13 miesięcy wcześniej - początek października - czwartek
Aleksandra już drugą godzinę czekała na lotnisku w Warszawie na odprawę. Dziś wyjątkowo wszystko ją irytowało. Nie poznawała samej siebie. Zawsze spokojną i opanowaną kobietę drażniły nawet ciche rozmowy przy stoliku obok. Była niewyspana, od 2:30 na nogach, od 3:30 na kawiarnianym krzesełku. Lot wyznaczono dopiero na 6:30, a na lotnisku był już ruch jak w środku dnia; mnóstwo ludzi pędziło po terminalu, trącając się walizkami na kółkach.
Niezbyt dobry humor towarzyszył Aleksandrze od dłuższego czasu, szczególnie podczas ostatniego tygodnia, przeznaczonego na przygotowania do wyjazdu na wolontariat w nigeryjskie ostępy. A do tego doszła ta cholerna sytuacja z Tomaszem, mężem Alicji, jej jedynej i młodszej siostry. Co ją podkusiło, by do tego dopuścić? Gdzie ona miała rozum, by wdawać się w intymne relacje z własnym szwagrem?!
- Nie robimy niczego złego - wmawiał Aleksandrze za każdym razem, kiedy spotykali się w ustronnych miejscach, zamykając jej usta namiętnymi pocałunkami.
- Ciągle mam ci przypominać, że to moja siostra jest twoją żoną? - Nie liczyła, ile razy użyła tego argumentu.
- Doskonale o wszystkim pamiętam, ale przy niej od dawna nie czuję tego dreszczyku emocji, jaki przy tobie wywołuje gęsią skórkę. - Tomasz coraz śmielej błądził rękami po ciele Aleksandry.
- Oszalałeś! Trzymaj łapska przy sobie, bo wszystko powiem Alicji. - To były groźby z góry skazane na niepowodzenie, wiedziała o tym doskonale.
- Próbuj, kochanie, próbuj... - Śmiał się jej w twarz za każdym razem i za każdym kolejnym posuwał coraz dalej. - Alicja świata poza mną nie widzi.
- No to czas, by przejrzała na oczy! Mam tego serdecznie dość! - krzyczała wtedy i odchodziła wściekła.
W murze obojętności pojawiły się jednak łatwe do pogłębienia szczeliny. A słabnący z czasem opór, wystawiony na nowe pokusy, zaczął wpływać również na jej ogląd sytuacji. Tomasz z Alicją żyli w szczęśliwym związku, trzy lata temu podejmując decyzję o ślubie, a jego nagle wzięło na eksperymenty! Aleksandra wielokrotnie zadawała sobie pytanie, czy szwagier testuje swoją wierność, czy jej wytrzymałość psychiczną? Fakt, walnęła kiedyś tekst, że każdy jest skory do zdrady i jeśli tylko stworzy się ku temu odpowiednie warunki, wszelkie ustalenia biorą w łeb, ale żeby do tego stopnia? Ileż można odpychać od siebie natrętnie głaszczące ręce? Znosić przedłużające się przytulasy? Cmoknięcia, niby przypadkiem, w usta? Zawsze tak, by Alicja niczego nie widziała, nie słyszała, i tak, by Aleksandrze było głupio wszcząć alarm. Bo co niby miałaby powiedzieć siostrze - że jej mąż ją podrywa? Komu by uwierzyła Alicja, jemu czy jej? No na pewno nie Aleksandrze! Tomaszowi zawsze wszystko uchodziło płazem! Wystarczyło, że tylko spojrzał w oczy swojej żony, a ona już rozpływała się w zachwytach nad jego czułością i miłością. Przynosił jedną ledwo żywą różę, a momentalnie zyskiwał miano najlepszego męża pod słońcem. Kupił ciuch na przecenie albo wyprzedaży, a ona skakała pod sufit. Nieważne, że nigdy nie wracał na czas do domu, wieczory spędzał z kumplami przy piwie, albo oglądając mecze przed telewizorem. Żył innymi priorytetami, co żona bez dyskusji akceptowała.
Tomasz tak długo osaczał Aleksandrę coraz czulszymi słówkami, że zapomniała się na chwilę... na głupie trzydzieści minut... Niedorzeczne jednorazowe zbliżenie, które jego utwierdziło w przekonaniu o swojej wyjątkowości, podniosło cholerne ego, a Aleksandrę pogrążyło w świecie wyrzutów sumienia. Zamknęło w domu na kilka dni i odebrało radość życia oraz chęć do kontaktów z otoczeniem. Zmusiło do ciągłego zadawania jednego, z czasem doszła do wniosku, że bezsensownego, pytania: "Dlaczego?". Gdyby jeszcze seks z Tomaszem sprawił jej przyjemność... gdyby na czas powiedziała stanowcze "nie!"... gdyby nie otworzyła tych cholernych drzwi do swojego mieszkania... gdyby nie odebrała domofonu... nie odpowiedziała na zdawkowego SMS-a... gdyby... gdyby... gdyby...
Głowa pękała Aleksandrze od tego "gdyby"! A gwar na lotnisku zwiększał uczucie ucisku i bólu w potylicy. Jak dobrze się złożyło, że po tamtym feralnym spotkaniu ze szwagrem nie musiała stanąć oko w oko ze swoją siostrą... Zupełnie przypadkowo pożegnały się w ubiegły weekend. Zresztą relacje między nimi nigdy nie należały do zażyłych. Z całą rodziną spotkania odbywała wtedy, kiedy musiała. Sama nie wiedziała, skąd się wzięły te chłodne stosunki.
Od miesięcy planowała tę podróż samotnie. Ani siostra, ani rodzice w żaden sposób nie zareagowali na zbliżającą się roczną rozłąkę. Odniosła wręcz wrażenie, że z ulgą przyjęli informację o wyjeździe Aleksandry, jakby jej obecność mocno im ciążyła, a przecież od dawna mieszkała sama, z dala od domu, i nie narzucała się ze swoim towarzystwem.
Przeszła zatem wszelkie obowiązkowe szczepienia, szczególnie te przeciw malarii i żółtej febrze, jednocześnie biorąc udział w szkoleniach traktujących o tym, jak w znacznym stopniu zminimalizować ryzyko zarażenia chorobami występującymi w Nigerii. Lekarze jeszcze w Polsce jak mantrę powtarzali zalecenia, nie na żarty strasząc, że można tam zachorować czy stamtąd wrócić z cholerą, tyfusem, wirusowym zapaleniem opon mózgowych, AIDS i wieloma chorobami tropikalnymi, zalecając ścisłe przestrzeganie higieny i zasad bezpieczeństwa. Dodatkowo już na miejscu, po dotarciu do celu, czekała na wolontariuszy kolejna prelekcja, w myśl zasady, iż profilaktyki nigdy dość, prowadzona przez przebywające w ośrodku siostry zakonne.
Na razie czekał ich bardzo długi lot. Dziś z Warszawy dwudziestu wolontariuszy, w tym jeden lekarz pediatra, wystartuje do miasta Lagos w Nigerii, by wspomóc Siostry Misyjne w opiece nad dziećmi w sierocińcu. W planie przewidziano dwa międzylądowania, najpierw we Frankfurcie z trzygodzinną przerwą, a potem w Abudży, stolicy Nigerii, by dostać się do punktu docelowego. Aleksandra znała tylko dwie osoby ze stanowiących tę wyjątkową grupę ochotników. Wcześniejsze spotkania z lekarzami i szkolenia przechodzili raczej miastami, z których wolontariusze podejmowali się swojej wyjątkowej misji, niż punktów docelowych, gęsto rozsianych po całym świecie, więc jej zespół składał się ze skorych do poświęceń osób z wielu różnych polskich miast. Wiedzieli tylko, że lekarz na stałe mieszka w stolicy. Dopóki koordynator wyjazdu nie zarządzi zbiórki, mogli jedynie domniemywać, która z osób oczekujących na samolot jest uczestnikiem wyprawy, a nie typowym turystą.
