Grafika na okładcePrzemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla "tp"
Składały Agnieszka i Zuza w towarzystwie Andrzeja. Korektowały Magda i Sylwia wraz z Maćkiem. Ilustracje dobierały Grażyna i Kasia z Markiem, który - jak zresztą od trzydziestu dziewięciu wydań specjalnych "Tygodnika" - sprawował nad całością artystyczny nadzór. Listę pozostałych osób zaangażowanych w przygotowanie "Algorytmów przyszłości" do druku (autorek i autorów, ma się rozumieć, przede wszystkim) znajdziecie obok, w stopce redakcyjnej i spisie treści.
Podkreślam zaangażowanie konkretnych osób nie bez powodu. Wszystkie błędy, które tu zauważycie, są efektem ubocznym naszych starań - starań konkretnych ludzi. Żadne nie jest dziełem AI, o której Sylwia Czubkowska pisze na kolejnych stronach, że "najskuteczniej wygenerowała rozczarowanie i bunt".
To ważny kontekst wydania, które ma być tyleż panoramą świata pełnego nowych technologii, co próbą odpowiedzi na związane z nimi wątpliwości - choćby i taką, która unosi się nad rozmową Łukasza Lamży z Jackiem Dukajem: czy człowiek będzie pracował dla robotów i co wtedy zostanie z naszego "ja"? Czy agenty AI zerwą się z łańcucha? Czym jest i czym będzie internet zdominowany przez wielkie korporacje i zaśmiecany przez boty? Jak odnaleźć równowagę w mediach niegdyś społecznościowych?
Od razu uspokajam: nie wszystkie odpowiedzi będą pesymistyczne, a jeśli poprzedni akapit was zaniepokoił, zacznijcie od ostatniego rozdziału. Piszemy tam m.in., że czytanie przynosi ukojenie, oswaja ze zmianami i sprawia przyjemność - życzę więc nade wszystko przyjemnej lektury.
Michał Okoński redaktor wydania
Grażyna Makara / Katarzyna Włoch // TP
Wynalazki na pojutrze
Wojciech Brzeziński Wszyscy mówią o rewolucji AI i robotyce. Tymczasem przyszłość wykuwa się także w miejscach znacznie mniej efektownych. Co nie znaczy: mniej ważnych.
Historia, a zwłaszcza historia techniki, cywilizacji i, użyjmy tego słowa z pewnym przekąsem, postępu, od stuleci amatorsko ćwiczy się w sztuce prestidigitacji. Macha ludziom przed oczami świecidełkiem i woła: "Tak! To jest wynalazek, który wszystko zmieni!". A kiedy wszyscy patrzą na błyskotkę, rzeczywistość po cichu, ale gruntownie, zmienia coś znacznie mniej efektownego.
W połowie lat 50. przyszłość zdawała się należeć do energii jądrowej. Rozszczepiane jądra uranu miały napędzać wszystko, od ogromnych samolotów po samochody w amerykańskiej suburbii. W 1959 r. symbolem tej wizji stał się NS Savannah, pierwszy cywilny statek handlowy z reaktorem jądrowym, powstały w ramach programu "Atom dla pokoju". Błyszczący, supernowoczesny frachtowiec wybudowano kosztem niemal 50 mln dolarów - o równowartości połowy dzisiejszego miliarda.
Savannah opłynęła świat, ale atom pod strzechy nigdy nie zszedł. Tymczasem prawdziwa rewolucja wypływała z portu na czymś, co przy Savannah wyglądało niemal jak pływająca krypa. SS Ideal X był przerobionym tankowcem z czasów II wojny światowej. To na jego pokład w 1956 r. załadowano 58 metalowych pudeł i wysłano z Newark do Houston.
I właśnie te pudła wygrały. Standaryzowany kontener radykalnie upraszczał przeładunek między statkiem, koleją i ciężarówką. Obniżał koszty i skracał czas postoju w portach. Atomowe frachtowce pozostały ciekawostką. Krypa z pudłami wywróciła globalną gospodarkę do góry nogami. Dziś po oceanach pływa ponad 6 tys. jej potomków, zabierających tysiące kontenerów z każdym rejsem.
Samolot na prąd...
Trudno się nie zastanawiać, czy dziś nie jesteśmy w podobnym momencie. Technologicznym świecidełkiem 2026 r. jest sztuczna inteligencja. Inwestorzy, politycy, media i wielkie firmy technologiczne patrzą w ekrany chatbotów, podczas gdy obok dojrzewają technologie, które za kilkanaście lat mogą okazać się równie albo bardziej brzemienne w skutki.
12 sierpnia 2026 r. o pomarańczowozłotym świcie, z pasa lotniska w Plattsburgh w stanie Nowy Jork wystartował niepozorny samolot. Ot, zwykła, śmigłowa maszyna regionalna, którą tylko zapaleniec odróżniłby od ATR-a czy Dasha-8. Samolot wzniósł się na kilkaset metrów i wylądował po 27 minutach. Haczyk? Na pokładzie nie miał ani grama paliwa lotniczego. Miał akumulatory. A cały lot zużył energię wartą ok. 20 zł.
X1 firmy Heart Aerospace to największy elektryczny samolot, jaki kiedykolwiek wzbił się w powietrze. Ma około 32 metrów rozpiętości i waży ponad 11 ton. Nawet Airbus pokazał do tej pory jedynie maleńką, dwuosobową maszynę, a jedyne pasażerskie samoloty elektryczne, jakimi można faktycznie się przelecieć, to przerobione wodnosamoloty Beaver, którymi lokalna linia lotnicza wozi pasażerów między Vancouver a okolicznymi wyspami.
Następca X1, ES-30, ma zabierać 30 pasażerów i pokonywać 200 kilometrów na samych bateriach lub 800 kilometrów w trybie hybrydy. Nie oznacza to, że za chwilę polecimy "na prądzie" z Warszawy do Londynu. Ale bariery, jeszcze niedawno sprawiające wrażenie nienaruszalnych, zaczynają kruszeć.
...czy może na wodór?
Lotnictwo odpowiada za ok. 4 proc. globalnego ocieplenia, ale jego udział w kryzysie rośnie, bo latamy coraz chętniej. Sprawienie, żeby samoloty nie emitowały gazów cieplarnianych, okazało się jednak upiornie trudne, bo fizyka postanowiła stanąć okoniem. Kilogram paliwa lotniczego magazynuje wielokrotnie więcej energii niż kilogram baterii, a do tego paliwo w trakcie lotu znika i samolot staje się lżejszy; rozładowany akumulator waży tyle samo co pełny. Żeby polecieć daleko, trzeba więc zabrać mnóstwo akumulatorów. Samolot staje się cięższy, zużywa więcej energii, a więc... potrzebuje jeszcze więcej akumulatorów.
Airbus rozwija systemy, w których prąd dla silników elektrycznych byłby wytwarzany na pokładzie w ogniwach paliwowych zasilanych ciekłym wodorem. To rozwiązuje część problemów, ale tworzy nowe. Wodór trzeba przechowywać w bardzo niskiej temperaturze, potrzebne są nowe zbiorniki i infrastruktura lotniskowa, a cały układ trzeba doprowadzić do standardów bezpieczeństwa lotnictwa pasażerskiego. Airbus traktuje więc tę technologię jako projekt na dalszą przyszłość.
Jeśli jednak elektryczne samoloty wejdą do regularnej eksploatacji, ich najważniejszym skutkiem wcale nie musi być ograniczenie emisji. Silnik elektryczny jest prostszy, tańszy w obsłudze i znacznie cichszy od spalinowego, a energia może kosztować mniej niż paliwo lotnicze. Połączenia między niewielkimi miastami, dziś zbyt drogie dla tradycyjnych samolotów, mogą zacząć się opłacać. Małe lotniska mogłyby dostać drugie życie, a część podróży odbywać się bez przesiadki w wielkich portach. Elektryfikacja może więc zmienić mapę tego, jak podróżujemy.
Z czego zrobić baterię
W lotnictwie masa akumulatorów jest przekleństwem. W energetyce nie ma znaczenia. Bateria może ważyć setki ton i zajmować pół hektara, jeśli tylko potrafi tanio przechować dużo energii.
Przez ponad sto lat logika systemu energetycznego była oparta na prostym, ale niewygodnym fakcie: prądu nie dało się odłożyć na półkę. Trzeba go było produkować niemal dokładnie wtedy, kiedy był zużywany. Elektrownie, sieci i rynki energii zbudowano więc wokół nieustannego dopasowywania podaży do popytu.
Teraz inżynierowie próbują taką półkę zbudować. Według IEA w samym 2025 r. na świecie zainstalowano 307 GWh nowych bateryjnych magazynów energii - dość, by zasilić całą Polskę przez 13 godzin. W 2026 r. dojdzie kolejnych 459 GWh. Na razie 90 proc. tych instalacji wykorzystuje baterie litowo-jonowe, ale to wkrótce może się zmienić.
Przede wszystkim dzięki kuchennej soli. Baterie sodowe magazynują mniej energii w kilogramie niż litowe, ale w magazynie stojącym przy elektrowni dodatkowa masa nie jest wielkim problemem. W zamian mogą być tańsze, są mniej podatne na pożary, a sód jest tani i powszechnie dostępny.
Amerykańska Form Energy poszła dalej. Jej baterie wykorzystują żelazo, wodę i powietrze. Podczas rozładowania żelazo dosłownie rdzewieje, podczas ładowania reakcja biegnie w przeciwną stronę. Energia może być w nich przechowywana przez ok. 100 godzin. Do magazynów mogą też trafiać zużyte baterie samochodowe, które straciły zbyt wiele pojemności dla auta, ale nadal mogą pracować tam, gdzie masa i objętość mają mniejsze znaczenie.
W starej kopalni
Ale kto powiedział, że musimy w ogóle korzystać z baterii? W Chinach firma Energy Vault uruchamia konstrukcję przypominającą gigantyczny Tetris: nadmiar prądu służy do podnoszenia ciężkich bloków, a ich opuszczanie oddaje energię do sieci. Instalacja ma 25 MW mocy i 100 MWh pojemności.
Inny pomysł zakłada wykorzystanie starych kopalń jako elektrowni szczytowo-pompowych. Amerykańska ARES proponowała nawet ciężkie wagony kolejowe wciągane pod górę i spuszczane w dół. Tu fizyka działa, ale komercyjnego przełomu na razie nie ma.
Najważniejsze jest jednak to, że magazyny szybko tanieją. Średni koszt baterii do stacjonarnego magazynowania spadł w 2025 r. o 45 proc., do ok. 70 dolarów za kilowatogodzinę. Od 2010 r. koszty baterii zmniejszyły się o ponad 90 proc. Jeśli ten trend się utrzyma, przechowywanie prądu stanie się jednym z podstawowych elementów systemu energetycznego. A prąd ostatecznie przestanie się kojarzyć z kominami elektrowni.
Elektrownia na orbicie
Jest jeszcze jeden sposób na kłopoty związane z energią słoneczną: wynieść elektrownię w kosmos. Na odpowiednio dobranej orbicie panele mogłyby pracować niemal bez przerwy, bez chmur i nocy, a wytworzony prąd byłby zamieniany w mikrofale i przesyłany na Ziemię.
Brzmi dobrze, dopóki nie zaczniemy liczyć. W 2024 r. NASA przeanalizowała dwa projekty elektrowni o mocy 2 GW, porównywalnej z dużą elektrownią jądrową. Mniejsza potrzebowałaby 11,5 km kw. paneli - powierzchni ok. 1600 boisk piłkarskich - i ważyłaby niemal 6 tys. ton. Żeby umieścić ją na orbicie, potrzeba byłoby ponad 2300 startów ciężkich rakiet. Rachunek: 276 mld dolarów. Większy projekt ważyłby około 10 tys. ton, wymagał niemal 4 tys. startów i kosztował 434 mld.
Sam pomysł działa. W 2023 r. naukowcy z Caltech wysłali na orbitę urządzenie, które zamieniło prąd na mikrofale i skierowało je ku Ziemi. Antena na dachu laboratorium w Pasadenie odebrała ok. ćwierć wata - dość mniej więcej dla jednej maleńkiej diody LED. Elektrownia analizowana przez NASA miałaby dostarczać 2 miliardy watów.
Orbitalna energetyka pozostaje więc eksperymentem. Ale kosmos coraz szybciej przestaje być domeną astronomów i astronautów, a staje się miejscem pracy inżynierów, techników, biologów i farmaceutów. Głównie dlatego, że coraz łatwiej się tam dostać.
Coraz więcej satelitów
Przez dziesięciolecia wynoszenie satelitów było domeną kilku państw i garstki wielkich koncernów. Teraz własne rakiety budują dziesiątki prywatnych firm. W finansowanym przez Europejską Agencję Kosmiczną programie rozwoju nowych rakiet uczestniczą m.in. Isar Aerospace i Rocket Factory Augsburg z Niemiec, francuska MaiaSpace i hiszpańska PLD Space. ESA przeznaczyła tylko na trzy z tych firm ponad pół miliarda euro.
5 września 2026 r. niemiecki Isar Aerospace wystrzelił z północnej Norwegii 28-metrową rakietę Spectrum. Siedem minut później znalazła się na orbicie i wypuściła pięć małych satelitów. Był to pierwszy udany lot na orbitę całkowicie komercyjnej rakiety z Europy. Firma buduje już pięć kolejnych egzemplarzy i chce docelowo produkować do 40 rakiet rocznie.
Orbita zaczyna więc coraz mniej przypominać Mount Everest, na który organizuje się kosztowną ekspedycję, a coraz bardziej port, do którego regularnie przywozi się sprzęt i towary. Sprzęt zaś wymaga obsługi.
21 lipca z Florydy wystartował Mission Robotic Vehicle firmy SpaceLogistics. Za około rok dotrze 36 tys. km nad Ziemię, gdzie dwa robotyczne ramiona będą mogły podlatywać do satelitów i montować na nich nowe urządzenia. Jednym z pierwszych zadań będzie doczepianie własnego napędu do satelitów, którym skończyło się paliwo. Taki moduł ma przedłużyć życie maszyny o co najmniej sześć lat.
Lekarstwo z kosmosu
Satelity są oczywistym biznesem orbitalnym. Mniej oczywiste jest to, że następnym mogą być leki.
Na Ziemi w cieczy cięższe cząstki opadają, a różnice temperatur wprawiają płyn w ruch. W stanie nieważkości oba zjawiska są znacznie słabsze, dzięki czemu niektóre substancje tworzą bardziej regularne kryształy. Dla farmaceutów ma to praktyczne znaczenie: od ich wielkości i kształtu zależy m.in. stabilność leku i to, jak dużą dawkę można zmieścić w niewielkiej ilości płynu.
Pokazuje to przypadek Keytrudy, jednego z najważniejszych leków przeciwnowotworowych. Produkujący ją amerykański koncern Merck wysłał na Międzynarodową Stację Kosmiczną pembrolizumab, przeciwciało będące substancją czynną leku, a drugą partię pozostawił na Ziemi. W obu pozwolono substancji utworzyć kryształy.
Na Ziemi powstała mieszanina kryształów o średnich rozmiarach 13 i 102 mikrometrów. Na orbicie były znacznie bardziej jednorodne - miały średnio ok. 39 mikrometrów. Z takich kryształów łatwiej przygotować bardzo skoncentrowaną zawiesinę, czyli zmieścić dużą dawkę w kilku mililitrach płynu. Badania na orbicie pomogły Merckowi zrozumieć, jak uzyskać takie kryształy na Ziemi. We wrześniu 2025 r. FDA dopuściła podskórną postać Keytrudy. Zamiast dwóch godzin pod kroplówką pacjent dostaje zastrzyk.
Amerykański start-up Varda Space Industries chce pójść krok dalej. Buduje niewielkie bezzałogowe kapsuły z aparaturą do obróbki substancji farmaceutycznych. Pierwsza wystartowała w czerwcu 2023 r. Na orbicie firma krystalizowała rytonawir, lek stosowany m.in. w terapii HIV. Badania po lądowaniu wykazały, że kryształy przetrwały zarówno pobyt w kosmosie, jak i gwałtowne wejście w atmosferę.
Varda chce pokazać, że proces można powtarzać: wysłać niewielką partię bardzo drogiej substancji, wykorzystać stan nieważkości podczas jej produkcji, a potem sprowadzić produkt na Ziemię. Nie ma sensu wynosić na orbitę ton stali czy zwykłych chemikaliów. Ale w przypadku kilku gramów substancji wartej dziesiątki albo setki tysięcy dolarów kosmiczna "fabryka" może mieć sens.
Terapia dla jednego pacjenta
Fabryka produkująca kilka fiolek leku brzmi dziwnie. Jeszcze dziwniejszy może wydawać się lek produkowany dla jednego człowieka.
KJ Muldoon urodził się w 2024 r. z niezwykle rzadką wadą genu CPS1. Gen ten zawiera instrukcję produkcji enzymu, bez którego wątroba nie potrafi prawidłowo usuwać amoniaku powstającego podczas rozkładu białek. U KJ zaczął gromadzić się on we krwi. W dużym stężeniu jest toksyczny dla mózgu, a w najcięższej postaci niedoboru CPS1 około połowy dzieci umiera w pierwszych miesiącach życia.
Diagnozę postawiono, gdy chłopiec miał kilka dni. Lekarze z Children's Hospital of Philadelphia i Uniwersytetu Pensylwanii mogli ograniczać ilość białka w jego diecie, podawać leki pomagające usuwać nadmiar azotu i czekać na przeszczep wątroby. Zdecydowali się jednak stworzyć terapię genową dla jednego konkretnego pacjenta.
Odczytali DNA dziecka i znaleźli mutację odpowiedzialną za chorobę. Potem zaprojektowali cząsteczki, które miały dotrzeć do komórek jego wątroby i poprawić ten błąd. Wykorzystali odmianę metody CRISPR, która pozwala zmienić pojedynczą "literę" genetycznego zapisu. Instrukcję wykonania poprawki zamknięto w maleńkich tłuszczowych pęcherzykach, podobnych do wykorzystywanych w szczepionkach mRNA. Od rozpoznania mutacji do przygotowania leku minęło około sześciu miesięcy.
25 lutego 2025 r. siedmiomiesięczny KJ dostał pierwszą dawkę. Kolejne podano w marcu i kwietniu. Rok później mógł jeść więcej białka, potrzebował mniej leków pomagających usuwać azot z organizmu, zaczął chodzić i mówić. Lekarze zastrzegają, że nie można jeszcze mówić o wyleczeniu. Po trzech dawkach nie stwierdzili jednak poważnych działań niepożądanych związanych z terapią.
Zwykły lek opracowuje się z myślą o tysiącach albo milionach ludzi. Ten powstał dla jednego dziecka i jednej mutacji w jego DNA. KJ był pierwszym człowiekiem, który dostał ten lek, i być może pozostanie jedynym.
Autonomiczne wywrotki górnicze Komatsu, kopalnia Rio Tinto w rejonie Pilbara w Australii Christian Sprogoe Photography / materiały prasowe Komatsu
Szczepionka na raka
Paradoks chorób rzadkich polega na tym, że wcale nie są rzadkie. W Unii Europejskiej zalicza się do nich choroby dotykające nie więcej niż jedną osobę na 2000. Tyle że znamy ich od 6 do 8 tysięcy. W sumie żyje z nimi 27-36 mln mieszkańców UE, a na całym świecie ponad 300 mln ludzi. Dla ok. 90 proc. nie istnieje zatwierdzona terapia. Jeśli na daną chorobę cierpi kilkuset, kilkudziesięciu, a czasem zaledwie kilku ludzi, opracowanie dla nich osobnego leku może nigdy się nie zwrócić.
Zespół z Filadelfii chce więc nie wymyślać za każdym razem całej terapii od nowa, lecz korzystać z tych samych podstawowych narzędzi i zmieniać przede wszystkim fragment odpowiedzialny za znalezienie miejsca w DNA do "nadpisania".
Podobne podejście stosuje się w leczeniu nowotworów. Każdy guz gromadzi własny zestaw mutacji. Można pobrać jego fragment, odczytać DNA, znaleźć zmiany charakterystyczne dla komórek rakowych i na tej podstawie przygotować szczepionkę dla konkretnego chorego.
W badaniu opublikowanym w 2026 r. zrobiono tak u 14 kobiet z potrójnie ujemnym rakiem piersi. Dla każdej przygotowano inną szczepionkę mRNA, odpowiadającą mutacjom znalezionym w jej guzie. U niemal wszystkich udało się wywołać reakcję limfocytów T przeciwko kilku takim celom, a część odpowiedzi utrzymywała się przez lata. To niewielkie badanie i nie dowodzi jeszcze, że szczepionki wydłużają życie. Pokazuje jednak, że można produkować serię leków, z których każdy ma inny skład.
I tu pojawia się problem skali. Trzeba odczytać DNA pacjenta lub jego nowotworu, znaleźć ważne mutacje, wybrać cel, zaprojektować preparat, wyprodukować go i sprawdzić - na tyle szybko, żeby chory mógł z niego skorzystać. Jeśli przy każdym pacjencie będzie to ręcznie wykonywał zespół specjalistów, spersonalizowane terapie pozostaną kosztownymi wyjątkami.
Dlatego równie ważne jak nowe leki może być to, co dzieje się w laboratoriach.
Najbardziej widowiskowym symbolem robotyki są humanoidy. Tymczasem prawdziwa automatyzacja może wyglądać jak zestaw pomp w laboratorium.
Ciężarówka bez kierowcy
W kwietniu 2026 r. naukowcy z Uniwersytetu Amsterdamskiego opisali RoboChem-Flex: zestaw pomp, zaworów, przewodów, naczyń reakcyjnych i urządzeń pomiarowych połączonych z komputerem. Chemik określa cel, a maszyna dobiera temperaturę, czas czy ilość składników, przeprowadza reakcję, mierzy wynik i na tej podstawie wybiera warunki następnej próby. Przy lekach szytych pod pacjenta właśnie takie żmudne, powtarzalne czynności trzeba będzie wykonywać tysiące razy.
W przemyśle ciężkim ten proces zaszedł już znacznie dalej. W kwietniu 2026 r. japoński Komatsu uruchomił tysięczną autonomiczną wywrotkę górniczą. Każda może zabrać ok. 290 ton skały, a od 2008 r. maszyny klientów firmy przewiozły bez kierowców ponad 11,5 miliarda ton materiału. W kopalniach Rio Tinto w australijskim Pilbara autonomicznie pracuje ok. 90 proc. floty ciężarówek. Bez maszynistów jeżdżą tam także pociągi przewożące ponad milion ton rudy dziennie.
I tu historia znowu robi swój prestidigitatorski numer. Najbardziej widowiskowym symbolem robotyki są dziś humanoidy: chodzą, podnoszą pudełka, składają ubrania, czasem tańczą przed kamerami. Tymczasem prawdziwa automatyzacja może wyglądać jak zestaw pomp w laboratorium albo 290-tonowa ciężarówka jadąca przez kopalnię bez człowieka w kabinie. Robot nie musi mieć twarzy, nóg ani pięciu palców. Musi wykonać konkretną pracę taniej, szybciej albo dokładniej od człowieka.
Pisarz William Gibson zauważył kiedyś, że "przyszłość już tu jest, tylko nie jest równomiernie rozłożona". Problematyczne zawsze jest pytanie: "gdzie?". W 1956 r. też nikt nie wiedział, że 58 metalowych pudeł ustawionych na pokładzie starego tankowca zaczyna właśnie zmieniać światowy handel.
Historia nadal macha nam przed oczami świecidełkiem. Najciekawsze pytanie brzmi: co w tym czasie robi drugą ręką??
Wojciech Brzeziński jest dziennikarzem zajmującym się nauką i techniką. Twórca programu popularnonaukowego "Horyzont zdarzeń". Współautor (z Agatą Kaźmierską) książek "Strefy cyberwojny" i "Krzemowa kompania. Jak kolonizuje nas Big Tech", zdobywca Grand Press Digital and Technology 2023 za publikowany w "Tygodniku Powszechnym" (z którym stale współpracuje) cykl "WybierAI: Algorytmy".
Dalsza część w wersji pełnej
Początek historii
Cory Doctorow, pisarz: Państwo, samorząd lokalny, pojedyncze firmy, użytkownicy indywidualni - każdy powinien mieć wpływ na przyszłość internetu. Potrzebne są prawdziwe cyfrowe dobra publiczne.
Mateusz Mazzini: Masz jeszcze konta na platformach społecznościowych?
Cory Doctorow: Oczywiście.
Naprawdę? Myślałem, że facet, który napisał książkę o gównowaceniu platform i całego internetu, dawno się z tych miejsc wylogował.
Zależy, o jakie platformy pytasz. Mam aktywne konta na BlueSky i Mastodonie. Zachowałem jeszcze konto na X, dawnym Twitterze, choć jest ono w dużej mierze uśpione. Używam go jako tablicy ogłoszeniowej, sporadycznie zostawiając tam informacje o występach publicznych i nowych książkach. Ale jeśli chodzi o najbardziej popularne platformy - nie znajdziesz mnie tam. Konto na Facebooku skasowałem w 2006 r., a na Instagramie i WhatsAppie dzień po tym, kiedy zostały przejęte przez Marka Zuckerberga.
Żeby być precyzyjnym, dodam, że hostuję swój własny serwer, na którym mam konto na BlueSky - oznacza to, że wszystkie wygenerowane przeze mnie dane w ramach użytkowania tej platformy są moją własnością i to ja je przechowuję. Z Mastodonem jeszcze nie doszedłem do tego poziomu, używam serwera francuskiej fundacji La Quadratur de Net, ale im akurat ufam całkowicie. Wiem, że gdyby doszło do próby cenzury, przejęcia moich danych przez inny podmiot czy rząd, oni by się nie ugięli od razu.
Pytam, bo sam odszedłem od tych platform, choć dużo później niż Ty. Konto na Facebooku usunąłem w styczniu 2025 r., po inauguracji drugiej kadencji Trumpa. Ale pamiętam czasy, kiedy Facebook był najbardziej transparentną, przyjemną w użytkowaniu platformą.
Bo tak na początku rzeczywiście było. To zresztą jedno ze studiów przypadku, które opisuję w "Gównowaceniu". Klasyczny przykład platformy, która była kiedyś dobrym miejscem do interakcji dla użytkowników, przyzwyczaiła ich do siebie, wręcz przywiązała, z czasem stając się ohydną przestrzenią, z której jednak trudno wyjść.
Porozmawiajmy o tej interakcji. Mam wrażenie, że dobrym symbolem starego Facebooka była funkcja "zaczepki". Mogłeś bardzo niewinnie, nienachalnie "zaczepić" innego użytkownika, zwrócić jego uwagę - jakby ta funkcja ze świata cyfrowego miała jedynie prowadzić do kontaktu w świecie analogowym. Internet jako co najwyżej uwertura do prawdziwego życia. Dziś jest dokładnie odwrotnie.
Doskonale pamiętam ten przycisk. Zresztą pierwotną funkcją wielu narzędzi internetowych i cyfrowych było właśnie sprowokowanie interakcji fizycznej - tej, którą nazwałeś "analogową". Ja do dziś żyję w ten sposób, często w trakcie wyjazdów służbowych piszę SMS-a do córki, żeby poprosiła mamę o zrobienie czegoś czy sprawdzenie maila, bo moja żona sama w telefon nie patrzy tak często.
Potrafisz zidentyfikować moment, w którym doszło do tej zmiany?
Nie wydaje mi się, żeby był jeden moment. Największą trudność w zrozumieniu całego procesu gównowacenia internetu sprawia nam fakt, że zmiana na gorsze nie dzieje się nagle, tylko posuwa stopniowo, centymetr po centymetrze. Tak działa ludzka psychika, zwracamy uwagę na zmiany gwałtowne, ale tych relatywnych, małych, często nie dostrzegamy. Internet jest pod tym względem podobny do klimatu - większość ludzi dostrzeże falę gorąca, zwłaszcza w kraju, w którym zwykle jest chłodno, ale mało kto zdaje sobie sprawę z relatywnie niewielkiego wzrostu średnich temperatur rok do roku.
Do tej diagnozy dodać trzeba warunki kapitalistyczne, w jakich powstały firmy zarządzające platformami, oraz w jakich żyją pracujący w nich ludzie. Łatwo wyobrazić sobie, że jeśli szef każe ci lekko obniżyć jakość produktu, nad którym pracujesz, jesteś gotów to zrobić. Nie będziesz przecież rzucać papierami z powodu małej zmiany na gorsze. Tak, w dużym skrócie, wygląda mentalność korporacyjna firm technologicznych: sprawiają, że platformy stają się troszkę bardziej gówniane, ale w małych odstępach. Na tyle małych, żeby ludzie nie odchodzili z pracy z powodu tego gównowacenia, a użytkownicy - żeby tych zmian nie zauważyli, albo przynajmniej nie kasowali przez nie kont.
Zresztą akurat w obszarze technologii cyfrowych jest to dość proste do zrobienia. Wiele lat przed wprowadzeniem wspieranych przez sztuczną inteligencję narzędzi analitycznych istniały już przecież metody analizy preferencji użytkowników. Wystarczyło milionowi osób na Facebooku pokazać jeden układ strony, a milionowi innych - jakiś odmienny. Widać było gołym okiem, kto i w co klika. W ten sposób platformy wiedziały, jaki jest maksymalny próg obniżania jakości produktu, zanim użytkownicy zaczną się buntować i opuszczać system.
W książce piszesz, że firmy zarządzające platformami "nie umierają". Nawet jeśli rzeczywiście oferują coraz gorsze usługi, to nie bankrutują. Czy to właśnie dlatego, że użytkownicy nie dostrzegają zmian na gorsze?
To na pewno jeden z powodów, ale chyba nie najważniejszy. Ludzie nie opuszczają tych miejsc, bo koszty przejścia na inną platformę bywają po prostu zbyt wysokie. Pomyśl o sobie - mieszkałeś za granicą, na pewno masz wielu znajomych z przeszłości, których dziś nie ma w Polsce. Najłatwiej utrzymywać z nimi kontakt przez Facebooka: przecież nie będziesz namawiać kolegów z liceum, żeby dla ciebie założyli konto na BlueSky czy Mastodonie. Każdy lubi własnych przyjaciół, ale są granice. Sartre miał rację, piekło to inni.
Tak długo, jak cenisz swoich przyjaciół bardziej niż nienawidzisz Zuckerberga, jesteś w stanie wytrzymać naprawdę dużo zmian na gorsze. Możemy się śmiać i trywializować takie decyzje, ale dla wielu ludzi, zwłaszcza z twojego pokolenia, odejście z Facebooka oznacza utratę ogromnej ilości zdjęć, wspomnień, sposobów kontaktu z ludźmi, którzy byli dla was ważni.
Innym aspektem funkcjonowania Facebooka jest to, że w niektórych miejscach na tej platformie naprawdę powstają autentyczne, prężnie działające społeczności. Pomyśl np. o ludziach, którzy przeszli nowotwory. Mają swoje grupy wsparcia, dzielą się informacjami. W takich grupach często toczą się rozmowy autentycznie ratujące życie, pomagające podjąć decyzje o najważniejszych operacjach czy zabiegach. Ludzie zostają na tych grupach nawet po tym, jak odkryto, że Facebook ich szpieguje.
W jakim sensie szpieguje?
Od 2013 r. wiadomo, że na Facebooku istniała funkcja podejrzenia członkostwa użytkowników w konkretnych grupach, nawet jeśli samemu się do nich nie należało. Jeśli ja byłbym twoim znajomym, mógłbym zobaczyć, do czego się zapisałeś. To bardzo ryzykowne, bo jeśli szukasz akurat informacji relatywnie intymnych - np. na temat raka piersi - to prawdopodobnie twój pracodawca, z którym możesz być znajomym na Facebooku, niekoniecznie musi o tym wiedzieć. Twój ubezpieczyciel nie powinien mieć możliwości wytropienia takiej informacji, bo może wykorzystać to przeciwko tobie, podnosząc ci składkę.
Ta kwestia była wielokrotnie podnoszona przez aktywistów, ale po pewnym czasie Facebook przyznał, że to nie jest żaden błąd w oprogramowaniu, tylko świadoma cecha systemu - w związku z czym nie zamierzają tego zmieniać. W czasach pierwszej administracji Trumpa sprawa trafiła do sądu i Facebook poszedł nawet na wielomilionową ugodę - tylko co z tego, skoro nic w działaniu platformy nie uległo zmianie. A mimo to aktywiści nadal tam są, bo po prostu koszty przejścia gdzie indziej, odtworzenia tej społeczności, stworzenia zbiorowej migracji są za wysokie.
Czasem się słyszy: "jeśli ci się tak bardzo nie podoba, czemu nie skasujesz konta?".
Ale to tak nie działa. Od czasów Reagana i Thatcher w ekonomii jako nauce preferencje konsumenckie odczytuje się głównie nie poprzez deklaracje, ale działania użytkowników systemu. Nie interesuje nas, co mówisz, że potrzebujesz - patrzymy na to, co robisz, bo tylko czyny zdradzają ukryte preferencje. Dlatego wciąż zakładamy, że jeśli ktoś zostawia swoje konto na Facebooku, to robi to z wyboru, takie ma preferencje. Ale to jest analogiczne do myślenia, że ludzie gotowi sprzedać nerkę, żeby zapłacić czynsz za mieszkanie, mają po prostu ukrytą preferencję życia z jedną nerką.
Współczesna ekonomia nie radzi sobie z odczytywaniem struktur władzy politycznej, bo kieruje się właśnie takimi rynkowymi absurdami. Na przykładzie platform internetowych widać to najlepiej: użytkownicy są tam uwięzieni. Czasem myślę, że Facebook działa na nich jak pułapka na karaluchy - mogą wejść, wydaje im się nawet, że robią to dobrowolnie, ale wyjść już nie będą mogli. Facebook to taka wirtualna trutka. Ta platforma według mnie nie ma użytkowników, tylko zakładników.
Ale czy nie trzyma ich tam też zwykła nostalgia? Tęsknota za światem minionym jest już osobną gałęzią przemysłu, algorytm coraz lepiej wie, czego ci brakuje z przeszłości. Zwłaszcza dziś, w świecie chaosu, dla wielu ludzi to po prostu spokojne schronienie.
Nostalgia nie jest niczym nowym. Pamiętasz "Grease"? Albo "Powrót do przeszłości"? To są filmy z późnych lat 70. i wczesnych 80., opowiadające o latach 50. Marcel Proust swoją najważniejszą książkę poświęcił nostalgii za własnym dzieciństwem i za światem, którego już nie ma. Oczywiście dla Facebooka czy Instagrama to olbrzymia wartość, bo nasza nastoletniość jest zapisana na tych platformach w niewyobrażalnych rozmiarach.
Charlie Stross, brytyjski badacz i autor science fiction, powiedział nawet kiedyś, że era platform społecznościowych we wczesnych latach 2000. przyniosła "początek historii", co było kontrastem do "końca historii" Fukuyamy, ogłoszonego dekadę wcześniej. Chodziło mu o to, że po raz pierwszy w dziejach cywilizacji historia stała się autentycznie powszechna i jednocześnie powszechnie dostępna. Bo jeśli się nad tym zastanowisz, to szybko zrozumiesz, że tak naprawdę o życiu zwykłych ludzi nie wiemy nic. Znamy jadłospisy królów, ale dieta chłopów pozostaje dla nas enigmą. Dopiero platformy internetowe pozwoliły nam odkryć i zapisać przebieg normalnych dni u ludzi, którzy nie sprawowali władzy w tej czy innej formie.
Dobrym przykładem są dzieje portalu fotograficznego Flickr. Przez zupełny przypadek spora grupa ludzi, która pracowała przy tej stronie, z czasem przeniosła się do Nokii. I ponieważ wtedy panowała moda na wrzucanie do sieci zdjęć swoich obiadów, a siedziba Nokii w Helsinkach miała świetną kantynę, to cały świat regularnie dostawał informacje o obiadowym jadłospisie ze stolicy Finlandii. To była jakaś forma bloggingu i jednocześnie prawdziwy "początek historii". Normalni ludzie jedzący normalne jedzenie, prowadzący normalne rozmowy.
Internet ma też dobre strony, jak się okazuje.
Jest wiele dziedzin nauki, które rozwinęły się dzięki zwiększonej interakcji ludzi w internecie. Gretchen McCulloch, wybitna kanadyjska lingwistka, napisała świetną książkę "Because Internet", w której opisała, jak sieć zmieniła sposób konstruowania zdań i cały język komunikacji. Jednocześnie okazało się, że internet wprowadził rewolucję nie tylko w mówieniu, ale też w badaniu mowy - po prostu wcześniej nie mieliśmy archiwów wypowiedzi zwykłych ludzi na masową skalę. Teraz natomiast mamy materiał dowodowy znacznie szerszej grupy społecznej, z olbrzymim bogactwem danych. Dziś pod wieloma względami stał się to problem, bo wszystkie te treści zostały zassane do dużych modeli językowych i wykorzystane bez naszej wiedzy do rozwoju sztucznej inteligencji, ale dzięki temu mamy też znacznie lepszą świadomość tego, jak ludzie do siebie mówią.
Dobrze, że wspomniałeś o sztucznej inteligencji, bo to chyba jedyna wielka innowacja, która wyszła z Doliny Krzemowej w ostatnich latach. W "Gównowaceniu" piszesz, że największe firmy technologiczne po prostu pochłaniają swoich rywali - bo mogą. Czy to dlatego przestały się rozwijać?
Innowacja jest droga i niebezpieczna. Jedną z pierwszych rzeczy, których dowiadują się studenci na studiach biznesowych, jest fakt, że prawdziwie innowacyjne rozwiązania wprowadzają chaos i zakłócenia w funkcjonowaniu firm, zwłaszcza dużych. Pomyśl o historii kinematografii. Filmy kinowe niekoniecznie są lepsze od sztuk teatralnych, ale często ludzie, którzy nie mieli wystarczająco dużo talentu, żeby grać w teatrze, szli do filmu i odnosili sukces - a przecież obie dziedziny walczą o tę samą publikę. Gdyby teatr miał możliwość zgaszenia w zarodku rewolucji kina, na pewno by to zrobił, bo po co mu konkurencja?
W biznesie widać to na każdym kroku - wiele najciekawszych firm w Ameryce zostało założonych przez ludzi, którzy przepracowali wiele lat w dużych strukturach, a potem poszli na swoje i stworzyli lepszy produkt, bo wcześniej korporacja ich tłamsiła. Tak było w przypadku Disneya - wielu zawodowych uchodźców z tego studia zakładało potem własne firmy produkcyjne i odnosiło wielkie sukcesy.
Dosłownie kilka dni przed naszą rozmową badacze z Centrum im. Stiglera na Uniwersytecie w Chicago opublikowali wyniki badań na temat tzw. lock-in strategies, sposobów firm na zatrzymanie przy sobie użytkowników. Wyszło im, że średnio ok. 20 proc. wartości fuzji i przejęć na amerykańskim rynku pochodzi właśnie ze strategii blokowania odejść użytkowników. W czasach rządów Bidena w Ameryce wprowadzono zasadę click to cancel, która miała oferować taką usługę: klikasz raz, w jedno okienko, i anulujesz subskrypcję lub kasujesz konto. Potem przyszedł Trump i cofnął te zmiany, dzięki czemu platformy internetowe natychmiast zaczęły informować swoich inwestorów, że przewidują wzrosty przychodów. W gruncie rzeczy komunikowali w ten sposób światu, że ich zdaniem ludzie korzystają z ich produktów głównie z powodu nieumiejętności wstrzymania opłat.
Skasowanie subskrypcji jest zbyt trudne?
A w związku z tym przynajmniej część zainteresowanych macha ręką i płaci dalej. Od początku lat 2000. przeciętny klient amerykańskiej firmy jest jej klientem o połowę dłużej, niż to było dawniej. Czyli retencja użytkowników - bo to dotyczy też platform takich jak Facebook czy Amazon - jest o połowę wyższa. A wskaźnik zadowolenia konsumenckiego przez ten sam okres nawet nie drgnął.
Nie mówiąc o tym, że firmy, które nie wprowadzają innowacji, a jedynie koncentrują się na przywiązywaniu do siebie użytkowników, mają po prostu mniej pracowników. Nie zależy im na dobrej obsłudze klienta, płacą mniej, bo jest mniejsza wewnętrzna konkurencja. Wydają mniej na badania i rozwój, składają mniej wniosków patentowych, ogólnie stają się mniej przydatne całej gospodarce. W rezultacie tworzy się błędne koło: jeśli pracownicy nie mogą odejść, bo boją się o swoje bezpieczeństwo finansowe i nie mają dokąd iść, a użytkownicy są zmuszani na różne sposoby, żeby zostać na platformach czy dalej kupować za ich pośrednictwem, nikt nie musi się starać. Pracownicy nie muszą dobrze wykonywać swoich obowiązków, użytkownikom jest wszystko jedno, co się postuje na Facebooku czy Instagramie. Nikomu nic nie przeszkadza. To właśnie jest gównowacenie.
Facebook działa jak pułapka na karaluchy - możesz wejść, wydaje ci się nawet, że robisz to dobrowolnie, ale wyjść już nie będziesz mógł. Ta platforma nie ma użytkowników, tylko zakładników.
Przygotowując się do naszej rozmowy, znalazłem esej o wiele mówiącym tytule "Gównowacenie nie istnieje". Nie wiem, czy go znasz, ale dla porządku powiem, że został opublikowany na portalu Substack, na blogu należącym do A16Z, jednego z największych funduszy inwestycyjnych na świecie, i jednego z głównych architektów skrętu Doliny Krzemowej w prawo.
Oczywiście, że znam ten tekst! Jego podstawowym założeniem jest stwierdzenie, że skoro z roku na rok w skali całego świata coraz więcej ludzi korzysta z platform internetowych, to ten fakt nie może oznaczać spadku ich jakości. Przecież gdyby rzeczywiście wszystkie te miejsca w internecie były gówniane, to ludzie by z nich odeszli, prawda? To tradycyjna, uproszczona w neoliberalny sposób interpretacja rzeczywistości. Krytycy gównowacenia jako koncepcji twierdzą, że istnieje niezależny byt zwany rynkiem, który funkcjonuje w całkowitym oderwaniu od regulacji, sił politycznych czy przewagi monopoli.
Esej, który przytoczyłeś, gloryfikuje model biznesowy Facebooka, wskazując, że łańcuch małych decyzji doprowadził firmę do miejsca, w którym teraz jest - i z tym się całkowicie zgadzam. Krok po kroku ta platforma szła w kierunku zamiany miejsca do interakcji prawdziwych ludzi w przestrzeń zalaną po uszy slopem sztucznej inteligencji. Pracownicy Facebooka mówią, że są w stanie odkryć, czego potrzebujesz. Ja uważam, że oni tak naprawdę odkrywają, co jesteś w stanie tolerować. A poziom twojej tolerancji jest funkcją środowiska, w którym się znajdujesz.
Dasz jakiś przykład?
Jeśli twój przełożony napastuje cię seksualnie, czasem mimo wszystko decydujesz się zostać w bieżącym miejscu pracy - z różnych przyczyn. Według neoliberałów z A16Z czy twórców Facebooka oznacza to, że masz tak naprawdę ukrytą preferencję do bycia molestowanym. Choć przecież w sytuacji, w której, powiedzmy, istniałyby skuteczne mechanizmy zgłaszania takich przestępstw i miałbyś pewność, że szef zostanie ukarany, prawdopodobnie byś tego nie tolerował.
Ludzie nie zostają na Facebooku dlatego, że to świetna platforma, tylko dlatego, że mają ukrytą preferencję polegającą na tym, że nie chcą stracić kontaktu z przyjaciółmi. Facebook to wie, bo od tego zaczął - w pierwszych latach istniał tam bot, który logował się na MySpace w imieniu użytkownika i przenosił wszystkie nieodczytane treści i notyfikacje z jednej platformy na drugą, po to właśnie, żebyś nic nie stracił, a jednocześnie zamienił MySpace na Facebooka. Problem w tym, że wtedy to było możliwe, bo nie istniały żadne regulacje dotyczące takich platform. Dzisiaj byłoby to nielegalne, także w UE. To właśnie klasyczny przykład kontroli regulacyjnej firm nad rynkiem. Nie chodzi o żadne czary-mary, komputery, sieci. To znany fakt, przestudiowany przez badaczy, oparty na konkretnych rozwiązaniach prawnych i politycznych.
Cory Doctorow jest kanadyjskim dziennikarzem, aktywistą i pisarzem science fiction. Zajmuje się historią i przyszłością internetu oraz wpływem wielkich korporacji na współczesne ekosystemy informacyjne. Jest autorem kilkudziesięciu książek. "Gównowacenie" ukazało się w Polsce nakładem Szczelin, imprintu Wydawnictwa Otwartego.Na zdjęciu w warszawskim klubie Pardon, To Tu, wrzesień 2026 r.Neil Milton / Zuma Press / Forum
Wierzysz, że da się to wszystko jeszcze odwrócić? Zdecentralizować sieć? Tim Berners-Lee, twórca współczesnego internetu, wydał w ubiegłym roku książkę pod tytułem "To jest dla wszystkich". Może jeszcze być dla wszystkich?
Decentralizacja jest ważna, ale wszystkich problemów nie rozwiąże. Moim zdaniem ważniejsza jest pluralizacja władzy w internecie i nad internetem. Dużo mówi się teraz chociażby o upaństwowieniu sieci światłowodowych, żeby odebrać kontrolę nad nimi korporacjom. Problem w tym, że czasami państwo oznaczać będzie Viktora Orbána, PiS czy Trumpa i wtedy niekoniecznie chcesz, żeby cała infrastruktura była w ich rękach. Idealnym rozwiązaniem było rozdrobienie całego systemu - w taki sposób, żeby powstało mnóstwo różnych interesariuszy, którym monopolizacja się po prostu nie opłaca. Państwo, samorząd lokalny, pojedyncze firmy, użytkownicy indywidualni - każdy powinien mieć wpływ na przyszłość internetu. Gdybyśmy stworzyli prawdziwe cyfrowe dobra publiczne, analogiczne do tych, które mamy w świecie fizycznym, sam efekt powiązania świata w jedną sieć sprawiłby, że system byłby bardziej odporny na próby przejęcia nad nim kontroli.
Potrzebujemy internetowej suwerenności - ale bez jego bałkanizacji.
?
- Rozmawiał Mateusz Mazzini