Aleja Chanel N° 5 - Daniela Farnese

Reflow text when sidebars are open.
Mijał tydzień, od kiedy przeprowadziłam się do Mediolanu. Tydzień, który wydawał się rokiem.
Niccol? już się do mnie nie odezwał. W chwilach słabości nachodziła mnie ochota, żeby do niego zadzwonić czy napisać, ale udawało mi się ją stłumić. Za bardzo cierpiałam, żeby ryzykować ponowne upokorzenie.
Bezpośrednio po naszej absurdalnej rozmowie wróciłam do Wenecji. Spędziłam podróż z głową opartą o szybę. Łzy wciąż płynęły mi po twarzy, ale osuszało ją lodowate powietrze z klimatyzacji, chłodzące cały wagon.
Dostałam się do domu pieszo, nie zwracając uwagina to, gdzie jestem, ani na to, co się wokół mnie dzieje. Nie mogłam opanować płaczu i nic sobie nie robiłam ze znaczących spojrzeń przechodniów. Spływający tusz utworzył na mojej twarzy coś na kształt przerażającej maski karnawałowej.
Dotarcie do mieszkania utrudniały schody, które musiałam pokonać mimo obolałych stóp. Pod drzwiami powoli osunęłam się na podłogę, nie przestając płakać. Nigdynie sądziłam, że mój organizm jest w stanie wyprodukować tyle łez.
Myślałam, że w pewnym momencie odwodnione ciało zatrzyma fontannę tryskającą z oczu. Tak się jednak nie stało - kanaliki łzowe dobrze wykonywałyswoją pracę, co mogło być zasługą dwóch i pół litra wody, które z namaszczeniem wypijam każdego dnia, nawet gdy nie mam ochoty, żeby zahamować powstawanie przeklętego cellulitu.
W domu panowały cisza i nieporządek. Kiedy rozstałam się z poprzednim facetem, sprzedaliśmy wspólnie kupione mieszkanie i od tego czasu wynajmowałam mały trzypokojowy lokal w dzielnicy Cannaregio.
Teraz to mieszkanie wydawało mi się idealną kryjówką, pustą przestrzenią pozbawioną wspomnień o mężczyznach, którzy mnie zranili.
Rozebrałam się, zmyłam makijaż i położyłam siędo łóżka. Spędziłam w nim dwa dni, wstając tylkodo łazienki i do kuchni, żeby od czasu do czasu pojeść ciastek, które celowo tam ukryłam. W ten sposób utrudniałam sobie sięgnięcie po nie podczas nagłych napadów głodu. Ale tym razem sytuacja była wyjątkowa. Nastąpiło trzęsienie ziemi, które spowodowało ogromne zniszczenia w moich narządach wewnętrznych - tu i ówdzieleżały kawałki złamanego serca, a ochłapy rozerwanej na strzępy pewności siebie zalegały w każdym zakątku mózgu. Przy takiej katastrofie nie można się było obejść bez słodyczy.
Złamanemu sercu towarzyszy niezwykle dziwne zjawisko: czas się zeruje. Nieważne, która jest godzina, ani jaki jest dzień tygodnia.
Wszystko, co nas interesuje, mieści się w klatce piersiowej. Małe, bolesne drzazgi wbijają się w nasze organy,a szczególnie w jeden, pulsujący najmocniej ze wszystkich i drżący w oczekiwaniu na powrót, który prawdopodobnie nigdy nie nastąpi. Żyjemy z tym dziwnym uczuciem ściskuw okolicach gardła i piersi, które nie pozwala nam spać i swobodnie oddychać.
Czas stanął w miejscu, a my wciąż rozmyślamy o przeszłości, odtwarzając w nieskończoność te same sceny, szukając odpowiedzi w szczegółach, próbujemy zrozumieć, jaki obrót przybrałyby sprawy, gdybyśmy zachowali się inaczej, zrobili coś w odmienny sposób. Zawód miłosny przemienia nas w zwierzę uwięzione w klatce, które zaznało wolności, a teraz towarzyszy mu jedynie uczucie pustki i beznadziei. Wszystko, co wydawało się ważne, przepadło.
Miłość, kiedy nas porywa, jest czymś cudownym. Sprawia, że czujemy się silni, radośni, frywolni, atrakcyjni, pełni energii, szczęśliwi, jednym słowem: nieśmiertelni. Kiedy jednak dobiega końca, a nam przypada niewdzięczne zadanie kochania osoby, która nas kochać przestała (albo nigdy nie kochała), następuje coś podobnego do nagłej, drastycznej śmierci. Euforia ustępuje miejsca rozpaczy, a piękny sen zamienia się w koszmar.
Nieustannie sprawdzałam telefon w nadziei, że Niccol? zmieni zdanie i skruszony stwierdzi, iż zdał sobie sprawę, że nie może beze mnie żyć, że to ja jestem kobietą, którą pokocha, a nie jakaś tam Anna o ładnej twarzy i talii osy. Nic z tego, grobowa cisza.
Miałam nadzieję, że na jego eleganckie mediolańskie mieszkanie spadnie meteoryt, który obróci w pył wszystkie jego designerskie gadżety.
Trzeciego dnia zebrałam w sobie dość siły, aby wygrzebać się z pieleszy, które powoli zaczynały pachnieć dość nieciekawie, i przejrzałam się w lustrze. Wyglądałam okropnie. Wskoczyłam więc pod prysznic i przez dłuższy czas rozpaczliwie usiłowałam zmyć z siebie cały smutek, który mnie oblepił. Miałam nadzieję, że strumień wody zdoła spłukać wszystkie posępne myśli, rozczarowanie i wszechogarniające cierpienie.
Gdy wyszłam z kabiny, mój wzrok padł na białą wagę znajdującą się pod umywalką - odwiecznego wroga.W akcie rozpaczy, kiedy chciałam poddać się bólowiaż do granic wytrzymałości, zdecydowałam się na użycie tego diabelskiego narzędzia, ponieważ była to świetna praktyka masochistyczna.
Weszłam na wagę niczym skazaniec na szubienicęi... niespodzianka! Zrzuciłam kilogram. Na ustach pojawił się uśmiech - w końcu jakaś dobra wiadomość.Wystarczyły dwa dni łez i głodówki, przerywane sporadycznym ciasteczkiem, aby schudnąć cały kilogram. To był aspekt miłosnych cierpień, którego nie wzięłampod uwagę.
Ponownie przejrzałam się w lustrze: podkrążonei opuchnięte od łez oczy, poszarzała skóra, smutny wzrok. Nie jest łatwo zapomnieć i zacząć wszystko od nowa, ale mogło się udać. Skończyłam z udawaniem silnej kobiety- nadszedł czas, żeby naprawdę się nią stać.
Wyskoczyłam w szlafroku z łazienki i pobiegłamdo pokoju, gdzie w rogu znajdował się stos pudeł do przeprowadzki, moich jedynych towarzyszy w dniach wypełnionych rozpaczą. Z zapałem zaczęłam wrzucać do środka wszystko, co miałam pod ręką, bez żadnego planu.
Podjęłam decyzję o przeprowadzce do Mediolanuze względu na mężczyznę. Teraz, kiedy mężczyzna wypadł z gry (i groziła mu śmierć w wyniku uderzenia meteorytu), nadszedł czas, żebym zaczęła myśleć o sobie. Zamierzałam przeprowadzić się do Mediolanu, aby rozpocząć nowe życie.
Dwa dni później cały mój dobytek został przewieziony na wyspę Tronchetto, skąd po załadowaniu do furgonetki wyruszył w stronę Mediolanu.
Ścisk żołądka, który odbierał całą przyjemność z jedzenia, wciąż mi towarzyszył, ale przestałam już z nadzieją wpatrywać się w telefon w oczekiwaniu na jeden z tych powrotów, które - jak dobrze wiemy - zdarzają się tylkow filmach. "Dam sobie radę sama" - powtarzałamw myślach. "Dam sobie radę".
Tak dotarłam do Mediolanu.
- Musisz znów zacząć żyć, wychodzić, poznawać nowych ludzi - powtarzała Emma, licząc na to, że prędzej czy później zdecyduję się na walkę ze skutkami choroby zwanej złamanym sercem.
W pierwszym tygodniu miałam do załatwienia mnóstwo spraw urzędowych. Poza tym opróżniłam pudła, zapełniając ich zawartością półki i szafki, wysprzątałam dom, odbyłam liczne wyprawy do supermarketu w celu zakupienia niezbędnych środków czystości, wybrałam się do Ikea, aby zdobyć elementy wyposażenia domu, bez których nie można normalnie funkcjonować (świeczki o zapachu wanilii, stolik pod komputer, obrazek na ścianę przedstawiający krowę, kieliszki do wina). Ponadto spędzałam długie wieczory na mojej nowej kanapie w towarzystwie Emmy, która do białego rana wysłuchiwała moich żalów.
Zostało mi jeszcze tylko kilka dni urlopu przed powrotem do pracy, dlatego też wykorzystywałam je, aby przekształcić moje nowe gniazdko w przytulne schronienie. W łazience, w pobliżu pudełka, w którym trzymałam perły, zawiesiłam stare, czarno-białe zdjęcia Chanel i raz na jakiś czas zerkałam na nią w nadziei, że udzieli mi wskazówek. Ona jednak, w swoim fantastycznym, nieodłącznym czarnym kapelusiku na głowie, postanowiła przyglądać mi się w milczeniu.
Najtrudniejszym zadaniem okazało się poukładanie butów, które zajęły prawie pół sypialni, a w swoich pudełkach przypominały wielki mur, za którym mogłam się skryć przed światem.
Wyszukiwałam sobie zajęcia, żeby tylko o nim nie myśleć; z radością oddawałam się brikolażowi, aby uwolnić się od natrętnych myśli. Unikałam wieczornych wyjśćw obawie przed spotkaniem go razem z tą, w której zdecydował się zakochać.
- Nie bądź głupia, Coco - powiedziała pewnego wieczoru Emma. - To miasto jest ogromne, mieszkaciew dwóch różnych dzielnicach i oprócz tych kilkorga wspólnych znajomych, którzy dostali kategoryczny zakaz rozmawiania z tobą na jego temat, nic was nie łączy. Nie bywacie nawet w tych samych miejscach.
- A jeśli przyjdzie mu ochota na spacer pod moim domem?
- Dobrze, w takim razie chcesz skonać w czterech ścianach, żeby tylko przypadkiem go nie spotkać?
- Dobry pomysł.
- Nie możesz tak dalej żyć.
