Wstęp
W swoim życiu odbyłem tysiące rozmów z politykami. Odpowiedzi na pytania
coraz rzadziej mnie zaskakują, a często potrafię je przewidzieć ze sporą
dokładnością. Nie dzieje się tak, kiedy siedzę naprzeciwko Leszka
Millera. Były premier regularnie przebija swoje bańki. Zbiera brawa od
tych, którzy nigdy nie oddali na niego głosu, a oburza swoich wiernych
wyborców. Z perspektywy politycznej emerytury mówi, co myśli, nie
kierując się już interesem żadnej partii ani nawet środowiska. W wielu
sprawach przechodzi na bardziej konserwatywne pozycje, niektórzy mówią
wręcz o "prawicowości" dawnego lidera postkomunistycznej lewicy. Potężne
emocje wzbudza też jego krytyczny - w niektórych aspektach - stosunek do
Ukrainy i jej władz. Ten temat też został tu poruszony.
Alfabet to w pewnym sensie historia ostatniego półwiecza w polskiej
polityce. Nie tyle chronologiczny opis najważniejszych postaci i wydarzeń, ile osobista wersja tej historii. Trochę jakby Leszek Miller
na koniec swojej politycznej drogi odwrócił się i szedł śladami, które
sam zostawiał przez dziesiątki lat. Na wszystko patrzy dzisiaj z dużym
dystansem, bogatszy o liczne doświadczenia.
Były premier uchodzi za bezwzględnego gracza, którego wielu działaczy
Sojuszu Lewicy Demokratycznej zwyczajnie się bało. Spodziewałem się
więc, że równie brutalny będzie w ocenianiu rywali czy osób, które nie
wpłynęły zbyt dobrze na rozwój jego kariery - ale się pomyliłem. Ze
zdziwieniem słuchałem wielu ciepłych słów na przykład o świętej pamięci
Lechu Kaczyńskim czy o Magdalenie Ogórek. Oczywiście bywało też
momentami ostro, ale zawsze z dystansem, humorem i z jakąś przynajmniej
próbą zrozumienia drugiej strony.
Wielka polityka miesza się tu z wielkimi emocjami, prywatnym życiem i masą anegdot opublikowanych po raz pierwszy. A wszystko to opowiedziane
zostało w brawurowym stylu autora bon motów i powiedzonek, które na
stałe weszły do naszego języka, że przypomnę Millerowe rozważania o prawdziwych mężczyznach - po czym się ich poznaje - i tym podobne. Przy
okazji trzeba przyznać, że były premier swoją polityczną karierę
zakończył z klasą, na własnych warunkach. Po jednej kadencji w Parlamencie Europejskim nie ubiegał się już o kolejną. Został emerytem,
ale także wziętym analitykiem i komentatorem.
Niniejsza książka to efekt około pięćdziesięciu godzin naszych rozmów i setek godzin poświęconych na moje przygotowania do spotkań z Leszkiem
Millerem. Pomysłodawcą Alfabetu jest Grzegorz Zasępa, redaktor
naczelny "Super Expressu", który zaproponował, bym towarzyszył byłemu
premierowi w podróży przez jego nie tylko polityczne wspomnienia. Przez
rok zdążyłem Leszka Millera dość dobrze poznać, a także polubić. I przyznam, że to zaskakujący dla mnie efekt tej znajomości. Bo w czasach,
kiedy miała ona tylko jednostronny wymiar, raczej krytycznie oceniałem
poczynania "żelaznego kanclerza". Dość wspomnieć, że jedyna manifestacja
antyrządowa, w której uczestniczyłem prywatnie (później jako dziennikarz
byłem na dziesiątkach innych manifestacji), dotyczyła wysłania polskich
żołnierzy do Iraku niemal ćwierć wieku temu. Decyzję w tej sprawie
podjął nie kto inny, tylko Leszek Miller, który stał wtedy na czele
rządu.
Mam nadzieję, że z ciekawością i przyjemnością zagłębią się Państwo w świat Alfabetu Millera, niezależnie od tego, do której z politycznych
opcji jest Państwu najbliżej. Bo bohater tej książki nie należy dzisiaj
do żadnego obozu i może także dzięki temu rozmawia ze wszystkimi, i o wszystkich otwarcie i szczerze opowiada.
Jacek Prusinowski
Afera Rywina
Trudno przechodzą Panu przez gardło słowa "afera Rywina"?
Dosyć ciężko. To był ten moment, w którym ważyły się moje polityczne
losy i losy mojej formacji. To była pierwsza komisja śledcza. Wywołała
ogromne zainteresowanie, a z naszej strony spotkała się z równie ogromną
naiwnością i przekonaniem, że prawda sama się obroni.
Jedenastego lipca 2002 roku Lew Rywin, producent filmowy, spotyka się z Wandą Rapaczyńską, prezes Agory. Dziesięć dni później Rywin rozmawia z Adamem Michnikiem, któremu oferuje legislacyjne zmiany w zamian za
siedemnaście i pół miliona dolarów. Panu powiedział o wszystkim naczelny
"Gazety Wyborczej"?
To było jeszcze w lipcu. Michnik poprosił o rozmowę i spotkaliśmy się w moim gabinecie. Z dość niewyraźną miną zapytał, czy byłem na rybach z Rywinem. Kompletnie mnie zaskoczył, oczywiście zaprzeczyłem. Wtedy wyjął
notatkę i powiedział, że doszły do niego słuchy, że na Mazurach
ustaliłem z Rywinem między innymi dalsze losy ustawy o dekoncentracji
mediów. Żeby przeciąć te pogłoski, zaproponowałem Michnikowi
konfrontację.
Zorganizowaliście to tak, że jak Rywin wszedł do Pańskiego gabinetu, to
zobaczył już tam Michnika?
Nie wiedział, po co go zaprosiłem. Jak zobaczył Michnika, to kompletnie
zbaraniał i zesztywniał. Zdał sobie sprawę, że rozmowa będzie
nieprzyjemna.
I faktycznie taka była?
Michnik pokazał mu tę notatkę, a ja najpierw zapytałem, czy on sobie
przypomina, że kiedykolwiek byliśmy na Mazurach na rybach. Odpowiedział,
że nie byliśmy nigdy na rybach i nie wie, skąd się wzięła ta historia.
Potem chciałem się dowiedzieć, kto go wysłał do Michnika. Padły dwa
nazwiska: Roberta Kwiatkowskiego i Andrzeja Zarębskiego.
Pierwszy był prezesem TVP, a drugi byłym sekretarzem Krajowej Rady
Radiofonii i Telewizji.
Kwiatkowskiego świetnie znałem, Zarębskiego nie bardzo. Ale bardziej
istotne było to, że Rywin wpadł wtedy w straszną panikę. Poczerwieniał i zaczął wykrzykiwać: "Zabijcie mnie, ja już jestem trupem. Boże, co mnie
podkusiło?". Wyglądał jak człowiek bliski zawału albo przynajmniej
jakiegoś załamania. Patrzyliśmy na siebie z Michnikiem zdziwieni. W końcu kazałem Rywinowi wyjść z gabinetu. Powiedziałem, żeby nie
pokazywał mi się na oczy. Już tylko we dwóch zastanawialiśmy się, co
dalej. Naczelny "Wyborczej" powiedział, że wyjaśni to dziennikarskimi
metodami.
Dlaczego nie zdecydował się Pan na oficjalną drogę i zawiadomienie
organów ścigania?
Prawdopodobnie to był błąd. Mogłem to oczywiście zrobić. Mogłem nawet z miejsca wydać polecenie, żeby przyszedł prokurator i od razu przesłuchał
Rywina. Zbagatelizowałem to. Wydawało mi się, że to bezdennie głupie.
Przecież nie byłem na żadnych rybach. Uznałem, że Rywin wymyślił, jak
zarobić wielką kasę, chciał ograć Agorę. Machnąłem na to ręką.
Poprosiłem tylko Michnika, żeby dyskretnie zajmował się tym tematem,
żeby nie opowiadał za dużo na mieście.
Nie posłuchał i podzielił się tą wiedzą z Jerzym Urbanem, który podobno
rozpowiadał, że ma zdjęcia, jak łowi Pan ryby z Rywinem.
Potem się dowiedziałem, że Michnik, jak wyszedł ode mnie, to od razu
wsiadł w samochód i pojechał do Urbana. Naczelnego "Nie" sam pytałem o te zdjęcia, miał je pokazać, ale nigdy tego nie zrobił. Twierdził, że
ktoś wprowadził go w błąd, i ostatecznie ze wszystkiego się wycofał. Ale
ponieważ wtedy już byliśmy w bardzo napiętych stosunkach, to wezwał
swoich dziennikarzy i kazał im iść w miasto, żeby znaleźć cokolwiek na
mnie albo na mojego syna.
Co Pan jeszcze robił w tej sprawie pomiędzy lipcem i grudniem, kiedy
ukazał się słynny tekst Pawła Smoleńskiego w "Wyborczej"?
To był finał negocjacji europejskich. Nic innego mnie nie obchodziło. W grudniu Michnik powiedział, że już ma materiał i będzie go publikował.
Nie pytał go Pan, jakie są efekty wielomiesięcznego dziennikarskiego
śledztwa?
Michnik mi powiedział, że przeczytam sobie to wszystko w tekście, więc
czekałem na artykuł. Smoleński zrobił ze mną krótki wywiad, który potem
też się ukazał w druku. Z samego tekstu niewiele się dowiedziałem. Nie
było żadnych nowych faktów ani nowych nazwisk.
Potem wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Kluczowa była decyzja o powołaniu pierwszej w Polsce sejmowej komisji śledczej. Zgoda na tę
komisję to jeden z największych politycznych błędów Leszka Millera, a może największy?
Chyba tak. Przecież bez naszej zgody ta komisja nigdy by nie powstała.
Działaczem SLD, który wywierał na nas w tej sprawie największą presję,
był Marek Borowski. Powiedział nawet, że jeżeli nie zgodzimy się na
komisję, to zrezygnuje ze stanowiska marszałka sejmu i opuści SLD.
Intencje miał chyba czyste. Marek Borowski chciał wyjaśnienia tej
sprawy. Jak patrzymy na wszystko z perspektywy korzyści i strat Pana
Premiera i SLD, to można mówić, że komisja była czymś złym, ale jeżeli
chodzi o transparentność działania państwa, o uczciwość, to komisję
trudno chyba uznać za coś niewłaściwego?
No tak, ale z tej pierwszej komisji śledczej wszyscy wyciągnęli daleko
idące wnioski i wiedzę, jak postępować. Wtedy jeszcze nie mieliśmy
pojęcia, że komisja wykreuje politycznych szalbierzy, dla których prawda
nic nie znaczy. Przypomnę, że w sprawozdaniu komisji śledczej, które
zostało przyjęte w kwietniu 2004 roku, stwierdzono, że nie ma podstaw,
by uznać, że istniał związek między korupcyjną ofertą złożoną przez
Rywina a procesem legislacyjnym. Nie ma też podstaw do twierdzenia, że
Lew Rywin został wysłany do Agory w imieniu jakiejkolwiek grupy,
instytucji lub partii politycznej. Jednym słowem komisja śledcza
stwierdziła, że nie istnieje żadna "grupa trzymająca władzę".
Faktycznie komisja przyjęła raport Anity Błochowiak z SLD. Przy wielkim
sprzeciwie między innymi profesora Tomasza Nałęcza, przewodniczącego
komisji. Później sejmowa większość opowiedziała się jednak za raportem
Zbigniewa Ziobry. Pańska wymiana zdań z tym ostatnim politykiem przeszła
do historii.
Pan Ziobro zajął cały dzień komisji na dialog ze mną. Posunął się tak
daleko, że zaczął mi sugerować jakieś zaniechania czy wręcz sprawczość,
jeżeli chodzi o zabójstwo pana generała Papały. To wtedy nazwałem Ziobrę
zerem.
Komisja szukała tak zwanej grupy trzymającej władzę. Z billingów,
którymi dysponowała, wynikało, że Lew Rywin miał przecież liczne
połączenia telefoniczne chociażby z Robertem Kwiatkowskim, z Aleksandrą
Jakubowską czy z Włodzimierzem Czarzastym.
Bo to nie był człowiek odcięty od kręgów towarzyskich. Jednak
prokuratura ani sąd nigdy nie podały składu grupy trzymającej władzę i nawet nie byli w stanie udowodnić, że ona istniała. Jak ukazał się
raport Anity Błochowiak, to sejm wbrew prawu postanowił poprawić
sprawozdanie komisji śledczej i - mimo że przestrzegało przed tym wielu
prawników - przyjęto na forum izby inny dokument. Chodziło o to, żeby
przywalić SLD. Zmuszono Oleksego, który prowadził obrady, żeby zarządził
dyskusję nad sprawozdaniem komisji. No i było sześć wersji prawdy, bo
wszyscy posłowie wchodzący w skład komisji śledczej mieli swoje
sprawozdania. No i w głosowaniach przesądzono, co jest prawdą, a co nią
nie jest.
Te wydarzenia nie miały już rozstrzygającego wpływu na rzeczywistość. To
w zasadzie kwestia wyłącznie politycznej satysfakcji, prawda?
Nie zgodzę się. Kiedy Ziobro został ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym, to w oparciu o te ustalenia sformułował bardzo
ciężkie zarzuty łamania konstytucji i obowiązujących ustaw.
A jak odniesie się Pan do teorii, że Włodzimierz Czarzasty i Robert
Kwiatkowski chcieli te pieniądze z łapówki pozyskać nie dla jakichś
prywatnych celów, tylko po to, żeby zbudować media dla SLD?
Jakiś czas temu ukazała się książka profesora Tomasza Nałęcza, który
twierdzi, że rozwikłał niektóre rzeczy, i on głównego negatywnego
bohatera upatruje w Czarzastym. Rozmawiałem z Nałęczem, który jest
przekonany do swoich racji. Znam bardzo różne interpretacje. Politycznie
rzecz biorąc, to mogło zostać zorganizowane w tym celu, żeby uderzyć SLD
i odebrać nam władzę. Tylko Rywin wie, czy ktoś go wysłał, czy sam to
wymyślił. Ja z nim potem już nigdy nie rozmawiałem na ten temat.
Co mógł Pan zrobić inaczej, żeby ocalić władzę? Wewnętrzna presja była
zbyt duża, żeby można było nie zgodzić się na komisję?
Teoretycznie mogłem to zrobić, miałem tyle siły. Mogłem powiedzieć na
przykład marszałkowi sejmu Markowi Borowskiemu, żeby odchodził z SLD,
jak ma ochotę, i przesiadł się do ostatniego rzędu w sejmie. Uważałem
jednak, że wtedy ustawimy się w sytuacji pewnych podejrzeń. Wszyscy będą
pytać, czy nie mamy czegoś za uszami, skoro nie chcemy komisji.
To nie był też najlepszy czas dla Adama Michnika. Pamięta Pan jego nerwy
przed komisją?
Zdawał sobie sprawę, że ta komisja ma zły wpływ na jego medialne
imperium. Kruszył się mit "Gazety Wyborczej" i jego osobisty. Faktem był
kryzys SLD, ale też środowiska, które reprezentował Michnik.
