Alex Cross. Tom 4. Kot i mysz (#4) - James Patterson

Reflow text when sidebars are open.
- Jestem wielki Cornholio! Czy rzucasz mi wyzwanie? Jestem Cornholio! - wołały chórem chichoczące dzieciaki. Beavis i Butthead uderzają ponownie - w mojej dzielnicy.
Przygryzłem wargi i postanowiłem nie interweniować. Po co z tym walczyć? Po co tłumić dziecięcy zapał?
Damon, Jannie i ja siedzieliśmy stłoczeni na przednim siedzeniu starego, czarnego porsche. Powinniśmy kupić nowy samochód, ale nikt nie chciał rozstać się z porsche. Nauczono nas przywiązania do tradycji, do klasyki. Uwielbialiśmy ten stary samochód, nazywając go "puszką sardynek" i "starym odrapańcem".
W gruncie rzeczy już od siódmej czterdzieści rano byłem pochłonięty myślami. To nie najlepszy sposób na rozpoczęcie dnia. Poprzedniego wieczoru w rzece Anacostia znaleziono trzynastoletnią dziewczynkę ze średniej szkoły Ballou. Zastrzelono ją, a następnie utopiono. Zmarła od wystrzału z broni przystawionej do ust. Koronerzy określają to mianem "jednej wielkiej dziury".
Dziwaczna statystyka rujnowała mój żołądek i system nerwowy. W ciągu ostatnich trzech lat odnotowano ponad sto nie wyjaśnionych zabójstw młodych kobiet z biednych dzielnic śródmiejskich. Nikt nie domagał się szeroko zakrojonego dochodzenia. Wydawało się, że żaden człowiek sprawujący władzę nie przejmuje się zmarłymi murzyńskimi i latynoskimi dziewczynami.
Kiedy zatrzymaliśmy się przed frontem szkoły Sojourner Truth, spostrzegłem Christine Johnson witającą przybywające dzieci i ich rodziców; scena ta uświadamiała wszystkim, że w tej okolicy mieszkają dobrzy, troskliwi ludzie. Christine z pewnością do takich należała.
Pamiętam nasze pierwsze spotkanie minionej jesieni, w jak najgorszych dla nas obojga okolicznościach.
Znaleźliśmy się razem w miejscu śmierci słodkiej dziewczynki o nazwisku Shanelle Green. Christine była dyrektorką szkoły, do której chodziła Shanelle, tej samej, do której teraz dowożę swoje dzieci. Jannie zaczęła się w niej uczyć dopiero w ubiegłym semestrze, Damon zaś należał już do weteranów - chodził do czwartej klasy.
- Na co się gapicie, podpuszczacze? - zwróciłem się do dzieci, które przyglądały się na przemian mnie i Christine, jakby obserwowały mecz tenisowy.
- Gapimy się na ciebie, tatusiu, i gapimy się na Christine! - powiedziała Jannie i roześmiała się niczym mała bajkowa wiedźma.
- Dla ciebie to jest pani Johnson - odrzekłem, spoglądając na Jannie najsurowszym wzrokiem, na jaki umiałem się zdobyć.
Mała zbyła złowrogie spojrzenie wzruszeniem ramion i wykrzywiła się.
- Wiem o tym, tatusiu. To dyrektorka mojej szkoły. Wiem dokładnie, kim ona jest.
Moja córka rozumiała już wiele z istotnych powiązań i tajemnic życia. Miałem nadzieję, że któregoś dnia zechce mi je wyjaśnić.
- Damon, czy chciałbyś wyrazić swoją opinię? - zapytałem. - Może chcesz coś dodać? Albo podzielić się z nami tego ranka dobrym nastrojem i bystrym umysłem?
Syn z uśmiechem pokręcił głową. Bardzo lubił Christine Johnson. Wszyscy ją lubili. Nawet mama Nana ją aprobowała, co było zjawiskiem niesłychanym i dla mnie niepokojącym. Wyglądało na to, że Nana i ja nie zgadzamy się w żadnej kwestii, a sytuacja w miarę upływu czasu staje się coraz gorsza.
Dzieciaki gramoliły się, wysiadając z samochodu; Jannie pocałowała mnie, a Christine pomachała ręką, zanim do nas podeszła.
- Jest pan takim wspaniałym, obowiązkowym ojcem - powiedziała z błyskiem w oczach. - Któregoś dnia uszczęśliwi pan jakąś panią z sąsiedztwa. Doskonała partia - z dziećmi, dosyć przystojny, jeżdżący stylowym sportowym wozem. No, no.
- Odpowiem pani tym samym: no, no - odparłem. Na domiar wszystkiego był piękny poranek wczesnego lata z połyskującym błękitnym niebem, temperaturą trochę ponad dwadzieścia stopni i stosunkowo czystym, rześkim powietrzem. Christine miała na sobie miękki beżowy żakiet, niebieską spódniczkę i beżowe pantofle bez obcasów. Milcz, serce.
Przelotny uśmiech zagościł na mojej twarzy. Nie potrafiłem go powstrzymać, zmazać, a co więcej, nie chciałem tego. Pasował do pięknego dnia, który rozpoczynałem.
- Mam nadzieję, że nie uczy pani moich dzieci tego cynizmu i ironii.
- Oczywiście, że uczę, tak samo jak wszyscy moi nauczyciele. Z najlepszymi z nich rozmawiamy językiem educanto. Jesteśmy wyszkoleni w dziedzinie cynizmu, jesteśmy także ekspertami od ironii, a co ważniejsze, wybitnymi sceptykami. Muszę wracać, żeby nie stracić nawet jednej cennej chwili przeznaczonej na indoktrynację.
- Na indoktrynację Damona i Jannie jest już za późno. Wcześniej ich zaprogramowałem. Dzieci karmi się mlekiem i pochwałami. One mają największe skłonności w naszej okolicy, przypuszczalnie w całej dzielnicy południowo-wschodniej, a może nawet w całym Waszyngtonie.
- Jasne, zwróciliśmy na to uwagę i przyjmujemy wyzwanie. Muszę uciekać - kształtować i zmieniać młode umysły.
- Zobaczymy się wieczorem? - zapytałem, kiedy Christine miała się odwrócić i wejść do szkoły.
- Jest pan pociągający niczym grzech, jeździ fajnym porsche, oczywiście, że się z panem dzisiaj spotkam - odrzekła, po czym ruszyła w stronę szkoły.
Tego wieczoru mieliśmy odbyć naszą pierwszą oficjalną randkę. Jej mąż, George, zmarł ubiegłej zimy, i oto dziś Christine jest gotowa wybrać się ze mną na kolację. W żadnym razie nie naciskałem na nią, ale nie mogłem już dłużej czekać. Sześć lat po śmierci mojej żony Marii czułem, że wydostaję się z głębokiej koleiny, może nawet z klinicznej depresji. Życie znowu wydawało mi się tak atrakcyjne jak dawno, dawno temu.
Mama Nana jednak mnie ostrzegała: Nie pomyl brzegów koleiny z horyzontem.
Kiedy rozległ się ostatni dzwonek, dzieci w większości siedziały bezpiecznie w swoich klasach, a Christine Johnson szła wolnym krokiem po opustoszałych szkolnych korytarzach. Robiła to prawie każdego ranka, traktując ten spacer jak luksus, na który może sobie pozwolić. Czasem trzeba się zdobyć na trochę przyjemności - w tym przypadku w grę wchodziła wyprawa do "Starbuck's" na kawę z mlekiem.
Pusty, sympatycznie cichy hol jak zawsze lśnił czystością, co według niej powinno być regułą w przyzwoitej szkole.
Dawniej sama wraz z kilkoma nauczycielami pucowała korytarze, a teraz pan Gomez i portier Lonnie Walker poświęcali temu zajęciu dwa wieczory w tygodniu. Zadziwiające, ile osób zgadza się, że szkoła powinna być czysta i bezpieczna, jeżeli tylko trafi się na odpowiednio myślących, chętnych do pomocy ludzi. Gdy uwierzą, że słuszna sprawa jest realna, często się to sprawdza.
Ściany korytarza pokrywały dziecięce rysunki w żywych kolorach; emanowały wprost nadzieją i energią, które silnie na wszystkich działały. Christine przyglądała się im codziennie i za każdym razem dostrzegała coś nowego, co przyciągało jej uwagę i radowało serce.
Tego poranka zatrzymała się, by popatrzeć na prosty, a jednocześnie urzekający rysunek wykonany ołówkiem, na którym mała dziewczynka, trzymając za ręce rodziców, stała przed ich nowym domem. Cała trójka miała okrągłe rozjaśnione szczęśliwymi uśmiechami twarze i sympatyczne poczucie świadomości, że wiedzą, o co im chodzi. Zwróciła też uwagę na kilka innych historyjek obrazkowych zatytułowanych: "Nasza okolica", "Nigeria", "Połów wielorybów".
Jednakże dzisiaj Christine przyszła tu z innego powodu. Myślała o swym mężu George'u, o tym, w jaki sposób i dlaczego zmarł. Marzyła, żeby go odzyskać, móc z nim porozmawiać. Chciała przytulić się do niego, choćby ten jeden, ostatni raz. O Boże, potrzebowała takiej rozmowy.
Dobrnęła do końca korytarza, gdzie znajdowała się pomalowana na jasnożółty kolor sala nr 111 nazywana maselniczką. Dzieciaki same nadawały klasom nazwy, zmieniając je co roku jesienią. No cóż, to jest ich szkoła.
Powoli, cicho uchyliła drzwi. Bobbie Shaw, nauczycielka klasy drugiej, pisała coś na tablicy. Potem przeniosła wzrok na szeregi dziecięcych, skupionych twarzy, wśród nich Jannie Cross.
Uśmiechnęła się, obserwując Jannie, która akurat rozmawiała z panią Shaw. Żywa i bystra Jannie Cross o przyjaznym spojrzeniu na świat. Jest bardzo podobna do ojca. Mądra, wrażliwa, pociągająca niczym grzech.
Christine ruszyła dalej. Szła zamyślona i dopiero po pewnym czasie zorientowała się, że wchodzi po betonowych schodach na piętro. Ściany klatki schodowej również udekorowano rysunkami i pracami plastycznymi w jaskrawych kolorach. Właśnie z tego powodu większość dzieciaków uważała to miejsce za swoją szkołę. Kiedy uważasz coś za swoje, chronisz to, czujesz się z tym związany. Prawda dość oczywista, a mimo to wydaje się, że rząd w Waszyngtonie nie jest w stanie jej przyswoić.
Choć Christine czuła się trochę głupio, postanowiła jednak sprawdzić, co się dzieje z Damonem.
Spośród wszystkich uczniów i uczennic tylko on został jej faworytem. I to jeszcze, zanim poznała Alexa. Nie chodziło wyłącznie o to, że Damon jest bystry, dobrze się wysławia i potrafi być czarujący - on naprawdę jest dobrym człowiekiem. Przejawia się to w stosunku do innych dzieci, do nauczycieli, a nawet do młodszej siostry, gdy pojawiła się w szkole w ubiegłym semestrze. Traktuje Jannie jak najlepszego przyjaciela - i chyba naprawdę za kogoś takiego ją uważa.
W końcu Christine skierowała się do swego gabinetu, gdzie czekała ją codzienna praca pochłaniająca dziesięć do dwunastu godzin. Myślała o Alexie i o tym, że to z jego powodu poszła popatrzeć na dzieciaki.
Przyszło jej również na myśl, że nie wyczekuje z niecierpliwością wieczornej randki przy kolacji. Obawiała się tego spotkania, nawet wpadła w lekką panikę, i chyba wiedziała, dlaczego tak się dzieje.
To będzie coś niewiarygodnego, wykraczającego poza wszystko, czego podejmował się dotychczas. Następną część zadania mógł wykonać prawie z zamkniętymi oczami, działając na pamięć. Tyle razy to przećwiczył w wyobraźni, w marzeniach. Czekał na ten dzień od ponad dwudziestu lat.
W małym pokoju ustawił składany aluminiowy trójnóg i oparł na nim browninga BAR; pierwszorzędna broń ze specjalnym wojskowym urządzeniem celowniczym oraz elektronicznym spustem, który sam wymyślił.
Marmurowa posadzka drgała nadal, kiedy na stację wjeżdżały i opuszczały ją jego ukochane pociągi; ogromne, mistyczne bestie, które przybywały tu, by się najeść i odpocząć. Wolał to miejsce od wszystkich innych. Tak bardzo kochał tę chwilę.
Soneji wiedział wszystko o Union Station, a także o masowych morderstwach popełnianych w pełnych ludzi miejscach publicznych. Gdy był chłopcem, miał obsesję na punkcie tak zwanych zbrodni stulecia. Wyobrażał sobie, że popełnia takie czyny, staje się sławny, wzbudza przerażenie. Najpierw planował morderstwa doskonałe, przypadkowe, a potem zaczął je realizować. Swą pierwszą ofiarę pochował na farmie należącej do krewnego, kiedy miał piętnaście lat. Ciała nie znaleziono do dziś.
Stawał się Charlesem Starkweatherem, Bruno Hauptmannem i Charliem Whitmanem, z tą tylko różnicą, że był od nich o wiele sprytniejszy i mniej szalony.
Wymyślił sobie nawet nazwisko Soneji, które wymawia się Sonidżi. Nazwiska wydawały mu się przerażające już w wieku trzynastu czy czternastu lat. Teraz było tak samo. Starkweather, Hauptmann, Whitman, Soneji.
Z karabinu strzelał od dzieciństwa - robił to w wielkim, ciemnym lesie otaczającym Princeton w stanie New Jersey. W zeszłym roku więcej czasu niż kiedykolwiek wcześniej poświęcił praktyce strzeleckiej i polowaniu. Doskonale przygotował się na ten dzień. Do diabła, był gotów do tego od lat.
Soneji usiadł na składanym stołku, przyjmując możliwie najwygodniejszą pozycję. Zaciągnął zasłonę z szarego, marynarskiego brezentu, która zlewała się z ciemnymi ścianami dworca, i skulił się pod nią. Chciał zniknąć, stać się częścią otaczającej go scenerii, snajperem w publicznym miejscu. Na Union Station!
Staroświecko brzmiący głos spikera wyśpiewywał rozkład jazdy kolejnego pociągu Metroliner do Baltimore, Wilmington, Filadelfii i nowojorskiej Penn Station.
Soneji uśmiechnął się - tym pociągiem miał uciec.
Bilet kupił wcześniej i zamierzał wsiąść do Metrolinera. Nie ma problemu, wystarczy zarezerwować miejsce. Znajdzie się w tym pociągu albo go rozwali. Teraz nikt nie jest w stanie go powstrzymać, może z wyjątkiem Alexa Crossa, ale nawet on już się nie liczy. Zaplanował zabezpieczenie na każdą okoliczność, nawet własną śmierć.
Potem Soneji zatopił się w myślach. Wspomnienia izolowały go od otoczenia niczym kokon.
Miał dziewięć lat, kiedy student Charles Whitman otworzył ogień z wieży Uniwersytetu Teksaskiego w Austin. Whitman był dawniej marynarzem, miał dwadzieścia pięć lat. To przerażające, sensacyjne wydarzenie wpłynęło na Sonejiego pobudzająco.
Zaczął kolekcjonować wszelkie doniesienia o strzelaninach i długie artykuły z czasopism "Time", "Life", "Newsweek", "The New York Times", "The Philadelphia Inquirer", "London Times", "Paris Match", "Los Angeles Times", "Baltimore Sun". Zachował te cenne materiały. Znajdowały się w domu jego przyjaciela, przechowywane dla potomności. Były świadectwem minionych, teraźniejszych i przyszłych zbrodni.
Gary Soneji wiedział, że jest dobrym strzelcem, choć w tym tłumie pełnym ludzkich celów wcale nie musiał być mistrzem. Na dworcu nie trzeba strzelać na odległość większą niż sto jardów, a on umiał trafić do celu oddalonego o pięćset jardów.
Teraz wyjdę z krainy koszmarów i wkroczę w realny świat, pomyślał, kiedy czas się wypełniał. Przez ciało przebiegł mu zimny dreszcz, wspaniałe, zniewalające uczucie. Spojrzał przez teleskop na ruchliwy, nerwowy, uśmiechnięty tłum.
Szukał pierwszej ofiary. Życie jest o wiele piękniejsze i bardziej interesujące, gdy ogląda się je przez celownik karabinu.
Alex Cross jest już martwy. Niepowodzenie nie wchodzi w grę.
Gary Soneji zezował przez celownik optyczny, który okazał się prawdziwym cackiem wymontowanym z automatycznego browninga. Zabójca obserwował wielce poruszającą scenę. Widział, jak Alex Cross wypuszcza z samochodu dwoje brzdąców i gawędzi z ładną znajomą przed szkolnym budynkiem.
Myśl o niewyobrażalnym, upomniał siebie Soneji.
Zazgrzytał zębami, pochylając się na przednim siedzeniu czarnego jeepa. Obserwował, jak Damon i Janelle biegną przez szkolne boisko, witając się z kolegami uderzeniami dłoni. Przed laty stał się prawie sławny dzięki porwaniu dwóch małych uczniów właśnie tu, w Waszyngtonie. To były czasy, moi kochani! To były czasy.
Przez chwilę został czarnym bohaterem telewizji i gazet w całym kraju. Teraz będzie tak samo, był tego pewny. W końcu uczciwość wymaga przyznania mu palmy pierwszeństwa.
Pozwolił, by środek celownika karabinu delikatnie spoczął na czole Christine Johnson. No i jak, czy to nie jest przyjemne?
Miała bardzo wyraziste, piwne oczy i szeroki uśmiech, który z tej odległości wyglądał na szczery. Była wysoka, atrakcyjna, o władczej postawie. Dyrektorka szkoły, z kosmykiem kędzierzawych włosów na policzku. Łatwo się zorientować, co Cross w niej widzi.
Jaka ładna z nich para. Doprawdy, cóż to będzie za tragedia. Mimo zmęczenia Cross wyglądał dobrze, z olśniewającym uśmiechem wywierał wrażenie niczym Muhammad Ali w swych najlepszych latach.
Kiedy Christine Johnson skierowała się do szkolnego budynku z czerwonej cegły, Alex Cross nagle spojrzał w kierunku jeepa Sonejiego.
Odnosiło się wrażenie, że wysoki detektyw patrzy prosto na miejsce, gdzie siedział kierowca. Prosto w oczy Sonejiego.
No i dobrze. Nie było powodu do zmartwienia, a tym bardziej do strachu. Dobrze wiedział, co robi. Nie podejmował żadnego ryzyka. Nie tutaj, nie teraz.
Wszystko miało się zacząć za kilka minut, ale w jego umyśle już się wydarzyło ze sto razy. Miał świadomość każdego, najmniejszego ruchu od początku do końca.
Gary Soneji uruchomił jeepa i odjechał w kierunku Union Station. Tam znajdowała się scena przyszłej zbrodni, scena jego wspaniałego teatru.
- Myśl o niewyobrażalnym - mruknął do siebie półgłosem - a potem zrób to, co niewyobrażalne.
Zabójca, który terroryzował całą Europę, znany był jako bezimienny pan Smith. Tak określała go bostońska prasa, a podchwyciła to i rozpowszechniła policja. On sam zaakceptował nazwisko tak, jak dzieci przyjmują imiona nadane przez rodziców, niezależnie od tego, jak bardzo mogą okazać się kłopotliwe lub prozaiczne.
Pan Smith - dobrze, niech będzie.
W rzeczywistości jednak przywiązywał do nazwisk wielkie znaczenie. Miał obsesję na ich punkcie. Nazwiska ofiar wżerały się w jego mózg i serce.
Pierwsze i najważniejsze miejsce zajmowała Isabella Calais, następnie Stephanie Michaela Apt, Ursula Davies, Robert Michael Neel i wielu innych.
Potrafił recytować pełne nazwiska w dowolnym porządku, tak jakby zapamiętywał je do historycznego kwizu czy jakiejś dziwacznej rundy programu Trywialna Pogoń. Bo chodziło przecież o trywialny pościg, czyż nie?
Do tej pory wydawało się, że nikt tego nie rozumie, nie chwyta. Ani osławione FBI, szeroko opisywany Interpol, Scotland Yard ani też lokalna policja z miast, w których popełniał morderstwa.
Nikt nie odkrył tajemniczego systemu, według którego wybierał kolejne ofiary, poczynając od Isabelli Calais z Cambridge w Massachusetts, zamordowanej 22 marca 1993 roku, aż do dzisiejszej sprawy w Londynie.
Tym razem ofiarą padł Drew Cabot, główny inspektor policji - a przecież istniało tyle innych beznadziejnie czczych rzeczy, które mógł robić w życiu. W Londynie uznano go za "spalonego", ponieważ niedawno schwytał zabójcę z IRA. Zamordowanie Cabota zelektryzuje miasto, doprowadzi wszystkich do szaleństwa. Cywilizowany, wyrafinowany Londyn uwielbia krwawe zbrodnie tak samo jak byle jakie miasteczko.
Tego popołudnia pan Smith znalazł się w modnej, stylowej dzielnicy Knightsbridge, by "studiować ludzką rasę" - tak w każdym razie o jego działalności pisały gazety. Londyńska i europejska prasa oprócz nazwiska nadała mu również przezwisko - Obcy. Przeważała teoria, że pan Smith jest istotą pozaziemską, gdyż żaden człowiek nie byłby w stanie robić takich rzeczy. Przynajmniej tak twierdzili.
Pan Smith musiał się mocno pochylić, mówiąc do ucha Drew Cabota, żeby bardziej zbliżyć się do swej ofiary. Przy pracy miał zwyczaj słuchać różnego rodzaju muzyki. Dzisiaj wybrał uwerturę do Don Giovanniego. Opera komiczna wydała mu się najodpowiedniejszym utworem.
Pasowała do autopsji na żywo.
Około dziesięciu minut po twojej śmierci - mówił pan Smith - muchy wyczują zapach gazu powstającego przy rozkładzie tkanek. Zielone muchy złożą maleńkie jajeczka w otworach twego ciała. Ironia chce, by ten język przypomniał mi doktora Seussa - "zielone muchy i szynka". Co to może znaczyć? Nie wiem. To dziwaczne połączenie.
Drew Cabot stracił mnóstwo krwi, ale nie dawał za wygraną. Był wysokim, krzepkim mężczyzną o jasnosrebrzystych włosach. Facet z gatunku tych, co to nigdy nie mówią "nigdy". Inspektor przechylał głowę w przód i w tył, dopóki Smith nie wyciągnął mu z ust knebla.
- O co chodzi, Drew? - zapytał. - Mów.
- Mam żonę i dwoje dzieci. Dlaczego mi to robisz? Dlaczego mnie? - wyszeptał torturowany.
- Cóż, powiedzmy dlatego, że nazywasz się Drew. Podejdź do tego po prostu, bez sentymentów. Ty, Drew, jesteś elementem układanki.
Ponownie zakneblował mu usta. Wystarczy tych pogaduszek z Drew.
Pan Smith kontynuował obserwację podczas wykonywania następnych cięć chirurgicznych przy dźwiękach Don Giovanniego.
- Kiedy zbliża się śmierć, oddech staje się cięższy, przerywany. Właśnie tego doświadczasz w tej chwili, masz wrażenie, że każdy haust powietrza może okazać się ostatni. Koniec nastąpi w ciągu dwóch lub trzech minut - szeptał pan Smith, straszliwy Obcy. - Twoje życie dobiegnie końca. Pozwolę sobie pogratulować ci jako pierwszy. Mówię poważnie, Drew. Możesz mi wierzyć lub nie, ale ja ci zazdroszczę. Chciałbym być tobą.
Godzina szczytu! Ósma dwadzieścia rano. Boże Wszechmogący, tylko nie to! Na Union Station grasuje szaleniec.
Pędziliśmy z Sampsonem szeroką aleją Massachusetts, dokładnie zapchaną aż po horyzont tkwiącymi w korkach pojazdami. Kiedy nie wiesz, co robić, galopuj. To stara zasada Legii Cudzoziemskiej.
Zdenerwowani kierowcy samochodów osobowych i ciężarówek naciskali klaksony. Przechodnie krzyczeli i szybkim krokiem lub biegiem oddalali się od stacji kolejowej. Wszędzie pełno było policyjnych radiowozów.
Przed sobą, od strony północnego Kapitolu widziałem masywny, granitowy gmach Union Station z licznymi dobudówkami i odnowionymi fragmentami. Wszystko wokół wyglądało ponuro i szaro - z wyjątkiem trawy, która robiła wrażenie wyjątkowo zielonej.
Razem z Sampsonem przemknęliśmy obok nowego Thurgood Marshall Justice Building. Słyszeliśmy dobiegające z dworca strzały z broni palnej. Odgłosy napływały z oddali, zagłuszane przez grube kamienne ściany.
- Do cholery, to prawda - powiedział biegnący obok mnie Sampson. - On tu jest. Nie ma wątpliwości.
Ja wiedziałem, że on tam jest. Niespełna dziesięć minut wcześniej odebrałem telefon. Podniosłem słuchawkę, zajęty inną wiadomością - faksem od Kyle'a Craiga z FBI. Czytałem faks od Kyle'a, który rozpaczliwie potrzebował pomocy przy bardzo trudnej sprawie pana Smitha. Prosił, abym spotkał się z agentem Thomasem Pierce'em. Tym razem jednak nie mogłem udzielić Kyle'owi pomocy. Zamierzałem skończyć z morderstwami, nie brać więcej tego rodzaju spraw, szczególnie tak poważnych jak przypadek pana Smitha.
Poznałem głos człowieka, który do mnie zatelefonował.
- Tu Gary Soneji, doktorze Cross. To naprawdę ja. Dzwonię z Union Station. Przejeżdżam akurat przez dystrykt Columbia i mam nadzieję, że zechce pan się ze mną jeszcze raz spotkać. A więc niech się pan pospieszy i pędzi, jeśli chce mnie pan złapać. - W słuchawce zapanowała cisza. Soneji wyłączył się. Uwielbiał panować nad sytuacją.
I oto teraz pędzimy z Sampsonem przez aleję Massachusetts. Poruszamy się znacznie szybciej niż samochody na jezdni. Nasz wóz zostawiłem na rogu Trzeciej ulicy.
Obaj włożyliśmy kuloodporne kamizelki na sportowe koszule. Pędzimy dokładnie tak, jak poradził Soneji przez telefon.
- Co on tam robi, do cholery? - zapytał Sampson przez zaciśnięte zęby. - Ten sukinsyn zawsze był szalony.
Znajdowaliśmy się pięćdziesiąt jardów od drewnianych, oszklonych drzwi dworca. Ze środka w dalszym ciągu wypływał strumień ludzi.
- Strzelał z broni palnej jako chłopak - poinformowałem Sampsona. - Zabijał zwierzęta domowe w swojej okolicy, koło Princeton. Robił to jak snajper, z lasu. W owym czasie nikt tego nie wykrył. Opowiedział mi o tych wyczynach, kiedy robiłem z nim wywiad w więzieniu Lorton. Mianował się mordercą zwierząt.
- Wygląda na to, że dorósł do zabijania ludzi - mruknął Sampson.
Biegliśmy teraz długim podjazdem, kierując się do głównego wejścia liczącego osiemdziesiąt osiem lat dworca. Poruszaliśmy się tak szybko, jakbyśmy chcieli zedrzeć zelówki, a wydawało się, że od telefonu Sonejiego upłynęła cała wieczność.
Kanonada ucichła na pewien czas, po czym rozległa się ponownie. Cholernie dziwne. Odgłosy nie pozostawiały wątpliwości, że z głębi dworca słychać wystrzały karabinowe.
Z podjazdu dworcowego odjeżdżały samochody i taksówki usiłujące zwiać z miejsca szaleńczej strzelaniny. Podróżni w dalszym ciągu przepychali się przez frontowe drzwi na zewnątrz. Nigdy wcześniej nie miałem do czynienia ze snajperem.
Mieszkając w Waszyngtonie, odwiedziłem Union Station kilkaset razy. Nigdy jednak nie widziałem nic podobnego. Nic, co choćby w przybliżeniu przypominało dzisiejszy ranek.
- On dał się zamknąć w pułapce. Zrobił to świadomie! Dlaczego, do diabła? - spytał Sampson, gdy dotarliśmy do wejścia.
- Mnie to również niepokoi - odpowiedziałem. I dlaczego Soneji do mnie zatelefonował? Dlaczego dał się uwięzić na Union Station?
Wślizgnęliśmy się do hali dworcowej. Strzelanina z balkonu - lub z innego wysoko położonego miejsca - rozległa się ponownie. Obaj rozpłaszczyliśmy się na posadzce.
Czy Soneji zdążył nas już zauważyć?
Trzymałem głowę jak najniżej, starając się jednocześnie obserwować ogromny, złowieszczy hol dworcowy. Intensywnie wypatrywałem Sonejiego. Czy on może mnie widzieć? W głowie kołatało mi jedno z powiedzonek Nany: Śmierć to sposób, w jaki natura mówi "cześć".
Imponującą halę główną otaczały posągi rzymskich legionistów, stojących niczym wartownicy. Swego czasu poprawni politycznie szefowie linii Pennsylvania Railroad domagali się, aby ci wojownicy byli ubrani od stóp do głów. Rzeźbiarz, Louis Saint-Gaudens, potrafił jednak przemycić jedną trzecią postaci w strojach odpowiadających rzeczywistości historycznej.
Zauważyłem trzech ludzi leżących na podłodze - zapewne już martwych. Żołądek podskoczył mi do gardła, serce zaczęło bić szybciej. Jedną z ofiar był nastolatek ubrany w szorty zrobione z długich spodni przez obcięcie nogawek i w sportowy trykot Redskins. Drugą ofiarą mógł być młody ojciec. Żaden się nie poruszał.
Setki podróżnych i pracowników dworca tkwiło uwięzionych w sklepach i restauracjach pod arkadami. Dziesiątki wystraszonych ludzi stłoczyło się w małym sklepie ze słodyczami "Godiva Chocolates" i otwartej restauracji "America".
Strzelanina znowu ucichła. Co robi Soneji? I gdzie on jest? Chwilowa cisza przyprawiała o obłęd, była upiorna. Na dworcu kolejowym panuje zazwyczaj straszny hałas, a tu, gdy ktoś przesunął krzesło po marmurowej posadzce, skrzypienie rozniosło się donośnym echem.
Pokazałem odznakę detektywa umundurowanemu policjantowi, który zabarykadował się za przewróconym stolikiem kawiarnianym. Po twarzy gliniarza spływały krople potu niknące w fałdach tłuszczu na szyi. Leżał parę kroków w głębi jednego z korytarzy prowadzących od drzwi do głównego holu. Ciężko oddychał.
- Wszystko w porządku? - zapytałem, chowając się z Sampsonem za stołem. Policjant przytaknął ruchem głowy i coś mruknął, lecz mu nie uwierzyłem. Szeroko otwarte ze strachu oczy pozwalały mi przypuszczać, że nigdy wcześniej nie miał do czynienia ze snajperem.
- Skąd strzela? - zapytałem gliniarza. - Widziałeś go?
- Trudno powiedzieć. Ale siedzi gdzieś tam, z tamtej strony - wskazał ręką na południowy balkon biegnący nad długą linią drzwi we frontowej ścianie Union Station. Teraz nikt z tych wejść nie korzysta. Soneji w pełni kontrolował sytuację.
- Nie widzę go stąd, z dołu - warknął leżący obok mnie Sampson. - Być może on się porusza, zmienia pozycję. Tak zrobiłby dobry snajper.
- Czy coś mówił? Składał oświadczenia? Zgłaszał jakieś żądania? - zapytałem policjanta.
- Nic z tych rzeczy. Zaczął strzelać do ludzi, jakby był na ćwiczeniach. Dotychczas są cztery ofiary. Skubaniec umie strzelać.
Nie widziałem czwartego ciała. Może ktoś inny odciągnął zwłoki gdzieś na bok. Pomyślałem o własnej rodzinie. Kiedyś Soneji przyszedł do naszego domu, a teraz zatelefonował do mnie - zapraszając na zabawę na Union Station.
Nagle na górze, na znajdującym się nad nami balkonie szczeknął karabin! Suchy trzask wystrzału odbił się echem od grubych murów budynku dworcowego. To była strzelnica, a ludzie służyli za tarcze.
W głębi restauracji "America" rozległ się krzyk kobiety. Widziałem, jak ciężko upadła, jakby poślizgnęła się na lodzie. Zaraz po tym w lokalu rozległy się jęki.
Strzelanina znowu ustała. Do cholery, co on robi tam na górze?
- Wygarnijmy go, zanim znowu wystrzeli - szepnąłem do Sampsona. - Zróbmy to.
Tu was mam.
Zlustrował wzrokiem halę dworca wypełnioną tysiącami ludzi spieszących się do pracy lub wyjeżdżających na letnie wakacje. W tym momencie nikt nie miał pojęcia o czekającej go śmierci. Wydawało się, że nie przeczuwają strasznych wydarzeń.
Soneji obserwował grupę uczniów w jasnoniebieskich kurtkach i wykrochmalonych białych koszulach. Cholerni uczniacy ze szkoły przygotowawczej. Biegnąc w kierunku pociągu, chichotali z nienaturalną radością. Nie lubił szczęśliwych ludzi, a zwłaszcza głupkowatych dzieciaków, którym wydaje się, że świat leży u ich stóp.
Wyczuwał dochodzące stamtąd zapachy: woń dieslowskiego paliwa, bzu i róż ze straganów z kwiatami, mięsa i krewetek z czosnkiem z restauracji w holu. Poczuł głód.
Środkowy punkt w jego celowniku miał kształt czarnego słupka, a nie najczęściej stosowanego środka tarczy strzelniczej. Takie rozwiązanie bardziej mu odpowiadało. Patrzył, jak mieszanina kształtów i kolorów przypływa i odpływa z drogi śmierci. Malutkie kółko "ponurego żniwiarza" było teraz całym jego światem, zamkniętym w sobie, hipnotyzującym.
Soneji ustawił wskaźnik celownika na szerokim, pomarszczonym czole zmęczonej pięćdziesięciokilkuletniej bizneswoman, kobiety szczupłej i nerwowej, o błędnym spojrzeniu i bladych wargach.
- Pożegnaj się, Gracie - wyszeptał cicho. - Dobrej nocy, Irene. Dobranoc, pani Calabash.
Już miał nacisnąć spust, rozpocząć poranną masakrę, lecz w ostatnim ułamku sekundy powstrzymał się.
Nie jest warta pierwszego strzału, pomyślał, ganiąc się za brak cierpliwości. To przecież nic specjalnego, tylko przelotny kaprys. Jeszcze jedna krowa z klasy średniej.
Celownik, jakby przyciągnięty magnesem, zatrzymał się na dolnej części kręgosłupa tragarza pchającego wózek z nie wyrównanym stosem pakunków i walizek. Bagażowy był wysokim, przystojnym Murzynem o skórze połyskującej jak mahoń - bardzo podobny do Alexa Crossa, pomyślał Soneji.
To był atrakcyjny cel. Podobał mu się ten obraz, ale kto poza nim zrozumie subtelne, szczególne przesłanie? Nie, trzeba myśleć także o innych. Teraz nie może być samolubny.
Jeszcze raz przesunął celownik z kręgiem śmierci. Zobaczył wielu podróżnych w czarnych garniturach i takich samych krawatach. Głupi biznesmeni.
W polu celownika pojawił się ojciec z kilkunastoletnim synem - wyglądali tak, jak gdyby kierowała nimi ręka Boga.
Soneji wciągnął powietrze, a następnie powoli je wypuścił. Należało to do jego strzeleckiego rytuału, praktykowanego przez wiele lat samotnie spędzonych w lasach. Tyle razy wyobrażał sobie, jak to robi. Wybiera kogoś zupełnie obcego, bez żadnej konkretnej przyczyny.
Delikatnie, bardzo delikatnie przyciągnął spust do siebie. Ciało miał zupełnie nieruchome, jak pozbawione życia. Wyczuwał delikatne pulsowanie w ramieniu i gardle, obrazujące w przybliżeniu tempo pracy serca.
Wystrzałowi towarzyszył głośny trzask, który, wydawało się, podąża za pociskiem w dół, do dworcowej hali. Kilka centymetrów przed wylotem lufy pojawił się dym, spiralnie unoszący się w górę. Bardzo piękne zjawisko.
W kółku teleskopu eksplodowała głowa nastolatka. Przepiękne. Głowa rozpadła się na kawałki przed oczami Gary'ego. Wielki Wybuch w miniaturze, prawda?
Wtedy Gary Soneji pociągnął za cyngiel po raz drugi. Zabił ojca, zanim ten miał czas pogrążyć się w żalu. Nie czuł do swych ofiar dosłownie nic. Ani miłości, ani nienawiści, ani współczucia. Nie zadrżał, nawet nie mrugnął.
Teraz już nic nie mogło powstrzymać Sonejiego, nie miał odwrotu.
Kilka minut przed ósmą rano Gary Soneji wkroczył do budynku Union Station tak, jakby był jego właścicielem. Czuł się wyśmienicie. Przyspieszył kroku, a jego samopoczucie zdawało się rosnąć aż pod wysoko sklepiony sufit dworca.
Wiedział wszystko, co należało wiedzieć o słynnych wrotach kolejowych prowadzących do stołecznego miasta. Od dawna podziwiał neoklasyczną fasadę, przypominającą termy Karakalli w starożytnym Rzymie. Jako młody chłopak godzinami studiował architekturę dworca. Odwiedzał nawet "Great Train Store", gdzie sprzedawano doskonałe modele pociągów i inne pamiątki związane z transportem kolejowym.
Słyszał i wyczuwał pociągi hałasujące pod nogami. Marmurowa posadzka drżała, kiedy potężne maszyny Amtrak przyjeżdżały i odjeżdżały, na ogół zgodnie z rozkładem. Oszklone drzwi prowadzące na zewnątrz dzwoniły; Gary słyszał dźwięk szyb obijających się o ramę.
Uwielbiał to miejsce, kochał w nim każdy szczegół. Najważniejszymi słowami w tym dniu były "pociąg i piwnica", i tylko on wiedział, dlaczego tak naprawdę jest.
Informacja to potęga, a on dysponował nią bez reszty.
Gary Soneji pomyślał, że może zginąć w ciągu najbliższej godziny, ale ta myśl, ten obraz nie wpędzały go w zakłopotanie. Cokolwiek nastąpi, będzie z góry przesądzone, a poza tym zdecydował się wyjść z głośnym hukiem, nie z tchórzliwym skamleniem. Dlaczegoż by nie, do diabła? Planował długą i podniecającą karierę po śmierci.
Miał na sobie lekki, czarny dres z czerwonym symbolem firmy Nike. Dźwigał trzy wypchane walizy. W wyobraźni widział siebie jako jednego z wielu podróżników na tej stacji pozujących na yuppie. Wydawał się nieco przyciężki - z siwymi w tym dniu włosami. W rzeczywistości liczył pięć stóp i dziesięć cali wzrostu, lecz grube podeszwy butów nadawały mu wygląd człowieka mierzącego sześć stóp i jeden cal. Gdyby ktoś starał się odgadnąć, kim jest z zawodu, uznałby, że nauczycielem.
Nic z taniej ironii. Niegdyś był przecież nauczycielem, jednym z najgorszych, jacy w ogóle istnieli. Nazywano go "pan Soneji - Człowiek-Pająk". Porwał dwóch własnych uczniów.
Zdążył już kupić bilet na Metroliner, ale nie skierował się do pociągu, tylko przeszedł przez główny hol, szybko oddalając się od poczekalni. Skorzystał ze schodów obok "Center Café" i wspiął się na balkon pierwszego piętra, z którego miał widok na położoną dwadzieścia stóp niżej dworcową halę.
Patrzył w dół, obserwując strumień samotnych ludzi, zmierzających we wszystkich kierunkach w przypominającej pieczarę hali. Większość tych dupków nie miała najmniejszego pojęcia, jak wielkie i niezasłużone szczęście dopisało im akurat tego poranka. Będą bezpiecznie siedzieć w swoich podmiejskich pociągach, gdy zacznie się spektakl z cyklu "światło i dźwięk", co nastąpi za parę minut.
Jakie to piękne miejsce, pomyślał Soneji. Wiele razy oglądał tę scenę w marzeniach.
Właśnie tę scenę na Union Station.
Długie promienie porannego słońca przenikały przez delikatne świetliki, odbijając się od ścian i umieszczonego wysoko pozłacanego sufitu. W hali głównej znajdowało się stanowisko informacji, wspaniała tablica elektroniczna pokazująca godziny przyjazdu i odjazdu pociągów, "Center Café" oraz restauracje "Sfuzzi" i "America".
Z hali głównej przechodziło się do poczekalni nazywanej kiedyś "największą salą świata". Jak wspaniałe, obrosłe historią otoczenie wybrał na ten dzień, dzień swych urodzin.
Gary Soneji wyjął z kieszeni niewielki kluczyk, podrzucił go do góry i złapał w powietrzu. Otworzył srebrzystoszare metalowe drzwi prowadzące do pokoju znajdującego się na balkonie. Myślał o nim jako o swoim pokoju. W końcu miał własne pomieszczenie - na piętrze, razem ze wszystkimi. Zamknął za sobą drzwi.
"Wszystkiego najlepszego, kochany Gary, wszystkiego najlepszego z okazji urodzin."
Dom Crossów stał oddalony zaledwie o dwadzieścia kroków. Jego bliskość i widok spowodowały, że Gary Soneji dostał gęsiej skórki. Był to budynek w stylu wiktoriańskim, pokryty białym gontem i znakomicie utrzymany. Soneji patrzył nań z drugiej strony Piątej ulicy, powoli odsłaniając zęby w grymasie, który od biedy mógł uchodzić za uśmiech. Wszystko układa się doskonale. Przyjechał tu, żeby zamordować Alexa Crossa i jego rodzinę.
Przesuwał z wolna wzrok z jednego okna na drugie, dostrzegając wszystko, od marszczonych białych zasłon po stare pianino Crossa stojące na słonecznej werandzie i przypominający Batmana i Robina latawiec, który utknął w rynnie na dachu. Latawiec Damona, pomyślał.
Dwukrotnie dostrzegł sylwetkę starszej pani, babci Crossa, poruszającą się za jednym z okien na parterze. Długie, bezcelowe życie mamy Nany wkrótce dobiegnie kresu. Ciesz się każdą chwilą, zatrzymaj się, by powąchać róże - przypominał sobie. - Skosztuj róż, zjedz róże Alexa Crossa, ich pąki, łodygi i kolce.
Wreszcie przeszedł przez ulicę, pamiętając, by trzymać się cienia, potem zniknął w gęstwinie cisów i krzewów forsycji stojących niczym strażnicy przed frontem domu.
Ostrożnie zbliżył się do wyszorowanych do białości drzwi piwnicy, znajdujących się obok werandy, tuż przy kuchni. Były zamknięte na kłódkę, z którą Soneji poradził sobie w kilka sekund.
Znalazł się w domu Crossa!
Był w piwnicy, najważniejszym pomieszczeniu, wartym tysiąca słów, a także tysiąca zdjęć wykonanych przez specjalistów od kryminalistyki.
Miało to istotne znaczenie dla wszystkiego, co się tu wydarzy w niedalekiej przyszłości. Dla zabójstwa Crossów!
Pomimo półmroku Soneji postanowił nie ryzykować i nie palić światła. Posłużył się latarką, aby się trochę rozejrzeć, dowiedzieć jeszcze kilku rzeczy o Crossie i jego rodzinie, rozbudzić nienawiść, o ile to możliwe.
Piwnica była zamieciona do czysta - czego się zresztą spodziewał, a narzędzia Crossa rozwieszono gdzie popadło na kołkach. Poplamiona czapka baseballowa z napisem Georgetown wisiała na wieszaku. Soneji włożył ją na głowę - nie potrafił się temu oprzeć.
Macał wyprane ubrania, ułożone na długim drewnianym stole; poczuł się bliższy skazanej na śmierć rodzinie. Pogardzał tymi ludźmi bardziej niż kiedykolwiek. Badał palcami miseczki stanika starej kobiety. Dotknął małych, chłopięcych spodenek. Czuł się jak najgorsza kreatura i było mu z tym dobrze.
Wyciągnął czerwony sweterek z wielbłądziej wełny, zapewne córeczki Crossa, Jannie. Podniósł go do twarzy, starając się wyczuć zapach dziewczynki. Wyobrażał sobie, jak zamorduje Jannie, i pragnął tylko, aby Cross mógł to zobaczyć.
Zauważył parę rękawic i czarne sportowe buty przywiązane do haka obok starego, zniszczonego worka treningowego. Należały do Damona, syna Crossa, który teraz musi mieć jakieś dziewięć lat. Pomyślał, że wydrze z chłopaka serce.
W końcu zgasił latarkę i samotny usiadł w ciemności. Swego czasu był sławnym kidnaperem i mordercą. Zamierzał wrócić do tych zajęć z takim pragnieniem zemsty, że każdego doprowadziłoby to do szaleństwa.
Splótł ręce na brzuchu i westchnął. Rozsnuwał pajęczynę w sposób znakomity.
Alex Cross będzie niebawem martwy, tak samo jak wszyscy, których kocha.