Rozdział 1. Najdziwniejszy dzień
Rozdział 1
Najdziwniejszy dzień
Nemetti biegła parkową alejką, raz po raz oglądając się nerwowo.
Ognistorude, poskręcane w sprężynki włosy uparcie opadały jej na twarz.
Trzej mężczyźni w czarnych skórzanych kurtkach i ciemnych okularach,
którzy jeszcze niedawno za nią biegli, zniknęli jej z oczu. Chyba ich
zgubiła, gdy kilka chwil temu skręciła ostro w boczną ścieżkę biegnącą
dookoła małego jeziorka. Wiedziała jednak, że musi być czujna. Zwracała
na siebie uwagę i łatwo było wypatrzyć ją w tłumie. Czapkę z daszkiem,
którą dał jej dziadek, żeby mogła schować pod nią burzę rudych włosów,
dawno już zgubiła. Loki rozsypały się na plecy i podskakiwały teraz w takt jej biegu, co w połączeniu ze zwiewną zieloną sukienką do kolan i dziwacznymi czerwonymi butami sprawiało, że ludzie oglądali się za nią.
"Na drugi raz muszę skombinować inne ubrania - pomyślała ponuro,
marszcząc swój lekko zadarty nos. - Jeśli w ogóle będzie jeszcze jakiś
drugi raz". Była prawie pewna, że gdy dziadek dowie się o tej pogoni,
nie pozwoli jej tu nigdy więcej przyjść.
Teraz jednak najważniejsze było dostać się na ulicę Krzywego
Zwierciadła, zanim będzie za późno. Wybiegła z parku i na moment
przystanęła, oddychając gwałtownie. Omiotła wzrokiem okolicę, próbując
zorientować się, gdzie jest. Tam! Dróżka wyprowadziła ją kawałek na
prawo od głównej bramy, którą dziś rano weszła w parkowe alejki. Stała
na szerokim chodniku. Ulicą jechały samochody, ale na deptaku znajdowało
się zdecydowanie mniej ludzi niż w parku, co oznaczało, że wtopienie się
w tłum praktycznie nie wchodziło w rachubę. Nemetti jęknęła. "Może
zgubiłam ich na dobre" - pomyślała z nadzieją i obejrzała się. Nikt jej
nie gonił. Ulicą po jej lewej stronie raz po raz przejeżdżał samochód, a ci z nielicznych przechodniów, którzy nie mieli nosów utkwionych w komórkach, jedynie na krótko rzucali w jej stronę zaciekawione
spojrzenia.
Ruszyła biegiem wzdłuż niewysokich bloków, choć teraz już nieco wolniej.
Czuła, że dopada ją zmęczenie. Pomacała ręką pasek w poszukiwaniu
przyczepionej do niego torebki, a w środku tego, po co tu przyszła.
Jest! Buteleczka z wodą była na swoim miejscu. Chociaż tyle. Nagle
poczuła na plecach dziwne mrowienie, a jej serce zaczęło bić szybciej.
Obejrzała się, choć wcale nie musiała. To byli oni. Mężczyźni w czarnych
kurtkach musieli chwilę temu wypaść z parku, bo teraz biegli, zwinnie
mijając przechodniów. Nie spuszczali z niej oczu i wcale nie wyglądali
na zdyszanych.
"A niech to piksja kopnie" - zaklęła w duchu Nemetti i przyspieszyła.
Zaczęła rozglądać się gorączkowo, szukając drogi ucieczki. Po prawej
stronie, między blokami, mignęła jej duża, metalowa brama. Kątem oka
zobaczyła podwórko, a za nim drugą bramę i wylot na równoległą ulicę.
Usłyszała z tyłu przeciągły syk i obejrzała się. Na chodnik, kilkanaście
metrów za nią, wjechał duży samochód dostawczy, na chwilę odgradzając ją
od napastników. Teraz! Nemetti cofnęła się i podbiegła do bramy.
Pokręciła nerwowo okrągłą gałką. Zamknięte. Przekręciła gałkę jeszcze
raz, tym razem nieco wolniej, napierając lekko na bramę. Zamek ustąpił i metalowa furtka otworzyła się z cichym skrzypnięciem. Uciekinierka
zatrzasnęła ją za sobą i wpadła na niewielkie, wewnętrzne podwórko,
stamtąd na kolejny chodnik, a potem skręciła ostro w lewo. Miała
nadzieję, że nie straci orientacji w terenie. "Ulica Czekoladowa" -
głosił napis na tabliczce, którą opatrzony był blok po przeciwnej
stronie ulicy. Nigdy jeszcze tu nie zawędrowała. Zaczęła się denerwować.
Czas mijał, a ona wciąż miała spory kawałek drogi do pokonania.
Obejrzała się, ale chodnik był pusty, jeśli nie liczyć kobiety z jakimś
czworonożnym stworzeniem trzymanym przez nią na sznurku i kilkorga
dzieci z plecakami. Nemetti przez chwilę przyglądała się z ciekawością
sznurkowi, ale zaraz się otrząsnęła. "Skup się!" - zganiła samą siebie.
Nagle jej uwagę przykuł szyld zawieszony na jednym z budynków
kilkadziesiąt metrów przed nią: "To i Owo. Sklep z art. różnymi". Sklep...
To chyba jedno z tych miejsc, gdzie każdemu wolno wejść i nikt o nic nie
pyta. Przyspieszyła kroku. "Schowam się tam na chwilę i upewnię, że nikt
mnie nie śledzi" - postanowiła. Zanim przekroczyła próg budynku,
obejrzała się po raz ostatni, żeby sprawdzić, czy nikt niepożądany nie
widział, jak wchodzi do środka.
Dla Aleksa Piątka ten dzień od początku zapowiadał się inaczej niż
zwykle.
Po pierwsze, alarm w jego komórce nie wiedzieć czemu nie zadzwonił, co
sprawiło, że chłopiec zaspał. Pani Krystyna Piątek, jego mama, wróciwszy
z porannego spaceru z Nelą, podpalanym owczarkiem szkockim, ze
zdumieniem odkryła, że o wpół do ósmej Aleksa nie ma jeszcze w kuchni
przy śniadaniu. Zajrzała do jego pokoju i zastała go śpiącego w najlepsze.
- Aleks, wstawaj! Spóźnisz się do szkoły! - zawołała, energicznie
podchodząc do okna i rozsuwając zasłony.
Chłopiec skrzywił się i zacisnął powieki, próbując odeprzeć atak ostrego
porannego światła, które wdarło się do pokoju.
- Aleks! - powtórzyła mama, zrywając z niego kołdrę.
Jej krótkie ciemnoblond włosy były jeszcze w porannym nieładzie, a duże,
piwne oczy wpatrywały się w niego niecierpliwie.
- Litości - jęknął chłopiec. Przetarł oczy i nieprzytomnym wzrokiem
zerknął na wiszący na ścianie zegar z tarczą imitującą boisko do piłki
nożnej. Dostał go od ciotki Felicji, kiedy obie z mamą próbowały jeszcze
nakłonić go do uprawiania jakiegoś sportu. Przez chwilę gapił się w niego jak w ogromny, zielony pączek przyklejony do ściany, aż w końcu
cyfry na tarczy zegara zaczęły nabierać sensu. - Za dwadzieścia ósma?! -
wrzasnął i wyskoczył z łóżka.
Wciągnął na siebie jeansy i bluzę, po czym wpadł do łazienki. Chlusnął w twarz wodą i kilkoma ruchami przeczesał zbyt długie włosy koloru
mlecznej czekolady, starając się jak zwykle ukryć pod nimi zdecydowanie
za duże, odstające uszy. Westchnął i przez moment ponuro przyglądał się
swojemu odbiciu w lustrze. Był chudy i niski jak na swój wiek, i mimo że
mama ciągle twierdziła, że kiedyś się wyciągnie, bo jego tata był
przecież wysoki, to niemal stracił już nadzieję, że kiedykolwiek dogoni
pod tym względem rówieśników. Zresztą... wcale nie wiedział, czy jego tata
był wysoki. Może mama tylko tak mówiła, żeby dodać mu otuchy? W końcu
ile można było wyczytać z kliku wyblakłych i pogniecionych od ciągłego
oglądania fotografii? Sięgnął po szczoteczkę do zębów, starając się
skierować swoje myśli na coś przyjemnego. Urodziny! Za trzy miesiące
skończy jedenaście lat i jeśli ciotka Felicja nie żartowała, mówiąc, że
dorzuci mu brakującą kwotę na jego wymarzony zestaw do VR, może w końcu
będzie mógł go kupić? Uśmiechnął się do siebie. Ciotka Felicja była
naprawdę super.
- Aleks! Pospiesz się! Już prawie ósma! - krzyknęła mama przez drzwi.
"A niech to" - zaklął w duchu. Szybko wytarł twarz ręcznikiem i wypadł z łazienki. Porwał wypchany książkami plecak i przygotowaną wcześniej
przez mamę kanapkę z serem, którą połknął w trzech kęsach, zanim jeszcze
zdążył wybiec z klatki numer trzy bloku przy ulicy Słonecznej. Gdyby nie
pośpiech, ucieszyłby się na pewno, że dzień zapowiadał się pogodnie, co
niewątpliwie dawało nadzieję na rychłe nadejście wiosny. A Poziomki
Wielkie, jego rodzinne miasto, wiosną wyglądały najpiękniej.
W drodze do szkoły, jak zwykle, natknął się na panią Zosię, starszą
sąsiadkę z parteru, która dreptała po zakupy do osiedlowego sklepiku.
"Ona też musiała dziś zaspać" - pomyślał ze zdziwieniem, przeskakując
przez jej rudego kota perskiego Puszka, który zdążył już rozłożyć się na
środku chodnika i łapał pierwsze tego dnia słoneczne promienie. Aleks
krzyknął: "Dzień dobry!" i pognał dalej, w dół ulicy Słonecznej.