Chodziło o wrażenie, że biorą udział w jakichś niejasnych interesach, że
"Wyborcza" jest politycznym graczem?
Właśnie tak. Zwłaszcza Jan Rokita wręcz sugerował, że cała ta sprawa
wynika z bardzo nieprzyzwoitej układanki między Rywinem a Agorą. Ludzie
to oglądali, także ci, dla których to było środowisko o nieskazitelnym
charakterze, autorytety. To wszystko runęło. Michnik próbował to
wyjaśniać, ale czasami pękał i wcale mu się zresztą nie dziwię.
To było pierwsze takie polityczne reality show i żadne inne nie
cieszyło się podobnym zainteresowaniem.
Komisja miała ogromną oglądalność właśnie dlatego, że była pierwsza i że
wielu ludziom bardzo zależało, żeby się czegoś dowiedzieć. Oglądali więc
te wielogodzinne posiedzenia. Później już żadna z komisji śledczych nie
budziła takich emocji, o tych ostatnich nie ma co nawet mówić.
Chyba żadna też nie wypromowała tylu polityków?
Najbardziej wypromowali się Jan Maria Rokita i Zbigniew Ziobro. Warto
wspomnieć też Tomasza Nałęcza. O Janie Rokicie słuch zaginął na lata.
Wrócił jako polityczny komentator. Wielu dziennikarzy, którzy później
bardzo źle oceniali i oceniają Zbigniewa Ziobrę, wtedy niemal nosiło go
na rękach. Spełniał rolę sprawiedliwego szeryfa i wielu dziennikarzy się
w nim wręcz zakochało.
Zakochała się szczególnie jedna dziennikarka i została nawet jego żoną,
ale w tym oczywiście nie ma nic złego. A jakie wnioski wyciąga Pan
Premier z perspektywy ponad dwóch dekad?
Uważam, że żadnego spisku nie było. Rywin zwęszył jedynie szansę
zarobienia pieniędzy i zgłosił się do swoich przyjaciół w Agorze, czyli
do Wandy Rapaczyńskiej i do Adama Michnika. Co o tyle mnie zdumiewa, że
przecież oboje wiedzieli, jak przebiega proces legislacyjny. No i świetnie się znali z politykami lewicy.
To wszystko kłóci się z wersją, że zrobił to samodzielnie, bo przecież
wtedy musiałby być niespełna rozumu, żeby iść ze swoją propozycją,
zdając sobie sprawę z Waszych relacji i kontaktów.
Szansa na wielkie pieniądze czasami zaślepia ludzi i odbiera rozum.
Jeżeli Rywin sobie ułożył, że jest okazja zarobienia potężnej sumy, to
faktycznie mógł zwariować.
A same zmiany legislacyjne, jeżeli chodzi o ten projekt ustawy? To
słynne sformułowanie "lub czasopisma", które pojawiało się i znikało. To
przypadek?
To była inna sprawa. Te zmiany były efektem rozmów Aleksandry
Jakubowskiej z Rządowym Centrum Legislacji i koniecznością dostosowania
polskiej ustawy do standardów Unii Europejskiej w zakresie
dekoncentracji mediów. Nic się w każdym razie nowego od tamtych czasów,
o których mówimy, nie pojawiło. Może powstaną jeszcze jakieś następne
książki, ale nikt nie odpowiedział na te pytania, które padały na
początku całej sprawy. Natomiast wielu ludziom wyrządzono krzywdę.
Janina Sokołowska, była szefowa Departamentu Prawnego Krajowej Rady
Radiofonii i Telewizji, nie żyje. Niektórym przetrącono kariery
polityczne. A z całej tej grupy jastrzębi, które tak atakowały SLD, w wielkiej polityce został tylko pan Zbigniew Ziobro, ale jest coraz
bardziej żałosny. Ja będę trwał przy swoim przekonaniu, które wynika ze
wszystkich uzyskanych przeze mnie informacji, że kluczowy był Rywin,
mający smykałkę do robienia takich podejrzanych interesów. Jednocześnie
- wielki producent filmowy. Współpracował chociażby ze Stevenem
Spielbergiem przy Liście Schindlera czy z Romanem Polańskim przy
oscarowym Pianiście.
Ostatni raz rozmawialiście w Pańskim gabinecie w lipcu 2002 roku?
To był ten roztrzęsiony, dygoczący z przerażenia Rywin i już potem nigdy
z nim nie rozmawiałem. Tyle lat minęło, a się nie spotkaliśmy.
On nie szukał kontaktu? Nie próbował przekonać Pana do swojej wersji?
Kiedyś widziałem go na jakimś przyjęciu, jak tylko wyszedł z aresztu.
Zamieniliśmy parę zdawkowych zdań. Wraz z upływem czasu krystalizuje się
ocena polityczna, którą zaczynam od próby odpowiedzi na pytanie: qui
bono? SLD wygrał wybory parlamentarne w cuglach, partie
postsolidarnościowe zamarły z przerażenia. Wtedy na długie miesiące rolę
opozycji przejęli na siebie "apolityczni" dziennikarze z "Gazetą
Wyborczą" na czele. "Gazeta" i jej akolici dali politykom prawicy czas
na otrząśnięcie się z klęski. Afera Rywina była zwieńczeniem
przemyślanej politycznej gry. Zawleczkę z tego granatu wyrwano w dniach
mojego osobistego i politycznego triumfu - udanie zakończonych
negocjacji akcesyjnych i powrotu z Kopenhagi - jako premiera, który
wprowadza Polskę do Unii Europejskiej. Wrogowie SLD, zarówno z opozycji,
jak i z własnych szeregów, nie chcieli pogodzić się z myślą, że mógłbym
być jeszcze silniejszy, a SLD jeszcze bardziej sprawcze. Nie dość, że
"postkomunista został prezydentem", to jeszcze Miller byłby rzeczywiście
"kanclerzem" pełną gębą. Ta "afera" z czasem coraz bardziej blednie.
Właściwie z dzisiejszego punktu widzenia jest zerem jak Ziobro. Jednak
nigdy potem żadna inna afera prawicy, żadne złodziejstwo PiS-u i pisolubnych nie spotkały się z taką zajadłością, wrogością i politycznym
zacietrzewieniem jak wykreowana z niczego afera Rywina. Co ciekawe,
twórcy tego spektaklu mają się dobrze, a ich sumienia wydają się
nietknięte żadnym wyrzutem.
Balcerowicz
Mam wrażenie, że im dalej od transformacji ustrojowej firmowanej przez
Leszka Balcerowicza, tym częściej jest ona krytykowana.
Nie ulega wątpliwości, że wywołuje on wiele kontrowersji i napięć.
Odkładając na bok najbardziej skrajne oceny, mamy człowieka, który
próbował swoją wielką wiedzę wykorzystać w praktyce. Był jednak bardziej
ideologiem niż ekonomistą.
Nie był pierwszym kandydatem na stanowisko ministra finansów w rządzie
Tadeusza Mazowieckiego. Wierzył Pan wtedy w Balcerowicza?
Bardzo słabo go znałem, ale patrzyłem z wielką ciekawością na to, co
robił. Inni kandydaci odmówili premierowi, bo mogła ich przerazić skala
wyzwań. Balcerowicz miał za sobą wsparcie międzynarodowych centrów
finansowych, które lubią szokowe cięcia. Uważał, że najbardziej
efektywną i najbardziej pożądaną formą własności w gospodarce jest
własność prywatna. Własność spółdzielczą, mieszaną czy publiczną uznano
z definicji za mniej wydajne i jednocześnie mniej potrzebne, a nawet
szkodliwe.
Mówi Pan o międzynarodowym świecie finansów, a w kontekście Polski
liczyły się głównie trzy nazwiska: Jeffrey Sachs, David Lipton i George
Soros. Czy to oni zgodzili się z planami Balcerowicza, czy też
Balcerowicz przyjął ich plan na zmiany?
Głównym motorem i inspiratorem Balcerowicza był Jeffrey Sachs. Zresztą
ciekawe, ale on przeszedł dosyć znamienną ewolucję. Bardzo przesunął się
na pozycje socjaldemokratyczne i uważa tamte poglądy za - delikatnie
mówiąc - błędne. Balcerowicz tak nie uważa, on dzisiaj mówi i myśli to,
co myślał wtedy, czyli ponad trzydzieści lat temu.
Zbyt łatwo oddawał państwowy majątek? To była złodziejska prywatyzacja?
Pamiętam, że w balcerowiczowskich kręgach było takie popularne
stwierdzenie, że wartość danego zakładu jest dokładnie taka, jaką
określi potencjalny nabywca. A to oznacza, że jeżeli nabywca powie, że
może zapłacić złotówkę, to znaczy, że zakład jest wart złotówkę. I na
pewno spora część narodowego majątku poszła w prywatne ręce w ten
sposób, ale często też kupowano przedsiębiorstwa tylko po to, żeby je
wygasić i na ich miejsce zbudować coś innego. W ten sposób dobre
przedsiębiorstwa z epoki PRL-u zostały po prostu zamordowane.
Jakie były społeczne skutki tych reform?
Pochodzę z Żyrardowa, który przeżył je bardzo boleśnie. Tam było kilka
zakładów włókienniczych. A cały sektor włókienniczy został skazany na
zgruzowanie. Więc niech Pan sobie wyobrazi duże miasto, które jest
skupione wokół największego w Polsce zakładu przemysłu lniarskiego, i ten zakład jest skazany na zamknięcie. A ludzie muszą pracować, spłacać
kredyty i wysłać swoje dzieci do szkoły.
Była alternatywa dla planu Balcerowicza?
Przecież inna była droga jugosłowiańska, węgierska czy czeska, gdzie
wprowadzono system mieszany, gdzie konkurowały ze sobą przedsiębiorstwa
i zakłady pracy o różnej formie właścicielskiej, z dużym udziałem
samorządów pracowniczych, gdzie były silne związki zawodowe. Można też
przywołać plan Kołodki. Proponował, żeby iść w kierunku rynku, ale bez
ideologicznych uprzedzeń i wolniej. Żeby nie stawiać ludzi w takiej
sytuacji, że z dnia na dzień zostają bez pracy i źródeł utrzymania.
Plan Balcerowicza w sejmie poparła też Polska Zjednoczona Partia
Robotnicza.
Faktycznie pomiędzy świętami Bożego Narodzenia i sylwestrem w 1989 roku
zagłosował tak cały klub PZPR. Chodziło głównie o to, że wszystkie
alternatywne plany były w opinii publicznej, a zwłaszcza w opinii elit,
które wtedy przejęły władzę, czymś w rodzaju poprawiania socjalizmu, a od socjalizmu mieliśmy radykalnie się odciąć.
Poparcie dla planu Balcerowicza z perspektywy tylu lat ocenia Pan jako
błąd?
Ówczesny klub PZPR nie mógł postąpić inaczej. Była potężna presja i oczekiwanie na cud gospodarczy. Balcerowicz zapowiadał ten właśnie cud.
Nie wyobrażam sobie, żeby moi starsi koledzy zagłosowali inaczej.
A jakim politykiem był Leszek Balcerowicz? Poparcie PZPR dla jego planu
świadczyło też o jego sprawności.
Sam był kiedyś w PZPR, wstąpił do partii, jak miał dwadzieścia dwa lata,
a wystąpił po wprowadzeniu stanu wojennego. To, jakim był politykiem,
okazało się później, kiedy stanął na czele partii. Z Unią Wolności
doszedł do władzy w 1997 roku, ale w kolejnych wyborach Unia nie weszła
już nawet do sejmu. Politykiem był więc raczej marnym, lepszym -
fachowcem od finansów czy gospodarki.
To w jakimś sensie dzięki Leszkowi Balcerowiczowi i negatywnym skutkom
terapii szokowej Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej doszła do
władzy już w 1993 roku?
Niewątpliwie w 1993 roku, kiedy odbywały się wybory parlamentarne,
stopień niezadowolenia społecznego był olbrzymi. Jak zostałem ministrem
pracy, jeździłem do wielu zakładów, gdzie odbywały się strajki.
Widziałem, jakie są nastroje, widziałem też, co dzieje się na ulicach
Warszawy i innych miast. Drugim powodem naszego zwycięstwa było
oczywiście rozdrobnienie prawicowych formacji i wprowadzenie progu w wyborach do sejmu. Można nawet powiedzieć, że prawica była wtedy
niedoreprezentowana.
W latach dziewięćdziesiątych popularne było hasło "Balcerowicz musi
odejść". Chyba nikt nie powtarzał tych słów tak często, jak Andrzej
Lepper.
Nie tylko on. Pamiętam, jak mówił tak Lech Kaczyński. Lewicy też
zdarzało się wykrzykiwać to żądanie.
Były powody?
Balcerowicz od jednych obrywał za wszystko, co złe, ale inni wynosili go
na piedestał za wszystkie pozytywne zmiany, które się dokonywały. Jeden
z bliskich współpracowników Balcerowicza opowiadał mi, że na początku
wdrażania planu każdy dzień zaczynali od analiz ruchu cen i czekali, aż
wreszcie gdzieś jakaś cena spadnie, bo do tej pory tylko rosły.
Zapanowała powszechna radość, kiedy dostali informację, że na targu
gdzieś w Polsce spadły ceny jajek. To był dowód na to, że rynek zaczął
działać.
W którym okresie mieliście ze sobą najwięcej do czynienia?
W 1997 roku, jak Balcerowicz został wicepremierem i ministrem finansów w rządzie Jerzego Buzka, to po jakimś czasie zadzwonił do mnie i zapytał,
czy moglibyśmy przedyskutować różne projekty ustaw, które będą
rozpatrywane w sejmie. Troszkę zaskoczony, oczywiście zgodziłem się na
tę propozycję. Jak wszedłem do kancelarii prezesa Rady Ministrów, to
wszyscy obserwowali, gdzie idę. Przecież byłem wtedy szefem opozycji. Na
pewno niektórzy się zastanawiali, czy nie jest to początek jakiejś
zmiany, czy nie spiskujemy. Te spotkania powtarzały się co jakiś czas.
Zwykle piliśmy herbatę albo kawę i Balcerowicz wyjmował kilka projektów,
które rząd już skierował do sejmu, pytał mnie, jak SLD będzie głosował.
Nie zawsze znałem odpowiedź, ale oczywiście mniej więcej zdawałem sobie
sprawę, jakie będą reakcje na konkretne rozwiązania. Zależało mu na tym,
żebyśmy czasem wstrzymali się od głosu, jeżeli nawet nie możemy poprzeć
danych przepisów.
To była wyjątkowa postawa w rządzie Jerzego Buzka czy takie konsultacje
z opozycją funkcjonowały też w innych resortach?
Żaden inny minister mnie nie zapraszał. Później zaczęły się jeszcze
kontakty z Urzędem Komitetu Integracji Europejskiej, w tej sprawie
spotkanie zorganizował też premier i pamiętam dyskusję o stanie
negocjacji z Brukselą.
Pan i SLD poparliście kandydaturę Leszka Balcerowicza na prezesa
Narodowego Banku Polskiego w 2000 roku. Jak słucham Pana teraz, trochę
mnie dziwi ta decyzja.
Wydawało się nam, że o ile można mieć do niego zastrzeżenia co do
polityki gospodarczej, o tyle jest on dobrym kandydatem na szefa
Narodowego Banku Polskiego, w którym trzeba wykazać krańcową dyscyplinę
w gospodarowaniu finansami. Zresztą potem miałem sytuację, która
idealnie ilustruje powiedzenie, że każdy dobry uczynek zostanie ukarany.
Bo jak zostałem szefem rządu, to razem z wicepremierem Markiem Belką
chcieliśmy przekonać Leszka Balcerowicza, żeby obniżył stopy procentowe.
Chcieliśmy pobudzić gospodarkę, ale nie udało się do tego namówić szefa
NBP. Nasze sugestie dotyczące obniżenia stóp procentowych - co bardzo
ułatwiłoby rządowi wyprowadzenie gospodarki na prostą - uznał za
niedopuszczalną ingerencję w niezależność banku centralnego i zorganizował międzynarodowy protest przeciwko rządowemu "zamachowi". To
był ewidentny przypadek "wynoszenia polskich sporów za granicę". Do dziś
nie mogę pozbyć się wrażenia, że była to nie tylko obrona niezależności
banku centralnego, ale też demonstracja jawnej niechęci do rządu obcego
politycznie.
W 2014 roku proponował Pan odszkodowania dla ofiar planu Balcerowicza.
Dlaczego nie mieliście takich pomysłów, jak rządziliście?
W 2014 roku byliśmy już dziesięć lat w Unii Europejskiej. I gdyby rząd
naprawdę chciał się tym zająć, to myślę, że byłyby spore szanse, żeby
wyciągnąć pieniądze z Brukseli na rzecz tych wszystkich poszkodowanych.
Jeszcze teraz w Żyrardowie czy w Łodzi spotykam się z ludźmi, którzy
opowiadają mi, co wtedy przeżyli i jak nie mogą się otrząsnąć z tamtych
lat, więc taki zastrzyk finansowy by się przydał.
Pomoc dla "ofiar Balcerowicza" brzmi, jakby był jakimś tyranem.
To brzmi politycznie, bo oczywiście, proponując to rozwiązanie, mieliśmy
również na uwadze korzyść polityczną, nie tylko socjalną.
Zbyt długo w III RP Polacy słyszeli, że jesteśmy krajem na dorobku, że
trzeba zaciskać pasa, że przyjdzie jeszcze czas na dzielenie się owocami
wzrostu?
To przecież była prawda. My ciągle jesteśmy na dorobku. Czasami słyszymy
w rządowej propagandzie takie obwieszczenia, że mamy bardzo dobrą
sytuację gospodarczą, jesteśmy podziwiani. Jeżeli jednak porównamy się
pod względem produktu krajowego brutto na mieszkańca ze wszystkimi
krajami Unii Europejskiej, to jesteśmy zdecydowanie bliżej końca listy,
a nie początku. Nadrabiamy straty i oczywiście to bardzo cieszy, ale
żeby dogonić czołówkę, potrzeba jeszcze wiele wysiłku i wielu lat pracy.
Jak historia zapamięta Leszka Balcerowicza i jego plan?
Nie do obrony jest teza, że nie było alternatywy. Alternatywa była. Po
latach trudno jednak powiedzieć, czy przyniosłaby lepsze rezultaty.
Balcerowicz na trwałe zapisał się w naszej historii jako człowiek bardzo
wyrazisty. Udało mu się przekonać niemal wszystkich do swojego planu, co
się w Polsce niezbyt często zdarza. Zabrakło jednak oglądania się na
tych, którzy nie byli w stanie wytrzymać tempa zmian. A przecież
społeczna gospodarka rynkowa nie narodziła się w Związku Radzieckim ani
w krajach socjalistycznych. To jest wytwór Konrada Adenauera czy Ludwiga
Erharda, czyli chadeckich polityków, którzy wyprowadzili powojenne
Niemcy z potwornego kryzysu i wynieśli na najwyższy poziom na świecie.
Oni z kolei czerpali z dziewiętnastego wieku i społecznej nauki
Kościoła.
Oczywiście, że tak, byli chrześcijańskimi demokratami. Jednak Leszek
Balcerowicz takiej drogi nie akceptował. Uważał, że szkoda czasu na
społeczną gospodarkę rynkową.
Cimoszewicz
Polował Pan kiedyś z Włodzimierzem Cimoszewiczem?
Nigdy. Nie lubię polowań, ale parę razy byliśmy na rybach.
Jeżeli nie polowania, to może chociaż spacery po Białowieży i okolicach?
Parę razy tam byłem. Jedna historia zrobiła na mnie ogromne wrażenie.
Zimą jechaliśmy do jego domu samochodem, którym kierował Cimoszewicz.
Już za bramą na jego podwórku w świetle reflektorów ukazał się ogromny
żubr. Było też parę innych zwierząt. Cimoszewicz powiedział, że przyszły
na kolację.
Czyli dla niego nie było to jakieś szczególne zaskoczenie?
Nie. Raz, jak jechaliśmy przez puszczę saniami, zobaczyliśmy wilka.
Włodek tłumaczył, że to jest zwiadowca, a gdzieś z tyłu musiała się
czaić cała wataha. A co do polowania, to on sam traktuje tamten okres
swojego życia jako błąd. I uważa, że łowiectwo, polowanie, zwłaszcza te
wszystkie wynaturzenia, które temu towarzyszą, nie są godne pochwały.
Podkreśla, że już od dawna nie poluje i nie chce o tym mówić.
Wynaturzenia?
Strzelanie nie do zwierząt, tylko do ludzi, nadużywanie alkoholu, udział
dzieci w zabijaniu zwierząt. Alkohol parę lat temu był chyba standardem.
Wasze relacje, jak to w polityce, miały różny charakter. W 1991 roku
Cimoszewicz odrzucił propozycję szefowania klubowi SLD, bo miał w ten
sposób protestować przeciwko przyjęciu przez Pana ślubowania
poselskiego. Chodziło o moskiewską pożyczkę.
Cimoszewicz uważał, że powinienem poczekać, aż śledztwo zostanie
uruchomione, i na jego efekty. Na posiedzeniu klubu powiedziałem, że
tego nie zrobię, bo jak złożę mandat, to śledztwo będzie trwało kilka
lat i nigdy się nie doczekam rozstrzygnięcia. Zresztą zostałem poparty
przez cały klub. Cimoszewicz zrezygnował z kandydowania, zgłoszono
Kwaśniewskiego, który z ochotą został przewodniczącym.
Odebrał to Pan jako potwarz?
Aż tak to nie. Za jakiś czas razem pojechaliśmy do mojego okręgu
wyborczego, do Łodzi, i Cimoszewicz otrzymał w tej sprawie pytanie od
dziennikarza. Powiedział, że reagował wtedy adekwatnie do posiadanych
informacji, a teraz ma inną wiedzę i reaguje zupełnie inaczej.
Jeżeli uznał to za swój błąd, to Pana przeprosił?
Tak, wielokrotnie. Poza tym jak został premierem, to zaproponował mi
stanowisko szefa Urzędu Rady Ministrów, a potem ministra spraw
wewnętrznych. Warto pamiętać, że Cimoszewicz to najbardziej utytułowany
człowiek lewicy. Premier, marszałek sejmu, minister spraw zagranicznych,
wicepremier, minister sprawiedliwości, wieloletni poseł, senator,
eurodeputowany. Chyba nikt nie zebrał tylu stanowisk co Cimoszewicz.
A jednocześnie pozycjonował się często jako wręcz apolityczny fachowiec.
Bo on nie lubił polityki, którą widać na ekranie telewizyjnym, i to
raczej kamery musiały jego szukać, a nie on szukał kamer. To typ
człowieka, który jak się odzywa, to wie, co mówi. Takiego chłodnego
intelektualisty, który nie zabiega o łatwą popularność i przez to często
wpada w konflikt z otoczeniem, bo ludziom się wydaje, że on jest zbyt
chłodny, zbyt zasadniczy.
A nawet niekiedy arogancki.
Wręcz arogancki, taki bardzo zimny, ale jak się go bliżej pozna,
pobędzie z nim trochę, porozmawia dłużej, to się okazuje bardzo ciepłym
człowiekiem. Trzeba tylko przebrnąć przez tę pierwszą barierę.
Kiedy PZPR przekształciła się w SdRP, to do tej partii Włodzimierz
Cimoszewicz nie wstąpił od razu. Nie wierzył, że uda się przepoczwarzyć
w nowoczesną socjaldemokrację?
Miał wątpliwości, ale też uważał, że trzeba budować jakieś nowe
ugrupowanie na bazie klubu parlamentarnego.
Myślał, że starzy towarzysze raczej będą ciągnąć w dół, a on wolałby
współpracować nawet z częścią dawnej opozycji?
Była sytuacja, że Kwaśniewski przyszedł do mnie z Cimoszewiczem. I powiedział mi, że zdaniem Cimoszewicza, który miał być szefem naszego
komitetu wyborczego, trzech kolegów nie powinno się znajdować na listach
wyborczych. Wymienił nazwiska. Stwierdziłem wtedy, że nie podzielam tego
poglądu, bo jeżeli oni się nie nadają, to nie zostaną wybrani na posłów,
ale trzeba dać im szansę. Nie doszliśmy do porozumienia. Cimoszewicz się
zdenerwował, oznajmił, że nie będzie w takim razie szefem komitetu, a tych trzech kolegów zostało wybranych.
Z tego, co Pan Premier teraz mówi, wynika, że Włodzimierz Cimoszewicz
czuł się lepszy od wielu polityków lewicy.
Może nie tyle lepszy, ile bardzo przekonany o swoich racjach. To znaczy,
jeżeli raz podjął decyzję, to przy niej trwał, i trzeba było bardzo
silnych argumentów, żeby go od tej decyzji odwieść. Przecież on miał
szansę, żeby zostać prezydentem Rzeczypospolitej w 2005 roku. Miał
bardzo wysokie notowania i wszystko wskazywało na to, że wejdzie do
drugiej tury. Wycofał się jednak - ku zaskoczeniu swojego sztabu.
To głośna historia pani Anny Jaruckiej, asystentki Włodzimierza
Cimoszewicza, która oskarżała kandydata o fałszowanie oświadczeń
majątkowych.
Złożyła fałszywe zeznania. Wszystko potwierdził później sąd i została
skazana. Cimoszewicza bardzo jednak ubodło, że nikt nie był
zainteresowany jego wyjaśnieniami. Zdenerwował się i postanowił wycofać.
Szkoda, bo mielibyśmy jako Polska znakomitego prezydenta.
Przypomnę tylko, że startował już w pierwszych demokratycznych wyborach
prezydenckich w 1990 roku.
Wtedy dla wielu ludzi, zwłaszcza dla naszego elektoratu, to był człowiek
nowy, świetnie wykształcony. Sekretarz partii na UW, stypendysta
Fulbrighta w Stanach Zjednoczonych. Był świadectwem możliwości
odnowienia się naszych szeregów.
Wynik dziewięć procent i półtora miliona głosów to był wtedy sukces?
Tak, oczywiście, to był sukces. Niech Pan zobaczy, ile dzisiaj kandydaci
lewicy otrzymują. Zdecydowanie mniej.
Wtedy już stało się jasne, że zrobi wielką karierę?
Tak, i kiedy ustępował Józef Oleksy, mieliśmy pewien dylemat, dlatego że
nasza koalicja PSL-SLD musiała przeprowadzić wybór nowego premiera. Ze
strony prezydenta nie obawialiśmy się żadnych problemów, bo już nie było
Lecha Wałęsy, tylko Aleksander Kwaśniewski. Większość wskazań padła na
Włodzimierza Cimoszewicza.
Jakim był szefem dla swoich ministrów, czyli między innymi dla Pana?
Bardzo lubiłem z nim pracować. Miał taki styl, że formułował w sposób
wyjątkowo czytelny zadanie i nie wtrącał się w sposób jego realizacji,
tylko oczekiwał wyników. Więc dawał swoim ministrom bardzo dużo swobody.
Ale niektórzy się go bali, bo nie przebierał w słowach i był bardzo
wymagający.
Nie przebierał w słowach podczas oficjalnych posiedzeń rządu?
Podczas posiedzeń rządu także. Czasami dochodziło do bardzo napiętych
sytuacji. Dlatego że jak któryś z ministrów próbował pływać, udawać, że
coś wie, to okazywało się, że premier wie na ten temat znacznie więcej
niż on. Pamiętam dzień, w którym odbywało się posiedzenie Rady
Ministrów, ale były też imieniny Grzegorza. Weszliśmy na salę obrad, a wtedy jeszcze posiedzenia odbywały się w Sali Świetlikowej, czyli w ogromnym wręcz pomieszczeniu. Widzieliśmy, że z boku stoją trzy wielkie
bukiety kwiatów, które miały być wręczone, jak skończą się obrady.
Pierwszy Grzegorz to był Grzegorz Kołodko, drugi - Grzegorz Rydlewski,
nie pamiętam, kto był trzecim. Kiedy obrady zbliżały się do końca,
doszło do ostrej wymiany poglądów między Cimoszewiczem a Kołodką. W końcu premier powiedział, że jak wicepremier nie przestanie mu
przeszkadzać, to będzie zmuszony zamknąć posiedzenie. Zrobił to i wyszedł. Wszyscy patrzyli na kwiaty. Pewnie przygotowano też po lampce
szampana. Z imprezy nici.
Jakieś szczególne iskrzenie było między tymi politykami?
Minister finansów jest zawsze w trudnej sytuacji. Wszyscy chcą, a on
nikomu nie może dać. Też miałem z Kołodką bardzo ostre spory. Nie wiem,
jak jest teraz, ale wtedy naprawdę minister finansów był strażnikiem
państwowej kasy.
Włodzimierz Cimoszewicz był chyba bardzo bezpośredni, przesadnie wręcz.
Dowodzą tego słowa o ubezpieczeniach podczas powodzi w 1997 roku.
Przecież Cimoszewicz miał rację. Nic takiego nie powiedział, ale to, że
zamiast sypnąć pieniędzmi, wspomniał o konieczności ubezpieczania się,
wywołało ogromne oburzenie. Nie wiem, czy to nas nie kosztowało trochę
punktów, bo powódź nie była wprawdzie częścią "gorącej fazy" kampanii,
ale ustawiła jej ton. Nawiasem mówiąc, jest bardzo dobry serial o tych
wydarzeniach - Wielka woda Jana Holoubka. Kiedy oglądałem ten film,
widziałem przed oczami setki strażaków, żołnierzy, wolontariuszy i samorządowców zmagających się z żywiołem. Wspominałem też Andrzeja
Piłata, pełnomocnika rządu do spraw usuwania skutków powodzi i ministra
w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza. Dzięki organizacyjnym talentom
Piłata udało się złagodzić ból transformacji i ograniczyć skutki
kataklizmu powodziowego.
Słowa Cimoszewicza zdecydowanie nie były przykładem lewicowej
wrażliwości.
Trudno mieć jednak zastrzeżenia do Cimoszewicza. Powiedział prawdę. Inna
sprawa, że może w niewłaściwym momencie. Dwa lata później kandydował na
wiceszefa SLD, ale mu się nie udało. Wtedy było dwunastu kandydatów na
wiceszefów i pięć miejsc.
Jeżeli były premier przepada w tajnym głosowaniu w partii, to znaczy, że
jest z nim coś nie tak. Po prostu nie był lubiany?
Może coś innego zadziałało. Cimoszewicz, jak już mówiłem, miał problem
stawania się równym chłopem. On po prostu był tak przeświadczony o swoich racjach, że trudno było z nim dyskutować. Do pewnego momentu
podczas rozmów z nim też miałem wrażenie, że pomiędzy nami jest jakaś
przezroczysta szyba, przez którą nie mogę się przebić. Poza tym miał
dosyć niechętny stosunek do wszystkich partii politycznych, nie tylko do
SLD. A w 1999 roku na kongresie SLD miał niezwykle silną konkurencję.
O czym świadczy fakt, że przegrał też kolejny były premier, czyli Józef
Oleksy.
To prawda, nie został wtedy wybrany. To ludzie niezwykle popularni i naprawdę trzeba było mieć bardzo dużo zapału i chęci, żeby zostać
wiceprzewodniczącym. A Cimoszewicz, jak to on, sprawiał wrażenie, że to
stanowisko mu się należy.
Wspominaliśmy, że był Pan ministrem w rządzie Cimoszewicza, tymczasem w 2001 roku role się odwróciły. On stał na czele Ministerstwa Spraw
Zagranicznych, a Pan - całego rządu. Jak sprawdzał się w tej roli,
dobrze znosił bycie Pana podwładnym?
Kiedy tworzyłem rząd, nie miałem wątpliwości, że wśród moich
współpracowników jest tylko jeden, który ma wszelkie predyspozycje, żeby
zostać szefem MSZ. Właśnie Włodzimierz Cimoszewicz. Poprosiłem go, on
się zgodził, wyraził kilka życzeń, między innymi takie, żeby połączyć
pion integracji europejskiej z pionem polityki zagranicznej. Muszę
powiedzieć, że bardzo dobrze nam się współpracowało. Razem zakończyliśmy
negocjacje i wprowadziliśmy Polskę do Unii Europejskiej.
A jak były premier jest ministrem, to chociażby podczas posiedzeń Rady
Ministrów nie rządzi się za bardzo?
Nie Cimoszewicz. Poza tym on uważał, że szef MSZ to naprawdę ważne
stanowisko, i wiedział, że nie może być dwóch premierów.
W 2005 roku, jak już mówiliśmy, startował na prezydenta. Szefową jego
kampanii została Jolanta Kwaśniewska. To miało pokazać ponadpartyjność
tej kandydatury?
W części tak, ale ważne było też to, że Jolanta Kwaśniewska miała bardzo
wysokie notowania, jeśli chodzi o popularność i zaufanie społeczne. Masa
sondaży pokazywała, że jakby ona startowała w wyborach, to mogłaby
zostać prezydentem. Przez moment liczyliśmy się z taką koniecznością
przed wyborami w 2000 roku.
Kiedy dowiedzieliśmy się, że sędzia Bogusław Nizieński chce zaprowadzić
na salę sądową Aleksandra Kwaśniewskiego, żeby udowodnić mu kontakty ze
Służbą Bezpieczeństwa, naradziliśmy się co do dalszych kroków. Gdyby
Kwaśniewski okazał się kłamcą lustracyjnym, nie mógłby startować na
drugą kadencję. Pomyśleliśmy więc, że w najgorszym razie zgłosimy
Jolantę Kwaśniewską.
Wiedziała o takim scenariuszu i wyraziła zgodę na jego realizację?
Nie. Wszystko wyjaśniło się szybko i nie trzeba było się uciekać nawet
do konsultowania naszych planów z ówczesną pierwszą damą.
A Jolanta Kwaśniewska jako szefowa sztabu - pamięta ją Pan w tej roli?
Jej rola polegała na tym, żeby tworzyć pozytywny obraz kandydata. Robiła
to, co powinna robić szefowa sztabu.
Z racji tych wyborów, z których Cimoszewicz ostatecznie się wycofał,
mimo oczyszczenia z zarzutów, jego kariera jest niespełniona?
Miał wielki żal do ludzi z Platformy Obywatelskiej, którzy to wszystko
wymyślili i przeprowadzili. Konkretnie chodziło o pana Konstantego
Miodowicza. Uważam, że Cimoszewicz byłby świetnym prezydentem, bo ten
rys polityka państwowego miał od samego początku. I to, że nie chciał
się afiszować z przynależnością do żadnej partii politycznej i uważał,
że zbytnia partyjność jest szkodliwa dla systemu politycznego. Oczekiwał
od współpracowników, żeby mieli tak zwany instynkt państwowy, co go
czyniło znakomitym kandydatem na prezydenta.
Należał do PZPR, SdRP, a potem do SLD. Taka to bezpartyjność?
Gdzieś trzeba należeć, żeby mieć jakieś zaplecze. Ale Cimoszewicz nie
pełnił żadnych funkcji partyjnych - oprócz tego, że się starał, żeby być
wiceprzewodniczącym SLD, i przegrał. Potem już nie podejmował takich
decyzji.
Był samotnikiem? Bo chyba od imprez w stolicy wolał Białowieżę?
Nie uczestniczył w życiu towarzyskim. Faktycznie wolał Białowieżę i swoje bezkrwawe łowy z aparatem. Nie lubił ludzi nadużywających
alkoholu. Nieufnie patrzył na partyjnych aktywistów. Jak miał wolną
chwilę, jechał do domu.
Do dzisiaj jesteście kolegami? Niedawno przez pięć lat pracowaliście
razem w Parlamencie Europejskim.
Tam się bliżej poznaliśmy, chociaż myślałem, że go już dobrze znam.
Jednak taka pięciolatka pozwala poznać człowieka z zupełnie innej
strony. Chodziliśmy na przykład na kolacje w Strasburgu, okraszone
winem, ale i interesującą dyskusją. Trzymaliśmy się razem jeszcze z Markiem Belką, przeprowadzaliśmy różne projekty. Byliśmy tam dość znani.
Trzech byłych premierów musiało robić wrażenie w europarlamencie.
Czarzasty
Włodzimierz Czarzasty przejął od Pana lewicę poza sejmem. Lewicę w bardzo trudnej sytuacji. Przez dekadę nie tylko wprowadził ją z powrotem
na Wiejską, ale także do rządu, a siebie na stanowisko marszałka sejmu.
Niezwykle skuteczny polityk?
To jest olbrzymi sukces. Oczywiście z moich rozmów z Włodzimierzem
Czarzastym pamiętam, że on bardzo chciał być w sejmie. Wielokrotnie
startował w wyborach bez powodzenia, więc bardzo chciał tam być. Kiedyś
nawet śmiał się, że na mównicy sejmowej wystąpi w koszulce "Grupa
Trzymająca Władzę", ale chyba jeszcze tego nie zrobił.
Pewnie już nie zrobi. Marszałkowi nie wszystko wypada. Jak Czarzasty
wszedł w ten urząd?
Myślę, że pan Tusk jest głęboko usatysfakcjonowany tym wyborem. Bo
zamiast chwiejnego i humorzastego Szymona Hołowni ma teraz
przewidywalnego partnera, który lojalnie współpracuje z panem premierem,
a może nawet starać się wyprzedzać jego oczekiwania i jego polecenia.
Czarzasty przecież dobrze wie, że zarówno miejsce w sejmie, jak i teraz
marszałkowanie zawdzięcza premierowi Tuskowi. Początek miał niezbyt
fortunny, bo koncepcja weta marszałkowskiego to nie jest żaden manifest
przeciwko populizmowi, jak mówił, tylko realna próba przeniesienia do
sejmu metod, które stosował w swojej partii, Nowej Lewicy.