Aleksandra od zawsze chciała wyjechać jako wolontariusz do jednego z państw Afryki, to marzenie towarzyszyło jej od dzieciństwa. Pomysł godny pochwały, jednakże niełatwy do zrealizowania. Długo się nie składało, bo najpierw kończyła studia ekonomiczne, a potem podjęła pracę w banku jako doradca finansowy. Ponieważ nie miała męża ani dzieci, odłożone oszczędności przeznaczyła na małe mieszkanko, choć w końcu wzięła je na kredyt, a pieniądze wydała na umeblowanie. Powodziło jej się nie najgorzej w sensie materialnym, więc pewnego dnia powiedziała sobie: "Jak nie teraz, to już nigdy" i wyszukała w Google strony z wyjazdami dla wolontariuszy. Nie pozwalając rozszalałym myślom odwieść się od podjętej decyzji, dokonała wszelkich niezbędnych formalności i szczepień, podszkoliła angielski na tyle, że była w stanie się porozumiewać, i znalazła się dziś z walizką na lotnisku w Warszawie.
Wszystko byłoby dokładnie tak, jak sobie założyła i wymarzyła, gdyby nie te cholerne SMS-y od Tomasza. Ignorowała je do czasu. Niestety, ciekawość w końcu zwyciężyła, a to co Aleksandra przeczytała, momentalnie ją otrzeźwiło, jednocześnie przerastając jej najśmielsze oczekiwania. Trzymała w ręku komórkę, siedząc przy jednym z kawiarnianych stolików i próbując odpisać coś rozsądnego na tekst: "Mała, trochę nas poniosło. Nie wiem, co z tym wszystkim zrobić. Zrozum mnie. Przecież jestem z twoją siostrą. Tomasz", kiedy ktoś ją potrącił. Trzymana w drugiej ręce kawa zalała jej telefon.
- Strasznie panią przepraszam - odezwał się uśmiechnięty od ucha do ucha mężczyzna, nie przestając całować wysokiej blondynki, noszącej chyba rozmiar xs, o ewidentnie nabotoksowanych ustach.
- Cholera!!! - Aleksandra nie miała zamiaru przebierać w słowach, energicznie wstając od stolika, by kawa nie poleciała na jej kolana. - Cholera! - powtórzyła. - Co mi po pańskim przepraszam? Przez pana zalałam telefon! Jak ja teraz...
Ale dalsza część pytania padła w próżnię, bo blondynka, nie chcąc ani na ułamek sekundy tracić zainteresowania swojego partnera, szybko odciągnęła go w dalszą część kawiarni.
- Przed nami niewiarygodnie długa rozłąka - rzuciła na odchodnym, kompletnie ignorując problem Aleksandry, zdecydowanie stawiając na przeciągnięcie chwili pożegnania.
Aleksandra zaczęła rzucać soczystymi przekleństwami. Jej klienci na próżno doszukiwaliby się w niej teraz zazwyczaj dystyngowanej doradczyni bankowej, na co dzień w nienagannym makijażu i fryzurze oraz na kant wyprasowanym spodnium. Próbowała powstrzymać płacz, by tusz z rzęs nie spływał po policzku, ale emocje przeważyły nad rozsądkiem. Jeśli zalała komórkę, w jaki sposób będzie się kontaktować choćby z Alicją? No bo z kimś jednak chciała. Ze światem poza Afryką? Szlag by to trafił! Nawet nie miała czasu na rozłożenie i wysuszenie aparatu, bo przez megafon usłyszała wezwanie do odprawy. Przy punkcie kontrolnym czekało na nią spotkanie z całą grupą wolontariuszy. Kurwa! Lepszego momentu czuła para nie mogła sobie wybrać! Dlaczego akurat dzisiaj wszystko szło pod górkę? Czy jej limit szczęścia nagle w magiczny sposób został przekroczony?
Dwudziestoosobowa grupa składała się w przeważającej części z kobiet. Tylko pięciu panów postawiło swoje plecaki koło stosu kolorowych walizek. Wśród nich ten cholerny facet, przez którego straciła telefon! Przedstawiony przez koordynatorkę jako doktor Wiktor Ziembiński, nawet na czas prezentacji nie wypuszczał z objęć blondyny, z mocno już rozmazaną czerwoną szminką. Jakoś dziwnym trafem panie z małej "wolontariackiej" społeczności, zamiast okazać choćby wzrokiem swoje niezadowolenie z faktu dość frywolnego prowadzenia się pana doktora, wlepiały w niego rozanielony wzrok, mając nadzieję, że... co? Staną w kolejce za blondyną? Szczególnie rudowłosa Iwona, z wykształcenia pielęgniarka, wwiercała swoje zielone oczy w klona Gerarda Butlera. Z dawno nieobcinanymi włosami, skręcającymi się w regularne grube loki, z równym kilkumilimetrowym zarostem, hollywoodzkim uśmiechem białych, ale lekko nierównych zębów, faktycznie wyglądał jak gwiazda filmowa i był uderzająco podobny do tego popularnego aktora. Może gdyby nie incydent z telefonem, Aleksandra też chętnie skrzyżowałaby na dłużej wzrok z jego niebieskimi oczyma. Na razie jednak musiała przełknąć informację, że podczas lotu do Frankfurtu leci w bezpośredniej bliskości doktorka... Dosłownie! Ramię w ramię na usytuowanych obok siebie siedzeniach! Ona przy oknie, doktorek w środku, a po lewej stronie Wiktora oczywiście ruda Iwonka...
Aleksandra nie znosiła startów i lądowań samolotów. Zbyt dużo w swoim życiu takich eskapad nie przeżyła, ale nawet gdyby zaliczyła ich tysiące, treść żołądkowa zawsze w zadziwiający sposób odnajdywała drogę do gardła. Jej twarz przybrała kolor białej ściany, kiedy tylko poczuła drgania od chowających się kół. Zamknęła oczy, by niczego nie widzieć. I nagle ktoś włożył jej w dłoń cukierek.
- Proszę ssać powoli i często przełykać ślinę - powiedział cicho Wiktor. - Odetkają się też wtedy uszy.
Popatrzyła na niego zaskoczona, na szczęście powstrzymując się przed jakimkolwiek komentarzem. Zdołała otworzyć usta jedynie po to, by wcisnąć w nie eukaliptusowy rarytas. Faktycznie, to pomogło uspokoić nie tylko kurczący się żołądek, ale i napięte do granic możliwości nerwy. Kiedy tylko lot się ustabilizował, Aleksandra przypomniała sobie o komórce.
- Może pani pomogę? Pani...? Ja mam na imię Wiktor. - Doktorek nie odpuszczał, mimo rzucanych przez nią wzrokiem błyskawic. Przesłodzony uśmiech nie schodził mu z twarzy.
- Niech mi pan już raczej w niczym nie pomaga - odparowała Aleksandra, słysząc w tym samym momencie stłumiony rechot rudowłosej Iwonki, która po chwili odezwała się zjadliwie:
- Możesz być zła, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś się nam przedstawiła. - Przyjęła natychmiast rolę adwokata "bożyszcza tłumów", za jakiego niewątpliwie uważała Wiktora Ziembińskiego.
- Aleksandra Rejman - burknęła na odczepnego, by jak najszybciej przystąpić do rozłożenia zamoczonego telefonu.
- Olaaa... - Wiktor dziwnie przeciągnął ostatnią samogłoskę, myśląc pewnie, że robi to zmysłowo.
- Nie! Nie Ola, Aleksandra! - rzuciła wściekle, mocując się z komórką.
- OK, OK, Aleksandro. - Podniósł ręce w obronnym geście. - To co, może jednak ci pomogę? - Nie dawał za wygraną.
- Wystarczająco już pan... - Opamiętała się w porę i westchnęła. - Nie, dziękuję, poradzę sobie.
- Nie, to nie. - Wzruszył ramionami.
Iwonka uważnie przysłuchiwała się każdemu słowu wypowiadanemu przez doktorka, wręcz spijała mu je z ust. Fakt, Aleksandra musiała przyznać, że Wiktor należał do grona bardzo interesujących mężczyzn, ale żeby do takiego stopnia? Żeby w niecałą godzinę od poznania omamił kolejną kobietę?
- Znajdziemy sobie ciekawsze rzeczy do obgadania. - "Ruda" szybko zaznaczyła swoje terytorium, niby mimochodem wsuwając rękę pod lewe ramię doktora.
"Matko, co za żenada" - pomyślała Aleksandra. - "I to z tymi ludźmi przyjdzie mi spędzić blisko rok na afrykańskiej ziemi? Oby inni wolontariusze okazali się osobami, które jadą do pracy, a nie na wakacje". Słysząc szczebiot Iwonki, nabrała słusznego przekonania, iż ta para niejeden raz zagości na ustach wszystkich pozostałych uczestników i wciąż na nowo skutecznie będzie przypominać o swojej obecności. W mózgu Aleksandry świdrowały wysokie tony tokującej koleżanki, a nie miała ich nawet czym zagłuszyć, bo ten cholerny telefon nie chciał odpalić. Zalanej baterii za nic nie dało się uruchomić. Nie mogła włączyć muzyki, wysłać do siostry informacji o wylocie, ani odpowiedzieć na idiotycznego SMS-a Tomasza.
A miała mu do powiedzenia bardzo dużo. W głowie układała wyrywkowe odpowiedzi, jak to faceci szybko odzyskują rozsądek, przypominając sobie o czekającej w domu żonie, jak potrafią obrócić całą sytuację na swoją korzyść. "Maleńka, przecież cię do niczego nie zmuszałem". - Słowa Tomasza wracały jak bumerang. - "Przecież musiałaś sobie zdawać sprawę z tego, że to nie może wiecznie trwać. Jak miałbym się podzielić między was dwie? Fakt, jesteście siostrami i nawet mi się to podoba, ale sama wiesz... przecież wiesz... no odpowiedz coś". Najchętniej przywaliłaby mu w ten zakuty, rudy, fałszywy łeb.
Sytuacja z Tomaszem okrutnie ją przerosła. Do tego stopnia, że wszelkie argumenty przystojnego bądź co bądź szwagra, wolała pozostawić bez komentarza. Bo cóż miałaby odpowiedzieć na tekst: "Ja ci się do łóżka nie pchałem. Oboje wiedzieliśmy, co robimy". Kurwa, jakie to proste! Zrzucić wszystko na kobietę! Pogrążyć i tak pełną wyrzutów sumienia! Niech się nie podniesie. Niech płacze w poduszkę, rzuca garnkami, byleby nie przy nim! Pisze wiadomości, na które nie otrzymuje odpowiedzi! Niech siedzi i w samotności przeanalizuje swoje zachowanie! Bo przecież on do jej poziomu nie powinien się zniżać. On nie ma sobie nic do zarzucenia... No, może poza NIEMYŚLENIEM! "Tylko czy facet musi myśleć? No powiedz, kochanie, musi myśleć?" - niechciane słowa wciąż dudniły jej w głowie. Shit, shit, shit! Jaki wstyd! Jak mogła być taka głupia? Jak mogła na krótkie trzydzieści minut wyłączyć działanie swoich inteligentnych szarych komórek? KURWA! Jak mogła???
Nie, no chyba zacznie pić! Piękna perspektywa, tylko niekoniecznie skuteczna w tym konkretnym przypadku. Nie zdąży nawet dolecieć do Frankfurtu, a z hukiem i w atmosferze ogromnego skandalu wyleci z grupy wolontariuszy. Poza tym jej zły humor został niestety zauważony przez pozostałych uczestników wyjazdu, odpowiednio skomentowany i potraktowany. Skoro Aleksandra nie potrafiła przyjaźnie odpowiadać na zadawane kurtuazyjne pytania, omijano ją wielkim łukiem. Może nie dosłownie, bo w samolocie byłby to wyczyn na miarę rekordu olimpijskiego, ale dosyć wymownie. Cóż, chyba sobie na to zasłużyła. Jak i na samobiczowanie w związku z sytuacją z mężem siostry.
Dobrze się złożyło, że stało się to, co się stało - nawet w myślach nie chciała do końca nazwać incydentu z Tomaszem romansem - tuż przed wyjazdem do Nigerii! Przez rok przynajmniej zapomni o szwagrze i o oszukiwanej przez nich Alicji. Z taką nadzieją podążyła w nieznane, z zupełnie obcymi ludźmi, którzy przez najbliższe dwanaście miesięcy mieli być jej tymczasową rodziną.