Alfabet Suworowa - Wiktor Suworow

-
Proszę czekać

Wstęp

Książka, którą trzymają państwo w rękach, wydana została w okresie niezwykle dramatycznym. Reżim Władimira Putina, łamiąc prawo międzynarodowe i zasady, do których stosują się państwa cywilizowane, zaatakował Ukrainę. Siłą zagarnął Krym i wzniecił rebelię we wschodnich regionach tego kraju. Rosjanie na ziemi naszego sąsiada zabijają ludzi. W Polsce wywołuje to poczucie zagrożenia i olbrzymie oburzenie. Rosja od wielu lat nie miała u nas tak fatalnej prasy.

W świetle dramatu, który rozgrywa się pod Donieckiem i Ługańskiem, jest to całkowicie zrozumiałe. Nie wolno nam jednak zapominać, że jest również inna Rosja. Że są Rosjanie, którzy z przerażeniem i wstydem obserwują kolejne ekscesy Putina. Którzy marzą o tym, by ich ojczyzna przestała być międzynarodowym chuliganem, a stała się normalnym, demokratycznym państwem.

Jednym z najwybitniejszych pośród nich jest Wiktor Suworow, były oficer sowieckiego wywiadu wojskowego, który w 1978 roku zdecydował się porzucić służbę Związkowi Sowieckiemu i przejść na stronę wolnego świata. Od tego czasu Suworow (prawdziwe nazwisko Władimir Riezun) zwalczał komunistyczny reżim, a po jego upadku stał się zagorzałym krytykiem nowej rosyjskiej rzeczywistości. Na czele z Władimirem Putinem, którego uważa za przestępcę.

Wiktor Suworow to również wybitny - choć nie dyplomowany - historyk. Jego Lodołamacz jest jedną z najważniejszych, jeżeli nie najważniejszą książką, jaką napisano o tak zwanej Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Autor obnażył w niej bowiem największą tajemnicę Związku Sowieckiego: że 22 czerwca 1941 roku Adolf Hitler, wydając rozkaz o przeprowadzeniu operacji "Barbarossa", uprzedził atak Józefa Stalina.

Lodołamacz był pierwszą książką Suworowa, którą przeczytałem. Wpadła mi w ręce dobre dwadzieścia lat temu, gdy byłem nastolatkiem. Zrobiła na mnie piorunujące wrażenie - śmiałością postawionych tez, odwagą autora i wymową faktów, które wydobył na światło dzienne. Potem przeczytałem wszystko, co wyszło spod pióra tego wybitnego Rosjanina. Wywarło to na mnie olbrzymi wpływ - kto wie, czy gdyby nie Suworow, napisałbym Pakt Ribbentrop-BeckObłęd '44.

Osobiście Wiktora Suworowa poznałem mniej więcej dziesięć lat temu. W ostatnich kilku latach zaczęliśmy zaś kontaktować się regularnie. Zważywszy na dzielące nas blisko dwa tysiące kilometrów - Suworow mieszka w Wielkiej Brytanii - są to głównie długie rozmowy telefoniczne. Na ogół o historii najnowszej, ale również o wielkich rosyjskich pisarzach, których uwielbiam chyba bardziej niż on, o filmach, o bieżącej światowej polityce.

Podczas tych rozmów zrodził się pomysł comiesięcznych felietonów, które Wiktor Suworow od dwóch lat pisze dla kierowanego przeze mnie miesięcznika "Historia Do Rzeczy". A potem pomysł na Alfabet Suworowa. Książka ta nie jest jednak jeszcze jednym zbiorem wydrukowanych wcześniej felietonów, które często wydają znani publicyści. Około połowy haseł powstało bowiem specjalnie z myślą o Alfabecie.

Każde z nich to szkic postaci, która miała wielki wpływ na dzieje Rosji, Europy i świata. Mamy więc tu Hitlera, Stalina, Putina, Churchilla, Chruszczowa, Katarzynę II, Reagana, Iwana Groźnego, Thatcher, Berię oraz Napoleona. Ale również Polaków: Dzierżyńskiego, Piłsudskiego, Kuklińskiego i Jaruzelskiego. Każdą z tych postaci Suworow opisuje ze swadą i humorem urodzonego gawędziarza. Nie szczędzi anegdot, nieznanych faktów i często ostrych, zaskakujących ocen.

Do Alfabetu dołączony został wywiad rzeka, który przeprowadziłem z autorem. Spore jego fragmenty ukazały się na łamach "Historii Do Rzeczy" i tygodnika "Do Rzeczy". Tak jak w wypadku Alfabetu, część tej rozmowy odbyliśmy jednak na użytek tej książki. Suworow niezwykle szczerze opowiada w niej o swojej ucieczce na Zachód oraz ujawnia wiele nieznanych dotąd, sensacyjnych faktów ze swego barwnego życia.

Alfabet Suworowa jest pierwszą książką byłego oficera GRU - którego dzieła trafiają na listy bestsellerów na całym świecie - przygotowaną specjalnie dla polskiego czytelnika. Czytelnika, którego Wiktor Suworow ceni sobie niezwykle. Niemal za każdym razem, gdy rozmawiamy, autor Lodołamacza dopytuje o sytuację w naszym kraju i opowiada o swojej wielkiej sympatii do Piłsudskiego, Warszawy i wódki Wyborowej.

