Rozdział 2
1974 rok, Bangkok, listopad
Alexa i Tomás Duarte, łamacz serc
Z zalanej słońcem obskurnej ulicy skręciłam w ciemny zaułek. Neon nad wejściem był wprawdzie wyłączony, ale nie musiałam ponownie sprawdzać adresu. Napis "Disco 77" na szyldzie wyraźnie świadczył o tym, że dotarłam właśnie tam, gdzie miał mnie doprowadzić spoczywający teraz w mojej kieszeni zmięty wycinek z gazety: mianowicie, do owianego największą sławą baru, klubu i dyskoteki w Bangkoku. Dzień wcześniej, zaraz po przylocie z Los Angeles, zameldowałam się wraz z całym swoim dobytkiem upchniętym w brązową skórzaną walizkę w stosunkowo niedrogim Asia Hotel Bangkok. Ani przez chwilę nie przyszło mi do głowy, by wrócić do Brooklynu, gdzie rodzice powitaliby mnie z tym swoim pełnym dezaprobaty wzrokiem. Jak długo jeszcze potrwa ten twój młodzieńczy bunt? Firma cię potrzebuje... Jesteś naszym jedynym dzieckiem. Czy zdajesz sobie w ogóle sprawę z tego, w jakim świetle nas stawiasz?! I choć Kalifornia kusiła mnie przyjaznym klimatem i kwitnącym przemysłem rozrywkowym, wiedziałam, że niełatwo jest się tam wybić. Poza tym byłam spragniona nowej, ekscytującej przygody. Parę razy udało mi się zastąpić tę czy inną tancerkę w klubie nocnym Whisky a GO GO na Sunset Strip i chociaż uwielbiałam tańczyć i mogłam to robić zasadniczo bez przerwy, jak tylko otworzyłam rano oczy, do chwili, gdy szłam spać, to marzyłam o czymś więcej. Chciałam być sławna, chciałam, by moja podobizna widniała na okładkach czasopism, na plakatach i w kampaniach reklamowych. Niestety, niewiele firm miało odwagę postawić na młodą dziewczynę o amerykańsko-azjatyckich rysach. Pewnego późnego wieczoru siedziałam przy barze. To było chwilę przed zamknięciem klubu i właśnie wypiłam łapczywie przynajmniej litr wody, bo od jedenastej tańczyłam bez przerwy. W pewnym momencie Nate, mój nowy przyjaciel i barman, podał mi wycinek z gazety. Dobrze wiedział, że marzę o tym, by zrobić karierę i zwiedzać świat. Na początku lat siedemdziesiątych w Hollywood chcieli tylko białych kobiet, ale ja zamierzałam zmienić ten trend. O Disco 77 rozwodzono się zarówno w Ameryce, jak i w Europie. Był to topowy klub w Azji, miejsce, w którym grały wszystkie znane kapele, gdy już wybrały się na Wschód. Bez słowa wstałam zatem ze stołka barowego i wyszłam z klubu. Niedługo potem, nie oglądając się za siebie, wsiadłam na pokład samolotu do Bangkoku.
- Halo! Jest tam kto? - zawołałam, choć lokal wydawał się zupełnie pusty.
Tylko docierające od strony ulicy słońce rzucało snop światła na cynamonowożółte wnętrze baru, który odbijał się od srebrnych kul dyskotekowych i lustrzanych ścian, więc nie panował tam zupełny mrok. Zresztą moje oczy już po chwili przyzwyczaiły się do ciemności.
- Zależy, kto pyta... - odparł wysoki, mocno zbudowany mężczyzna, który zmaterializował się nagle przede mną niczym duch.
Trudno było orzec, czy ma kilka kilo nadwagi, czy po prostu jest solidnej postury. W każdym razie był słusznego wzrostu, a ja ze swoim metrem sześćdziesiąt pięć musiałam porządnie zadzierać głowę, by spojrzeć mu w oczy. A tego akurat dnia miałam siedem centymetrów więcej dzięki ukochanym skórzanym sandałom na platformie.
- Alexa Wu, szukam pracy jako tancerka, naturalnie, jeśli nadal poszukujcie dziewczyn do pracy...
Miałam dwadzieścia dwa lata, byłam pełnoletnia, nikogo za sobą nie zostawiałam i mogłam robić, co mi się żywnie podobało.
- Właśnie jedną zatrudniłem - rzucił facet. Włączył światło i po chwili w całym barze zapanowała jasność. Potem nacisnął inny przycisk i wszystkie kule dyskotekowe zaczęły się obracać. - Ale... najpierw zobaczmy, czy faktycznie potrafisz tańczyć.
Wskazał ruchem głowy podest za parkietem do tańca, lecz w tym samym momencie do klubu wszedł inny mężczyzna.
Był to najbardziej zniewalający facet, jakiego kiedykolwiek spotkałam. A trzeba zaznaczyć, że widywałam ich w Los Angeles wielu. Nie brakowało wśród nich muzyków, aktorów czy modeli, a do tego jeszcze przystojnych chłopców aspirujących do bycia gwiazdami, którzy koncentrowali się głównie na tym, by mieć perfekcyjne ciało i śnieżnobiały uśmiech. Mężczyzna poruszał się lekko i bez wysiłku, niczym pantera w dżungli. Miał na głowie burzę zabójczych ciemnych loków, które przy każdym kroku podskakiwały w górę i w dół. Ubrany był w dżinsy, które zmysłowo opinały mu biodra i rozszerzały się na wysokości łydki, przez co idealnie wpisywały się w ówczesne kanony mody. Wzorzysta koszula z krótkim rękawkiem rozchylała się na piersiach, a on ani myślał jej zapiąć. Mogłam więc do woli rozkoszować się widokiem ogorzałej od słońca skóry.
- Włączysz płytę? - zwrócił się osiłek do nowo przybyłego przystojniaka, który najwyraźniej był DJ-em.
- Si, se?or - odparł tamten z figlarnym błyskiem w oku. - Wstawiłeś kawę? Bo mam wrażenie, że jeszcze śpię.
- Już się robi. A ty, Pocahontas?
- Ale co ja? - zapytałam powoli, zupełnie jakbym właśnie spadła z księżyca. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doznałam. Nie byłam przecież żadną cnotką, a już na pewno nie dziewicą. Tymczasem czułam się cała rozpalona, a moje ciało przeszywały dreszcze podniecenia.
- Nie przejmuj się. Tomás działa tak na wszystkich... - rzucił osiłek, zanosząc się głośnym śmiechem. - To sam seks na dwóch nogach. Proszę, twoja kawa, ślicznotko. A ja nazywam się Sal Mendoza i jestem właścicielem tego siejącego zgorszenie domu rozpusty.
- A... dzięki. Chętnie napiję się kawy, ale czy nie miałam najpierw zatańczyć?
Zdjęłam z ramienia torbę z frędzlami i odłożyłam na wysoki stołek barowy obity pomarańczową skórą, choć pewności nie miałam, może był to zwykły plastik. Wnętrze klubu wyglądało świeżo i czysto. Zamiast woni rozlanego i zaschniętego piwa w powietrzu unosił się zapach płynu do podłóg.
- W takim razie najpierw zatańczysz, a potem napijemy się kawy, śliczna Pocahontas. - Uśmiechnął się szeroko i nalał nam czarnego napoju ze stojącego za ladą dzbanka. - Dla ciebie też nalałem, Rio. - Sal najwyraźniej lubił używać zdrobnień.
Mnie zaś nazywano już o wiele gorzej niż "Pocahontas", czy "Ślicznotka", więc tylko się uśmiechnęłam. Dobrze wiedziałam, że moje lekko azjatyckie rysy twarzy przyciągają uwagę w tłumie.
- Czy piękna Alexa ma jakieś preferencje muzyczne? - zapytał Tomás, stając nagle obok mnie. Pachniał mydłem z domieszką czegoś męskiego i zwierzęco odurzającego, a wargi rozciągnął w szerokim uśmiechu. Uniósł pytająco brew, pociągając solidny łyk kawy.
- A macie może Lady Marmalade LaBelle? - spytałam z pewnym wahaniem.
- Mamy wszystko, pięknoto, wszystko bez wyjątku, ale, swoją drogą, świetny wybór - odrzekł Tomás, po czym ostrożnie schował zdjętą z gramofonu płytę do okładki.
Wiedziałam, że przy tym kawałku najlepiej pokażę im, jak zmysłowo i seksownie potrafię tańczyć, a nie miałam wątpliwości co do tego, że właśnie to chcą zobaczyć.
- To nie jest klub ze striptizem, prawda? - wymsknęło mi się. - Bo jakby co, od razu zaznaczam, że się nie rozbieram ani nie sprzedaję swojego... - Zamilkłam... Zmierzyłam sama siebie spojrzeniem od stóp do głów, od strojnej bluzki w cekiny po czarne satynowe szorty, i pomyślałam, że zjawiając się tu w biały dzień tak skąpo ubrana, mogę sprawiać całkiem odmienne wrażenie.
