ROZDZIAŁ 4
Była dziewiąta rano. Pani Vivian Kim postanowiła na swojej lekcji w szkole Washington Day odtworzyć aferę Watergate. Będzie potem pamiętać tę lekcję do końca życia.
Vivian Kim była inteligentną, ładną nauczycielką historii. Potrafiła wzbudzić u uczniów zainteresowanie tematem. Dzieci uwielbiały prowadzone przez nią zajęcia. Dwa razy w tygodniu pani Kim odgrywała sceny historyczne, czasem pozwalając uczestniczyć w nich uczniom. Przygotowywały się do tego bardzo starannie i nauczycielka słusznie uważała, że jej lekcje nie były na pewno nudne.
Tego właśnie ranka Vivian Kim wybrała jako temat Watergate. Miała lekcję z trzecią klasą, do której chodzili Maggie Rose Dunne i Michael Goldberg. Klasa była obserwowana.
Vivian Kim po kolei odgrywała postacie generała Haiga, H. R. Haldemana, Henry'ego Kissingera, G. Gordona Liddy'ego, prezydenta Nixona, Johna i Marthę Mitchell oraz Johna i Maureen Dean. Była świetnym mimem.
- Z okazji dorocznego Święta Unii prezydent Nixon wystąpił z telewizyjnym przemówieniem do narodu - powiedziała dzieciom pani Kim. - Wielu ludzi uważało, że prezydent mówił kłamstwa. Jeśli wysoki urzędnik państwowy kłamie, popełnia straszliwą zbrodnię. Zawierzyliśmy przecież temu człowiekowi, jego słowu i powadze jego urzędu.
- Łajdak! Precz! - W scence brało udział kilkoro dzieci. Vivian Kim uważała, że należy angażować je w lekcje.
- "Precz" jest zupełnie na miejscu - przyznała. - Tak samo: "Łajdak". Wracając do rzeczy, prezydent Nixon wystąpił przed całym narodem, przed ludźmi takimi jak wy i ja. - Vivian Kim stanęła w takiej pozie, jakby nagle znalazła się na mównicy, i zaczęła odgrywać przed klasą rolę Richarda Nixona.
Przybrała chmurny wyraz twarzy i potrząsnęła głową: - Chcę, żebyście wiedzieli... że nie mam zamiaru porzucać urzędu, na który Amerykanie wybrali mnie, bym rządził Ameryką... - Vivian Kim urwała to niesławne przemówienie Nixona, by pauzą podkreślić tragizm sytuacji.
Wszystkie dwadzieścioro czworo dzieci w klasie siedziało bez ruchu. Na chwilę całkowicie skupiła na sobie ich uwagę. Vivian Kim pomyślała, że jest to bardzo miłe uczucie.
Ktoś delikatnie zapukał w oszklone drzwi klasy. Magiczny nastrój prysł.
- Precz! Łajdak! - powiedziała cicho Vivian. - Kto tam? Proszę wejść?! - zawołała głośniej.
Drzwi z mahoniu i szkła powoli otwarły się. Jeden z ucznów zanucił cicho melodię z Koszmaru z Ulicy Wiązów. W drzwiach pojawił się pan Soneji i wszedł nieśmiało do środka. Niemal wszystkie dzieci uśmiechnęły się na jego widok.
- Jest tu kto? - zapiszczał pan Soneji cienkim, załamującym się głosem. Dzieci wybuchły śmiechem. - Ooo, coś takiego - zdziwił się. - Wszyscy obecni.
Gary Soneji uczył matematyki i informatyki, która była wśród ucznów jeszcze popularniejsza niż lekcje pani Kim. Łysiał już, miał sumiaste wąsy i nosił okulary, jakich używają uczniowie w Anglii - słowem, jego wygląd absolutnie nie wskazywał na to, że może być idolem wszystkich dzieci w szkole Washington Day. Do zdobycia tak wielkiej popularności przyczyniła się nie tylko umiejętność postępowania z dziećmi i talenty pedagogiczne, ale i mistrzowskie opanowanie tajników gier wideo.
Znajomość tajników komputera w stopniu niemal czarodziejskim sprawiła, że dzieci przezywały go: "Pan Myszka".
Pan Soneji przechodząc przez klasę witał się z dziećmi, zwracając się do nich po imieniu. W końcu dotarł do biurka pani Kim.
Przez chwilę oboje rozmawiali cicho. Pani Kim stała tyłem do klasy. Przez cały czas kiwała potakująco głową, niewiele mówiąc. Przy wysokim Sonejim wyglądała niezwykle krucho.
W końcu pani Kim odwróciła się przodem do klasy.
- Maggie Rose i Michael Goldberg! Czy możecie podejść do mnie? Weźcie ze sobą swoje rzeczy.
Maggie Rose i Michael spojrzeli po sobie nic nie rozumiejąc. O co tu chodziło? Zebrali swoje rzeczy i podeszli do biurka. Pozostałe dzieci zaczęły szeptem wymieniać uwagi. W klasie zrobiło się głośno.
- Cisza! To jeszcze nie przerwa! - upomniała je pani Kim. - Lekcja jeszcze trwa. Proszę, byście szanowali zasady, które wspólnie przyjęliśmy.
Gdy dwójka przyjaciół podeszła do nauczycieli, pan Soneji przykucnął, by móc z nimi dyskretnie porozmawiać. Konus Goldberg był co najmniej dziesięć centymetrów niższy od Maggie Rose.
- Mamy mały problem, ale nie macie się czym martwić - powiedział pan Soneji spokojnym głosem. - W zasadzie wszystko jest w porządku, to tylko chwilowy kłopot bez większego znaczenia. Ale naprawdę nie macie się czym niepokoić.
- Nie wydaje mi się - odezwał się Michael Goldberg, kręcąc głową. - Na czym polega ten chwilowy kłopot?
Maggie Rose nie powiedziała ani słowa. Nie wiedząc czemu poczuła, że ogarnia ją panika. Coś się stało. Żołądek aż skurczył się jej ze strachu. Mama zawsze jej powtarzała, że ma wybujałą fantazję, starała się więc nie okazywać niepokoju i zachowywać się spokojnie.
- Właśnie dzwonili do nas z Secret Service - powiedziała pani Kim. - Odebrali wiadomość z pogróżkami. Chodzi o ciebie i o Maggie. To może być tylko idiotyczny wygłup, ale na wszelki wypadek odwieziemy was zaraz do domu. To zwykła ostrożność, nic więcej. Znacie zasady.
- Jestem pewien, że wrócicie do szkoły jeszcze przed przerwą obiadową - dodał uspokajająco pan Soneji.
- Co to za pogróżki? - zapytała Maggie Rose pana Soneji. - Chodzi o ojca Michaela? Czy o moją mamę?
Pan Soneji poklepał Maggie po ramieniu. W tej prywatnej szkole dzieci nieustannie zaskakiwały nauczycieli swoją dojrzałością.
- To nic szczególnego. Taka gadanina bez pokrycia. Jestem pewien, że to jakiś wariat chce zwrócić na siebie uwagę. Zwykły czubek. - Pan Soneji uśmiechnął się, okazując dzieciom, jak małe wrażenie zrobił na nim cały ten incydent. Uspokoił je tym nieco.
- To po co mamy jechać taki kawał drogi do domu? - zapytał Michael Goldberg, gestykulując jak prawnik. Wyglądał jak jego sławny ojciec, tyle że w dziecięcej wersji z filmów animowanych.
- Tak na wszelki wypadek. Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Dobra, dosyć tego. Nie mam zamiaru z tobą dyskutować, Michael. Jesteście gotowi? - Pan Soneji był miły, ale stanowczy.
- Niezupełnie. - Michael nadal nad czymś rozmyślał, kręcąc głową. - Czegoś tu nie rozumiem. Coś tu nie pasuje. Dlaczego nie przyjadą tu agenci Secret Service i nie zostaną, aż skończą się lekcje?
- Bo chcą to załatwić inaczej - odparł pan Soneji. - To nie ja decyduję.
- Jesteśmy gotowi - przerwała im Maggie. - Chodź, Michael, przestań się spierać. To i tak już postanowione.
- Tak jest, postanowione - uśmiechnęła się do nich pani Kim. - Prześlę wam temat pracy domowej.
Maggie i Michael wybuchnęli śmiechem.
- Dziękujemy, pani Kim - zawołali chórem. Pani Kim zawsze potrafiła rozładować sytuację.
Szkolne korytarze były puste i ciche. Tylko woźny, Murzyn o nazwisku Emmett Everett, widział, jak opuszczają budynek szkolny.
Opierając się na miotle Everett patrzył, jak nauczyciel z dwójką dzieci idzie długim korytarzem. Był ostatnią osobą, która widziała ich razem.
Gdy znaleźli się na zewnątrz, przeszli pospiesznie przez wyłożony kostką parking, okolony równo przyciętym żywopłotem i brzozami. Buty Michaela głośno stukały o kostkę.
- Szpanerskie buciki - zażartowała Maggie.
Michael nie potrafił się odgryźć. Co mógł odpowiedzieć? Matka z ojcem kupowali mu ubrania w drogim magazynie Brooks Brothers.
- A jak pani uważa, pani Vanderbildt, co mam włożyć? Różowe tenisówki? - odparł bez przekonania.
- Pewnie, że różowe tenisówki - uśmiechnęła się Maggie. - Albo jaskrawozielone adidasy do kosza. Ale na pewno nie powinieneś nosić takich pogrzebowych lakierków, Konusku.
Pan Soneji zaprowadził dzieci do nowej niebieskiej furgonetki zaparkowanej pod wiązami i dębami, rosnącymi wzdłuż budynku administracyjnego i sali gimnastycznej. Z sali dobiegały nieregularne dźwięki odbijanej piłki do koszykówki.
- Wskakujcie do tyłu. No, szybko. Dobra - powiedział nauczyciel, pomagając dzieciom wdrapać się do wozu. Ciągle poprawiał okulary, które spadały mu z nosa. W końcu zdjął szkła.
- Pojedziemy do domu? - zapytał Michael.
- Zdaję sobie sprawę, że nie jest to limuzyna marki Mercedes, sir Michael. Wypełniam tylko polecenia, które otrzymałem przez telefon. Rozmawiałem z niejakim panem Chakely.
- Wesołek Chollie - poprawił go Michael, podając przezwisko, jakie nadał agentowi Secret Service.
Pan Soneji zajął miejsce za kierownicą i z łoskotem zatrzasnął przesuwne drzwi.
- Zaczekajcie chwilę, zrobię wam trochę miejsca.
Zaczął przerzucać kartonowe pudła ułożone z przodu furgonetki. W samochodzie panował bałagan, który kłócił się z poczuciem systematyczności i porządku, cechującym nauczyciela matematyki.
- Znajdźcie sobie gdzieś miejsce - rzucił, nadal czegoś szukając.
Gdy Gary Soneji obrócił się w ich stronę, miał na twarzy przerażającą, czarną, gumową maskę, a w dłoni przy piersi trzymał jakiś mały metalowy pojemnik, bardzo przypominający miniaturową gaśnicę z filmów science fiction.
- Panie Soneji! - zawołała niepewnie łamiącym się głosem Maggie Rose. - Panie Soneji! - Zasłoniła twarz dłońmi. - Niech pan nas nie straszy! Boimy się!
Soneji skierował małą metalową dyszę prosto na Michaela i Maggie Rose. Szybko zbliżył się do nich i stanął przed nimi na szeroko rozstawionych nogach w czarnych butach na gumowych podeszwach.
- Co to jest? - zapytał Michael, nie wiedząc, po co w ogóle zadaje to pytanie.
- Sam zobacz, mały geniuszu. Zaciągnij się i potem mi opowiedz.
Soneji wcisnął zawór i dzieci znalazły się w chmurze chloroformu. Nauczyciel przez pełne dziesięć sekund nie spuszczał palca z zaworu. Dzieci opadły bezwładnie na tylne siedzenie furgonetki, pokryte mgiełką skroplonego gazu.
- Gaśnijcie, jasne światełka - powiedział pan Soneji cicho i delikatnie. - Teraz nikt nigdy nie dowie się prawdy. - Na tym polega cały kunszt. Nikt nigdy nie dowie się prawdy.
Soneji zasiadł za kierownicą i uruchomił silnik niebieskiej furgonetki. Wyjeżdżając z parkingu, zanucił Magiczny autobus zespołu The Who. Był dzisiaj w niezwykle dobrym nastroju. Miał zamiar zostać - między innymi - pierwszym seryjnym kidnaperem w historii Ameryki.