Pozostaje mi tylko oddać głos zacnemu autorowi. Posłuchajmy, co ma nam do powiedzenia nasz rosyjski przyjaciel.

Piotr Zychowicz

agent ochrany

Gdy w Petersburgu wybuchła rewolucja bolszewicka, komuniści natychmiast rzucili hasło do szturmu na siedzibę ochrany, carskiej tajnej policji.

Dziwnym trafem po zdobyciu tego budynku ktoś zaprószył ogień i spłonęły archiwa. Potem zaś zamordowano funkcjonariuszy ochrany prowadzących tajną agenturę.

Dlaczego tak się stało? Oczywiście - jak uczą nas podręczniki - dlatego, że funkcjonariusze ochrany byli bardzo, bardzo niedobrymi ludźmi. A ochrana była bardzo, bardzo niedobrą organizacją. Mówiąc jednak poważnie: rosyjski ruch rewolucyjny był głęboko zinfiltrowany przez tajną policję. W jego szeregach działało wielu agentów, także na najwyższych stanowiskach. Chodziło więc o zatarcie śladów.

Infiltracja, o której mowa, dotyczyła zarówno bolszewików, mienszewików, jak i eserowców. Przykłady? Choćby pewien zawodowy gruziński rewolucjonista z wąsiskami. Ten człowiek wiele razy wpadał w ręce policji, ale za każdym razem udawało mu się dokonać brawurowej ucieczki. Może był bardzo sprytny i odważny, a może władzom policyjnym wcale nie zależało, żeby siedział za kratami.

Z biegiem lat gra między ochraną a rewolucjonistami tak się skomplikowała, że już nie wiadomo było, kto kogo kontroluje i kto kogo wykorzystuje. Niewykluczone, że ochrana - instytucja powołana do ochrony Rosji - przyczyniła się w ten sposób do jej upadku. Tworząc w prowokacyjnych celach grupy terrorystyczne, traciła nad nimi władzę i szkodziła państwu.

JEWNO AZEF. CHOĆ BRAŁ PIENIĄDZE OD OCHRANY, NIE PRZESZKADZAŁO MU TO ORGANIZOWAĆ ZAMACHÓW TERRORYSTYCZNYCH NA CZOŁOWYCH PRZEDSTAWICIELI ROSYJSKICH WŁADZ. Domena publiczna

Rosyjskie tajne służby głęboko zinfiltrowały ruch rewolucyjny. Jednak terroryści, których same stworzyły, szybko się wymykali spod ich kontroli. Znamiennym przykładem jest sprawa Jewna Azefa. Był to agent carskiej policji działający wśród eserowców. Choć brał pieniądze od ochrany, nie przeszkadzało mu to kierować organizacją bojową eserowców i organizować zamachów terrorystycznych na czołowych przedstawicieli rosyjskich władz. Pieniądze na materiały wybuchowe i broń dostawał od swoich mocodawców z tajnych służb. Ochrana, żeby istnieć, potrzebowała bowiem rewolucjonistów, których miała zwalczać. Rewolucjoniści przekonywali zaś swoich oficerów prowadzących, że dla zachowania pozorów muszą od czasu do czasu kogoś zastrzelić czy wysadzić w powietrze. I tak to się kręciło, aż w końcu ci rewolucjoniści obalili cara i zniszczyli Rosję. Problem z ochraną polegał na tym, że prowadziła grę z diabłem. Była zbyt głupia i liberalna. Gdy bolszewicy już zdobyli władzę, dziennie mordowali więcej ludzi, niż reżim carski wykonał wyroków śmierci w całym XIX wieku. Cesarstwo Rosyjskie, choć prowadziło zaborczą, imperialną politykę, było normalnym, europejskim państwem. Związek Sowiecki był zaś piekłem na ziemi.

To były dwa różne państwa, dwa różne światy. Po rewolucji z różnych powodów w bolszewickiej armii znalazło się wielu carskich oficerów. Część z nich zrobiła nawet sporą karierę. Jednym z nich był pułkownik Borys Szaposznikow, który w Armii Czerwonej dosłużył się rangi marszałka. Podczas którejś z bitew jego podwładny nieszczególnie się spisywał. Wtedy do Szaposznikowa zadzwonił Stalin.

- Rozstrzelałeś tego oficera? - zapytał.

- Nie, powiedziałem mu, że nie jestem specjalnie zadowolony z jego osiągnięć na polu bitwy - odrzekł Szaposznikow.

Stalina wielce zdumiała ta odpowiedź. Rosja i bolszewizm to były dwa zupełnie odmienne systemy wartości.

Dlatego właśnie Czeka, sowiecka tajna policja, nie zatrudniała oficerów ochrany, a Urząd Bezpieczeństwa po 1945 roku nie zatrudniał oficerów przedwojennego polskiego wywiadu. W obozie sowieckim jedynym wyjątkiem od tej zasady była NRD, gdzie Stasi bardzo chętnie korzystała z usług "ekspertów" Gestapo. Dlaczego? Bo oba systemy - narodowy socjalizm i komunizm - były bliźniaczo do siebie podobne.

Zauważył to nawet Adolf Hitler. "Z mieszczańskiego socjaldemokraty nie da się zrobić dobrego nazisty. Z komunisty natomiast jak najbardziej" - stwierdził. Myślę, że działało to i w drugą stronę. Z narodowego socjalisty można było bez trudu zrobić dobrego komunistę.