Czyli to jest uzurpacja? Czegoś takiego nie ma?
Nie istnieje nic takiego jak weta marszałkowskie. Trzeba też pamiętać,
że owszem, jego poprzednicy na tym urzędzie sterowali napływem projektów
ustaw, nigdy nie było jednak tak, że czynili z tego cnotę. W żadnej
ustawie ani tym bardziej w konstytucji nie ma zapisu, który by zwalniał
posłów od decyzji w takich sprawach. Tylko oni mogą odrzucić dany
projekt już w pierwszym czytaniu albo nadać mu normalny bieg
legislacyjny. To decyzja całego sejmu. Marszałek nie jest od tego, by
decydować, które projekty ustaw zasługują na głosowanie, a które nie.
Musimy oczywiście pamiętać, że tak już w sejmie bywało, i określaliśmy
to mianem zamrażarki.
Tylko że starano się ukrywać ten fakt, a nie mówić o prawie, którego tak
naprawdę nie ma.
W karierze politycznej Włodzimierza Czarzastego stanowisko marszałka to
zdecydowanie najlepszy moment? Ukoronowanie tej kariery?
Oczywiście. Jako lewica mieliśmy już świetnych marszałków. Mam na myśli
Oleksego, Cimoszewicza i Borowskiego. To politycy dużego formatu, którzy
nie musieli krzyczeć, żeby ich słyszano. I jeżeli Czarzasty chce im
dorównać, to musi się w podobny sposób zachowywać. Przypomniała mi się
historia, jak Józef Oleksy, bardzo wrażliwy na wszystkie towarzyszące
stanowiskom przywileje i prerogatywy, został marszałkiem sejmu. Sprawa
tak zwanej drugiej osoby w państwie nie była wtedy uregulowana. Postarał
się, żeby w jakimś materiale, który ma sejmowy stempel, napisać o tym
wprost. A potem, jak został premierem, chciał to odwrócić.
Od którego ze wspomnianych marszałków powinien się uczyć Czarzasty?
Od każdego. Oleksy to była wielka celebracja. On trzymał laskę z namaszczeniem, jemu sprawiało to wielką przyjemność. Cimoszewicz jest
człowiekiem pragmatyzmu i czynu, Marek Borowski z kolei stoi pośrodku
między Oleksym a Cimoszewiczem.
Wyborowi Włodzimierza Czarzastego czy wcześniej prezentowaniu jego
kandydatury towarzyszyły okrzyki "precz z komuną", "hańba". Krytyka
padała też z innych, mniej oczywistych kierunków. Chociażby od byłego
prezydenta Bronisława Komorowskiego, który przywoływał aferę Rywina. Ona
obciąża marszałka?
Mnie o tyle śmieszyły owe okrzyki, że - jak już wspomniałem - mieliśmy
trzech marszałków z tego samego gniazda ideowo-politycznego. I wtedy,
kiedy oni byli wybierani, nikt nie wznosił tego rodzaju okrzyków.
Wszystko się odbywało w tonacji powagi, spokoju i zrozumienia, że taka
jest kolej rzeczy. Więc można powiedzieć, że posłowie z PiS-u, którzy
byli bardzo aktywni tym razem, mocno się spóźnili. A co do afery Rywina,
to wybór Czarzastego jest jakby jej ostatecznym końcem.
Jeżeli ktoś miał jeszcze jakieś uwagi co do przebiegu tej całej
historii, to jak można dalej je mieć, skoro jeden z ludzi wiązanych z tą
aferą jest dzisiaj marszałkiem sejmu?
Można mieć wtedy uwagi do całego państwa.
Myślę, że prezydent Komorowski bardzo uważnie wczytał się w książkę,
którą napisał profesor Tomasz Nałęcz. Ja też ją oczywiście czytałem, ale
nie podzielam wielu poglądów tam zawartych.
Myślę, że profesor Nałęcz za bardzo się rozpędził i z piasku chciał za
wszelką cenę ukręcić bicz. Książka jest wartościowa oczywiście, ale
niektóre wątki są całkowicie mylne.
Nie trzeba być szczególnie uważnym obserwatorem życia politycznego, żeby
zauważyć konflikt między Panem a Czarzastym. Od kiedy jesteście
politycznymi wrogami?
Promowałem go na stanowisko szefa Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Byłem
przekonany, że będzie prowadził SLD tak, jak trzeba, to znaczy zgodnie
ze statutem i tradycją demokratyczną. Nasze kontakty stały się
nieprzyjemne, kiedy zobaczyłem, w jak bezprawny sposób przekształca
partię, pozbywa się ludzi, którzy mają inne zdanie. Uznałem, że
Czarzasty zakończył historię lewicy demokratycznej, a zaczął budować
razem z Biedroniem lewicę sprywatyzowaną. W polityce bardzo liczy się
skuteczność. Czarzasty pokazał, że jest skuteczny, ale ta cecha musi być
w granicach prawa i statutu partii.
Pańskim zdaniem podporządkował wszystko temu celowi - uzyskaniu dla
siebie stanowiska marszałka?
Tak, jest twardy i bezwzględny. Potrafi taki być nawet w stosunku do
posłanek. Gabrieli Morawskiej-Staneckiej miał kiedyś mówić, że ją
odstrzeli. Potem chyba nawet nie zaprzeczył, że takie słowa padły. Co
więcej, feministki z klubu lewicy, które zawsze są wrażliwe na takie
rzeczy, wtedy nabrały wody w usta. Pojawił się jedynie jakiś bardzo
ogólny komunikat w tej sprawie.
W SLD Czarzasty też miał krytyków.
Pamiętam bunt, którego jedną z twarzy był Tomasz Trela. Wiele osób
szybko zostało zawieszonych, a część wyrzucono. Pozostali podnieśli ręce
do góry i ucałowali Czarzastego w pierścień. Tak jak to się robi na
filmach. Powiedział, że im przebacza, ale - jak go znam - to pamięta.
Nie wiem, jak jego koledzy zareagowali na popisy Czarzastego na
Ukrainie, ale to, że wzniósł okrzyk: "Chwała Ukrainie!", przemawiając w Radzie Najwyższej, to było szczególnie hańbiące, jeśli zważyć, że te
właśnie słowa jako ostatnie słyszeli Polacy zarzynani przez
banderowskich zbirów na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Jeżeli ktoś,
kto mieni się Polakiem, nie rozumie, co znaczą słowa wypowiadane nad
dołami śmierci, igra z pamięcią własnego narodu. Jeśli ktoś nie rozumie
ciężaru tych słów, to znaczy, że bardziej zależy mu na oklaskach za
granicą niż na własnej historii.
Sejm pod rządami Czarzastego?
To sejm mniej rozgadany, bardziej zdyscyplinowany. Może to nawet z korzyścią dla pracy sejmowej. Czarzasty nie jest zwolennikiem
rozmemłania, krążenia wokół spraw, nieprzecinania węzłów gordyjskich,
które trzeba przecinać. A relacje z prezydentem to już tylko polityczna
wojna. Zgodnie z konstytucją marszałek sejmu ma zapewnić parlamentarną
kontrolę nad rządem, ale Czarzasty stara się kontrolować prezydenta, do
czego nie ma żadnych uprawnień. Jeśli chodzi o partię, to Czarzasty
wyeliminował w sposób obcesowy i knajacki wszystkich, z którymi mu nie
po drodze. Partię sprywatyzował, stał się nieusuwalny, z roczną
dziesięciomilionową subwencją. Spór o to, czy partia ma mieć lidera, czy
też lider ma mieć partię, został rozstrzygnięty na rzecz lidera.