- Umieram ze strachu, że mogę wpaść na niego na ulicy - przyznałam. - Wydaje mi się, że widzę go w każdym barze, w którym zamawiam cappuccino, i w każdej witrynie sklepowej, którą mijam. Czuję, jakbym chodziła po polu minowym.
- Chciałabym ci jakoś pomóc. Mam wrażenie,że zaczynasz popadać w obsesję - odpowiedziała Emma zatroskana.
- Kiedyś, kiedy moje serce było jeszcze w jednym kawałku i funkcjonowało jak trzeba, aby dojść z punktu A do punktu B, wybierałam najkrótszą trasę, w linii prostej. Docierałam do celu bez problemu, idąc pewnym krokiem i nie gubiąc drogi. Od kiedy mnie zostawił, poruszam się zygzakiem, omijam miejsca, w których mogłabym go spotkać, odrzucam zaproszenia, chodzę przyklejonado ściany, gotowa w razie konieczności skryć się za najbliższym słupem.
- Nie jestem w stanie patrzeć, jak się męczysz.
- Tylko jedna myśl trzyma mnie przy życiu: nadzieja, że wyłysieje, wyhoduje brzuch piwny i że nie będzie mógł mieć dzieci.
- No cóż, to zawsze coś.
- Chciałabym znaleźć w sobie siłę, żeby zacząć działać.
- Coco, musisz odzyskać kontrolę nad swoim życiem.
Emma miała rację. Zaniedbywałam się przez to niekończące się cierpienie spowodowane rozstaniem i nie mogłam sobie w żaden sposób z tym poradzić. Wciąż nie potrafiłam się pozbierać.
W dodatku w Mediolanie nie znałam prawie nikogo, a po przeprowadzce do nowego miasta każdy potrzebuje wsparcia i ciepła drugiej osoby. Potrzebujemy prawdziwych przyjaciół, sympatycznych ludzi w pracy, zaufanego barmana, uczciwego hydraulika, do któregomożemy zadzwonić, gdy przecieka nam zlew, panaz kiosku na rogu, który nas pozdrowi, kosmetyczki, fryzjera i piekarni, w której odkładają nam świeżą bagietkę,nawet jeśli przychodzimy za późno. Brakowało mi tych wszystkich osób, których jeszcze nie miałam okazji tutaj poznać.
- Wiesz, za czym tęsknię najbardziej? - powiedziałam do Emmy.
- Za czym?
- Za przytulaniem się. Chcę przytulać i być przytulana, przez kogokolwiek. Potrzebuję kontaktu z drugim człowiekiem, szerokich ramion, które sprawią, że będę się czuła bezpiecznie, które samym dotykiem, bez słów, przekonają mnie, że wszystko się ułoży.
- Wiem. Przytulanie się jest czasem ważniejszeod seksu, od pieniędzy, od słonecznych dni czy nawet ciastek z czekoladą. Chodź tutaj, niech cię uściskam.
Położyłam głowę na jej piersi i wyszeptałam:
- Nie ma nic ważniejszego od ciastek z czekoladą.
- No w końcu! Tak trzymać, kochana - odpowiedziała Emma wesoło, po czym ścisnęła mnie jeszcze mocniej.
Po siedmiu długich dniach spędzonych w Mediolanie stałam na swoim nowym balkonie, obserwując ze znudzeniem przechodniów i rozmyślając nad uściskami, których nie otrzymywałam.
Wtem, ku swojemu przerażeniu, poczułam, że o moje nogi ociera się jakaś wielka puchata kula. Spojrzałam w dółi w okolicach białych kapci, skradzionych z hotelu na jednym ze służbowych wyjazdów, zobaczyłam wielkiego, czarnego kota, który wpatrywał się we mnie wyzywającym wzrokiem. Po otrząśnięciu się z szoku zaczęłam się zastanawiać, jak udało mu się wślizgnąć do mojego mieszkania.
Uważam się za osobę dość racjonalną, ale nie wiedzieć dlaczego, nie mogę przestać wierzyć w przesądy. Obchodzę się ostrożnie z lustrami, jeśli czegoś zapomniałam i po to wracam, zawsze siadam na chwilę przed ponownymwyjściem z domu, nie przechodzę pod drabiną, odpukujęw niemalowane, a przede wszystkim jak ognia unikam czarnych kotów.
Zdaję sobie sprawę, że wszystkie te nawyki, tak jak i czytanie horoskopu, w który w zasadzie nie wierzę, nie mają żadnego sensu, ale podświadomie jestem przekonana, że nawet jeśli coś takiego jak pech nie istnieje, lepiej mieć się na baczności.
Czarny kot między nogami sprawił, że skoczyłomi ciśnienie. Bardziej niż to, skąd się wziął, interesowało mnie, czy jego obecność była zwiastunem nadchodzącego szczęścia, czy wręcz przeciwnie. Możliwe, że czarne koty spacerujące po ulicy przynoszą niesamowitego pecha, natomiast te, które mieszkają w czterech ścianach, działająna zasadzie talizmanu.
Podczas gdy ja oddawałam się przemyśleniom, tłusta, puchata kula jednym zwinnym susem wskoczyła na balustradę i po zrobieniu kilku kroków wylądowała na sąsiednim balkonie, gdzie zniknęła za przeszklonymi drzwiami.
Nie była to zjawa, która nawiedziła mój dom, abymnie zniszczyć czy też ochronić, tylko kot sąsiadów, który przez przypadek zawędrował do mojego mieszkania. Poczułam ulgę. Stwierdziłam, że wizyta futrzaka stanowi doskonałą okazję, aby w końcu zapoznać się z ludźmi,z którymi dzielę piętro.
Wsunęłam na stopy balerinki (gdyby Niccol? je zobaczył, z pewnością skrzywiłby się z dezaprobatą; zwykł mawiać: "Kobieta w balerinach jest równie seksowna jak kobyła w makijażu") i skierowałam się w stronę drzwi moich sąsiadów.
Ledwo zdążyłam nacisnąć dzwonek do drzwi, usłyszałam hałas dochodzący z mieszkania oraz serię nieartykułowanych krzyków, z których zrozumiałam mniej więcej: "Już idę - przekleństwo - idę!". Chwilę później niski chłopak przy tuszy, z długą, czarną brodą i przerzedzoną czupryną, otworzył mi z uśmiechem drzwi.
- Cześć, mieszkam obok, niedawno się wprowadziłam.
- Cześć, wybacz zamieszanie, ale smażyłem paprykęi byłem zmuszony wyłączyć kuchenkę, inaczej cały budynek poszedłby z dymem.
- E... przepraszam, nie chciałam przeszkadzać. Chodzi o to, że twój kot przyszedł do mnie w odwiedziny.
- Ach, ten zawsze to samo, jest strasznie ciekawski. Mam nadzieję, że nie narobił szkód. Co, Koooocie? - krzyknął w stronę zwierzaka, którego dostrzegłamw oddali. Leżał teraz zwinięty w kulkę na kanapie.
- Twój kot nazywa się Kot?
- No, tak. To kot, przecież nie mógłbym go nazwaćPies czy Koala. W zasadzie to wszystko przez Śniadanieu Tiffany'ego. Kojarzysz ten film, prawda?
- Oczywiście, nie znam nikogo, kto nie oszalałbyna punkcie obłędnej małej czarnej Audrey! Ojej, wybacz, zapomniałam się przedstawić. Jestem Rebecca, Rebecca Bruni.
- Ja nazywam się Claudio, Claudio Mastroianni.
- A, Mastroianni... Jak ten aktor?
- Tak - odpowiedział. - Niestety, nie łączy nas żadne pokrewieństwo... ani tym bardziej podobieństwo! - Wybuchnął perlistym śmiechem, który od razu poprawił mi humor.
- Wejdź, proszę. Zapraszam na kawę.
- Dziękuję, chętnie się napiję.
- Nie zwracaj uwagi na bałagan, nie spodziewałem się gości.
Posadził mnie w małym, nieskazitelnie czystym salonie, w którym głównym elementem wystroju były zdjęcia, mnóstwo zdjęć wiszących na ścianach oraz jasne firanki w oknach.
- Jak dla mnie panuje tutaj idealny porządek.
- Moja mądra babcia powtarzała: "Kiedy masz bałagan w środku, świat zewnętrzny zawsze wydaje się zbyt idealny!".
Zaczynałam lubić tego chłopaka.
Usiedliśmy w kuchni i zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i o niczym, o mojej przeprowadzce do Mediolanu, o pracy, której nie cierpiałam, o jego pasji do gotowania i życiu dziennikarza.
Podczas niekończących się rozmów telefonicznych z przyjaciółkami wielokrotnie opowiadałam historię zerwania z Niccol? i trawiącej mnie rozpaczy porzuconej księżniczki tyle razy, że streszczenie wydarzeń zajęło mi niespełna siedemnaście minut.
Claudio słuchał z uwagą, zakręcając kafetierę i ustawiając filiżanki na stole.
- Uwielbiam osoby, które przygotowują kawę w kafetierze - powiedziałam, obserwując, jak wypełnia sitko po brzegi. - Jest coś fascynującego w tym rytuale mycia naczynia, napełniania wodą i nasypywania zmielonej kawy... I ten magiczny odgłos zaparzania.
- Ja też go ubóstwiam - odpowiedział, włączając gazi umieszczając czajnik na kuchence. - Zwłaszcza tę chwilę oczekiwania na zaparzenie. W pewnym momencie gotowa kawa niespodziewanie zaskakuje nas swoim intensywnym aromatem.
Claudio nalał nam gorący napój i otworzył okno, żeby zapalić papierosa.
- Palę mało, raczej z przyzwyczajenia niż z uzależnienia, ale tego papierosa dedykuję tobie, Rebecco, twojemu złamanemu sercu i twojej przeprowadzce do Mediolanu.
Z uśmiechem, jaki nie gościł na mojej twarzy od dawna, poprosiłam go, żeby mnie poczęstował.
Jestem zdeklarowaną przeciwniczką papierosów. Nigdy nie paliłam, ponieważ zawsze uważałam, że to głupi, a do tego kosztowny nawyk. Nienawidzę oddechu palaczy ani zapachu papierosów, który osiada na dłoniach, ubraniach i włosach. A jednak uznałam, że to odpowiedni moment, aby spróbować czegoś nowego.
Zapaliłam papierosa i zaciągnęłam się, po czym zaczęłam zanosić się kaszlem. Co za obrzydlistwo! Cała staranność i elegancja, które włożyłam w ten przełomowy gest zapalenia mojego pierwszego papierosa, zostały przekreślone przez uczucie niesmaku, jaki wywołała mieszanka tytoniu, substancji smolistych i nikotyny.
Claudio wybuchnął śmiechem, jakby zawładnął nim złowieszczy duch.
- Ależ jesteś seksowna - powiedział, a z kącików oczu popłynęły mu dwie kropelki łez.
Jego śmiech był na tyle zaraźliwy, że zgasiłam papierosa i też zaczęłam chichotać. Śmiałam się w najlepsze, z siebie samej, ze swojego bólu, ze swojej przeprowadzki, z ucieczki, z idiotycznej sytuacji, w której się znalazłam, z Mediolanu, z Kota i z tego wszystkiego, czego doświadczyłam ostatnimi czasy.
Jak tylko zdołaliśmy dojść do siebie po ataku śmiechu, Claudio przysunął się do mnie i powiedział:
- Nie rozpaczaj, Rebecco. Zobaczysz jeszcze, że Mediolan ma w zanadrzu wiele niespodzianek. To miasto okazji, spotkań i zabawy. Jesteś piękną, inteligentną kobietą, która potrafi śmiać się sama z siebie. Nie wątpię, że w bardzo krótkim czasie uda ci się wymazać przeszłość z pamięcii zaczniesz patrzeć przed siebie.
Ten wyświechtany i dość banalny tekst, a także spontaniczny komplement Claudia sprawiły, że zrobiło mi się ciepło na duszy. Dopiłam kawę z uczuciem lekkości, kontynuując aż do wieczoru opowiadanie tej oraz innych historii z mojego życia.
Podziękowawszy za wspaniałe wspólne popołudnie, wróciłam do swojego gniazdka. Claudio umówił się na wieczór, a na szczęściarę, która miała wkrótce przyjść, czekała jego słynna papryka.
W kolejnych dniach jeszcze wiele razy spotkałam się z Claudiem. Został moim osobistym przewodnikiem: pokazał mi najlepsze supermarkety, najmodniejszesklepy, interesujące restauracje i najciekawsze miejscana aperitif.
W tych ostatnich dniach przed powrotem do pracy mój nowy przyjaciel postanowił nauczyć mnie o Mediolanie tak wiele, jak tylko było to możliwe. Mógł poświęcać mi dużo czasu, bo jako wolny strzelec sam organizował sobie dzień. Lubiłam spędzać z nim czas, ponieważ sprawiał, że nie zadręczałam się problemami. Pewnego wieczoru naszła mnie nawet ochota, żeby go przytulić, ale opanowałam się w obawie, że mógłby źle odczytać ten gest.
Od kilku miesięcy Claudio spotykał się z koleżankąz pracy, ale nie dostrzegał w niej swojej bratniej duszy. Był niepoprawnym romantykiem i nie dawał się omamić obietnicami szybkiego seksu. Mimo wielokrotnych rozczarowań wciąż miał nadzieję, że i jemu pewnego dnia się poszczęści.
- Mama zawsze powtarzała, że cuda zdarzają się codziennie - mówił, cytując Forresta Gumpa.
Marzył niczym kobieta, aby ktoś się o niego starał, i w tym byliśmy do siebie podobni. Oboje chcieliśmy się czuć pożądani. Żadne z nas oczywiście nie pogardziłoby przygodnym seksem (nikt nim nie gardzi, gdy się przydarza, zwłaszcza jeśli szczęśliwym trafem jest to dobry seks), ale oboje pragnęliśmy przy tym miłości, poczucia łączącej nas z drugą osobą więzi, chemii.
- Być może mamy za wysokie wymagania, jak na singli po trzydziestce - wyznał mi podczas jednej ze wspólnych kolacji.
Claudio był ode mnie o rok młodszy, do Mediolanu przyjechał siedem lat temu i w tym czasie udało mu się zgromadzić niezłą kolekcję niezliczonych historii miłosnych, z których każda skończyła się źle.
- A może po prostu prześladuje nas pech - odpowiedziałam.
- Myślę, że świat jest pełen idealnych kobiet - dodał. - Tylko z jakiegoś nieznanego mi powodu żadna z nich nie chce być ze mną.
Ja z kolei nie przestawałam myśleć o Niccol?. Wieczorem, przed pójściem do łóżka, często brakowało mi tchu i zaczynałam płakać. Dzwoniłam wtedy do Emmy, nawet gdy była zajęta pracą, i prosiłam, aby do mnie przyjechała.
- Jak leci, Coco?
- Wciąż kiepsko. Rozmyślałam o naszych wspólnych weekendach, o wszystkich jego słowach, które odczytywałam jako obietnice.
- Przestań się zadręczać.
- Nie jestem w stanie. Powtarzam zdania wypisywane przez niego na czacie, które znam już na pamięć, i próbuję sobie wyobrazić, jak potoczyłyby się sprawy, gdybym wyznała mu, że go kocham. Czy naprawdę coś by to zmieniło?
- Wiem, że wolałabyś usłyszeć ode mnie coś innego, ale nie sądzę. Ludzie sami decydują, z kim chcą być, Rebecco. Jeśli wybiorą ciebie, zrobią wszystko, żeby przezwyciężyć strach, wahania czy wątpliwości. Gdyby Niccol? naprawdę chciał z tobą być, tak by się stało. Przecież byłaś na wyciągnięcie ręki, czekałaś na niego.
- Tylko że on czekał na inną, na kogoś z wielkimi, pięknymi oczami, które wpatrując się w niego, sprawiłyby,że poczułby się bardziej męski niż w moim towarzystwie. Potrzebna mu była inna kobieta: słodsza, milsza, młodsza, bardziej uśmiechnięta. Mam nadzieję, że tyłek Anny obrośnie w cellulit!
- Powinnaś nienawidzić go za to, co ci zrobił, tymczasem zdajesz się go usprawiedliwiać.
- To straszne. Zamiast być na niego wściekła, co tylko zrobiłoby mi dobrze, mam do siebie żal, że nie dałam mu wystarczająco dużo, że nie okazałam się jego kobietą idealną, taką, która zapewniłaby mu to, czego szukał.
- Przestań. Nie musisz się zmieniać, bo jesteś już idealna. W miłosnych cierpieniach gniew jest oznaką poprawy, jest czymś zdrowym, tak jak pragnienie zemsty. Kiedy potrafimy wściec się na osobę, która złamała nam serce, czujemy się lepiej. Rozpacz powoli mija, uwalniamy sięod wyrzutów sumienia i zaczynamy być źli na tego,kto zadał nam cierpienie.
- Niestety, nie jestem w stanie znienawidzić Niccol?. Myślę, że mogłam coś zmienić, zachować się inaczej.
- W ten sposób robisz sobie tylko krzywdę.
- Wiem, że jestem jeszcze w tej okropnej, masochistycznej fazie, ale z niecierpliwością wyczekuję dnia, w którym poczuję się lepiej, a wtedy wszystkie jego idealne koszule z wyszytymi inicjałami rozszarpię na strzępy.
Emma parsknęła śmiechem. Co ja bym bez niej zrobiła?
Tymczasem w Mediolanie zaczynało mi się podobać. Byłam przyzwyczajona do romantycznego piękna Wenecji i brakowało mi przepychu architektury, czarujących zaułków, miejsc, które wyglądały, jakby wyszły spod pędzla artysty, oraz zapierających dech w piersi zachodów słońca nad Canal Grande.
Mimo to czułam się tu jak w domu.
- To normalne czuć się obco i nieswojo w nowym miejscu - powiedział Claudio pewnego wieczoru, kiedy popijaliśmy kawę w małym barze w centrum. - Mediolan to miasto, które przygarnia wszystkich i wszystkim daje szansę. Jest egalitarny. Z pewnością brakuje mu urody Paryża, uroku Rzymu i energii Nowego Jorku, ale to miasto, które się tobą opiekuje, znajduje dla ciebie miejsce, nie odrzuca cię, ma zawsze przygotowany dla ciebie kącik, w którym możesz się czuć bezpiecznie.
- To prawda - przyznałam, wsypując do filiżanki łyżeczkę cukru. - Zauważyłam, że Mediolan to miasto złożone ze szczegółów. Nie jest piękne, ale nie brak tu zaułków, uliczek, parków, a nawet pojedynczych budynków, któresą urokliwe. Mimo tego, że w całości dość chaotyczny i zde-zorganizowany, jest zarazem praktyczny i przyciągający.
- To miasto, które trzeba odkryć - stwierdził mój nowy przyjaciel, jednym haustem wypijając kawę. - Jest niczym nieśmiała, skryta kobieta. Potrzeba czasu, żeby ją poznaći pokochać.
Spacerując po dzielnicy Porta Romana, powoli zaczynałam się czuć jak w domu. Miałam już swój ulubiony supermarket, bar, w którym podawali najlepsze cappuccinoi brioszki, kiosk, gdzie kupowałam magazyny o modzie, oraz kwiaciarnię, w której sprzedawali stokrotki o obłędnym zapachu.
W piątek wybrałam się na wielki targ, odbywający się tego dnia w mojej dzielnicy, żeby kupić trochę warzywi owoców oraz kilka przymałych ubrań w nadziei,że schudnę. Zrzuciłam kolejne dwa kilo i sądziłam, że jeśli tak dalej pójdzie, w niedługim czasie uda mi się osiągnąć wymarzoną wagę.
To dziwne, człowiek walczy z wagą przez całe życie, a tu "banalna" rozterka miłosna wysysa nagle wszystkie pokłady tłuszczu. Za miłość powinien być odpowiedzialny żołądek, a nie serce. Przestałam nawet liczyć kalorie przy każdym drinku, a jako że Mediolan to miasto stworzone do picia, wypijałam ich całkiem sporo... Niekiedy zdarzało mi się opróżnić kilka kieliszków wina i pochłonąć przy tym parę kawałków focaccii. Alkohol wprawiał mnie w przyjemny stan i pozwalał mi w końcu poczuć się szczęśliwą.
Emma namawiała mnie do wyjścia z domu.
- Musisz iść między ludzi! - powtarzała. - Nie możesz siedzieć zamknięta w czterech ścianach.
Moja wątroba nieuchronnie odmówiłaby posłuszeństwa po paru tygodniach.
Kilka dni przed rozpoczęciem pracy udałam się do biura w celu odebrania kontraktu. Firma miała swoją siedzibę w przytłaczającym budynku przy ulicy Zara. Po podpisaniu wszystkich papierów, ruszyłam w stronę windy ze wzrokiem utkwionym w dokumentach. Czytanie w ruchu okazało się kiepskim pomysłem. Przeszedłszy zaledwie kilka kroków, wpadłam na stolik, straciłam równowagę i wylądowałam w ramionach kogoś, kto akurat przechodził korytarzem. Podniosłam głowę, żeby spojrzeć na osobę, której cudem udało się uratować moją kość ogonową, i ujrzałam wysokiego blondyna o tak intensywnie niebieskich oczach, że przywodziły na myśl błękit morza.