Moje pytanie najwyraźniej rozbawiło Tomása, a Sal uspokajająco potrząsnął głową.
- Prowadzimy lokal muzyczno-taneczny, a nie seksklub. To preludium, kotku, wyborna przystawka... Na danie główne trzeba wstąpić gdzie indziej.
W tej samej chwili poczułam, że to będzie moje miejsce na ziemi, choć spędziłam w nim zaledwie dziesięć minut. Tak to już w życiu bywa... Czasem w ułamku sekundy wiemy, czy znaleźliśmy się wśród przyjaciół, czy też wśród wrogów.
- W moim klubie obowiązują dwie, przepraszam, trzy zasady - ciągnął Sal. - Otóż, nie toleruję tu publicznego uprawiania seksu, ani świadczenia usług seksualnych czy też korzystania z nich. Żadnych dragów i żadnych bójek! Złamanie którejkolwiek z powyższych reguł grozi wyrzuceniem z lokalu i dotyczy to zarówno pracowników, jak i gości. Czy masz jeszcze jakieś pytania, zanim pokażesz nam wreszcie, co w sobie masz?
- To chyba już wszystko, dzięki. Ogólnie mam po prostu pewien plan na życie - odparłam z nadzieją, że zrozumiał, że jestem stworzona do wyższych celów.
- Jak my wszyscy...- skwitował Sal. - Jak my wszyscy - powtórzył.
Ja zaś miałam nieodparte wrażenie, że przez jego twarz przemknął posępny cień.
- Zatańcz dla nas - dodał.
I zatańczyłam... Tańczyłam tak, jakby od tego, jak wypadnę, zależała cała moja przyszłość, a przynajmniej kariera. Gdy wybrzmiały ostatnie akordy Lady Marmalade, Tomás włączył I've Got the Music in Me Kiki Dee. Chyba już wtedy pojął, że gdy wiruję w tańcu, moje ciało i muzyka stapiają się w jedno. Później z głośników popłynęło No Woman, No Cry Boba Marleya, lecz ten kawałek Tomás niebawem ściszył, dając mi tym samym do zrozumienia, że mój pokaz dobiegł końca.
- A możesz zacząć już dziś wieczorem? Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem... - rzucił Sal, drapiąc się po głowie i mierzwiąc tym samym swoje rozpuszczone sięgające do ramion włosy.
Nalał mi filiżankę kawy i podał szklankę wody, którą opróżniłam duszkiem jako pierwszą. Choć miałam świetną kondycję, trochę się jednak podczas tańca spociłam. Potem pociągnęłam łyk wspaniałego czarnego napoju, który miał niesamowicie aromatyczny smak. Z czasem dowiedziałam się, że Sal serwował w klubie wyłącznie kawę z Kolumbii, z której pochodził. Chciał w ten sposób złożyć hołd swojej ojczyźnie, do której nie mógł powrócić.
- Jasne, że mogę. Jestem ci naprawdę bardzo, bardzo wdzięczna! Nie pożałujesz tego.
Podałam mu uprzejmie rękę, a on po chwili wahania wyciągnął w moim kierunku swoją potężną dłoń. Czyżby nie był przyzwyczajony do kurtuazyjnych gestów? Ja wyniosłam to z domu. Zawsze mnie uczono, jak ważny jest zdecydowany uścisk dłoni. Ten zaś stanowił przypieczętowanie naszej umowy i początek nowego rozdziału w moim życiu.
- Tancerki muszą być gotowe i przebrane punkt jedenasta wieczorem. Szatnię znajdziesz na zapleczu. Będziesz miała własny wieszak, swoją toaletkę i szafkę. Zwykle sama możesz decydować o tym, co na siebie włożysz, ale bywa też tak, że występujący u nas muzycy i zespoły mają ze sobą stroje dla dziewczyn. W takim przypadku ubrania będą tu już na ciebie czekać - wyjaśnił, po czym poinformował, że wynagrodzenie jest stałe i wypłacane raz na dwa tygodnie.
Pomyślałam, że da się z tego wyżyć, choć milionerką w ten sposób raczej nie zostanę. Tak czy inaczej, na początek wystarczy. Poza tym w końcu miałam stałą pracę. Nie to co w Los Angeles...
- Dzięki. Wszystko mi pasuje. Cóż można w takiej sytuacji dodać... Chyba tylko: "Do wieczora".
Chwyciłam torebkę i już miałam ruszyć w stronę wyjścia.
