Rozdział 2
1995 rok, kurort nadmorski Hamptons, piątkowa kolacja
Alexa
Położyłam serwetkę na kolanach i odchrząknęłam. Zgromadzeni przy stole goście, choć była ich zaledwie garstka, z miejsca się wyprostowali. Wszyscy patrzyli teraz na mnie z powagą i wyczekiwaniem. Nikt nie miał wątpliwości, że to, co za chwilę powiem, będzie niezwykle ważne. Cały ten dzień, od samego rana, był zaledwie wstępem, preludium do tego, co się teraz działo...
- W listopadzie siedemdziesiątego piątego roku wróciłam do Bangkoku. Wcześniej mieszkałam przez jakiś czas w Sztokholmie, Londynie i Nowym Jorku. Chociaż mój dobry przyjaciel, nowojorski projektant Roy Halston, chciał ze mnie zrobić twarz swojego domu mody, nie mogłam zostać w swoim rodzinnym mieście. Moi rodzice nadal nie chcieli mieć ze mną nic wspólnego, dopóki nie zrezygnuję z pracy w modelingu... - Pociągnęłam solidny łyk białego wina. Zdążyliśmy już zjeść przystawkę, a teraz czekaliśmy na danie główne. - Przez krótką chwilę zastanawiałam się nawet, czy nie powinnam porzucić marzeń o karierze modelki, żeby zrobić dokładnie to, czego ode mnie oczekiwano: mianowicie pójść na studia i zacząć wdrażać się do pracy w rodzinnej firmie. Ale szybko sobie uzmysłowiłam, że to nie dla mnie... Poza tym ani matka, ani ojciec nie akceptowali mnie taką, jaką byłam... jaką jestem. - Nie mam pojęcia, jakim cudem udało mi się dokończyć myśl i nie załamał mi się głos. - Mimo że minęło już tyle lat, nadal trudno mi o tym mówić.
- W porządku, mamo... - powiedziała cicho June, kładąc czule dłoń na mojej dłoni.
- Na tamtym etapie szukałam własnej drogi do szczęścia i swojego miejsca na ziemi. Miałam za sobą kilka poważnych związków i każde z moich partnerów było bez dwóch zdań wyjątkowe. Do tamtej pory nie spotkałam jednak miłości swego życia... Wszystko zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni, gdy wróciłam do Tajlandii...
- Bo wtedy poznałaś tatę? - spytała June. Moja córka wręcz ubóstwiała swojego ojca.
- I tak, i nie... Nasz wspólny rozdział zaczął się trochę później. - Lekko ścisnęłam jej dłoń. - Zanim opowiem, co było dalej, chciałabym, żebyś wiedziała, że bezgranicznie kochałam twojego tatę. Łączyła nas dość osobliwa więź, ale bez wątpienia wspaniała. A wtedy w Bangkoku odnalazłam miłość absolutną i namiętną... miłość, która zawładnęła nami bez reszty, pochłonęła nas, tak jak drapieżnik pochłania swoją ofiarę. Nie mogliśmy zrobić absolutnie nic, by oprzeć się temu uczuciu, bo zalało nas niczym wzburzone fale tsunami. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżyłam i na pewno nic podobnego mi się już nie przydarzy. Kiedy wylądowałam w Tajlandii po długim locie z międzylądowaniem w Stambule, na lotnisku czekał na mnie River Scott, a nie Ariel.
- Ten River Scott? Były wiceprezydent i artysta malarz? - zapytał Killian.
June skinęła głową. Wiedziała, kto jest autorem obrazu wiszącego w pokoju dziennym i tego mniejszego, który powiesiłam w sypialni. Nie miała natomiast pojęcia, że posiadam całą kolekcję jego dzieł. Wszystko, co namalował w Bangkoku, znajdowało się w tym właśnie domu. Zupełnie zapomniałam mu o tym wspomnieć, gdy widzieliśmy się tamtego wieczora. On za to przyznał, że po dwudziestoletniej przerwie znowu chwycił za pędzel, a gdy to mówił, w jego głosie wyczułam dawny entuzjazm, zaś w oczach ujrzałam znajomy błysk. Nadal miał wyjątkowy talent i jego dzieła niezmiennie cieszyły się dużym uznaniem. Cudownie byłoby, gdyby po długiej przerwie znowu odnalazł w sobie malarski zapał. Wynajął sobie studio w nowojorskiej dzielnicy Soho, która generalnie była mekką artystów i sztuki. Tak bardzo chciałabym zobaczyć, co dziś namalował... Albo usiąść w kąciku i śledzić każde pociągnięcie jego pędzla, patrzeć, jak wyczarowuje nim magiczne sceny, z których każda ma jakieś ukryte przesłanie.
Dziwnym trafem przez te wszystkie lata nikt nie łączył kariery politycznej Rivera z jego sztuką. Graniczyło to niemalże z cudem, jako że w Bangkoku bynajmniej nie krył się ze swoją działalnością artystyczną. To rozgraniczenie udało się najpewniej dlatego, że tylko wąskie grono odbiorców znało prawdziwą tożsamość i prawdziwe nazwisko Rivera. Poza tym wszystkie obrazy w pewnym momencie zaginęły bez śladu w tajemniczych okolicznościach... Jak już wspomniałam, przewiozłam cały zbiór do Hamptons. Ich autor zaś dopiero niedawno zaczął bywać w kręgach artystycznych.
- Tak... Właśnie ten malarz. Tak naprawdę posiadam obszerną kolekcję oryginalnych dzieł Rivera Scotta. I chętnie je wam pokażę, w odpowiednim czasie, kontynuując przy tym swoją opowieść. Co wy na to? - Złożyłam leżącą na kolanach serwetkę, odłożyłam ją na stół i wstałam z krzesła. - Zaczniemy od salonu. Właśnie tu wisi pierwsze z nich.
- Uwielbiam ten obraz, mamo! Za każdym razem, gdy byliśmy w Bangkoku, buszowałam po ogrodzie, usiłując odszukać te wszystkie przedmioty, które na nim widać, jak się dobrze przyjrzysz. Zupełnie jak Pippi Pończoszanka! Ona też była w końcu poszukiwaczką rzeczy - wyrzuciła z siebie June jednym tchem, po czym podeszła do płótna i wskazała palcem kulę dyskotekową.
Należała ona do najwyraźniejszych motywów pejzażu. Przypomniało mi się, jak kiedyś czytałam córce do poduszki o wspomnianej przez nią małej szwedzkiej dziewczynce. Pippi mieszkała zupełnie sama w domu o nazwie Villa Villekulla i miała same szalone pomysły. Moja mama też czytała mi w dzieciństwie tę książkę, napisaną notabene przez jej rodaczkę.
- A widzisz, nigdy mi o tym nie mówiłaś... - odparłam, obejmując ją ramieniem.
- A tu jest kawałek okładki magazynu "Rolling Stone" - dodała moja córka, wskazując na lewy dolny róg obrazu. - I gdzieś był też kolczyk... o... tam.
Wskazała na gałąź drzewa w dalszej części ogrodu. Wiedziałam, że chodzi o okładkę, na której pozuję z Suzi Quatro, ale nic nie powiedziałam. Jeszcze na to za wcześnie... Kolczyk również należał do mnie. Zgubiłam go któregoś dnia w ogrodzie, zrywając mango. River znalazł go później i przyniósł do domu, a ja nadal pamiętam dotyk jego dłoni na swojej skórze, kiedy wkładał mi ozdobę z powrotem do dziurki w uchu. Wstrzymałam oddech, a on wyciągnął rękę, lecz potem jakby się zawahał. Cofnął dłoń i oznajmił, że najpierw zjemy lunch. Kto jak kto, ale on był prawdziwym mistrzem utrzymywania napięcia. Pytając, czy jestem gotowa na nasz wspólny rozdział, nie wyjaśnił, co dokładnie miał na myśli. Początkowo zachowywał się tak, jakbyśmy byli po prostu współlokatorami. Choć nalegał, że będzie dla mnie gotował. Rano przynosił mi śniadanie do łóżka, na lunch serwował pyszne kanapki, naturalnie jeśli akurat nie byłam w schronisku, wieczorem zaś zawsze mogłam liczyć na wyszukaną kolację. A trzeba przyznać, że Ariel był wyśmienitym kucharzem.