- Wszystko w porządku? - zapytał, próbując dźwignąć mnie na nogi.
- Tak... przepraszam... i dziękuję.
Czułam, że moje policzki płoną ze wstydu.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Nie co dzień kobiety wpadają mi w ramiona.
Ale obciach! Przyglądał mi się z olśniewającym uśmiechem na twarzy, a ja marzyłam tylko o tym, żeby zapaść się pod ziemię.
- Jeszcze raz dziękuję, uratowałeś mi życie...
Podniosłam z podłogi czapkę, która spadła mi podczas tego przykrego incydentu, i w pośpiechu wcisnęłam przycisk przywołujący windę.
- Jeśli planowałabyś kolejny upadek, liczę, że znajdę się w pobliżu.
Miał pociągający, obcy akcent. Wskoczyłam do windy, posyłając mu krótki, speszony uśmiech.
W ostatnim tygodniu wolności postanowiłam zrobić coś dla swojej urody: potrzebna mi była prawdziwa odnowa. Zaczynałam nowe życie, więc musiałam wyglądać powalająco. Mężczyźni mieli się za mną oglądać. Mężczyźni... Jeszcze gdzieś w mojej małej, ciemnowłosej główce łudziłam się, że chodzi tu o innych mężczyzn, ale w rzeczywistości jedyną osobą, na której miałam zamiar zrobić wrażenie, był Niccol?. Chciałam, by zaparło mu dech w piersiach.
Pierwszy krok: fryzjer.
- Musisz coś zrobić z włosami - zarządziła Emma. Poleciła mi ekskluzywny i wyjątkowo drogi salonw centrum.
- Ale przecież noszę długie włosy od zawsze, mężczyznom takie się podobają. Sprawiają, że wyglądamy na uległe świętoszki. Najwidoczniej to jest to, co faceci lubią.
- Myślę, że to może mieć związek z instynktem seksualnym z epoki kamiennej, kiedy jednym ciosem maczugi można było obezwładnić kobietę i, chwytając za czuprynę, zaciągnąć do jakiejś jaskini. Teraz jednak nadszedł moment, abyś i ty podcięła włosy. Zmieniasz życie, zmieniasz głowę.
Tak oto ścięłam włosy. W miejsce długich, nudnych kłaków pojawił się zawadiacki bob.
- Oto i moja Valentina!2 - wykrzyknęła entuzjastycznie Emma.
- Jasne, do oryginału jeszcze trochę mi brakuje...
- Przestań się dołować. Wyglądasz szałowo. Najwyższy czas.
- Co było nie tak ze starą Rebeccą?
- Hm... na przykład to, że cały czas zalewała się łzami przez jakiegoś kretyna?
- Przyjęłam do wiadomości - oznajmiłam ze śmiechem. Emma zawsze mówiła prosto z mostu.
Ta nowa fryzura sprawiła, że odżyłam.
Drugi krok: salon piękności.
Stuprocentowa odnowa. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam tak miękką i gładką skórę. Poza tym chyba zupełnie zapomniałam, co znaczy mieć nogi pozbawione owłosienia.
- Teraz wygląda pani o wiele lepiej - przyznała z zadowoleniem kosmetyczka po serii długich zabiegów.
- Rebecca wróciła! - zakrzyknęłam wesoło i opuściłam salon.
Byłam gotowa wyjść na miasto w sobotni wieczór. Claudio obiecał, że pójdziemy się czegoś napić w dzielnicy kanałów Navigli. Zamierzałam spędzić miły wieczór i nie myśleć o niczym.
Wybrałam starannie buty, które zamierzałam włożyć - ozdobione kryształkami sandały od René Caovilli - oraz przepiękną, jasnobrązową, obcisłą sukienkę.
Uwielbiam krótkie, dopasowane modele, nic nie mogę na to poradzić. Fascynuje mnie ich historia - pełna kobiet, którym nie brakowało odwagi. Każdy zna małą czarną dzięki fantastycznej roli Audrey Hepburn w Śniadaniu u Tiffany'ego. Wielu zapomina jednak, że ten genialny model został wymyślony wiele lat wcześniej przez Coco Chanel.
Chanel była rewolucjonistką, w modzie i nie tylko. Ile znamy kobiet wychowanych w sierocińcu, które mogą powiedzieć, że stały się ikonami stylu i elegancji? Tym, że uwolniła kobiety z gorsetów i kazała im nosić spodnie, zasłużyła sobie na moją dozgonną wdzięczność. I chociaż osiągnęła ogromny sukces, miała niezwykle burzliwe życie uczuciowe. Czułam się jak ona, jak odwieczna mademoi-selle. Przeklęta miłość!
Kiedy otworzyłam Claudiowi drzwi, na mój widok zakrzyknął:
- Coco, jak tak dalej pójdzie, stracę dla ciebie głowę!
Roześmialiśmy się i ruszyliśmy w stronę Navigli. Słońce właśnie zachodziło. Zaczynałam zakochiwać się w Mediolanie.
Po przybyciu na brzeg spokojnie płynącej rzeki, usiedliśmy przy stoliku w znanej restauracji i zamówiliśmy butelkę aromatycznego gewürztraminera. Zamierzaliśmy cieszyć się tym wieczorem, nowym życiem, przyjaźnią, wolnością młodych singli i szczęściem, że mieliśmy okazję się poznać.
Wznosząc trzeci toast, byliśmy już dość rozluźnienii weseli. Gdy w pewnym momencie spojrzałam w stronę drugiego brzegu kanału, dostrzegłam sylwetkę, która wydała mi się znajoma. Przez dłuższą chwilę nie mogłam złapać oddechu: przed lokalem w białej koszuli z podwiniętymi rękawami stał Niccol?. Jak zawsze zachwycający, uśmiechnięty i odprężony.
Claudio zauważył moje poruszenie i spytał, czy cośsię stało.
- Tam jest Niccol?! - powiedziałam półgłosem, próbując zakryć się torebką. Tak jakby mógł mnie usłyszeć po drugiej stronie kanału.
- Co? - Claudio najwyraźniej nie zrozumiał.
- Tam stoi Niccol?! - powtórzyłam spanikowana.
Spojrzał na drugą stronę.
- Niezły! - stwierdził.
- Nie patrz tam! I dziękuję, nie ma potrzeby, żebyś mi przypominał, jaki jest przystojny.
- Daj spokój, chciałem tylko zauważyć, że masz dobry gust.
- I co teraz? Co mam robić?
- No cóż, idź tam. Wyglądasz fantastycznie, powalisz go na kolana.
- Tak myślisz? Boże, co za koszmar, nie wiem, co robić... Ale może masz rację, powinnam iść do niego, żeby powiedzieć, jak beznadziejnie zachował się w stosunku do mnie, i pokazać mu, jak świetnie wyglądam. Bo wyglądam świetnie, prawda?!
Claudio w odpowiedzi posłał mi powalający uśmiech, który dodał mi odwagi. Ostatecznie wydałam na przemianę ponad czterysta euro i nie mogłam zmarnować takiej okazji. Musiałam sprawić, aby oniemiał, albo lepiej, powalićgo na kolana, tak żeby nie miał siły się podźwignąć.
Wstałam z krzesła, lekko się zataczając, ale już po chwili odzyskałam równowagę. Wino wypite na pusty żołądek sprawiło, że czułam się najbardziej pociągającą kobietą w całym Navigli. Ostrożnie pokonałam schody i powoli ruszyłam przez most. Dotarłszy mniej więcej do połowy, zobaczyłam, że ktoś podszedł do Niccol?.
To była ona. Anna. Miała na sobie kremową sukienkę, która podkreślała talię osy. Długie blond włosy powiewały na wietrze. Niccol? pogłaskał ją po szyi, przyciągnął do siebie i namiętnie pocałował.
Gdy po raz pierwszy zobaczyłam ich razem, coś we mnie pękło. To było uczucie, które dobrze znałam, a którego przez długi czas nie mogłam z siebie wykrzesać: gniew, furia. W jednej chwili zdałam sobie sprawę, że straciłam mnóstwo cennego czasu, rozpaczając przez świnię, która w dwa tygodnie po zerwaniu żyła już nowym, bajecznym życiem; przez faceta, który zastąpił mnie inną, nie cierpiącz tego powodu nawet przez minutę, który wykorzystał mnie, żeby podbudować swoją męskość. Nie cierpiałam go, nienawidziłam. Chciałam, żeby zdechł. Nie byłam w stanie utrzymać się na nogach, trzęsły mi się jak po ataku cholery i chciało mi się wymiotować.
Nie wiedząc, co robić, postanowiłam wrócić do stolika. Nie zamierzałam tracić więcej czasu na tego imbecyla. Próbowałam przejść przez most najszybciej, jak umiałam,i wtedy obcas prawego buta zwrócił się przeciwko mnie- runęłam na ziemię jak długa.
Mój upadek był tak głośny i niefortunny, że wszystkie osoby znajdujące się w pobliżu obróciły się, aby przyjrzeć się gorszej wersji Valentiny, która odgrywała jedną ze swoich żenujących scen.
No cóż, przynajmniej mój wygląd nie przeszedłniezauważony.
Modliłam się, żeby Niccol? nie był świadkiem tego teatrzyku, ale kiedy spojrzałam w jego stronę, okazało się, że oderwał się od swojej piękności i zmierzał w moją stronę. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię.
Zebrałam resztkę sił, jakie mi jeszcze zostały, i utykając w niewygodnych butach, zeszłam po schodach z mostu, po czym za wszelką cenę usiłowałam wmieszać się w tłum. Claudio biegł za mną, wykrzykując:
- Jeśli nie zwolnisz, zaraz wypluję płuca!
Wieczór mojego odwetu zakończył się smutnym epilogiem. Na dodatek zniszczyłam jedne z moich ulubionych sandałów. Wszystko przez tego drania, Niccol?.
Zaczynałam nienawidzić Mediolanu.
Wbiegając na dwunastocentymetrowych obcasach do dusznego, zatłoczonego wagonu metra dosłownie na sekundę przed zatrzaśnięciem się drzwi, byłam prawdopodobnie jedną z najszczęśliwszych osób, jakie mogli sobie wyobrazić współpasażerowie mojej podróży.
Moja prośba o przeniesienie do Mediolanu została zaakceptowana, właśnie podpisałam kontrakt na wynajem fantastycznego mieszkania, a mężczyzna, którego kochałam, miał się wkrótce dowiedzieć, że przeprowadzam się do jego miasta.
Poznałam Niccol? rok wcześniej, na imprezie urodzinowej mojej najlepszej przyjaciółki, Emmy, która zaprosiła mnie na kilka dni do "wielkiego miasta", abym mogła odpocząć od Wenecji i dojść do siebie po niedawnym rozstaniu.
Z Pietrem byłam pięć lat. Pietro, informatyk z zawodu i fotograf z zamiłowania, zdobył mnie przepięknymczarno-białym zdjęciem portretowym; zrobił mi je w dniu, w którym się poznaliśmy. Miesiąc później zamieszkaliśmy razem, zakochani i szczęśliwi. Przeżyliśmy wspaniałe chwile, zawsze dobrze się bawiąc, czy to podczas dalekich podróży, czy w leniwe niedziele spędzane przed telewizorem. Mieliśmy wielkie plany na przyszłość. Potem zaczęły się nieporozumienia, kłamstwa, zaciąganie długów na kupno mieszkania, pierwsze kłótnie o kolor kafelków w łazience, "przypominasz swoją matkę", "jesteś gorszy od swojego ojca" - i tak aż do dnia, w którym przyłapałam go w łóżku z koleżanką z pracy, blondynką przy kości, na oko rozmiar 42, kiedy to wystawiłam jego walizki za drzwi. Zdradził mnie z kobietą, która nosiła rozmiar 42, jeśli nie większy.
Tego wieczoru, kiedy poznałam Niccol?, miałamna sobie tweedową marynarkę z przypiętym kwiatem kamelii oraz obcisłe, wyszczuplające dżinsy, które odejmowały mi przynajmniej cztery kilo. Do tego długi sznur pereł zawiązany na supeł.
Spędzałam wieczór na unikaniu opychania się fistaszkami i na krytykowaniu kobiety, którą zastałam w moim łóżku w uścisku z facetem, z którym miałam wspólnykredyt na mieszkanie.
- Wyobrażasz sobie, że zdradził mnie z laską, która nosi rozmiar 42? - powtarzałam w kółko z obrzydzeniem, sama w to nie wierząc, popijając prosecco zagryzane marchewką. - Nie jestem w stanie uwierzyć,że gość, który przez tyle lat wysłuchiwał moich narzekań na temat wagi i zbędnych kilogramów, mógł się okazać na tyle okrutny, aby zdradzić mnie z wielorybem o tyłku wielkości szafy trzydrzwiowej. Widać gustował w grubasach,a ja, idiotka, przez tyle lat katowałam się dietami.
Emma, znudzona moimi niekończącymi się żalami, powtarzała, potrząsając głową:
- Ty do reszty oszalałaś. Co tu ma do rzeczy waga? Zdradził cię i nic więcej się nie liczy!
- To jest silniejsze ode mnie. Nie mogę przestaćmyśleć o ubraniach w rozmiarze XS, płaskich brzuchach, obowiązkowych postach, katartycznym obżarstwie, ziółkach przeczyszczających, dietach na bazie węglowodanów i bez nich, dietach wysokobiałkowych i niskobiałkowych, cudownych miksturach, głodówkach o chlebiei wodzie, ciągłym ważeniu się... - wyznałam, chrupiąc marchewkę.
- Od kiedy cię poznałam, gadasz tylko o wyglądzie. Jeszcze ci się to nie znudziło?! Jesteś ładna, inteligentnai zabawna. Czego, do jasnej cholery, można więcejchcieć od życia?
Miałam trzydzieści dwa lata i uważałam się za "całkiem" ładną. Nosiłam ubrania w rozmiarze 38, w którew gorszych okresach ciężko było mi się wcisnąć, ale nawet przez myśl by mi nie przeszło, aby przyznać, że powinnam kupić coś w większym rozmiarze. Mogłam się pochwalićjędrnymi pośladkami, małym biustem - który jednakże cieszył się niemałym powodzeniem - dużymi, ciemnobrązowymi oczami, niczym u jelonka, oraz pełnymi i aksamitnymi ustami.
Nigdy nie byłam typową pięknością, za którą mężczyźni oglądają się na ulicy i która łamie wszystkim wokół serca w oczekiwaniu na księcia z bajki. Mimo to, gdy tylko przeszłam przez przeklęty okres dojrzewania, zrozumiałam, że mogę się podobać. Poczucie humoru i wrodzona ironia - one to w czasach szkolnych sprawiały, że byłam skazana na etykietkę "sympatycznej koleżanki" towarzyszącej popularnym i zazwyczaj zarozumiałym blond pięknościom, o których wszyscy chłopcy marzyli po nocach - obecnie czyniły ze mnie czarującą osobę "z charakterem".
Tak więc jako ktoś, komu matka natura poskąpiła nadzwyczajnej urody i uroku osobistego, postawiłam na osobowość i byłam z tego niezwykle dumna.
- Masz rację - przyznałam - myślę tylko o jednym.
- Czy według ciebie uroda naprawdę ma tak wielkie znaczenie? - dociekała Emma, dolewając sobie wina.
- Coco Chanel powtarzała, że uroda służy kobietomdo tego, aby były kochane przez mężczyzn, zaś głupota, aby to one się zakochiwały - odpowiedziałam.
- Hm, brzmi całkiem sensownie - stwierdziła i wzniosła toast za moje zdrowie.
Dalsze przeklinanie byłego, połączone z przegryzaniem warzyw i rozmyślaniem o dietach, przerwał dźwięk domofonu. Po chwili w drzwiach stanął obłędnie przystojny mężczyzna: czarne jak węgiel oczy, włosy w artystycznym nieładzie i kilkudniowy zarost. Miał na sobie szyty na miarę ciemnografitowy garnitur bez krawata.Szeroki, ciepły uśmiech, który widniał na jego twarzy, sprawiał, że wszystkie inne uśmiechy świata wyglądały przy nim jak nic nieznaczące grymasy.
Od razu zrozumiałam. Niccol? był charyzmatycznym, dowcipnym, pewnym siebie i niezwykle seksownym mężczyzną. Wszystkie obecne na imprezie kobiety najwidoczniej bardzo dobrze go znały. Gdy już przywitał się ze znajomymi, cmoknął, kogo trzeba, i wymienił uściski dłoni, zdjął marynarkę, rzucił ją na łóżko, po czym udał się w kierunku kuchni. Idąc, zaczął powoli i z precyzją podwijać rękawy białej koszuli, dzięki czemu światło dzienne ujrzały jego wspaniałe przedramiona.
Prawda była taka, że uwielbiałam mężczyzn w koszulach. Wręcz za nimi szalałam. Kiedy facet podwijał rękawy aż po łokcie i miałam możliwość zobaczyć jego umięśnione ręce, zupełnie traciłam głowę. To było silniejsze ode mnie.
Niccol? rozglądał się po kuchni w poszukiwaniu alkoholu, a ja - jak zaklęta - wpatrywałam się w jego ręce. Jako że los lubi sobie czasem z nas zadrwić, Niccol? przyjrzałmi się przez chwilę i zadał najbanalniejsze z pytań.
- Pasjonujesz się zegarkami? - zagaił, pozbawiając mnie tym samym fantazji erotycznej, która zaczynała sięw okolicach jego łokci.
- Słucham? - Nie byłam pewna, czy przypadkiem się nie przesłyszałam.
- Zdawało mi się, że przyglądałaś się mojemu zegarkowi. Pomyślałem, że musisz być znawczynią.
- Zegarek, no tak! - wykrzyknęłam, przełknąwszyw pośpiechu spory kęs warzyw, czym naraziłam sięna śmierć w wyniku uduszenia, a to wszystko w obecności jednego z najprzystojniejszych mężczyzn, jakichw życiu widziałam.
- Tak, zegarki są moim hobby, a twój jest naprawdę piękny. Wspaniale podkreśla nadgarstek.
- To ciekawe, nigdy nie myślałem o zegarkach w tych kategoriach. Czyli podobają ci się?
Nienawidzę zegarków. Przeraża, a zarazem śmieszy mnie pomysł noszenia na ręku symbolu przemijającego czasu. Jakby nie wystarczał fakt, że samo życie co dwadzieścia cztery godziny niezmiennie przypomina nam, iż z każdym dniem jesteśmy trochę starsi.
- Tak, bardzo mi się podobają. Ale nie noszę zegarka... bo jestem na nie uczulona - odpowiedziałam, nie mogąc się nadziwić, skąd wpadł mi do głowy tak idiotyczny pomysł.
- Jesteś uczulona na zegarki?
Zdanie to, powtórzone przez niego, zabrzmiało jeszcze gorzej. Na szczęście w tym samym momencie do kuchni weszła Emma, przerywając naszą absurdalną rozmowę. Z trudem zwalczyłam chęć rzucenia się jej na szyję, aby podziękować za ratunek.
- A, widzę, że już się sobie przedstawiliście? - zainteresowała się, zabierając ze stołu butelkę rumu.
- W zasadzie to jeszcze nie - odpowiedział Niccol?, posyłając mi uśmiech.
- Rebecca, dla przyjaciół Coco.
- Jak sławna Chanel - dodała Emma z przekąsem. - Rebecca jest jej wielką fanką.
- To prawda, bardzo ją podziwiam - uśmiechnęłam się niepewnie, wyciągając do niego rękę.
- Niccol? - odparł, odwzajemniając gest.
"Ale masz seksowną dłoń" - pomyślałam.
- Rebecca jest moją przyjaciółką z dzieciństwa. Chodziłyśmy razem do szkoły. Mieszka w Wenecji i przyjechała w odwiedziny na parę dni.
- Witaj w Mediolanie, Rebecco. - Niccol? uśmiechnął się ponownie. - Czym się zajmujesz na co dzień?
Jedną z rzeczy, których nie cierpię, jest zwyczaj pytania o wykonywaną pracę na samym początku rozmowy z nowo poznaną osobą. Jakby to miało być coś przyjemnego! Nikt nigdy nie pyta, czy słuchasz Beatlesów,czy Lou Reeda, czy wolisz buty Nike, czy Converse, czy spędzasz wakacje w hotelu, czy pod namiotem ani czy bardziej śmieszą cię filmy Tarantino niż braci Coen. To są ważne rzeczy, a nie jakaś twoja cholerna robota.
- Zajmuję się organizacją eventów - odpowiedziałam wymijająco.
Pracowałam dla dużej agencji, która organizowała eventy i kongresy w całej Europie. Niewtajemniczonym mogło się wydawać, że to świetna fucha: imprezy, uroczyste kolacje, sukienki wieczorowe i dekoracje stołów z egzotycznych kwiatów. W rzeczywistości zajmowałam się nudnymi kongresami naukowo-medycznymi i najbardziej emocjonującym zadaniem, jakie mogło mi się trafić, była organizacja szkolenia dla proktologów lub seminarium o problemach z prostatą.
- Świetnie, zapewne będziesz mogła udzielić mi paru wskazówek dotyczących wernisażu, który organizuję z okazji otwarcia mojego nowego studia. Jestem architektem - powiedział, podnosząc szklankę do ust i zginając przy tym rękę w taki sposób, że jego wspaniały biceps był jeszcze lepiej uwydatniony.
Już wtedy należałam do niego.
Przegadaliśmy cały wieczór. Niccol? był nie tylko przystojny, ale także oczytany, inteligentny, dowcipny i szarmancki. Regularnie napełniał opróżniany przeze mnie kieliszek, co i rusz dopytując się, czy wszystko jest w porządku i czy dobrze się bawię.
Czułam się pijana, co było skutkiem zarówno wypitego wina, jak i obecności tego mężczyzny, i zdążyłam zupełnie zapomnieć o moim eks oraz jego nowej przysadzistej partnerce.
Pod koniec wieczoru Niccol? pocałował mnie w policzek i zostawiwszy swoją wizytówkę, założył ponownie marynarkę, po czym wyszedł, dając się pochłonąć mediolańskiej nocy.
- Czy ty też uważasz za dziwny ten nowy zwyczaj, zgodnie z którym to facet zostawia ci swój numer? - zwróciłam się do Emmy, wpatrując się jak zahipnotyzowana w biały kartonik.
- Obraziłaś się, bo nie lubisz robić pierwszego kroku?
- Wciąż nie jestem w stanie zaakceptować, że czasy się zmieniły i u mężczyzn zanikł instynkt łowców,a w zamian zaczęli rozdawać swoje numery, oczekując, że to my będziemy do nich dzwonić - stwierdziłam, dopijając ostatni kieliszek prosecco.
- Ależ jesteś staroświecka!
- Staroświecka? Wierzę w całkowitą równość płci, ale jednocześnie jestem przekonana, że to mężczyzna powinien wyjść z inicjatywą i zadzwonić pierwszy. To czysta genetyka, tak jak płacenie za kolację, skręcanie szafek, otwieranie drzwi i noszenie walizek na wakacjach.
- Prawdziwa z ciebie feministka! - zaśmiała się Emma.
Nieco później, próbując opanować zawroty głowy i podliczyć pochłonięte kalorie, zrozumiałam, że dla Niccol? byłam gotowa zrobić wyjątek. Do diabła z genetyką!
Kolejnego dnia, wciąż lecząc kaca, pozostałośćpo minionym wieczorze, omówiwszy z Emmą właściwą strategię, wzięłam głęboki oddech i wykręciłam ten cholerny numer.
Poszło jak z płatka.
Zobaczyłam się z Niccol? jeszcze tego samego wieczoru. Najwyraźniej musiałam mu się spodobać - zapewne dzięki moim obcisłym dżinsom. Przyjechał po mnie, otworzył mi drzwi do samochodu, wybrał idealną muzykęi zamówił bajeczne wino. Czułam się jak bogini. Miałam na sobie małą czarną, która dyskretnie odsłaniała dekolt oraz delikatnie opinała biodra, maskując nadprogramowe fałdki. Niccol? zauważył moje oszałamiające sandałki od Sergia Rossiego i skomplementował moje szczupłe kostki.
- Uwielbiam buty - wyznałam mu podczas kolacji. - Mam w domu ponad sto par.
- Gratuluję, niezła kolekcja! - wykrzyknął zaskoczony.
- Tak, wiem, teraz pewnie myślisz, że jestem jednąz tych kobiet, które całą pensję wydają na pantoflei pantofelki, żeby podczas codziennych imprez występowaćw innym modelu. Prawda jest taka, że skrzętnie gromadzę buty, a potem nie mam kiedy ich założyć. Niektórez nich wciąż leżą nietknięte w szafie i czekają na swoją kolej, ale sama myśl, że tam są, poprawia mi humor. Czasami mam wrażenie, że z niektórymi parami zdążyłam się już zaprzyjaźnić - opowiadałam z rozbawieniem.
Obecność Niccol? działała na mnie uskrzydlająco.
- Zadziwiasz mnie, Coco - powiedział.
Nie przerwał mojego wywodu o butach. Słuchał cierpliwie, nie przejawiając żadnych oznak znudzenia, wręcz przeciwnie. Wydawało mi się, że to sen.
Przegadaliśmy cały wieczór jak starzy znajomi. Opowiedziałam mu o swoim byłym, o naszych nieporozumieniach, o uczuciu, które się kończy, o bezbronności, jaką odczuwa się po zdradzie, a on podzielił się ze mną historią swojego związku, który skończył się rok wcześniej - opowiedziałmi o zerwanych zaręczynach, o psie, którego zostawił swojej byłej, a którego strasznie mu brakowało, oraz o życiu trzydziestopięcioletniego singla w Mediolanie.
Mówił spokojnie, ciepłym głosem, wpatrując sięwe mnie i od czasu do czasu posyłając w moją stronę uśmiech. Słuchanie o jego przejściach i zawodach miłosnych oraz poznawanie jego romantycznej strony sprawiało, że wydawał mi jeszcze seksowniejszy.
To był mężczyzna stworzony dla mnie. Odkryliśmy, że mamy podobne zainteresowania, trochę przez przypadek, a trochę przez kilka kłamstw w dobrej wierze, powiedzianych, żeby go nie rozczarować. On był fanem rocka, muzyki elektronicznej, zespołów tworzonych przez wściekłych, zbuntowanych kolesiów. Ja dorastałam na piosence autorskiej, wokalistach śpiewających o miłości i brzdąkających na gitarach utwory Battistiego1. Co roku oglądałam finał festiwalu w San Remo, zakładając się z przyjaciółmi, kto zostanie zwycięzcą.
- Lubisz Toola? - wypytywał. - A Incubusa?
- No jasne! - odpowiedziałam, choć nie miałam pojęcia, o kogo chodzi. - Słucham ich od lat. - Teraz modliłam się w duchu, żeby nie poprosił mnie o zanucenie ulubionego kawałka albo wymienienie najlepszego albumu.
On był miłośnikiem literatury amerykańskiej, ja rosyjskiej, ale dlaczego miałabym mu przerywać, gdy opowiadał mi w szczegółach fabułę ostatniej, niezwykle nudnej powieści Dona Winslowa?
Dla takiego mężczyzny byłam gotowa zmienić swoje zainteresowania o sto osiemdziesiąt stopni. Gdyby o to poprosił, zjadłabym węglowodany na kolację, a nawet włożyła cielistą bieliznę.
Nie mogłam uwierzyć, że los okazał się łaskawy dla mojego biednego serca, które tak niedawno zostało złamane. Przede wszystkim jednak byłam szczęśliwa, widząc, że on też jest mną wyraźnie zainteresowany.
Wieczór zakończyliśmy w mieszkaniu Niccol?. Wystrój został pieczołowicie przez niego wybrany, a każdy detal wydawał się być na swoim miejscu niczym podczas sesji zdjęciowej do magazynu o designie.
Usadził mnie na kanapie, puścił muzykę i patrzącmi w oczy, powiedział, że jestem piękna. Kiedy usłyszałam te słowa, przysunęłam się bliżej i pocałowałam go. Pukałam do bram raju, które właśnie zostały przede mną otwarte.
Kochaliśmy się całymi godzinami, nie odczuwając żadnego skrępowania, jakbyśmy znali się od zawsze. Poza szybkim i nic nieznaczącym numerkiem z pijanym kolegąpo nudnym kongresie ginekologów nigdy nie zdradziłam Pietra; przyzwyczaiłam się do jego ciała i do jego gestów.
Niccol? od razu sprawił, że poczułam się swobodnie: doskonale wiedział, gdzie i jak mnie dotykać, gdzie całować i co mówić. Byliśmy idealnie dopasowani.
Kiedy około godziny czwartej nad ranem, idąc za radą Emmy odnośnie do nowych zwyczajów wśród singli, którzy nie nocują w domu partnera, poprosiłam go, aby zamówił mi taksówkę, zachęcił mnie, abym została.
- Bardzo chciałbym podać ci jutro kawę do łóżka.
Z trudem powstrzymałam łzy.
I tak oto znalazłam się tutaj. Ja i Niccol? nareszcie mieliśmy zamieszkać w tym samym mieście. Wysiadłamna Placu Katedralnym, żeby przesiąść się do czerwonej linii metra w kierunku stacji Porta Venezia. Szłam powoli, ponieważ włożyłam nowe buty na wysokim obcasie. Miałam na sobie obcisłe białe spodnie, które krępowały moje ruchy, niebiesko-białą koszulkę w paski w stylu marynarskim, a na głowie mój szczęśliwy kapelusz panama.
Mieliśmy się spotkać o piątej w Jacku. Zarezerwowałam stolik, żeby w porze aperitifu nie ryzykować przepychania się przy barze bez miejsca siedzącego. Zamierzałam zamówić szampana i rozkoszować się entuzjastyczną reakcją Niccol?, kiedy usłyszy radosną nowinę.
Spotykaliśmy się od roku. To był czas obfitującyw romantyczne kolacje, strumienie wina, filmy, koncerty i boski seks. Co drugi tydzień rozradowana pędziłamna pociąg, aby wyruszyć z wizytą do mojego mężczyzny idealnego. Kilka razy to on odwiedził mnie w weneckiej lagunie. Spacerowaliśmy wtedy wąskimi uliczkami, całując się na każdym napotkanym moście niczym para zakochanych nastolatków.
Wiedzieliśmy, że to początek poważnego związku.
W te długie, męczące dni rozłąki godzinami gadaliśmy przez Skype'a, wymieniając się muzyką i filmami, opowiadając sobie o tym, jak nam minął dzień, i rozmawiając o seksie - przeszłym, tym wyobrażonym i tym mającym dopiero nastąpić.
Przedstawił mi paru swoich przyjaciół, a ja poznałam go z moimi najbliższymi przyjaciółkami, które przeprowadziły się do Mediolanu.
Od czasu do czasu chodziliśmy wspólnie na długie aperitify, podczas których obejmował mnie i całując w policzek, oznajmiał:
- Ależ z nas zgrany duet!
Pewnego dnia wpadliśmy na ulicy na jego ojca, któremu przedstawił mnie jako swoją "koleżankę Rebeccę". Trochę mnie to zabolało, ale później zrozumiałam,że to delikatna kwestia - rodzice często bywają przeczuleni na punkcie związków swoich dzieci. W gruncie rzeczy byliśmy przecież także dobrymi przyjaciółmi, więcpostanowiłam się tym nie przejmować. Uśmiechnęłam się i choć od zawsze byłam przeciwna instytucji małżeństwa, w głębi ducha przez chwilę marzyłam, aby ten pan pewnego dnia został moim teściem.
To był intensywny rok. Zdarzały nam się kłótnie, nieporozumienia, od czasu do czasu nieco oddalaliśmy sięod siebie. Niccol? był mężczyzną namiętnym, powściągliwym i drażliwym, zdecydowanym samotnikiem. Nauczyłam się, aby zostawiać mu trochę przestrzeni, ufać mu, nie wypytywać, co robił w weekendy, w które się nie widywaliśmy - wszystko po to, aby nie sprawiać wrażenia zbyt natarczywej, niepewnej czy też zazdrosnej.
W jego oczach byłam osobą silną, zabawną, dowcipną i pewną siebie, dlatego też rzadko pozwalałam sobiena pokazanie mu swoich słabostek. Chciałam być tą kobietą, której on oczekiwał, taką, na jaką zasługiwał.
Pewnego razu, gdy całowaliśmy się po seksie, niespodziewanie powiedział:
- Uwielbiam twoje mięciutkie ciało. Twoja uroda jest iście renesansowa.
Te słowa zwyczajnie mnie poraziły. Wciąż miałamobsesję na punkcie swojego wyglądu, mimo że on nie przegapił żadnej okazji, aby przypomnieć mi, jaka jestem wspaniała. Po tej uwadze z wymuszonym uśmiechem przeprosiłam go i wyszłam do łazienki. Stałam tam zapłakanai przeglądając się dokładnie w lustrze, w duchu życzyłam mu, aby uschło mu przyrodzenie.
Odświeżywszy się, z kamienną twarzą wróciłamdo łóżka. "Jestem silną kobietą, jestem silną kobietą, jestem silną kobietą... Żaden durny komentarz na temat wyglądu nie wyprowadzi mnie z równowagi" - powtarzałam sobie niczym mantrę.
Byłam w nim zakochana, czyli gotowa wybaczyć wszystko, nawet to, że nie dostrzega niektórych z moich słabych punktów. W zasadzie to ja go przed nimi chroniłam, bo przecież na tym polega miłość.
Czasami, gdy wychodziliśmy na obiad czy kolację do restauracji, zabawialiśmy się, oceniając siedzące przy sąsiednich stolikach kobiety. Ja przyznawałam im punkty, a Niccol? mówił, czy chciałby je poderwać, czy nie.Pewnego razu, kiedy byliśmy już dobrze wstawieni, postanowił mi się do czegoś przyznać.
- Mam wyjątkowy talent do rozkochiwania w sobie zdesperowanych kobiet.
- Gratulacje - odpowiedziałam i wybuchnęłam śmiechem, choć miałam wrażenie, że mówi o mnie.
Nigdy nie zwierzyłam mu się z tego, co naprawdęczułam. Byłam silną, niezależną kobietą. Nie chciałam ani go wystraszyć, ani go popędzać. Czekałam, aż zrobipierwszy krok, aż będzie gotowy, aż poczuje się pewniei zrozumie, że to właśnie ze mną chce spędzić resztę swojego życia.
Tymczasem jednak poprosiłam w pracy o przeniesienie do Mediolanu i gdy tylko otrzymałam potwierdzenie, zaczęłam szukać dwupokojowego mieszkaniado wynajęcia.
Trzymałam to w tajemnicy przed Niccol? - chciałam zrobić mu niespodziankę. Nie miałam wątpliwości, że będzie wniebowzięty.
W czerwonej linii metra cuchnęło jak w oborze. Stojąc i nie mając się za co złapać, desperacko próbowałam utrzymać równowagę, żeby nie ubrudzić białych spodni. Zerkałam na swoje odbicie w szybie, sprawdzając, czy podróż metrem zdążyła już zrujnować mój perfekcyjny wygląd.
Na stacji Porta Venezia usiadłam na chwilę na ławce, żeby odszukać lusterko w torebce. Skontrolowałam, czy makijaż wciąż jest nienaganny, poprawiłam włosy i kapelusz, a następnie skierowałam się w stronę ruchomych schodów.
Nowe buty, wybrane specjalnie na tę okazję, zaczynały mnie już uwierać, a upał, przez który puchły mi stopy,z pewnością nie pomagał. Zamiast poruszać się jak zwiewna modelka, zdecydowanie bardziej przypominałam tyranozaura, który ma problemy z zaparciem.
Po wyjściu na zewnątrz poczułam uderzenie fali gorącego powietrza i ruszyłam w stronę lokalu wolnym, ostrożnym krokiem, starając się uśmiechem zamaskować myślo zalążku gangreny na moich stopach. Gdy tylko dotarłam na miejsce, runęłam na krzesło, jakbym od miesiąca byłana nogach, i powoli zsunęłam buty pod stolikiem, tak,aby nikt tego nie zauważył.
Niccol? spóźnił się piętnaście minut. Wyglądał wspaniale - opalony i zrelaksowany. Miał na sobie jedną z tych genialnych, szytych na miarę koszul z wyszywanymi inicjałami, które w dużym stopniu przyczyniły się do tego,że straciłam dla niego głowę.
Podszedł do stolika, uśmiechnął się na widok moich gołych stóp i cmoknął mnie w policzek.
- Piękne buty! - oznajmił, siadając.
- Dziękuję, są nowe i niestety strasznie mnie obcierają.
- Dla takich butów warto jednak pocierpieć.
- Też tak myślę.
- Skąd ta nagła wizyta w środku tygodnia? Stęskniłaś się za Mediolanem?
- Stęskniłam się za tobą!
Uśmiechnęłam się porozumiewawczo i dałam znak kelnerowi, że jesteśmy gotowi do złożenia zamówienia.
W ostatnich tygodniach byłam tak zajęta organizowaniem swojego nowego życia, że niemal wcale się nie widywaliśmy. Aby firma zgodziła się na moje przeniesienie, musiałam doprowadzić do końca i zarchiwizować wszystkie projekty z zeszłego sezonu, więc pracowałam nawetw weekendy.
- Muszę ci powiedzieć coś bardzo ważnego.
- Ja też - odpowiedział, uderzając ręką o udo.
- Zamówmy więc szampana i pozmawiajmy.
Niccol? przyjrzał mi się z uwagą i nagle stał się zadziwiająco poważny.
- Dobrze, co masz mi do powiedzenia?
- Hm, a więc... przeprowadzam się do Mediolanu.
- Jak to? Kiedy? A co z pracą?
- Przeniesiono mnie do tutejszej filii.
- Żartujesz! A gdzie się zatrzymasz?
- Znalazłam prześliczne dwupokojowe mieszkaniew dzielnicy Porta Romana. Przeprowadzam się podkoniec tygodnia.
- Niesamowite!
- Chciałam znaleźć coś bliżej ciebie, ale nie ma teraz zbyt dużego wyboru. A to, co jest, przekracza moje możliwości finansowe. Będę musiała jeździć metrem na nasze spotkania.
- Raz na jakiś czas będziesz mogła się poświecić.
- Raz na jakiś czas? Chyba chciałeś powiedzieć: codziennie!
Roześmiałam się serdecznie i wzięłam go za rękę. Ale on ją cofnął. W tym momencie poczułam gwałtowny ścisk w żołądku, który jakby podświadomie wyczuł zbliżające się zagrożenie i szukał drogi ucieczki.
Coś było nie tak.
- No właśnie... - wymamrotał Niccol?, zawieszając wzrok w próżni. - Musimy porozmawiać...
Proszę, zaczęło się, oto on, przeklęty Kodeks. Mężczyzna, za którym skoczyłabym w ogień, zaczynał się posługiwać Kodeksem.
Kodeks to zbiór wszystkich tych zdań, zwrotów, postaw, zagrywek i spojrzeń, z których pary korzystają, często podświadomie, gdy coś w ich związku zaczyna się psuć.
"Nie jestem w stanie dać ci tego, co...", "Ty nic nie zrobiłaś źle, to wszystko moja wina", "Tak będzie lepiej dla nas obojga", "Nie mogę patrzeć, jak cierpisz", "Nie potrafię się zmienić", "Ciągle cię zawodzę" - to kilka podstawowych zwrotów z Kodeksu. Niccol? zdecydował się na banalne: "Musimy porozmawiać...".
Zapadła nieznośna cisza. Kelner postawił przed nami kieliszki z szampanem. Gapiłam się na swój jak na meteoryt, który spadł właśnie z nieba. Nie byłam w stanie podnieść wzroku. Zebrałam się w sobie, przełknęłam ślinę, przypomniałam sobie, że jestem silną kobietą i tak dalej, po czym podniosłam głowę i spojrzałam na Niccol?.
- O czym chcesz rozmawiać? - zapytałam.
Przyglądał mi się przez dłuższy czas, skupiając sięna okolicach mojego czoła i włosów, które opadały swobodnie na ramiona. Następnie, upiwszy łyk szampana, odparł:
- O Annie.
- O kim?
- O Annie, twojej koleżance.
Co, do stu diabłów, Anna miała wspólnego ze mną, Niccol?, szampanem, zamówionym stolikiem, nieznośny upałem, niewygodnymi butami, rozpływającym się makijażem i moją przeprowadzką do Mediolanu?
- Anna? - powtórzyłam, patrząc mu prosto w oczy.
- Tak, Anna.
- Ty w ogóle ją znasz?
- Przedstawiłaś mi ją kilka miesięcy temu. Poszliśmyna ten obrzydliwie nudny wieczorek poetycki, na który zaciągnęłaś mnie siłą, i tam ją spotkaliśmy. Przypominasz sobie?
Owszem, przypomniałam sobie. Kilkoro moich przyjaciół zorganizowało to spotkanie w małym, klimatycznym lokalu. Przez cały wieczór, popijając wino, staraliśmy się powstrzymywać od wybuchów pełnego zażenowania śmiechu (wiersze były naprawdę beznadziejne).
Anna przyszła spóźniona i zajęła miejsce obok nas. Poznałyśmy się kilka lat wcześniej. Była dobrą znajomą mojej bliskiej kuzynki, a poza tym jeździła w to samo miejsce co my na wakacje nad morzem, w regionie Marche.
Była kilka lat młodszą ode mnie wysoką, szczupłą blondynką o najpiękniejszym uśmiechu, jaki kobieta mogłaby sobie wymarzyć. Miała tak idealne rysy twarzy, że wystarczyło jej jedno pociągnięcie tuszu do rzęs, żeby wyglądać olśniewająco - w przeciwieństwie do nas, zwykłychśmiertelniczek, spędzających długie godziny przed lustrem, żeby naładowawszy sobie na twarz kilogramy podkładu, pudru, cieni, różu i szminki, wyglądać jak lepsze wersje samych siebie.
Tego nieszczęsnego wieczoru przedstawiłam jej Niccol?. Pożartowali chwilę, zamienili dwa słowa przy barze i pożegnali się. A tu nagle została wspomniana w trakcie rozmowy, która zaczęła zmierzać w bardzo złym kierunku, podczas gdy mój szampan robił się już ciepły, a mnie powoli zbierało się na wymioty.
- Faktycznie, przedstawiłam ci Annę kilka miesięcy temu - powiedziałam ostrożnie, kontrolując drżenie głosu. - Czy mógłbyś mi wytłumaczyć, co ona ma tutaj do rzeczy?
- No tak... Nie wiem, jak ci to powiedzieć. W gruncie rzeczy tworzyliśmy naprawdę zgrany duet. Jesteś silną, niezależną kobietą, uwielbiam to w tobie. Potrafisz panować nad emocjami, jesteś pewna siebie. Nie dasz się zastraszyć, nie przeraża cię wizja mijających lat. Byłem singlemod dłuższego czasu i dobrze wiesz, że zamknąłem się w sobie. Mam trzydzieści sześć lat, nie jestem już studenciakiem.
- Tak, zdążyłam cię dobrze poznać. - Z pewnością lepiej niż on mnie.
- Bez wątpienia! Posłuchaj, będąc na tym etapie swojego życia, przede wszystkim dzięki tobie, naszym długim rozmowom, wspaniałym chwilom, które wspólnie przeżyliśmy, i łączącej nas nici porozumienia zdałem sobie sprawę, że czegoś mi brakuje. Zrozumiałem, że potrzebuję kogoś, kogo mógłbym pokochać.
Nogi zaczęły mi drżeć.
- I teraz myślę, że udało mi się znaleźć taką osobę. Annę.
Podsumujmy, bo muszę zebrać myśli: poznaję fantastycznego faceta, zakochuję się w nim na zabój, seks jest cudowny, świetnie się dogadujemy, przeprowadzam się dla niego do innego miasta, a kiedy on w końcu postanawia się zakochać na poważnie... zakochuje się w innej!
W innej. Zakochuje się w Annie.
Trzęsącą się ręką złapałam kieliszek szampana. Strasznie kręciło mi się w głowie. Upiłam łyk i z powrotem odstawiłam kieliszek, prawie go przewracając. Mimo panującego na zewnątrz upału przeszedł mnie zimny dreszcz.
- Dobrze się czujesz? - Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.
Właśnie w tym momencie ta silna kobieta, którą podobno byłam, zapomniała o swoim perfekcyjnym makijażu, białych spodniach, idealnej fryzurze oraz ludziach wokół i zaczęła beczeć jak trzylatka.
- Rany boskie, Coco, co się dzieje?
- Co się dzieje? - próbowałam wycedzić, walczącz czkawką i łzami. - Co się dzieje?! Chcesz mi powiedzieć, że jeszcze to do ciebie nie dotarło?
Spojrzałam na niego przez łzy. Czy to możliwe, że mój mężczyzna idealny to ten kretyn, który siedzi naprzeciwko i tak bezwzględnie mnie rani? Czy to możliwe, że przez cały ten rok nie zdążył się zorientować, ile dla mnie znaczy?
- Nie chciałem cię skrzywdzić. Wiem, że jestemdla ciebie ważny, ale cóż, zdarza się. Miłość jest ślepa. Rozumiesz to, prawda?
Wszystko stało się jasne: Niccol? był idiotą.
- Jak możesz mnie o to pytać? Jak? Co ze mną?Co z nami?
- Rebecco, seks rzeczywiście był fantastyczny, mieliśmy to niesamowite porozumienie, ale ty jesteś wolną, niezależną i silną kobietą. Nie potrzebujesz kogoś, kto by się tobą opiekował. Lubisz mieszkać sama, kochasz dobrą zabawę. W związku czy nie, i tak dasz sobie radę. Świetnie się z tobą czułem, ale miłość przyszła znienacka i nic nie mogłem na to poradzić. Zakochałem się i tyle.
W tym momencie zrozumiałam, jak bardzo się myliłam. Ja byłam w nim zakochana od pierwszej chwili, w którejgo ujrzałam, on zaś widział we mnie tylko przejściowąpartnerkę, a w tym czasie szukał kobiety swojego życia. Ja wierzyłam, że budujemy prawdziwy związek, a on używał mnie jako emocjonalnej poduszki, z której mógł skorzystać, szukając prawdziwej miłości. Tak bardzo się pomyliłam. Może to nie on był kretynem. Możliwe,że jedyną prawdziwą kretynką byłam tutaj ja.
Nie będąc w stanie zatrzymać potoku moich łez, Niccol? starał się ratować sytuację jedną z najgłupszych fraz, jakich może użyć mężczyzna po wyrwaniu kobiecie serca prostoz piersi i zjedzeniu go na kolację:
- Nie martw się, nadal będziemy się spotykać. Pozostaniemy przyjaciółmi. Zależy mi na tobie.
Powoli odwróciłam się w jego stronę. Spływający tusz zmieszał się z podkładem i tworzył teraz niezbyt ciekawą mozaikę. Długo wpatrywałam się w niego, próbującza wszelką cenę powstrzymać płacz, po czym cieniutkim głosem oznajmiłam:
- Kocham cię.
Niccol? odsunął się, zaciskając usta. Przyglądał mi się przez chwilę, a potem potrząsnął głową.
- To niemożliwe, coś ci się pomyliło!
- Pomyliło?! Jestem w tobie zakochana od pierwszego momentu, w którym cię ujrzałam. Kochałam cię przez ten cały pieprzony rok!
- Nie... nie. Teraz tak mówisz, bo jest ci przykro, że stracisz kochanka.
- Co ty wygadujesz?
- Wcale mnie nie kochasz. Nie wiesz, co mówisz! Przecież gdyby tak było, powiedziałabyś mi o tym. Zawsze twierdziłaś, że jesteś silna i niezależna, powtarzałaś, że nie potrzebujesz nikogo, kto by się nad tobą rozczulał.
- Mówiłam tak, żeby cię nie popędzać, żebyś się nie wystraszył. Byłeś taki zadowolony ze swojego statusu zatwardziałego kawalera. Nie chciałam cię do niczego zmuszać. Wolałam, byś sam się przekonał, że mnie kochasz.
- Ale przecież to strasznie głupie!
Ponownie wybuchłam płaczem. Łamał mi serce i jeszcze mnie obrażał.
- Ale ja... ja... - zaczęłam się plątać.
- Rebecco, dlaczego nigdy mi nie powiedziałaś, co czujesz? Nie żeby to mogło coś zmienić. Myślę, że między nami brakowało tego czegoś. A jednak gdybym wiedział, że faktycznie jesteś we mnie zakochana, że jestem dla ciebie kimś więcej niż kompanem i bliskim przyjacielem, zachowałbym się inaczej - zakończyłbym naszą znajomośćo wiele wcześniej. Anna nie ma tutaj nic do rzeczy. Bardzo cię proszę, postaraj się mnie zrozumieć. To niebył mój wybór, po prostu się zakochałem. Jeśli tobieby to się przydarzyło, nie miałbym nic przeciwko. Miłość nie wybiera. Mam nadzieję, że któregoś dnia, niedługo, znów będziemy mogli się przyjaźnić, że znowu stworzymy zgrany duet.
Zgrany duet. Teraz zrozumiałam, co miał na myśli, mówiąc: "zgrany duet". Zgrany duet to dwie osoby, które idą razem do łóżka, nic do siebie nie czując, a ty nie komplikujesz niepotrzebnie spraw, kiedy facet, któremu oddałaś swoje serce, zakochuje się w twojej koleżance, o której istnieniu jeszcze dwa miesiące temu nie pamiętałaś. Koleżance, która nosi rozmiar 36.
Wstałam od stolika, boso, biorąc sandały w rękę. Ani mi się śniło zakładać te narzędzia tortur w tak tragicznych okolicznościach. Spojrzałam na Niccol? pustym, zdesperowanym wzrokiem.
- Dokąd idziesz? - spytał tym samym ciepłym głosem, który zawrócił mi w głowie, kiedy pierwszy razgo spotkałam.
- Złamałeś mi serce, Niccol?.
- Wiesz, że nie chciałem. Nie przesadzaj. - Tak, zdecydowanie był kretynem. - Przejdzie ci za parę dni, kiedy zrozumiesz, że tak naprawdę wcale nie byłaś we mnie zakochana. Dobrze się bawiliśmy i tyle. Wtedy wrócisz do mnie, a ja będę na ciebie czekał z otwartymi ramionami.
- Żegnaj, Niccol?.
Spojrzałam na niego tak, jakbym zobaczyła go po raz pierwszy w życiu. Nie byłam w stanie dostrzec w nimtego samego mężczyzny, którego jeszcze godzinę temu kochałam do szaleństwa. Odwróciłam się i ruszyłamw stronę drzwi. Niccol? nie przejął się tym i krzyczałza mną zza stolika:
- Rebecco, dokąd idziesz? Wracaj tutaj!
Nie wiedziałam, co robić, gdzie się podziać. Nie wspominając o tym, że boso po rozgrzanym asfalcie raczej daleko bym nie zaszła. Dotarłam za róg i usiadłam na chodniku, zapominając o białych spodniach. Ściągnęłam niedawno założony kapelusz i gniotąc go w rękach, prosiłam, żeby zmienił zdanie, żeby zorientował się, że nie może beze mnie żyć, żeby wybiegł za mną, przytulił i powiedział, że chce mnie mieć przy sobie już na zawsze.
Tak się nie stało. Nie pojawił się.
Po półgodzinie, która wydawała mi się wiecznością,z trudem wstałam i utykając, ruszyłam w stronę metra. Ludzie stojący przed barami z drinkami w rękach patrzyli na mnie jak na kosmitkę. Wyszłam z metra, wsiadłamdo pociągu, po czym osunęłam się na brudne siedzeniew moich i tak już poplamionych spodniach.
Płacząca, z butami w ręku, byłam zapewne jedną z najsmutniejszych osób, jakie moi współpasażerowie, jadący tym samym brudnym, cuchnącym wagonem, byli sobiew stanie wyobrazić.