Aleks i elfy z doliny Abor - Maja Grindal

Kup ebooka

44.90 zł
37.26 zł (31,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Najdziwniejszy dzień

Roz­dział 1

Naj­dziw­niej­szy dzień

Nemetti bie­gła par­kową alejką, raz po raz oglą­da­jąc się ner­wowo. Ogni­sto­rude, poskrę­cane w sprę­żynki włosy upar­cie opa­dały jej na twarz. Trzej męż­czyźni w czar­nych skó­rza­nych kurt­kach i ciem­nych oku­la­rach, któ­rzy jesz­cze nie­dawno za nią bie­gli, znik­nęli jej z oczu. Chyba ich zgu­biła, gdy kilka chwil temu skrę­ciła ostro w boczną ścieżkę bie­gnącą dookoła małego jeziorka. Wie­działa jed­nak, że musi być czujna. Zwra­cała na sie­bie uwagę i łatwo było wypa­trzyć ją w tłu­mie. Czapkę z dasz­kiem, którą dał jej dzia­dek, żeby mogła scho­wać pod nią burzę rudych wło­sów, dawno już zgu­biła. Loki roz­sy­pały się na plecy i pod­ska­ki­wały teraz w takt jej biegu, co w połą­cze­niu ze zwiewną zie­loną sukienką do kolan i dzi­wacz­nymi czer­wo­nymi butami spra­wiało, że ludzie oglą­dali się za nią. "Na drugi raz muszę skom­bi­no­wać inne ubra­nia - pomy­ślała ponuro, marsz­cząc swój lekko zadarty nos. - Jeśli w ogóle będzie jesz­cze jakiś drugi raz". Była pra­wie pewna, że gdy dzia­dek dowie się o tej pogoni, nie pozwoli jej tu ni­gdy wię­cej przyjść.

Teraz jed­nak naj­waż­niej­sze było dostać się na ulicę Krzy­wego Zwier­cia­dła, zanim będzie za późno. Wybie­gła z parku i na moment przy­sta­nęła, oddy­cha­jąc gwał­tow­nie. Omio­tła wzro­kiem oko­licę, pró­bu­jąc zorien­to­wać się, gdzie jest. Tam! Dróżka wypro­wa­dziła ją kawa­łek na prawo od głów­nej bramy, którą dziś rano weszła w par­kowe alejki. Stała na sze­ro­kim chod­niku. Ulicą jechały samo­chody, ale na dep­taku znaj­do­wało się zde­cy­do­wa­nie mniej ludzi niż w parku, co ozna­czało, że wto­pie­nie się w tłum prak­tycz­nie nie wcho­dziło w rachubę. Nemetti jęk­nęła. "Może zgu­bi­łam ich na dobre" - pomy­ślała z nadzieją i obej­rzała się. Nikt jej nie gonił. Ulicą po jej lewej stro­nie raz po raz prze­jeż­dżał samo­chód, a ci z nie­licz­nych prze­chod­niów, któ­rzy nie mieli nosów utkwio­nych w komór­kach, jedy­nie na krótko rzu­cali w jej stronę zacie­ka­wione spoj­rze­nia.

Ruszyła bie­giem wzdłuż nie­wy­so­kich blo­ków, choć teraz już nieco wol­niej. Czuła, że dopada ją zmę­cze­nie. Poma­cała ręką pasek w poszu­ki­wa­niu przy­cze­pio­nej do niego torebki, a w środku tego, po co tu przy­szła. Jest! Bute­leczka z wodą była na swoim miej­scu. Cho­ciaż tyle. Nagle poczuła na ple­cach dziwne mro­wie­nie, a jej serce zaczęło bić szyb­ciej. Obej­rzała się, choć wcale nie musiała. To byli oni. Męż­czyźni w czar­nych kurt­kach musieli chwilę temu wypaść z parku, bo teraz bie­gli, zwin­nie mija­jąc prze­chod­niów. Nie spusz­czali z niej oczu i wcale nie wyglą­dali na zdy­sza­nych.

"A niech to pik­sja kop­nie" - zaklęła w duchu Nemetti i przy­spie­szyła. Zaczęła roz­glą­dać się gorącz­kowo, szu­ka­jąc drogi ucieczki. Po pra­wej stro­nie, mię­dzy blo­kami, mignęła jej duża, meta­lowa brama. Kątem oka zoba­czyła podwórko, a za nim drugą bramę i wylot na rów­no­le­głą ulicę. Usły­szała z tyłu prze­cią­gły syk i obej­rzała się. Na chod­nik, kil­ka­na­ście metrów za nią, wje­chał duży samo­chód dostaw­czy, na chwilę odgra­dza­jąc ją od napast­ni­ków. Teraz! Nemetti cof­nęła się i pod­bie­gła do bramy. Pokrę­ciła ner­wowo okrą­głą gałką. Zamknięte. Prze­krę­ciła gałkę jesz­cze raz, tym razem nieco wol­niej, napie­ra­jąc lekko na bramę. Zamek ustą­pił i meta­lowa furtka otwo­rzyła się z cichym skrzyp­nię­ciem. Ucie­ki­nierka zatrza­snęła ją za sobą i wpa­dła na nie­wiel­kie, wewnętrzne podwórko, stam­tąd na kolejny chod­nik, a potem skrę­ciła ostro w lewo. Miała nadzieję, że nie straci orien­ta­cji w tere­nie. "Ulica Cze­ko­la­dowa" - gło­sił napis na tabliczce, którą opa­trzony był blok po prze­ciw­nej stro­nie ulicy. Ni­gdy jesz­cze tu nie zawę­dro­wała. Zaczęła się dener­wo­wać. Czas mijał, a ona wciąż miała spory kawa­łek drogi do poko­na­nia. Obej­rzała się, ale chod­nik był pusty, jeśli nie liczyć kobiety z jakimś czwo­ro­noż­nym stwo­rze­niem trzy­ma­nym przez nią na sznurku i kil­korga dzieci z ple­ca­kami. Nemetti przez chwilę przy­glą­dała się z cie­ka­wo­ścią sznur­kowi, ale zaraz się otrzą­snęła. "Skup się!" - zga­niła samą sie­bie. Nagle jej uwagę przy­kuł szyld zawie­szony na jed­nym z budyn­ków kil­ka­dzie­siąt metrów przed nią: "To i Owo. Sklep z art. róż­nymi". Sklep... To chyba jedno z tych miejsc, gdzie każ­demu wolno wejść i nikt o nic nie pyta. Przy­spie­szyła kroku. "Scho­wam się tam na chwilę i upew­nię, że nikt mnie nie śle­dzi" - posta­no­wiła. Zanim prze­kro­czyła próg budynku, obej­rzała się po raz ostatni, żeby spraw­dzić, czy nikt nie­po­żą­dany nie widział, jak wcho­dzi do środka.

Dla Aleksa Piątka ten dzień od początku zapo­wia­dał się ina­czej niż zwy­kle.

Po pierw­sze, alarm w jego komórce nie wie­dzieć czemu nie zadzwo­nił, co spra­wiło, że chło­piec zaspał. Pani Kry­styna Pią­tek, jego mama, wró­ciw­szy z poran­nego spa­ceru z Nelą, pod­pa­la­nym owczar­kiem szkoc­kim, ze zdu­mie­niem odkryła, że o wpół do ósmej Aleksa nie ma jesz­cze w kuchni przy śnia­da­niu. Zaj­rzała do jego pokoju i zastała go śpią­cego w naj­lep­sze.

- Aleks, wsta­waj! Spóź­nisz się do szkoły! - zawo­łała, ener­gicz­nie pod­cho­dząc do okna i roz­su­wa­jąc zasłony.

Chło­piec skrzy­wił się i zaci­snął powieki, pró­bu­jąc ode­przeć atak ostrego poran­nego świa­tła, które wdarło się do pokoju.

- Aleks! - powtó­rzyła mama, zry­wa­jąc z niego koł­drę.

Jej krót­kie ciem­no­blond włosy były jesz­cze w poran­nym nie­ła­dzie, a duże, piwne oczy wpa­try­wały się w niego nie­cier­pli­wie.

- Lito­ści - jęk­nął chło­piec. Prze­tarł oczy i nie­przy­tom­nym wzro­kiem zer­k­nął na wiszący na ścia­nie zegar z tar­czą imi­tu­jącą boisko do piłki noż­nej. Dostał go od ciotki Feli­cji, kiedy obie z mamą pró­bo­wały jesz­cze nakło­nić go do upra­wia­nia jakie­goś sportu. Przez chwilę gapił się w niego jak w ogromny, zie­lony pączek przy­kle­jony do ściany, aż w końcu cyfry na tar­czy zegara zaczęły nabie­rać sensu. - Za dwa­dzie­ścia ósma?! - wrza­snął i wysko­czył z łóżka.

Wcią­gnął na sie­bie jeansy i bluzę, po czym wpadł do łazienki. Chlu­snął w twarz wodą i kil­koma ruchami prze­cze­sał zbyt dłu­gie włosy koloru mlecz­nej cze­ko­lady, sta­ra­jąc się jak zwy­kle ukryć pod nimi zde­cy­do­wa­nie za duże, odsta­jące uszy. Wes­tchnął i przez moment ponuro przy­glą­dał się swo­jemu odbi­ciu w lustrze. Był chudy i niski jak na swój wiek, i mimo że mama cią­gle twier­dziła, że kie­dyś się wycią­gnie, bo jego tata był prze­cież wysoki, to nie­mal stra­cił już nadzieję, że kie­dy­kol­wiek dogoni pod tym wzglę­dem rówie­śni­ków. Zresztą... wcale nie wie­dział, czy jego tata był wysoki. Może mama tylko tak mówiła, żeby dodać mu otu­chy? W końcu ile można było wyczy­tać z kliku wybla­kłych i pognie­cio­nych od cią­głego oglą­da­nia foto­gra­fii? Się­gnął po szczo­teczkę do zębów, sta­ra­jąc się skie­ro­wać swoje myśli na coś przy­jem­nego. Uro­dziny! Za trzy mie­siące skoń­czy jede­na­ście lat i jeśli ciotka Feli­cja nie żar­to­wała, mówiąc, że dorzuci mu bra­ku­jącą kwotę na jego wyma­rzony zestaw do VR, może w końcu będzie mógł go kupić? Uśmiech­nął się do sie­bie. Ciotka Feli­cja była naprawdę super.

- Aleks! Pospiesz się! Już pra­wie ósma! - krzyk­nęła mama przez drzwi.

"A niech to" - zaklął w duchu. Szybko wytarł twarz ręcz­ni­kiem i wypadł z łazienki. Porwał wypchany książ­kami ple­cak i przy­go­to­waną wcze­śniej przez mamę kanapkę z serem, którą połknął w trzech kęsach, zanim jesz­cze zdą­żył wybiec z klatki numer trzy bloku przy ulicy Sło­necz­nej. Gdyby nie pośpiech, ucie­szyłby się na pewno, że dzień zapo­wia­dał się pogod­nie, co nie­wąt­pli­wie dawało nadzieję na rychłe nadej­ście wio­sny. A Poziomki Wiel­kie, jego rodzinne mia­sto, wio­sną wyglą­dały naj­pięk­niej.

W dro­dze do szkoły, jak zwy­kle, natknął się na panią Zosię, star­szą sąsiadkę z par­teru, która drep­tała po zakupy do osie­dlo­wego skle­piku. "Ona też musiała dziś zaspać" - pomy­ślał ze zdzi­wie­niem, prze­ska­ku­jąc przez jej rudego kota per­skiego Puszka, który zdą­żył już roz­ło­żyć się na środku chod­nika i łapał pierw­sze tego dnia sło­neczne pro­mie­nie. Aleks krzyk­nął: "Dzień dobry!" i pognał dalej, w dół ulicy Sło­necz­nej.

Już wie­dział, że się spóźni, a dzi­siej­szy dzień był naj­gor­szym, jaki mógł sobie na to wybrać. Pierw­szą miał matmę z Kudłatą, naj­bar­dziej zło­śliwą i nie­lu­bianą nauczy­cielką w szkole, która nie cier­piała spóź­nial­skich. Gdy była w złym humo­rze, czyli wła­ści­wie zawsze, potra­fiła wyrzu­cić deli­kwenta na kory­tarz i wpi­sać nie­obec­ność. "Że też musia­łem zaspać aku­rat dzi­siaj!" - jęk­nął w duchu Aleks i popra­wił ple­cak, który w biegu zsu­nął mu się z ramie­nia. Nagle usły­szał, że ktoś go woła.

- Hej! Aleks! Pod­wieźć cię?

Obej­rzał się i nie­mal pod­sko­czył z rado­ści. Może jesz­cze nie wszystko stra­cone? To ciotka Feli­cja, młod­sza o dobrych kilka lat sio­stra mamy, uśmie­chała się do niego sze­roko ze swo­jego nie­bie­skiego opla corsy.

- Jasne! Cześć, cio­ciu! - krzyk­nął i pod­biegł do samo­chodu.

Usa­do­wił się na miej­scu pasa­żera. Ciotka jak zwy­kle wyglą­dała ład­nie: kolo­rowa sukienka w kwiaty, deli­katny maki­jaż i ta bijąca od niej pozy­tywna ener­gia. Ciemne włosy upięła w luźny mło­dzie­żowy kok, a duże, piwne oczy wpa­try­wały się teraz w Aleksa z życz­liwą tro­ską. Chło­piec ode­tchnął z ulgą.

- Zaspa­łeś - stwier­dziła rze­czowo ciotka, wci­ska­jąc gwał­tow­nie pedał gazu i włą­cza­jąc się do ruchu. - Pew­nie znów do późna gra­łeś na kom­pu­te­rze. Wiesz, że nie mam nic prze­ciwko kom­pu­te­rom, ale powi­nie­neś mieć też inne zain­te­re­so­wa­nia, z kole­gami się spo­ty­kać, sport jakiś upra­wiać... W zdro­wym ciele zdrowy duch! - Ciotka uśmiech­nęła się pod nosem, jakby zado­wo­lona z dobrze uży­tego slo­ganu.

- Ale ja upra­wiam sport. E-sport - oznaj­mił Aleks, szcze­rząc zęby w sze­ro­kim uśmie­chu.

Ciotka pokrę­ciła z rezy­gna­cją głową.

- Jasne. Tylko bzdury ci w gło­wie. A ja mówię poważ­nie!

Aleks pomy­ślał, że ciotka nie ma racji. Miał zain­te­re­so­wa­nia. Lubił prze­cież ryso­wać, wymy­ślać sceny z fan­ta­stycz­nych świa­tów, które mogłyby być miej­scem akcji nowych gier kom­pu­te­ro­wych. W szu­fla­dzie jego biurka leżał gruby zeszyt pełen wyima­gi­no­wa­nych postaci i nie­ist­nie­ją­cych krain. Lubił też czy­tać i jeź­dzić na rowe­rze. Nie miał jed­nak ochoty wda­wać się teraz z ciotką w dys­ku­sje.

- A co ty tu robisz? Nie masz dziś wykła­dów? - spy­tał, zmie­nia­jąc temat.

Ciotka nagle spo­chmur­niała.

- Odwo­łane. Nie powiem, żeby stu­denci się tym prze­jęli. A zali­cze­nia nie­da­leko! - Ode­rwała prawą rękę od kie­row­nicy i pogro­ziła pal­cem nie­wi­dzial­nemu stu­den­towi, a potem zmie­niła bieg i naci­snęła pedał gazu tak mocno, że Alek­sem szarp­nęło. Ciotka pro­wa­dziła jak zawo­dowy kie­rowca For­muły 1, choć Aleks cza­sem zasta­na­wiał się, czy to, że jesz­cze ni­gdy nie miała wypadku, naprawdę było wyni­kiem jej nad­zwy­czaj­nych zdol­no­ści i refleksu, czy po pro­stu szczę­ścia. - No prze­cież się spie­szysz! - rzu­ciła z wyrzu­tem, widząc, jak kur­czowo łapie się fotela. Aleks skwa­pli­wie poki­wał głową. Ryzyko odnie­sie­nia trwa­łych obra­żeń w wypadku samo­cho­do­wym wydało mu się w tej chwili zupeł­nie akcep­to­walne wobec per­spek­tywy spóź­nie­nia się na mate­ma­tykę.

- No więc jadę na zebra­nie wydziału - cią­gnęła ciotka, nieco udo­bru­chana. - Mamy nowego dzie­kana. Jest infor­ma­ty­kiem, i to tej samej spe­cja­li­za­cji co ja, więc mam nadzieję, że poprze mój pro­jekt stwo­rze­nia nowego kie­runku. A wła­śnie! Słu­chaj... Syn kole­żanki cho­dzi na karate. Podobno bar­dzo mu się podoba. Mogła­bym cię z nim zapo­znać.

- Cio­ciu - jęk­nął Aleks, łapiąc się drzwi, żeby nie wpaść na ciotkę, kiedy ta wyjąt­kowo ostro wzięła kolejny zakręt. - Już o tym mówi­li­śmy. Nie lubię rywa­li­za­cji, zor­ga­ni­zo­wa­nego sportu i nie chcę pozna­wać nowych kole­gów.

Odwró­cił głowę, spo­glą­da­jąc w okno. Miał nadzieję, że ciotka nie będzie kon­ty­nu­ować tego tematu, bo nie miał teraz ochoty na dys­ku­sje o swoim życiu pry­wat­nym. Był pewny, że ani mama, ani ciotka nie zda­wały sobie sprawy, że to raczej kole­dzy nie oka­zy­wali mu zain­te­re­so­wa­nia, a nie on im. Zresztą kto chciałby kum­plo­wać się z kimś, kto nie potrafi nawet prze­rzu­cić piłki przez boisko przy grze w dwa ognie? Ci bar­dziej zło­śliwi nazy­wali go nawet Mize­rią, ale już się do tego przy­zwy­czaił. Dla innych był po pro­stu nie­wi­dzialny. Tylko jedna osoba trak­to­wała go jak kum­pla, a nawet... przy­ja­ciela. Na myśl o nim Aleks lekko się uśmiech­nął. Daniel - jasno­włosy, nie­bie­sko­oki chło­piec, z któ­rym przy­jaź­nił się od przed­szkola. Daniel był śred­niego wzro­stu, śred­niej budowy, był średni z matmy i średni na wuefie i może dla­tego nikt się go nie cze­piał, a wielu nawet lubiło. Z pew­no­ścią mógłby zna­leźć sobie dzie­się­ciu innych, cie­kaw­szych kole­gów niż Aleks, ale on zda­wał się tego nie dostrze­gać. Na szczę­ście dla Aleksa nikt nie wypo­mi­nał Danie­lowi przy­jaźni ze szkolną fajt­łapą, być może dla­tego, że od czasu pew­nego incy­dentu w jed­nej ze star­szych klas wszy­scy w szkole wie­dzieli, że wujek Daniela był poli­cjan­tem.

Aleks nagle zdał sobie sprawę, że ciotka wciąż coś do niego mówi.

- Wiem, wiem - cią­gnęła, wzdy­cha­jąc ciężko - że masz inne zain­te­re­so­wa­nia, ale nic nie pora­dzę na to, że będę pró­bo­wać. Jesteś dla mnie jak syn i nieba bym ci przy­chy­liła. Nie mogę patrzeć, jak sie­dzisz popo­łu­dniami sam w tym swoim poko­iku. Chłopcy w twoim wieku powinni spę­dzać czas z rówie­śni­kami! Tak, tak, wiem, masz Daniela. I świet­nie. Takie przy­jaź­nie są bez­cenne. Ale naprawdę, przy­da­łoby się jesz­cze kilku kole­gów. Ja w twoim wieku...

- Nie przej­muj się, cio­ciu. Mnie to pasuje - prze­rwał jej Aleks, lekko znie­cier­pli­wiony.

Miał już tro­chę dość słu­cha­nia uwag na swój temat.

Ciotka Feli­cja znów wes­tchnęła i zamil­kła, sku­pia­jąc wzrok na jezdni.

- Hej, a może wybie­rzemy się w week­end do kina? - rzu­ciła po chwili pojed­naw­czym tonem. - Wycho­dzi ten nowy film o czło­wieku-wężu.

- Jasne - odparł Aleks, wzru­sza­jąc ramio­nami.

Skrę­cili w ulicę Szkolną. Jechali teraz nieco wol­niej i chło­piec poczuł ulgę, gdy zoba­czył, że kil­koro uczniów bie­gnie jesz­cze chod­ni­kiem. A więc nie był ostatni. Zatrzy­mali się na pobo­czu, na wyso­ko­ści wej­ścia na szkolny dzie­dzi­niec.

- No to jeste­śmy - sap­nęła ciotka. - Jak się pospie­szysz, to jesz­cze zdą­żysz - stwier­dziła, spo­glą­da­jąc z zado­wo­le­niem na zega­rek na desce roz­dziel­czej.

- Ura­to­wa­łaś mi życie - powie­dział Aleks, gra­mo­ląc się z auta. - Serio. Kudłata by mnie zamor­do­wała. A tak może tylko powiesi za nogi pod tablicą.

Ciotka Feli­cja par­sk­nęła śmie­chem.

- Prze­myśl jesz­cze to karate! - rzu­ciła za odda­la­ją­cym się sio­strzeń­cem, a potem zawró­ciła i odje­chała z piskiem opon.

Aleks prze­ciął bie­giem boisko, mija­jąc plac z dra­bin­kami i kie­ru­jąc się w stronę głów­nego wej­ścia.

- Patrz­cie! Mize­ria się dziś spóźni na lek­cje! - Dobiegł go od strony huś­ta­wek drwiący śmiech jakie­goś siódmo- albo ósmo­kla­si­sty.

Aleks nawet się nie obej­rzał. Biegł ile sił w nogach, aż nagle, gdy był już jakieś dwa­dzie­ścia metrów od drzwi, zwol­nił, czu­jąc, że żołą­dek ści­ska mu się w supeł. Na murku oka­la­ją­cym sze­ro­kie schody pro­wa­dzące do środka zoba­czył cztery postaci. Zaklął w duchu. To banda Strasz­nego Zbyszka znów posta­no­wiła zerwać się z lek­cji i umi­lić sobie czas ter­ro­ry­zo­wa­niem młod­szych. Aleks wie­dział, że to nie on był ich głów­nym celem, a mimo tego był pewny, że go zacze­pią. Tacy jak oni nie prze­pusz­czali żad­nej oka­zji. Nie miał jed­nak wyj­ścia. Jeśli chciał dostać się na lek­cję, musiał jakoś koło nich przejść. Obej­rzał się za sie­bie. Prysz­czaty dry­blas na huś­tawce przy­glą­dał mu się ze zło­śli­wym uśmie­chem, a tuż za rogiem przy­cza­iła się trójka spóź­nial­skich, tych samych, któ­rych Aleks minął przed chwilą samo­cho­dem. Węsząc kło­poty, naj­wy­raź­niej posta­no­wili przy­czaić się i obser­wo­wać roz­wój wypad­ków z ukry­cia. Aleks wie­dział, że nie ma co liczyć na posiłki. Ruszył wol­nym kro­kiem w stronę scho­dów.

- Hej! Mize­ria! Gdzie tak lecisz? - zawo­łał Straszny Zby­szek, kiedy Aleks był już dosta­tecz­nie bli­sko, żeby go usły­szeć. Prze­żu­wał wła­śnie trzy­maną w ręce kanapkę.

"Pew­nie zabrał ją jakie­muś dzie­cia­kowi" - skon­sta­to­wał Aleks z odrazą. Udał, że nie dosły­szał woła­nia, i szedł dalej, przy­spie­sza­jąc kroku. Wzrok wbił w chod­nik. Gdyby tylko zosta­wili go w spo­koju...

- Do cie­bie gadam, Dyzio. Dyzio Marzy­ciel! Coś tak zanie­mó­wił? - zadrwił Zby­szek, a jego kum­ple zare­cho­tali. - Nie mył żeś dziś tych swo­ich wachla­rzy czy jak?

Radek z siód­mej C zakrztu­sił się od śmie­chu. Aleks był już przy scho­dach. Uszy paliły go z upo­ko­rze­nia i zło­ści. Zwol­nił. Zby­szek ski­nął głową na Radka, a ten natych­miast zesko­czył z murku, zro­bił kilka kro­ków w kie­runku Aleksa i pchnął go tak, że ten zachwiał się, stra­cił rów­no­wagę i upadł do tyłu na beto­nowe płytki. Na szczę­ście ple­cak zamor­ty­zo­wał ude­rze­nie i Aleks otarł sobie tylko prawy łokieć. Ban­dzior zarżał jak koń, uka­zu­jąc rzą­dek pożół­kłych zębów, w któ­rym bra­ko­wało gór­nej dwójki. Odgar­nął z czoła tłu­ste strąki wło­sów i zer­k­nął głup­ko­wato na swego wodza. Straszny Zby­szek prych­nął.

- No i było się nie odzy­wać? A star­czyło się ład­nie przy­wi­tać. Gdzie tak zasu­wasz, chu­der­laku? Myślisz, że se bez cie­bie nie pora­dzą? Takiś łeb­ski?

Łobuzy zarzę­ziły z rado­ści, każdy w swo­jej tona­cji. Aleks sku­pił się na tej kako­fo­nii, sta­ra­jąc się poha­mo­wać napły­wa­jące do oczu łzy. Był wście­kły - wście­kły, że nie potra­fił się im prze­ciw­sta­wić, wście­kły, że banda Strasz­nego Zbyszka znów zatry­um­fuje. Zaczął się nie­zdar­nie pod­no­sić, otrze­pu­jąc spodnie i oglą­da­jąc łokieć. Na szczę­ście w kurtce nie było dziury.

- A teraz zmia­taj, pókim dobry. Masz dziś faj­rant - syk­nął Zby­szek i wró­cił do kon­su­mo­wa­nia kanapki.

Aleks zaci­snął zęby i popra­wił ubra­nie. Czyli to już koniec. Nie dotrze dziś na mate­ma­tykę. Zer­k­nął na drzwi, jakby miał nadzieję, że coś jesz­cze się wyda­rzy, że jed­nak jakoś uda mu się koło nich przejść.

- No zjeż­dżaj! - ryk­nął Zby­szek tra­cąc cier­pli­wość, a potem nachy­lił się w jego stronę i wyce­dził ze zmru­żo­nymi oczami: - Chyba że chcesz obe­rwać.

Aleks nie chciał. Odwró­cił się i ruszył wol­nym kro­kiem przez boisko. Roz­legł się dzwo­nek na pierw­szą lek­cję. Może woźny wpu­ści go bocz­nym wej­ściem? Tylko czy to ma sens? Prze­cież i tak się spóźni i Kudłata go wyrzuci. Ale jeśli wcale się nie pojawi, to mate­ma­tyczka może powia­do­mić wycho­wawcę, wycho­wawca mamę, a mama jak zwy­kle będzie żądać wyja­śnień. Aleks skrzy­wił się na samą myśl.

I nagle, jak na zawo­ła­nie, usły­szał głos pana Andrzeja. Wycho­wawca klasy szó­stej B i zara­zem nauczy­ciel tech­niki zbli­żał się wła­śnie dziar­skim kro­kiem do wej­ścia.

- Chłopcy! Co wy tu robi­cie?! Na lek­cje! Już! - zawo­łał w kie­runku oku­pu­ją­cych murek ban­dzio­rów. - Pią­tek, a ty gdzie się wybie­rasz?

Aleks jesz­cze ni­gdy tak się nie ucie­szył na jego widok. Natych­miast zawró­cił. Straszny Zby­szek i jego kom­pani w mgnie­niu oka stra­cili tupet. Zesko­czyli z murku i ocią­ga­jąc się, weszli do środka. Ich plan przy­jem­nego spę­dze­nia kilku pierw­szych godzin szkoły spa­lił wła­śnie na panewce. "Może ten dzień nie będzie jed­nak taki zły?" - pomy­ślał Aleks i pomknął ile sił w nogach na mate­ma­tykę.

Spóź­nił się na tyle, że Kudłata, rzu­ca­jąc groźne bły­ski znad swo­ich lekko przy­ciem­nio­nych jak zepsute foto­chromy oku­la­rów, kazała mu zostać pod tablicą i zade­mon­stro­wać całej kla­sie roz­wią­za­nie szcze­gól­nie paskud­nego zada­nia domo­wego z pro­cen­tów. Aleks kątem oka wyła­pał kilka zło­śli­wych uśmie­chów z tyl­nych ławek. Chcąc nie chcąc chwy­cił do ręki kredę i dopiero po pięt­na­stu minu­tach, kiedy dobrnął do końca, pocąc się i na prze­mian to dopi­su­jąc, to ście­ra­jąc cyfry brudną gąbką, jakby w nadziei, że roz­ma­zana kreda ukryje jego nie­wie­dzę, Kudłata z miną zło­śli­wego trolla zano­to­wała coś w dzien­niku i łypiąc na niego groź­nie, pozwo­liła mu usiąść.

Aleks z ulgą opadł na krze­sło. Dopiero teraz zauwa­żył, że miej­sce obok jest puste. Daniela nie było. "Może się roz­cho­ro­wał" - pomy­ślał i humor jesz­cze bar­dziej mu się zepsuł. Nie lubił być w szkole sam. Wyjął z ple­caka książki i zeszyty i zaszył się w kąt ławki, mając nadzieję, że to już ostat­nia nie­przy­jemna rzecz, jaka go tego dnia miała spo­tkać. Na szczę­ście reszta lek­cji prze­bie­gła w miarę nor­mal­nie, a kiedy cztery godziny póź­niej kla­sie szó­stej B oznaj­miono, że ostat­nia lek­cja, przy­roda, zostaje odwo­łana, Aleks ode­tchnął z ulgą i poczuł nawet coś na kształt rado­ści. Ozna­czało to bowiem, że wróci wcze­śniej do domu i będzie miał wię­cej czasu na testo­wa­nie nowej gry, zanim mama wróci z pracy i zagoni go do lek­cji albo pomocy przy obie­dzie! Pełen dobrych myśli, omi­ja­jąc sze­ro­kim łukiem pod­pie­ra­jące ściany grupki ósmo­kla­si­stów, ruszył ulicą Szkolną w stronę domu. Posta­no­wił nad­ło­żyć nieco drogi i uczcić tak miło roz­po­częte popo­łu­dnie droż­dżówką i butelką napoju gazo­wa­nego, zaku­pio­nymi w skle­piku To i Owo przy ulicy Cze­ko­la­do­wej. Skle­pik pro­wa­dziła zna­joma mamy z cza­sów szkol­nych, pani Sta­sia, która cza­sem dorzu­cała Alek­sowi coś za darmo - paczkę żel­ków, batona albo paluszki. Żało­wał jedy­nie, że był sam. O ileż faj­niej byłoby dzie­lić radość z tak dobrze zapo­wia­da­ją­cego się popo­łu­dnia z przy­ja­cie­lem. Posta­no­wił, że gdy tylko wróci do domu, zadzwoni do Daniela. Może nawet go odwie­dzi? Słońce świe­ciło, ptaki wyśpie­wy­wały swoje arie do nad­cho­dzą­cej wio­sny i Aleks czuł, że w tej chwili nic nie jest w sta­nie zakłó­cić jego fan­ta­stycz­nego nastroju. Nawet gdyby na jego dro­dze sta­nął teraz Straszny Zby­szek, na Alek­sie nie zro­bi­łoby to naj­mniej­szego wra­że­nia. Życie było wspa­niałe i nic nie mogło tego zmie­nić. Szedł, roz­my­śla­jąc o cze­ka­ją­cym go popo­łu­dniu, i nawet nie zauwa­żył, kiedy zna­lazł się na ulicy Cze­ko­la­do­wej. Nad jego głową zako­ły­sał się zna­jomy szyld "To i Owo. Sklep z art. róż­nymi". Śmiało naci­snął klamkę i wszedł do środka.

Rozdział 2. Spotkanie

Roz­dział 2

Spo­tka­nie

W skle­piku przy ulicy Cze­ko­la­do­wej było nie­wielu klien­tów. Aleks pozdro­wił panią Sta­się, która odma­chała mu przy­jaź­nie, a potem sta­nął przed lodówką z napo­jami, nie mogąc się zde­cy­do­wać, który wybrać.

Nagle jego uwagę przy­kuła dziew­czyna, na oko troszkę star­sza od niego, kuca­jąca za rega­łem, na wprost lodówki z napo­jami. Ubrana byłą w dzi­waczną, zwiewną zie­loną sukienkę z ceki­nami, a na nogach miała wyso­kie, czer­wone buty z mięk­kiego zamszu, które - Aleks mógłby przy­siąc - były ople­cione łodygą jakiejś rośliny! Cało­ści dopeł­niała burza ogni­sto­ru­dych krę­co­nych wło­sów, oka­la­jąca jej drobną, bladą twarz. "Pew­nie za kogoś się prze­brała" - prze­mknęło Alek­sowi przez myśl, ale zacho­wa­nie dziew­czyny było rów­nie oso­bliwe, co jej wygląd. Kryła się naj­wy­raź­niej przed czymś lub przed kimś to kuca­jąc, to pod­no­sząc się ostroż­nie i wyglą­da­jąc nie­spo­koj­nie w stronę ulicy. W tej chwili Aleks zoba­czył przez skle­powe okno dwóch rosłych męż­czyzn bie­gną­cych chod­ni­kiem. Ubrani byli w czarne, krót­kie skó­rzane kurtki i ciemne oku­lary. "Wyglą­dają jak agenci z Matrixa" - pomy­ślał z roz­ba­wie­niem chło­piec. Męż­czyźni zatrzy­mali się na chwilę przed skle­pem, nasłu­chu­jąc i roz­glą­da­jąc się na wszyst­kie strony, a potem jeden z nich wska­zał pal­cem coś w górze ulicy i obaj pobie­gli w tym kie­runku. Aleks prze­niósł wzrok na dziew­czynę kulącą się za rega­łem. Wyglą­dała na zde­ner­wo­waną. Tak, to pew­nie jej szu­kali męż­czyźni w czar­nych kurt­kach. "Pew­nie to ochro­nia­rze, a ona coś prze­skro­bała" - pomy­ślał i nagle, wbrew temu, co pod­po­wia­dała logika, zro­biło mu się jej żal. Nie wyglą­dała groź­nie. Przy­wo­dziła na myśl raczej kociaka umy­ka­ją­cego przed bandą myśliw­skich psów. Przy­gry­zła usta i znowu ostroż­nie wyj­rzała zza regału.

- Poszli już - powie­dział cicho Aleks.

Pod­nio­sła głowę. Przez krótką chwilę przy­glą­dała mu się z uwagą, jakby nie zro­zu­miała, co powie­dział.

- Jesteś pewien? - spy­tała szep­tem.

Poki­wał głową. Ode­tchnęła i z ulgą usia­dła na pod­ło­dze, opie­ra­jąc się ple­cami o regał. Kilka poskrę­ca­nych w sprę­żynki loków opa­dło jej na twarz. Wpraw­nym ruchem ręki zało­żyła je za tro­chę za duże i lekko spi­cza­ste uszy. "O rany, jesz­cze dziw­niej­sze niż moje" - pomy­ślał Aleks i ogar­nął go przy­pływ mie­sza­niny współ­czu­cia i sym­pa­tii do tej dziw­nej osob­niczki. Dziew­czyna jesz­cze raz zer­k­nęła w stronę ulicy i upew­niw­szy się, że męż­czyzn w czar­nych kurt­kach rze­czy­wi­ście tam nie było, wstała, wygła­dziła sukienkę i rozej­rzała się po skle­pie. W końcu jej wzrok znów padł na Aleksa.

- Czy... czy jest tu jakieś tylne wyj­ście? - spy­tała kon­spi­ra­cyj­nym szep­tem.

Aleks uniósł brwi.

- Jest - odpo­wie­dział nieco zdez­o­rien­to­wany

Znał skle­pik pani Stasi bar­dzo dobrze i wie­dział, że przez zaple­cze można wyjść na małe podwórko, a stam­tąd na rów­no­le­głą ulicę, ale ucie­ki­nierka nagle wydała mu się zbyt pewna sie­bie jak na ofiarę jakichś nad­gor­li­wych ochro­nia­rzy. A może naprawdę coś prze­skro­bała? I to coś poważ­nego? Dziew­czyna musiała wyczuć jego waha­nie.

- Słu­chaj, wiem, że to kiep­sko wygląda - powie­działa, wpa­tru­jąc się w niego bła­gal­nym wzro­kiem - ale ja naprawdę nic nie zro­bi­łam. To tamci są źli. - Wska­zała głową w stronę skle­po­wej witryny. - Musisz mi uwie­rzyć. - Po chwili wypro­sto­wała się i wycią­gnęła do Aleksa rękę. - Jestem Nemetti - rzu­ciła, uśmie­cha­jąc się sze­roko.

Ten z waha­niem ujął jej dłoń, a Nemetti mocno ją ści­snęła i potrzą­snęła nią porząd­nie. Aż nazbyt porząd­nie, jak na kogoś tak fili­gra­no­wego.

- Aleks - wydu­kał chło­piec.

Nemetti nagle spo­waż­niała, zbli­żyła do niego swoją twarz i ponow­nie zni­żyła głos:

- Jeśli mi nie pomo­żesz, nie zdążę i nie będę mogła wró­cić. Pro­szę - jęk­nęła.

Wyglą­dała tak żało­śnie, że Aleks musiał dać za wygraną. "Wypro­wa­dzę ją i się odczepi" - pomy­ślał.

- Dobra.

Pod­szedł do pani Stasi i zamie­nił z nią kilka słów, wska­zu­jąc na Nemetti, a potem na przej­ście za ladą. Pani Sta­sia ski­nęła głową i pod­nio­sła ruchomą część lady. Oboje prze­ci­snęli się na zaple­cze, a potem przez wąskie drzwi wyszli na małe podwórko mię­dzy blo­kami.

Nemetti zaczęła roz­glą­dać się ner­wowo.

- Mam dwie kwa­driny, żeby dostać się na miej­sce - mruk­nęła.

Jej wzrok padł na moto­cykl zapar­ko­wany pod jed­nym z wejść do bloku.

- Umiesz tym jeź­dzić? - spy­tała, odwra­ca­jąc się w jego stronę.

- Moto­cy­klem? - pyta­nie zbiło go z tropu. - Tro­chę. Dzia­dek kie­dyś mnie uczył... Ale... - Nagle oprzy­tom­niał. - Chyba nie myślisz, że cię gdzieś nim pod­rzucę? Jestem za młody i nie mam prawa jazdy! Nie ma mowy. A w ogóle... to nie mamy klu­czy­ków.

Ale Nemetti już go nie słu­chała. Sta­nęła przy moto­cy­klu i dotknęła ręką sta­cyjki, a lampki na desce roz­dziel­czej roz­bły­sły.

- Ty chyba osza­la­łaś! Prze­cież to nie twój moto­cykl! - zawo­łał.

Zaczął żało­wać, że w ogóle jej pomógł.

- Mój - skła­mała lekko Nemetti.

- Aku­rat - żach­nął się Aleks i zaczął szu­kać w ple­caku komórki.

- No, na co cze­kasz, wska­kuj! - pona­gliła go.

- Zwa­rio­wa­łaś? Dzwo­nię na poli­cję!

- I co im powiesz? Że pomo­głeś mi uciec? - Nemetti popa­trzyła na niego z dobro­dusz­nym uśmie­chem i bły­skiem try­umfu w oku.

Alek­sowi zro­biło się nie­do­brze. Miała rację. Prze­cież pomógł jej wydo­stać się tyl­nym wyj­ściem ze sklepu. Ale czy poli­cja mogła go o coś oskar­żyć? Nie wie­dział prze­cież, że pomaga prze­stępcy! A ona? Albo ucie­kła z wariat­kowa, albo jest kry­mi­na­listką!

- Dzwo­nię! - krzyk­nął odważ­nie.

Nemetti wes­tchnęła ciężko, wywró­ciła oczami i pode­szła do niego.

- Prze­pra­szam, ale naprawdę potrze­buję two­jej pomocy. To bar­dzo ważne. Nie pozo­sta­wiasz mi wyboru - powie­działa i mach­nęła ręką w powie­trzu gdzieś na wyso­ko­ści jego oczu.

Aleks był w trak­cie wystu­ki­wa­nia numeru alar­mo­wego poli­cji, ale nagle coś kazało mu prze­stać. Jego ręka scho­wała tele­fon do kie­szeni a ciało zda­wało się ocze­ki­wać na roz­kazy. Co u licha?

- A teraz wska­kuj i jedziemy! - zawo­łała żywo Nemetti.

"Ni­gdy w życiu!" - pomy­ślał Aleks i... skie­ro­wał się posłusz­nie w stronę moto­cy­kla. "Co jest?!" - chciał krzyk­nąć, ale z jego ust nie wydo­był się nawet jęk sprze­ciwu. Zamiast tego wło­żył kask wiszący na kie­row­nicy, wsiadł na skó­rzane sie­dze­nie, nadep­nął pedał gazu i ku swej roz­pa­czy usły­szał, że sil­nik zasko­czył. Nemetti usia­dła za nim.

- A teraz na ulicę Krzy­wego Zwier­cia­dła - wyszep­tała mu do ucha.

Pomknęli. Zrazu tro­chę nie­pew­nie, co zdra­dzało nie­do­świad­czo­nego kie­rowcę, ale już po chwili wto­pili się w nor­malny wcze­sno­po­po­łu­dniowy ruch. Aleks przez chwilę pró­bo­wał wal­czyć ze swoim cia­łem, ale po kilku minu­tach zro­zu­miał, że to nic nie da i zamiast tego sku­pił się na jeź­dzie. Skrę­cili w dobrze Alek­sowi znaną ulicę Sło­neczną. Minęła ich cię­ża­rówka i moto­cykl zachwiał się nie­bez­piecz­nie, ale na szczę­ście udało im się odzy­skać rów­no­wagę. Przy następ­nym zakrę­cie zaje­chali drogę rowe­rzy­ście, który poka­zał im, co o tym myśli. Aleks chciał nawrzesz­czeć na Nemetti, że naraża i jego, i sie­bie. Chciał wykrzy­czeć, że jest za młody, żeby pro­wa­dzić! Że jak zła­pie ich poli­cja, to będzie miał pro­blemy, a ani mama, ani nikt inny nie uwie­rzy, że zro­bił to wbrew swo­jej woli, ale nie mógł wydo­być z sie­bie ani jed­nego dźwięku. Zje­chali w boczną ulicę i sunęli teraz mię­dzy sku­pi­skami niskich blo­ków, poprze­dzie­la­nych nie­wiel­kimi, smut­nymi jesz­cze po zimie skwe­rami. Po lewej stro­nie mignął mu jakiś bil­l­bo­ard. Aleks dokład­nie wie­dział, gdzie jechać, mimo że ni­gdy wcze­śniej tu nie był i ni­gdy nawet nie sły­szał o ulicy Krzy­wego Zwier­cia­dła. Czuł się, jakby ktoś zała­do­wał mu dane z GPS-a pro­sto do głowy.

- To tutaj! Zatrzy­maj się! - krzyk­nęła nagle Nemetti, a gdy Aleks wyko­nał pole­ce­nie, zesko­czyła z moto­cy­kla.

Znaj­do­wali się przed wyso­kim, sza­rym blo­kiem. Obok drzwi do klatki wid­niał numer 4, a napis na nie­bie­skiej tabliczce przy­mo­co­wa­nej do ściany budynku gło­sił: "ul. Krzy­wego Zwier­cia­dła".

- Chyba się uda! Chodź! - pocią­gnęła Aleksa za rękaw, tro­chę za mocno. Ten nie zdą­żył jesz­cze zsiąść z moto­cy­kla, zachwiał się i ude­rzył głową o kie­row­nicę.

- Auu... Prze­pra­szam. - Nemetti skrzy­wiła się, jakby ją to zabo­lało. - Dasz radę? Szkoda, że nie wzię­łam maści ze smer­to­jadu.

Aleks poczuł, jak do oczu napły­wają mu łzy bólu i bez­sil­nej wście­kło­ści. Czy ona sobie jesz­cze na doda­tek z niego żar­tuje?

- Chodź! Nie ma czasu!

Dziew­czyna szyb­kim kro­kiem pode­szła do bramy, dotknęła ręką domo­fonu - zamek odsko­czył i brama sta­nęła otwo­rem. Prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie, wbie­gli na dru­gie pię­tro. Ciem­no­zie­lone drzwi z nume­rem 4 chyba nie były zamknięte, bo wystar­czyło naci­snąć klamkę, by otwo­rzyły się, lekko poskrzy­pu­jąc. Weszli do środka. Nagle Aleks uświa­do­mił sobie, że odzy­skuje kon­trolę nad swoim cia­łem. Poru­szył powoli pal­cami u rąk, ramio­nami, uniósł prawą nogę.

- Co to ma zna­czyć?! - wrza­snął do Nemetti. - Co ty mi zro­bi­łaś?!

- Jeny... Mówi­łam, że prze­pra­szam, naprawdę nie mia­łam wyboru - oznaj­miła, pod­cho­dząc do wiszą­cego w przed­po­koju lustra.

Było naprawdę ogromne, się­gało od pod­łogi nie­mal do sufitu. Dziew­czyna zaczęła inten­syw­nie wpa­try­wać się w jego powierzch­nię.

- A teraz, skoro już wró­ci­łeś do sie­bie, dzię­kuję ci bar­dzo za pomoc. Naprawdę! Bez cie­bie bym sobie nie pora­dziła. Możesz już iść - rzu­ciła przez ramię, dalej bada­jąc uważ­nie wzro­kiem taflę lustra. - Nagle odwró­ciła się i spoj­rzała na Aleksa, jakby coś jej przy­szło do głowy. - Hej, a może po dro­dze odwió­zł­byś ten... ten dziwny pojazd na miej­sce, co? Ktoś pew­nie będzie go szu­kał. - Uśmiech­nęła się, uno­sząc wycze­ku­jąco brwi. Chyba uwa­żała to za świetny pomysł.

Aleks wyba­łu­szył na nią oczy pewny, że się prze­sły­szał. Poczuł, jak dło­nie zaci­skają mu się w pię­ści, a serce zaczyna bić, jakby prze­biegł ten dystans, który przed chwilą poko­nali moto­cy­klem.

- Odwieźć pojazd? - wykrztu­sił. - Na miej­sce? Ty chyba naprawdę jesteś nie­nor­malna! I jeśli myślisz, że tak po pro­stu sobie stąd teraz pójdę, to... to się mylisz! Albo mi powiesz, o co tutaj cho­dzi i co mi zro­bi­łaś, albo... albo... - żadna roz­sądna groźba nie przycho­dził mu do głowy, zwłasz­cza że argu­ment z tele­fo­nem na poli­cję już wyko­rzy­stał - albo się stąd nie ruszę! - Zdjął z ramie­nia ple­cak i posta­wił go na pod­ło­dze przed sobą na znak, że zamie­rza dotrzy­mać słowa.

Na widok jego zacię­tej miny Nemetti wes­tchnęła z rezy­gna­cją i znów prze­wró­ciła oczami, jakby miała do czy­nie­nia z nie­zwy­kle upar­tym dziec­kiem. Już otwo­rzyła usta, żeby coś powie­dzieć, zapewne coś bar­dzo lek­ce­wa­żą­cego, gdy nagle jej wzrok padł na ple­cak Aleksa. Zamarła. Stała z roz­dzia­wio­nymi ustami, jakby zoba­czył ducha. Przez chwilę wle­piała oczy to w ple­cak, to w Aleksa, aż w końcu oprzy­tom­niała. Minę miała sta­now­czą, jakby powzięła jakąś decy­zję. Odwró­ciła się z powro­tem w stronę lustra i wpa­tru­jąc się w nie w sku­pie­niu, unio­sła obie ręce i roz­ło­żyła dło­nie pła­sko, kilka cen­ty­me­trów przed jego powierzch­nią. Tafla lustra zaczęła falo­wać, jakby była płynną rtę­cią. Aleks był już teraz zupeł­nie pewny, że to sen. Zaraz zadzwoni alarm i mama wej­dzie do jego pokoju, żeby spraw­dzić, czy już nie śpi. Budzik jed­nak jakoś nie dzwo­nił, a Nemetti zacho­wy­wała się coraz dzi­wacz­niej. Wycią­gnęła rękę i prze­biła nią taflę lustra, które ugięło się, a potem wysprę­ży­no­wało z powro­tem do swo­jego pier­wot­nego poło­że­nia. Przez chwilę dłoni Nemetti nie było widać. Test musiał wypaść pomyśl­nie, bo dziew­czyna wyco­fała powoli rękę i spoj­rzała na Aleksa, który stał jak wryty, obser­wu­jąc całą tę scenę z rosną­cym osłu­pie­niem. Nemetti tego się naj­wy­raź­niej spo­dzie­wała. Zwró­ciła się ku niemu, jedną ręką chwy­ciła ple­cak, drugą chłopca i pocią­gnęła go za sobą w stronę lustra, tak, że oboje znik­nęli po jego dru­giej stro­nie.

Rozdział 3. Po drugiej stronie lustra

Roz­dział 3

Po dru­giej stro­nie lustra

Po dru­giej stro­nie lustra naj­pierw było ciemno, a potem Nemetti otwo­rzyła jakieś drzwi i do środka małego pomiesz­cze­nia, w któ­rym się zna­leźli, wdarło się jasne świa­tło. Gdy wyszli na zewnątrz, oka­zało się, że tym pomiesz­cze­niem była szafa sto­jąca w rogu dziw­nie ume­blo­wa­nego pokoju.

- Dziadku! Mam Klucz! - wykrzyk­nęła Nemetti.

Rzu­ciła ple­cak Aleksa na pod­łogę i pod­bie­gła do męż­czy­zny sie­dzą­cego przy sta­rym, masyw­nym biurku pod prze­ciw­le­głą ścianą pokoju. Aleks widział tylko jego sze­ro­kie plecy, ale wyglą­dało na to, że męż­czy­zna pochyla się nad czymś w sku­pie­niu. Na widok Nemetti pode­rwał się z krze­sła, chwy­cił ją w pasie, z łatwo­ścią uniósł do góry i zakrę­cił z gło­śnym śmie­chem.

Aleks rozej­rzał się ner­wowo po pomiesz­cze­niu, szu­ka­jąc drogi ucieczki albo cze­goś, co choć tro­chę wyja­śni­łoby, gdzie jest i co się z nim dzieje. W pokoju, prócz biurka, stały łóżko przy­kryte kolo­rową narzutą, pękata komódka z szu­fla­dami, a na niej szklana kula wiel­ko­ści piłki do nogi. Za ple­cami Aleksa znaj­do­wała się śmieszna, się­ga­jąca pra­wie sufitu sta­ro­dawna szafa, z któ­rej przed chwilą wyszli, oraz regał zasta­wiony książ­kami i prze­róż­nymi drob­nymi przed­mio­tami - prze­zna­cze­nia więk­szo­ści z nich mógł się tylko domy­ślać. To jed­nak, co przy­kuło jego uwagę, to wiszące na ścia­nie łuki i strzały sto­jące w wyso­kim koszu w kącie pokoju. Otwarte drzwi wio­dły do kolej­nego pomiesz­cze­nia, co wska­zy­wało na to, że pokój był czę­ścią więk­szego miesz­ka­nia.

- A już zaczy­na­łem się mar­twić, że nie zdą­żysz! - zawo­łał ura­do­wany męż­czy­zna do Nemetti. - Masz wodę? - Zni­żył głos do pouf­nego pół­szeptu.

- Co? Ach, mam - odpo­wie­działa Nemetti z roz­tar­gnie­niem, po czym z prze­ję­ciem wska­zała na Aleksa. - Ale mam jesz­cze coś! Zna­la­złam Klucz! To on, dziadku! Ma oko tygrysa!

Dzia­dek podą­żył wzro­kiem za pal­cem dziew­czyny. Gdy zoba­czył Aleksa, znie­ru­cho­miał, tylko jego oczy roz­sze­rzyły się w prze­ra­że­niu.

To, co się póź­niej wyda­rzyło, było tak nie­spo­dzie­wane, że Aleks nie zdą­żył nawet zare­ago­wać. Męż­czy­zna bły­ska­wicz­nym ruchem chwy­cił pierw­szy z brzegu wiszący na ścia­nie łuk, uzbroił go w strzałę i wyce­lo­wał w chłopca. Nemetti jed­nym susem zna­la­zła się przy Alek­sie, odgra­dza­jąc go od dziadka. Ten popa­trzył na wnuczkę nie­ro­zu­mie­ją­cym wzro­kiem, ale po chwili dotarło do niego, co pró­bo­wała zro­bić. Opu­ścił łuk i jesz­cze przez chwilę wpa­try­wał się w nią z nie­do­wie­rza­niem, aż w końcu ode­zwał się w języku, któ­rego Aleks ani nie rozu­miał, ani nie potra­fił nawet odgad­nąć, z jakiego kraju może pocho­dzić. Dzia­dek naj­pierw mówił z wymu­szo­nym spo­ko­jem, który jed­nak z każ­dym zda­niem się ulat­niał, aż w końcu męż­czy­zna zaczął wykrzy­ki­wać serię pytań i repry­mend, gesty­ku­lu­jąc żywo. Nemetti nie pozo­sta­wała mu dłużna i tłu­ma­czyła coś pod­nie­sio­nym gło­sem, wska­zu­jąc to na Aleksa, to na ple­cak, który wciąż leżał obok niego na pod­ło­dze i powta­rza­jąc coś, co brzmiało jak "aya tigre". Aleks stał osłu­piały, bojąc się poru­szyć. Serce waliło mu jak młot. Był tak sko­ło­wany, że nie wie­dział, czy powi­nien wyko­rzy­stać chwilę nie­uwagi swo­ich pory­wa­czy i ucie­kać, czy cze­kać, aż tych dwoje sza­leń­ców prze­sta­nie się kłó­cić i doj­dzie do jakie­goś poro­zu­mie­nia! Coś jed­nak mówiło mu, że skoro chce wró­cić do domu, to nie powi­nien odda­lać się od miej­sca, przez które się tu dostał, bo w końcu skąd miał wie­dzieć, czy jest tu wię­cej takich szaf z lustrami, przez które można przejść? Gwał­towna wymiana zdań trwała jesz­cze chwilę, aż w końcu dzia­dek, któ­remu naj­wy­raź­niej zabra­kło argu­men­tów lub po pro­stu uznał, że z Nemetti i tak nie wygra, opadł zre­zy­gno­wany na krze­sło przy biurku i zamilkł.

Aleks ode­tchnął. Wyglą­dało na to, że naj­gor­sza burza już minęła. Nemetti usia­dła na łóżku, sku­biąc paznok­cie i raz po raz spo­glą­da­jąc na dziadka spode łba. Aleks przyj­rzał się uważ­niej bro­da­temu męż­czyź­nie, który teraz, kiedy nie trzy­mał w rękach wyce­lo­wa­nego w niego łuku, wyglą­dał cał­kiem nie­groź­nie, a nawet dobro­tli­wie. Był bar­czy­sty i zapewne już nie­młody, ale nie przy­wo­dził też na myśl starca - nie miał siwych wło­sów ani zbyt wielu zmarsz­czek. Jesz­cze raz rzu­cił Nemetti roz­cza­ro­wane spoj­rze­nie, a potem skie­ro­wał wzrok na Aleksa i pocie­ra­jąc ręką krótką, kędzie­rzawą brodę, przyj­rzał mu się uważ­nie. Aleks nie mógł nie zauwa­żyć, jak bar­dzo męż­czy­zna był podobny do Nemetti. Miał takie same ciemne oczy w kształ­cie mig­da­łów i wąskie usta, a spod zmierz­wio­nych, krę­co­nych wło­sów o rudym poły­sku wysta­wały nieco wydłu­żone, spi­cza­ste uszy. Ubrany był w nie­bie­ską, płó­cienną koszulę sznu­ro­waną na pier­siach i pół­długą, brą­zową kami­zelkę, hafto­waną w wymyślne wzory. Ale to, od czego Aleks nie mógł ode­rwać wzroku, to jego lekko skrząca się skóra. Twarz, łok­cie i przed­ra­miona, dło­nie - wszystko jarzyło się deli­kat­nie, jakby obsy­pane dia­men­to­wym pyłem! Dopiero po chwili dostrzegł, że przez duże okno wpa­dało do wnę­trza dziwne, nie­zwy­kle jasne i jed­no­cze­śnie nie­ra­żące świa­tło. Aleks prze­niósł wzrok na Nemetti i zoba­czył, że jej skóra skrzyła się tak samo, jak skóra jej dziadka. Pomy­ślał, że może wła­śnie to białe świa­tło ma takie wła­ści­wo­ści i spoj­rzał na swoje dło­nie, ale te, mimo że jaśniej­sze niż zwy­kle, były zupeł­nie matowe. "Co jest?" - pomy­ślał zdez­o­rien­to­wany. Czuł, że jego mózg pra­cuje na naj­wyż­szych obro­tach, sta­ra­jąc się za wszelką cenę wytłu­ma­czyć to wszystko, co się dookoła niego działo.

Nagle usły­szał hałas gdzieś na zewnątrz - trza­śnię­cie kilku gałą­zek, chro­bot drob­nych kamieni, kroki i jakby węsze­nie. Hałas zbli­żał się i nasi­lał, aż chło­piec wyraź­nie poczuł, że pod oknem coś się poru­sza i cień prze­sło­nił na chwilę wpa­da­jące do pokoju świa­tło. Nemetti i dzia­dek spoj­rzeli na sie­bie ze stra­chem. Nemetti, która znaj­do­wała się naj­bli­żej Aleksa, przy­ło­żyła palec wska­zu­jący do ust, naka­zu­jąc mu mil­cze­nie, po czym pchnęła go w ciemny kąt pokoju tak, żeby był nie­wi­doczny z zewnątrz. Aleks, wie­dziony instynk­tem, posłusz­nie przy­kuc­nął pod ścianą, tak bez­sze­lest­nie, jak tylko potra­fił. Wstrzy­mał oddech. Zoba­czył, jak Nemetti, blada, wpa­truje się w dziadka roz­sze­rzo­nymi stra­chem oczami, a ten z nie­po­ko­jem wsłu­chuje się w docho­dzące z zewnątrz odgłosy. Nagle wszystko uci­chło, a po kilku kolej­nych sekun­dach roz­legł się hałas, jakby horda psów zerwała się do biegu. Nemetti stała jesz­cze chwilę bez ruchu, nasłu­chu­jąc w napię­ciu, a kiedy podej­rzane dźwięki cał­ko­wi­cie uci­chły, ode­tchnęła z ulgą.

- To varule. Już poszły - powie­działa w języku, który Aleks rozu­miał i usia­dła ciężko na łóżku. Wciąż była blada.

- No widzisz? Trzeba go ukryć - rzu­cił męż­czy­zna z wyrzu­tem, ner­wowo pocie­ra­jąc ręką czoło. Potem wstał i zaczął prze­cha­dzać się po pokoju. - Na pewno go wywę­szyły. Wiesz, że nie możemy spro­wa­dzać tu Ter­rian. Nie wia­domo, co mu zro­bią, jak go znajdą. Pomy­śla­łaś o tym?

Nemetti już otwo­rzyła usta, gotowa wystrze­lić w dziadka nową kano­nadą argu­men­tów, ale chyba jed­nak nic sen­sow­nego nie przy­szło jej do głowy, bo wypu­ściła tylko gło­śno powie­trze i okla­pła jak prze­bity szpilką balon. Dzia­dek zało­żył ręce na pier­siach i pokrę­cił głową.

- Tak wła­śnie myśla­łem. Musimy cię zapro­wa­dzić do Rady... i do por­talu, chłop­cze. I to szybko. - Zwró­cił się do Aleksa, marsz­cząc czoło i w zamy­śle­niu potarł swą krótką, rudą brodę. - To nie będzie pro­ste, varule łatwo cię wywę­szą. A swoją drogą, dawno ich nie było w wio­sce. Cie­kawe, co tu robią.

- Koło fon­tanny też ich było pełno. Musia­łam ucie­kać - rzu­ciła Nemetti, ale zaraz chyba tego poża­ło­wała, bo dzia­dek wytrzesz­czył na nią z nie­do­wie­rza­niem oczy.

- Co?! Varule cię goniły? Na Mroczne Góry! Mówi­łem, że to nie­bez­pieczne!

- Nie dener­wuj się, dziadku. On pomógł mi uciec. - Wska­zała głową na chłopca.

Alek­sowi opa­dła szczęka. Poczuł, że oblewa go fala gorąca. Pomógł jej? W niczym jej nie pomógł! Zmu­siła go! Już chciał jej wygar­nąć, co o tym myśli, kiedy ode­zwał się dzia­dek.

- To wszystko moja wina. - Męż­czy­zna wes­tchnął i znów opadł na krze­sło przy biurku. - Nie powi­nie­nem pozwo­lić ci iść. Mogłem popro­sić Torela albo Aneę. Nie powin­naś była go tu spro­wa­dzać.

- Ale on jest Klu­czem, dziadku! Nie mogłam go tam zosta­wić - jęk­nęła dziew­czyna bła­gal­nym tonem.

Aleks teraz już nie wytrzy­mał. Bolała go głowa i naprawdę zaczy­nało mu się robić nie­do­brze.

- Jakim klu­czem? Jakie varule? O co tu w ogóle cho­dzi?! - zawo­łał, wpa­tru­jąc się w nich roz­sze­rzo­nymi ze wzbu­rze­nia oczami.

Nemetti rzu­ciła mu nie­wi­dzące spoj­rze­nie, sku­biąc ner­wowo pasek sukienki, a dzia­dek wyjął z szu­flady gruby, brą­zowy notes i nachy­lił się nad nim, marsz­cząc czoło.

Aleks poczuł, że ma już zupeł­nie dość tej dzi­wacz­nej sytu­acji. Musiał się stąd wydo­stać! I to natych­miast! "No jasne! Lustro!" - pomy­ślał przy­tom­nie i zaczął powoli prze­su­wać się w stronę szafy, przez którą się tu dostał, sta­ra­jąc się nie zwró­cić na sie­bie uwagi bro­da­tego męż­czy­zny i jego zwa­rio­wa­nej wnuczki. Nie­stety, gdy był już cał­kiem bli­sko, Nemetti nagle na niego spoj­rzała. Prze­stała sku­bać sukienkę i przy­glą­dała mu się naj­pierw z zacie­ka­wie­niem, aż w końcu, gdy odga­dła o co mu cho­dzi, uśmiech­nęła się roz­ba­wiona. Nawet nie ruszyła się z miej­sca, żeby go powstrzy­mać.

Alek­sowi się to nie spodo­bało. Wszedł do szafy, teraz już nie kry­jąc się ze swoim zamia­rem, odna­lazł lustro, dotknął ręką jego tafli i poczuł pod pal­cami zimne, twarde szkło. Spró­bo­wał lekko na nie naci­snąć, ale tafla nawet nie drgnęła. Zaraz, jak ona to zro­biła? Poma­chał otwar­tymi dłońmi nad powierzch­nią lustra - bez skutku. Wspiął się na palce i zaczął obma­cy­wać ramę od góry i z boków, ale nie zna­lazł niczego, co by je uru­cho­miło. I wtedy wła­śnie zaczęła do niego docie­rać powaga jego poło­że­nia. Zro­zu­miał, że sam się stąd nie wydo­sta­nie. Wyszedł z szafy i poczuł, że wzbiera w nim złość i roz­pacz. Nie podo­bało mu się to, że mówią o nim, ale nie do niego. Nie wie­dział, gdzie jest i co się z nim wła­ści­wie dzieje.

- Chcę wró­cić do domu! - krzyk­nął, ile miał sił w płu­cach. - Nie może­cie mnie tu trzy­mać! To jest porwa­nie! Sły­szy­cie?!

Nemetti spoj­rzała na niego tro­chę zasko­czona, a tro­chę zacie­ka­wiona, nato­miast dzia­dek w tej wła­śnie chwili zna­lazł chyba to, czego szu­kał, bo poki­wał nad note­sem głową, zamknął go gło­śno, pod­niósł się z krze­sła i uniósł w górę dłoń w pojed­naw­czym geście.

- Masz cał­ko­witą rację, chłop­cze - powie­dział, pod­cho­dząc do Aleksa. - Nemetti nie miała prawa cię tu spro­wa­dzać, a już na pewno nie wbrew two­jej woli. Mam nadzieję, że rozu­mie swój błąd, a ja obie­cuję, że posta­ram się, żebyś jak naj­szyb­ciej wró­cił do domu, choć... nie będzie to łatwe. Ale mam pewien pomysł! Naj­pierw jed­nak przyj­mij moje prze­pro­siny, taki brak gościn­no­ści rzadko mi się zda­rza. Jestem Askir. - Męż­czy­zna wycią­gnął do niego rękę.

- Aleks - odpo­wie­dział chło­piec i nie­pew­nie uści­snął podaną mu dłoń.

Mimo gotu­ją­cych się w nim emo­cji pomy­ślał, że może wresz­cie poja­wia się szansa na uzy­ska­nie wyja­śnień.

- Prze­pra­szam za ten atak - cią­gnął Askir. - Myśla­łem, że wtar­gną­łeś tu za Nemetti, że masz złe zamiary i że... może jesteś z Mal­do­kiem. Nie ufamy już Ter­ria­nom - dodał ciszej. - Ale to nie twoja wina, że moja lek­ko­myślna wnuczka cię tu ścią­gnęła. Cóż, mło­dość nie zna roz­sądku i bywa impul­sywna, a Nemetti jest tego naj­lep­szym przy­kła­dem. - Rzu­cił dziew­czy­nie gniewne spoj­rze­nie spod krza­cza­stych brwi.

Nemetti przy­słu­chi­wała się temu z nabur­mu­szoną miną.

- Ale ja nie mam poję­cia, o co wam w ogóle cho­dzi! - wyrzu­cił z sie­bie Aleks tro­chę gło­śniej niż zamie­rzał.

- Ech, to długa histo­ria, ale oczy­wi­ście należą ci się wyja­śnie­nia. Myślę, że naj­le­piej będzie, jeśli Nemetti sama ci to wszystko wytłu­ma­czy, skoro to ona cię tu spro­wa­dziła. Prawda, Nemetti?

Dziew­czyna zer­k­nęła na Aleksa spode łba, a widząc jego zawzięte spoj­rze­nie, wywró­ciła oczami.

- Dobra - bąk­nęła. - Ale może naj­pierw coś zjemy? Nie jadłam nic od śnia­da­nia - zwró­ciła się bła­gal­nym gło­sem do dziadka.

Askir wes­tchnął.

- Chyba wszyst­kim nam dobrze zrobi odro­bina cze­goś pożyw­nego. Chodź­cie.

W pokoju obok, który wyglą­dał jak połą­cze­nie salonu z jadal­nią, stał owalny, drew­niany stół i sześć spo­rych roz­mia­rów rzeź­bio­nych krze­seł - przy czym każde wyda­wało się pocho­dzić z innego kom­pletu. Pod­łogę przy­kry­wał wybla­kły dywan, który, sądząc po wytar­tych wzo­rach, kie­dyś chyba był kolo­rowy, a jeden z kątów pokoju zaj­mo­wał stary, żółty fotel z pod­nóż­kiem i lampa z ple­cio­nym aba­żu­rem. Fotel zupeł­nie nie paso­wał do reszty wystroju, ale Aleks wyobra­ził sobie, że musiał być bar­dzo wygodny. Poczuł, jak ogar­nia go zmę­cze­nie.

- Sia­daj - zachę­cił go Askir, odsu­wa­jąc jedno z krze­seł od stołu.

Aleks zawa­hał się, ale wyko­nał pole­ce­nie. Zer­k­nął za okna i zoba­czył zalany słoń­cem kawa­łek ogrodu: ścieżkę, jakieś dziwne kwiaty, któ­rych ni­gdy wcze­śniej nie widział, krzewy, a dalej drzewa. Wytę­żył wzrok. Jedno z nich było całe nie­bie­skie, bo z jego gałęzi zamiast liści zwi­sały dzi­waczne, błę­kitne trąbki! Potrzą­snął głową i odwró­cił wzrok.

Nemetti weszła do pokoju z misą pełną wiel­kich poma­rań­czo­wych pomi­do­rów. Podała po jed­nym dziad­kowi i Alek­sowi. Sama zanu­rzyła zęby w swoim i błogi uśmiech poja­wił się na jej twa­rzy.

Aleks popa­trzył na trzy­many w ręku owoc. Wyglą­dał nie­win­nie, ale kto wie, czy nie był nasą­czony tru­ci­zną. Zer­k­nął podejrz­li­wie na Nemetti. Wycie­rała wła­śnie ręką spły­wa­jący po bro­dzie sok. Aleks poczuł, że bur­czy mu w brzu­chu. Nie jadł nic od dru­giego śnia­da­nia, a owoc wyglą­dał naprawdę sma­ko­wi­cie.

- No jedz! To napławdę dobłe - zachę­cała Nemetti z ustami peł­nymi soczy­stego miąż­szu.

"Raz kozie śmierć" - pomy­ślał Aleks i ostroż­nie odgryzł mały kawa­łek pomi­dora. ŁAŁ! Cóż to był za smak! Słodki, soczy­sty owoc, zara­zem lekko kwa­śny i odro­binę słony, ciutkę pikantny, ale nie na tyle, żeby zabić jego łagod­ność - roz­pły­wał się w ustach jak naj­wspa­nial­sza cze­ko­la­dowa tru­fla. Zawie­rał naj­do­sko­nal­szą mie­szankę sma­ków, jaką Aleks potra­fił sobie wyobra­zić. Chło­piec poczuł, jak jego ciało napeł­nia się ener­gią, a wyczer­pany wciąż pona­wia­nymi pró­bami zro­zu­mie­nia ota­cza­ją­cego go świata umysł odżywa.

- Co to jest? - spy­tał z nie­do­wie­rza­niem, ana­li­zu­jąc resztki tego nie­sa­mo­wi­tego smaku pozo­stałe na języku po prze­łknię­ciu ostat­niego kęsa.

- Sapi­dus - odparła z zado­wo­le­niem Nemetti. - Nie­złe, co? Też je bar­dzo lubię, cho­ciaż... chyba wolę aranje - dodała po chwili. - Ale sapi­dusy są bar­dzo pożywne. Upra­wiamy je nad rzeką - poin­for­mo­wała rze­czowo.

Aleks uniósł wzrok. W Poziom­kach nie było rzeki.

- To... gdzie ja wła­ści­wie jestem? - spy­tał, wpa­tru­jąc się podejrz­li­wie w swo­ich roz­mów­ców.

Askir skrzy­wił się nieco i spoj­rzał na Nemetti, jakby chciał powie­dzieć "no i masz", a potem wes­tchnął.

- Widzisz, chłop­cze... - zaczął powoli, przy­glą­da­jąc się bacz­nie swo­jemu roz­mówcy. - Tra­fi­łeś do Altery. I wiem, że trudno będzie ci w to uwie­rzyć, ale... miesz­kają tu bar­dzo różne stwo­rze­nia, takie jak... na przy­kład jed­no­rożce... czy elfy.

Umilkł na chwilę, wpa­tru­jąc się w Aleksa z uwagą. Chło­piec zmarsz­czył brwi. Czy on sobie z niego żar­tuje? Jed­no­rożce? Elfy? To jakieś bzdury. Tylko że ani Askir, ani Nemetti się nie uśmie­chali. Wręcz prze­ciw­nie. Wyglą­dali na śmier­tel­nie poważ­nych. Zaraz, zaraz... elfy? Czyżby on chciał przez to powie­dzieć, że są... elfami? Aleks zamru­gał i po raz kolejny przyj­rzał im się uważ­nie. Spi­cza­ste uszy, błysz­cząca skóra... Może to miało sens? Nie, to zupeł­nie nie miało sensu! Prze­cież elfy nie ist­nieją! To tylko bajki! Rozej­rzał się. Spoj­rzał na leżące na stole sapi­dusy, a potem wyj­rzał przez okno, za któ­rym wciąż widać było nie­bie­skie drzewo powie­wa­jące dzi­wacz­nymi trąb­kami zamiast liści. Oszo­ło­miony popa­trzył na Askira, a ten powoli ski­nął głową.

- Nemetti, to może ty wyja­śnisz resztę? - elf z prze­ką­sem zwró­cił się do wnuczki.

Nemetti zaci­snęła usta, zmarsz­czyła czoło, jakby zasta­na­wiała się od czego zacząć, a po krót­kiej chwili popra­wiła się w krze­śle i odchrząk­nęła.

- No więc - zaczęła, uno­sząc głowę z teatralną powagą i spo­glą­da­jąc na Aleksa z góry, jak nauczy­ciel zaczy­na­jący nową, nie­zwy­kle ważną lek­cję - jeste­śmy ple­mie­niem elfów z doliny Abor. - Opar­cie jej krze­sła było tak wyso­kie, że wysta­wało co naj­mniej pół metra ponad jej głowę, i może dla­tego Aleks pomy­ślał, że w swo­jej zwiew­nej sukience i z burzą rudych wło­sów wyglą­dała teraz tro­chę jak mała dziew­czynka uda­jąca doro­słego. Uśmiech­nął się lekko, ale Nemetti na szczę­ście była tak zajęta swoją opo­wie­ścią, że wcale tego nie zauwa­żyła i cią­gnęła: - Dolina Abor to nasz dom. I wszystko byłoby dobrze, gdyby pew­nego dnia nie poja­wił się tu Mal­dok. No wiesz... Taki zły Ter­ria­nin, czyli ktoś z two­jego świata. No... Czło­wiek. Przy­szedł nie wia­domo skąd i po kilku obie­gach zaczął nami rzą­dzić. - Nemetti nachmu­rzyła się, a w jej oczach poja­wiły się groźne ogniki. - A varule mu pomo­gły. To ci, co mnie ści­gali - wyja­śniła. - W Ter­rii... To zna­czy na Ziemi. Jak się spo­tka­li­śmy. Pamię­tasz?

Aleks uniósł brwi, wyraź­nie sko­ło­wany.

- Ści­gali? Masz na myśli tych face­tów w czar­nych kurt­kach i w ciem­nych oku­la­rach?

- Tak. Cho­ciaż nie. Cze­kaj... face­tów? Masz na myśli ludzi? Nie, to nie ludzie - pokrę­ciła głową. - Ale są zmien­no­kształtni. To zna­czy... mogą zmie­niać się w ludzi. No i słu­chaj, bo tu zaczyna się cała histo­ria. - Nemetti nachy­liła się w stronę Aleksa, wyraź­nie zaafe­ro­wana, i zni­żyła pouf­nie głos. Cała jej pom­pa­tycz­ność już dawno gdzieś wypa­ro­wała. - Rivena prze­po­wie­działa, że od Mal­doka może nas uwol­nić ktoś z Ter­rii. Ter­ria­nin, rozu­miesz? I ma to mieć coś wspól­nego z okiem tygrysa - powie­działa, wpa­tru­jąc się w niego z upo­rem, jakby spo­dzie­wała się, że wszystko jest już jasne i on zaraz krzyk­nie "aha!".

Ale Aleks rozu­miał jesz­cze mniej niż przed chwilą. Rivena? Zmien­no­kształtni? Oko tygrysa? Co to wszystko, u licha, miało z nim wspól­nego?

Dzia­dek Nemetti pod­parł dłońmi czoło, jakby roz­bo­lała go głowa.

- Nemetti, prze­cież ty nic mu nie wyja­śni­łaś. - Wes­tchnął zre­zy­gno­wany. Po chwili się wypro­sto­wał. - Dobrze. W takim razie ja to zro­bię - oznaj­mił i wziął głę­boki oddech. - Widzisz, Aleks - zaczął - nasza osada leży nad rzeką Abor. Kie­dyś była ona sze­roka i wartka. Jej wody żywiły las, w któ­rym znaj­do­wa­li­śmy poży­wie­nie i spra­wiały, że cała dolina była wiecz­nie zie­lona i żyzna. Tak miesz­ka­li­śmy sobie spo­koj­nie przez wieki. Byli­śmy na tyle silni, że nikt nie ważył się nas ata­ko­wać, a miesz­kają tu, w Alte­rze, różne stwo­rze­nia, nie­które groźne i nie­bez­pieczne. Mie­li­śmy wszyst­kiego pod dostat­kiem. Pięć obie­gów... emm... to zna­czy pięć lat temu to się zmie­niło. - Askir zmru­żył zło­wrogo oczy, a rysy mu się wyostrzyły. - W Szma­rag­do­wej Doli­nie, jak też nazy­wamy dolinę Abor, poja­wił się Mal­dok i zawró­cił bieg rzeki, kie­ru­jąc ją na drugą stronę Mrocz­nych Gór. Teraz pły­nie tu tylko wąski stru­mień, który pozwala nam na uprawę jedy­nie naj­po­trzeb­niej­szych roślin. Mal­dokowi i varu­lom udało się prze­jąć nad nami wła­dzę, choć nie bar­dzo wiemy, w jaki spo­sób. Nie potra­fimy z nimi wal­czyć. Jeste­śmy słabi. Varule kie­dyś trzy­mały się dru­giej strony Gór i ni­gdy nie zapusz­czały się w nasze oko­lice. Teraz służą Mal­dokowi i pil­nują, żeby­śmy wyko­ny­wali jego roz­kazy. A jemu cho­dzi głow­nie o ade­mity, które tu rosną i które wy nazy­wa­cie dia­men­tami. Mal­dok każe nam je zbie­rać. Robi z nich w Ter­rii dobry uży­tek - mruk­nął z iro­nią Askir. - To zna­czy na Ziemi. Jest Ter­ria­ni­nem, tak jak ty.

- Ter­ria­ni­nem? - Aleks pró­bo­wał nadą­żać za opo­wie­ścią Askira, choć nie było to łatwe.

- Ter­ria­ni­nem, czyli miesz­kań­cem Ter­rii, po waszemu: Ziemi. Poja­wił się tu kilka... lat temu. Zwy­kle nie spro­wa­dzamy tu Ter­rian bez powodu. - Askir posłał Nemetti zna­czące spoj­rze­nie. - Ale Rada Star­szych pozwo­liła mu zostać. Miesz­kał tu kilka lat, pra­co­wał jak my, jadł jak my i w tym samym cza­sie knuł, drań, pod naszym nosem. - Elf zaci­snął gniew­nie pięść. - Pew­nego dnia coś się zmie­niło. Zaczę­li­śmy tra­cić nasze... Jak to nazwać?... Moce? Zdol­no­ści?... Daw­niej więk­szość z nas miała szcze­gólne uzdol­nie­nia. Wspól­nie pano­wa­li­śmy nad siłami przy­rody, potra­fi­li­śmy kon­tro­lo­wać ogień, roz­ma­wiać ze zwie­rzę­tami. Ale pew­nego dnia wszystko się skoń­czyło. Zaczę­li­śmy słab­nąć fizycz­nie, prze­sta­li­śmy tak świet­nie strze­lać z łuków. Za to Mal­dok sta­wał się coraz sil­niej­szy. Aż pew­nego dnia wje­chał do naszej doliny ze zgrają varuli i naka­zał posłu­szeń­stwo. Bez naszej fizycz­nej siły i wyjąt­ko­wych umie­jęt­no­ści łatwo było mu prze­jąć wła­dzę.

- A... te varule? - spy­tał nie­pew­nie Aleks. Wyobraź­nia pod­su­wała mu prze­ra­ża­jące obrazy. - Nemetti mówiła, że to one ją goniły w Poziom­kach. Co to w końcu jest, jeśli nie ludzie?

- Varule należą do zmien­no­kształt­nych, czyli mogą zmie­niać postać bez utraty świa­do­mo­ści, kim są - wyja­śnił Askir. - Są tro­chę podobne do elfów i ludzi, ale kiedy chcą, mogą też przy­bie­rać postać spo­rych wil­ków. Jako wilki poru­szają się bar­dzo szybko i mają świetny węch. To wła­śnie ich zgraja węszyła przed chwilą pod naszym domem. Oba­wiam się, że cię wyczuły - masz bar­dzo spe­cy­ficzny zapach.

Aleks skrzy­wił się na myśl o wil­ko­po­dob­nych potwo­rach.

- I... mówi­łeś, że one mogłyby mi coś zro­bić? - spy­tał.

Askir spoj­rzał na niego prze­cią­gle.

- Nie można tego wyklu­czyć. Mal­dok raczej nie ucie­szyłby się na wieść o kon­ku­ren­cji.

Aleks zer­k­nął po twa­rzach Nemetti i Askira, żeby spraw­dzić, czy sobie z niego nie żar­tują. Wyglą­dali jed­nak na śmier­tel­nie poważ­nych. Potarł ręką czoło. To wszystko brzmiało jak fabuła jakiejś gry kom­pu­te­ro­wej z dzie­dziny fan­ta­styki, i to nawet cał­kiem nie­złej. Tylko że on nie miał wcale ochoty w nią grać! Jedyne, o czym teraz marzył, to jak naj­szyb­szy powrót do domu.

- Ale wciąż nie rozu­miem, co to wszystko ma wspól­nego ze mną? I jak długo zamier­za­cie mnie tu trzy­mać?

Dzia­dek wes­tchnął głę­boko.

- Po dru­giej stro­nie rzeki mieszka Rivena. Nie jest elfem, choć tro­chę nas przy­po­mina. Mieszka samot­nie i jest tro­chę... eks­cen­tryczna. Nie­któ­rzy uwa­żają, że sporo wie i potrafi prze­po­wie­dzieć przy­szłość, inni, że nie można jej wie­rzyć, a jesz­cze inni, że trzyma z varu­lami. Ta tutaj oto Nemetti - Askir wska­zał oskar­ży­ciel­sko głową na swoją wnuczkę - ze swoją, skąd­inąd roz­sądną, przy­ja­ciółką Kairą wybrały się do niej... same... choć jest to bar­dzo nie­bez­pieczne. Poszły spy­tać o to, jak pozbyć się Mal­doka.

- No i wła­śnie Rivena zdra­dziła nam, że Klucz do oba­le­nia Mal­doka i odzy­ska­nia daw­nych mocy jest w Ter­rii! A na koniec powie­działa: "Szu­kaj oka tygrysa" - oświad­czyła Nemetti zaafe­ro­wana. - A ty masz głowę tygrysa wyma­lo­waną na ple­caku! Więc to musisz być ty! Ty jesteś Klu­czem do tego, żeby­śmy mogli żyć tak jak daw­niej! Dla­tego nie mogłam cię tam zosta­wić!

Oczy jej błysz­czały, a na policz­kach poja­wiły się rumieńce.

- Albo to po pro­stu czy­sty przy­pa­dek, a Rivena nie wie, co mówi. - Askir znów wes­tchnął i pokrę­cił głową.

Aleks był w szoku. A więc porwano go i wcią­gnięto do jakie­goś zwa­rio­wa­nego świata, gdzie zgraja wil­ków czyha na jego życie, bo ta pomy­lona dziew­czyna wie­rzy, że on pokona nie wia­domo jak groź­nego osob­nika, z któ­rym cała zgraja elfów nie potrafi sobie pora­dzić? A wszystko dla­tego, że mama kupiła mu rok temu na wyprze­daży ple­cak, na któ­rym jest naszyta pla­kietka z głową tygrysa?! Nie, to musi być jakiś kosz­mar! Na pewno zaraz się obu­dzi! Aleks uszczyp­nął się kilka razy w dłoń, ale poza tym, że poczuł lekki ból, nic się nie zmie­niło.

Musiał wyglą­dać rów­nie nie­wy­raź­nie, jak się czuł, bo Askir i Nemetti zaczęli mu się uważ­niej przy­glą­dać. Dzia­dek wyszedł na moment, a po chwili wró­cił ze szkla­nym dzba­nem wody i trzema kie­li­chami. Posta­wił je na stole i napeł­nił.

Aleks auto­ma­tycz­nie się­gnął po naczy­nie i przy­tknął je do ust. Już po jed­nym łyku poczuł się znacz­nie lepiej.

- Co to jest? - spy­tał, patrząc zasko­czony na trzy­many w ręku puchar.

- To? To kala­mar, jest tego sporo nad rzeką. Juna robi z tego piękne naczy­nia - wyja­śnił Askir. Uniósł kie­lich pod świa­tło i przez chwilę sam przy­glą­dał mu się z podzi­wem.

Aleks rzu­cił mu zdu­mione spoj­rze­nie, ale szybko zro­zu­miał, że Askir nie mówi o napoju. Kie­lich był rze­czy­wi­ście bar­dzo ładny - mie­nił się odcie­niami cie­płej bieli, błę­kitu i sre­bra.

- Mam na myśli wodę - spro­sto­wał Aleks.

- Aaa! - rzekł elf ze śmie­chem. - To oży­woda. Woda orzeź­wie­nia. Z rzeki.

- Nie­zła, co? - Nemetti wyglą­dała na zachwy­coną jego uzna­niem dla napoju.

Nie­zła? Aleksa ogar­nął spo­kój, zaczął jaśniej myśleć, a cała sytu­acja nie wyda­wała mu się już tak bez­na­dziejna jak przed chwilą. Cóż, Nemetti po pro­stu się pomy­liła, zaraz jej wszystko wytłu­ma­czy, a wtedy nie będą już mieli powodu, żeby dłu­żej go tu trzy­mać. Ile to czasu mogło upły­nąć? Czy mama wró­ciła już z pracy?

- W porządku, na razie wystar­czy tych wyja­śnień - powie­dział Askir, widząc, że Aleks docho­dzi do sie­bie.

Wstał i ruchem ręki dał im do zro­zu­mie­nia, że mają za nim iść.

- Varule mogą tu wró­cić w każ­dej chwili. Musimy cię stąd zabrać. I to szybko. Idziemy!

Aleks zmarsz­czył czoło.

- Gdzie chce­cie mnie zabrać? - zapy­tał, zer­ka­jąc podejrz­li­wie na Askira.

- Już mówi­łem. Do Twier­dzy. Musimy przed­sta­wić cię Radzie. No chodź. Nie mamy czasu.

Aleks się nie ruszał. Wycieczka do jakiejś twier­dzy zupeł­nie nie paso­wała do jego nowego i jakże, wyda­wało się, genial­nego planu.

- Ni­gdzie nie pójdę - stwier­dził sta­now­czo. - Ode­ślij­cie mnie natych­miast do domu. Przez to lustro. - Wska­zał ręką w stronę pokoju i szafy, przez którą tu wszedł. - Askir ma rację. Ta cała... Rivana, czy jak jej tam, nie wie, co mówi! Nie jestem żad­nym Klu­czem! To nawet nie jest oko tygrysa, tylko cała głowa! Oka pra­wie nie widać! Chcę natych­miast wró­cić na Zie­mię! - zakoń­czył tro­chę bar­dziej roz­pacz­li­wym tonem, niż pla­no­wał.

Ze spoj­rzeń Nemetti i Askira wyczy­tał, że nie będzie to takie łatwe.

Askir patrzył na niego z mie­sza­niną zatro­ska­nia i zakło­po­ta­nia.

- Nie możesz teraz stąd wró­cić. Po pierw­sze, oba­wiam się, że muszę przed­sta­wić cię Radzie. Varule na pewno doniosą Mal­do­kowi, że jest tu Ter­ria­nin i Rada musi wie­dzieć, o kogo cho­dzi. Muszą cię zoba­czyć, a wtedy zde­cy­dują, co z tobą zro­bić. Poza tym tak czę­ste uży­wa­nie tego por­talu przez tyle osób może być ryzy­kowne. Musi mieć czas, żeby się zre­ge­ne­ro­wać, ina­czej mógł­byś tra­fić nie wia­domo gdzie albo... tylko czę­ściowo - wyja­śnił elf.

- Czę­ściowo? - wymam­ro­tał Aleks. Wolał się nie zasta­na­wiać, co to może zna­czyć. - Ale ile mam cze­kać? Moja mama będzie się mar­twić, jeśli nie wrócę na noc do domu. Postawi na nogi całe mia­sto! Nie może­cie mnie tu trzy­mać! No i mam jutro kla­sówkę z histo­rii - dokoń­czył ciszej i od razu pomy­ślał, że aku­rat tego nie będzie żało­wał.

- Dla­tego musimy zapro­wa­dzić cię do Rady Star­szych, i to szybko. Jeśli ktoś może ci pomóc, to tylko oni. W Ade­mi­to­wej Twier­dzy jest jesz­cze jeden por­tal i będziesz mógł go użyć, jeśli Rada zde­cy­duje, że należy cię ode­słać. A myślę, że jest to bar­dzo praw­do­po­dobne, bo sam pomysł ścią­gnię­cia tu Ter­ria­nina był co naj­mniej nie­roz­sądny. Poza tym, jeśli Rivena... - Elf urwał, a Nemetti rzu­ciła mu zasko­czone spoj­rze­nie. - Tak czy siak, musimy przed­sta­wić cię Radzie.

Aleks sie­dział bez ruchu, wpa­tru­jąc się w nich z nie­do­wie­rza­niem. I pomy­śleć, że gdyby tylko nie zachciało mu się dziś po lek­cjach droż­dżówki i lemo­niady, ni­gdy nie spo­tkałby tej zwa­rio­wa­nej elfki i sie­działby już dawno w domu, w swoim pokoju, bez­pieczny i szczę­śliwy! Nie tro­pi­łyby go żadne wilki, żadne elfy nie kaza­łyby mu iść do jakiejś twier­dzy, żeby jakaś rada mogła go sobie obej­rzeć i zade­cy­do­wać, co z nim dalej zro­bić! A całe to zamie­sza­nie przez tę rudo­włosą świ­ru­skę! To wszystko było tak nie­do­rzeczne, że Alek­sowi aż zapie­rało dech w pier­siach, gdy o tym myślał. Jed­nak zda­wał sobie sprawę, że teraz nie ma już odwrotu i jeśli chce dziś wró­cić do domu, musi z nimi pójść. Musi pójść tam, gdzie go zapro­wa­dzą. Miał tylko nadzieję, że wie­dzą, co robią. Wes­tchnął i pod­niósł się z krze­sła, cią­gnąc za sobą ple­cak.

- Dobra. Skoro nie ma innego wyj­ścia, to chodźmy - burk­nął.

- To nie takie pro­ste... - Askir wyraź­nie się oży­wił. - Ale mam pomysł, za mną!

Popro­wa­dził ich do kuchni. Stały tam przy­sa­dzi­ste, kre­mowe szafki, a półki ugi­nały się pod cię­ża­rem naczyń ze szkła i kal­maru wypeł­nio­nych czymś, co wyglą­dało jak wie­lo­barwne fasolki, orze­chy, suszone owoce i kawałki jakichś roślin. Pod pierw­szym oknem, w gli­nia­nych doni­cach, rosły zioła i kwiaty, a pod dru­gim stał poma­lo­wany na zie­lono stół i trzy krze­sła. Za drzwiami na pod­ło­dze tkwiło kilka skrzyń z owo­cami.

Askir schy­lił się i zaczął prze­sta­wiać skrzy­nie, odsła­nia­jąc ukrytą w pod­ło­dze klapę. Otwo­rzył ją i zszedł pierw­szy po stro­mych schod­kach, zabie­ra­jąc ze sobą szklaną karafkę z jakimś gęstym pły­nem. Nemetti i Aleks zeszli za nim, zamy­ka­jąc za sobą klapę. Aleks szybko zorien­to­wał się, po co Aski­rowi potrzebna była karafka. Płyn w środku świe­cił cie­płym, flu­ore­scen­cyj­nym świa­tłem, roz­pra­sza­jąc gęsty mrok pomiesz­cze­nia. Było tu chłod­niej niż na górze. Okrą­gła izba naj­wy­raź­niej peł­niła funk­cję piw­niczki i skła­dzika, bo zasta­wiona była koszami peł­nymi owo­ców, łodyg i liści nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nych roślin, sło­jami z orze­chami i z róż­nego rodzaju prze­two­rami o dziw­nych kształ­tach i kolo­rach. Pod jedną ze ścian stały skrzynki z narzę­dziami, a nad nimi wisiały łuki i koł­czany ze strza­łami. Naj­wię­cej miej­sca zaj­mo­wał jed­nak pół­okrą­gły regał zarzu­cony zbio­rem na pozór przy­pad­ko­wych przed­mio­tów: kolo­ro­wych kamieni, puszek, pude­łek i drob­nych, dzi­wacz­nych narzę­dzi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki