Rozdział 2
Kawa dla majora Zajączkowskiego
Nawet taki służbista, jak major Stanisław Zajączkowski, przyznał w duchu, że porucznik Barbarze Śliwińskiej nie można niczego zarzucić. Zjawiła się w komendzie ubrana w przepisowy mundur i zameldowała się zwierzchnikowi zgodnieze wszystkimi wymogami regulaminu. Sylwetka szczupłej, zgrabnej dziewczyny doskonale się prezentowała w opinającym ją uniformie, spódniczka zaś (trzy palce nad kolano) pokazywała zgrabną nogę. Ciemne rajstopy uwydatniały kształtną łydkę. Kapitan Poleszczuk, który w całej komendzie uchodził za największego konesera w tych sprawach, z całym przekonaniem uznał, że nowy nabytek Zabiegowa przedstawia się bardzo, bardzo interesująco.
Włosy ciemne, krótko podcięte, twarz owalna, oczy piwne, zgrabny, trochę załamany nosek, może nieco zbyt wydatne usta i ostro zarysowany podbródek, wszystko to tworzyło przyjemną całość. Trudno byłoby tę dziewczynę nazwać pięknością, ale w jej sylwetce i w twarzy było coś, co bardzo pociąga mężczyzn.
- Siadajcie, poruczniku - major zdawał się ulegać czarowi nowo przybyłej.
Śliwińska zajęła wskazane jej krzesło.
- Co robiliście w Częstochowie?
- Najpierw pracowałam w służbie ruchu. Później w gospodarczym. Skierowano mnie do szkoły oficerskiej. Na zaoczny trzyletni kurs w Szczytnie. Potem znowu gospodarczy i ostatnio w dochodzeniowym. Ten podział był trochę formalnością, bo i w Częstochowie nie ma za dużo ludzi, więc nieraz trzeba było jednocześnie prowadzić rozmaite sprawy.
- W dochodzeniowym? - powtórzył Zajączkowski. - To bardzo dobrze. Cieszę się, że przysłali nam fachowca. Właśnie mamy tutaj dość trudną sprawę. Pewnie już o niej słyszeliście?
- "Alfabetyczny morderca"! Cała Polska o tym słyszała.
- Tak. Jego mam na myśli.
- Oczywiście nie znam szczegółów tej historii. Tyle wiem, co o niej pisały gazety.
- Szczegóły poznacie. Zamierzam powierzyć wam to śledztwo.
Dziewczyna uśmiechnęła się. Poleszczuk stwierdził, że z tym uśmiechem jest jeszcze milsza.
- Tak się bałam - powiedziała - że potraktujecie przysłanie baby jako dopust boży i będę służyła do zatykania dziur. A tu taka przyjemna niespodzianka. Bardzo dziękuję obywatelowi majorowi, postaram się nie zawieść zaufania.
Poleszczuk całą siłą woli powstrzymał się, żeby nie parsknąć śmiechem. Bo też major, słysząc wypowiadane z takim entuzjazmem słowa dziewczyny, miał kapitalną minę. Spodziewał się innej reakcji.
- Naturalnie, pod moją kontrolą - dorzucił komendant.
- Tak jest, obywatelu majorze - Śliwińska zrobiła ruch, jak gdyby chciała się zerwać z krzesła i stanąć w postawie zasadniczej.
- Nie cieszcie się tak, koleżanko - wtrącił Zygmunt Poleszczuk - sprawa jest cholernie trudna. Od dwóch miesięcy głowimy się, w jaki sposób złapać tego szaleńca, i nie ruszyliśmy z miejsca. Zaczniecie od zera.
- To doskonale. Nie będę się niczym sugerowała - dziewczyna nadal wykazywała szczery entuzjazm. W Częstochowie na taką "swoją" sprawę musiałaby czekać wiele lat albo nigdy by jej nie dostała. A tu spada jak z nieba. Wbrew wszystkim normom konstytucyjnym i wszelkim frazesom o równouprawnieniu kobiet mają one jednak dużo mniejsze szanse wybicia się i awansu. Wszędzie, także i w milicji. Śliwińska naturalnie się domyślała, jakie były racje majora, że ją obdarzył tym, w tej chwili bodaj najważniejszym śledztwem w całym województwie, jeżeli nawet nie w całym kraju.
- Gdzie my was ulokujemy? - martwił się komendant.
- Jeżeli w Zabiegowie nie ma hotelu, to może gdzieś prywatnie? A w najgorszym razie w jakiejś pustej celi waszego aresztu - roześmiała się nowo przybyła.
- Hotel w Zabiegowie jest. Ale marny i malutki. Ma tylko pokoje zbiorowe. O tym, żeby tam mieszkać dłużej, nawet nie ma mowy - informował kapitan.
- Mamy na poddaszu pokój gościnny. Wygospodarowaliśmy go podczas ostatniego remontu, żeby nie blokować miejsc w hotelu - wyjaśnił major - cała bieda w tym, że są tam trzy łóżka, a wy jesteście kobietą.
- Tam ktoś mieszka?
- W tej chwili nie, ale często przyjeżdżają do nas z terenu lub z województwa. Nie chciałbym stracić tego lokalu na dłużej.
- Nie szkodzi. Jeżeli ktoś przyjedzie, to się wyniosę w ciągu pół godziny. Mam niewielką walizeczkę, na razie zostawiłam ją w przechowalni na dworcu. A jak się już rozejrzę w mieście, na pewno znajdę jakiś pokój przy rodzinie.
- Z tym u nas trudno.
- Niech się obywatel major o mnie nie martwi. Jakoś sobie poradzę.
- Proszę więc dzisiaj urządzić się i rozejrzeć po mieście, a jutro przystąpię do pracy.
- To ja koleżance pokażę ten pokoik na poddaszu - ofiarował się kapitan - a po rzeczy poślemy na dworzec nasz samochód.
Major chciał się wtrącić. Pewnie rugnąłby kapitana, że ten się rozporządził służbowym wozem. Ale w końcu rozmyślił się. Śliwińska i kapitan wyszli z gabinetu. Komendant jeszcze słyszał, jak Poleszczuk zapoznawał nową koleżankę z panną Zosią i jak obie dziewczyny zaczęły o czymś rozmawiać.
- Zosiu, połącz mnie z komitetem! - polecił. Zajączkowski zwracał się do sekretarki po imieniu. Znał ją od dziecka. Zofia Malenko była córką jego serdecznego przyjaciela ze szkolnych lat.
- Już łączę.
Po skończonej rozmowie major znowu zawołał:
- Zosiu!
Sekretarka stanęła w drzwiach.
- Zrób mi, proszę, mocnej kawy. A... co o niej myślisz?
- Bardzo miła dziewczyna. Sądzę, że będziemy mieli z niej pociechę.
W tym momencie na schodach dał się słyszeć jakiś hałas i kobiecy stłumiony krzyk. W chwilę potem do sekretariatu weszła Śliwińska mocno kulejąc, a za nią kapitan z dość niepewną miną.
- Upadłam na schodach.
- Zapomniałem ostrzec koleżankę, że jeden stopień na górze trochę się rusza.
- Nic się wam nie stało?
- Nie. Tylko obcas złamałam. Nie wiem, co teraz zrobię, bo inne pantofle mam w walizce na dworcu.
- Zosiu, proszę jutro wezwać stolarza, żeby zreperował ten stopień, a co do butów, zaraz poślemy samochód na stację.
- Stopień to głupstwo. Jeżeli jest młotek i parę gwoździ, sama zreperuję. Mój ojciec był stolarzem, więc się trochę na tym znam.
- Ja także chętnie pomogę. A młotek znajdziemy - ofiarował się Poleszczuk.
- Niech pani zdejmie pantofel. Naprzeciwko mieszka szewc. Reperuje buty całej naszej komendzie. Tani i solidny. Skoczę do niego i za parę minut będzie po kłopocie - Zosia złapała uszkodzony bucik i wybiegła z pokoju.
Śliwińska w jednym pantoflu dokuśtykała do krzesła i usiadła.
- Niech koleżanka da kwit z przechowalni - ofiarował się kapitan - podjadę na dworzec po walizkę.
Wycofując się do swojego gabinetu i wbrew zwyczajowi zamykając drzwi, major pomyślał: "Już wszystkich oczarowała. Ale ze mną, panienko, nie pójdzie ci tak łatwo!"
Przypomniał sobie o zamówionej kawie. Ale kawy nie było, bo Zosia pobiegła do szewca. Major podszedł do okna. Widział po przeciwnej stronie ulicy mały sklepik zajmowany od paru lat przez przybyłego do Zabiegowa starego majstra szewskiego Józefa Kunerta. Ponieważ drzwi od warsztatu były otwarte, doskonale mógł obserwować z tego miejsca Zosię siedzącą na małym zydelku, a naprzeciwko niej starego, siwego człowieka, który trzymając w prawym ręku pantofel, przybijał do niego oberwany obcas.
- Nawet telefonu nie przełączyła - rozzłościł się Zajączkowski. - Ta dziewczyna nigdy nie będzie dobrą sekretarką.
W tej chwili aparat zadzwonił. Major sięgnął po słuchawkę.
- Majorze - meldowała Śliwińska - dzwonią z "Samopomocy Chłopskiej". Czy przełączyć?
- Proszę.
Siedząc w swoim pokoju Zajączkowski słyszał, jak kapitan wrócił z walizką. Nieco po nim przyszła Zosia ze zreperowanym butem. Później szukano gwoździ. Do naprawy schodów zgłosiło się aż trzech milicjantów. Za chwilę do uszu majora doszedł stukot młotków. Pracowali z takim zapałem, że chyba wypaprali z pół skrzynki gwoździ.
Najwidoczniej kapitan kierował całą operacją, bo jego głos dochodził aż do gabinetu komendanta. Śmiechu przy tym było co niemiara.
A tymczasem do siedzącej w sekretariacie Śliwińskiej kolejno zgłaszali się i przedstawiali wszyscy pracownicy komendy. Nawet owe dwie kobiety tolerowane w tym gmachu przez "Starego". Niewielki pokoik sekretariatu zamienił się w salon przyjęć.
"Jak wyjdę, jak spiorunuję to całe towarzystwo, to się nie pozbierają!" - odgrażał się w myślach major, ale nie zrobił ani kroku zza biurka.
Jeszcze wybuchnął mały spór, kto ma zanieść na górę walizkę pani porucznik, i nagle wszystko ucichło. Ludzie powrócili do swoich normalnych zajęć.
Tylko o kawie dla komendanta nikt nie pomyślał. Nawet panna Zosia zapomniała o tym swoim obowiązku.