Algorytm milczenia - Małgorzata Podstawna

Reflow text when sidebars are open.
Tamara od razu to poczuła: ciężar w powietrzu. Zamknęła cicho drzwi, przekręciła klucz w zamku. Sięgnęła do kabury. Broń znalazła się w jej dłoni w odruchu wyćwiczonym przez lata. Przeładowanie.
Ruszyła do sypialni, pusta. Pokój do pracy też. Monitor czarny, notatki nietknięte.
Duży pokój. Zobaczyła fotel. I... kogoś na nim. Zatrzymała się. Broń wycelowała w klatkę piersiową mężczyzny, który... nie żył od dwóch miesięcy.
- Nie strzelaj. Proszę. Chcę pogadać.
Zamarła. Siedział, jak gdyby nigdy nic. W jej fotelu! Marek. Żywy. Obcy. Uniósł powoli ręce, pokazując, że nie jest uzbrojony.
Cofnęła się o pół kroku.
- Wiem, że to szok - powiedział łagodnie. - Nie zrobię ci krzywdy.
W niej wszystko kipiało, ale broń trzymała równo. Miała ochotę wrzeszczeć. Rzucić czymś. Zrobić cokolwiek.
- Masz dziesięć sekund, żeby wyjaśnić, dlaczego nie leżysz dwa metry pod ziemią. - Głos miała płaski, bezbarwny.
- To nie byłem ja w tym samochodzie. I to nie ja do ciebie strzelałem.
- Widziałam raport. Ślady. DNA. - Jej głos zadrżał.
- Ktoś mnie wrobił.
- Nie wierzę ci - wycedziła. - Nie wierzę, kurwa, w ani jedno słowo! Wypierdalaj z mojego mieszkania, zanim wezwę policję!
Marek nadal siedział w fotelu. Miał pełne prawo bać się, że Tamara za chwilę do niego strzeli.
I może by to zrobiła. Może nawet powinna. Mięśnie w przedramieniu napięły się jak struna.
- Daj mi pięć minut. Tylko pięć minut, Tama. Potem zrobisz, co chcesz.
Głos miał spokojny, ale niepewny.
Tamara zacisnęła zęby.
- Pięć minut - warknęła. - I módl się, żebym nie żałowała.
Opuściła broń.
Usiadła na kanapie. Odłożyła pistolet na stół, ale palce nie przestawały drżeć. Marek wciągnął powietrze. W jego oczach było napięcie.
- Mam brata - zaczął. - Nazywa się Damian. Nigdy ci o nim nie mówiłem. Nie bez powodu. To... nie jest ktoś, kim można się chwalić. Zawsze miał w sobie jakiś mrok. Już jako nastolatek był agresywny, ciągnęło go do szemranego towarzystwa. Po śmierci naszych rodziców wszystko się pogorszyło. Miał osiemnaście lat. Ja dwadzieścia. Myślałem, że damy radę. Tyle że ja poszedłem w stronę policji, a on... w drugą.
Mówił powoli. Nie grał bohatera. Ani ofiary.
- Wrócił po dwóch latach. Z podbitym okiem i rozjebanym życiem. Prosił o pomoc. Kasa, jakieś kontakty. Odprawiłem go z niczym. Parę tygodni później usłyszałem, że ledwo uszedł z życiem po pobiciu. A potem... - westchnął. Na moment odwrócił wzrok. - Znalazł sobie nowych "przyjaciół". Wciągnęła go mafia. Robił dla nich jako mechanik, złodziej samochodów, czasem kurier. Szybka kasa, szybkie fury. Życie, o jakim zawsze marzył. Jak z tego filmu Sześćdziesiąt sekund. Spotkaliśmy się przypadkiem kilka lat później. Spojrzał na mnie, jakbyśmy nie byli braćmi, tylko wrogami.
Marek zamilkł na chwilę.
- Damian po pijaku spowodował wypadek. Kolejny zresztą, ale tym razem śmiertelny. Poszedł siedzieć na jedenaście lat. Myślałem, że to koniec. Że już go więcej nie zobaczę. Wyszedł nie tak dawno. Nie miałem o tym pojęcia... Przez przypadek zobaczył mnie w Katowicach. Z tobą.
Tamara nie drgnęła. Czekała na sedno.
- Musiał widzieć, że jesteś dla mnie ważna - dodał ciszej. - I chyba dlatego... postanowił cię zabić.
Marek przełknął ślinę. Po raz pierwszy głos mu się załamał.
- Kiedy do ciebie strzelano... Ja wtedy byłem w Bieszczadach. W domku po babci. Odcięty od zasięgu. Dopiero kiedy zjechałem do cywilizacji, zobaczyłem wiadomości. Twoje zdjęcie. To, że jestem podejrzany. Że wszyscy myślą, że to ja. Zadzwonił kumpel, stary znajomy z zakładu karnego. Powiedział mi, że Damian wyszedł. A potem przyszedł mail. Od niego. "I co, braciszku? Teraz wiesz, jak to jest stracić wszystko".
Marek zacisnął szczęki. Palce wbił w podłokietniki fotela.
- Nie mogłem wrócić. Damian mnie wrobił. Mafia mu w tym pomogła. Nie bezpośrednio. Nie chcieli krwi policjantki na rękach. Zresztą nie wiem, czy chodziło o to, byś ty zginęła, czy raczej o to, żebym ja poszedł siedzieć. Tak czy siak, podrzucenie śladów to dla nich pestka. Szczególnie że byłem nieostrożny... Zaszyłem się w Kotlinie Kłodzkiej u kumpla. Wyrzuciłem telefon, dlatego nie mogliście mnie namierzyć. Ale cały czas śledziłem, co się dzieje. Tylko nie miałem możliwości kontrataku.
W jego oczach można było dostrzec mieszaninę pokory i desperacji.
- Upozorowałem własną śmierć... Znajomy pomógł. Wrak samochodu. Nie pytaj, skąd wziął trupa. Potem trzeba było tylko kogoś w labie, żeby potwierdzili, że to byłem ja. Wiesz, jak jest, właściwe znajomości potrafią zdziałać cuda. Damian chyba uznał, że miał szczęście. Odczepił się od ciebie, więc pewnie jednak chodziło mu o mnie. Ty pomyślałaś, że to ja. Wszyscy tak pomyśleli. I o to chodziło. Musiałem zniknąć. Pomyśleć. Odkręcić to.
Zamilkł. Patrzył na nią bezbronnie. Już nie jak Marek, którego znała. Raczej jak człowiek, który nie wie, czy zaraz go zabiją, czy uratują.
- Teraz wróciłem, bo mam plan. Sam nie dam rady. Potrzebuję cię, Tama. Wiem, że nie masz powodu mi ufać. Że zniszczyłem wszystko, co było między nami. Jeśli mi pomożesz, razem możemy go dopaść. I być może... Całą tę cholerną organizację też.
Tamara siedziała w bezruchu. Tylko oddech, płytki i nieregularny, zdradzał, że słucha... A wszystko w niej krzyczało.
Brat. Mafia. Wrobienie. Upozorowana śmierć.
Każda kolejna informacja wbijała się w nią jak ostry cierń.
W końcu powoli wstała.
- Brat. Masz brata. I przez sześć lat nawet o tym nie wspomniałeś.
Spojrzała na niego z góry. Miała w sobie rozżalenie tak głębokie, że aż fizycznie bolało.
- Nie powiedziałeś, że był kryminalistą. Że się nienawidziliście. Że... kurwa... że mógłby chcieć cię zabić. Że mógłby chcieć zabić mnie. - Zacisnęła palce, jakby próbowała się powstrzymać przed uderzeniem.
Urwała. Jej głos się załamał, ale nie pozwoliła łzom wypłynąć. Wzięła głęboki oddech.
- A teraz po prostu przychodzisz, siadasz w moim fotelu i chcesz, żebym ci pomogła? - Westchnęła. - Jestem policjantką, Marek. To znaczy, że powinnam cię skuć, a potem zadzwonić po chłopaków z komendy.
Przez długą chwilę milczała. W końcu wyciągnęła rękę, zgarnęła broń ze stołu i schowała ją do kabury niemal teatralnym ruchem.
- Wyjdź.
Marek się nie poruszył.
- Tama... - jęknął.
- Wynoś się. Teraz.
Wciąż siedział. Wciąż próbował przewiercić ją tym swoim cholernym spojrzeniem, jakby wierzył, że uczucia do niego wciąż w niej były. Że może się zlituje.
- Wynoś się! - wrzasnęła nagle całą sobą, tak że aż echo odbiło się od ścian.
Z jej oczu popłynęły łzy, ale nie starła ich. W gardle palił ją ogień, coś rozsadzało jej pierś od środka. Nie wiedziała, czy to gniew, czy rozpacz. Może jedno i drugie.
Marek wstał. Przeszedł obok niej. Otworzyła drzwi, nie patrząc w jego stronę.
- Zostawię mój numer - szepnął. - Tylko... jeśli będziesz chciała...
Niepewnie podał jej kartkę. Tamara nie sięgnęła po nią. Przez chwilę trwał z wyciągniętą ręką.
- Wrzucę do skrzynki - mruknął.
- Jeszcze raz wejdziesz do mojego mieszkania bez pozwolenia, to przysięgam, że strzelę - syknęła.
Zamknęła drzwi i... oparła się o nie plecami. Teraz mogła pozwolić sobie na bezsilny szloch. To był ten moment, w którym mogła przestać być funkcjonariuszką. Przestać być silna. I znów być tylko kobietą, której ktoś po raz kolejny rozwalił świat...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki