresja, każdy akt zbójectwa
lub barbarzyństwa po własnej stronie jest określany jako część
"wielkiego historycznego procesu" rozwoju ludzkości albo jako
usprawiedliwiony akt odwetu czy coś podobnego. Ale takie same działania
po stronie wroga stają się straszliwymi zbrodniami przeciw pokojowi i ludzkości zasługującymi na karę śmierci.
Nie ma większych wątpliwości, że gdyby III Rzesza jakimś cudem wygrała
wojnę, Hitler urządziłby pokonanym aliantom wielki proces pokazowy, do
złudzenia przypominający procesy norymberskie. Osądziłby, a następnie
powiesił przywódców Wielkiej Brytanii, Związku Sowieckiego i Ameryki
jako zbrodniarzy wojennych.
Czy to oznacza, że alianci zachodni byli równie zbrodniczy jak III
Rzesza? Nie, oczywiście tak nie było. Taka teza to nonsens. Lansują ją
często rozmaici pogrobowcy narodowego socjalizmu. Ludzie ci wykorzystują
zbrodnie popełnione przez aliantów do wybielania swojego ukochanego
Führera i jego reżimu. Patrzcie, przekonują, wszystkie strony tej wojny
były siebie warte.
To nieprawda. Przede wszystkim występowała różnica skali. Reżim
narodowosocjalistyczny unicestwił znacznie więcej niewinnych ludzi niż
Anglosasi. Sam diabelski Holokaust pochłonął kilka milionów ludzkich
istnień. Do tego należy dodać kolosalne zbrodnie, jakich Niemcy
dopuścili się wobec Słowian i innych Europejczyków.
W Polsce, która padła ofiarą wyjątkowo bestialskiej niemieckiej
okupacji, nikomu nie trzeba tego tłumaczyć. Auschwitz, Palmiry,
Piaśnica, Majdanek... Te nazwy wywołują dreszcz przerażenia u każdego
Polaka. Okrutnym zbrodniom III Rzeszy poświęciłem osobną książkę
zatytułowaną Niemcy.
Okropności hitleryzmu nie oznaczają jednak, że mamy milczeć o czarnych
kartach, jakie podczas II wojny zapisali Anglosasi. Albo - broń Boże -
je usprawiedliwiać. Faktów nie wolno zamiatać pod dywan tylko dlatego,
że są niewygodne. A walka nawet z najbardziej paskudnym reżimem nie
usprawiedliwia zabijania niewinnych.
W tej książki obywatele państw Osi - Japończycy, Niemcy czy Włosi -
często występują w roli ofiar. Może to wywołać szok u czytelnika
wychowanego na "historiografii" będącej przedłużeniem wojennej
propagandy. Sam niedawno się o tym przekonałem. Gdy powiedziałem
znajomemu turbopatriocie, że chcę napisać tę książkę, zawrzał z oburzenia.
- Jak to?! Będziesz pisać o cierpieniach Niemców i Japońców?!
- Ale przecież to wszystko wydarzyło się naprawdę - odpowiedziałem.
- To jeszcze nie powód, żeby o tym pisać! Przecież to Niemcy wywołali II
wojnę światową. Nie ma się co nad nimi litować.
Zupełnie nie zgadzam się z takim podejściem. Jako konserwatysta czuję
głęboką awersję do mentalności plemiennej, która każe dzielić ludzi
według ich narodowości. Ja nie dzielę istot ludzkich na Niemców,
Polaków, Rosjan, Żydów czy Amerykanów. Dzielę ich na dobrych i złych. Na
ofiary i sprawców.
Esesman, który mordował polskiego więźnia w Auschwitz, był sprawcą.
Niemka rozerwana na strzępy aliancką bombą w Hamburgu była ofiarą. To
dwie różne osoby. Dwie jednostki ludzkie, które nie mają ze sobą nic
wspólnego poza tym, że mówią tym samym językiem. Sprawca zasługuje na
potępienie. Ofiara - na współczucie.
Wbrew temu, co czasami można usłyszeć, wojnę wywołał Adolf Hitler, a nie
cały naród niemiecki. Proszę mi wybaczyć moją staroświeckość, ale nie
uznaję - tak popularnej w XX wieku - zasady zbiorowej odpowiedzialności
i winy kolektywnej. Wina i odpowiedzialność może być jedynie
indywidualna.
Każdy człowiek może odpowiadać tylko i wyłącznie za własne czyny. A nie
za czyny swoich rodziców, dzieci, współobywateli, członków tej samej
klasy społecznej czy grupy etnicznej. Jak bowiem pisał Erik von
Kuehnelt-Leddihn, narody nie są podmiotami moralnymi. Mogą być nimi
tylko jednostki.
Jest to wytyczna moralna, której trzymam się kłami i pazurami. Nigdy nie
dam się przekonać, że niemiecki lotnik mordujący angielskie dziecko w Londynie był zbrodniarzem, a brytyjski lotnik mordujący niemieckie
dziecko w Berlinie - bohaterem wojennym i obrońcą demokracji.
Takie postawienie sprawy jest nie tylko nieetyczne, ale również
nielogiczne. Dla mnie liczy się naga prawda. A nie jej uszminkowana,
zasypana toną pudru i zalana hektolitrami lukru karykatura. Dlatego
wiele historii opisanych w tej książce może czytelnika zaskoczyć i zaszokować. Są to bowiem sprawy, o których - używając słów Józefa
Mackiewicza - nie trzeba głośno mówić. O sprawach tych mówi się na ogół
półgębkiem. Albo nie mówi się wcale.
Polska zdradzona
Kolejną cechą anglosaskiej polityki podczas II wojny była zdrada.
Szczególnie Brytyjczycy specjalizowali się w zawieraniu sojuszy i składaniu obietnic, które potem z pełną premedytacją łamali. Boleśnie
przekonała się o tym Polska oraz inne państwa Europy Środkowo-Wschodniej
sprzedane w Jałcie Sowietom.
W marcu 1939 roku Wielka Brytania udzieliła Polsce "gwarancji
niepodległości". Naiwny jak dziecko minister Józef Beck przyjął je z radością. Gwarancje te doprowadziły do ataku Niemiec na Polskę, a Wielka
Brytania nawet nie kiwnęła palcem w obronie samotnie konającej
Rzeczypospolitej.
Natychmiast po upadku swojej polskiej sojuszniczki Brytyjczycy wznowili
umizgi do Związku Sowieckiego. Państwa, które - przypomnijmy - 17
września 1939 roku zadało Polsce cios w plecy i okupowało połowę jej
terytorium.
1 października 1939 roku przed mikrofonem BBC wystąpił pierwszy lord
admiralicji Winston Churchill, jeszcze niedawno czołowy antybolszewik
Wielkiej Brytanii. Oświadczył on zdumionym słuchaczom, że sowiecka
agresja na Polskę była usprawiedliwiona, w ten sposób Stalin
zabezpieczył się bowiem przed możliwością agresji ze strony Hitlera.
Brytyjczycy od początku wojny nie ukrywali, że opowiadają się za linią
Curzona jako przyszłą wschodnią granicą Polski. Oznaczało to ni mniej,
ni więcej, tylko amputację połowy terytorium Rzeczypospolitej i oddanie
jej bolszewikom. Szkoda, że Anglicy nie powiedzieli nam tego przed
zawarciem sojuszu!
Znany z miłości do Sowietów brytyjski ambasador w Moskwie Stafford
Cripps 22 października 1940 roku złożył na ręce wiceszefa sowieckiej
dyplomacji Andrieja Wyszynskiego specjalne memorandum. W imieniu rządu
Jego Królewskiej Mości złożył on bolszewikom ofertę zawarcia
antyniemieckiego paktu.
Co miałby z tego Stalin? Otóż Cripps zadeklarował gotowość uznania przez
Wielką Brytanię "suwerenności ZSRS w Estonii, na Łotwie, Litwie oraz w Besarabii i północnej Bukowinie, a także w tych częściach byłego państwa
polskiego (!), które znajdują się obecnie pod sowiecką władzą". A więc
wszystkich ziem zagrabionych przez Stalina na mocy paktu
Ribbentrop-Mołotow.
Sygnał posłany do Moskwy był jasny: Wielka Brytania nie zamierza kruszyć
kopii w sprawie interesów swojego polskiego sojusznika. Bardzo chętnie
złoży je na ołtarzu porozumienia ze Związkiem Sowieckim. Tak się stało,
gdy w 1941 roku wybuchła wojna między Hitlerem i Stalinem.
Polska z dnia na dzień przestała być natchnieniem narodów i wiernym
przyjacielem, który jako jedyny dotrzymywał braterstwa broni Wielkiej
Brytanii w jej najczarniejszej godzinie. Nagle na ukochaną sojuszniczkę
Winstona Churchilla pasowana została "bohaterska" Armia Czerwona i jej
"sympatyczny" wąsaty generalissimus.
Polacy zostali bezceremonialnie odstawieni w kąt, jak stara,
niepotrzebna zabawka. Jeszcze wczoraj noszeni na rękach - ach, ci
wspaniali polscy lotnicy z bitwy o Anglię! - nagle zaczęli być
traktowani jak kłopotliwy ubogi krewny. Tak, w wielkiej polityce liczy
się tylko siła. Polska była słaba, a Związek Sowiecki silny.
Od tej pory w każdym polsko-sowieckim sporze Brytyjczycy brali stronę
bolszewików. Churchill bezceremonialnie zmuszał kolejnych polskich
premierów - Władysława Sikorskiego i Stanisława Mikołajczyka - do
upokarzających ustępstw wobec Stalina. Choć Wojsko Polskie nadal
walczyło na wszystkich frontach Europy, dla Brytyjczyków nie miało to
najmniejszego znaczenia.
Przyszedł Teheran, a po nim Jałta i Poczdam. Na konferencjach "wielkiej
trójki" Amerykanie i Brytyjczycy bez mrugnięcia okiem zgodzili się na
to, aby Polska po wojnie została pozbawiona połowy swojego terytorium i znalazła się w sowieckiej strefie wpływów. A jeszcze kilka lat wcześniej
brytyjski premier zapewniał Polaków, że "Wielka Brytania lojalnie
dotrzyma słowa". No cóż, nie dotrzymała.
Gdy generał Władysław Anders próbował protestować, usłyszał od
Churchilla:
- Mamy dzisiaj dosyć wojska i waszej pomocy nie potrzebujemy. Może pan
swoje dywizje zabrać. Obejdziemy się bez nich.
- Nie mówił pan tego przez ostatnich kilka lat - odparł Anders.
Tak, bez wątpienia Brytyjczycy podczas ostatniej wojny udzielili nam
brutalnej lekcji, na czym polega Realpolitik. Miejmy nadzieję, że
lekcja ta została przez polskie elity zapamiętana.
Pierwotnie w Aliantach miała się znaleźć osobna część poświęcona
zdradzie Wielkiej Brytanii. Zdecydowałem jednak, że temat ten
rozsadziłby książkę. Wrócę do niego w osobnej publikacji, którą - jeżeli
wszystko pójdzie zgodnie z planem - napiszę wkrótce.
Alianci są kolejną, piątą już częścią cyklu "Opowieści niepoprawne
politycznie". Wcześniejsze tomy to Żydzi (2016), Sowieci (2016),
Niemcy (2017) i Żydzi 2 (2018). O ile jednak w początkowych tomach
sporą część materiału stanowiły moje artykuły prasowe, o tyle w tej
książce dominuje materiał nigdy wcześniej niepublikowany.
Nie mam wątpliwości, że ze wszystkich części "Opowieści niepoprawnych
politycznie" najbardziej niepoprawni politycznie są właśnie Alianci.
I tę książkę jednak pisałem, kierując się założeniami, które przyjąłem,
pracując nad poprzednimi tomami: O historię należy się spierać i o niej
dyskutować. Należy stawiać niewygodne pytania i ryzykowne hipotezy.
Ujawniać fakty, które do tej pory były skrywane. Nic bowiem tak nie
szkodzi historii jak sztampa, propaganda i cenzura.
Czytelniku, jeśli się z tym zgadzasz, moje książki są dla ciebie.
Piotr Zychowicz
Rozdział 1
Wuj Sam potrafi być bezwzględny
Rozmowa z prof. JOHNEM MEARSHEIMEREM, amerykańskim politologiem,
autorem książki Tragizm polityki mocarstw
Oglądał pan serial Kompania braci Stevena Spielberga?
Nie.
To historia oddziału amerykańskich żołnierzy, którzy lądują w Normandii. Odcinek dziewiąty nosi tytuł Dlaczego walczymy. Bohaterowie
serialu wyzwalają w nim niemiecki obóz koncentracyjny. Znajdują góry
trupów i potwornie wychudzonych, wycieńczonych więźniów w pasiakach. I wtedy dociera do nich - i do milionów widzów przed telewizorami -
dlaczego Amerykanie walczą i umierają tak daleko od domu.
To tylko film. Wbrew temu, co się dzisiaj opowiada, Stany Zjednoczone
nie przystąpiły do II wojny światowej z pobudek moralnych. Przystąpiły
do niej z powodów strategicznych. W ten sposób realizowały swoje
interesy. Oczywiście amerykański rząd od samego początku - od dojścia
Adolfa Hitlera do władzy w 1933 roku - był niezwykle krytycznie
nastawiony wobec ideologii narodowosocjalistycznej. To jest poza
dyskusją. Ale to nie z powodu niechęci do nazizmu Waszyngton zaangażował
się w wojnę na kontynencie europejskim. To nie dlatego ginęli
amerykańscy chłopcy.
Dlaczego więc?
Bo Niemcy naruszyły równowagę sił na kontynencie. A Stany Zjednoczone
wobec Europy sprawują funkcję offshore balancer.
To znaczy?
To znaczy, że naczelną zasadą amerykańskiej polityki zagranicznej jest
niedopuszczenie do tego, aby jakieś mocarstwo w Europie lub Azji
osiągnęło status kontynentalnego hegemona. Czyli zdominowało wszystkie
pozostałe regionalne mocarstwa. Państwo takie szybko stałoby się bowiem
na tyle potężne, że mogłoby rzucić wyzwanie Stanom Zjednoczonym w walce
o globalną dominację. Gdy jakiś kraj staje się na tyle potężny, aby
zdominować Stary Kontynent, Ameryka wkracza do akcji i takie państwo
powstrzymuje. W latach czterdziestych XX wieku takim państwem były
Niemcy.
O tym, że Niemcy będą próbowały zdobyć hegemonię w Europie, wiadomo
było już jednak wcześniej.
Tak, ale Ameryka liczyła wówczas, że innym europejskim mocarstwom uda
się Niemcy zatrzymać samodzielnie. Hitler zaatakował Polskę w roku 1939,
ale Stany Zjednoczone nie zdecydowały się na interwencję, bo w grze były
jeszcze Francja i Wielka Brytania. Dopiero w 1940 roku, gdy Niemcy
szybko rozbiły Francję i wypchnęły Brytyjczyków z kontynentu, Waszyngton
zaczął się poważnie niepokoić. Wyglądało bowiem na to, że teraz Hitler
zaatakuje i zniszczy Związek Sowiecki. To zaś oznaczałoby, że Niemcy
zdobędą status hegemona Europy.
I co za tym idzie - naruszą światową równowagę sił.
Otóż to. Taka sytuacja była dla Stanów Zjednoczonych nie do
zaakceptowania. Dlatego właśnie, gdy 22 czerwca 1941 roku rozpoczęła się
operacja "Barbarossa", w Waszyngtonie zapaliła się czerwona lampka. I Ameryka wrzuciła wysoki bieg. W grudniu 1941 roku Stany Zjednoczone
przystąpiły do wojny przeciwko Niemcom. Nie zrobiły tego jednak,
ponieważ chciały walczyć z paskudną tyranią Hitlera, lecz dlatego, że
Niemcy stały się tak potężne, że mogły zdominować Europę. System, jaki
panował w Niemczech, miał w tej rozgrywce drugorzędne znaczenie.
Chodziło o układ sił.
Zaraz, ale to Niemcy wypowiedziały wojnę Ameryce, a nie Ameryka
Niemcom.
To była formalność. Hitler tylko zaoszczędził Amerykanom kłopotu.
Decyzja o tym, że należy podjąć walkę z Niemcami, w Waszyngtonie już
zapadła.
Wojna niemiecko-amerykańska rozpoczęła się w grudniu 1941 roku, ale
Amerykanie nie kwapili się, żeby przybyć na kontynent. Dlaczego?
Bo taką mają taktykę. To samo zrobili przecież w czasie I wojny
światowej. Wtedy z kolei obawiali się, że hegemonem Europy zostaną
cesarskie, wilhelmińskie Niemcy. Amerykanie mieli jednak nadzieję, że
koalicja brytyjsko-francusko-rosyjska sama poradzi sobie z Niemcami.
Problem pojawił się na początku 1917 roku. Wtedy stało się jasne, że ten
scenariusz się nie ziści. I rzeczywiście - Niemcom udało się pobić i wykluczyć z gry Rosję, dzięki czemu mogli przerzucić gros sił na front
zachodni. Istniało ryzyko, że pobiją Anglię i Francję i w konsekwencji -
staną się hegemonem. Był to moment, w którym Stany Zjednoczone musiały
wkroczyć do wojny. Amerykańskie wojska zaczęły przybywać do Europy pod
koniec 1917 roku, ale większość oddziałów przerzucono w roku 1918. W ostatniej fazie konfliktu.
Czyli Stany Zjednoczone zawsze ostatnie rzucają karty na stół.
Oczywiście. To jest najmądrzejsza strategia, jaką może zastosować
państwo: przystąpić do wojny tak późno, jak tylko się da. Wówczas ponosi
się najmniejsze straty i zachowuje siły na moment rozstrzygający
konfliktu. To przepis na zwycięstwo.
Tak, to bez wątpienia najmądrzejsza taktyka. Ale jak pan wytłumaczy to,
że Ameryka prowadzi wojny w obronie swoich interesów, ale potrafi
sprzedawać je światu jako walkę o wolność, prawa człowieka i demokrację?
Narody lubią wierzyć w to, że walczą po stronie dobra. Że ich rządy nie
kierują się egoizmem i Realpolitik, lecz altruizmem i humanizmem. Chcą
też, żeby w tę idealistyczną wizję uwierzyli wszyscy inni ludzie na
globie. Dlatego właśnie każda strona konfliktu w swojej propagandzie
twierdzi, że to po jej stronie stoją racje moralne. Że to ona
reprezentuje dobro. A przeciwnik - zło. Stany Zjednoczone nie są tu
żadnym wyjątkiem. Wojny między mocarstwami toczą się o interesy, ale
miło jest je opakować w moralne narracje. Jest jeszcze strona
praktyczna. Rządom trudno skłonić swych żołnierzy do przelewania krwi,
mówiąc im, że walczą o realizację strategicznych interesów mocarstwa.
Znacznie łatwiej zmobilizować ich do poświęceń, zapewniając, że walczą w dobrej sprawie. To samo dotyczy całych społeczeństw.
Wróćmy do II wojny światowej. Generał Patton zaraz po wojnie
powiedział, że Amerykanie wyzwolili pół Europy spod jednej tyranii, ale
drugie pół oddali pod władanie drugiej. To, że sojusznikiem Stanów
Zjednoczonych był Związek Sowiecki, chyba jasno dowodzi, że czarno-biała
narracja ukazująca II wojnę światową jako starcie dobra ze złem jest
mitem.
Stalin był wielkim zbrodniarzem, ale - w mojej opinii - Hitler był
zbrodniarzem jeszcze większym.
To akurat kwestia dyskusyjna. Ale mnie chodzi o to, że sojusznikiem USA
był straszliwy, krwiożerczy totalitaryzm. Ameryka ten totalitaryzm
wspierała dostawami broni i sprzętu. Trudno więc mówić o Ameryce jako o nieskazitelnym imperium dobra.
No cóż, taka jest polityka. Proszę pamiętać, że zanim Amerykanie i Brytyjczycy wylądowali na kontynencie, front wschodni wiązał
przytłaczającą część sił Wehrmachtu. 93 procent strat, które Niemcy
ponieśli do tego czasu w II wojnie światowej, ponieśli w walce z Armią
Czerwoną. To Związek Sowiecki przez kilka lat brał na siebie niemal cały
ciężar walki z Niemcami. Ameryka miałaby odrzucić takiego sojusznika z powodu jego represyjnego systemu wewnętrznego? Bądźmy poważni. To tak
nie działa.
Ale w maju 1945 roku Niemcy skapitulowały. A Stalin nadal był dobrym
"Wujkiem Joe".
Tak, wiem. Wielu ludzi w Europie Wschodniej ma żal do Stanów
Zjednoczonych, że w 1945 roku nie zaatakowały Sowietów i nie wyzwoliły
ich ojczyzn spod czerwonej okupacji. Żal ten wynika jednak z nieznajomości ówczesnej sytuacji militarnej i natury amerykańskiej
polityki.
Zacznijmy od sytuacji militarnej.
Po pierwsze, Armia Czerwona była potężniejsza od sił
amerykańsko-brytyjskich, które znajdowały się wówczas na kontynencie.
Alianci zachodni byli za słabi, żeby przepędzić Sowietów do Moskwy. Po
drugie, gdy skapitulowała III Rzesza, w najlepsze trwała wojna na
Pacyfiku. Amerykanie nie byli w stanie pokonać Japończyków bez pomocy
Związku Sowieckiego. Usilnie próbowali nakłonić Stalina do zaatakowania
Japonii. Nie mogli więc jednocześnie wystąpić przeciwko niemu w Europie
Wschodniej. Jak wiadomo, w sierpniu 1945 roku Armia Czerwona
rzeczywiście zaatakowała w Mandżurii Armię Kwantuńską, co spowodowało
kapitulację Japonii.
A na czym polega nieznajomość natury amerykańskiej polityki?
Na niezrozumieniu podstawowego faktu, że Amerykanie nie przybyli do
Europy, by walczyć z "paskudnymi dyktaturami" łamiącymi prawa człowieka.
Przybyli tu, żeby walczyć z Niemcami, które naruszyły równowagę sił na
kontynencie.
Podczas jednego z wykładów powiedział pan, że gdy Stany Zjednoczone
realizują swoje interesy, potrafią być bezwzględne. Co pan miał na
myśli?
Choćby naloty dywanowe na niemieckie miasta, w których śmierć poniosły
dziesiątki tysięcy cywili. A także naloty na miasta japońskie.
Zrzucenie bomb atomowych.
Nie tylko! Przecież 10 marca 1945 roku amerykańskie bombowce obróciły w perzynę Tokio. Jednej nocy zginęło tam więcej osób niż w Hiroszimie i Nagasaki. Lotnictwo Stanów Zjednoczonych prowadziło systematyczną
kampanię, której celem było spalenie Japonii do gołej ziemi. Wraz z zamieszkującymi ją ludźmi. Czy pan wie, że na liście japońskich miast,
na które miały spaść bomby atomowe, na pierwszym miejscu było Kioto?
Nie, nie wiedziałem. Dlaczego Amerykanie zrezygnowali z tego celu?
Kioto z listy celów kazał wykreślić ówczesny sekretarz wojny, Henry L.
Stimson. Tak się bowiem złożyło, że w tym mieście spędził miesiąc
miodowy i bardzo je polubił. W 1945 roku postanowił ocalić je przed
anihilacją. W ten sposób w Waszyngtonie podejmowano decyzje o życiu i śmierci setek tysięcy cywilów.
W Hollywood powstało wiele filmów o cierpieniach amerykańskich
żołnierzy w japońskiej niewoli. Milczy się natomiast o gehennie
japońskich jeńców w niewoli amerykańskiej.
Tak, żołnierze Armii Cesarskiej często nawet nie mieli szansy, żeby
zostać jeńcami. Amerykańscy żołnierze zabijali ich na miejscu, od razu
po tym, gdy się poddali. Wiele z tego powtórzyło się w czasie wojny
koreańskiej. Wskutek amerykańskich bombardowań Korei Północnej śmierć
mogło ponieść nawet 20 procent populacji tego kraju. US Army dokonała
również olbrzymich spustoszeń w Wietnamie.
Ale Ameryce zdarzało się też chyba prowadzić politykę wypływającą z pobudek idealistycznych?
Tak, ale z tragicznym dla siebie i świata skutkiem. Mam na myśli okres
po upadku Związku Sowieckiego i zakończeniu zimnej wojny. Lata
1990-2016. Był to jedyny okres w dziejach, w którym Stany Zjednoczone
nie musiały się martwić o równowagę sił na świecie. Były bowiem jedynym
supermocarstwem na globie. Żadne inne mocarstwo nie rzucało im wyzwania
w grze o globalną dominację. Żadne inne mocarstwo nie stanowiło dla nich
poważnego zagrożenia.
Zaczęły wówczas działać nieracjonalnie?
Niestety tak. I za każdym razem pakowały się w niebywałe kłopoty. Bo
prawda jest zaskakująca. Idealistyczna polityka wcale nie sprawia, że
świat staje się lepszy. Odwrotnie - staje się znacznie gorszy. A przede
wszystkim taka polityka jest nieskuteczna. Przynosi tylko koszmarne
klęski.
Na czym polegała idealistyczna polityka USA?
Na przekonaniu, że cały świat należy zmienić na obraz i podobieństwo
Ameryki. Narzucić mu system liberalno-demokratyczny. Wszystkie kraje
świata chciano obrócić w liberalne demokracje, co miało położyć kres
łamaniu praw człowieka, wojnom i terroryzmowi.
To nie była polityka idealistyczna, to była skrajna głupota.
Zgoda, to nie mogło się udać. Ameryka próbowała przeprowadzić kolosalną
operację z zakresu inżynierii społecznej. Ale, co ciekawe, do realizacji
tych "szczytnych celów" używała brutalnej siły militarnej. Mowa o tak
zwanej doktrynie Georga W. Busha - czyli atakowaniu i obalaniu kolejnych
reżimów w świecie muzułmańskim. Zgodnie z jej założeniem cały Bliski
Wschód miał się przeistoczyć w morze demokracji.
Wyszło nieco inaczej.
Doszło do wielkiego dramatu. I spektakularnej klęski. Rozpoczęta w 2001
roku wojna w Afganistanie jest najdłuższą wojną w dziejach Stanów
Zjednoczonych. I wygląda na to, że gdy Amerykanie kiedyś wycofają się z tego kraju, talibowie odzyskają nad nim kontrolę. Sytuacja wróci więc do
punktu wyjścia, do stanu sprzed inwazji. Tymczasem zginęły dziesiątki
tysięcy cywilów. Cały kraj został zrujnowany długoletnim konfliktem
zbrojnym.
A jak Amerykanom poszło w Iraku?
Jeszcze gorzej. Irak to kraj, w którym mieszkają szyici, sunnici i Kurdowie. Grupy te - mówiąc delikatnie - za sobą nie przepadają. Wskutek
amerykańskiej interwencji z 2003 roku Irak de facto rozpadł się na kilka
części. A na domiar złego pojawiło się w nim radykalne, terrorystyczne
Państwo Islamskie, które sprawiło Zachodowi tyle kłopotów. W Iraku nie
było problemu terroryzmu, dopóki nie przybyli tam Amerykanie.
Amerykański atak na Irak w 2003 roku nosił nazwę "Iracka Wolność".
Zamiast wyzwolenia Irakijczycy otrzymali jednak od Wuja Sama
zniszczenie, terror i chaos.
Tak, ten kraj został po prostu zrujnowany. Przelano morze krwi. Gdybym
był Irakijczykiem, wolałbym, żeby Saddam Husajn został przy władzy. Co
oczywiście nie oznacza, że życie pod rządami Saddama Husajna było
przyjemne. Chodzi o to, że Ameryka zmieniła sytuację na jeszcze gorszą.
Potem "uszczęśliwione" zostały kolejne kraje: Libia, Egipt i Syria.
Tak, Stany Zjednoczone odegrały niemałą rolę w obaleniu Muammara
Kaddafiego i Hosniego Mubaraka. A także w próbie obalenia Baszszara
al-Asada. Opłakane efekty tych operacji wszyscy znamy. Syria pogrążyła
się w straszliwej wojnie domowej, Asada wsparli bowiem Rosjanie i Irańczycy. Kilka milionów Syryjczyków musiało uciekać ze swoich domów,
kilkaset tysięcy zginęło. Kawał Syrii został obrócony w perzynę. Krwawa
wojna domowa wybuchła także w Libii. A w Egipcie demokratyczne wybory
wygrało Bractwo Muzułmańskie, które należało obalić za pomocą... zamachu
stanu.
Same klęski.
Tak, same klęski. Tak w praktyce wyglądała idealistyczna polityka w wykonaniu Stanów Zjednoczonych. Marsz od katastrofy do katastrofy. A przy okazji Amerykanie spowodowali ludzkie cierpienie na gigantyczną,
szokującą wręcz skalę. Śmierć setek tysięcy ludzi, olbrzymie zniszczenia
i destabilizacja strategicznego regionu świata. Skutkiem tego była fala
uchodźców, która zalała Stary Kontynent i wywołała poważny kryzys Unii
Europejskiej.
Jaki z tego morał?
Jeżeli prowadzisz politykę idealistyczną - przegrywasz.
JOHN MEARSHEIMER, profesor Uniwersytetu Chicagowskiego, jest
amerykańskim politologiem, jednym z najwybitniejszych światowych znawców
geopolityki. Twórca koncepcji realizmu ofensywnego, zwolennik
Realpolitik. Napisał między innymi, wraz ze Stephenem Waltem, słynną
książkę The Israel Lobby and U.S. Foreign Policy (wyd. pol. pt. Lobby
izraelskie w USA) oraz The Great Delusion: Liberal Dreams and
International Realities. W Polsce nakładem Universitas ukazało się
jego opus magnum Tragizm polityki mocarstw.
Źródło: "Historia Do Rzeczy" 3/2020
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki