Alex Cross. Tom 1. Pająk nadchodzi (#1) - James Patterson

Reflow text when sidebars are open.
Wcześnie rano dwudziestego pierwszego grudnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego roku siedziałem w błogim nastroju na werandzie naszego domu przy ulicy Piątej w Waszyngtonie w dystrykcie Kolumbia. Mały, wąski pokój zagracony był pleśniejącymi płaszczami, butami roboczymi i starymi zabawkami. Ale mnie to absolutnie nie przeszkadzało. To był mój dom.
Grałem Gershwina na naszym rozstrojonym nieco, kiedyś bardzo drogim fortepianie. O piątej rano na werandzie było zimno jak w zamrażarce. Czegóż się jednak nie robi dla Amerykanina w Paryżu.
W kuchni zadzwonił telefon. Może wygrałem na loterii w Waszyngtonie, Wirginii albo Marylandzie? Gram na wszystkich loteriach, choć bez powodzenia.
- Nana, możesz odebrać? - zawołałem z werandy.
- To na pewno do ciebie. Równie dobrze mógłbyś sam odebrać - odparła moja nerwowa babcia. - Nie ma sensu, żebym wstawała. A jak dla mnie coś nie ma sensu, to znaczy, że tego nie zrobię.
Może ujęła to trochę dosadniej, ale sens był taki.
Powlokłem się na sztywnych nogach do kuchni, stąpając pomiędzy zabawkami. Miałem trzydzieści osiem lat. Gdybym wcześniej wiedział, że będę tak długo żył, wziąłbym się trochę w garść.
Dzwonił mój wspólnik od zbrodni, John Sampson. Wiedział doskonale, że nie śpię o tej porze. Znał mnie lepiej niż moje własne dzieciaki.
- Cześć, czarnuchu. Już nie śpisz? - zapytał. Nie musiał się przedstawiać. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, od kiedy skończyliśmy dziewięć lat i zaczęliśmy podkradać różne drobiazgi ze sklepu Parka na rogu ulicy. Nie mieliśmy wtedy pojęcia, że stary Park zastrzeliłby nas z zimną krwią, gdyby zorientował się, że wynieśliśmy paczkę chesterfieldów. A babcia zareagowałaby jeszcze surowiej, gdyby dowiedziała się o naszych zbrodniczych rozrywkach.
- Chyba jeszcze drzemałem, ale mnie dobudziłeś - powiedziałem w słuchawkę. - Czyżbyś miał jakieś miłe wieści?
- Popełniono następne morderstwo. Wygląda na kolejną robotę naszego chłopca - oznajmił Sampson. - Już na nas czekają.
- Cholera, trochę za wcześnie na oglądanie mięsa - wymruczałem czując, jak wywraca mi się żołądek. Nie miałem ochoty zaczynać dnia w taki sposób.
Nana Mama popatrzyła na mnie znad parującej filiżanki herbaty i lekkościętej jajecznicy. Była już ubrana do wyjścia do szkoły, w której pracowała jako wolontariuszka mimo ukończonych siedemdziesięciu dziewięciu lat. Tymczasem Sampson podawał mi szczegóły tego pierwszego w tym dniu morderstwa.
- Uważaj, jak się odzywasz, Alex - upomniała mnie Nana. - Uważaj, jeśli nadal chcesz mieszkać w tym domu.
- Będę za jakieś dziesięć minut - powiedziałem do Sampsona. - To jest mój dom - zwróciłem się do Nany.
Jęknęła, jakby dopiero teraz to sobie uświadamiając.
- Popełniono kolejne straszne morderstwo na Langley Terrace. Wygląda to na robotę jakiegoś maniaka - powiedziałem do Nany.
- To niedobrze - Nana Mama spojrzała na mnie wilgotnymi brązowymi oczami. - Przez polityków to miasto zeszło na psy. Czasami myślę, że powinniśmy wynieść się z Waszyngtonu, Alex.
- Ja czasem też tak myślę - zgodziłem się z nią. - Ale wydaje mi się, że jakoś to przeżyjemy.
- Tak, czarni wszystko wytrzymają. Jesteśmy uparci i twardzi. Cierpimy zawsze w milczeniu.
- Nie zawsze.
Postanowiłem włożyć na siebie starą tweedową marynarkę. Popełniono morderstwo, a to oznaczało, że będę musiał spotykać się z białymi. Wziąłem też ocieplaną wiatrówkę z napisem "Georgetown". Lepiej nie kłuć sąsiadów w oczy elegancją.
Na komodzie przy łóżku stała fotografia Marii. Trzy lata temu moja żona została zamordowana w przypadkowej strzelaninie. Morderstwo, tak jak większość zabójstw na południowym wschodzie Stanów, nigdy nie zostało wyjaśnione.
Idąc do drzwi kuchennych ucałowałem po drodze babcię. Robiłem tak od trzydziestu lat. Zawsze się też żegnamy - to na wypadek, gdybyśmy się już mieli nigdy więcej nie zobaczyć. Było tak od czasu, kiedy skończyłem osiem lat - kiedy Nana Mama zabrała mnie do siebie i stwierdziła, że będą ze mnie ludzie.
W rezultacie wychowała detektywa do spraw zabójstw, z doktoratem z psychologii, pracującego i mieszkającego w getcie Waszyngtonu.
Atmosfera szkoły prywatnej podziałała bardzo onieśmielająco na mnie i Sampsona. Pomiędzy tą instytucją a szkołami na Southeast istniała ogromna przepaść.
W holu znajdowało się oprócz nas tylko dwóch Murzynów. Słyszałem, że w tej szkole uczyło się kilkoro czarnych dzieci z Afryki - dzieci zagranicznych dyplomatów - ale nigdzie ich nie widziałem. Jedynie grupki wstrząśniętych nauczycieli, uczniów i rodziców oraz policjanci. Na trawnikach przed budynkiem oraz w holu było mnóstwo płaczących ludzi.
Z jednej z najbardziej prestiżowych prywatnych szkół w Waszyngtonie porwano dwójkę uczniów, małych dzieci. Rozumiałem, że był to smutny, tragiczny dzień dla wszystkich, których to dotyczyło. Nie zwracaj na to uwagi - powiedziałem sobie w duchu. - Po prostu rób, co do ciebie należy.
Zabraliśmy się do pracy, ale wciąż widziałem przed sobą smutne oczy Mustafa Sandersa. Umundurowany policjant powiadomił nas, że jesteśmy proszeni do gabinetu dyrektora szkoły. Czekał tam na nas szef detektywów Pittman.
- Nie denerwuj się - poradził mi Sampson. - Przełóż walkę na inny dzień.
George Pittman ubierał się do pracy w szare albo niebieskie garnitury. Miał też wyraźną słabość do koszul w prążki i srebrzystobłękitnych krawatów. Pasek i buty były od Johnsona & Murphy'ego. Siwe włosy, zawsze zaczesane gładko do tyłu, przylegały do jego przypominającej pocisk głowy jak przyciasny hełm. Nazywano go Jefe, Szef Szefów, Il Duce...
Wydaje mi się, że wiem, kiedy zaczęły się moje nieporozumienia z szefem detektywów George'em Pittmanem. Nastąpiło to zaraz po tym, jak "Washington Post" w niedzielnym dodatku opublikował artykuł o mnie. Rozwodzili się szczególnie nad tym, że jestem psychologiem, a pracuję w Wydziale Zabójstw. Reporter przytoczył wtedy moje słowa, w których wyjaśniałem, dlaczego wciąż mieszkam na Southeast: "Dobrze mi się tam mieszka. Nikt nie zdoła wykurzyć mnie z mojego domu".
Jednak tak naprawdę to chyba nie treść artykułu, ale tytuł tak rozdrażnił Pittmana i innych wysokich funkcjonariuszy policji. Dziennikarz, który przygotowywał ten materiał, przeprowadził wywiad z moją babką. Nana była nauczycielką angielskiego i niedoświadczony młodziak połknął zarzucony przez nią haczyk. Nana tłumaczyła mu, że czarni są z reguły tradycjonalistami i dlatego to oni na Południu pozostają ostoją religii, wartości moralnych i dobrych manier. Powiedziała, że jestem prawdziwym południowcem urodzonym w Północnej Karolinie. Oburzała się też, że ludzie tak podziwiają zdegenerowanych detektywów, których pełno w książkach, prasie, filmach i dziennikach telewizyjnych.
Tytuł, wkomponowany w fotografię ukazującą moją zasępioną twarz, brzmiał: "Ostatni dżentelmen z Południa". Artykuł wywołał wielkie poruszenie w moim wydziale. Szczególnie urażony poczuł się George Pittman. Nie mogłem tego udowodnić, ale byłem pewien, że artykuł powstał na zamówienie kogoś z urzędu burmistrza.
Zapukałem trzy razy do drzwi gabinetu dyrektora szkoły i razem z Sampsonem wszedłem do środka. Zanim zdążyłem otworzyć usta, Pittman uniósł rękę.
- Cross, posłuchaj tylko, co chcę ci powiedzieć - rzekł, podchodząc do nas. - Porwano dzieci ze szkoły. Jest to sprawa wielkiej wagi...
- To rzeczywiście fatalnie - przerwałem mu. - Niestety tak się składa, że w Condon Terrace i w okolicy Langley grasuje morderca. Uderzył już dwa razy. Do tej pory zabił sześć osób. I właśnie tę sprawę prowadzimy z Sampsonem.
- Wiem, co się wydarzyło na Condon i w Langley. Przydzieliłem już ludzi do tej sprawy. Wszystko jest już załatwione - oznajmił Pittman.
- Dwóm czarnym kobietom odcięto dzisiaj nad ranem piersi. Ich włosy łonowe zostały zgolone, gdy leżały przywiązane do łóżka. Czy o tym też pan wie? - spytałem. - Zamordowany został także trzyletni chłopiec. Leży tam jeszcze w swojej piżamie. - Uniosłem się i ostatnie słowa wykrzyczałem mu w twarz. Spojrzałem na Sampsona i dostrzegłem, jak kręci głową. Nauczyciele obecni w gabinecie patrzyli na nas. - Dwóm młodym czarnym kobietom odcięto piersi - powtórzyłem tak, by usłyszeli. - Ktoś łazi dzisiaj po Waszyngtonie z tymi piersiami w kieszeniach.
Szef detektywów wskazał mi gestem pokój dyrektorski. Chciał porozmawiać ze mną na osobności, ale ja przecząco pokręciłem głową. Zawsze chcę mieć świadków, gdy z nim rozmawiam.
- Wiem, o czym myślisz, Cross. - Pittman zniżył głos i pochylił się do mnie. Smród papierosów buchnął mi w nos. - Myślisz, że chcę cię dopaść, ale to nieprawda. Zdaję sobie sprawę, że jesteś świetnym gliną. I wiem, że masz serce.
- A więc powiem panu, co o tym myślę! Zginęło już sześcioro czarnych. Po mieście grasuje głodny krwi szaleniec. Właśnie ostrzy sobie kły na następne ofiary. A tu porywają dwoje białych dzieciaków i okazuje się, że to straszliwa tragedia. Straszliwa! Ale ja jestem teraz zajęty!
Pittman wycelował w moim kierunku palec wskazujący i aż poczerwieniał na twarzy.
- To ja decyduję, jakie sprawy prowadzisz! Ja! Masz doświadczenie w negocjacjach z porywaczami. Jesteś dyplomowanym psychologiem. Sprawą zabójstw w Condon i Langley może się zająć kto inny. Poza tym burmistrz Monroe osobiście prosił, by właśnie tobie przydzielić to porwanie.
Więc o to chodziło. Teraz wszystko rozumiałem. Sprawą interesował się nasz kochany burmistrz. I zażądał mojej osoby.
- A co z Sampsonem? Przynajmniej jego zostawcie przy tych morderstwach.
- Jeśli masz jakieś zastrzeżenia, to idź z nimi do burmistrza. Od dzisiaj zajmujecie się porwaniem. To wszystko, co miałem do powiedzenia.
Pittman odwrócił się plecami i odszedł. Czy tego chcieliśmy, czy nie, musieliśmy teraz zająć się sprawą Dunne-Goldberg.
- Może powinniśmy teraz wrócić do domu Sandersów? - odezwałem się do Sampsona.
- Nikt nie będzie tu za nami tęsknił - zgodził się Sampson.
Przypuśćmy, że było tak... (1932)
Wiejski dom Charlesa Lindbergha świecił jasnym, pomarańczowym blaskiem; przypominał ognisty zamek w porośniętej jodłami części Jersey. Strzępy wilgotnej mgły przepływały obok chłopaka, który zbliżał się do miejsca swej chwały, swojego pierwszego zabójstwa.
Noc była niezwykle ciemna, a ziemia wilgotna, błotnista i grząska. Spodziewał się tego. Pomyślał o wszystkim, nawet sprawdził prognozę pogody.
Miał na sobie robocze buty rozmiaru dziewięć. Ich czubki wypchał kawałkami szmat i strzępami "Philadelphia Inquirer".
Chciał zostawić jak najwięcej odcisków stóp. Odcisków dorosłego mężczyzny, a nie dwunastoletniego chłopca. Miały prowadzić od autostrady Stoutsburg-Wertsville do farmy i z powrotem.
Gdy doszedł do sosen, odległych o niecałe trzydzieści metrów od zabudowań, zaczął dygotać z podniecenia. Dom był tak wielki, jak go sobie wyobrażał. Na piętrze wiejskiej rezydencji Lucky Lindy'ego i Anne Morrow znajdowało się siedem sypialni i cztery łazienki.
Kaszka z mlekiem, pomyślał.
Powoli zbliżał się do okna jadalni. Czym tak naprawdę jest sława? Jak pachnie? Jak smakuje? Jak wygląda z bliska?
Najpopularniejszy, najbardziej czarujący mężczyzna na świecie siedział za oknem przy stole. Charles Lindbergh był wysoki i elegancko ubrany. Miał jasną cerę i złociste włosy. Lucky Lindy naprawdę wyglądał na kogoś wyjątkowego.
Tak jak i jego żona, Anne Morrow Lindbergh. Miała krótko przycięte włosy, kręcone i czarne, przy których jej skóra wyglądała jak posypana kredą. Światło świec ustawionych na stole zdawało się tańczyć wokół niej.
Oboje siedzieli wyprostowani w krzesłach. Wyglądali jak bogowie, którzy zeszli na ziemię, by ulepszyć rasę ludzką. Głowy trzymali wysoko i nie pochylali ich nad talerzami, delektując się jedzeniem. Chłopiec wyprostował się usiłując dojrzeć, co mieli na talerzach. Na chińskiej porcelanie leżały najprawdopodobniej kotlety z jagnięciny.
- Będę sławniejszy niż wy, żałosne sztywniaki - szepnął. Dawno to sobie obiecał. Tysiąc razy przemyśliwał każdy szczegół. Teraz metodycznie zabrał się do roboty.
Z podwórza wziął drabinę, pozostawioną przez robotników obok garażu, i zaniósł ją pod okno biblioteki i po cichu wspiął się do pokoju dziecinnego. Serce biło mu jak szalone - tak głośno, że niemal je słyszał.
Do pokoju docierał blask lampy z korytarza. Dostrzegł kojec, a w nim śpiącego małego księcia. Charles Junior - najsławniejsze dziecko świata.
Obok kojca stał kolorowy parawan, który miał chronić dziecko przed przeciągami. Zdobiły go rysunki zwierząt domowych.
Poczuł się bardzo pewnie. Pomyślał, że jest bardzo przebiegły.
- Oto przychodzi pan Lisek - wyszeptał, otwierając okno.
Wszedł jeszcze szczebel wyżej na drabinę i znalazł się wewnątrz sypialni malucha.
Stojąc przy kojcu, wpatrywał się przez chwilę w książątko. Dzieciak miał złote loki jak jego tatuś, ale był tłuściutki. Charles Junior miał nadwagę już w dwudziestym miesiącu życia.
Chłopiec przestał panować nad sobą. Z jego oczu popłynęły strumieniem gorące łzy. Cały trząsł się z żalu i wściekłości, choć nigdy jeszcze w życiu nie zaznał uczucia podobnej rozkoszy.
- Dobra, malutki, czas na nas - wymamrotał.
Wyciągnął z kieszeni gumową piłeczkę z przymocowaną do niej elastyczną taśmą. Szybko nasunął na głowę dziecka tę dziwną pętlę. W chwilę potem dzieciak otworzył szeroko niebieskie oczy.
Gdy Charles Junior zaczął płakać, chłopiec wsunął gumową kulkę w jego zaślinione usta. Nachylił się nad kojcem i wziął małego Lindbergha na ręce. Z dzieckiem w ramionach zszedł po drabinie. Wszystko odbywało się zgodnie z planem.
Pobiegł szybko po błotnistym polu i zniknął w ciemnościach, trzymając cenne zawiniątko, walczące o życie w jego uścisku.
W odległości około trzech kilometrów od farmy pochował dziecko Lindberghów - pochował je żywcem.
To był dopiero początek. Miał jeszcze tyle lat przed sobą.
To on, nie Bruno Richard Hauptmann, był porywaczem dziecka Lindberghów. Sam tego dokonał.
Kaszka z mlekiem.
O godzinie za piętnaście jedenasta dostałem pilny telefon. Znajdowałem się wówczas jeszcze w domu Sandersów i nie miałem ochoty rozmawiać na razie z nikim o żadnych sprawach.
Właśnie udzieliłem dziesięciominutowego wywiadu dziennikarzom. W czasach, gdy pracowałem nad zabójstwami Murzynów, niektórzy z żurnalistów zostali nawet moimi przyjaciółmi. Byłem wtedy ulubieńcem mediów. Opisano mnie nawet w niedzielnym dodatku do "Washington Post". Jak zwykle wiele pisali o przestępczości wśród czarnych. W tamtym roku naliczono w stolicy prawie pięćset zabójstw. Tylko osiemnaście ofiar miało biały kolor skóry. Kilku reporterów nawet wspomniało o tym fakcie w swoich doniesieniach, co uważam za wielki postęp.
Wziąłem słuchawkę od młodego, bystrego detektywa Rakeema Powella. W zamyśleniu gładziłem piłkę do koszykówki, która zapewne należała do Mustafa. Dziwnie czułem się patrząc na piłkę. Po co morderca zabił takie śliczne dziecko? Nie potrafiłem wymyślić żadnego sensownego wytłumaczenia.
- To Jefe, sam szef. - Rakeem był wyraźnie zaniepokojony. - Jest jakiś zły.
- Tu Cross - powiedziałem do słuchawki telefonu. Kręciło mi się w głowie. Chciałem zakończyć tę rozmowę jak najszybciej.
Od słuchawki bił zapach tanich piżmowych perfum. Zapach Poo albo Suzette, a może jednej i drugiej. Na stoliku przy telefonie stała fotografia Mustafa, oprawiona w ramkę w kształcie serca. Pomyślałem o moich dzieciach.
- Mówi szef detektywów Pittman. Jaką macie tam sytuację?
- Moim zdaniem to seryjny morderca. Matka, córka i mały chłopiec. Druga rodzina w ciągu kilku dni. W całym domu wyłączony był prąd. Lubi pracować w ciemnościach. - Podałem Pittmanowi jeszcze kilka krwawych szczegółów. To mu zwykle wystarczało i zostawiał śledztwo na mojej głowie. Zabójstwa w dzielnicy południowo-wschodniej nie zajmowały zazwyczaj miejsc na czołówkach gazet. W słuchawce na dłuższą chwilę zapadła cisza. Przed oczyma stanął mi widok choinki Sandersów, ustawionej w salonie.
Starali się ją udekorować jak najładniej: błyskotki, tanie ozdóbki, łańcuchy z nanizanej na nitkę żurawiny i prażonej kukurydzy. Na szczycie choinki tkwił wykonany domowym sposobem anioł z folii aluminiowej.
- Z tego, co słyszałem, masz dealera. Dealera i dwie prostytutki - oznajmił Jefe.
- To niezupełnie tak - odparłem. - Stoi tu bardzo ładna choinka.
- Pewnie, że ładna. Nie wciskaj mi kitu, Alex.
Jeśli miał zamiar wyprowadzić mnie z równowagi, to dopiął swego.
- Jedna z ofiar to trzyletni chłopiec. Może i rozprowadzał narkotyki. Sprawdzę, jeśli chcesz.
Nie powinienem był tego mówić. W ogóle nie powinienem mówić wielu rzeczy. Ostatnio czułem, że znajduję się na krawędzi wybuchu. Ostatnio, czyli przez jakieś trzy lata.
- Macie przyjechać natychmiast do szkoły Washington Day - oznajmił Pittman. - Mamy tu prawdziwe piekło. Mówię serio.
- Ja też mówię serio - powiedziałem szefowi detektywów, starając się na niego nie krzyczeć. - Jestem pewien, że to seryjny zabójca, który działa od dawna. Mamy tu niedobrą sytuację. Ludzie płaczą na ulicy. A za chwilę Boże Narodzenie.
Jednak szef detektywów Pittman i tak kazał nam jechać do tej szkoły w Georgetown. Cały czas powtarzał, że ma tam prawdziwe piekło.
Zanim wyruszyłem do szkoły Washington Day, zadzwoniłem do działu seryjnych zabójstw w naszym wydziale oraz do "supergrupy" w bazie FBI w Quantico. FBI ma w komputerze kartoteki wszystkich znanych przypadków seryjnych morderstw, w tym psychologiczne portrety sprawców oraz wiele nie podawanych prasie szczegółów. Szukałem przypadków, które pasowałyby do wieku i płci ofiar oraz rodzaju zadanych ran.
Gdy wychodziłem z domu Sandersów, jeden z techników dał mi do podpisania raport.
Błyszczący, czarny motocykl bmw K-1 przecisnął się pomiędzy niskimi, kamiennymi słupami bramy szkoły Washington Day. Kierowca został wylegitymowany, po czym popędził wąską, długą drogą w stronę szarych szkolnych budynków. Była jedenasta rano.
Bmw K-1 w ciągu kilku sekund osiągnął prędkość ponad sto kilometrów na godzinę i po chwili znalazł się przy budynku administracyjnym. Kierowca gładko wyhamował, niemal nie zostawiając śladów na żwirze, po czym zaparkował maszynę za perłowoszarą długaśną limuzyną mercedesa z dyplomatyczną rejestracją DP 101.
Nie schodząc z motoru, Jezzie Flanagan ściągnęła czarny kask, uwalniając długie jasne włosy. Wyglądała na dwadzieścia kilka lat. Naprawdę latem skończyła trzydzieści dwa. Obawiała się, że życie przejdzie jej koło nosa. Wydawało się jej, że jest już reliktem, antykiem. Do szkoły pojechała prosto ze swego domku nad jeziorem, gdzie spędzała pierwszy od dwóch i pół roku urlop.
O tym, że wracała z wakacji, świadczył jej ubiór: skórzana motocyklowa kurtka, spłowiałe czarne dżinsy z ochraniaczami, gruby skórzany pas, koszula w czarno-białą kratę i znoszone robocze buty.
Po obu jej stronach natychmiast znaleźli się dwaj policjanci.
- W porządku, panowie - uspokoiła ich. - Oto moja legitymacja.
Na widok okazanego dokumentu policjanci stali się bardzo uczynni.
- Może pani iść - odezwał się jeden z nich. - Zaraz za tym wysokim żywopłotem jest boczne wejście, pani Flanagan.
Jezzie Flanagan uśmiechnęła się do nich.
- Zdaję sobie sprawę, że mój wygląd może wprowadzić w błąd. Wracam prosto z wakacji. Jeździłam tam trochę na motocyklu.
Jezzie Flanagan poszła na skróty wypielęgnowanym, lekko pokrytym szronem trawnikiem i weszła do budynku administracyjnego.
Policjanci patrzyli za nią, dopóki nie znikła im z oczu. Silny zimowy wiatr rozwiewał jej długie włosy. Wyglądała przepięknie, nawet ubrana w brudne dżinsy i robocze buty. A do tego była kimś. Widzieli przecież jej legitymację. Była w tym fachu jednym z rozgrywających.
Gdy szła przez hol, ktoś chwycił ją za ramię.
Był to Victor Schmidt. Kiedyś, dawno temu - Jezzie nie potrafiła sobie teraz nawet wyobrazić, że było to zaledwie przed kilku laty - Victor był jej współpracownikiem. Obecnie miał za zadanie ochraniać jednego z uczniów w Washington Day.
Victor był niskim, łysiejącym mężczyzną, nie wiadomo czemu okazującym wielką pewność siebie. Zawsze uważała, że Victor popełnił błąd, wstępując do Secret Service - lepiej pasowałby do służby dyplomatycznej niższego szczebla.
- Jezzie, jak leci? - zapytał cicho. Przypomniała sobie, że nigdy niczego nie robił do końca.
Jezzie Flanagan wybuchła. Była tak wykończona, że nie mogła zapanować nad sobą.
- Vic, chyba wiesz, że ze szkoły zabrano dwoje dzieci - może nawet je porwano? - wypaliła. - Jedno z nich to syn sekretarza skarbu, a drugie - córka Katherine Rose. Aktorki Katherine Rose Dunne! I pytasz, jak mi leci? Jestem przerażona. I zła. Wściekła!
- Chciałem się tylko z tobą przywitać, Jezzie. Wiem, co się tu wydarzyło.
Jednak Jezzie Flanagan poszła już dalej, ponieważ bała się, iż powie Victorowi coś, czego będzie później żałować. Była zdenerwowana i podminowana. Przeszukała wzrokiem tłum kłębiący się w szkolnym holu. Wiedziała, kogo szuka. I znalazła! Było ich dwóch.
Charlie Chakely i Mike Devine. Jej agenci. Dwaj ludzie, których przydzieliła do Michaela Goldberga i - siłą rzeczy - także do Maggie Rose Dunne, ponieważ dzieciaki jeździły do szkoły razem.
- Jak mogliście do tego dopuścić? - Miała bardzo donośny głos. Nie obchodziło ją, że ludzie wokół przestali rozmawiać i zaczęli się na nich gapić. W hałasie i chaosie szkoły wyrąbała czarną dziurę. Ściszyła głos i szeptem zaczęła wypytywać agentów o szczegóły. Nic nie mówiąc wysłuchała ich wyjaśnień, lecz najwyraźniej nie spodobało się jej to, co usłyszała.
- Wynoście się stąd do cholery! - wybuchła ponownie. - Jazda! Precz mi z oczu!
- Nie mogliśmy nic zrobić - próbował protestować Charlie Chakely. - Jezu, co mieliśmy robić? - Razem z Devinem wycofali się rakiem.
Każdy, kto znał Jezzie Flanagan, potrafiłby zrozumieć jej wybuch. Zaginęło dwoje dzieci, a za ich ochronę odpowiadał jej wydział. Była szefem komórki Secret Service odpowiedzialnej za ochronę wszystkich - poza prezydentem - osobistości Białego Domu: członków gabinetu i ich rodzin oraz kilku senatorów, w tym Teda Kennedy'ego. Podlegała bezpośrednio sekretarzowi skarbu.
Pracowała niezwykle ciężko i była bardzo odpowiedzialną osobą. Sto godzin pracy w tygodniu, praktycznie żadnych wakacji od kilku lat i żadnego życia prywatnego.
Słyszała już stukot obcasa buta, który miał ją zmiażdżyć. Jej dwaj agenci zawalili sprawę koncertowo. Na pewno zostanie przeprowadzone w tej sprawie dochodzenie - coś w rodzaju średniowiecznego polowania na czarownice. Jezzie Flanagan czuła, że stołek, na którym siedzi, zaczyna się chwiać. Była pierwszą kobietą na tym stanowisku i jej ewentualny upadek byłby głośny i bolesny.
W końcu dostrzegła człowieka, którego poszukiwała wzrokiem w tłumie - i którego miała nadzieję tu nie spotkać. Sekretarz skarbu Jerrold Goldberg przyjechał jednak na miejsce uprowadzenia syna.
Razem z sekretarzem stali: burmistrz Carl Monroe, agent specjalny FBI Roger Graham i dwóch czarnych mężczyzn, których nie potrafiła rozpoznać. Obaj Murzyni byli wysocy, a jeden z nich szczególnie potężnie zbudowany.
Jezzie Flanagan zaczerpnęła głęboko powietrza i podeszła zdecydowanym krokiem do sekretarza skarbu.
- Jest mi naprawdę bardzo przykro, Jerrold - powiedziała ściszonym głosem. - Ale dzieci się znajdą.
- Porwał je nauczyciel. - Tylko tyle zdołał wypowiedzieć Jerrold Goldberg. Potrząsnął głową o krótko obciętych siwych, kręconych włosach. Miał wilgotne, zaczerwienione oczy. - Wychowawca, opiekun dzieci. Jak mogło do tego dojść?
Był zdruzgotany. W kilka godzin postarzał się o co najmniej dziesięć lat - wyglądał na sześćdziesiąt, a miał dopiero czterdzieści dziewięć. Jego twarz była biała jak mury szkoły.
Jerry Goldberg przed rozpoczęciem kariery politycznej pracował w firmie Salomon Brothers na Wall Street. W szalonych, lecz dających wielkie możliwości latach osiemdziesiątych zarobił dwadzieścia - a niektórzy twierdzą, że trzydzieści - milionów dolarów. Był bystry, mądry i miał kontakty na całym świecie. Jego wiedza sprawdziła się w praktyce.
Jednak tego dnia był tylko ojcem porwanego chłopca. I wyglądał na całkiem bezsilnego.
Była dziewiąta rano. Pani Vivian Kim postanowiła na swojej lekcji w szkole Washington Day odtworzyć aferę Watergate. Będzie potem pamiętać tę lekcję do końca życia.
Vivian Kim była inteligentną, ładną nauczycielką historii. Potrafiła wzbudzić u uczniów zainteresowanie tematem. Dzieci uwielbiały prowadzone przez nią zajęcia. Dwa razy w tygodniu pani Kim odgrywała sceny historyczne, czasem pozwalając uczestniczyć w nich uczniom. Przygotowywały się do tego bardzo starannie i nauczycielka słusznie uważała, że jej lekcje nie były na pewno nudne.
Tego właśnie ranka Vivian Kim wybrała jako temat Watergate. Miała lekcję z trzecią klasą, do której chodzili Maggie Rose Dunne i Michael Goldberg. Klasa była obserwowana.
Vivian Kim po kolei odgrywała postacie generała Haiga, H. R. Haldemana, Henry'ego Kissingera, G. Gordona Liddy'ego, prezydenta Nixona, Johna i Marthę Mitchell oraz Johna i Maureen Dean. Była świetnym mimem.
- Z okazji dorocznego Święta Unii prezydent Nixon wystąpił z telewizyjnym przemówieniem do narodu - powiedziała dzieciom pani Kim. - Wielu ludzi uważało, że prezydent mówił kłamstwa. Jeśli wysoki urzędnik państwowy kłamie, popełnia straszliwą zbrodnię. Zawierzyliśmy przecież temu człowiekowi, jego słowu i powadze jego urzędu.
- Łajdak! Precz! - W scence brało udział kilkoro dzieci. Vivian Kim uważała, że należy angażować je w lekcje.
- "Precz" jest zupełnie na miejscu - przyznała. - Tak samo: "Łajdak". Wracając do rzeczy, prezydent Nixon wystąpił przed całym narodem, przed ludźmi takimi jak wy i ja. - Vivian Kim stanęła w takiej pozie, jakby nagle znalazła się na mównicy, i zaczęła odgrywać przed klasą rolę Richarda Nixona.
Przybrała chmurny wyraz twarzy i potrząsnęła głową: - Chcę, żebyście wiedzieli... że nie mam zamiaru porzucać urzędu, na który Amerykanie wybrali mnie, bym rządził Ameryką... - Vivian Kim urwała to niesławne przemówienie Nixona, by pauzą podkreślić tragizm sytuacji.
Wszystkie dwadzieścioro czworo dzieci w klasie siedziało bez ruchu. Na chwilę całkowicie skupiła na sobie ich uwagę. Vivian Kim pomyślała, że jest to bardzo miłe uczucie.
Ktoś delikatnie zapukał w oszklone drzwi klasy. Magiczny nastrój prysł.
- Precz! Łajdak! - powiedziała cicho Vivian. - Kto tam? Proszę wejść?! - zawołała głośniej.
Drzwi z mahoniu i szkła powoli otwarły się. Jeden z ucznów zanucił cicho melodię z Koszmaru z Ulicy Wiązów. W drzwiach pojawił się pan Soneji i wszedł nieśmiało do środka. Niemal wszystkie dzieci uśmiechnęły się na jego widok.
- Jest tu kto? - zapiszczał pan Soneji cienkim, załamującym się głosem. Dzieci wybuchły śmiechem. - Ooo, coś takiego - zdziwił się. - Wszyscy obecni.
Gary Soneji uczył matematyki i informatyki, która była wśród ucznów jeszcze popularniejsza niż lekcje pani Kim. Łysiał już, miał sumiaste wąsy i nosił okulary, jakich używają uczniowie w Anglii - słowem, jego wygląd absolutnie nie wskazywał na to, że może być idolem wszystkich dzieci w szkole Washington Day. Do zdobycia tak wielkiej popularności przyczyniła się nie tylko umiejętność postępowania z dziećmi i talenty pedagogiczne, ale i mistrzowskie opanowanie tajników gier wideo.
Znajomość tajników komputera w stopniu niemal czarodziejskim sprawiła, że dzieci przezywały go: "Pan Myszka".
Pan Soneji przechodząc przez klasę witał się z dziećmi, zwracając się do nich po imieniu. W końcu dotarł do biurka pani Kim.
Przez chwilę oboje rozmawiali cicho. Pani Kim stała tyłem do klasy. Przez cały czas kiwała potakująco głową, niewiele mówiąc. Przy wysokim Sonejim wyglądała niezwykle krucho.
W końcu pani Kim odwróciła się przodem do klasy.
- Maggie Rose i Michael Goldberg! Czy możecie podejść do mnie? Weźcie ze sobą swoje rzeczy.
Maggie Rose i Michael spojrzeli po sobie nic nie rozumiejąc. O co tu chodziło? Zebrali swoje rzeczy i podeszli do biurka. Pozostałe dzieci zaczęły szeptem wymieniać uwagi. W klasie zrobiło się głośno.
- Cisza! To jeszcze nie przerwa! - upomniała je pani Kim. - Lekcja jeszcze trwa. Proszę, byście szanowali zasady, które wspólnie przyjęliśmy.
Gdy dwójka przyjaciół podeszła do nauczycieli, pan Soneji przykucnął, by móc z nimi dyskretnie porozmawiać. Konus Goldberg był co najmniej dziesięć centymetrów niższy od Maggie Rose.
- Mamy mały problem, ale nie macie się czym martwić - powiedział pan Soneji spokojnym głosem. - W zasadzie wszystko jest w porządku, to tylko chwilowy kłopot bez większego znaczenia. Ale naprawdę nie macie się czym niepokoić.
- Nie wydaje mi się - odezwał się Michael Goldberg, kręcąc głową. - Na czym polega ten chwilowy kłopot?
Maggie Rose nie powiedziała ani słowa. Nie wiedząc czemu poczuła, że ogarnia ją panika. Coś się stało. Żołądek aż skurczył się jej ze strachu. Mama zawsze jej powtarzała, że ma wybujałą fantazję, starała się więc nie okazywać niepokoju i zachowywać się spokojnie.
- Właśnie dzwonili do nas z Secret Service - powiedziała pani Kim. - Odebrali wiadomość z pogróżkami. Chodzi o ciebie i o Maggie. To może być tylko idiotyczny wygłup, ale na wszelki wypadek odwieziemy was zaraz do domu. To zwykła ostrożność, nic więcej. Znacie zasady.
- Jestem pewien, że wrócicie do szkoły jeszcze przed przerwą obiadową - dodał uspokajająco pan Soneji.
- Co to za pogróżki? - zapytała Maggie Rose pana Soneji. - Chodzi o ojca Michaela? Czy o moją mamę?
Pan Soneji poklepał Maggie po ramieniu. W tej prywatnej szkole dzieci nieustannie zaskakiwały nauczycieli swoją dojrzałością.
- To nic szczególnego. Taka gadanina bez pokrycia. Jestem pewien, że to jakiś wariat chce zwrócić na siebie uwagę. Zwykły czubek. - Pan Soneji uśmiechnął się, okazując dzieciom, jak małe wrażenie zrobił na nim cały ten incydent. Uspokoił je tym nieco.
- To po co mamy jechać taki kawał drogi do domu? - zapytał Michael Goldberg, gestykulując jak prawnik. Wyglądał jak jego sławny ojciec, tyle że w dziecięcej wersji z filmów animowanych.
- Tak na wszelki wypadek. Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Dobra, dosyć tego. Nie mam zamiaru z tobą dyskutować, Michael. Jesteście gotowi? - Pan Soneji był miły, ale stanowczy.
- Niezupełnie. - Michael nadal nad czymś rozmyślał, kręcąc głową. - Czegoś tu nie rozumiem. Coś tu nie pasuje. Dlaczego nie przyjadą tu agenci Secret Service i nie zostaną, aż skończą się lekcje?
- Bo chcą to załatwić inaczej - odparł pan Soneji. - To nie ja decyduję.
- Jesteśmy gotowi - przerwała im Maggie. - Chodź, Michael, przestań się spierać. To i tak już postanowione.
- Tak jest, postanowione - uśmiechnęła się do nich pani Kim. - Prześlę wam temat pracy domowej.
Maggie i Michael wybuchnęli śmiechem.
- Dziękujemy, pani Kim - zawołali chórem. Pani Kim zawsze potrafiła rozładować sytuację.
Szkolne korytarze były puste i ciche. Tylko woźny, Murzyn o nazwisku Emmett Everett, widział, jak opuszczają budynek szkolny.
Opierając się na miotle Everett patrzył, jak nauczyciel z dwójką dzieci idzie długim korytarzem. Był ostatnią osobą, która widziała ich razem.
Gdy znaleźli się na zewnątrz, przeszli pospiesznie przez wyłożony kostką parking, okolony równo przyciętym żywopłotem i brzozami. Buty Michaela głośno stukały o kostkę.
- Szpanerskie buciki - zażartowała Maggie.
Michael nie potrafił się odgryźć. Co mógł odpowiedzieć? Matka z ojcem kupowali mu ubrania w drogim magazynie Brooks Brothers.
- A jak pani uważa, pani Vanderbildt, co mam włożyć? Różowe tenisówki? - odparł bez przekonania.
- Pewnie, że różowe tenisówki - uśmiechnęła się Maggie. - Albo jaskrawozielone adidasy do kosza. Ale na pewno nie powinieneś nosić takich pogrzebowych lakierków, Konusku.
Pan Soneji zaprowadził dzieci do nowej niebieskiej furgonetki zaparkowanej pod wiązami i dębami, rosnącymi wzdłuż budynku administracyjnego i sali gimnastycznej. Z sali dobiegały nieregularne dźwięki odbijanej piłki do koszykówki.
- Wskakujcie do tyłu. No, szybko. Dobra - powiedział nauczyciel, pomagając dzieciom wdrapać się do wozu. Ciągle poprawiał okulary, które spadały mu z nosa. W końcu zdjął szkła.
- Pojedziemy do domu? - zapytał Michael.
- Zdaję sobie sprawę, że nie jest to limuzyna marki Mercedes, sir Michael. Wypełniam tylko polecenia, które otrzymałem przez telefon. Rozmawiałem z niejakim panem Chakely.
- Wesołek Chollie - poprawił go Michael, podając przezwisko, jakie nadał agentowi Secret Service.
Pan Soneji zajął miejsce za kierownicą i z łoskotem zatrzasnął przesuwne drzwi.
- Zaczekajcie chwilę, zrobię wam trochę miejsca.
Zaczął przerzucać kartonowe pudła ułożone z przodu furgonetki. W samochodzie panował bałagan, który kłócił się z poczuciem systematyczności i porządku, cechującym nauczyciela matematyki.
- Znajdźcie sobie gdzieś miejsce - rzucił, nadal czegoś szukając.
Gdy Gary Soneji obrócił się w ich stronę, miał na twarzy przerażającą, czarną, gumową maskę, a w dłoni przy piersi trzymał jakiś mały metalowy pojemnik, bardzo przypominający miniaturową gaśnicę z filmów science fiction.
- Panie Soneji! - zawołała niepewnie łamiącym się głosem Maggie Rose. - Panie Soneji! - Zasłoniła twarz dłońmi. - Niech pan nas nie straszy! Boimy się!
Soneji skierował małą metalową dyszę prosto na Michaela i Maggie Rose. Szybko zbliżył się do nich i stanął przed nimi na szeroko rozstawionych nogach w czarnych butach na gumowych podeszwach.
- Co to jest? - zapytał Michael, nie wiedząc, po co w ogóle zadaje to pytanie.
- Sam zobacz, mały geniuszu. Zaciągnij się i potem mi opowiedz.
Soneji wcisnął zawór i dzieci znalazły się w chmurze chloroformu. Nauczyciel przez pełne dziesięć sekund nie spuszczał palca z zaworu. Dzieci opadły bezwładnie na tylne siedzenie furgonetki, pokryte mgiełką skroplonego gazu.
- Gaśnijcie, jasne światełka - powiedział pan Soneji cicho i delikatnie. - Teraz nikt nigdy nie dowie się prawdy. - Na tym polega cały kunszt. Nikt nigdy nie dowie się prawdy.
Soneji zasiadł za kierownicą i uruchomił silnik niebieskiej furgonetki. Wyjeżdżając z parkingu, zanucił Magiczny autobus zespołu The Who. Był dzisiaj w niezwykle dobrym nastroju. Miał zamiar zostać - między innymi - pierwszym seryjnym kidnaperem w historii Ameryki.
Jestem zastępcą szefa detektywów. Moja funkcja powinna mi dawać szóste czy siódme miejsce w hierarchii waszyngtońskiej policji. Ale nie daje... Mimo to koledzy czekają na mnie na miejscu zbrodni.
Przed budynkiem przy Benning Road 41/45 stały bezładnie zaparkowane trzy niebiesko-białe wozy policyjne. Była laboratoryjna furgonetka z przyciemnionymi szybami, w której znajdowały się przyrządy do analiz. Podjechał także ambulans. Na drzwiach miał wypisany radośnie napis: KOSTNICA.
Przed domem stało parę wozów strażackich. Wokół kręcili się gapie, głównie zaspani mężczyźni i mieszkający w sąsiedztwie. Na okolicznych gankach stały, trzęsąc się z zimna, starsze kobiety z niebieskimi i różowymi papilotami we włosach, w płaszczach narzuconych na nocne koszule.
Stary, zniszczony budynek pomalowany był jaskrawobłękitną farbą. Stał przed nim chevette z folią w miejscu wybitej bocznej szyby. Samochód wyglądał na porzucony.
- Pieprzyć to wszystko. Wracajmy do łóżek - powiedział Sampson. - Właśnie uświadomiłem sobie, co tu będziemy zaraz oglądać. Znienawidziłem tę pracę.
- A ja kocham moją pracę, kocham Wydział Zabójstw - oznajmiłem krzywiąc się lekko. - Popatrz, jest już lekarz sądowy w swoim plastikowym ubranku. I chłopcy z laboratorium. A któż to idzie w naszą stronę?
Biały sierżant w grubej granatowej kurtce z futrzanym kołnierzem wyszedł nam na spotkanie. Ręce trzyma głęboko w kieszeniach, próbując je trochę ogrzać.
- Sampson? Detektyw Cross? - Ziewnął jak ludzie lecący samolotem, którzy usiłują wyrównać ciśnienie w uszach. Doskonale wiedział, kim jesteśmy. Musiał zdawać sobie sprawę, że należymy do specjalnej grupy śledczej. Robił sobie z nas jaja.
- O co chodzi? - Sampson nie lubił, gdy ktoś kpił sobie z niego.
- Starszy detektyw Sampson - poprawiłem sierżanta. - A ja, gdyby ktoś miał wątpliwości jestem zastępcą szefa detektywów.
Sierżant był tłustym brzuchatym Irlandczykiem - wyglądał jak zabytek z czasów wojny secesyjnej. Jego twarz przypominała tort weselny pozostawiony na deszczu. Popatrzył z nieszczęśliwą miną na moją tweedową marynarkę.
- Tu już wszystkim tyłki odmarzają - wysapał.
- Przesada. Grzeje was sadło - odparł Sampson.
- Pieprzcie się - odparował sierżant. Jak miło spotkać biały odpowiednik Eddiego Murphy'ego!
- Co za mistrz riposty - uśmiechnął się do mnie Sampson. - Słyszałeś, co on powiedział? Pieprzcie się.
Sampson i ja jesteśmy ludźmi dobrze zbudowanymi. Regularnie ćwiczymy na siłowni w St. Anthony - nazywamy to St.A. - i razem ważymy prawie dwieście pięćdziesiąt kilo. Jeśli trzeba, potrafimy napędzić strachu. W naszej pracy jest to czasem bardzo przydatne.
Ja mam raptem metr dziewięćdziesiąt wzrostu, ale John przekroczył dwa metry i - jak twierdzi - wciąż rośnie. Zawsze nosi ciemne okulary przeciwsłoneczne i czasami sfatygowany kapelusz albo żółtą bandanę. Niektórzy nazywają go John-John, bo jest tak wielki, że starczyłoby jego masy na dwóch ludzi.
Wyminęliśmy sierżanta i poszliśmy w stronę domu. Nasz elitarny wydział ma polecenie nie wdawać się w takie konfrontacyjki. Czasem nawet się do tego stosujemy.
Wewnątrz było już kilku mundurowych. Jakaś nerwowa sąsiadka zawiadomiła policję o czwartej trzydzieści, że widzi włamywacza. Stała akurat w oknie, bo całą noc była niespokojna i nie mogła zasnąć. Taka dzielnica.
Dwóch posłanych tam policjantów znalazło w domu zwłoki trojga ludzi. Gdy przez radio zgłosili morderstwo, dostali polecenie, by czekać na Specjalną Grupę Śledczą. SGS tworzy ośmiu czarnoskórych funkcjonariuszy, podobno wybitnych w swoim fachu.
Drzwi kuchenne były uchylone. Pchnąłem je otwierając je na całą szerokość. Drzwi w każdym domu wydają inny charakterystyczny dźwięk przy otwieraniu i zamykaniu. Te zajęczały jak staruszek.
W całym domu było ciemno jak w grobie. Przeciąg spowodował, że coś wewnątrz stukało.
- Nie zapalaliśmy światła, proszę pana - odezwał się jeden ze stojących za mną funkcjonariuszy. - To pan jest doktor Cross?
Skinąłem głową.
- Czy drzwi były otwarte, gdy tu przyjechaliście? - zwróciłem się do mundurowego. Był biały, miał dziecinną twarz i mały wąsik, którym chciał zamaskować młody wiek. Miał ze dwadzieścia trzy - dwadzieścia cztery lata i wyglądał na porządnie wystraszonego. Wcale mu się nie dziwiłem.
- Nie. Żadnych śladów włamania. Drzwi były zamknięte tylko na klamkę. Tam w środku jest naprawdę straszny widok, proszę pana.
Jeden z mundurowych włączył potężną latarkę w aluminiowej obudowie. Zajrzeliśmy wszyscy do kuchni.
Stał tam mały stolik i żółtozielone plastikowe krzesełka. Na ścianie wisiał czarny zegar marki Bart Sampson, taki sam, jakie widnieją w oknach wystawowych większych sklepów. Zapach lizolu i spalonego tłuszczu tworzył dziwną mieszankę, choć nie była to zbyt nieprzyjemna woń. W sprawach o zabójstwo zdarzało mi się wdychać gorsze zapachy.
Sampson i ja stanęliśmy w progu, zastanawiając się, co mógł robić zabójca, obecny w tym miejscu kilka godzin wcześniej.
- Stał dokładnie tutaj - odezwałem się w końcu. - Wszedł drzwiami kuchennymi, tą samą drogą, co my.
- Przestań tak gadać, Alex - przerwał mi Sampson. - Zachowujesz się jak bohater książki Jeane Dixon. Zaczynam się o ciebie niepokoić.
Niezależnie od tego, ile spraw człowiek już w życiu prowadził, te następne wcale nie idą łatwiej. Z coraz większymi oporami wchodzimy do środka i zaczynamy nienawidzić koszmarnych widoków.
- Są na górze - odezwał się gliniarz z wąsikiem. Po drodze pokrótce opowiedział nam o ofiarach: rodzinie Sandersów. Dwie kobiety i mały chłopiec.
Partner młodego policjanta, niewysoki, barczysty czarny funkcjonariusz, nie odezwał się do tej pory ani słowem. Nazywał się Butchie Dykes - młody, wrażliwy gliniarz. Często widywałem go na posterunku.
We czterech weszliśmy po schodach na górę i znaleźliśmy się na miejscu zbrodni. Każdy nabrał głęboko powietrza w płuca. Sampson poklepał mnie po ramieniu. Zdawał sobie sprawę, że aż się trząsłem na widok zamordowanych dzieci.
Wszystkie trzy ciała leżały we frontowej sypialni, zaraz przy podeście schodów.
Trzydziestodwuletnia Jean "Poo" Sanders, nawet po śmierci była piękna. Miała wielkie brązowe oczy, wydatne kości policzkowe i pełne, otwarte w okrzyku usta, które stały się już sine.
Córka "Poo", Suzette Sanders, przeżyła tylko czternaście lat na tym świecie, ale była jeszcze ładniejsza od matki. W grube warkocze wplotła błękitne wstążki, a w jej nosie tkwił mały kolczyk, mający wskazywać na to, że nie jest już małym dzieckiem. Jej usta były zakneblowane ciemnoniebieską pończochą.
Synek pani Sanders, Mustaf, miał trzy latka. Leżał twarzą do góry, a na jego policzkach widać było ślady łez. Miał na sobie długą, luźną koszulę nocną, jakie noszą także moje dzieci.
Tak jak powiedziała Nana Mama, przez złych polityków całe miasto stało się złe. I to w kraju tak wielkim i tak pełnym zła. Matka i córka zostały przywiązane czerwonymi i czarnymi siatkowanymi pończochami do nóg łóżka. Ich ręce związane były kwiecistymi prześcieradłami.
Wyjąłem z kieszeni dyktafon - zawsze go przy sobie noszę - i zacząłem nagrywać na taśmie pierwsze spostrzeżenia:
- Morderstwa numer H234 914 do 916. Matka, nastoletnia córka i mały chłopiec. Kobiety zostały pokaleczone bardzo ostrym narzędziem, najprawdopodobniej brzytwą. Ich piersi zostały obcięte. Nie można ich znaleźć. Włosy łonowe ogolone. Widać wiele ran kłutych, które patolodzy nazywają "wyrazem nienawiści". Mnóstwo krwi i kału. Wydaje się, że obie kobiety były prostytutkami. Chyba je już widziałem. - Mój głos był tak ochrypły, że zastanawiałem się, czy zrozumiem później cokolwiek z tego nagrania. - Ciało chłopca leży tak, jakby zostało przypadkowo odrzucone na bok. Mustaf Sanders ma na sobie podniszczoną pidżamę z rysunkami misiów. Sprawia wrażenie, jakby został zamordowany tak przy okazji. - Patrząc na ciało chłopca nie mogłem opanować żalu. Jego smutne, martwe oczy patrzyły prosto na mnie. W głowie mi huczało. Serce waliło mocno. Biedny mały Mustaf.
- Nie wydaje mi się, żeby zabił on chłopca z premedytacją - powiedziałem do Sampsona. On albo ona - dodałem po namyśle.
To jest to samo "coś", co na początku tygodnia zawitało do domu przy Condon Terrace - potrząsnął głową Sampson.
Od kiedy ukończyła trzy latka, Maggie Rose Dunne zawsze była przez ludzi obserwowana. Gdy miała dziewięć lat, przywykła do tego, że obcy ludzie gapili się na nią jakby była Frankensteinem albo zombie.
Tego ranka też była obserwowana, choć nie zdawała sobie z tego sprawy. A tym razem powinno ją to było szczególnie obchodzić. Tym razem miało to ogromne znaczenie.
Maggie Rose była w szkole Washington Day w Georgetown, próbując zmieszać się z tłumem pozostałych stu trzydziestu uczniów. W tej chwili wszyscy z entuzjazmem śpiewali na apelu.
Wmieszanie się w tłum nie było dla Maggie Rose łatwe, choć starała się ze wszystkich sił. Była przecież córką Katherine Rose. Nie mogła przejść obok sklepu z kasetami video, by nie ujrzeć twarzy matki. Filmy z mamą nadawano w telewizji każdego wieczora. Nominacji do Oscara zdobyła więcej niż inne aktorki opisywane w magazynie "People".
Dlatego Maggie Rose robiła wszystko, by wtopić się w otoczenie. Tego ranka włożyła starą bluzę z Fido Dido z dziurami z przodu i na plecach. Miała też na sobie wytarte, wystrzępione dżinsy firmy Guess i znoszone różowe tenisówki Reeboka oraz najbardziej postrzępione skarpetki z samego dna szuflady. Specjalnie nie umyła też długich blond włosów przed wyjściem do szkoły.
Mama aż wytrzeszczyła na nią oczy, gdy ujrzała tę szkolną kreację, ale nie zaprotestowała. Była świetną matką. Rozumiała, co Maggie musiała na co dzień przechodzić.
Zebrane na apelu dzieci z klas od pierwszej do szóstej śpiewały Szybki wóz Tracy Chapman. Pani Kaminsky, zanim zagrała tę folkowo-rockową piosenkę na błyszczącym czarnym steinwayu, usiłowała wytłumaczyć wszystkim przesłanie tekstu.
- Ta wzruszająca piosenka, napisana przez młodą czarnoskórą kobietę z Massachusetts, mówi o biednych ludziach w najbogatszym kraju na świecie. O losie Murzynów w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku.
Drobna, delikatnie zbudowana nauczycielka muzyki i rysunku była bardzo uczuciowa. Uważała, że obowiązkiem nauczyciela w tak prestiżowej szkole jest nie tylko przekazywanie wiadomości, ale również kształtowanie umysłów i postaw.
Dzieci lubiły panią Kaminsky, starały się więc wyobrazić sobie sytuację ludzi biednych i nie mających szans na poprawę losu. Na pewno musiały bardzo wytężać wyobraźnię, ponieważ czesne w szkole Washington Day wynosiło dwanaście tysięcy dolarów.
"Masz szybki wóz - śpiewały w rytm melodii granej na fortepianie przez panią Kaminsky. - A ja wiem, jak się stąd wydostać".
Maggie, śpiewając Szybki wóz z całych sił starała się wyobrazić sobie, jak żyje w nędzy. Często widywała w Waszyngtonie ludzi śpiących zimą na ulicy. Stanęły jej przed oczyma straszliwe widoki z Georgetown i Dupont Circle, ludzie z brudnymi szmatami, myjący szyby samochodów na każdych światłach. Matka zawsze dawała im dolara albo dwa. Niektórzy żebracy rozpoznawali mamę i szaleli ze szczęścia. Zachowywali się tak, jakby nastąpił najszczęśliwszy dzień w ich życiu, a Katherine Rose zawsze potrafiła powiedzieć coś miłego.
"Masz szybki wóz - śpiewała Maggie Rose. Miała ochotę polecieć w ślad za swoim głosem. - Jest wystarczająco szybki, byśmy mogli odlecieć oboje. Musimy podjąć decyzję. Wyjeżdżamy wieczorem albo będziemy tu żyć aż do śmierci".
Dzieci skończyły śpiewać i zaczęły klaskać z całych sił. Pani Kaminsky, siedząc przy fortepianie skłoniła się lekko.
- Ale cegła - mruknął Michael Goldberg. Stał tuż przy Maggie. Był jej najlepszym przyjacielem w Waszyngtonie, do którego Maggie przeprowadziła się wraz z rodzicami przed niespełna rokiem z Los Angeles.
Michael jak zwykle ironizował. Zawsze traktował z ironią ludzi, którzy nie byli tak bystrzy jak on - czyli właściwie wszystkich. Taki właśnie styl panował na Wschodnim Wybrzeżu.
Michael Goldberg był prawdziwym mózgowcem. Maggie wiedziała, że czyta wszystko, cokolwiek wpadnie mu w ręce, zarówno rzeczy wartościowe, jak i śmieci. Jeśli kogoś polubił, potrafił być naprawdę miły. Miał wrodzoną wadę serca, a że był przy tym słaby i drobny, przylgnęło do niego przezwisko Konus, które bardzo Michaela denerwowało.
Maggie i Michael jeździli zwykle razem do szkoły. Tego ranka przyjechali samochodem Secret Service. Ojciec Michaela był sekretarzem stanu. W szkole Washington Day nie spotykało się zwykłych dzieci, dlatego każde usiłowało wtopić się w tłum.
Gdy dzieci wychodziły z auli, musiały po kolei powiedzieć, kto odbierze je po szkole. W szkole Washington Day sprawy bezpieczeństwa traktowano bardzo poważnie.
- Pan Devine - powiedziała Maggie do stojącego w drzwiach nauczyciela. Nazywał się Guestier i uczył języków: francuskiego, rosyjskiego i chińskiego. Dzieci przezywały go: Le Pryk.
- I Wesołek Chakely - dokończył za nią Michael Goldberg. - Agenci Secret Service, jednostka dziewiętnasta, samochód marki Lincoln. Numer rejestracyjny S.C.-59. Północne wyjście, Pelham Hall. Zostali przydzieleni do moi, ponieważ mój ojciec dostawał ostatnio pogróżki od kartelu kolumbijskiego. Au revoir, mon professeur.
W dzienniku szkolnym pod datą dwudziestego pierwszego grudnia zapisano: "M. Goldberg i M. R. Dunne - odbiór Secret Service. Północne wyjście, Pelham, godz. 3."
- Chodź, Fido Dido - Michael Goldberg szturchnął Maggie w żebra. - Mam szybki wóz. I mam plan, jak się stąd wydostać.
Nic dziwnego, że go lubię - pomyślała Maggie. - Któż inny powiedziałby do mnie Fido Dido? Kto jak nie Konus Goldberg?
Ktoś ich obserwował, gdy wychodzili z auli. Ale żadne z nich nie zauważyło niczego niezwykłego. Bo też nie mieli niczego zauważyć. O to właśnie chodziło. Był to mistrzowski plan.