- Halo, mamo...
June ścisnęła mnie delikatnie za ramię, a ja potrząsnęłam głową, żeby powrócić do rzeczywistości. Niezwykle łatwo zatracałam się we wspomnieniach. A już zwłaszcza po takim dniu jak ten, gdy celowo je wszystkie przywołałam, odkurzyłam jedno po drugim. Nie bez znaczenia było również to, że znowu spotkałam się z Riverem. Tłumione długo emocje wypłynęły na powierzchnię i sprawiły, że dopadła mnie tęsknota... Zupełnie jakbym po latach poczuła na swojej skórze dotyk dłoni byłego kochanka...
- Ach, przepraszam... Po prostu coś mi się przypomniało... No dobrze, to teraz pokażę wam naprawdę wyjątkowe dzieło.
Ten obraz schowałam przed światem, ukryłam głęboko, jak wszystkie wspomnienia o wpatrzonych we mnie, pełnych miłości i wdzięczności oczach psiaków, które tam zostawiłam. Poczułam ucisk w gardle i zrobiło mi się ciężko na duszy.
- Jest coś, czego nigdy wcześniej nie widzieliście - przyznałam po chwili. - Idziemy na strych.
Córka spojrzała na mnie zaskoczona, lecz ja tylko skinęłam głową. Poddasze od wielu lat było zamknięte, a June wiedziała, że pod żadnym pozorem nie wolno jej tam zaglądać.
- Chodźcie za mną...
Przygotowałam się. Jeszcze przed kolacją wrzuciłam do kopertówki klucz. Na ostatnim stopniu schodów przez chwilę się zawahałam, po czym wzięłam głęboki oddech i włożyłam klucz do zamka. Byłam na poddaszu wcześniej tego dnia, żeby się upewnić, że wszystko jest tak, jak powinno być. Sprzątano tam regularnie, podobnie jak w pozostałych częściach domu, więc nie był to typowy strych z pajęczynami pod sufitem.
- Zapraszam...
Weszłam do środka, po czym odsunęłam się na bok i nacisnęłam umieszczony na ścianie włącznik. Reflektory sufitowe wypełniły światłem całe wnętrze. Zapaliły się też punktowe lampy, skierowane na poszczególne obrazy. June westchnęła głośno i zakryła usta dłonią. Killian objął ją ramieniem, a Babette uniosła brew i posłała mi znaczące spojrzenie.
- Oto moja prywatna kolekcja obrazów Rivera Scotta...
Jako że na poddaszu mieliśmy skosy, większość płócien stała na porozstawianych po całym pomieszczeniu sztalugach. Tylko niektóre z nich zostały powieszone.
- Wejdźcie i zanurzcie się w tym zapierającym dech w piersiach świecie... Część obrazów jest dość ekspresywna, ale myślę, że jesteście już na tyle duzi, by jakoś sobie z tym poradzić - powiedziałam.
Te najbardziej ociekające erotyzmem trzymałam oczywiście gdzie indziej.
- Kiedy już się tu rozejrzycie, pokażę wam pewne szczególne dzieło. Bardzo mi na tym zależy. Najpierw jednak pozachwycajcie się trochę kolorami, kompozycjami i głębią... Dajcie się oczarować różowej willi.
- Wszystkie namalował w Bangkoku? - zapytała June, wpatrując się w mniejszy obraz pochodzący z mojej sypialni, klasyczne malowidło przedstawiające pokój.