- Umówiliśmy się w kilka osób na jedzenie na mieście. Spotykamy się o dziewiątej w lokalnej knajpce za rogiem i będzie nam miło, jeśli się przyłączysz. Mogę ci pokazać, gdzie to jest. I tak muszę skoczyć po fajki - rzucił Tomás, wkładając koszulę w spodnie. Nadal jednak jej nie zapiął.
- Hmm... bardzo chętnie.
Moje ciało zalała fala gorąca, a serce wypełniła radość. Byłam teraz jedną z nich. Po raz pierwszy poczułam, że gdzieś należę.
***
Dłoń Tomása spoczywała na moim nagim udzie, a ja nie byłam pewna, czy położył ją tam bezwiednie, czy z rozmysłem. Siedzieliśmy w restauracji, przy okrągłym stoliku. My, czyli Sal, Tomás i ja, oraz dwie inne tancerki: Simone i Nina, barman o imieniu Lucas i irlandzki bramkarz o fizjonomii gladiatora, Seamus. Całe życie był marynarzem, lecz pewnego dnia po prostu zszedł na ląd i więcej nie wypłynął w morze. Tworzyliśmy ciekawą mieszankę... prawdziwy tygiel przeróżnych kultur i osobowości. Siedzieliśmy tak sobie i gawędziliśmy, a Tomás miarowo gładził kciukiem moją skórę. Mnie zaś za każdym muśnięciem jego dłoni przeszywał nieziemski dreszcz rozkoszy i byłam coraz bardziej rozochocona. Cała ta sytuacja wydała mi się tak zdrożna i niestosowna, że w pewnej chwili sama zaczęłam się z siebie śmiać, przez co zakrztusiłam się winem.
- Coś nie tak, moja droga? - spytał Tomás, zdejmując rękę z mojego uda, a ja ledwo się powstrzymałam, by nie krzyknąć w desperacji: "Nie!". On jednak tylko poklepał mnie kilka razy po plecach, po czym jego dłoń wróciła na swoje dawne miejsce.
- Chyba po prostu wzięłam za duży łyk wina. Myślałam, że to woda - odparłam, po czym faktycznie sięgnęłam po szklankę z wodą i wychyliłam ją duszkiem.
- Opowiedz mi coś o życiu na morzu, Seamusie. Czy miałeś kochankę w każdym porcie? - zagaiłam bramkarza.
Zdawałam sobie sprawę z tego, że pewnie słyszał to pytanie już milion razy. Myślami byłam jednak zupełnie gdzie indziej... Niecierpliwa dłoń Tomása dotarła właśnie do skraju mojej spódniczki, a ja lekko rozchyliłam uda, zachęcając go do dalszej wędrówki.
Seamus wybuchnął gromkim śmiechem, przyciągając tym samym ciekawskie spojrzenia zgromadzonych wokół sąsiednich stolików gości.
- Albo kochanka... Podobają mi się kobiety, ale nie stronię też od mężczyzn. Lubię, jak są solidnej postury...
Nie bardzo wiedziałam, jak zinterpretować spojrzenie, którym zmierzył go Sal. Czyżby byli parą? Palce Tomása zdołały już sforsować koronkę moich majteczek, a ja byłam wilgotna i gotowa. Uśmiechnął się, zerkając na mnie z ukosa.
- A ty, Alexo? Jak to się stało, że wylądowałaś w Tajlandii? - zagaiła Simone, piękna tancerka z Francji, nachylając się z zainteresowaniem nad stołem. Miała słodko zaróżowione policzki i czarujący akcent.
Ale ja z trudem dawałam radę koncentrować się na tym, co do mnie mówiła, bo Tomás drażnił już okrężnymi ruchami moją łechtaczkę, skrywając dłoń pod obszernym białym obrusem.
- Jeden znajomy z baru w L.A... - urwałam w pół zdania, starając się ze wszystkich sił powstrzymać jęk rozkoszy. - No więc, ten znajomy znalazł ogłoszenie o pracy dla tancerek, a dobrze wiedział, jak ciężko jest się wybić takim dziewczynom jak ja, to znaczy przedstawicielkom ras mieszanych. Bo może jeszcze nie wiecie, ale jestem pół-Szwedką i pół-Chinką, a do tego prawowitą obywatelką USA. Próbowałam szczęścia w wielu miejscach. Jeździłam to tu, to tam, a ostatnio zakotwiczyłam na dłużej w L.A., niestety bez skutku. Teraz jestem tutaj...
Moim ostatnim kilku słowom towarzyszyło głośne westchnienie. Mocno spięłam uda, czując, że jeśli sama natychmiast nie przerwę tej zabawy, za chwilę zrobi się bardzo niezręcznie. Wiedziałam jednak dobrze, że później z przyjemnością pozwolę Tomásowi skończyć to, co zaczął.
- Jesteś bardzo niegrzeczną dziewczynką... I tak łatwo cię rozpalić. Myślałem, że eksplodujesz, moja droga - wyszeptał, nachylając się w moją stronę. Najwyraźniej zrozumiał, że moje zaciśnięte uda oznaczają "stop".
- Gdy już mnie do siebie dopuścisz, będę posuwał cię tak, że zobaczysz słońce, księżyc i gwiazdy, a potem zrobię to jeszcze raz... i jeszcze raz.
Jego słowa były istną torturą... Możecie mi wierzyć lub nie, ale siedząc tam, przy tym stole, naprawdę nie miałam pojęcia, jak zdołam przebrnąć przez swój pierwszy wieczorny show.
***
Gdy ostatni utwór wybrzmiał do końca, a najbardziej wytrwali goście, choć nie wszyscy dobrowolnie, opuścili wreszcie lokal, w klubie zostaliśmy tylko stojący za barem Sal, Seamus, który nie musiał już pilnować drzwi, Tomás i ja. Ociągałam się z wyjściem i bynajmniej nie miałam ochoty wracać do hotelu. Moje ciało, mimo wielu godzin wysiłku, wcale nie było zmęczone. Pragnęłam, by Tomás dokończył to, co zaczął w restauracji... Zarazem jednak nie chciałam dawać mu tego zbyt jasno do zrozumienia. Siedziałam więc przy barze, sącząc coca-colę z wysokiej szklanki, podczas gdy Sal podliczał utarg.
Seamus dopił piwo, po czym nie pytając nikogo o pozwolenie, sięgnął za bar i chwycił kolejne.
- W pracy nie piję nigdy, ale po pracy to już zupełnie inna historia.
Wyrzeźbione mięśnie na jego ramionach i przedramionach naprężały się za każdym razem, gdy podnosił do ust butelkę. Całą powierzchnię skóry, którą mogłam podziwiać, pokrywały marynarskie tatuaże w przeróżnych wzorach i kolorach. Nie miałam pojęcia, co dokładnie przedstawiają, lecz każdy z nich z pewnością opowiadał jakąś barwną historię z życia Tomása na morzu.
- I jak, moja droga...? Jesteś gotowa, by zobaczyć słońce, księżyc i gwiazdy? - wyszeptał, nachylając się w moją stronę.
Podniósł moją szklankę z colą i upił z niej łyk, czekając na odpowiedź. Bez słowa skinęłam głową i miękko ześlizgnęłam się z wysokiego barowego stołka. Tomás czekał już z wyciągniętą dłonią, by chwycić mnie za rękę.
- Jedyne, czego oczekuję, to żebyście byli w stanie razem pracować... również potem, gdy wasz romans już się skończy - zawołam za nami Sal, a jego głos odbił się głębokim echem w całym, teraz zupełnie pustym lokalu.
Nie miałam w zwyczaju sypiać z przygodnymi facetami ani też chodzić z kimś do łóżka tylko po to, by coś w ten sposób osiągnąć. Gdy tańczyłam podczas tras koncertowych, wielokrotnie proponowano mi seks, alkohol i narkotyki. Ja tymczasem nie chciałam, by cokolwiek odwróciło moją uwagę od tego, co pragnęłam osiągnąć. Wystarczająco się już napatrzyłam... i na takich, co utknęli w miejscu, i na ludzi, którzy przez alkohol i dragi stoczyli się na samo dno. To znaczy, nie byłam żadnym chodzącym wzorem cnót - seks naturalnie uprawiałam. Ale tu, w Bangkoku, miałam wrażenie, że krew w moich żyłach krąży jakby szybciej... To miasto, ten klub, gorąca atmosfera i Tomás z tą swoją niewymuszoną pikantną charyzmą, którą zupełnie mnie oszołomił. Wszystko było tu na wskroś przesiąknięte egzotyką. Wilgotne powietrze, zapachy, kolory... możliwości. Poczułam się wolna i zapragnęłam zatracić się bez pamięci, jak nigdy wcześniej.
- Chodź ze mną, moja droga.
I poszłam... Tak oto klub Disco 77 stał się moją oazą i pozostał nią przez kolejne trzy lata. Zaś Tomás był moim pierwszym kochankiem w Bangkoku... moim zniewalającym latynoskim amantem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki