Aleksandra - Lisa Weeda
43.99 zł
36.51 zł
(30,79 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Sierpień 2018
Nawet kiedy wymieniam imię Aleksandry, jej nazwisko po ojcu: Nikołajewna, i jej nazwisko: Krasnowa, nie pozwalają mi przejść przez punkt kontrolny. Odbieram paszport i pokazuję na most w kierunku Ługańska.
- Kiedy ją wywozili, miasto nosiło jeszcze nazwę Woroszyłowgrad - mówię.
Ukraiński żołnierz, który przepuścił wszystkich przede mną, przesuwa karabin z brzucha na plecy i krzyżuje ramiona na piersi. Most zwisa nad rzeką niczym pęknięte na pół drzewo, dzielące odseparowaną republikę od ukraińskiej ziemi, na której stoję. Drewniana konstrukcja, która już prawie cztery lata służy za podest prowadzący na zniszczoną nawierzchnię mostu, nawet stąd wygląda na lichą.
- Wszędzie leżą miny, co chwila strzelają, w nocy bombardują - burczy żołnierz.
- Oni mi już o tym mówili.
- Jacy oni?
- Moja babcia. Jej siostra Nina, która tutaj mieszka. Znasz ją? Moja cioteczna babka i jej syn z Odessy. Twierdzili, że zwariowałam.
Żołnierz ponownie kręci głową.
- Czyli twoja babcia, która, mam nadzieję, cię kocha, wysyła cię na tereny, gdzie toczy się wojna? Czy ona oszalała?
- Ale tak trzeba - mówię. - Ona mnie o to poprosiła.
- Co niby trzeba? Może i masz papiery, ale jesteś sama. Załatw sobie fiksera, kogoś, kto z tobą pójdzie.
- Moje dalekie kuzynki mieszkają w Ługańsku - próbuję go przekonać. - Tutaj są ich numery.
Podstawiam mu telefon pod nos i przewijam ekran, aż pojawiają się na nim imiona Iry i Julii. Żołnierz przyciska ręce mocniej do piersi, przez co niebiesko-żółty znaczek na ramieniu lekko się marszczy.
- Przykro mi, dziewczyno.
Z jak najpoważniejszym wyrazem twarzy wyciągam z torby podłużny pas lnu. Pokazuję go żołnierzowi.
- To płótno ma prawie sto lat. Przebyło tysiące kilometrów. Nie możesz odmówić mu ostatniej podróży do domu.
Na białej tkaninie widnieją wyhaftowane czarne i czerwone linie. Brzegi ozdobione są kwiatowymi wzorami w kolorach niebieskim, czerwonym i czarnym. Kłuję w nią palcem.
- Widzisz tę linię, nad którą jest napisane "Kola"? Ta linia kończy się w dwa tysiące piętnastym roku. Moja szalona babcia poprosiła mnie, żebym zawiozła płótno na jego grób, by domknąć czas. Inaczej będzie stracony.
Żołnierz przygląda się, jak składam serwetę. Pomału, na pół i jeszcze raz na pół, aż w końcu trzymam w rękach niewielki kwadrat materiału. Ostrożnie wkładam go do torby. Staram się robić to w sposób jak najbardziej dramatyczny, powoli, jakby to był najważniejszy przedmiot na świecie.
- Daj mi przejść ten ostatni kawałek. Tylko kilka dni i wracam.
Grzebię jeszcze w torbie i wyciągam z niej stare zdjęcie Aleksandry, mojego asa w rękawie, ostatnią rzecz, jaką mam przy sobie, która może go przekonać. Trzymam mu je przed oczami, przyciskam niemal do nosa, żeby musiał na nie patrzeć. Aleksandra spogląda mu prosto w twarz. Po jej prawej i lewej stronie siedzą Niusza i Dusza, jej kuzynki, które tak jak ona zostały wywiezione w czasie wojny.
- Na litość boską! - mówi cicho żołnierz i zwraca oczy ku niebu.
- Wszystkie inne zdjęcia z jej młodości spłonęły - opowiadam. - Ja o nie pytałam, moja matka pytała, ale nikt z naszej rodziny nie ma innych. Wszystkie zniknęły. Poszły z dymem. Spalone przez Niemców.
Żołnierz bierze ode mnie zdjęcie, przystawia je do mojej twarzy, mruży jedno oko, patrzy na mnie, a następnie na fotografię. Układam buzię w ciup, tak jak Aleksandra, i przymykam lekko oczy. Czy powinnam była zapleść moje sterczące na wszystkie strony włosy w tradycyjny warkocz i przypiąć go sobie wokół głowy niby koronę?
- Jesteście bardzo do siebie podobne, tylko te włosy...
- Patrzcie go, jaki spostrzegawczy - mamroczę.
Wyrywam mu z ręki zdjęcie i niecierpliwym ruchem wkładam je do plecaka. To szczyt moich aktorskich umiejętności. Dlaczego nie mam w sobie takiego zdecydowania jak moje ukraińskie ciotki, które potrafią besztać kogoś bez końca, nie robiąc przy tym przerwy na oddech.
- Wpuść mnie! - warczę.
Stojąca za mną starsza kobieta zaczyna głośno wzdychać. Z teatralnym jękiem kładzie na ziemi reklamówki i pyta, jak długo jeszcze potrwa moje przedstawienie.
- Właśnie się skończyło - oznajmia żołnierz i odgania mnie ręką. - Wyjdź z kolejki. Po przejściu za ukraińską flagę nie będziesz bezpieczna z tymi swoimi papierami, kawałkiem płótna i żałosnym zdjęciem.
- Ale ja obiecałam! - odpowiadam. - Po prostu mnie przepuść i będziesz miał mnie z głowy.
- Nie. Są tutaj inni ludzie, którzy chcą przejść, bo wracają do domu. Którzy tutaj mieszkają - mówi stanowczo.
Kobieta przytakuje z wyrazem niezadowolenia.
- Ludzie tacy jak ja - rzuca niecierpliwie. - To nie miejsce dla ciebie. Wróć, jak skończy się wojna. Twój zmarły kuzyn na pewno nigdzie się nie ruszy, uwierz mi. No już, odsuń się, mam do domu kawał drogi, a muszę się jeszcze zabrać do gotowania.
- A nie mogłabym pójść z panią? - próbuję dalej. - Jak dotrzemy do Ługańska, pójdę w swoją stronę, tylko zadzwonię do rodziny.
- A jak nie odbiorą telefonu? Zostaniesz wtedy u mnie? Wieczorem schodzę do piwnicy, codziennie, od czterech lat. Położysz się ze mną na moim jednoosobowym wyrku? Będę ci musiała opowiadać bajki na dobranoc?
- Dokumenty, proszę pani! - mówi żołnierz i wyciąga rękę.
- Już, już.
Kobieta syczy na mnie i układa torby na długim stole. Wyciąga z biustonosza ukraiński paszport i paszport Ługańskiej Republiki Ludowej. Żołnierz spogląda na jej twarz i na zdjęcia. Następnie otwiera jedną z toreb. Widzę teraz, że jest niewiele starszy ode mnie. Jego ręce przetrząsają zawartość reklamówki, obmacują słoiki z ogórkami, kartony mleka, majtki w kwiatuszki, zapakowane w szeleszczącą folię rajstopy, brokuły, karczochy, konserwy z fasolą, parówki, wąskie puszki z sardynkami, plastikowe kubki w żółto-niebieskie paski, czarny chleb, plastikowe talerze w jaskraworóżowe kwiaty.
- Po co była pani w Ukrainie?
- Po emeryturę. Warzywa. Chleb. Rajstopy. Kilka par nowych majtek.
- A co zamierza pani robić tutaj?
- Och, chłopcze, musisz mnie w końcu zapamiętać. Powinieneś mnie przenieść przez ten lichy most. Tak, na tych swoich silnych rękach, którymi przez cały dzień trzymasz leciutkie paszporty.
- Proszę pani...
- Moja cierpliwość się skończyła. Mam tego dość, a ty nie? Tego cyrku, tych komedii.
- Bardzo panią proszę. Zatrzymuje pani całą kolejkę. Nie zajmujemy się wyłącznie kontrolą paszportów, dobrze pani o tym wie.
- Tak, po tamtej stronie! - Pokazuje za siebie, w kierunku Ukrainy, i śmieje się pogardliwie. - Taa... Wszyscy tutaj próbują odgrywać pograniczników. Odkąd tu mieszkam, nic się nie zmieniło.
- Proszę mnie ze sobą wziąć - przerywam jej utyskiwanie. - Moja babcia się tutaj wychowywała, urodziła się w wiosce na granicy z Rosją, może ją pani zna?
Znowu chwytam za telefon, żeby jej pokazać mapę.
- O - gdacze dalej kobieta - twoja babka się tutaj urodziła, to oczywiście wszystko zmienia. - Jej złote kły błyskają w słońcu, kiedy otwiera usta. Chowa z powrotem paszporty i jednym ruchem ściąga torby ze stołu. - Ta przeklęta ziemia rodzinna twojej babki nie nadaje się na odwiedziny. Tu jest zbyt niebezpiecznie. Do swidanja!
Demonstracyjnie odpycha mnie torbami, przez co muszę zrobić krok do tyłu, przeciska się obok mnie i przechodzi, najstateczniej jak może, na swoich błękitnych, plastikowych, połyskujących brokatem obcasach przez granicę. Opryskliwie pozdrawia pięciu żołnierzy, którzy w pełnym uzbrojeniu chodzą po drodze tam i z powrotem. W szybkim tempie kroczy po rozgrzanym, niemal parującym asfalcie. W kwiecistej sukience zamienia się powoli w barwną plamę unoszącą się w kierunku drewnianego podestu. Łapię za plecak i się odwracam.
- Nie to nie! - mówię na tyle głośno, żeby żołnierz mnie usłyszał.
- No, idźże już stąd - warczy.
Robię w tył zwrot i ruszam w stronę Ukrainy. Pola przy drodze są złote. Zboże kołysze się na wietrze. Na horyzoncie unosi się dym z fabryk, jego białe smugi tną błękitne niebo na kawałki. Gdzieś w oddali rozlega się strzał. Potem dwa, następnie cztery, coraz szybciej jeden za drugim. Padają z dwóch kierunków: ze wschodu i z zachodu. Wzdrygam się ze strachu na ten odgłos i oglądam na stojących w kolejce ludzi, żeby sprawdzić, czy oni też się przestraszyli. Starsze osoby, kobiety i mężczyźni w wieku moich rodziców, garstka młodych - nikt nie reaguje. Przesuwają spokojnie palcami po ekranach telefonów i przestępują z nogi na nogę. Echo strzałów zamiera wysoko nad polami. Kiedy spoglądam za oddalającym się dźwiękiem, na końcu kolejki zatrzymuje się rozklekotany samochód. To stary model zaporożca, kanciasty i złożony z części: tylne drzwi po lewej stronie są czerwone, a nie - jak reszta - białe. Wysiada z niego mężczyzna, patrzy chwilę na srebrny zegarek, a następnie na stojącą pod daszkiem z płyty pilśniowej kolejkę. Kiwa zadowolony głową i schyla się, żeby przez otwartą szybę powiedzieć coś do kierowcy. Potem wchodzi na pole obsiane zbożem. Po kilku niezręcznych manewrach cofania auto odjeżdża pokrytą kurzem drogą.
- Ożeż! Chwileczkę...
Żołnierz oddaje jakiejś dziewczynie paszport. Idzie na koniec kolejki, żeby sprawdzić, co się dzieje na polu. Zapada cisza, ludzie chowają telefony. Odwracają się w kierunku mężczyzny. Obserwują jego sylwetkę, która znika w zbożu najpierw na wysokość bioder, potem ramion, aż w końcu po czubek głowy.
- Czy tam ktoś jest? - pyta żołnierz ostro niezgrabnego młodzieńca, który bojaźliwie kurczy się w sobie.
- Chyba poszedł się wysikać.
- Żeby go... co za idiota! - klnie żołnierz.
Pędzi na skraj łanu, w którym powstało wąskie przejście. Kiedy zamierza postawić krok do przodu, spośród zboża rozlega się głośny dzwonek telefonu. "Dlaczego mnie zostawiasz?", pyta lubieżny głos, zagłuszając wszystkie inne odgłosy. Nikt z kolejki się nie rusza, wszyscy patrzą.
- Halo? - rozbrzmiewa z pola.
Zboże już się nie porusza, pył osiada. Czarna ziemia czeka przyczajona na to, co ma nadejść.
- Tak, jasne, to logiczne - odpowiada mężczyzna.
Przez chwilę widać, jak porusza się jego czubek głowy. Dostrzegam, że jedna z kobiet odwraca się plecami do pola i zamyka oczy, jak gdyby na coś czekała. Rozbrzmiewa dziwny, jakby ssący dźwięk. Coś pęka. Potężny huk powoduje, że na chwilę przestaję słyszeć. Czarna ziemia i kłosy zboża latają w powietrzu. Czubek głowy mężczyzny znika w jednej chwili w chmurze dymu. Stojący w kolejce ludzie jednocześnie się pochylają. Z powodu pisku w uszach tracę orientację. Widzę kołyszące się zboże i żołnierzy. Z wycelowanymi karabinami maszynowymi biegną poboczem drogi do miejsca, na którego wysokości nastąpił wybuch. Rozmawiają głośno, krótkimi zdaniami.
- Nie żyje?
- Trup na miejscu.
- O tej porze dnia to kłopot.
- Kolejny idiota, chłopaki, kompletny bałwan.
Stają bliżej siebie na pokrytej kurzem drodze i naradzają się dalej szeptem.
- Nie ruszać się! - krzyczą w kierunku kolejki. - Nikt nie ma prawa zrobić kroku, dopóki nie zabezpieczymy terenu.
Krótką kolumną wchodzą na pole, z gotowymi do strzału karabinami. Jeden żołnierz zostaje na skraju, żeby obserwować przejście graniczne. Starszy mężczyzna zaczyna płakać. Inni spoglądają na zegarki i telefony i potrząsają ze złością głową.
- Kiedy się to wszystko skończy, co za kretyni! - bąka chłopak w koszulce drużyny piłkarskiej z Ługańska. Krzyżuje wytatuowane ramiona na piersi i patrzy na pole, nad którym unoszą się hełmy żołnierzy. Jeden z wojskowych krzyczy, że trzeba sprowadzić karetkę, na co inny odpowiada, że to nie ma sensu i że lepiej, żeby zebrali części ciała mężczyzny do reklamówek i zadzwonili na miejscowy komisariat policji. Ja zerkam tymczasem na znajdujący się w oddali most, a potem znowu na stojącą na przodzie kolejki dziewczynę, która zaczęła rozmawiać przez telefon. Jej etui z kryształkami Swarovskiego mieni się w słońcu.
- Tak, trochę się spóźnię - oznajmia, głęboko wzdychając. - A jak myślisz? Na brzegu stoi nawet tabliczka z ostrzeżeniem, ale kto by się nią przejmował.
Wszyscy wokół mnie do kogoś dzwonią. Odwracam się. "Chyba zwariowałam", myślę, i zaczynam biec. Mijam punkt kontrolny i biegnę slalomem między betonowymi zaporami w kierunku drewnianego podestu prowadzącego na most.
- Nie rób tego, dziewczyno! - woła za mną starszy mężczyzna. - Twojej babce byłoby wstyd za to, jak teraz wygląda jej kraj!
Pędząc, podnoszę do góry rękę w geście zniecierpliwienia. Nie mogę przestać biec, nie teraz. Co się stanie, jeśli się zatrzymam? Co wolno zrobić żołnierzom w przypadku nielegalnego przekroczenia granicy? Jestem coraz bliżej ziemi, na której urodziła się moja babcia, i myślę o tym popołudniu, kiedy zadzwoniła do mnie mama i płacząc, oznajmiła:
- Znaleźli go. Kolę.
I o Aleksandrze, która złożyła płótno, podała mi je, mówiąc, że Kola potrzebuje go najbardziej z nas wszystkich, i kazała mi kupić kamizelkę kuloodporną i włożyć ją pod T-shirt - czego nie zrobiłam i czego teraz żałuję, kiedy słyszę, jak żołnierz woła, żebym natychmiast wracała.
- Jak ci się coś stanie, nikt nie pójdzie po twoje ciało! - krzyczy.
W pędzie mijam starszą kobietę w kwiecistej sukience i wbiegam na rozklekotany podest. Przez moment widzę, jak babcia, siedząca przy stole w swoim mieszkaniu dla seniorów, potrząsa ze smutkiem głową, i zapominam patrzeć na pooraną pociskami nawierzchnię mostu. Przepaść po lewej stronie niemal wciąga mnie w dół, do Dońca, rzeki, o której Aleksandra często opowiada, w której pływała jako dziecko, w której pływała moja matka, kiedy była tutaj po raz pierwszy, a o której ja myślę, że jak do niej wpadnę, to już po mnie. Kieruję się w prawo, łapię za barierkę i jeszcze mocniej odbijam się stopami od popękanego asfaltu. Na końcu mostu zaczynam niezgrabnie zbiegać po schodach, też skleconych prowizorycznie. To niewiele więcej jak kilka krzywych płyt, na których zamontowano poprzeczne listwy, żeby nie zjechać z nich za jednym zamachem.
- Co tak pędzisz? - zagaduje idący z naprzeciwka mężczyzna. Ciągnie za sobą torbę na zakupy na sfatygowanych kółkach. Po przejechaniu każdej listwy chwilę odpoczywa. Pod pachami na jego hawajskiej koszuli widać plamy potu, włosy ma zaczesane gładko na bok i pachnie słodką wodą kolońską. Jej zapach wierci mnie w nosie.
- Proszę pana. - Zatrzymuję się i opieram ręce na kolanach, żeby złapać powietrze. - Czy wie pan, gdzie jest stary cmentarz?
- Ten przy Schidnim prowułoku?
Przytakuję.
- Prosto, prosto, a potem w prawo. To spory kawałek, zdajesz sobie sprawę? A jak zejdziesz z mostu, nie biegnij, to zwraca uwagę.
Dziękuję mu i pędzę kłusem dalej w dół, mijając starsze kobiety i mężczyzn. Ich kroki są powolne. Opierają się o chybotliwą poręcz. Wydaje się, że upał niemal pcha ich do tyłu. Osuszają sobie spocone czoła chusteczkami w kwiatki, tak jak robi to Aleksandra w gorące letnie dni, kiedy przesiaduje na słońcu w swoim niewielkim ogródku od frontu. Przebyta przez nich droga jest długa i wyboista. Aleksandra powtarza, że rzeka znajdowała się wcześniej za rogiem, ale ponieważ widzę przed sobą tylko drogę i w oddali punkt kontrolny Ługańskiej Republiki Ludowej, zastanawiam się, gdzie dokładnie zaczyna się jej stary Ługańsk.
- Hej, dziewczyno, ty nie możesz sobie tam tak po prostu iść!
Żołnierz znajduje się w połowie mostu. Dudnienie jego dużych kroków, stawianych w oficerkach, zamiera głucho na asfalcie.
- Biegnij, a jednak biegnij! - popędza mnie z góry mężczyzna w hawajskiej koszuli. Ustawia się na środku schodów, kładzie w poprzek nich torbę na zakupy i udaje, że czegoś szuka. Podnosi klapę i zaczyna wszystko wyjmować: pomidory, ziemniaki, melona.
- To nie zatrzyma go na długo, dawaj!
Zaciskam mocniej szelki plecaka i odbijam się od ostatniej listwy. Na dole ślizgam się i wpadam do zakurzonego rowu. Ludzie idący z terytorium, na którym toczy się wojna, w zdumieniu obserwują moje niezgrabne ruchy.
- Proszę cię, zatrzymaj tego żołnierza! - wołam. - Idę na grób mojego wujka.
Jeszcze raz się odwracam. W chwili, kiedy uświadamiam sobie, że będę musiała przejść przez kolejny posterunek, słyszę, jak jakiś mężczyzna krzyczy gdzieś z lewej strony:
- Tutaj, biegnij w pole!
Przebiegam na drugą stronę drogi i pędzę za głosem, mijając czerwoną trójkątną tabliczkę z napisem "Uwaga, miny!".
- O cholera! - klnę, rozglądając się jednocześnie nad łanami zboża za głosem, który mnie przed chwilą wołał.
- Biegnij dalej, dziecko, został ci tylko kawałeczek. Nie bój się, nic ci się nie stanie.
Pszenica bije mnie po twarzy, zostawia ślady na przedramionach i cienkie czerwone paski na łydkach. Wymachuję jak wariatka rękami, żeby widzieć cokolwiek choćby na metr przed sobą. Aby jak najmniej dotykać ziemi, poruszam się na palcach.
- Dokąd mam biec? - chcę wiedzieć.
- Tutaj!
Stawiam krok w prawo i uderzam się paluchem o kamienny blok. Tracę równowagę i upadam do przodu na gigantyczne białe schody.