Już wiedział, że się spóźni, a dzisiejszy dzień był najgorszym, jaki
mógł sobie na to wybrać. Pierwszą miał matmę z Kudłatą, najbardziej
złośliwą i nielubianą nauczycielką w szkole, która nie cierpiała
spóźnialskich. Gdy była w złym humorze, czyli właściwie zawsze,
potrafiła wyrzucić delikwenta na korytarz i wpisać nieobecność. "Że też
musiałem zaspać akurat dzisiaj!" - jęknął w duchu Aleks i poprawił
plecak, który w biegu zsunął mu się z ramienia. Nagle usłyszał, że ktoś
go woła.
- Hej! Aleks! Podwieźć cię?
Obejrzał się i niemal podskoczył z radości. Może jeszcze nie wszystko
stracone? To ciotka Felicja, młodsza o dobrych kilka lat siostra mamy,
uśmiechała się do niego szeroko ze swojego niebieskiego opla corsy.
- Jasne! Cześć, ciociu! - krzyknął i podbiegł do samochodu.
Usadowił się na miejscu pasażera. Ciotka jak zwykle wyglądała ładnie:
kolorowa sukienka w kwiaty, delikatny makijaż i ta bijąca od niej
pozytywna energia. Ciemne włosy upięła w luźny młodzieżowy kok, a duże,
piwne oczy wpatrywały się teraz w Aleksa z życzliwą troską. Chłopiec
odetchnął z ulgą.
- Zaspałeś - stwierdziła rzeczowo ciotka, wciskając gwałtownie pedał
gazu i włączając się do ruchu. - Pewnie znów do późna grałeś na
komputerze. Wiesz, że nie mam nic przeciwko komputerom, ale powinieneś
mieć też inne zainteresowania, z kolegami się spotykać, sport jakiś
uprawiać... W zdrowym ciele zdrowy duch! - Ciotka uśmiechnęła się pod
nosem, jakby zadowolona z dobrze użytego sloganu.
- Ale ja uprawiam sport. E-sport - oznajmił Aleks, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu.
Ciotka pokręciła z rezygnacją głową.
- Jasne. Tylko bzdury ci w głowie. A ja mówię poważnie!
Aleks pomyślał, że ciotka nie ma racji. Miał zainteresowania. Lubił
przecież rysować, wymyślać sceny z fantastycznych światów, które mogłyby
być miejscem akcji nowych gier komputerowych. W szufladzie jego biurka
leżał gruby zeszyt pełen wyimaginowanych postaci i nieistniejących
krain. Lubił też czytać i jeździć na rowerze. Nie miał jednak ochoty
wdawać się teraz z ciotką w dyskusje.
- A co ty tu robisz? Nie masz dziś wykładów? - spytał, zmieniając temat.
Ciotka nagle spochmurniała.
- Odwołane. Nie powiem, żeby studenci się tym przejęli. A zaliczenia
niedaleko! - Oderwała prawą rękę od kierownicy i pogroziła palcem
niewidzialnemu studentowi, a potem zmieniła bieg i nacisnęła pedał gazu
tak mocno, że Aleksem szarpnęło. Ciotka prowadziła jak zawodowy kierowca
Formuły 1, choć Aleks czasem zastanawiał się, czy to, że jeszcze nigdy
nie miała wypadku, naprawdę było wynikiem jej nadzwyczajnych zdolności i refleksu, czy po prostu szczęścia. - No przecież się spieszysz! -
rzuciła z wyrzutem, widząc, jak kurczowo łapie się fotela. Aleks
skwapliwie pokiwał głową. Ryzyko odniesienia trwałych obrażeń w wypadku
samochodowym wydało mu się w tej chwili zupełnie akceptowalne wobec
perspektywy spóźnienia się na matematykę.
- No więc jadę na zebranie wydziału - ciągnęła ciotka, nieco
udobruchana. - Mamy nowego dziekana. Jest informatykiem, i to tej samej
specjalizacji co ja, więc mam nadzieję, że poprze mój projekt stworzenia
nowego kierunku. A właśnie! Słuchaj... Syn koleżanki chodzi na karate.
Podobno bardzo mu się podoba. Mogłabym cię z nim zapoznać.
- Ciociu - jęknął Aleks, łapiąc się drzwi, żeby nie wpaść na ciotkę,
kiedy ta wyjątkowo ostro wzięła kolejny zakręt. - Już o tym mówiliśmy.
Nie lubię rywalizacji, zorganizowanego sportu i nie chcę poznawać nowych
kolegów.
Odwrócił głowę, spoglądając w okno. Miał nadzieję, że ciotka nie będzie
kontynuować tego tematu, bo nie miał teraz ochoty na dyskusje o swoim
życiu prywatnym. Był pewny, że ani mama, ani ciotka nie zdawały sobie
sprawy, że to raczej koledzy nie okazywali mu zainteresowania, a nie on
im. Zresztą kto chciałby kumplować się z kimś, kto nie potrafi nawet
przerzucić piłki przez boisko przy grze w dwa ognie? Ci bardziej
złośliwi nazywali go nawet Mizerią, ale już się do tego przyzwyczaił.
Dla innych był po prostu niewidzialny. Tylko jedna osoba traktowała go
jak kumpla, a nawet... przyjaciela. Na myśl o nim Aleks lekko się
uśmiechnął. Daniel - jasnowłosy, niebieskooki chłopiec, z którym
przyjaźnił się od przedszkola. Daniel był średniego wzrostu, średniej
budowy, był średni z matmy i średni na wuefie i może dlatego nikt się go
nie czepiał, a wielu nawet lubiło. Z pewnością mógłby znaleźć sobie
dziesięciu innych, ciekawszych kolegów niż Aleks, ale on zdawał się tego
nie dostrzegać. Na szczęście dla Aleksa nikt nie wypominał Danielowi
przyjaźni ze szkolną fajtłapą, być może dlatego, że od czasu pewnego
incydentu w jednej ze starszych klas wszyscy w szkole wiedzieli, że
wujek Daniela był policjantem.
Aleks nagle zdał sobie sprawę, że ciotka wciąż coś do niego mówi.
- Wiem, wiem - ciągnęła, wzdychając ciężko - że masz inne
zainteresowania, ale nic nie poradzę na to, że będę próbować. Jesteś dla
mnie jak syn i nieba bym ci przychyliła. Nie mogę patrzeć, jak siedzisz
popołudniami sam w tym swoim pokoiku. Chłopcy w twoim wieku powinni
spędzać czas z rówieśnikami! Tak, tak, wiem, masz Daniela. I świetnie.
Takie przyjaźnie są bezcenne. Ale naprawdę, przydałoby się jeszcze kilku
kolegów. Ja w twoim wieku...
- Nie przejmuj się, ciociu. Mnie to pasuje - przerwał jej Aleks, lekko
zniecierpliwiony.
Miał już trochę dość słuchania uwag na swój temat.
Ciotka Felicja znów westchnęła i zamilkła, skupiając wzrok na jezdni.
- Hej, a może wybierzemy się w weekend do kina? - rzuciła po chwili
pojednawczym tonem. - Wychodzi ten nowy film o człowieku-wężu.
- Jasne - odparł Aleks, wzruszając ramionami.
Skręcili w ulicę Szkolną. Jechali teraz nieco wolniej i chłopiec poczuł
ulgę, gdy zobaczył, że kilkoro uczniów biegnie jeszcze chodnikiem. A więc nie był ostatni. Zatrzymali się na poboczu, na wysokości wejścia na
szkolny dziedziniec.
- No to jesteśmy - sapnęła ciotka. - Jak się pospieszysz, to jeszcze
zdążysz - stwierdziła, spoglądając z zadowoleniem na zegarek na desce
rozdzielczej.
- Uratowałaś mi życie - powiedział Aleks, gramoląc się z auta. - Serio.
Kudłata by mnie zamordowała. A tak może tylko powiesi za nogi pod
tablicą.
Ciotka Felicja parsknęła śmiechem.
- Przemyśl jeszcze to karate! - rzuciła za oddalającym się siostrzeńcem,
a potem zawróciła i odjechała z piskiem opon.
Aleks przeciął biegiem boisko, mijając plac z drabinkami i kierując się
w stronę głównego wejścia.
- Patrzcie! Mizeria się dziś spóźni na lekcje! - Dobiegł go od strony
huśtawek drwiący śmiech jakiegoś siódmo- albo ósmoklasisty.
Aleks nawet się nie obejrzał. Biegł ile sił w nogach, aż nagle, gdy był
już jakieś dwadzieścia metrów od drzwi, zwolnił, czując, że żołądek
ściska mu się w supeł. Na murku okalającym szerokie schody prowadzące do
środka zobaczył cztery postaci. Zaklął w duchu. To banda Strasznego
Zbyszka znów postanowiła zerwać się z lekcji i umilić sobie czas
terroryzowaniem młodszych. Aleks wiedział, że to nie on był ich głównym
celem, a mimo tego był pewny, że go zaczepią. Tacy jak oni nie
przepuszczali żadnej okazji. Nie miał jednak wyjścia. Jeśli chciał
dostać się na lekcję, musiał jakoś koło nich przejść. Obejrzał się za
siebie. Pryszczaty dryblas na huśtawce przyglądał mu się ze złośliwym
uśmiechem, a tuż za rogiem przyczaiła się trójka spóźnialskich, tych
samych, których Aleks minął przed chwilą samochodem. Węsząc kłopoty,
najwyraźniej postanowili przyczaić się i obserwować rozwój wypadków z ukrycia. Aleks wiedział, że nie ma co liczyć na posiłki. Ruszył wolnym
krokiem w stronę schodów.
- Hej! Mizeria! Gdzie tak lecisz? - zawołał Straszny Zbyszek, kiedy
Aleks był już dostatecznie blisko, żeby go usłyszeć. Przeżuwał właśnie
trzymaną w ręce kanapkę.
"Pewnie zabrał ją jakiemuś dzieciakowi" - skonstatował Aleks z odrazą.
Udał, że nie dosłyszał wołania, i szedł dalej, przyspieszając kroku.
Wzrok wbił w chodnik. Gdyby tylko zostawili go w spokoju...
- Do ciebie gadam, Dyzio. Dyzio Marzyciel! Coś tak zaniemówił? - zadrwił
Zbyszek, a jego kumple zarechotali. - Nie mył żeś dziś tych swoich
wachlarzy czy jak?
Radek z siódmej C zakrztusił się od śmiechu. Aleks był już przy
schodach. Uszy paliły go z upokorzenia i złości. Zwolnił. Zbyszek skinął
głową na Radka, a ten natychmiast zeskoczył z murku, zrobił kilka kroków
w kierunku Aleksa i pchnął go tak, że ten zachwiał się, stracił
równowagę i upadł do tyłu na betonowe płytki. Na szczęście plecak
zamortyzował uderzenie i Aleks otarł sobie tylko prawy łokieć. Bandzior
zarżał jak koń, ukazując rządek pożółkłych zębów, w którym brakowało
górnej dwójki. Odgarnął z czoła tłuste strąki włosów i zerknął
głupkowato na swego wodza. Straszny Zbyszek prychnął.
- No i było się nie odzywać? A starczyło się ładnie przywitać. Gdzie tak
zasuwasz, chuderlaku? Myślisz, że se bez ciebie nie poradzą? Takiś
łebski?
Łobuzy zarzęziły z radości, każdy w swojej tonacji. Aleks skupił się na
tej kakofonii, starając się pohamować napływające do oczu łzy. Był
wściekły - wściekły, że nie potrafił się im przeciwstawić, wściekły, że
banda Strasznego Zbyszka znów zatryumfuje. Zaczął się niezdarnie
podnosić, otrzepując spodnie i oglądając łokieć. Na szczęście w kurtce
nie było dziury.
- A teraz zmiataj, pókim dobry. Masz dziś fajrant - syknął Zbyszek i wrócił do konsumowania kanapki.
Aleks zacisnął zęby i poprawił ubranie. Czyli to już koniec. Nie dotrze
dziś na matematykę. Zerknął na drzwi, jakby miał nadzieję, że coś
jeszcze się wydarzy, że jednak jakoś uda mu się koło nich przejść.
- No zjeżdżaj! - ryknął Zbyszek tracąc cierpliwość, a potem nachylił się
w jego stronę i wycedził ze zmrużonymi oczami: - Chyba że chcesz
oberwać.
Aleks nie chciał. Odwrócił się i ruszył wolnym krokiem przez boisko.
Rozległ się dzwonek na pierwszą lekcję. Może woźny wpuści go bocznym
wejściem? Tylko czy to ma sens? Przecież i tak się spóźni i Kudłata go
wyrzuci. Ale jeśli wcale się nie pojawi, to matematyczka może powiadomić
wychowawcę, wychowawca mamę, a mama jak zwykle będzie żądać wyjaśnień.
Aleks skrzywił się na samą myśl.
I nagle, jak na zawołanie, usłyszał głos pana Andrzeja. Wychowawca klasy
szóstej B i zarazem nauczyciel techniki zbliżał się właśnie dziarskim
krokiem do wejścia.
- Chłopcy! Co wy tu robicie?! Na lekcje! Już! - zawołał w kierunku
okupujących murek bandziorów. - Piątek, a ty gdzie się wybierasz?
Aleks jeszcze nigdy tak się nie ucieszył na jego widok. Natychmiast
zawrócił. Straszny Zbyszek i jego kompani w mgnieniu oka stracili tupet.
Zeskoczyli z murku i ociągając się, weszli do środka. Ich plan
przyjemnego spędzenia kilku pierwszych godzin szkoły spalił właśnie na
panewce. "Może ten dzień nie będzie jednak taki zły?" - pomyślał Aleks i pomknął ile sił w nogach na matematykę.
Spóźnił się na tyle, że Kudłata, rzucając groźne błyski znad swoich
lekko przyciemnionych jak zepsute fotochromy okularów, kazała mu zostać
pod tablicą i zademonstrować całej klasie rozwiązanie szczególnie
paskudnego zadania domowego z procentów. Aleks kątem oka wyłapał kilka
złośliwych uśmiechów z tylnych ławek. Chcąc nie chcąc chwycił do ręki
kredę i dopiero po piętnastu minutach, kiedy dobrnął do końca, pocąc się
i na przemian to dopisując, to ścierając cyfry brudną gąbką, jakby w nadziei, że rozmazana kreda ukryje jego niewiedzę, Kudłata z miną
złośliwego trolla zanotowała coś w dzienniku i łypiąc na niego groźnie,
pozwoliła mu usiąść.
Aleks z ulgą opadł na krzesło. Dopiero teraz zauważył, że miejsce obok
jest puste. Daniela nie było. "Może się rozchorował" - pomyślał i humor
jeszcze bardziej mu się zepsuł. Nie lubił być w szkole sam. Wyjął z plecaka książki i zeszyty i zaszył się w kąt ławki, mając nadzieję, że
to już ostatnia nieprzyjemna rzecz, jaka go tego dnia miała spotkać. Na
szczęście reszta lekcji przebiegła w miarę normalnie, a kiedy cztery
godziny później klasie szóstej B oznajmiono, że ostatnia lekcja,
przyroda, zostaje odwołana, Aleks odetchnął z ulgą i poczuł nawet coś na
kształt radości. Oznaczało to bowiem, że wróci wcześniej do domu i będzie miał więcej czasu na testowanie nowej gry, zanim mama wróci z pracy i zagoni go do lekcji albo pomocy przy obiedzie! Pełen dobrych
myśli, omijając szerokim łukiem podpierające ściany grupki
ósmoklasistów, ruszył ulicą Szkolną w stronę domu. Postanowił nadłożyć
nieco drogi i uczcić tak miło rozpoczęte popołudnie drożdżówką i butelką
napoju gazowanego, zakupionymi w sklepiku To i Owo przy ulicy
Czekoladowej. Sklepik prowadziła znajoma mamy z czasów szkolnych, pani
Stasia, która czasem dorzucała Aleksowi coś za darmo - paczkę żelków,
batona albo paluszki. Żałował jedynie, że był sam. O ileż fajniej byłoby
dzielić radość z tak dobrze zapowiadającego się popołudnia z przyjacielem. Postanowił, że gdy tylko wróci do domu, zadzwoni do
Daniela. Może nawet go odwiedzi? Słońce świeciło, ptaki wyśpiewywały
swoje arie do nadchodzącej wiosny i Aleks czuł, że w tej chwili nic nie
jest w stanie zakłócić jego fantastycznego nastroju. Nawet gdyby na jego
drodze stanął teraz Straszny Zbyszek, na Aleksie nie zrobiłoby to
najmniejszego wrażenia. Życie było wspaniałe i nic nie mogło tego
zmienić. Szedł, rozmyślając o czekającym go popołudniu, i nawet nie
zauważył, kiedy znalazł się na ulicy Czekoladowej. Nad jego głową
zakołysał się znajomy szyld "To i Owo. Sklep z art. różnymi". Śmiało
nacisnął klamkę i wszedł do środka.
Rozdział 2. Spotkanie
Rozdział 2
Spotkanie
W sklepiku przy ulicy Czekoladowej było niewielu klientów. Aleks
pozdrowił panią Stasię, która odmachała mu przyjaźnie, a potem stanął
przed lodówką z napojami, nie mogąc się zdecydować, który wybrać.
Nagle jego uwagę przykuła dziewczyna, na oko troszkę starsza od niego,
kucająca za regałem, na wprost lodówki z napojami. Ubrana byłą w dziwaczną, zwiewną zieloną sukienkę z cekinami, a na nogach miała
wysokie, czerwone buty z miękkiego zamszu, które - Aleks mógłby przysiąc
- były oplecione łodygą jakiejś rośliny! Całości dopełniała burza
ognistorudych kręconych włosów, okalająca jej drobną, bladą twarz.
"Pewnie za kogoś się przebrała" - przemknęło Aleksowi przez myśl, ale
zachowanie dziewczyny było równie osobliwe, co jej wygląd. Kryła się
najwyraźniej przed czymś lub przed kimś to kucając, to podnosząc się
ostrożnie i wyglądając niespokojnie w stronę ulicy. W tej chwili Aleks
zobaczył przez sklepowe okno dwóch rosłych mężczyzn biegnących
chodnikiem. Ubrani byli w czarne, krótkie skórzane kurtki i ciemne
okulary. "Wyglądają jak agenci z Matrixa" - pomyślał z rozbawieniem
chłopiec. Mężczyźni zatrzymali się na chwilę przed sklepem, nasłuchując
i rozglądając się na wszystkie strony, a potem jeden z nich wskazał
palcem coś w górze ulicy i obaj pobiegli w tym kierunku. Aleks przeniósł
wzrok na dziewczynę kulącą się za regałem. Wyglądała na zdenerwowaną.
Tak, to pewnie jej szukali mężczyźni w czarnych kurtkach. "Pewnie to
ochroniarze, a ona coś przeskrobała" - pomyślał i nagle, wbrew temu, co
podpowiadała logika, zrobiło mu się jej żal. Nie wyglądała groźnie.
Przywodziła na myśl raczej kociaka umykającego przed bandą myśliwskich
psów. Przygryzła usta i znowu ostrożnie wyjrzała zza regału.
- Poszli już - powiedział cicho Aleks.
Podniosła głowę. Przez krótką chwilę przyglądała mu się z uwagą, jakby
nie zrozumiała, co powiedział.
- Jesteś pewien? - spytała szeptem.
Pokiwał głową. Odetchnęła i z ulgą usiadła na podłodze, opierając się
plecami o regał. Kilka poskręcanych w sprężynki loków opadło jej na
twarz. Wprawnym ruchem ręki założyła je za trochę za duże i lekko
spiczaste uszy. "O rany, jeszcze dziwniejsze niż moje" - pomyślał Aleks
i ogarnął go przypływ mieszaniny współczucia i sympatii do tej dziwnej
osobniczki. Dziewczyna jeszcze raz zerknęła w stronę ulicy i upewniwszy
się, że mężczyzn w czarnych kurtkach rzeczywiście tam nie było, wstała,
wygładziła sukienkę i rozejrzała się po sklepie. W końcu jej wzrok znów
padł na Aleksa.
- Czy... czy jest tu jakieś tylne wyjście? - spytała konspiracyjnym
szeptem.
Aleks uniósł brwi.
- Jest - odpowiedział nieco zdezorientowany
Znał sklepik pani Stasi bardzo dobrze i wiedział, że przez zaplecze
można wyjść na małe podwórko, a stamtąd na równoległą ulicę, ale
uciekinierka nagle wydała mu się zbyt pewna siebie jak na ofiarę jakichś
nadgorliwych ochroniarzy. A może naprawdę coś przeskrobała? I to coś
poważnego? Dziewczyna musiała wyczuć jego wahanie.
- Słuchaj, wiem, że to kiepsko wygląda - powiedziała, wpatrując się w niego błagalnym wzrokiem - ale ja naprawdę nic nie zrobiłam. To tamci są
źli. - Wskazała głową w stronę sklepowej witryny. - Musisz mi uwierzyć.
- Po chwili wyprostowała się i wyciągnęła do Aleksa rękę. - Jestem
Nemetti - rzuciła, uśmiechając się szeroko.
Ten z wahaniem ujął jej dłoń, a Nemetti mocno ją ścisnęła i potrząsnęła
nią porządnie. Aż nazbyt porządnie, jak na kogoś tak filigranowego.
- Aleks - wydukał chłopiec.
Nemetti nagle spoważniała, zbliżyła do niego swoją twarz i ponownie
zniżyła głos:
- Jeśli mi nie pomożesz, nie zdążę i nie będę mogła wrócić. Proszę -
jęknęła.
Wyglądała tak żałośnie, że Aleks musiał dać za wygraną. "Wyprowadzę ją i się odczepi" - pomyślał.
- Dobra.
Podszedł do pani Stasi i zamienił z nią kilka słów, wskazując na
Nemetti, a potem na przejście za ladą. Pani Stasia skinęła głową i podniosła ruchomą część lady. Oboje przecisnęli się na zaplecze, a potem
przez wąskie drzwi wyszli na małe podwórko między blokami.
Nemetti zaczęła rozglądać się nerwowo.
- Mam dwie kwadriny, żeby dostać się na miejsce - mruknęła.
Jej wzrok padł na motocykl zaparkowany pod jednym z wejść do bloku.
- Umiesz tym jeździć? - spytała, odwracając się w jego stronę.
- Motocyklem? - pytanie zbiło go z tropu. - Trochę. Dziadek kiedyś mnie
uczył... Ale... - Nagle oprzytomniał. - Chyba nie myślisz, że cię gdzieś nim
podrzucę? Jestem za młody i nie mam prawa jazdy! Nie ma mowy. A w ogóle...
to nie mamy kluczyków.
Ale Nemetti już go nie słuchała. Stanęła przy motocyklu i dotknęła ręką
stacyjki, a lampki na desce rozdzielczej rozbłysły.
- Ty chyba oszalałaś! Przecież to nie twój motocykl! - zawołał.
Zaczął żałować, że w ogóle jej pomógł.
- Mój - skłamała lekko Nemetti.
- Akurat - żachnął się Aleks i zaczął szukać w plecaku komórki.
- No, na co czekasz, wskakuj! - ponagliła go.
- Zwariowałaś? Dzwonię na policję!
- I co im powiesz? Że pomogłeś mi uciec? - Nemetti popatrzyła na niego z dobrodusznym uśmiechem i błyskiem tryumfu w oku.
Aleksowi zrobiło się niedobrze. Miała rację. Przecież pomógł jej
wydostać się tylnym wyjściem ze sklepu. Ale czy policja mogła go o coś
oskarżyć? Nie wiedział przecież, że pomaga przestępcy! A ona? Albo
uciekła z wariatkowa, albo jest kryminalistką!
- Dzwonię! - krzyknął odważnie.
Nemetti westchnęła ciężko, wywróciła oczami i podeszła do niego.
- Przepraszam, ale naprawdę potrzebuję twojej pomocy. To bardzo ważne.
Nie pozostawiasz mi wyboru - powiedziała i machnęła ręką w powietrzu
gdzieś na wysokości jego oczu.
Aleks był w trakcie wystukiwania numeru alarmowego policji, ale nagle
coś kazało mu przestać. Jego ręka schowała telefon do kieszeni a ciało
zdawało się oczekiwać na rozkazy. Co u licha?
- A teraz wskakuj i jedziemy! - zawołała żywo Nemetti.
"Nigdy w życiu!" - pomyślał Aleks i... skierował się posłusznie w stronę
motocykla. "Co jest?!" - chciał krzyknąć, ale z jego ust nie wydobył się
nawet jęk sprzeciwu. Zamiast tego włożył kask wiszący na kierownicy,
wsiadł na skórzane siedzenie, nadepnął pedał gazu i ku swej rozpaczy
usłyszał, że silnik zaskoczył. Nemetti usiadła za nim.
- A teraz na ulicę Krzywego Zwierciadła - wyszeptała mu do ucha.
Pomknęli. Zrazu trochę niepewnie, co zdradzało niedoświadczonego
kierowcę, ale już po chwili wtopili się w normalny wczesnopopołudniowy
ruch. Aleks przez chwilę próbował walczyć ze swoim ciałem, ale po kilku
minutach zrozumiał, że to nic nie da i zamiast tego skupił się na
jeździe. Skręcili w dobrze Aleksowi znaną ulicę Słoneczną. Minęła ich
ciężarówka i motocykl zachwiał się niebezpiecznie, ale na szczęście
udało im się odzyskać równowagę. Przy następnym zakręcie zajechali drogę
rowerzyście, który pokazał im, co o tym myśli. Aleks chciał nawrzeszczeć
na Nemetti, że naraża i jego, i siebie. Chciał wykrzyczeć, że jest za
młody, żeby prowadzić! Że jak złapie ich policja, to będzie miał
problemy, a ani mama, ani nikt inny nie uwierzy, że zrobił to wbrew
swojej woli, ale nie mógł wydobyć z siebie ani jednego dźwięku. Zjechali
w boczną ulicę i sunęli teraz między skupiskami niskich bloków,
poprzedzielanych niewielkimi, smutnymi jeszcze po zimie skwerami. Po
lewej stronie mignął mu jakiś billboard. Aleks dokładnie wiedział, gdzie
jechać, mimo że nigdy wcześniej tu nie był i nigdy nawet nie słyszał o ulicy Krzywego Zwierciadła. Czuł się, jakby ktoś załadował mu dane z GPS-a prosto do głowy.
- To tutaj! Zatrzymaj się! - krzyknęła nagle Nemetti, a gdy Aleks
wykonał polecenie, zeskoczyła z motocykla.
Znajdowali się przed wysokim, szarym blokiem. Obok drzwi do klatki
widniał numer 4, a napis na niebieskiej tabliczce przymocowanej do
ściany budynku głosił: "ul. Krzywego Zwierciadła".
- Chyba się uda! Chodź! - pociągnęła Aleksa za rękaw, trochę za mocno.
Ten nie zdążył jeszcze zsiąść z motocykla, zachwiał się i uderzył głową
o kierownicę.
- Auu... Przepraszam. - Nemetti skrzywiła się, jakby ją to zabolało. -
Dasz radę? Szkoda, że nie wzięłam maści ze smertojadu.
Aleks poczuł, jak do oczu napływają mu łzy bólu i bezsilnej wściekłości.
Czy ona sobie jeszcze na dodatek z niego żartuje?
- Chodź! Nie ma czasu!
Dziewczyna szybkim krokiem podeszła do bramy, dotknęła ręką domofonu -
zamek odskoczył i brama stanęła otworem. Przeskakując po dwa stopnie,
wbiegli na drugie piętro. Ciemnozielone drzwi z numerem 4 chyba nie były
zamknięte, bo wystarczyło nacisnąć klamkę, by otworzyły się, lekko
poskrzypując. Weszli do środka. Nagle Aleks uświadomił sobie, że
odzyskuje kontrolę nad swoim ciałem. Poruszył powoli palcami u rąk,
ramionami, uniósł prawą nogę.
- Co to ma znaczyć?! - wrzasnął do Nemetti. - Co ty mi zrobiłaś?!
- Jeny... Mówiłam, że przepraszam, naprawdę nie miałam wyboru - oznajmiła,
podchodząc do wiszącego w przedpokoju lustra.
Było naprawdę ogromne, sięgało od podłogi niemal do sufitu. Dziewczyna
zaczęła intensywnie wpatrywać się w jego powierzchnię.
- A teraz, skoro już wróciłeś do siebie, dziękuję ci bardzo za pomoc.
Naprawdę! Bez ciebie bym sobie nie poradziła. Możesz już iść - rzuciła
przez ramię, dalej badając uważnie wzrokiem taflę lustra. - Nagle
odwróciła się i spojrzała na Aleksa, jakby coś jej przyszło do głowy. -
Hej, a może po drodze odwiózłbyś ten... ten dziwny pojazd na miejsce, co?
Ktoś pewnie będzie go szukał. - Uśmiechnęła się, unosząc wyczekująco
brwi. Chyba uważała to za świetny pomysł.
Aleks wybałuszył na nią oczy pewny, że się przesłyszał. Poczuł, jak
dłonie zaciskają mu się w pięści, a serce zaczyna bić, jakby przebiegł
ten dystans, który przed chwilą pokonali motocyklem.
- Odwieźć pojazd? - wykrztusił. - Na miejsce? Ty chyba naprawdę jesteś
nienormalna! I jeśli myślisz, że tak po prostu sobie stąd teraz pójdę,
to... to się mylisz! Albo mi powiesz, o co tutaj chodzi i co mi zrobiłaś,
albo... albo... - żadna rozsądna groźba nie przychodził mu do głowy,
zwłaszcza że argument z telefonem na policję już wykorzystał - albo się
stąd nie ruszę! - Zdjął z ramienia plecak i postawił go na podłodze
przed sobą na znak, że zamierza dotrzymać słowa.
Na widok jego zaciętej miny Nemetti westchnęła z rezygnacją i znów
przewróciła oczami, jakby miała do czynienia z niezwykle upartym
dzieckiem. Już otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, zapewne coś bardzo
lekceważącego, gdy nagle jej wzrok padł na plecak Aleksa. Zamarła. Stała
z rozdziawionymi ustami, jakby zobaczył ducha. Przez chwilę wlepiała
oczy to w plecak, to w Aleksa, aż w końcu oprzytomniała. Minę miała
stanowczą, jakby powzięła jakąś decyzję. Odwróciła się z powrotem w stronę lustra i wpatrując się w nie w skupieniu, uniosła obie ręce i rozłożyła dłonie płasko, kilka centymetrów przed jego powierzchnią.
Tafla lustra zaczęła falować, jakby była płynną rtęcią. Aleks był już
teraz zupełnie pewny, że to sen. Zaraz zadzwoni alarm i mama wejdzie do
jego pokoju, żeby sprawdzić, czy już nie śpi. Budzik jednak jakoś nie
dzwonił, a Nemetti zachowywała się coraz dziwaczniej. Wyciągnęła rękę i przebiła nią taflę lustra, które ugięło się, a potem wysprężynowało z powrotem do swojego pierwotnego położenia. Przez chwilę dłoni Nemetti
nie było widać. Test musiał wypaść pomyślnie, bo dziewczyna wycofała
powoli rękę i spojrzała na Aleksa, który stał jak wryty, obserwując całą
tę scenę z rosnącym osłupieniem. Nemetti tego się najwyraźniej
spodziewała. Zwróciła się ku niemu, jedną ręką chwyciła plecak, drugą
chłopca i pociągnęła go za sobą w stronę lustra, tak, że oboje zniknęli
po jego drugiej stronie.
Rozdział 3. Po drugiej stronie lustra
Rozdział 3
Po drugiej stronie lustra
Po drugiej stronie lustra najpierw było ciemno, a potem Nemetti
otworzyła jakieś drzwi i do środka małego pomieszczenia, w którym się
znaleźli, wdarło się jasne światło. Gdy wyszli na zewnątrz, okazało się,
że tym pomieszczeniem była szafa stojąca w rogu dziwnie umeblowanego
pokoju.
- Dziadku! Mam Klucz! - wykrzyknęła Nemetti.
Rzuciła plecak Aleksa na podłogę i podbiegła do mężczyzny siedzącego
przy starym, masywnym biurku pod przeciwległą ścianą pokoju. Aleks
widział tylko jego szerokie plecy, ale wyglądało na to, że mężczyzna
pochyla się nad czymś w skupieniu. Na widok Nemetti poderwał się z krzesła, chwycił ją w pasie, z łatwością uniósł do góry i zakręcił z głośnym śmiechem.
Aleks rozejrzał się nerwowo po pomieszczeniu, szukając drogi ucieczki
albo czegoś, co choć trochę wyjaśniłoby, gdzie jest i co się z nim
dzieje. W pokoju, prócz biurka, stały łóżko przykryte kolorową narzutą,
pękata komódka z szufladami, a na niej szklana kula wielkości piłki do
nogi. Za plecami Aleksa znajdowała się śmieszna, sięgająca prawie sufitu
starodawna szafa, z której przed chwilą wyszli, oraz regał zastawiony
książkami i przeróżnymi drobnymi przedmiotami - przeznaczenia większości
z nich mógł się tylko domyślać. To jednak, co przykuło jego uwagę, to
wiszące na ścianie łuki i strzały stojące w wysokim koszu w kącie
pokoju. Otwarte drzwi wiodły do kolejnego pomieszczenia, co wskazywało
na to, że pokój był częścią większego mieszkania.
- A już zaczynałem się martwić, że nie zdążysz! - zawołał uradowany
mężczyzna do Nemetti. - Masz wodę? - Zniżył głos do poufnego półszeptu.
- Co? Ach, mam - odpowiedziała Nemetti z roztargnieniem, po czym z przejęciem wskazała na Aleksa. - Ale mam jeszcze coś! Znalazłam Klucz!
To on, dziadku! Ma oko tygrysa!
Dziadek podążył wzrokiem za palcem dziewczyny. Gdy zobaczył Aleksa,
znieruchomiał, tylko jego oczy rozszerzyły się w przerażeniu.
To, co się później wydarzyło, było tak niespodziewane, że Aleks nie
zdążył nawet zareagować. Mężczyzna błyskawicznym ruchem chwycił pierwszy
z brzegu wiszący na ścianie łuk, uzbroił go w strzałę i wycelował w chłopca. Nemetti jednym susem znalazła się przy Aleksie, odgradzając go
od dziadka. Ten popatrzył na wnuczkę nierozumiejącym wzrokiem, ale po
chwili dotarło do niego, co próbowała zrobić. Opuścił łuk i jeszcze
przez chwilę wpatrywał się w nią z niedowierzaniem, aż w końcu odezwał
się w języku, którego Aleks ani nie rozumiał, ani nie potrafił nawet
odgadnąć, z jakiego kraju może pochodzić. Dziadek najpierw mówił z wymuszonym spokojem, który jednak z każdym zdaniem się ulatniał, aż w końcu mężczyzna zaczął wykrzykiwać serię pytań i reprymend, gestykulując
żywo. Nemetti nie pozostawała mu dłużna i tłumaczyła coś podniesionym
głosem, wskazując to na Aleksa, to na plecak, który wciąż leżał obok
niego na podłodze i powtarzając coś, co brzmiało jak "aya tigre". Aleks
stał osłupiały, bojąc się poruszyć. Serce waliło mu jak młot. Był tak
skołowany, że nie wiedział, czy powinien wykorzystać chwilę nieuwagi
swoich porywaczy i uciekać, czy czekać, aż tych dwoje szaleńców
przestanie się kłócić i dojdzie do jakiegoś porozumienia! Coś jednak
mówiło mu, że skoro chce wrócić do domu, to nie powinien oddalać się od
miejsca, przez które się tu dostał, bo w końcu skąd miał wiedzieć, czy
jest tu więcej takich szaf z lustrami, przez które można przejść?
Gwałtowna wymiana zdań trwała jeszcze chwilę, aż w końcu dziadek,
któremu najwyraźniej zabrakło argumentów lub po prostu uznał, że z Nemetti i tak nie wygra, opadł zrezygnowany na krzesło przy biurku i zamilkł.
Aleks odetchnął. Wyglądało na to, że najgorsza burza już minęła. Nemetti
usiadła na łóżku, skubiąc paznokcie i raz po raz spoglądając na dziadka
spode łba. Aleks przyjrzał się uważniej brodatemu mężczyźnie, który
teraz, kiedy nie trzymał w rękach wycelowanego w niego łuku, wyglądał
całkiem niegroźnie, a nawet dobrotliwie. Był barczysty i zapewne już
niemłody, ale nie przywodził też na myśl starca - nie miał siwych włosów
ani zbyt wielu zmarszczek. Jeszcze raz rzucił Nemetti rozczarowane
spojrzenie, a potem skierował wzrok na Aleksa i pocierając ręką krótką,
kędzierzawą brodę, przyjrzał mu się uważnie. Aleks nie mógł nie
zauważyć, jak bardzo mężczyzna był podobny do Nemetti. Miał takie same
ciemne oczy w kształcie migdałów i wąskie usta, a spod zmierzwionych,
kręconych włosów o rudym połysku wystawały nieco wydłużone, spiczaste
uszy. Ubrany był w niebieską, płócienną koszulę sznurowaną na piersiach
i półdługą, brązową kamizelkę, haftowaną w wymyślne wzory. Ale to, od
czego Aleks nie mógł oderwać wzroku, to jego lekko skrząca się skóra.
Twarz, łokcie i przedramiona, dłonie - wszystko jarzyło się delikatnie,
jakby obsypane diamentowym pyłem! Dopiero po chwili dostrzegł, że przez
duże okno wpadało do wnętrza dziwne, niezwykle jasne i jednocześnie
nierażące światło. Aleks przeniósł wzrok na Nemetti i zobaczył, że jej
skóra skrzyła się tak samo, jak skóra jej dziadka. Pomyślał, że może
właśnie to białe światło ma takie właściwości i spojrzał na swoje
dłonie, ale te, mimo że jaśniejsze niż zwykle, były zupełnie matowe. "Co
jest?" - pomyślał zdezorientowany. Czuł, że jego mózg pracuje na
najwyższych obrotach, starając się za wszelką cenę wytłumaczyć to
wszystko, co się dookoła niego działo.
Nagle usłyszał hałas gdzieś na zewnątrz - trzaśnięcie kilku gałązek,
chrobot drobnych kamieni, kroki i jakby węszenie. Hałas zbliżał się i nasilał, aż chłopiec wyraźnie poczuł, że pod oknem coś się porusza i cień przesłonił na chwilę wpadające do pokoju światło. Nemetti i dziadek
spojrzeli na siebie ze strachem. Nemetti, która znajdowała się najbliżej
Aleksa, przyłożyła palec wskazujący do ust, nakazując mu milczenie, po
czym pchnęła go w ciemny kąt pokoju tak, żeby był niewidoczny z zewnątrz. Aleks, wiedziony instynktem, posłusznie przykucnął pod ścianą,
tak bezszelestnie, jak tylko potrafił. Wstrzymał oddech. Zobaczył, jak
Nemetti, blada, wpatruje się w dziadka rozszerzonymi strachem oczami, a ten z niepokojem wsłuchuje się w dochodzące z zewnątrz odgłosy. Nagle
wszystko ucichło, a po kilku kolejnych sekundach rozległ się hałas,
jakby horda psów zerwała się do biegu. Nemetti stała jeszcze chwilę bez
ruchu, nasłuchując w napięciu, a kiedy podejrzane dźwięki całkowicie
ucichły, odetchnęła z ulgą.
- To varule. Już poszły - powiedziała w języku, który Aleks rozumiał i usiadła ciężko na łóżku. Wciąż była blada.
- No widzisz? Trzeba go ukryć - rzucił mężczyzna z wyrzutem, nerwowo
pocierając ręką czoło. Potem wstał i zaczął przechadzać się po pokoju. -
Na pewno go wywęszyły. Wiesz, że nie możemy sprowadzać tu Terrian. Nie
wiadomo, co mu zrobią, jak go znajdą. Pomyślałaś o tym?
Nemetti już otworzyła usta, gotowa wystrzelić w dziadka nową kanonadą
argumentów, ale chyba jednak nic sensownego nie przyszło jej do głowy,
bo wypuściła tylko głośno powietrze i oklapła jak przebity szpilką
balon. Dziadek założył ręce na piersiach i pokręcił głową.
- Tak właśnie myślałem. Musimy cię zaprowadzić do Rady... i do portalu,
chłopcze. I to szybko. - Zwrócił się do Aleksa, marszcząc czoło i w zamyśleniu potarł swą krótką, rudą brodę. - To nie będzie proste, varule
łatwo cię wywęszą. A swoją drogą, dawno ich nie było w wiosce. Ciekawe,
co tu robią.
- Koło fontanny też ich było pełno. Musiałam uciekać - rzuciła Nemetti,
ale zaraz chyba tego pożałowała, bo dziadek wytrzeszczył na nią z niedowierzaniem oczy.
- Co?! Varule cię goniły? Na Mroczne Góry! Mówiłem, że to niebezpieczne!
- Nie denerwuj się, dziadku. On pomógł mi uciec. - Wskazała głową na
chłopca.
Aleksowi opadła szczęka. Poczuł, że oblewa go fala gorąca. Pomógł jej? W niczym jej nie pomógł! Zmusiła go! Już chciał jej wygarnąć, co o tym
myśli, kiedy odezwał się dziadek.
- To wszystko moja wina. - Mężczyzna westchnął i znów opadł na krzesło
przy biurku. - Nie powinienem pozwolić ci iść. Mogłem poprosić Torela
albo Aneę. Nie powinnaś była go tu sprowadzać.
- Ale on jest Kluczem, dziadku! Nie mogłam go tam zostawić - jęknęła
dziewczyna błagalnym tonem.
Aleks teraz już nie wytrzymał. Bolała go głowa i naprawdę zaczynało mu
się robić niedobrze.
- Jakim kluczem? Jakie varule? O co tu w ogóle chodzi?! - zawołał,
wpatrując się w nich rozszerzonymi ze wzburzenia oczami.
Nemetti rzuciła mu niewidzące spojrzenie, skubiąc nerwowo pasek
sukienki, a dziadek wyjął z szuflady gruby, brązowy notes i nachylił się
nad nim, marszcząc czoło.
Aleks poczuł, że ma już zupełnie dość tej dziwacznej sytuacji. Musiał
się stąd wydostać! I to natychmiast! "No jasne! Lustro!" - pomyślał
przytomnie i zaczął powoli przesuwać się w stronę szafy, przez którą się
tu dostał, starając się nie zwrócić na siebie uwagi brodatego mężczyzny
i jego zwariowanej wnuczki. Niestety, gdy był już całkiem blisko,
Nemetti nagle na niego spojrzała. Przestała skubać sukienkę i przyglądała mu się najpierw z zaciekawieniem, aż w końcu, gdy odgadła o co mu chodzi, uśmiechnęła się rozbawiona. Nawet nie ruszyła się z miejsca, żeby go powstrzymać.
Aleksowi się to nie spodobało. Wszedł do szafy, teraz już nie kryjąc się
ze swoim zamiarem, odnalazł lustro, dotknął ręką jego tafli i poczuł pod
palcami zimne, twarde szkło. Spróbował lekko na nie nacisnąć, ale tafla
nawet nie drgnęła. Zaraz, jak ona to zrobiła? Pomachał otwartymi dłońmi
nad powierzchnią lustra - bez skutku. Wspiął się na palce i zaczął
obmacywać ramę od góry i z boków, ale nie znalazł niczego, co by je
uruchomiło. I wtedy właśnie zaczęła do niego docierać powaga jego
położenia. Zrozumiał, że sam się stąd nie wydostanie. Wyszedł z szafy i poczuł, że wzbiera w nim złość i rozpacz. Nie podobało mu się to, że
mówią o nim, ale nie do niego. Nie wiedział, gdzie jest i co się z nim
właściwie dzieje.
- Chcę wrócić do domu! - krzyknął, ile miał sił w płucach. - Nie możecie
mnie tu trzymać! To jest porwanie! Słyszycie?!
Nemetti spojrzała na niego trochę zaskoczona, a trochę zaciekawiona,
natomiast dziadek w tej właśnie chwili znalazł chyba to, czego szukał,
bo pokiwał nad notesem głową, zamknął go głośno, podniósł się z krzesła
i uniósł w górę dłoń w pojednawczym geście.
- Masz całkowitą rację, chłopcze - powiedział, podchodząc do Aleksa. -
Nemetti nie miała prawa cię tu sprowadzać, a już na pewno nie wbrew
twojej woli. Mam nadzieję, że rozumie swój błąd, a ja obiecuję, że
postaram się, żebyś jak najszybciej wrócił do domu, choć... nie będzie to
łatwe. Ale mam pewien pomysł! Najpierw jednak przyjmij moje przeprosiny,
taki brak gościnności rzadko mi się zdarza. Jestem Askir. - Mężczyzna
wyciągnął do niego rękę.
- Aleks - odpowiedział chłopiec i niepewnie uścisnął podaną mu dłoń.
Mimo gotujących się w nim emocji pomyślał, że może wreszcie pojawia się
szansa na uzyskanie wyjaśnień.
- Przepraszam za ten atak - ciągnął Askir. - Myślałem, że wtargnąłeś tu
za Nemetti, że masz złe zamiary i że... może jesteś z Maldokiem. Nie ufamy
już Terrianom - dodał ciszej. - Ale to nie twoja wina, że moja
lekkomyślna wnuczka cię tu ściągnęła. Cóż, młodość nie zna rozsądku i bywa impulsywna, a Nemetti jest tego najlepszym przykładem. - Rzucił
dziewczynie gniewne spojrzenie spod krzaczastych brwi.
Nemetti przysłuchiwała się temu z naburmuszoną miną.
- Ale ja nie mam pojęcia, o co wam w ogóle chodzi! - wyrzucił z siebie
Aleks trochę głośniej niż zamierzał.
- Ech, to długa historia, ale oczywiście należą ci się wyjaśnienia.
Myślę, że najlepiej będzie, jeśli Nemetti sama ci to wszystko
wytłumaczy, skoro to ona cię tu sprowadziła. Prawda, Nemetti?
Dziewczyna zerknęła na Aleksa spode łba, a widząc jego zawzięte
spojrzenie, wywróciła oczami.
- Dobra - bąknęła. - Ale może najpierw coś zjemy? Nie jadłam nic od
śniadania - zwróciła się błagalnym głosem do dziadka.
Askir westchnął.
- Chyba wszystkim nam dobrze zrobi odrobina czegoś pożywnego. Chodźcie.
W pokoju obok, który wyglądał jak połączenie salonu z jadalnią, stał
owalny, drewniany stół i sześć sporych rozmiarów rzeźbionych krzeseł -
przy czym każde wydawało się pochodzić z innego kompletu. Podłogę
przykrywał wyblakły dywan, który, sądząc po wytartych wzorach, kiedyś
chyba był kolorowy, a jeden z kątów pokoju zajmował stary, żółty fotel z podnóżkiem i lampa z plecionym abażurem. Fotel zupełnie nie pasował do
reszty wystroju, ale Aleks wyobraził sobie, że musiał być bardzo
wygodny. Poczuł, jak ogarnia go zmęczenie.
- Siadaj - zachęcił go Askir, odsuwając jedno z krzeseł od stołu.
Aleks zawahał się, ale wykonał polecenie. Zerknął za okna i zobaczył
zalany słońcem kawałek ogrodu: ścieżkę, jakieś dziwne kwiaty, których
nigdy wcześniej nie widział, krzewy, a dalej drzewa. Wytężył wzrok.
Jedno z nich było całe niebieskie, bo z jego gałęzi zamiast liści
zwisały dziwaczne, błękitne trąbki! Potrząsnął głową i odwrócił wzrok.
Nemetti weszła do pokoju z misą pełną wielkich pomarańczowych pomidorów.
Podała po jednym dziadkowi i Aleksowi. Sama zanurzyła zęby w swoim i błogi uśmiech pojawił się na jej twarzy.
Aleks popatrzył na trzymany w ręku owoc. Wyglądał niewinnie, ale kto
wie, czy nie był nasączony trucizną. Zerknął podejrzliwie na Nemetti.
Wycierała właśnie ręką spływający po brodzie sok. Aleks poczuł, że
burczy mu w brzuchu. Nie jadł nic od drugiego śniadania, a owoc wyglądał
naprawdę smakowicie.
- No jedz! To napławdę dobłe - zachęcała Nemetti z ustami pełnymi
soczystego miąższu.
"Raz kozie śmierć" - pomyślał Aleks i ostrożnie odgryzł mały kawałek
pomidora. ŁAŁ! Cóż to był za smak! Słodki, soczysty owoc, zarazem lekko
kwaśny i odrobinę słony, ciutkę pikantny, ale nie na tyle, żeby zabić
jego łagodność - rozpływał się w ustach jak najwspanialsza czekoladowa
trufla. Zawierał najdoskonalszą mieszankę smaków, jaką Aleks potrafił
sobie wyobrazić. Chłopiec poczuł, jak jego ciało napełnia się energią, a wyczerpany wciąż ponawianymi próbami zrozumienia otaczającego go świata
umysł odżywa.
- Co to jest? - spytał z niedowierzaniem, analizując resztki tego
niesamowitego smaku pozostałe na języku po przełknięciu ostatniego kęsa.
- Sapidus - odparła z zadowoleniem Nemetti. - Niezłe, co? Też je bardzo
lubię, chociaż... chyba wolę aranje - dodała po chwili. - Ale sapidusy są
bardzo pożywne. Uprawiamy je nad rzeką - poinformowała rzeczowo.
Aleks uniósł wzrok. W Poziomkach nie było rzeki.
- To... gdzie ja właściwie jestem? - spytał, wpatrując się podejrzliwie w swoich rozmówców.
Askir skrzywił się nieco i spojrzał na Nemetti, jakby chciał powiedzieć
"no i masz", a potem westchnął.
- Widzisz, chłopcze... - zaczął powoli, przyglądając się bacznie swojemu
rozmówcy. - Trafiłeś do Altery. I wiem, że trudno będzie ci w to
uwierzyć, ale... mieszkają tu bardzo różne stworzenia, takie jak... na
przykład jednorożce... czy elfy.
Umilkł na chwilę, wpatrując się w Aleksa z uwagą. Chłopiec zmarszczył
brwi. Czy on sobie z niego żartuje? Jednorożce? Elfy? To jakieś bzdury.
Tylko że ani Askir, ani Nemetti się nie uśmiechali. Wręcz przeciwnie.
Wyglądali na śmiertelnie poważnych. Zaraz, zaraz... elfy? Czyżby on chciał
przez to powiedzieć, że są... elfami? Aleks zamrugał i po raz kolejny
przyjrzał im się uważnie. Spiczaste uszy, błyszcząca skóra... Może to
miało sens? Nie, to zupełnie nie miało sensu! Przecież elfy nie
istnieją! To tylko bajki! Rozejrzał się. Spojrzał na leżące na stole
sapidusy, a potem wyjrzał przez okno, za którym wciąż widać było
niebieskie drzewo powiewające dziwacznymi trąbkami zamiast liści.
Oszołomiony popatrzył na Askira, a ten powoli skinął głową.
- Nemetti, to może ty wyjaśnisz resztę? - elf z przekąsem zwrócił się do
wnuczki.
Nemetti zacisnęła usta, zmarszczyła czoło, jakby zastanawiała się od
czego zacząć, a po krótkiej chwili poprawiła się w krześle i odchrząknęła.
- No więc - zaczęła, unosząc głowę z teatralną powagą i spoglądając na
Aleksa z góry, jak nauczyciel zaczynający nową, niezwykle ważną lekcję -
jesteśmy plemieniem elfów z doliny Abor. - Oparcie jej krzesła było tak
wysokie, że wystawało co najmniej pół metra ponad jej głowę, i może
dlatego Aleks pomyślał, że w swojej zwiewnej sukience i z burzą rudych
włosów wyglądała teraz trochę jak mała dziewczynka udająca dorosłego.
Uśmiechnął się lekko, ale Nemetti na szczęście była tak zajęta swoją
opowieścią, że wcale tego nie zauważyła i ciągnęła: - Dolina Abor to
nasz dom. I wszystko byłoby dobrze, gdyby pewnego dnia nie pojawił się
tu Maldok. No wiesz... Taki zły Terrianin, czyli ktoś z twojego świata.
No... Człowiek. Przyszedł nie wiadomo skąd i po kilku obiegach zaczął nami
rządzić. - Nemetti nachmurzyła się, a w jej oczach pojawiły się groźne
ogniki. - A varule mu pomogły. To ci, co mnie ścigali - wyjaśniła. - W Terrii... To znaczy na Ziemi. Jak się spotkaliśmy. Pamiętasz?
Aleks uniósł brwi, wyraźnie skołowany.
- Ścigali? Masz na myśli tych facetów w czarnych kurtkach i w ciemnych
okularach?
- Tak. Chociaż nie. Czekaj... facetów? Masz na myśli ludzi? Nie, to nie
ludzie - pokręciła głową. - Ale są zmiennokształtni. To znaczy... mogą
zmieniać się w ludzi. No i słuchaj, bo tu zaczyna się cała historia. -
Nemetti nachyliła się w stronę Aleksa, wyraźnie zaaferowana, i zniżyła
poufnie głos. Cała jej pompatyczność już dawno gdzieś wyparowała. -
Rivena przepowiedziała, że od Maldoka może nas uwolnić ktoś z Terrii.
Terrianin, rozumiesz? I ma to mieć coś wspólnego z okiem tygrysa -
powiedziała, wpatrując się w niego z uporem, jakby spodziewała się, że
wszystko jest już jasne i on zaraz krzyknie "aha!".
Ale Aleks rozumiał jeszcze mniej niż przed chwilą. Rivena?
Zmiennokształtni? Oko tygrysa? Co to wszystko, u licha, miało z nim
wspólnego?
Dziadek Nemetti podparł dłońmi czoło, jakby rozbolała go głowa.
- Nemetti, przecież ty nic mu nie wyjaśniłaś. - Westchnął zrezygnowany.
Po chwili się wyprostował. - Dobrze. W takim razie ja to zrobię -
oznajmił i wziął głęboki oddech. - Widzisz, Aleks - zaczął - nasza osada
leży nad rzeką Abor. Kiedyś była ona szeroka i wartka. Jej wody żywiły
las, w którym znajdowaliśmy pożywienie i sprawiały, że cała dolina była
wiecznie zielona i żyzna. Tak mieszkaliśmy sobie spokojnie przez wieki.
Byliśmy na tyle silni, że nikt nie ważył się nas atakować, a mieszkają
tu, w Alterze, różne stworzenia, niektóre groźne i niebezpieczne.
Mieliśmy wszystkiego pod dostatkiem. Pięć obiegów... emm... to znaczy pięć
lat temu to się zmieniło. - Askir zmrużył złowrogo oczy, a rysy mu się
wyostrzyły. - W Szmaragdowej Dolinie, jak też nazywamy dolinę Abor,
pojawił się Maldok i zawrócił bieg rzeki, kierując ją na drugą stronę
Mrocznych Gór. Teraz płynie tu tylko wąski strumień, który pozwala nam
na uprawę jedynie najpotrzebniejszych roślin. Maldokowi i varulom udało
się przejąć nad nami władzę, choć nie bardzo wiemy, w jaki sposób. Nie
potrafimy z nimi walczyć. Jesteśmy słabi. Varule kiedyś trzymały się
drugiej strony Gór i nigdy nie zapuszczały się w nasze okolice. Teraz
służą Maldokowi i pilnują, żebyśmy wykonywali jego rozkazy. A jemu
chodzi głownie o ademity, które tu rosną i które wy nazywacie
diamentami. Maldok każe nam je zbierać. Robi z nich w Terrii dobry
użytek - mruknął z ironią Askir. - To znaczy na Ziemi. Jest Terrianinem,
tak jak ty.
- Terrianinem? - Aleks próbował nadążać za opowieścią Askira, choć nie
było to łatwe.
- Terrianinem, czyli mieszkańcem Terrii, po waszemu: Ziemi. Pojawił się
tu kilka... lat temu. Zwykle nie sprowadzamy tu Terrian bez powodu. -
Askir posłał Nemetti znaczące spojrzenie. - Ale Rada Starszych pozwoliła
mu zostać. Mieszkał tu kilka lat, pracował jak my, jadł jak my i w tym
samym czasie knuł, drań, pod naszym nosem. - Elf zacisnął gniewnie
pięść. - Pewnego dnia coś się zmieniło. Zaczęliśmy tracić nasze... Jak to
nazwać?... Moce? Zdolności?... Dawniej większość z nas miała szczególne
uzdolnienia. Wspólnie panowaliśmy nad siłami przyrody, potrafiliśmy
kontrolować ogień, rozmawiać ze zwierzętami. Ale pewnego dnia wszystko
się skończyło. Zaczęliśmy słabnąć fizycznie, przestaliśmy tak świetnie
strzelać z łuków. Za to Maldok stawał się coraz silniejszy. Aż pewnego
dnia wjechał do naszej doliny ze zgrają varuli i nakazał posłuszeństwo.
Bez naszej fizycznej siły i wyjątkowych umiejętności łatwo było mu
przejąć władzę.
- A... te varule? - spytał niepewnie Aleks. Wyobraźnia podsuwała mu
przerażające obrazy. - Nemetti mówiła, że to one ją goniły w Poziomkach.
Co to w końcu jest, jeśli nie ludzie?
- Varule należą do zmiennokształtnych, czyli mogą zmieniać postać bez
utraty świadomości, kim są - wyjaśnił Askir. - Są trochę podobne do
elfów i ludzi, ale kiedy chcą, mogą też przybierać postać sporych
wilków. Jako wilki poruszają się bardzo szybko i mają świetny węch. To
właśnie ich zgraja węszyła przed chwilą pod naszym domem. Obawiam się,
że cię wyczuły - masz bardzo specyficzny zapach.
Aleks skrzywił się na myśl o wilkopodobnych potworach.
- I... mówiłeś, że one mogłyby mi coś zrobić? - spytał.
Askir spojrzał na niego przeciągle.
- Nie można tego wykluczyć. Maldok raczej nie ucieszyłby się na wieść o konkurencji.
Aleks zerknął po twarzach Nemetti i Askira, żeby sprawdzić, czy sobie z niego nie żartują. Wyglądali jednak na śmiertelnie poważnych. Potarł
ręką czoło. To wszystko brzmiało jak fabuła jakiejś gry komputerowej z dziedziny fantastyki, i to nawet całkiem niezłej. Tylko że on nie miał
wcale ochoty w nią grać! Jedyne, o czym teraz marzył, to jak najszybszy
powrót do domu.
- Ale wciąż nie rozumiem, co to wszystko ma wspólnego ze mną? I jak
długo zamierzacie mnie tu trzymać?
Dziadek westchnął głęboko.
- Po drugiej stronie rzeki mieszka Rivena. Nie jest elfem, choć trochę
nas przypomina. Mieszka samotnie i jest trochę... ekscentryczna. Niektórzy
uważają, że sporo wie i potrafi przepowiedzieć przyszłość, inni, że nie
można jej wierzyć, a jeszcze inni, że trzyma z varulami. Ta tutaj oto
Nemetti - Askir wskazał oskarżycielsko głową na swoją wnuczkę - ze
swoją, skądinąd rozsądną, przyjaciółką Kairą wybrały się do niej... same...
choć jest to bardzo niebezpieczne. Poszły spytać o to, jak pozbyć się
Maldoka.
- No i właśnie Rivena zdradziła nam, że Klucz do obalenia Maldoka i odzyskania dawnych mocy jest w Terrii! A na koniec powiedziała: "Szukaj
oka tygrysa" - oświadczyła Nemetti zaaferowana. - A ty masz głowę
tygrysa wymalowaną na plecaku! Więc to musisz być ty! Ty jesteś Kluczem
do tego, żebyśmy mogli żyć tak jak dawniej! Dlatego nie mogłam cię tam
zostawić!
Oczy jej błyszczały, a na policzkach pojawiły się rumieńce.
- Albo to po prostu czysty przypadek, a Rivena nie wie, co mówi. - Askir
znów westchnął i pokręcił głową.
Aleks był w szoku. A więc porwano go i wciągnięto do jakiegoś
zwariowanego świata, gdzie zgraja wilków czyha na jego życie, bo ta
pomylona dziewczyna wierzy, że on pokona nie wiadomo jak groźnego
osobnika, z którym cała zgraja elfów nie potrafi sobie poradzić? A wszystko dlatego, że mama kupiła mu rok temu na wyprzedaży plecak, na
którym jest naszyta plakietka z głową tygrysa?! Nie, to musi być jakiś
koszmar! Na pewno zaraz się obudzi! Aleks uszczypnął się kilka razy w dłoń, ale poza tym, że poczuł lekki ból, nic się nie zmieniło.
Musiał wyglądać równie niewyraźnie, jak się czuł, bo Askir i Nemetti
zaczęli mu się uważniej przyglądać. Dziadek wyszedł na moment, a po
chwili wrócił ze szklanym dzbanem wody i trzema kielichami. Postawił je
na stole i napełnił.
Aleks automatycznie sięgnął po naczynie i przytknął je do ust. Już po
jednym łyku poczuł się znacznie lepiej.
- Co to jest? - spytał, patrząc zaskoczony na trzymany w ręku puchar.
- To? To kalamar, jest tego sporo nad rzeką. Juna robi z tego piękne
naczynia - wyjaśnił Askir. Uniósł kielich pod światło i przez chwilę sam
przyglądał mu się z podziwem.
Aleks rzucił mu zdumione spojrzenie, ale szybko zrozumiał, że Askir nie
mówi o napoju. Kielich był rzeczywiście bardzo ładny - mienił się
odcieniami ciepłej bieli, błękitu i srebra.
- Mam na myśli wodę - sprostował Aleks.
- Aaa! - rzekł elf ze śmiechem. - To ożywoda. Woda orzeźwienia. Z rzeki.
- Niezła, co? - Nemetti wyglądała na zachwyconą jego uznaniem dla
napoju.
Niezła? Aleksa ogarnął spokój, zaczął jaśniej myśleć, a cała sytuacja
nie wydawała mu się już tak beznadziejna jak przed chwilą. Cóż, Nemetti
po prostu się pomyliła, zaraz jej wszystko wytłumaczy, a wtedy nie będą
już mieli powodu, żeby dłużej go tu trzymać. Ile to czasu mogło upłynąć?
Czy mama wróciła już z pracy?
- W porządku, na razie wystarczy tych wyjaśnień - powiedział Askir,
widząc, że Aleks dochodzi do siebie.
Wstał i ruchem ręki dał im do zrozumienia, że mają za nim iść.
- Varule mogą tu wrócić w każdej chwili. Musimy cię stąd zabrać. I to
szybko. Idziemy!
Aleks zmarszczył czoło.
- Gdzie chcecie mnie zabrać? - zapytał, zerkając podejrzliwie na Askira.
- Już mówiłem. Do Twierdzy. Musimy przedstawić cię Radzie. No chodź. Nie
mamy czasu.
Aleks się nie ruszał. Wycieczka do jakiejś twierdzy zupełnie nie
pasowała do jego nowego i jakże, wydawało się, genialnego planu.
- Nigdzie nie pójdę - stwierdził stanowczo. - Odeślijcie mnie
natychmiast do domu. Przez to lustro. - Wskazał ręką w stronę pokoju i szafy, przez którą tu wszedł. - Askir ma rację. Ta cała... Rivana, czy jak
jej tam, nie wie, co mówi! Nie jestem żadnym Kluczem! To nawet nie jest
oko tygrysa, tylko cała głowa! Oka prawie nie widać! Chcę natychmiast
wrócić na Ziemię! - zakończył trochę bardziej rozpaczliwym tonem, niż
planował.
Ze spojrzeń Nemetti i Askira wyczytał, że nie będzie to takie łatwe.
Askir patrzył na niego z mieszaniną zatroskania i zakłopotania.
- Nie możesz teraz stąd wrócić. Po pierwsze, obawiam się, że muszę
przedstawić cię Radzie. Varule na pewno doniosą Maldokowi, że jest tu
Terrianin i Rada musi wiedzieć, o kogo chodzi. Muszą cię zobaczyć, a wtedy zdecydują, co z tobą zrobić. Poza tym tak częste używanie tego
portalu przez tyle osób może być ryzykowne. Musi mieć czas, żeby się
zregenerować, inaczej mógłbyś trafić nie wiadomo gdzie albo... tylko
częściowo - wyjaśnił elf.
- Częściowo? - wymamrotał Aleks. Wolał się nie zastanawiać, co to może
znaczyć. - Ale ile mam czekać? Moja mama będzie się martwić, jeśli nie
wrócę na noc do domu. Postawi na nogi całe miasto! Nie możecie mnie tu
trzymać! No i mam jutro klasówkę z historii - dokończył ciszej i od razu
pomyślał, że akurat tego nie będzie żałował.
- Dlatego musimy zaprowadzić cię do Rady Starszych, i to szybko. Jeśli
ktoś może ci pomóc, to tylko oni. W Ademitowej Twierdzy jest jeszcze
jeden portal i będziesz mógł go użyć, jeśli Rada zdecyduje, że należy
cię odesłać. A myślę, że jest to bardzo prawdopodobne, bo sam pomysł
ściągnięcia tu Terrianina był co najmniej nierozsądny. Poza tym, jeśli
Rivena... - Elf urwał, a Nemetti rzuciła mu zaskoczone spojrzenie. - Tak
czy siak, musimy przedstawić cię Radzie.
Aleks siedział bez ruchu, wpatrując się w nich z niedowierzaniem. I pomyśleć, że gdyby tylko nie zachciało mu się dziś po lekcjach
drożdżówki i lemoniady, nigdy nie spotkałby tej zwariowanej elfki i siedziałby już dawno w domu, w swoim pokoju, bezpieczny i szczęśliwy!
Nie tropiłyby go żadne wilki, żadne elfy nie kazałyby mu iść do jakiejś
twierdzy, żeby jakaś rada mogła go sobie obejrzeć i zadecydować, co z nim dalej zrobić! A całe to zamieszanie przez tę rudowłosą świruskę! To
wszystko było tak niedorzeczne, że Aleksowi aż zapierało dech w piersiach, gdy o tym myślał. Jednak zdawał sobie sprawę, że teraz nie ma
już odwrotu i jeśli chce dziś wrócić do domu, musi z nimi pójść. Musi
pójść tam, gdzie go zaprowadzą. Miał tylko nadzieję, że wiedzą, co
robią. Westchnął i podniósł się z krzesła, ciągnąc za sobą plecak.
- Dobra. Skoro nie ma innego wyjścia, to chodźmy - burknął.
- To nie takie proste... - Askir wyraźnie się ożywił. - Ale mam pomysł, za
mną!
Poprowadził ich do kuchni. Stały tam przysadziste, kremowe szafki, a półki uginały się pod ciężarem naczyń ze szkła i kalmaru wypełnionych
czymś, co wyglądało jak wielobarwne fasolki, orzechy, suszone owoce i kawałki jakichś roślin. Pod pierwszym oknem, w glinianych donicach,
rosły zioła i kwiaty, a pod drugim stał pomalowany na zielono stół i trzy krzesła. Za drzwiami na podłodze tkwiło kilka skrzyń z owocami.
Askir schylił się i zaczął przestawiać skrzynie, odsłaniając ukrytą w podłodze klapę. Otworzył ją i zszedł pierwszy po stromych schodkach,
zabierając ze sobą szklaną karafkę z jakimś gęstym płynem. Nemetti i Aleks zeszli za nim, zamykając za sobą klapę. Aleks szybko zorientował
się, po co Askirowi potrzebna była karafka. Płyn w środku świecił
ciepłym, fluorescencyjnym światłem, rozpraszając gęsty mrok
pomieszczenia. Było tu chłodniej niż na górze. Okrągła izba najwyraźniej
pełniła funkcję piwniczki i składzika, bo zastawiona była koszami
pełnymi owoców, łodyg i liści niezidentyfikowanych roślin, słojami z orzechami i z różnego rodzaju przetworami o dziwnych kształtach i kolorach. Pod jedną ze ścian stały skrzynki z narzędziami, a nad nimi
wisiały łuki i kołczany ze strzałami. Najwięcej miejsca zajmował jednak
półokrągły regał zarzucony zbiorem na pozór przypadkowych przedmiotów:
kolorowych kamieni, puszek, pudełek i drobnych, dziwacznych narzędzi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki