2
Dom panien de Montpleynet bardzo się zmienił od czasów ostatniego pobytu Léi w Paryżu. Dwa mieszkania położone na tym samym piętrze i połączone wspólnymi drzwiami, mieszkania, które niegdyś tętniły życiem, były teraz wyziębione. Dwie siostry i ich służąca zajmowały cztery pokoje, jedyne, jakie mogły jako tako opalić. Trzy pokoje w głębi korytarza i całe mieszkanie Albertine wyglądały jak opuszczone: meble stały w pokrowcach, okiennice były szczelnie zamknięte, w kominkach przestano palić. Właścicielki tych mieszkań pogodziły się z ciasnotą. Nazwały "zimnym mieszkaniem" pokoje, których nie mogły ogrzać, i nigdy tam nie chodziły.
- Zrozum nas, nie mogłyśmy zostawić Françoise samej, chorej w hotelu, twoja matka by nam tego nie darowała - powiedziała Lisa de Montpleynet wycierając oczy wilgotną chusteczką.
- Nie ma co do tego wracać, spełniłyśmy swój obowiązek, obowiązek krewnych i chrześcijanek - dodała oschłym tonem jej siostra Albertine.
Stojąc w małym saloniku ciotek Léa z trudem hamowała gniew.
Pełen przerażenia list Albertine - co wcale nie było w jej stylu - sprawił, że po wielogodzinnym oczekiwaniu na zatłoczonym dworcu Saint-Jean w Bordeaux Léa wsiadła do pierwszego pociągu jadącego do Paryża. Kiedy przyjechała na ulicę de l'Université, Estelle, gospodyni i służąca panien de Montpleynet, otulona w kolorowe szale uściskała ją z widoczną ulgą, powtarzając, jak gdyby chciała się upewnić, że to prawda:
- Nareszcie przyjechała panienka, nareszcie...
- Co tu się dzieje, Estelle, gdzie są ciocie? Czy są chore?
- Panienko Léo, gdyby pani wiedziała...
- Léa, nareszcie! - zawołała na jej widok Lisa, wchodząc do pokoju w futrze narzuconym na szlafrok.
Po chwili zjawiła się Albertine w towarzystwie mężczyzny z torbą lekarską. Odprowadziła go aż do drzwi mówiąc:
- Do widzenia, panie doktorze, do jutra.
Léa spojrzała ze zdziwieniem na trzy kobiety.
- Czy powiecie mi wreszcie, kto tutaj jest chory?
- Twoja siostra Françoise - odpowiedziała Albertine.
Léa zaniemówiła. Po chwili zaskoczenia wybuchła gniewem. Jej twarde słowa doprowadziły do łez wrażliwą Lisę.
- Léo, Léo, to ty - dobiegł cichy głos zza drzwi, które powoli się otworzyły.
Na progu stanęła Françoise otulona kocem, który nie bardzo zasłaniał jej duży brzuch.
Albertine podbiegła do siostrzenicy.
- Po co tu przyszłaś? Lekarz zabronił ci wstawać.
Nie słuchając ciotki Françoise podeszła do siostry z wyciągniętymi ku niej ramionami. Koc ześliznął się, odsłaniając olbrzymi brzuch, który uwydatniała wąska, nocna koszula.
Siostry padły sobie w objęcia.
- Och, Léa! Dzięki ci, żeś przyjechała.
Léa zaprowadziła Françoise do jej pokoju, zaledwie nieco cieplejszego niż salonik.
Położywszy się Françoise ujęła rękę siostry i podniosła do ust szepcząc:
- Przyjechałaś!
- Uspokój się, kochanie, rozchorujesz się - powiedziała Albertine poprawiając poduszki.
- Nie, cioteczko, nie choruje się ze szczęścia. Léo, opowiedz mi wszystko. Wszystko, co się dzieje w Montillac.
Po upływie dwóch godzin siostry ciągle jeszcze były pochłonięte rozmową.
Léa nie mogła wyjść z ciepłego, miękkiego łóżka, którym rozkoszowała się od chwili przebudzenia. Nie chciała się pogodzić z myślą, że musi wstać i ubrać się w tym okropnym zimnie. Ach, leżeć tak w cieple aż do końca zimy... aż do końca wojny...
Ze zdziwieniem myślała, że wczoraj wieczorem z przyjemnością wspominały z Françoise szczęśliwe chwile wspólnego dzieciństwa. Zdały sobie nagle sprawę, że łączy je więź, której dawniej specjalnie nie czuły. Rozstając się miały wrażenie, że się odnalazły, ale starannie unikały tematu, który żywo je obchodził: urodzenia dziecka i przyszłości Françoise.
Zapukano do drzwi. To Estelle przyniosła tacę ze śniadaniem.
- Co? Herbata i prawdziwy cukier! - wykrzyknęła Léa unosząc się w pościeli. - Jak tego dokonałyście?
- Po raz pierwszy od trzech miesięcy. Na cześć panienki! Mamy to dzięki przyjacielowi pani Mulstein... jest podobno pisarzem.
- Raphaël Mahl?
- Tak, tak się nazywa. Pan w bardzo złym guście. Widziałam go przedwczoraj na tarasie kawiarni "Deux-Magots" z jakimś młodym oficerem niemieckim, obejmował tego bosza, coś mu szepcząc do ucha. Wszyscy odwracali się z zażenowaniem.
Léa z trudem ukryła uśmiech, którego nie zrozumiałaby stara służąca.
- Opowiedziałam o tym moim paniom zaznaczając, że nie powinny przyjmować takiego pana - ciągnęła Estelle. - Ale panna Lisa powiedziała mi, że ja we wszystkim węszę coś złego, że pan Mahl jest prawdziwym dżentelmenem i że dzięki niemu nie umieramy całkiem z głodu. A panna Albertine dodała, że nie trzeba zwracać uwagi na pozory. A co panienka o tym myśli?
- Znam bardzo mało pana Mahla, Estelle. Powiem jednak ciociom, żeby w kontaktach z tym typem miały się na baczności.
- Zaniosłam czajnik gorącej wody do łazienki i włączyłam piecyk elektryczny. Kiepsko grzeje, ale powietrze robi się nieco cieplejsze.
- Dziękuję, Estelle. Chętnie bym się wykąpała.
- Kąpiel!... Od kilku miesięcy nie napełniałyśmy wanny. Moje panie chodzą raz w tygodniu do łaźni publicznej.
- Chciałabym je tam zobaczyć! Nie mają pewnie odwagi się rozebrać.
- To nieładnie tak pokpiwać, panienko. Życie mamy ciężkie. Marzniemy, cierpimy głód. Boimy się także.
- Czego się boicie? Co może wam grozić?
- Kto wie, panienko. Pamięta pani tę panią z pierwszego piętra, z którą ciocie panienki piły czasem herbatę?
- Panią Lévy?
- Tak. Więc Niemcy przyszli po nią, aresztowali. Leżała chora, wyciągnęli ją z łóżka i zabrali w samej nocnej koszuli. Panna Albertine zawiadomiła pana Taverniera...
- Taverniera?
- ...prosiła, żeby się dowiedział, gdzie zabrali panią Lévy.
- No i co?
- Kiedy przyszedł po kilku dniach, był okropnie blady. I miał taką minę, że strach było patrzeć.
- Co powiedział?
- Że zabrano panią Lévy do Drancy, a stamtąd do obozu w Niemczech z tysiącem innych osób, głównie kobiet i dzieci. Mieszkanie pani Lévy zajęła jakaś aktorka. Ta osoba prowadzi wystawne życie i przyjmuje niemieckich oficerów. Hałasują okropnie. Nikt nie śmie się poskarżyć ze strachu przed represjami.
- Kiedy ostatnio był tutaj pan Tavernier?
- Ze trzy tygodnie temu. Nalegał, żeby ciocie panienki wzięły pannę Françoise do siebie.
Léa poczuła przyspieszone bicie serca. A więc François zajmował się jej ciociami, jej siostrą...
- Pójdę już sobie, panienko. Podobno o dwunastej na targ przy ulicy de Buci przywiozą ryby. Nie powinnam się spóźnić, jeśli chcę dostać coś oprócz ości.
Léa szybko się umyła. Na niebieską, wełnianą sukienkę włożyła czarny pulower i żakiet, wciągnęła na nogi grube skarpetki i tak wystrojona poszła do siostry.
Siedząc na łóżku, otulona w lizeski i różowe szale, które podkreślały bladość jej cery, Françoise, wypoczęta, starannie uczesana, patrzyła z uśmiechem na Léę.
- Dzień dobry, dobrze spałaś? - zapytała. - Bo ja od miesięcy nie spałam tak dobrze. To dzięki tobie.
Léa bez słowa ucałowała siostrę.
- Dobrze, że jesteś tutaj... Szybko powrócę do zdrowia. Nie chcę opuścić premiery "Martwej królowej" Montherlanta.
- Kiedy ma być ta premiera?
- Ósmego grudnia w Komedii Francuskiej.
- Ósmego grudnia? Ależ to pojutrze.
- No i co z tego? Dziecko ma się urodzić za przeszło miesiąc, czuję się doskonale. Ciąża nie jest chorobą. Zobaczysz, kiedy przyjdzie kolej na ciebie.
- Nigdy, mam nadzieję.
- Dlaczego? To cudowne uczucie: spodziewać się dziecka mężczyzny, którego się kocha.
Na widok nieruchomej twarzy Léi Françoise zrozumiała, że posunęła się za daleko. Spuściła głowę czerwieniąc się. Po czym zdobyła się na odwagę, podniosła oczy i powiedziała lekko drżącym głosem:
- Wiem, co myślisz. Usiłowałam przekonać siebie, że nie powinnam kochać Ottona. Daremnie. Wszystko w nim mi się podoba: jego dobroć, zamiłowanie do muzyki, talent, odwaga, a nawet to, że jest Niemcem. Jedyna rzecz, jakiej pragnę, to żeby wojna się prędzej skończyła. Rozumiesz, prawda? Spróbuj zrozumieć.
Léa nie mogła myśleć o tym spokojnie i logicznie. Coś w niej się buntowało przeciw tej miłości, czuła się szczerze zgorszona. A jednocześnie rozumiała, co łączy Ottona i Françoise. Gdyby Otto nie był Niemcem, uważałaby, że będzie miała uroczego szwagra.
- Co zamierzasz teraz robić? - zapytała siostrę.
- Wyjść za niego, jak tylko wróci z Berlina i otrzyma zezwolenie od swoich przełożonych. Obiecaj mi, że będziesz na moim ślubie. Proszę cię, obiecaj.
- Wszystko zależy od tego, kiedy to będzie. Jeśli podczas winobrania albo na wiosnę, nie będę mogła.
- Jakoś to załatwisz - powiedziała Françoise z uśmiechem, ucieszona, że siostra nie odmówiła jej kategorycznie. - Otto jest cudowny, pisze do mnie co dzień, niepokoi się o mnie i o dziecko. Oddał mnie pod opiekę Frederica Hankego. Pamiętasz go? Pomógł ci przy porodzie Camille.
- No cóż, jeśli będzie jakiś kłopot, zastąpi położną i przy tobie.
Léa powiedziała to z tak złośliwą ironią, że François nie mogła powstrzymać łez, i Léa zawstydziła się swoich słów. Może nawet przeprosiłaby siostrę, gdyby ciocia Albertine nie weszła do pokoju.
- Léa, telefon do ciebie... Françoise, co ci jest?
- Nic mi nie jest, ciociu... Jestem trochę zmęczona.
- Halo, kto mówi?
- Pani jest Léą Delmas?
- Tak. Ale kto mówi?
- Nie poznaje mnie pani? Czyżby zepsuł się pani słuch?
- Proszę powiedzieć, kim pan jest, bo odłożę słuchawkę.
- Zawsze tak samo prędka, jak widzę. Proszę się skupić, piękna przyjaciółeczko.
- Nie mam ochoty się skupiać, a takie żarty uważam za głupie.
- Niech pani nie odkłada słuchawki. Proszę sobie przypomnieć "Le Chapon fin", czereśnie Mandela, "La Petite Gironde", kościół Sainte-Eulalie, ulicę Saint-Gen?s...
- Raphaël!
- Nareszcie!
- Przepraszam, ale nie znoszę takich tajemniczych telefonów. Skąd się pan dowiedział, że przyjechałam do Paryża?
- Zawsze jestem dobrze poinformowany o wszystkim, co dotyczy moich przyjaciół. Kiedy się zobaczymy?
- Nie wiem. Dopiero przyjechałam.
- Wstąpię o piątej na herbatę. Niech pani nic nie szykuje, przyniosę wszystko co trzeba. Proszę tylko zagotować wodę.
- Ale...
- Jak się miewa pani urocza siostra, jak ciocie?... Proszę przekazać im ode mnie wyrazy szacunku. Do widzenia, kochanie. Cieszę się, że panią zobaczę.
Raphaël Mahl powiesił słuchawkę, kończąc rozmowę ze zdumioną Léą. Jak on się dowiedział? pomyślała Léa i zrobiło się jej dziwnie przykro.
- Nie stój tak w tym lodowatym przedpokoju, przeziębisz się, moja droga - powiedziała Lisa.
Léa drgnęła.
- Dawno ciocie widziały Raphaëla Mahla?
- Bo ja wiem... Chyba jakieś dwa tygodnie temu.
- Widział się wtedy z Françoise?
- Nie, Françoise przyjechała nazajutrz po jego wizycie i od tego czasu nie ruszała się z domu. Ale dlaczego pytasz mnie o to?
- Właśnie dzwonił Raphaël Mahl i zastanawiam się, skąd on wie, że jestem w Paryżu.
- Może to przypadek.
- Kiedy chodzi o kogoś takiego jak Raphaël Mahl, nie wierzę w przypadki.
Lisa wzruszyła ramionami na znak, że nic nie wie.
- Ojej, zapomniałam, Raphaël przyjdzie dziś na herbatę.
- Ale my nie mamy czym go przyjąć.
- Powiedział, że oprócz wody przyniesie wszystko.
W salonie zegar wybił właśnie godzinę piątą, kiedy u drzwi wejściowych zabrzmiał dzwonek. Estelle, która włożyła na swój codzienny strój nieskazitelnie biały fartuszek z falbanką, otworzyła drzwi. Ledwie widoczny za stosem paczek z kokardami Raphaël Mahl wszedł do przedpokoju.
- Prędzej, miła Estelle, proszę mi pomóc, bo wszystkie te łakocie posypią się na dywan.
Burcząc pod nosem Estelle zabrała paczki.
- Raphaël, wspaniale pan wygląda!
- Léa!
Zanim się przywitali, dłuższą chwilę przyglądali się sobie, jak gdyby chcieli od razu ogarnąć okiem mnóstwo szczegółów.
Różnili się wszystkim - stosunkiem do życia, do przyjaźni, do miłości, ale pewna sympatia, której się nie opierali, przyciągała ich do siebie. Z nich dwojga Raphaël zastanawiał się bardziej nad tym, co nazywał "częścią swojej osobowości nie tkniętej zgnilizną". Raphaël Mahl, oszust, kłamca, złodziej, konfident policji, współpracownik gestapo, przygodny autor kronik w takich pismach jak "Je suis partout", "Gringoire", "Pilori" i "Nouveaux Temps", Żyd. A jego antysemityzm niemal szokował znakomitych dyrektorów i redaktorów tych periodyków, którzy propagowali przecież "walkę z Żydami"... Wobec Léi Mahl czuł się trochę jak starszy brat, który chce chronić siostrzyczkę przed brudem życia.
- Piękna przyjaciółko, jak to pani robi, że zachwyca mi oczy i duszę, ilekroć panią widzę?
Léa roześmiała się tym swoim charakterystycznym, trochę ochrypłym śmiechem, który niepokoił mężczyzn, a drażnił kobiety, i ucałowała Mahla w oba policzki.
- Na pewno nie mam racji, ale miło mi widzieć pana znowu.
- Dlaczego w tym samym zdaniu wypowiada pani rzecz przyjemną i inną, która sprawia mi znacznie mniej przyjemności? Dobrze, jestem wspaniałomyślny, zapamiętam tylko to, co przyjemne. Powiedziała pani, kiedy wszedłem, że wspaniale wyglądam. Jestem elegancki, prawda? Ale najbardziej jestem dumny ze swoich butów. Niezłe, co? Kosztowały fortunę. Robiłem je na obstalunek u Hermesa.
- Skąd pan wziął tyle pieniędzy? Obrabował pan starszą damę, sprzedał swoje ciało niemieckiemu kapitanowi, różowemu i tłustemu, czy skłaniał do nierządu szeregowca o delikatnej skórze?
- Nie omyliła się pani zbytnio. Trudno, droga przyjaciółko, człowiek zdobywa szczęście na własną miarę i najczęściej pieniądze na własną, małą miarę... A ponieważ obliczyłem sobie, że szczęście, no, nędzne szczęście, jakiego zdolny jestem zaznać, ucieknie mi, jeśli nie będę miał pieniędzy, postanowiłem je zdobyć. Bardzo to łatwe obecnie. Wszystko jest na sprzedaż: ciało i sumienie. Ja - zależnie od okoliczności - sprzedaję jedno lub drugie, albo też, jeśli klient jest hojny, oba naraz.
- Jest pan okropny.
- Dobro jest tak niedoskonałe, że nie interesuje mnie. Ten, kto uważa człowieka za istotę rozumną, popełnia błąd, urocza przyjaciółko. Zdolność myślenia nie obdarza rozumem. Byłem zawsze przekonany, że człowiek przeciętny doznaje przyjemności z powodu rzeczy rozumnych. Muszę kiedyś napisać "Pochwałę przeciętności". Narobi to szumu w Republice Literatury. Zanim jednak to arcydzieło powstanie, proszę pozwolić, że złożę moje uszanowanie pani ciociom i siostrze.
W pokoju Françoise na okrągłym stoliku, przykrytym haftowaną serwetą, postawiono serwis do herbaty na wielkie przyjęcia.
- Obrabował pan chyba wszystkie ciastkarnie i cukiernie Paryża! - zawołała Léa wchodząc do pokoju i podziwiając talerze pełne czekoladek, ciasteczek, ciastek i kandyzowanych owoców.
- Nie przypuszcza pani nawet, jak to jest prawdziwe. Z wielkim trudem udało mi się zdobyć to wszystko: ciasteczka pochodzą od Lamoureux z ulicy Saint-Sulpice, ciastka z kremem od Guerbois z ulicy de Servres, ciasto czekoladowe oczywiście od Bourdaloue, kruche ciasteczka od Galpin z ulicy du Bac, resztę kupiłem u Debauve'a i Gallais'a z ulicy des Saints-P?res, "dostawców dawnych królów Francji"!
- Przed wojną byli także naszymi stałymi dostawcami - powiedziała Lisa wzdychając i spojrzała łakomie na stosy słodyczy.
- Co do herbaty - ciągnął Raphaël wyjmując pudełko z kieszeni - przywiózł mi ją z Rosji pewien przyjaciel. Jest wspaniała, mocna i aromatyczna. Powiedzą mi panie, jak im smakuje.
- Ależ psuje nas pan... To bardzo uprzejme. Jak się panu odwdzięczymy za tyle smakołyków?
- Jedząc je, proszę pani.
Przez kilka minut towarzystwo jadło w milczeniu. Françoise pierwsza oświadczyła, że nie może już przełknąć ani kawałka więcej, po chwili to samo powiedziała Albertine, a po niej Raphaël. Tylko Lisa i Léa nie przestawały się opychać. Ręce ich poruszały się z zawrotną szybkością od stołu do ust. Ciotka i bratanica wyglądały jak dwie źle wychowane dziewczynki, a ich powalane czekoladą i kremem palce, a także twarze, zdradzały łakomstwo... Raphaël Mahl wybuchnął nagle śmiechem i łakomczuchy podskoczyły przerażone. Rozejrzały się niespokojnie naokoło, jak gdyby się zlękły, by nie zabrano im reszty ciastek.
- Nie wstyd ci, Liso? - z udaną surowością zapytała Albertine.
Lisa zaczerwieniła się i bez słowa spuściła głowę.
- Gdybym cię nie powstrzymała, nie pomyślałabyś nawet o biednej Estelle - ciągnęła Albertine bezlitośnie.
- Byłam głodna. Przepraszam. Masz rację, zaraz zaniosę Estelle talerz smakołyków. Nie trzeba mieć mi tego za złe, to takie dobre - dodała Lisa z tak skruszoną miną, że wszyscy się roześmieli, nawet Albertine.
Noc zapadła już dawno, kiedy Raphaël Mahl zaczął wreszcie się żegnać. Léa odprowadziła go do drzwi.
- Muszę porozmawiać z panią sam na sam, czy możemy pójść jutro na obiad?
- Nie wiem. Boję się pana... Nie mogę uwierzyć, że jest pan taki zły, jak pan siebie przedstawia. Ale jednak jakaś dziwna niechęć odpycha mnie od pana.
- Jakże bardzo ma pani rację, kochanie. Nigdy pani niechęć nie będzie za mała. Już pani chyba mówiłem: naprawdę zdradza się tylko tych, których się kocha. Jestem obkuty w Piśmie świętym, nie zadziwię pani mówiąc, że Judasz jest moją ulubioną postacią, moim bratem, przyjacielem, sobowtórem. Ten, za czyją sprawą całe zło musiało się stać, ten, kto nie miał wyboru, żeby mogło spełnić się to, co zostało napisane. On... najinteligentniejszy z nich, intelektualista tej paczki, musiał zdradzić tego, kogo kochał całym sercem. I spełnić czyn, do którego był przeznaczony od stworzenia świata. Judasz uczeń, Judasz zdrajca jest potępiony na wieki. To niesprawiedliwe, nie uważa pani?
- Nie wiem. Judasz nigdy mnie specjalnie nie interesował.
- Nie ma pani racji, to jedyny naprawdę ciekawy człowiek spośród owych dwunastu, poza miłym Janem z jego anielską twarzyczką, tym ulubieńcem i przyjacielem Jezusa - dodał Raphaël w odpowiedzi na pytające spojrzenie Léi. - Gdyż, jak pani wie, wszyscy oni byli zwariowanymi pedałami.
- Pan jest zwariowany...
- ... i pedał.
- Jeśli ciocie usłyszą, jak pan bluźni, nie będą chciały pana przyjmować.
- W takim razie już milczę, uwielbiam towarzystwo starych panien. Z rodzaju ludzkiego są to jedyne istoty możliwe do zniesienia. Oprócz pani oczywiście i mojej pięknej przyjaciółki Sary Mulstein. A propos, czy miała pani od niej wiadomości? Bardzo dawno nie widziałem Sary.
A więc do tego zmierzał... Léa drgnęła. Zbierało się jej na wymioty, poczuła gorzki smak w ustach. Szybko i krótko odpowiedziała:
- Nic o niej nie wiem.
- Ale pani zmarzła! Co za cham ze mnie, trzymam panią w tym lodowatym przedpokoju! Niech pani pójdzie się ogrzać do swojej uroczej siostry. Zna pani jej przyszłego małżonka? Człowiek wielkiej kultury, czeka go wspaniała przyszłość. W obecnych czasach taki związek jest bardzo pożyteczny. Pani stryj dominikanin będzie dawał im ślub?
Obrzydliwy strach ogarnął Léę.
- Moja drogą, pani szczęka zębami... Zbladła pani... To moja wina, przeziębi się pani przeze mnie. Ma pani chyba gorączkę.
Raphaël troskliwie ujął Léę za rękę.
- Niech mnie pan nie dotyka, czuję się doskonale! - zawołała dziewczyna wyrywając mu gwałtownie dłoń.
- Do jutra, piękna przyjaciółeczko, zadzwonię do pani koło południa. A na razie niech pani odpocznie, potrzebny pani odpoczynek, bo nerwy pani nawalają.