Przypominało trochę Pokój van Gogha w Arles, tyle że River miał płynniejszą, miększą kreskę. Jedyne, co można było dojrzeć na tym płótnie, to łóżko, na nim pościel w nieładzie, a na stole dwa puste kieliszki po winie. Światło sugerowało, że musiał to być poranek, a drzwi prowadzące do altany zostały otwarte na oścież. Cieniutka ażurowa zasłonka powiewała na wietrze, a ja w jednej chwili wróciłam w tamto miejsce...
- Tak, wszystkie pochodzą stamtąd - odparłam.
- Są boskie! Ale dlaczego je tu schowałaś? Zwykle wystawialiście z tatą takie obrazy, wypożyczaliście je do muzeów albo udostępnialiście prywatnym galeriom na całym świecie.
- River powierzył je nam z prośbą, by ich nie upubliczniać. Chciał, żeby ujrzały światło dzienne dopiero, gdy będzie na to gotowy.
Tak naprawdę zostawił swoją kolekcję mnie, a nie Arielowi, ale na tym etapie trudno by mi było to wyjaśnić. Minęłam się też trochę z prawdą, mówiąc, że poprosił, żebym nikomu ich nie pokazywała. W rzeczywistości nigdy o tym nie rozmawialiśmy.
- Jeśli jesteście gotowi, chcę pokazać wam dzieło, które ma dla mnie szczególne znaczenie.
Podeszłam do jednej ze ścian szczytowych, na której wisiał samotnie o wiele mniejszy obrazek, ot, skromne sześćdziesiąt na osiemdziesiąt centymetrów, co jak na Rivera Scotta było dość osobliwe. Nie miałam pojęcia, czy dziś tworzy duże czy małe płótna... A może używa zupełnie innych materiałów?
- To schronisko o nazwie Safe Dog Haven. Azyl dla psów, w którym pracowałam jako wolontariuszka pod koniec pobytu w Bangkoku. Kiedy nie byłam akurat w podróży ani na żadnej sesji, spędzałam czas właśnie tam albo w różowej willi.
Obraz powstał w należącym do schroniska ogrodzie. Poprosiłam Rivera, żeby namalował moich podopiecznych. Było to poruszające dzieło, w którym kryło się tak wiele uczuć. Cała gromada opuszczonych, bezpańskich czworonogów dokazywała na zielonej trawie. Dwa z nich tarzały się po ziemi, a jeden kopał dziurę w ziemi. River zdołał zawrzeć na tym płótnie wszystko... Zarówno wdzięczność, jak i radość wypełniające oczy tych zwierzaków, które nareszcie mogły się poczuć bezpiecznie. Jednocześnie wyzierał z nich żal - zostały przecież porzucone i pozostawione samym sobie. Malowidło nie było w żaden sposób przygnębiające, ale patrząc na nie, po prostu wiedziało się, że to przytułek. River nie namalował żadnych ludzi, a mimo to dało się odczuć, że psiaki odnalazły tam dom.
- Jest taki piękny... - zawołała June i rzuciła mi się na szyję. - Nie miałam pojęcia... - dodała, łkając.
- Wiedz, że najbardziej na świecie pragnęłam wszystkie je przygarnąć, zabrać je ze sobą. Ale byłam jeszcze taka młoda, no a potem zaszłam w ciążę z tobą... - odparłam, obejmując córkę i przytulając ją mocno do siebie.
- I wtedy pojechaliście do domu, do Nowego Jorku? - spytała.
Killian i Babette rozprawiali ściszonymi głosami o czymś, co dojrzeli na jednym z pozostałych obrazów. Widziałam, jak zaaferowani wskazują na poszczególne motywy.
- ...I wtedy znalazłam się na życiowym zakręcie, skarbie. Chodź, muszę ci coś pokazać... - Chwyciłam ją za rękę i poprowadziłam do wiszącej na ścianie miniaturki.