Aleja Chanel N° 5 - Daniela Farnese

-
Proszę czekać

Nowe mia­sto, nowe życie

Mijał ty­dzień, od kie­dy prze­pro­wa­dziłam się do Me­dio­la­nu. Ty­dzień, który wy­da­wał się ro­kiem.

Nic­col? już się do mnie nie ode­zwał. W chwi­lach słabości na­cho­dziła mnie ocho­ta, żeby do nie­go za­dzwo­nić czy na­pi­sać, ale uda­wało mi się ją stłumić. Za bar­dzo cier­piałam, żeby ry­zy­ko­wać po­now­ne upo­ko­rze­nie.

Bez­pośred­nio po na­szej ab­sur­dal­nej roz­mo­wie wróciłam do We­ne­cji. Spędziłam podróż z głową opartą o szybę. Łzy wciąż płynęły mi po twa­rzy, ale osu­szało ją lo­do­wa­te po­wie­trze z kli­ma­ty­za­cji, chłodzące cały wa­gon.

Do­stałam się do domu pie­szo, nie zwra­cając uwa­gi­na to, gdzie je­stem, ani na to, co się wokół mnie dzie­je. Nie mogłam opa­no­wać płaczu i nic so­bie nie robiłam ze znaczących spoj­rzeń prze­chod­niów. Spływający tusz utwo­rzył na mo­jej twa­rzy coś na kształt prze­rażającej ma­ski kar­na­wałowej.

Do­tar­cie do miesz­ka­nia utrud­niały scho­dy, które mu­siałam po­ko­nać mimo obo­lałych stóp. Pod drzwia­mi po­wo­li osunęłam się na podłogę, nie prze­stając płakać. Nig­dy­nie sądziłam, że mój or­ga­nizm jest w sta­nie wy­pro­du­ko­wać tyle łez.

Myślałam, że w pew­nym mo­men­cie od­wod­nio­ne ciało za­trzy­ma fon­tannę try­skającą z oczu. Tak się jed­nak nie stało - ka­na­li­ki łzowe do­brze wy­ko­ny­wałyswoją pracę, co mogło być zasługą dwóch i pół li­tra wody, które z na­masz­cze­niem wy­pi­jam każdego dnia, na­wet gdy nie mam ocho­ty, żeby za­ha­mo­wać po­wsta­wa­nie przeklętego cel­lu­li­tu.

W domu pa­no­wały ci­sza i nie­porządek. Kie­dy roz­stałam się z po­przed­nim fa­ce­tem, sprze­da­liśmy wspólnie ku­pio­ne miesz­ka­nie i od tego cza­su wy­naj­mo­wałam mały trzy­po­ko­jo­wy lo­kal w dziel­ni­cy Can­na­re­gio.

Te­raz to miesz­ka­nie wy­da­wało mi się ide­alną kryjówką, pustą prze­strze­nią po­zba­wioną wspo­mnień o mężczy­znach, którzy mnie zra­ni­li.

Ro­ze­brałam się, zmyłam ma­ki­jaż i położyłam siędo łóżka. Spędziłam w nim dwa dni, wstając tyl­ko­do łazien­ki i do kuch­ni, żeby od cza­su do cza­su pojeść cia­stek, które ce­lo­wo tam ukryłam. W ten sposób utrud­niałam so­bie sięgnięcie po nie pod­czas nagłych na­padów głodu. Ale tym ra­zem sy­tu­acja była wyjątko­wa. Nastąpiło trzęsie­nie zie­mi, które spo­wo­do­wało ogrom­ne znisz­cze­nia w mo­ich narządach wewnętrznych - tu i ówdzie­leżały kawałki złama­ne­go ser­ca, a ochłapy ro­ze­rwa­nej na strzępy pew­ności sie­bie za­le­gały w każdym zakątku mózgu. Przy ta­kiej ka­ta­stro­fie nie można się było obejść bez słody­czy.

Złama­ne­mu ser­cu to­wa­rzy­szy nie­zwy­kle dziw­ne zja­wi­sko: czas się ze­ru­je. Nie­ważne, która jest go­dzi­na, ani jaki jest dzień ty­go­dnia.

Wszyst­ko, co nas in­te­re­su­je, mieści się w klat­ce pier­sio­wej. Małe, bo­le­sne drza­zgi wbi­jają się w na­sze or­ga­ny,a szczególnie w je­den, pul­sujący naj­moc­niej ze wszyst­kich i drżący w ocze­ki­wa­niu na powrót, który praw­do­po­dob­nie nig­dy nie nastąpi. Żyje­my z tym dziw­nym uczu­ciem ści­skuw oko­li­cach gardła i pier­si, które nie po­zwa­la nam spać i swo­bod­nie od­dy­chać.

Czas stanął w miej­scu, a my wciąż roz­myślamy o przeszłości, od­twa­rzając w nie­skończo­ność te same sce­ny, szu­kając od­po­wie­dzi w szczegółach, próbu­je­my zro­zu­mieć, jaki obrót przy­brałyby spra­wy, gdy­byśmy za­cho­wa­li się in­a­czej, zro­bi­li coś w od­mien­ny sposób. Zawód miłosny prze­mie­nia nas w zwierzę uwięzio­ne w klat­ce, które za­znało wol­ności, a te­raz to­wa­rzy­szy mu je­dy­nie uczu­cie pust­ki i bez­na­dziei. Wszyst­ko, co wy­da­wało się ważne, prze­padło.

Miłość, kie­dy nas po­ry­wa, jest czymś cu­dow­nym. Spra­wia, że czu­je­my się sil­ni, radośni, fry­wol­ni, atrak­cyj­ni, pełni ener­gii, szczęśliwi, jed­nym słowem: nieśmier­tel­ni. Kie­dy jed­nak do­bie­ga końca, a nam przy­pa­da nie­wdzięczne za­da­nie ko­cha­nia oso­by, która nas ko­chać prze­stała (albo nig­dy nie ko­chała), następuje coś po­dob­ne­go do nagłej, dra­stycz­nej śmier­ci. Eu­fo­ria ustępuje miej­sca roz­pa­czy, a piękny sen za­mie­nia się w kosz­mar.

Nie­ustan­nie spraw­dzałam te­le­fon w na­dziei, że Nic­col? zmie­ni zda­nie i skru­szo­ny stwier­dzi, iż zdał so­bie sprawę, że nie może beze mnie żyć, że to ja je­stem ko­bietą, którą po­ko­cha, a nie jakaś tam Anna o ład­nej twa­rzy i ta­lii osy. Nic z tego, gro­bo­wa ci­sza.

Miałam na­dzieję, że na jego ele­ganc­kie me­dio­lańskie miesz­ka­nie spad­nie me­te­oryt, który obróci w pył wszyst­kie jego de­si­gner­skie gadżety.

Trze­cie­go dnia ze­brałam w so­bie dość siły, aby wy­grze­bać się z pie­le­szy, które po­wo­li za­czy­nały pach­nieć dość nie­cie­ka­wie, i przej­rzałam się w lu­strze. Wyglądałam okrop­nie. Wsko­czyłam więc pod prysz­nic i przez dłuższy czas roz­pacz­li­wie usiłowałam zmyć z sie­bie cały smu­tek, który mnie ob­le­pił. Miałam na­dzieję, że stru­mień wody zdoła spłukać wszyst­kie posępne myśli, roz­cza­ro­wa­nie i wszech­ogar­niające cier­pie­nie.

Gdy wyszłam z ka­bi­ny, mój wzrok padł na białą wagę znaj­dującą się pod umy­walką - od­wiecz­ne­go wro­ga.W ak­cie roz­pa­czy, kie­dy chciałam pod­dać się bólo­wiaż do gra­nic wy­trzy­małości, zde­cy­do­wałam się na użycie tego dia­bel­skie­go narzędzia, po­nie­waż była to świet­na prak­ty­ka ma­so­chi­stycz­na.

Weszłam na wagę ni­czym ska­za­niec na szu­bie­nicęi... nie­spo­dzian­ka! Zrzu­ciłam ki­lo­gram. Na ustach po­ja­wił się uśmiech - w końcu jakaś do­bra wia­do­mość.Wy­star­czyły dwa dni łez i głodówki, prze­ry­wa­ne spo­ra­dycz­nym cia­stecz­kiem, aby schudnąć cały ki­lo­gram. To był aspekt miłosnych cier­pień, którego nie wzięłam­pod uwagę.

Po­now­nie przej­rzałam się w lu­strze: podkrążonei opuch­nięte od łez oczy, po­sza­rzała skóra, smut­ny wzrok. Nie jest łatwo za­po­mnieć i zacząć wszyst­ko od nowa, ale mogło się udać. Skończyłam z uda­wa­niem sil­nej ko­bie­ty- nad­szedł czas, żeby na­prawdę się nią stać.

Wy­sko­czyłam w szla­fro­ku z łazien­ki i po­biegłamdo po­ko­ju, gdzie w rogu znaj­do­wał się stos pudeł do prze­pro­wadz­ki, mo­ich je­dy­nych to­wa­rzy­szy w dniach wypełnio­nych roz­paczą. Z zapałem zaczęłam wrzu­cać do środ­ka wszyst­ko, co miałam pod ręką, bez żad­ne­go pla­nu.

Podjęłam de­cyzję o prze­pro­wadz­ce do Me­dio­la­nu­ze względu na mężczyznę. Te­raz, kie­dy mężczy­zna wy­padł z gry (i gro­ziła mu śmierć w wy­ni­ku ude­rze­nia me­te­ory­tu), nad­szedł czas, żebym zaczęła myśleć o so­bie. Za­mie­rzałam prze­pro­wa­dzić się do Me­dio­la­nu, aby roz­począć nowe życie.

Dwa dni później cały mój do­by­tek zo­stał prze­wie­zio­ny na wyspę Tron­chet­to, skąd po załado­wa­niu do fur­go­net­ki wy­ru­szył w stronę Me­dio­la­nu.

Ścisk żołądka, który od­bie­rał całą przy­jem­ność z je­dze­nia, wciąż mi to­wa­rzy­szył, ale prze­stałam już z na­dzieją wpa­try­wać się w te­le­fon w ocze­ki­wa­niu na je­den z tych po­wrotów, które - jak do­brze wie­my - zda­rzają się tyl­kow fil­mach. "Dam so­bie radę sama" - po­wta­rzałamw myślach. "Dam so­bie radę".

Tak do­tarłam do Me­dio­la­nu.

- Mu­sisz znów zacząć żyć, wy­cho­dzić, po­zna­wać no­wych lu­dzi - po­wta­rzała Emma, licząc na to, że prędzej czy później zde­cy­duję się na walkę ze skut­ka­mi cho­ro­by zwa­nej złama­nym ser­cem.

W pierw­szym ty­go­dniu miałam do załatwie­nia mnóstwo spraw urzędo­wych. Poza tym opróżniłam pudła, zapełniając ich za­war­tością półki i szaf­ki, wy­sprzątałam dom, odbyłam licz­ne wy­pra­wy do su­per­mar­ke­tu w celu za­ku­pie­nia niezbędnych środków czy­stości, wy­brałam się do Ikea, aby zdo­być ele­men­ty wy­po­sażenia domu, bez których nie można nor­mal­nie funk­cjo­no­wać (świecz­ki o za­pa­chu wa­ni­lii, sto­lik pod kom­pu­ter, ob­ra­zek na ścianę przed­sta­wiający krowę, kie­lisz­ki do wina). Po­nad­to spędzałam długie wie­czo­ry na mo­jej no­wej ka­na­pie w to­wa­rzy­stwie Emmy, która do białego rana wysłuchi­wała mo­ich żalów.

Zo­stało mi jesz­cze tyl­ko kil­ka dni urlo­pu przed po­wro­tem do pra­cy, dla­te­go też wy­ko­rzy­sty­wałam je, aby prze­kształcić moje nowe gniazd­ko w przy­tul­ne schro­nie­nie. W łazien­ce, w po­bliżu pudełka, w którym trzy­małam perły, za­wie­siłam sta­re, czar­no-białe zdjęcia Cha­nel i raz na jakiś czas zer­kałam na nią w na­dziei, że udzie­li mi wskazówek. Ona jed­nak, w swo­im fan­ta­stycz­nym, nie­odłącznym czar­nym ka­pe­lu­si­ku na głowie, po­sta­no­wiła przyglądać mi się w mil­cze­niu.

Naj­trud­niej­szym za­da­niem oka­zało się poukłada­nie butów, które zajęły pra­wie pół sy­pial­ni, a w swo­ich pudełkach przy­po­mi­nały wiel­ki mur, za którym mogłam się skryć przed świa­tem.

Wy­szu­ki­wałam so­bie zajęcia, żeby tyl­ko o nim nie myśleć; z radością od­da­wałam się bri­ko­lażowi, aby uwol­nić się od natrętnych myśli. Uni­kałam wie­czor­nych wyjśćw oba­wie przed spo­tka­niem go ra­zem z tą, w której zde­cy­do­wał się za­ko­chać.

- Nie bądź głupia, Coco - po­wie­działa pew­ne­go wie­czo­ru Emma. - To mia­sto jest ogrom­ne, miesz­ka­ciew dwóch różnych dziel­ni­cach i oprócz tych kil­kor­ga wspólnych zna­jo­mych, którzy do­sta­li ka­te­go­rycz­ny za­kaz roz­ma­wia­nia z tobą na jego te­mat, nic was nie łączy. Nie by­wa­cie na­wet w tych sa­mych miej­scach.

- A jeśli przyj­dzie mu ocho­ta na spa­cer pod moim do­mem?

- Do­brze, w ta­kim ra­zie chcesz sko­nać w czte­rech ścia­nach, żeby tyl­ko przy­pad­kiem go nie spo­tkać?

- Do­bry po­mysł.

- Nie możesz tak da­lej żyć.

- Umie­ram ze stra­chu, że mogę wpaść na nie­go na uli­cy - przy­znałam. - Wy­da­je mi się, że widzę go w każdym ba­rze, w którym za­ma­wiam cap­puc­ci­no, i w każdej wi­try­nie skle­po­wej, którą mi­jam. Czuję, jak­bym cho­dziła po polu mi­no­wym.

- Chciałabym ci jakoś pomóc. Mam wrażenie,że za­czy­nasz po­pa­dać w ob­sesję - od­po­wie­działa Emma za­tro­ska­na.

- Kie­dyś, kie­dy moje ser­ce było jesz­cze w jed­nym kawałku i funk­cjo­no­wało jak trze­ba, aby dojść z punk­tu A do punk­tu B, wy­bie­rałam najkrótszą trasę, w li­nii pro­stej. Do­cie­rałam do celu bez pro­ble­mu, idąc pew­nym kro­kiem i nie gubiąc dro­gi. Od kie­dy mnie zo­sta­wił, po­ru­szam się zyg­za­kiem, omi­jam miej­sca, w których mogłabym go spo­tkać, od­rzu­cam za­pro­sze­nia, chodzę przy­kle­jo­na­do ścia­ny, go­to­wa w ra­zie ko­niecz­ności skryć się za naj­bliższym słupem.

- Nie je­stem w sta­nie pa­trzeć, jak się męczysz.

- Tyl­ko jed­na myśl trzy­ma mnie przy życiu: na­dzie­ja, że wyłysie­je, wy­ho­du­je brzuch piw­ny i że nie będzie mógł mieć dzie­ci.

- No cóż, to za­wsze coś.

- Chciałabym zna­leźć w so­bie siłę, żeby zacząć działać.

- Coco, mu­sisz od­zy­skać kon­trolę nad swo­im życiem.

Emma miała rację. Za­nie­dby­wałam się przez to nie­kończące się cier­pie­nie spo­wo­do­wa­ne roz­sta­niem i nie mogłam so­bie w żaden sposób z tym po­ra­dzić. Wciąż nie po­tra­fiłam się po­zbie­rać.

W do­dat­ku w Me­dio­la­nie nie znałam pra­wie ni­ko­go, a po prze­pro­wadz­ce do no­we­go mia­sta każdy po­trze­bu­je wspar­cia i ciepła dru­giej oso­by. Po­trze­bu­je­my praw­dzi­wych przy­ja­ciół, sym­pa­tycz­nych lu­dzi w pra­cy, za­ufa­ne­go bar­ma­na, uczci­we­go hy­drau­li­ka, do które­go­możemy za­dzwo­nić, gdy prze­cie­ka nam zlew, pa­naz kio­sku na rogu, który nas po­zdro­wi, ko­sme­tycz­ki, fry­zje­ra i pie­kar­ni, w której odkładają nam świeżą ba­gietkę,na­wet jeśli przy­cho­dzi­my za późno. Bra­ko­wało mi tych wszyst­kich osób, których jesz­cze nie miałam oka­zji tu­taj po­znać.

- Wiesz, za czym tęsknię naj­bar­dziej? - po­wie­działam do Emmy.

- Za czym?

- Za przy­tu­la­niem się. Chcę przy­tu­lać i być przy­tu­lana, przez ko­go­kol­wiek. Po­trze­buję kon­tak­tu z dru­gim człowie­kiem, sze­ro­kich ra­mion, które spra­wią, że będę się czuła bez­piecz­nie, które sa­mym do­ty­kiem, bez słów, prze­ko­nają mnie, że wszyst­ko się ułoży.

- Wiem. Przy­tu­la­nie się jest cza­sem ważniej­sze­od sek­su, od pie­niędzy, od słonecz­nych dni czy na­wet cia­stek z cze­ko­ladą. Chodź tu­taj, niech cię uści­skam.

Położyłam głowę na jej pier­si i wy­szep­tałam:

- Nie ma nic ważniej­sze­go od cia­stek z cze­ko­ladą.

- No w końcu! Tak trzy­mać, ko­cha­na - od­po­wie­działa Emma wesoło, po czym ścisnęła mnie jesz­cze moc­niej.

Po sied­miu długich dniach spędzo­nych w Me­dio­la­nie stałam na swo­im no­wym bal­ko­nie, ob­ser­wując ze znu­dze­niem prze­chod­niów i roz­myślając nad uści­ska­mi, których nie otrzy­my­wałam.

Wtem, ku swo­je­mu prze­rażeniu, po­czułam, że o moje nogi ocie­ra się jakaś wiel­ka pu­cha­ta kula. Spoj­rzałam w dółi w oko­li­cach białych kap­ci, skra­dzio­nych z ho­te­lu na jed­nym ze służbo­wych wy­jazdów, zo­ba­czyłam wiel­kie­go, czar­ne­go kota, który wpa­try­wał się we mnie wy­zy­wającym wzro­kiem. Po otrząśnięciu się z szo­ku zaczęłam się za­sta­na­wiać, jak udało mu się wśli­zgnąć do mo­je­go miesz­ka­nia.

Uważam się za osobę dość ra­cjo­nalną, ale nie wie­dzieć dla­cze­go, nie mogę prze­stać wie­rzyć w przesądy. Ob­chodzę się ostrożnie z lu­stra­mi, jeśli cze­goś za­po­mniałam i po to wra­cam, za­wsze sia­dam na chwilę przed po­now­nym­wyjściem z domu, nie prze­chodzę pod dra­biną, od­pu­kujęw nie­ma­lo­wa­ne, a przede wszyst­kim jak ognia uni­kam czar­nych kotów.

Zdaję so­bie sprawę, że wszyst­kie te na­wy­ki, tak jak i czy­ta­nie ho­ro­sko­pu, w który w za­sa­dzie nie wierzę, nie mają żad­ne­go sen­su, ale podświa­do­mie je­stem prze­ko­na­na, że na­wet jeśli coś ta­kie­go jak pech nie ist­nie­je, le­piej mieć się na bacz­ności.

Czar­ny kot między no­ga­mi spra­wił, że sko­czyłomi ciśnie­nie. Bar­dziej niż to, skąd się wziął, in­te­re­so­wało mnie, czy jego obec­ność była zwia­stu­nem nad­chodzącego szczęścia, czy wręcz prze­ciw­nie. Możliwe, że czar­ne koty spa­ce­rujące po uli­cy przy­noszą nie­sa­mo­wi­te­go pe­cha, na­to­miast te, które miesz­kają w czte­rech ścia­nach, działająna za­sa­dzie ta­li­zma­nu.

Pod­czas gdy ja od­da­wałam się prze­myśle­niom, tłusta, pu­cha­ta kula jed­nym zwin­nym su­sem wsko­czyła na ba­lu­stradę i po zro­bie­niu kil­ku kroków wylądowała na sąsied­nim bal­ko­nie, gdzie zniknęła za prze­szklo­ny­mi drzwia­mi.

Nie była to zja­wa, która na­wie­dziła mój dom, abym­nie znisz­czyć czy też ochro­nić, tyl­ko kot sąsiadów, który przez przy­pa­dek zawędro­wał do mo­je­go miesz­ka­nia. Po­czułam ulgę. Stwier­dziłam, że wi­zy­ta fu­trza­ka sta­no­wi do­sko­nałą okazję, aby w końcu za­po­znać się z ludźmi,z którymi dzielę piętro.

Wsunęłam na sto­py ba­le­rin­ki (gdy­by Nic­col? je zo­ba­czył, z pew­nością skrzy­wiłby się z dez­apro­batą; zwykł ma­wiać: "Ko­bie­ta w ba­le­ri­nach jest równie sek­sow­na jak kobyła w ma­ki­jażu") i skie­ro­wałam się w stronę drzwi mo­ich sąsiadów.

Le­d­wo zdążyłam na­cisnąć dzwo­nek do drzwi, usłyszałam hałas do­chodzący z miesz­ka­nia oraz serię nie­ar­ty­kułowa­nych krzyków, z których zro­zu­miałam mniej więcej: "Już idę - prze­kleństwo - idę!". Chwilę później ni­ski chłopak przy tu­szy, z długą, czarną brodą i prze­rze­dzoną czu­pryną, otwo­rzył mi z uśmie­chem drzwi.

- Cześć, miesz­kam obok, nie­daw­no się wpro­wa­dziłam.

- Cześć, wy­bacz za­mie­sza­nie, ale smażyłem pa­prykęi byłem zmu­szo­ny wyłączyć ku­chenkę, in­a­czej cały bu­dy­nek po­szedłby z dy­mem.

- E... prze­pra­szam, nie chciałam prze­szka­dzać. Cho­dzi o to, że twój kot przy­szedł do mnie w od­wie­dzi­ny.

- Ach, ten za­wsze to samo, jest strasz­nie cie­kaw­ski. Mam na­dzieję, że nie na­ro­bił szkód. Co, Ko­ooocie? - krzyknął w stronę zwie­rza­ka, którego do­strzegłamw od­da­li. Leżał te­raz zwi­nięty w kulkę na ka­na­pie.

- Twój kot na­zy­wa się Kot?

- No, tak. To kot, prze­cież nie mógłbym go na­zwaćPies czy Ko­ala. W za­sa­dzie to wszyst­ko przez Śnia­da­nieu Tif­fa­ny'ego. Ko­ja­rzysz ten film, praw­da?

- Oczy­wiście, nie znam ni­ko­go, kto nie osza­lałbyna punk­cie obłędnej małej czar­nej Au­drey! Ojej, wy­bacz, za­po­mniałam się przed­sta­wić. Je­stem Re­bec­ca, Re­bec­ca Bru­ni.

- Ja na­zy­wam się Clau­dio, Clau­dio Ma­stro­ian­ni.

- A, Ma­stro­ian­ni... Jak ten ak­tor?

- Tak - od­po­wie­dział. - Nie­ste­ty, nie łączy nas żadne po­kre­wieństwo... ani tym bar­dziej po­do­bieństwo! - Wy­buchnął per­li­stym śmie­chem, który od razu po­pra­wił mi hu­mor.

- Wejdź, proszę. Za­pra­szam na kawę.

- Dziękuję, chętnie się na­piję.

- Nie zwra­caj uwa­gi na bałagan, nie spo­dzie­wałem się gości.

Po­sa­dził mnie w małym, nie­ska­zi­tel­nie czy­stym sa­lo­nie, w którym głównym ele­men­tem wy­stro­ju były zdjęcia, mnóstwo zdjęć wiszących na ścia­nach oraz ja­sne fi­ran­ki w oknach.

- Jak dla mnie pa­nu­je tu­taj ide­al­ny porządek.

- Moja mądra bab­cia po­wta­rzała: "Kie­dy masz bałagan w środ­ku, świat zewnętrzny za­wsze wy­da­je się zbyt ide­al­ny!".

Za­czy­nałam lubić tego chłopa­ka.

Usie­dliśmy w kuch­ni i zaczęliśmy roz­ma­wiać o wszyst­kim i o ni­czym, o mo­jej prze­pro­wadz­ce do Me­dio­la­nu, o pra­cy, której nie cier­piałam, o jego pa­sji do go­to­wa­nia i życiu dzien­ni­ka­rza.

Pod­czas nie­kończących się rozmów te­le­fo­nicz­nych z przy­ja­ciółkami wie­lo­krot­nie opo­wia­dałam hi­sto­rię ze­rwa­nia z Nic­col? i tra­wiącej mnie roz­pa­czy po­rzu­co­nej księżnicz­ki tyle razy, że stresz­cze­nie wy­da­rzeń zajęło mi nie­spełna sie­dem­naście mi­nut.

Clau­dio słuchał z uwagą, zakręcając ka­fe­tierę i usta­wiając filiżanki na sto­le.

- Uwiel­biam oso­by, które przy­go­to­wują kawę w ka­fe­tie­rze - po­wie­działam, ob­ser­wując, jak wypełnia sit­ko po brze­gi. - Jest coś fa­scy­nującego w tym ry­tu­ale my­cia na­czy­nia, napełnia­nia wodą i na­sy­py­wa­nia zmie­lo­nej kawy... I ten ma­gicz­ny odgłos za­pa­rza­nia.

- Ja też go ubóstwiam - od­po­wie­dział, włączając gazi umiesz­czając czaj­nik na ku­chen­ce. - Zwłasz­cza tę chwilę ocze­ki­wa­nia na za­pa­rze­nie. W pew­nym mo­men­cie go­to­wa kawa nie­spo­dzie­wa­nie za­ska­ku­je nas swo­im in­ten­syw­nym aro­ma­tem.

Clau­dio nalał nam gorący napój i otwo­rzył okno, żeby za­pa­lić pa­pie­ro­sa.

- Palę mało, ra­czej z przy­zwy­cza­je­nia niż z uza­leżnie­nia, ale tego pa­pie­ro­sa de­dy­kuję to­bie, Re­bec­co, two­je­mu złama­ne­mu ser­cu i two­jej prze­pro­wadz­ce do Me­dio­la­nu.

Z uśmie­chem, jaki nie gościł na mo­jej twa­rzy od daw­na, po­pro­siłam go, żeby mnie poczęsto­wał.

Je­stem zde­kla­ro­waną prze­ciw­niczką pa­pie­rosów. Nig­dy nie paliłam, po­nie­waż za­wsze uważałam, że to głupi, a do tego kosz­tow­ny na­wyk. Nie­na­widzę od­de­chu pa­la­czy ani za­pa­chu pa­pie­rosów, który osia­da na dłoniach, ubra­niach i włosach. A jed­nak uznałam, że to od­po­wied­ni mo­ment, aby spróbować cze­goś no­we­go.

Za­pa­liłam pa­pie­ro­sa i zaciągnęłam się, po czym zaczęłam za­no­sić się kasz­lem. Co za obrzy­dli­stwo! Cała sta­ran­ność i ele­gan­cja, które włożyłam w ten przełomo­wy gest za­pa­le­nia mo­je­go pierw­sze­go pa­pie­ro­sa, zo­stały prze­kreślone przez uczu­cie nie­sma­ku, jaki wywołała mie­szan­ka ty­to­niu, sub­stan­cji smo­li­stych i ni­ko­ty­ny.

Clau­dio wy­buchnął śmie­chem, jak­by zawładnął nim złowiesz­czy duch.

- Ależ je­steś sek­sow­na - po­wie­dział, a z kącików oczu popłynęły mu dwie kro­pel­ki łez.

Jego śmiech był na tyle zaraźliwy, że zga­siłam pa­pie­ro­sa i też zaczęłam chi­cho­tać. Śmiałam się w naj­lep­sze, z sie­bie sa­mej, ze swo­je­go bólu, ze swo­jej prze­pro­wadz­ki, z uciecz­ki, z idio­tycz­nej sy­tu­acji, w której się zna­lazłam, z Me­dio­la­nu, z Kota i z tego wszyst­kie­go, cze­go doświad­czyłam ostat­ni­mi cza­sy.

Jak tyl­ko zdołaliśmy dojść do sie­bie po ata­ku śmie­chu, Clau­dio przy­sunął się do mnie i po­wie­dział:

- Nie roz­pa­czaj, Re­bec­co. Zo­ba­czysz jesz­cze, że Me­dio­lan ma w za­na­drzu wie­le nie­spo­dzia­nek. To mia­sto oka­zji, spo­tkań i za­ba­wy. Je­steś piękną, in­te­li­gentną ko­bietą, która po­tra­fi śmiać się sama z sie­bie. Nie wątpię, że w bar­dzo krótkim cza­sie uda ci się wy­ma­zać przeszłość z pamięcii za­czniesz pa­trzeć przed sie­bie.

Ten wyświech­ta­ny i dość ba­nal­ny tekst, a także spon­ta­nicz­ny kom­ple­ment Clau­dia spra­wiły, że zro­biło mi się ciepło na du­szy. Dopiłam kawę z uczu­ciem lek­kości, kon­ty­nu­ując aż do wie­czo­ru opo­wia­da­nie tej oraz in­nych hi­sto­rii z mo­je­go życia.

Po­dzięko­waw­szy za wspa­niałe wspólne popołudnie, wróciłam do swo­je­go gniazd­ka. Clau­dio umówił się na wieczór, a na szczęściarę, która miała wkrótce przyjść, cze­kała jego słynna pa­pry­ka.

W ko­lej­nych dniach jesz­cze wie­le razy spo­tkałam się z Clau­diem. Zo­stał moim oso­bi­stym prze­wod­ni­kiem: po­ka­zał mi naj­lep­sze su­per­mar­ke­ty, naj­mod­niej­sze­skle­py, in­te­re­sujące re­stau­ra­cje i naj­cie­kaw­sze miej­sca­na ape­ri­tif.

W tych ostat­nich dniach przed po­wro­tem do pra­cy mój nowy przy­ja­ciel po­sta­no­wił na­uczyć mnie o Me­dio­la­nie tak wie­le, jak tyl­ko było to możliwe. Mógł poświęcać mi dużo cza­su, bo jako wol­ny strze­lec sam or­ga­ni­zo­wał so­bie dzień. Lubiłam spędzać z nim czas, po­nie­waż spra­wiał, że nie zadręczałam się pro­ble­ma­mi. Pew­ne­go wie­czo­ru naszła mnie na­wet ocho­ta, żeby go przy­tu­lić, ale opa­no­wałam się w oba­wie, że mógłby źle od­czy­tać ten gest.

Od kil­ku mie­sięcy Clau­dio spo­ty­kał się z koleżankąz pra­cy, ale nie do­strze­gał w niej swo­jej brat­niej du­szy. Był nie­po­praw­nym ro­man­ty­kiem i nie dawał się oma­mić obiet­ni­ca­mi szyb­kie­go sek­su. Mimo wie­lo­krot­nych roz­cza­ro­wań wciąż miał na­dzieję, że i jemu pew­ne­go dnia się poszczęści.

- Mama za­wsze po­wta­rzała, że cuda zda­rzają się co­dzien­nie - mówił, cy­tując For­re­sta Gum­pa.

Ma­rzył ni­czym ko­bie­ta, aby ktoś się o nie­go sta­rał, i w tym byliśmy do sie­bie po­dob­ni. Obo­je chcie­liśmy się czuć pożądani. Żadne z nas oczy­wiście nie po­gar­dziłoby przy­god­nym sek­sem (nikt nim nie gar­dzi, gdy się przy­da­rza, zwłasz­cza jeśli szczęśli­wym tra­fem jest to do­bry seks), ale obo­je pragnęliśmy przy tym miłości, po­czu­cia łączącej nas z drugą osobą więzi, che­mii.

- Być może mamy za wy­so­kie wy­ma­ga­nia, jak na sin­gli po trzy­dzie­st­ce - wy­znał mi pod­czas jed­nej ze wspólnych ko­la­cji.

Clau­dio był ode mnie o rok młod­szy, do Me­dio­la­nu przy­je­chał sie­dem lat temu i w tym cza­sie udało mu się zgro­ma­dzić niezłą ko­lekcję nie­zli­czo­nych hi­sto­rii miłosnych, z których każda skończyła się źle.

- A może po pro­stu prześla­du­je nas pech - od­po­wie­działam.

- Myślę, że świat jest pełen ide­al­nych ko­biet - dodał. - Tyl­ko z ja­kie­goś nie­zna­ne­go mi po­wo­du żadna z nich nie chce być ze mną.

Ja z ko­lei nie prze­sta­wałam myśleć o Nic­col?. Wie­czo­rem, przed pójściem do łóżka, często bra­ko­wało mi tchu i za­czy­nałam płakać. Dzwo­niłam wte­dy do Emmy, na­wet gdy była zajęta pracą, i pro­siłam, aby do mnie przy­je­chała.

- Jak leci, Coco?

- Wciąż kiep­sko. Roz­myślałam o na­szych wspólnych week­en­dach, o wszyst­kich jego słowach, które od­czy­ty­wałam jako obiet­ni­ce.

- Prze­stań się zadręczać.

- Nie je­stem w sta­nie. Po­wta­rzam zda­nia wy­pi­sy­wa­ne przez nie­go na cza­cie, które znam już na pamięć, i próbuję so­bie wy­obra­zić, jak po­to­czyłyby się spra­wy, gdy­bym wy­znała mu, że go ko­cham. Czy na­prawdę coś by to zmie­niło?

- Wiem, że wolałabyś usłyszeć ode mnie coś in­ne­go, ale nie sądzę. Lu­dzie sami de­cy­dują, z kim chcą być, Re­bec­co. Jeśli wy­biorą cie­bie, zro­bią wszyst­ko, żeby prze­zwy­ciężyć strach, wa­ha­nia czy wątpli­wości. Gdy­by Nic­col? na­prawdę chciał z tobą być, tak by się stało. Prze­cież byłaś na wyciągnięcie ręki, cze­kałaś na nie­go.

- Tyl­ko że on cze­kał na inną, na kogoś z wiel­ki­mi, piękny­mi ocza­mi, które wpa­trując się w nie­go, spra­wiłyby,że po­czułby się bar­dziej męski niż w moim to­wa­rzy­stwie. Po­trzeb­na mu była inna ko­bie­ta: słod­sza, mil­sza, młod­sza, bar­dziej uśmiech­nięta. Mam na­dzieję, że tyłek Anny obrośnie w cel­lu­lit!

- Po­win­naś nie­na­wi­dzić go za to, co ci zro­bił, tym­cza­sem zda­jesz się go uspra­wie­dli­wiać.

- To strasz­ne. Za­miast być na nie­go wściekła, co tyl­ko zro­biłoby mi do­brze, mam do sie­bie żal, że nie dałam mu wy­star­czająco dużo, że nie oka­załam się jego ko­bietą ide­alną, taką, która za­pew­niłaby mu to, cze­go szu­kał.

- Prze­stań. Nie mu­sisz się zmie­niać, bo je­steś już ide­al­na. W miłosnych cier­pie­niach gniew jest oznaką po­pra­wy, jest czymś zdro­wym, tak jak pra­gnie­nie ze­msty. Kie­dy po­tra­fi­my wściec się na osobę, która złamała nam ser­ce, czu­je­my się le­piej. Roz­pacz po­wo­li mija, uwal­nia­my sięod wy­rzutów su­mie­nia i za­czy­na­my być źli na tego,kto zadał nam cier­pie­nie.

- Nie­ste­ty, nie je­stem w sta­nie znie­na­wi­dzić Nic­col?. Myślę, że mogłam coś zmie­nić, za­cho­wać się in­a­czej.

- W ten sposób ro­bisz so­bie tyl­ko krzywdę.

- Wiem, że je­stem jesz­cze w tej okrop­nej, ma­so­chi­stycz­nej fa­zie, ale z nie­cier­pli­wością wy­cze­kuję dnia, w którym po­czuję się le­piej, a wte­dy wszyst­kie jego ide­al­ne ko­szu­le z wy­szy­ty­mi ini­cjałami roz­szar­pię na strzępy.

Emma par­sknęła śmie­chem. Co ja bym bez niej zro­biła?

Tym­cza­sem w Me­dio­la­nie za­czy­nało mi się po­do­bać. Byłam przy­zwy­cza­jo­na do ro­man­tycz­ne­go piękna We­ne­cji i bra­ko­wało mi prze­py­chu ar­chi­tek­tu­ry, cza­rujących zaułków, miejsc, które wyglądały, jak­by wyszły spod pędzla ar­ty­sty, oraz za­pie­rających dech w pier­si za­chodów słońca nad Ca­nal Gran­de.

Mimo to czułam się tu jak w domu.

- To nor­mal­ne czuć się obco i nie­swo­jo w no­wym miej­scu - po­wie­dział Clau­dio pew­ne­go wie­czo­ru, kie­dy po­pi­ja­liśmy kawę w małym ba­rze w cen­trum. - Me­dio­lan to mia­sto, które przy­gar­nia wszyst­kich i wszyst­kim daje szansę. Jest ega­li­tar­ny. Z pew­nością bra­ku­je mu uro­dy Paryża, uro­ku Rzy­mu i ener­gii No­we­go Jor­ku, ale to mia­sto, które się tobą opie­ku­je, znaj­du­je dla cie­bie miej­sce, nie od­rzu­ca cię, ma za­wsze przy­go­to­wa­ny dla cie­bie kącik, w którym możesz się czuć bez­piecz­nie.

- To praw­da - przy­znałam, wsy­pując do filiżanki łyżeczkę cu­kru. - Za­uważyłam, że Me­dio­lan to mia­sto złożone ze szczegółów. Nie jest piękne, ale nie brak tu zaułków, uli­czek, parków, a na­wet po­je­dyn­czych bu­dynków, któresą uro­kli­we. Mimo tego, że w całości dość cha­otycz­ny i zde-zor­ga­ni­zo­wa­ny, jest za­ra­zem prak­tycz­ny i przy­ciągający.

- To mia­sto, które trze­ba od­kryć - stwier­dził mój nowy przy­ja­ciel, jed­nym hau­stem wy­pi­jając kawę. - Jest ni­czym nieśmiała, skry­ta ko­bie­ta. Potrze­ba cza­su, żeby ją po­znaći po­ko­chać.

Spa­ce­rując po dziel­ni­cy Por­ta Ro­ma­na, po­wo­li za­czy­nałam się czuć jak w domu. Miałam już swój ulu­bio­ny su­per­mar­ket, bar, w którym po­da­wa­li naj­lep­sze cap­puc­ci­noi briosz­ki, kiosk, gdzie ku­po­wałam ma­ga­zy­ny o mo­dzie, oraz kwia­ciar­nię, w której sprze­da­wa­li sto­krot­ki o obłędnym za­pa­chu.

W piątek wy­brałam się na wiel­ki targ, od­by­wający się tego dnia w mo­jej dziel­ni­cy, żeby kupić trochę wa­rzy­wi owoców oraz kil­ka przy­małych ubrań w na­dziei,że schudnę. Zrzu­ciłam ko­lej­ne dwa kilo i sądziłam, że jeśli tak da­lej pójdzie, w niedługim cza­sie uda mi się osiągnąć wy­ma­rzoną wagę.

To dziw­ne, człowiek wal­czy z wagą przez całe życie, a tu "ba­nal­na" roz­ter­ka miłosna wy­sy­sa na­gle wszyst­kie pokłady tłuszczu. Za miłość po­wi­nien być od­po­wie­dzial­ny żołądek, a nie ser­ce. Prze­stałam na­wet li­czyć ka­lo­rie przy każdym drin­ku, a jako że Me­dio­lan to mia­sto stwo­rzo­ne do pi­cia, wy­pi­jałam ich całkiem spo­ro... Nie­kie­dy zda­rzało mi się opróżnić kil­ka kie­liszków wina i pochłonąć przy tym parę kawałków fo­cac­cii. Al­ko­hol wpra­wiał mnie w przy­jem­ny stan i po­zwa­lał mi w końcu po­czuć się szczęśliwą.

Emma na­ma­wiała mnie do wyjścia z domu.

- Mu­sisz iść między lu­dzi! - po­wta­rzała. - Nie możesz sie­dzieć za­mknięta w czte­rech ścia­nach.

Moja wątro­ba nie­uchron­nie odmówiłaby posłuszeństwa po paru ty­go­dniach.

Kil­ka dni przed roz­poczęciem pra­cy udałam się do biu­ra w celu ode­bra­nia kon­trak­tu. Fir­ma miała swoją sie­dzibę w przytłaczającym bu­dyn­ku przy uli­cy Zara. Po pod­pi­sa­niu wszyst­kich pa­pierów, ru­szyłam w stronę win­dy ze wzro­kiem utkwio­nym w do­ku­men­tach. Czy­ta­nie w ru­chu oka­zało się kiep­skim po­mysłem. Prze­szedłszy za­le­d­wie kil­ka kroków, wpadłam na sto­lik, stra­ciłam równo­wagę i wylądowałam w ra­mio­nach kogoś, kto aku­rat prze­cho­dził ko­ry­ta­rzem. Pod­niosłam głowę, żeby spoj­rzeć na osobę, której cu­dem udało się ura­to­wać moją kość ogo­nową, i uj­rzałam wy­so­kie­go blon­dy­na o tak in­ten­syw­nie nie­bie­skich oczach, że przy­wo­dziły na myśl błękit mo­rza.

- Wszyst­ko w porządku? - za­py­tał, próbując dźwignąć mnie na nogi.

- Tak... prze­pra­szam... i dziękuję.

Czułam, że moje po­licz­ki płoną ze wsty­du.

- Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie. Nie co dzień ko­bie­ty wpa­dają mi w ra­mio­na.

Ale ob­ciach! Przyglądał mi się z olśnie­wającym uśmie­chem na twa­rzy, a ja ma­rzyłam tyl­ko o tym, żeby zapaść się pod zie­mię.

- Jesz­cze raz dziękuję, ura­to­wałeś mi życie...

Pod­niosłam z podłogi czapkę, która spadła mi pod­czas tego przy­kre­go in­cy­den­tu, i w pośpie­chu wcisnęłam przy­cisk przy­wołujący windę.

- Jeśli pla­no­wałabyś ko­lej­ny upa­dek, liczę, że znajdę się w po­bliżu.

Miał pociągający, obcy ak­cent. Wsko­czyłam do win­dy, posyłając mu krótki, spe­szo­ny uśmiech.

W ostat­nim ty­go­dniu wol­ności po­sta­no­wiłam zro­bić coś dla swo­jej uro­dy: po­trzeb­na mi była praw­dzi­wa od­no­wa. Za­czy­nałam nowe życie, więc mu­siałam wyglądać po­wa­lająco. Mężczyźni mie­li się za mną oglądać. Mężczyźni... Jesz­cze gdzieś w mo­jej małej, ciem­nowłosej główce łudziłam się, że cho­dzi tu o in­nych mężczyzn, ale w rze­czy­wi­stości je­dyną osobą, na której miałam za­miar zro­bić wrażenie, był Nic­col?. Chciałam, by za­parło mu dech w pier­siach.

Pierw­szy krok: fry­zjer.

- Mu­sisz coś zro­bić z włosa­mi - zarządziła Emma. Po­le­ciła mi eks­klu­zyw­ny i wyjątko­wo dro­gi sa­lonw cen­trum.

- Ale prze­cież noszę długie włosy od za­wsze, mężczy­znom ta­kie się po­do­bają. Spra­wiają, że wyglądamy na uległe świętosz­ki. Naj­wi­docz­niej to jest to, co fa­ce­ci lubią.

- Myślę, że to może mieć związek z in­stynk­tem sek­su­al­nym z epo­ki ka­mien­nej, kie­dy jed­nym cio­sem ma­czu­gi można było obezwładnić ko­bietę i, chwy­tając za czu­prynę, zaciągnąć do ja­kiejś ja­ski­ni. Te­raz jed­nak nad­szedł mo­ment, abyś i ty pod­cięła włosy. Zmie­niasz życie, zmie­niasz głowę.

Tak oto ścięłam włosy. W miej­sce długich, nud­nych kłaków po­ja­wił się za­wa­diac­ki bob.

- Oto i moja Va­len­ti­na!2 - wy­krzyknęła en­tu­zja­stycz­nie Emma.

- Ja­sne, do ory­gi­nału jesz­cze trochę mi bra­ku­je...

- Prze­stań się dołować. Wyglądasz szałowo. Naj­wyższy czas.

- Co było nie tak ze starą Re­beccą?

- Hm... na przykład to, że cały czas za­le­wała się łzami przez ja­kie­goś kre­ty­na?

- Przyjęłam do wia­do­mości - oznaj­miłam ze śmie­chem. Emma za­wsze mówiła pro­sto z mo­stu.

Ta nowa fry­zu­ra spra­wiła, że odżyłam.

Dru­gi krok: sa­lon piękności.

Stu­pro­cen­to­wa od­no­wa. Nie pamiętam, kie­dy ostat­nio miałam tak miękką i gładką skórę. Poza tym chy­ba zupełnie za­po­mniałam, co zna­czy mieć nogi po­zba­wio­ne owłosie­nia.

- Te­raz wygląda pani o wie­le le­piej - przy­znała z za­do­wo­le­niem ko­sme­tycz­ka po se­rii długich za­biegów.

- Re­bec­ca wróciła! - za­krzyknęłam wesoło i opuściłam sa­lon.

Byłam go­to­wa wyjść na mia­sto w so­bot­ni wieczór. Clau­dio obie­cał, że pójdzie­my się cze­goś napić w dziel­ni­cy kanałów Na­vi­gli. Za­mie­rzałam spędzić miły wieczór i nie myśleć o ni­czym.

Wy­brałam sta­ran­nie buty, które za­mie­rzałam włożyć - ozdo­bio­ne krysz­tałkami san­dały od René Ca­ovil­li - oraz prze­piękną, ja­snobrązową, ob­cisłą su­kienkę.

Uwiel­biam krótkie, do­pa­so­wa­ne mo­de­le, nic nie mogę na to po­ra­dzić. Fa­scy­nu­je mnie ich hi­sto­ria - pełna ko­biet, którym nie bra­ko­wało od­wa­gi. Każdy zna małą czarną dzięki fan­ta­stycz­nej roli Au­drey Hep­burn w Śnia­da­niu u Tif­fa­ny'ego. Wie­lu za­po­mi­na jed­nak, że ten ge­nial­ny mo­del zo­stał wymyślony wie­le lat wcześniej przez Coco Cha­nel.

Cha­nel była re­wo­lu­cjo­nistką, w mo­dzie i nie tyl­ko. Ile zna­my ko­biet wy­cho­wa­nych w sie­ro­cińcu, które mogą po­wie­dzieć, że stały się iko­na­mi sty­lu i ele­gan­cji? Tym, że uwol­niła ko­biety z gor­setów i kazała im nosić spodnie, zasłużyła so­bie na moją do­zgonną wdzięczność. I cho­ciaż osiągnęła ogrom­ny suk­ces, miała nie­zwy­kle burz­li­we życie uczu­cio­we. Czułam się jak ona, jak od­wiecz­na ma­de­moi-sel­le. Przeklęta miłość!

Kie­dy otwo­rzyłam Clau­dio­wi drzwi, na mój wi­dok za­krzyknął:

- Coco, jak tak da­lej pójdzie, stracę dla cie­bie głowę!

Roześmia­liśmy się i ru­szy­liśmy w stronę Na­vi­gli. Słońce właśnie za­cho­dziło. Za­czy­nałam za­ko­chi­wać się w Me­dio­la­nie.

Po przy­by­ciu na brzeg spo­koj­nie płynącej rze­ki, usie­dliśmy przy sto­li­ku w zna­nej re­stau­ra­cji i zamówiliśmy bu­telkę aro­ma­tycz­ne­go gewürztra­mi­ne­ra. Za­mie­rza­liśmy cie­szyć się tym wie­czo­rem, no­wym życiem, przy­jaźnią, wol­nością młodych sin­gli i szczęściem, że mie­liśmy okazję się po­znać.

Wznosząc trze­ci to­ast, byliśmy już dość roz­luźnie­nii we­se­li. Gdy w pew­nym mo­men­cie spoj­rzałam w stronę dru­gie­go brze­gu kanału, do­strzegłam syl­wetkę, która wydała mi się zna­jo­ma. Przez dłuższą chwilę nie mogłam złapać od­de­chu: przed lo­ka­lem w białej ko­szu­li z pod­wi­niętymi ręka­wa­mi stał Nic­col?. Jak za­wsze za­chwy­cający, uśmiech­nięty i odprężony.

Clau­dio za­uważył moje po­ru­sze­nie i spy­tał, czy cośsię stało.

- Tam jest Nic­col?! - po­wie­działam półgłosem, próbując za­kryć się to­rebką. Tak jak­by mógł mnie usłyszeć po dru­giej stro­nie kanału.

- Co? - Clau­dio naj­wy­raźniej nie zro­zu­miał.

- Tam stoi Nic­col?! - powtórzyłam spa­ni­ko­wa­na.

Spoj­rzał na drugą stronę.

- Niezły! - stwier­dził.

- Nie patrz tam! I dziękuję, nie ma po­trze­by, żebyś mi przy­po­mi­nał, jaki jest przy­stoj­ny.

- Daj spokój, chciałem tyl­ko za­uważyć, że masz do­bry gust.

- I co te­raz? Co mam robić?

- No cóż, idź tam. Wyglądasz fan­ta­stycz­nie, po­wa­lisz go na ko­la­na.

- Tak myślisz? Boże, co za kosz­mar, nie wiem, co robić... Ale może masz rację, po­win­nam iść do nie­go, żeby po­wie­dzieć, jak bez­na­dziej­nie za­cho­wał się w sto­sun­ku do mnie, i po­ka­zać mu, jak świet­nie wyglądam. Bo wyglądam świet­nie, praw­da?!

Clau­dio w od­po­wie­dzi posłał mi po­wa­lający uśmiech, który dodał mi od­wa­gi. Osta­tecz­nie wydałam na prze­mianę po­nad czte­ry­sta euro i nie mogłam zmar­no­wać ta­kiej oka­zji. Mu­siałam spra­wić, aby onie­miał, albo le­piej, po­wa­lićgo na ko­la­na, tak żeby nie miał siły się podźwignąć.

Wstałam z krzesła, lek­ko się za­ta­czając, ale już po chwi­li od­zy­skałam równo­wagę. Wino wy­pi­te na pu­sty żołądek spra­wiło, że czułam się naj­bar­dziej pociągającą ko­bietą w całym Na­vi­gli. Ostrożnie po­ko­nałam scho­dy i po­wo­li ru­szyłam przez most. Do­tarłszy mniej więcej do połowy, zo­ba­czyłam, że ktoś pod­szedł do Nic­col?.

To była ona. Anna. Miała na so­bie kre­mową su­kienkę, która pod­kreślała talię osy. Długie blond włosy po­wie­wały na wie­trze. Nic­col? pogłaskał ją po szyi, przy­ciągnął do sie­bie i namiętnie pocałował.

Gdy po raz pierw­szy zo­ba­czyłam ich ra­zem, coś we mnie pękło. To było uczu­cie, które do­brze znałam, a którego przez długi czas nie mogłam z sie­bie wy­krze­sać: gniew, fu­ria. W jed­nej chwi­li zdałam so­bie sprawę, że stra­ciłam mnóstwo cen­ne­go cza­su, roz­pa­czając przez świnię, która w dwa ty­go­dnie po ze­rwa­niu żyła już no­wym, ba­jecz­nym życiem; przez fa­ce­ta, który zastąpił mnie inną, nie cier­piącz tego po­wo­du na­wet przez mi­nutę, który wy­ko­rzy­stał mnie, żeby pod­bu­do­wać swoją męskość. Nie cier­piałam go, nie­na­wi­dziłam. Chciałam, żeby zdechł. Nie byłam w sta­nie utrzy­mać się na no­gach, trzęsły mi się jak po ata­ku cho­le­ry i chciało mi się wy­mio­to­wać.

Nie wiedząc, co robić, po­sta­no­wiłam wrócić do sto­li­ka. Nie za­mie­rzałam tra­cić więcej cza­su na tego im­be­cy­la. Próbowałam przejść przez most naj­szyb­ciej, jak umiałam,i wte­dy ob­cas pra­we­go buta zwrócił się prze­ciw­ko mnie- runęłam na zie­mię jak długa.

Mój upa­dek był tak głośny i nie­for­tun­ny, że wszyst­kie oso­by znaj­dujące się w po­bliżu obróciły się, aby przyj­rzeć się gor­szej wer­sji Va­len­ti­ny, która od­gry­wała jedną ze swo­ich żenujących scen.

No cóż, przy­najm­niej mój wygląd nie prze­szedłnie­zau­ważony.

Mo­dliłam się, żeby Nic­col? nie był świad­kiem tego te­atrzy­ku, ale kie­dy spoj­rzałam w jego stronę, oka­zało się, że ode­rwał się od swo­jej piękności i zmie­rzał w moją stronę. Miałam ochotę zapaść się pod zie­mię.

Ze­brałam resztkę sił, ja­kie mi jesz­cze zo­stały, i uty­kając w nie­wy­god­nych bu­tach, zeszłam po scho­dach z mo­stu, po czym za wszelką cenę usiłowałam wmie­szać się w tłum. Clau­dio biegł za mną, wy­krzy­kując:

- Jeśli nie zwol­nisz, za­raz wy­pluję płuca!

Wieczór mo­je­go od­we­tu zakończył się smut­nym epi­lo­giem. Na do­da­tek znisz­czyłam jed­ne z mo­ich ulu­bio­nych san­dałów. Wszyst­ko przez tego dra­nia, Nic­col?.

Za­czy­nałam nie­na­wi­dzić Me­dio­la­nu.

Grusz­ki na wierz­bie

Wbie­gając na dwu­na­sto­cen­ty­me­tro­wych ob­ca­sach do dusz­ne­go, zatłoczo­ne­go wa­go­nu me­tra dosłownie na se­kundę przed za­trzaśnięciem się drzwi, byłam praw­do­po­dob­nie jedną z najszczęśliw­szych osób, ja­kie mo­gli so­bie wy­obra­zić współpasażero­wie mo­jej podróży.

Moja prośba o prze­nie­sie­nie do Me­dio­la­nu zo­stała za­ak­cep­to­wa­na, właśnie pod­pi­sałam kon­trakt na wy­na­jem fan­ta­stycz­ne­go miesz­ka­nia, a mężczy­zna, którego ko­chałam, miał się wkrótce do­wie­dzieć, że prze­pro­wa­dzam się do jego mia­sta.

Po­znałam Nic­col? rok wcześniej, na im­pre­zie uro­dzi­no­wej mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki, Emmy, która za­pro­siła mnie na kil­ka dni do "wiel­kie­go mia­sta", abym mogła od­począć od We­ne­cji i dojść do sie­bie po nie­daw­nym roz­sta­niu.

Z Pie­trem byłam pięć lat. Pie­tro, in­for­ma­tyk z za­wo­du i fo­to­graf z zamiłowa­nia, zdo­był mnie prze­pięknym­czar­no-białym zdjęciem por­tre­to­wym; zro­bił mi je w dniu, w którym się po­zna­liśmy. Mie­siąc później za­miesz­ka­liśmy ra­zem, za­ko­cha­ni i szczęśliwi. Przeżyliśmy wspa­niałe chwi­le, za­wsze do­brze się bawiąc, czy to pod­czas da­le­kich podróży, czy w le­ni­we nie­dzie­le spędza­ne przed te­le­wi­zo­rem. Mie­liśmy wiel­kie pla­ny na przyszłość. Po­tem zaczęły się nie­po­ro­zu­mie­nia, kłam­stwa, zaciąga­nie długów na kup­no miesz­ka­nia, pierw­sze kłótnie o ko­lor ka­felków w łazien­ce, "przy­po­mi­nasz swoją matkę", "je­steś gor­szy od swo­je­go ojca" - i tak aż do dnia, w którym przyłapałam go w łóżku z koleżanką z pra­cy, blon­dynką przy kości, na oko roz­miar 42, kie­dy to wy­sta­wiłam jego wa­liz­ki za drzwi. Zdra­dził mnie z ko­bietą, która nosiła roz­miar 42, jeśli nie większy.

Tego wie­czo­ru, kie­dy po­znałam Nic­col?, miałamna so­bie twe­edową ma­ry­narkę z przy­piętym kwia­tem ka­me­lii oraz ob­cisłe, wy­szczu­plające dżinsy, które odej­mo­wały mi przy­najm­niej czte­ry kilo. Do tego długi sznur pereł zawiązany na supeł.

Spędzałam wieczór na uni­ka­niu opy­cha­nia się fi­stasz­ka­mi i na kry­ty­ko­wa­niu ko­bie­ty, którą za­stałam w moim łóżku w uści­sku z fa­ce­tem, z którym miałam wspólny­kre­dyt na miesz­ka­nie.

- Wy­obrażasz so­bie, że zdra­dził mnie z laską, która nosi roz­miar 42? - po­wta­rzałam w kółko z obrzy­dze­niem, sama w to nie wierząc, po­pi­jając pro­sec­co za­gry­za­ne mar­chewką. - Nie je­stem w sta­nie uwie­rzyć,że gość, który przez tyle lat wysłuchi­wał mo­ich na­rze­kań na te­mat wagi i zbędnych ki­lo­gramów, mógł się oka­zać na tyle okrut­ny, aby zdra­dzić mnie z wie­lo­ry­bem o tyłku wiel­kości sza­fy trzy­drzwio­wej. Widać gu­sto­wał w gru­ba­sach,a ja, idiot­ka, przez tyle lat ka­to­wałam się die­ta­mi.

Emma, znu­dzo­na mo­imi nie­kończącymi się żala­mi, po­wta­rzała, potrząsając głową:

- Ty do resz­ty osza­lałaś. Co tu ma do rze­czy waga? Zdra­dził cię i nic więcej się nie li­czy!

- To jest sil­niej­sze ode mnie. Nie mogę prze­staćmyśleć o ubra­niach w roz­mia­rze XS, płaskich brzu­chach, obo­wiązko­wych po­stach, ka­tar­tycz­nym obżar­stwie, ziółkach prze­czysz­czających, die­tach na ba­zie węglo­wo­danów i bez nich, die­tach wy­so­ko­białko­wych i ni­sko­białko­wych, cu­dow­nych mik­stu­rach, głodówkach o chle­biei wo­dzie, ciągłym ważeniu się... - wy­znałam, chru­piąc mar­chewkę.

- Od kie­dy cię po­znałam, ga­dasz tyl­ko o wyglądzie. Jesz­cze ci się to nie znu­dziło?! Je­steś ładna, in­te­li­gent­nai za­baw­na. Cze­go, do ja­snej cho­le­ry, można więcejch­cieć od życia?

Miałam trzy­dzieści dwa lata i uważałam się za "całkiem" ładną. Nosiłam ubra­nia w roz­mia­rze 38, w którew gor­szych okre­sach ciężko było mi się wcisnąć, ale na­wet przez myśl by mi nie przeszło, aby przy­znać, że po­win­nam kupić coś w większym roz­mia­rze. Mogłam się po­chwa­lićjędrny­mi poślad­ka­mi, małym biu­stem - który jed­nakże cie­szył się nie­małym po­wo­dze­niem - dużymi, ciem­nobrązo­wy­mi ocza­mi, ni­czym u je­lon­ka, oraz pełnymi i ak­sa­mit­ny­mi usta­mi.

Nig­dy nie byłam ty­pową pięknością, za którą mężczyźni oglądają się na uli­cy i która łamie wszyst­kim wokół ser­ca w ocze­ki­wa­niu na księcia z baj­ki. Mimo to, gdy tyl­ko przeszłam przez przeklęty okres doj­rze­wa­nia, zro­zu­miałam, że mogę się po­do­bać. Po­czu­cie hu­mo­ru i wro­dzo­na iro­nia - one to w cza­sach szkol­nych spra­wiały, że byłam ska­za­na na ety­kietkę "sym­pa­tycz­nej koleżanki" to­wa­rzyszącej po­pu­lar­nym i za­zwy­czaj za­ro­zu­miałym blond pięknościom, o których wszy­scy chłopcy ma­rzy­li po no­cach - obec­nie czy­niły ze mnie cza­rującą osobę "z cha­rak­te­rem".

Tak więc jako ktoś, komu mat­ka na­tu­ra poskąpiła nad­zwy­czaj­nej uro­dy i uro­ku oso­bi­ste­go, po­sta­wiłam na oso­bo­wość i byłam z tego nie­zwy­kle dum­na.

- Masz rację - przy­znałam - myślę tyl­ko o jed­nym.

- Czy według cie­bie uro­da na­prawdę ma tak wiel­kie zna­cze­nie? - do­cie­kała Emma, do­le­wając so­bie wina.

- Coco Cha­nel po­wta­rzała, że uro­da służy ko­bie­tom­do tego, aby były ko­cha­ne przez mężczyzn, zaś głupo­ta, aby to one się za­ko­chi­wały - od­po­wie­działam.

- Hm, brzmi całkiem sen­sow­nie - stwier­dziła i wzniosła to­ast za moje zdro­wie.

Dal­sze prze­kli­na­nie byłego, połączo­ne z prze­gry­za­niem wa­rzyw i roz­myśla­niem o die­tach, prze­rwał dźwięk do­mo­fo­nu. Po chwi­li w drzwiach stanął obłędnie przy­stoj­ny mężczy­zna: czar­ne jak węgiel oczy, włosy w ar­ty­stycz­nym nieładzie i kil­ku­dnio­wy za­rost. Miał na so­bie szy­ty na miarę ciem­no­gra­fi­to­wy gar­ni­tur bez kra­wa­ta.Sze­ro­ki, ciepły uśmiech, który wid­niał na jego twa­rzy, spra­wiał, że wszyst­kie inne uśmie­chy świa­ta wyglądały przy nim jak nic nie­znaczące gry­ma­sy.

Od razu zro­zu­miałam. Nic­col? był cha­ry­zma­tycz­nym, dow­cip­nym, pew­nym sie­bie i nie­zwy­kle sek­sow­nym mężczyzną. Wszyst­kie obec­ne na im­pre­zie ko­bie­ty naj­wi­docz­niej bar­dzo do­brze go znały. Gdy już przy­wi­tał się ze zna­jo­my­mi, cmoknął, kogo trze­ba, i wy­mie­nił uści­ski dłoni, zdjął ma­ry­narkę, rzu­cił ją na łóżko, po czym udał się w kie­run­ku kuch­ni. Idąc, zaczął po­wo­li i z pre­cyzją pod­wi­jać rękawy białej ko­szu­li, dzięki cze­mu światło dzien­ne uj­rzały jego wspa­niałe przed­ra­mio­na.

Praw­da była taka, że uwiel­białam mężczyzn w ko­szu­lach. Wręcz za nimi sza­lałam. Kie­dy fa­cet pod­wi­jał rękawy aż po łokcie i miałam możliwość zo­ba­czyć jego umięśnio­ne ręce, zupełnie tra­ciłam głowę. To było sil­niej­sze ode mnie.

Nic­col? rozglądał się po kuch­ni w po­szu­ki­wa­niu al­ko­ho­lu, a ja - jak zaklęta - wpa­try­wałam się w jego ręce. Jako że los lubi so­bie cza­sem z nas za­drwić, Nic­col? przyj­rzałmi się przez chwilę i zadał naj­ba­nal­niej­sze z pytań.

- Pa­sjo­nu­jesz się ze­gar­ka­mi? - za­gaił, po­zba­wiając mnie tym sa­mym fan­ta­zji ero­tycz­nej, która za­czy­nała sięw oko­li­cach jego łokci.

- Słucham? - Nie byłam pew­na, czy przy­pad­kiem się nie przesłyszałam.

- Zda­wało mi się, że przyglądałaś się mo­je­mu ze­gar­ko­wi. Pomyślałem, że mu­sisz być znaw­czy­nią.

- Ze­ga­rek, no tak! - wy­krzyknęłam, przełknąwszyw pośpie­chu spo­ry kęs wa­rzyw, czym na­ra­ziłam sięna śmierć w wy­ni­ku udu­sze­nia, a to wszyst­ko w obec­ności jed­ne­go z naj­przy­stoj­niej­szych mężczyzn, ja­kichw życiu wi­działam.

- Tak, ze­gar­ki są moim hob­by, a twój jest na­prawdę piękny. Wspa­nia­le pod­kreśla nad­gar­stek.

- To cie­ka­we, nig­dy nie myślałem o ze­gar­kach w tych ka­te­go­riach. Czy­li po­do­bają ci się?

Nie­na­widzę ze­garków. Prze­raża, a za­ra­zem śmie­szy mnie po­mysł no­sze­nia na ręku sym­bo­lu prze­mi­jającego cza­su. Jak­by nie wy­star­czał fakt, że samo życie co dwa­dzieścia czte­ry go­dzi­ny nie­zmien­nie przy­po­mi­na nam, iż z każdym dniem je­steśmy trochę star­si.

- Tak, bar­dzo mi się po­do­bają. Ale nie noszę ze­gar­ka... bo je­stem na nie uczu­lo­na - od­po­wie­działam, nie mogąc się na­dzi­wić, skąd wpadł mi do głowy tak idio­tycz­ny po­mysł.

- Je­steś uczu­lo­na na ze­gar­ki?

Zda­nie to, powtórzo­ne przez nie­go, za­brzmiało jesz­cze go­rzej. Na szczęście w tym sa­mym mo­men­cie do kuch­ni weszła Emma, prze­ry­wając naszą ab­sur­dalną roz­mowę. Z tru­dem zwal­czyłam chęć rzu­ce­nia się jej na szyję, aby po­dziękować za ra­tu­nek.

- A, widzę, że już się so­bie przed­sta­wi­liście? - za­in­te­re­so­wała się, za­bie­rając ze stołu bu­telkę rumu.

- W za­sa­dzie to jesz­cze nie - od­po­wie­dział Nic­col?, posyłając mi uśmiech.

- Re­bec­ca, dla przy­ja­ciół Coco.

- Jak sławna Cha­nel - dodała Emma z przekąsem. - Re­bec­ca jest jej wielką fanką.

- To praw­da, bar­dzo ją po­dzi­wiam - uśmiechnęłam się nie­pew­nie, wyciągając do nie­go rękę.

- Nic­col? - od­parł, od­wza­jem­niając gest.

"Ale masz sek­sowną dłoń" - pomyślałam.

- Re­bec­ca jest moją przy­ja­ciółką z dzie­ciństwa. Cho­dziłyśmy ra­zem do szkoły. Miesz­ka w We­ne­cji i przy­je­chała w od­wie­dzi­ny na parę dni.

- Wi­taj w Me­dio­la­nie, Re­bec­co. - Nic­col? uśmiechnął się po­now­nie. - Czym się zaj­mu­jesz na co dzień?

Jedną z rze­czy, których nie cier­pię, jest zwy­czaj py­ta­nia o wy­ko­ny­waną pracę na sa­mym początku roz­mo­wy z nowo po­znaną osobą. Jak­by to miało być coś przy­jem­ne­go! Nikt nig­dy nie pyta, czy słuchasz Be­atlesów,czy Lou Re­eda, czy wo­lisz buty Nike, czy Co­nver­se, czy spędzasz wa­ka­cje w ho­te­lu, czy pod na­mio­tem ani czy bar­dziej śmieszą cię fil­my Ta­ran­ti­no niż bra­ci Coen. To są ważne rze­czy, a nie jakaś two­ja cho­ler­na ro­bo­ta.

- Zaj­muję się or­ga­ni­zacją eventów - od­po­wie­działam wy­mi­jająco.

Pra­co­wałam dla dużej agen­cji, która or­ga­ni­zo­wała even­ty i kon­gre­sy w całej Eu­ro­pie. Nie­wta­jem­ni­czo­nym mogło się wy­da­wać, że to świet­na fu­cha: im­pre­zy, uro­czy­ste ko­la­cje, su­kien­ki wie­czo­ro­we i de­ko­ra­cje stołów z eg­zo­tycz­nych kwiatów. W rze­czy­wi­stości zaj­mo­wałam się nud­ny­mi kon­gre­sa­mi na­uko­wo-me­dycz­ny­mi i naj­bar­dziej emo­cjo­nującym za­da­niem, ja­kie mogło mi się tra­fić, była or­ga­ni­za­cja szko­le­nia dla prok­to­logów lub se­mi­na­rium o pro­ble­mach z pro­statą.

- Świet­nie, za­pew­ne będziesz mogła udzie­lić mi paru wskazówek do­tyczących wer­ni­sażu, który or­ga­ni­zuję z oka­zji otwar­cia mo­je­go no­we­go stu­dia. Je­stem ar­chi­tek­tem - po­wie­dział, pod­nosząc szklankę do ust i zgi­nając przy tym rękę w taki sposób, że jego wspa­niały bi­ceps był jesz­cze le­piej uwy­dat­nio­ny.

Już wte­dy należałam do nie­go.

Prze­ga­da­liśmy cały wieczór. Nic­col? był nie tyl­ko przy­stoj­ny, ale także oczy­ta­ny, in­te­li­gent­ny, dow­cip­ny i szar­manc­ki. Re­gu­lar­nie napełniał opróżnia­ny prze­ze mnie kie­li­szek, co i rusz do­py­tując się, czy wszyst­ko jest w porządku i czy do­brze się bawię.

Czułam się pi­ja­na, co było skut­kiem zarówno wy­pi­te­go wina, jak i obec­ności tego mężczy­zny, i zdążyłam zupełnie za­po­mnieć o moim eks oraz jego no­wej przy­sa­dzi­stej part­ner­ce.

Pod ko­niec wie­czo­ru Nic­col? pocałował mnie w po­li­czek i zo­sta­wiw­szy swoją wi­zytówkę, założył po­now­nie ma­ry­narkę, po czym wy­szedł, dając się pochłonąć me­dio­lańskiej nocy.

- Czy ty też uważasz za dziw­ny ten nowy zwy­czaj, zgod­nie z którym to fa­cet zo­sta­wia ci swój nu­mer? - zwróciłam się do Emmy, wpa­trując się jak za­hip­no­ty­zo­wa­na w biały kar­to­nik.

- Ob­ra­ziłaś się, bo nie lu­bisz robić pierw­sze­go kro­ku?

- Wciąż nie je­stem w sta­nie za­ak­cep­to­wać, że cza­sy się zmie­niły i u mężczyzn za­nikł in­stynkt łowców,a w za­mian zaczęli roz­da­wać swo­je nu­me­ry, ocze­kując, że to my będzie­my do nich dzwo­nić - stwier­dziłam, do­pi­jając ostat­ni kie­li­szek pro­sec­co.

- Ależ je­steś sta­roświec­ka!

- Sta­roświec­ka? Wierzę w całko­witą równość płci, ale jed­no­cześnie je­stem prze­ko­na­na, że to mężczy­zna po­wi­nien wyjść z ini­cja­tywą i za­dzwo­nić pierw­szy. To czy­sta ge­ne­ty­ka, tak jak płace­nie za ko­lację, skręca­nie sza­fek, otwie­ra­nie drzwi i no­sze­nie wa­li­zek na wa­ka­cjach.

- Praw­dzi­wa z cie­bie fe­mi­nist­ka! - zaśmiała się Emma.

Nie­co później, próbując opa­no­wać za­wro­ty głowy i pod­li­czyć pochłonięte ka­lo­rie, zro­zu­miałam, że dla Nic­col? byłam go­to­wa zro­bić wyjątek. Do diabła z ge­ne­tyką!

Ko­lej­ne­go dnia, wciąż lecząc kaca, po­zo­stałośćpo mi­nio­nym wie­czo­rze, omówiw­szy z Emmą właściwą stra­te­gię, wzięłam głęboki od­dech i wykręciłam ten cho­ler­ny nu­mer.

Poszło jak z płatka.

Zo­ba­czyłam się z Nic­col? jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ru. Naj­wy­raźniej mu­siałam mu się spodo­bać - za­pew­ne dzięki moim ob­cisłym dżin­som. Przy­je­chał po mnie, otwo­rzył mi drzwi do sa­mo­cho­du, wy­brał ide­alną mu­zykęi zamówił ba­jecz­ne wino. Czułam się jak bo­gi­ni. Miałam na so­bie małą czarną, która dys­kret­nie odsłaniała de­kolt oraz de­li­kat­nie opi­nała bio­dra, ma­skując nad­pro­gra­mo­we fałdki. Nic­col? za­uważył moje oszałamiające san­dałki od Ser­gia Ros­sie­go i skom­ple­men­to­wał moje szczupłe kost­ki.

- Uwiel­biam buty - wy­znałam mu pod­czas ko­la­cji. - Mam w domu po­nad sto par.

- Gra­tu­luję, niezła ko­lek­cja! - wy­krzyknął za­sko­czo­ny.

- Tak, wiem, te­raz pew­nie myślisz, że je­stem jednąz tych ko­biet, które całą pensję wy­dają na pan­to­flei pan­to­fel­ki, żeby pod­czas co­dzien­nych im­prez występowaćw in­nym mo­de­lu. Praw­da jest taka, że skrzętnie gro­madzę buty, a po­tem nie mam kie­dy ich założyć. Niektórez nich wciąż leżą nie­tknięte w sza­fie i cze­kają na swoją ko­lej, ale sama myśl, że tam są, po­pra­wia mi hu­mor. Cza­sa­mi mam wrażenie, że z niektórymi pa­ra­mi zdążyłam się już za­przy­jaźnić - opo­wia­dałam z roz­ba­wie­niem.

Obec­ność Nic­col? działała na mnie uskrzy­dlająco.

- Za­dzi­wiasz mnie, Coco - po­wie­dział.

Nie prze­rwał mo­je­go wy­wo­du o bu­tach. Słuchał cier­pli­wie, nie prze­ja­wiając żad­nych oznak znu­dze­nia, wręcz prze­ciw­nie. Wy­da­wało mi się, że to sen.

Prze­ga­da­liśmy cały wieczór jak sta­rzy zna­jo­mi. Opo­wie­działam mu o swo­im byłym, o na­szych nie­po­ro­zu­mie­niach, o uczu­ciu, które się kończy, o bez­bron­ności, jaką od­czu­wa się po zdra­dzie, a on po­dzie­lił się ze mną hi­sto­rią swo­je­go związku, który skończył się rok wcześniej - opo­wie­działmi o ze­rwa­nych zaręczy­nach, o psie, którego zo­sta­wił swo­jej byłej, a którego strasz­nie mu bra­ko­wało, oraz o życiu trzy­dzie­sto­pięcio­let­nie­go sin­gla w Me­dio­la­nie.

Mówił spo­koj­nie, ciepłym głosem, wpa­trując sięwe mnie i od cza­su do cza­su posyłając w moją stronę uśmiech. Słucha­nie o jego przejściach i za­wo­dach miłosnych oraz po­zna­wa­nie jego ro­man­tycz­nej stro­ny spra­wiało, że wy­da­wał mi jesz­cze sek­sow­niej­szy.

To był mężczy­zna stwo­rzo­ny dla mnie. Od­kry­liśmy, że mamy po­dob­ne za­in­te­re­so­wa­nia, trochę przez przy­pa­dek, a trochę przez kil­ka kłamstw w do­brej wie­rze, po­wie­dzia­nych, żeby go nie roz­cza­ro­wać. On był fa­nem roc­ka, mu­zy­ki elek­tro­nicz­nej, ze­społów two­rzo­nych przez wściekłych, zbun­to­wa­nych ko­le­siów. Ja do­ra­stałam na pio­sen­ce au­tor­skiej, wo­ka­li­stach śpie­wających o miłości i brzdąkających na gi­ta­rach utwo­ry Bat­ti­stie­go1. Co roku oglądałam finał fe­sti­wa­lu w San Remo, zakładając się z przy­ja­ciółmi, kto zo­sta­nie zwy­cięzcą.

- Lu­bisz To­ola? - wy­py­ty­wał. - A In­cu­bu­sa?

- No ja­sne! - od­po­wie­działam, choć nie miałam pojęcia, o kogo cho­dzi. - Słucham ich od lat. - Te­raz mo­dliłam się w du­chu, żeby nie po­pro­sił mnie o za­nu­ce­nie ulu­bio­ne­go kawałka albo wy­mie­nie­nie naj­lep­sze­go al­bu­mu.

On był miłośni­kiem li­te­ra­tu­ry ame­ry­kańskiej, ja ro­syj­skiej, ale dla­cze­go miałabym mu prze­ry­wać, gdy opo­wia­dał mi w szczegółach fabułę ostat­niej, nie­zwy­kle nud­nej po­wieści Dona Win­slo­wa?

Dla ta­kie­go mężczy­zny byłam go­to­wa zmie­nić swo­je za­in­te­re­so­wa­nia o sto osiem­dzie­siąt stop­ni. Gdy­by o to po­pro­sił, zjadłabym węglo­wo­da­ny na ko­lację, a na­wet włożyła cie­listą bie­liznę.

Nie mogłam uwie­rzyć, że los oka­zał się łaska­wy dla mo­je­go bied­ne­go ser­ca, które tak nie­daw­no zo­stało złama­ne. Przede wszyst­kim jed­nak byłam szczęśliwa, widząc, że on też jest mną wyraźnie za­in­te­re­so­wa­ny.

Wieczór zakończy­liśmy w miesz­ka­niu Nic­col?. Wystrój zo­stał pie­czołowi­cie przez nie­go wy­bra­ny, a każdy de­tal wy­da­wał się być na swo­im miej­scu ni­czym pod­czas se­sji zdjęcio­wej do ma­ga­zy­nu o de­si­gnie.

Usa­dził mnie na ka­na­pie, puścił mu­zykę i patrzącmi w oczy, po­wie­dział, że je­stem piękna. Kie­dy usłyszałam te słowa, przy­sunęłam się bliżej i pocałowałam go. Pukałam do bram raju, które właśnie zo­stały przede mną otwar­te.

Ko­cha­liśmy się całymi go­dzi­na­mi, nie od­czu­wając żad­ne­go skrępo­wa­nia, jak­byśmy zna­li się od za­wsze. Poza szyb­kim i nic nie­znaczącym nu­mer­kiem z pi­ja­nym ko­legąpo nud­nym kon­gre­sie gi­ne­ko­logów nig­dy nie zdra­dziłam Pie­tra; przy­zwy­czaiłam się do jego ciała i do jego gestów.

Nic­col? od razu spra­wił, że po­czułam się swo­bod­nie: do­sko­na­le wie­dział, gdzie i jak mnie do­ty­kać, gdzie całować i co mówić. Byliśmy ide­al­nie do­pa­so­wa­ni.

Kie­dy około go­dzi­ny czwar­tej nad ra­nem, idąc za radą Emmy odnośnie do no­wych zwy­czajów wśród sin­gli, którzy nie no­cują w domu part­ne­ra, po­pro­siłam go, aby zamówił mi taksówkę, zachęcił mnie, abym zo­stała.

- Bar­dzo chciałbym podać ci ju­tro kawę do łóżka.

Z tru­dem po­wstrzy­małam łzy.

I tak oto zna­lazłam się tu­taj. Ja i Nic­col? na­resz­cie mie­liśmy za­miesz­kać w tym sa­mym mieście. Wy­siadłamna Pla­cu Ka­te­dral­nym, żeby prze­siąść się do czer­wo­nej li­nii me­tra w kie­run­ku sta­cji Por­ta Ve­ne­zia. Szłam po­wo­li, po­nie­waż włożyłam nowe buty na wy­so­kim ob­ca­sie. Miałam na so­bie ob­cisłe białe spodnie, które krępowały moje ru­chy, nie­bie­sko-białą ko­szulkę w pa­ski w sty­lu ma­ry­nar­skim, a na głowie mój szczęśliwy ka­pe­lusz pa­na­ma.

Mie­liśmy się spo­tkać o piątej w Jac­ku. Za­re­zer­wo­wałam sto­lik, żeby w po­rze ape­ri­ti­fu nie ry­zy­ko­wać prze­py­cha­nia się przy ba­rze bez miej­sca siedzącego. Za­mie­rzałam zamówić szam­pa­na i roz­ko­szo­wać się en­tu­zja­styczną re­akcją Nic­col?, kie­dy usłyszy ra­dosną no­winę.

Spo­ty­ka­liśmy się od roku. To był czas ob­fi­tującyw ro­man­tycz­ne ko­la­cje, stru­mie­nie wina, fil­my, kon­cer­ty i bo­ski seks. Co dru­gi ty­dzień roz­ra­do­wa­na pędziłamna pociąg, aby wy­ru­szyć z wi­zytą do mo­je­go mężczy­zny ide­al­ne­go. Kil­ka razy to on od­wie­dził mnie w we­nec­kiej la­gu­nie. Spa­ce­ro­wa­liśmy wte­dy wąski­mi ulicz­ka­mi, całując się na każdym na­po­tka­nym moście ni­czym para za­ko­cha­nych na­sto­latków.

Wie­dzie­liśmy, że to początek poważnego związku.

W te długie, męczące dni rozłąki go­dzi­na­mi ga­da­liśmy przez Sky­pe'a, wy­mie­niając się mu­zyką i fil­ma­mi, opo­wia­dając so­bie o tym, jak nam minął dzień, i roz­ma­wiając o sek­sie - przeszłym, tym wy­obrażonym i tym mającym do­pie­ro nastąpić.

Przed­sta­wił mi paru swo­ich przy­ja­ciół, a ja po­znałam go z mo­imi naj­bliższy­mi przy­ja­ciółkami, które prze­pro­wa­dziły się do Me­dio­la­nu.

Od cza­su do cza­su cho­dzi­liśmy wspólnie na długie ape­ri­ti­fy, pod­czas których obej­mo­wał mnie i całując w po­li­czek, oznaj­miał:

- Ależ z nas zgra­ny duet!

Pew­ne­go dnia wpa­dliśmy na uli­cy na jego ojca, któremu przed­sta­wił mnie jako swoją "koleżankę Re­beccę". Trochę mnie to za­bo­lało, ale później zro­zu­miałam,że to de­li­kat­na kwe­stia - ro­dzi­ce często by­wają prze­czu­le­ni na punk­cie związków swo­ich dzie­ci. W grun­cie rze­czy byliśmy prze­cież także do­bry­mi przy­ja­ciółmi, więcpo­sta­no­wiłam się tym nie przej­mo­wać. Uśmiechnęłam się i choć od za­wsze byłam prze­ciw­na in­sty­tu­cji małżeństwa, w głębi du­cha przez chwilę ma­rzyłam, aby ten pan pew­ne­go dnia zo­stał moim teściem.

To był in­ten­syw­ny rok. Zda­rzały nam się kłótnie, nie­po­ro­zu­mie­nia, od cza­su do cza­su nie­co od­da­la­liśmy sięod sie­bie. Nic­col? był mężczyzną namiętnym, powściągli­wym i drażli­wym, zde­cy­do­wa­nym sa­mot­ni­kiem. Na­uczyłam się, aby zo­sta­wiać mu trochę prze­strze­ni, ufać mu, nie wy­py­ty­wać, co robił w week­en­dy, w które się nie wi­dy­wa­liśmy - wszyst­ko po to, aby nie spra­wiać wrażenia zbyt na­tar­czy­wej, nie­pew­nej czy też za­zdro­snej.

W jego oczach byłam osobą silną, za­bawną, dow­cipną i pewną sie­bie, dla­te­go też rzad­ko po­zwa­lałam so­bie­na po­ka­za­nie mu swo­ich słabo­stek. Chciałam być tą ko­bietą, której on ocze­ki­wał, taką, na jaką zasługi­wał.

Pew­ne­go razu, gdy całowa­liśmy się po sek­sie, nie­spo­dzie­wa­nie po­wie­dział:

- Uwiel­biam two­je mięciut­kie ciało. Two­ja uro­da jest iście re­ne­san­so­wa.

Te słowa zwy­czaj­nie mnie po­ra­ziły. Wciąż miałamob­sesję na punk­cie swo­je­go wyglądu, mimo że on nie prze­ga­pił żad­nej oka­zji, aby przy­po­mnieć mi, jaka je­stem wspa­niała. Po tej uwa­dze z wy­mu­szo­nym uśmie­chem prze­pro­siłam go i wyszłam do łazien­ki. Stałam tam zapłaka­nai przeglądając się dokład­nie w lu­strze, w du­chu życzyłam mu, aby uschło mu przy­ro­dze­nie.

Odświeżyw­szy się, z ka­mienną twarzą wróciłamdo łóżka. "Je­stem silną ko­bietą, je­stem silną ko­bietą, je­stem silną ko­bietą... Żaden dur­ny ko­men­tarz na te­mat wyglądu nie wy­pro­wa­dzi mnie z równo­wa­gi" - po­wta­rzałam so­bie ni­czym mantrę.

Byłam w nim za­ko­cha­na, czy­li go­to­wa wy­ba­czyć wszyst­ko, na­wet to, że nie do­strze­ga niektórych z mo­ich słabych punktów. W za­sa­dzie to ja go przed nimi chro­niłam, bo prze­cież na tym po­le­ga miłość.

Cza­sa­mi, gdy wy­cho­dzi­liśmy na obiad czy ko­lację do re­stau­ra­cji, za­ba­wia­liśmy się, oce­niając siedzące przy sąsied­nich sto­li­kach ko­bie­ty. Ja przy­zna­wałam im punk­ty, a Nic­col? mówił, czy chciałby je po­de­rwać, czy nie.Pew­ne­go razu, kie­dy byliśmy już do­brze wsta­wie­ni, po­sta­no­wił mi się do cze­goś przy­znać.

- Mam wyjątko­wy ta­lent do roz­ko­chi­wa­nia w so­bie zde­spe­ro­wa­nych ko­biet.

- Gra­tu­la­cje - od­po­wie­działam i wy­buchnęłam śmie­chem, choć miałam wrażenie, że mówi o mnie.

Nig­dy nie zwie­rzyłam mu się z tego, co na­prawdęczułam. Byłam silną, nie­za­leżną ko­bietą. Nie chciałam ani go wy­stra­szyć, ani go popędzać. Cze­kałam, aż zro­bi­pierw­szy krok, aż będzie go­to­wy, aż po­czu­je się pew­niei zro­zu­mie, że to właśnie ze mną chce spędzić resztę swo­je­go życia.

Tym­cza­sem jed­nak po­pro­siłam w pra­cy o prze­nie­sie­nie do Me­dio­la­nu i gdy tyl­ko otrzy­małam po­twier­dze­nie, zaczęłam szu­kać dwu­po­ko­jo­we­go miesz­ka­nia­do wy­najęcia.

Trzy­małam to w ta­jem­ni­cy przed Nic­col? - chciałam zro­bić mu nie­spo­dziankę. Nie miałam wątpli­wości, że będzie wnie­bo­wzięty.

W czer­wo­nej li­nii me­tra cuchnęło jak w obo­rze. Stojąc i nie mając się za co złapać, de­spe­rac­ko próbowałam utrzy­mać równo­wagę, żeby nie ubru­dzić białych spodni. Zer­kałam na swo­je od­bi­cie w szy­bie, spraw­dzając, czy podróż me­trem zdążyła już zruj­no­wać mój per­fek­cyj­ny wygląd.

Na sta­cji Por­ta Ve­ne­zia usiadłam na chwilę na ławce, żeby od­szu­kać lu­ster­ko w to­reb­ce. Skon­tro­lo­wałam, czy ma­ki­jaż wciąż jest nie­na­gan­ny, po­pra­wiłam włosy i ka­pe­lusz, a następnie skie­ro­wałam się w stronę ru­cho­mych schodów.

Nowe buty, wy­bra­ne spe­cjal­nie na tę okazję, za­czy­nały mnie już uwie­rać, a upał, przez który puchły mi sto­py,z pew­nością nie po­ma­gał. Za­miast po­ru­szać się jak zwiew­na mo­del­ka, zde­cy­do­wa­nie bar­dziej przy­po­mi­nałam ty­ra­no­zau­ra, który ma pro­ble­my z za­par­ciem.

Po wyjściu na zewnątrz po­czułam ude­rze­nie fali gorącego po­wie­trza i ru­szyłam w stronę lo­ka­lu wol­nym, ostrożnym kro­kiem, sta­rając się uśmie­chem za­ma­sko­wać myślo zalążku gan­gre­ny na mo­ich sto­pach. Gdy tyl­ko do­tarłam na miej­sce, runęłam na krzesło, jak­bym od mie­siąca byłana no­gach, i po­wo­li zsunęłam buty pod sto­li­kiem, tak,aby nikt tego nie za­uważył.

Nic­col? spóźnił się piętnaście mi­nut. Wyglądał wspa­nia­le - opa­lo­ny i zre­lak­so­wa­ny. Miał na so­bie jedną z tych ge­nial­nych, szy­tych na miarę ko­szul z wy­szy­wa­ny­mi ini­cjałami, które w dużym stop­niu przy­czy­niły się do tego,że stra­ciłam dla nie­go głowę.

Pod­szedł do sto­li­ka, uśmiechnął się na wi­dok mo­ich gołych stóp i cmoknął mnie w po­li­czek.

- Piękne buty! - oznaj­mił, sia­dając.

- Dziękuję, są nowe i nie­ste­ty strasz­nie mnie ob­cie­rają.

- Dla ta­kich butów war­to jed­nak po­cier­pieć.

- Też tak myślę.

- Skąd ta nagła wi­zy­ta w środ­ku ty­go­dnia? Stęskniłaś się za Me­dio­la­nem?

- Stęskniłam się za tobą!

Uśmiechnęłam się po­ro­zu­mie­waw­czo i dałam znak kel­ne­ro­wi, że je­steśmy go­to­wi do złożenia zamówie­nia.

W ostat­nich ty­go­dniach byłam tak zajęta or­ga­ni­zo­wa­niem swo­je­go no­we­go życia, że nie­mal wca­le się nie wi­dy­wa­liśmy. Aby fir­ma zgo­dziła się na moje prze­nie­sie­nie, mu­siałam do­pro­wa­dzić do końca i zar­chi­wi­zo­wać wszyst­kie pro­jek­ty z zeszłego se­zo­nu, więc pra­co­wałam na­wetw week­en­dy.

- Muszę ci po­wie­dzieć coś bar­dzo ważnego.

- Ja też - od­po­wie­dział, ude­rzając ręką o udo.

- Zamówmy więc szam­pa­na i po­zma­wiaj­my.

Nic­col? przyj­rzał mi się z uwagą i na­gle stał się za­dzi­wiająco poważny.

- Do­brze, co masz mi do po­wie­dze­nia?

- Hm, a więc... prze­pro­wa­dzam się do Me­dio­la­nu.

- Jak to? Kie­dy? A co z pracą?

- Prze­nie­sio­no mnie do tu­tej­szej fi­lii.

- Żar­tu­jesz! A gdzie się za­trzy­masz?

- Zna­lazłam prześlicz­ne dwu­po­ko­jo­we miesz­ka­niew dziel­ni­cy Por­ta Ro­ma­na. Prze­pro­wa­dzam się pod­ko­niec ty­go­dnia.

- Nie­sa­mo­wi­te!

- Chciałam zna­leźć coś bliżej cie­bie, ale nie ma te­raz zbyt dużego wy­bo­ru. A to, co jest, prze­kra­cza moje możliwości fi­nan­so­we. Będę mu­siała jeździć me­trem na na­sze spo­tka­nia.

- Raz na jakiś czas będziesz mogła się poświe­cić.

- Raz na jakiś czas? Chy­ba chciałeś po­wie­dzieć: co­dzien­nie!

Roześmiałam się ser­decz­nie i wzięłam go za rękę. Ale on ją cofnął. W tym mo­men­cie po­czułam gwałtow­ny ścisk w żołądku, który jak­by podświa­do­mie wy­czuł zbliżające się za­grożenie i szu­kał dro­gi uciecz­ki.

Coś było nie tak.

- No właśnie... - wy­mam­ro­tał Nic­col?, za­wie­szając wzrok w próżni. - Mu­si­my po­roz­ma­wiać...

Proszę, zaczęło się, oto on, przeklęty Ko­deks. Mężczy­zna, za którym sko­czyłabym w ogień, za­czy­nał się posługi­wać Ko­deksem.

Ko­deks to zbiór wszyst­kich tych zdań, zwrotów, po­staw, za­gry­wek i spoj­rzeń, z których pary ko­rzy­stają, często podświa­do­mie, gdy coś w ich związku za­czy­na się psuć.

"Nie je­stem w sta­nie dać ci tego, co...", "Ty nic nie zro­biłaś źle, to wszyst­ko moja wina", "Tak będzie le­piej dla nas oboj­ga", "Nie mogę pa­trzeć, jak cier­pisz", "Nie po­tra­fię się zmie­nić", "Ciągle cię za­wodzę" - to kil­ka pod­sta­wo­wych zwrotów z Ko­dek­su. Nic­col? zde­cy­do­wał się na ba­nal­ne: "Mu­si­my po­roz­ma­wiać...".

Za­padła nie­znośna ci­sza. Kel­ner po­sta­wił przed nami kie­lisz­ki z szam­pa­nem. Gapiłam się na swój jak na me­te­oryt, który spadł właśnie z nie­ba. Nie byłam w sta­nie pod­nieść wzro­ku. Ze­brałam się w so­bie, przełknęłam ślinę, przy­po­mniałam so­bie, że je­stem silną ko­bietą i tak da­lej, po czym pod­niosłam głowę i spoj­rzałam na Nic­col?.

- O czym chcesz roz­ma­wiać? - za­py­tałam.

Przyglądał mi się przez dłuższy czas, sku­piając sięna oko­li­cach mo­je­go czoła i włosów, które opa­dały swo­bod­nie na ra­mio­na. Następnie, upiw­szy łyk szam­pa­na, od­parł:

- O An­nie.

- O kim?

- O An­nie, two­jej koleżance.

Co, do stu diabłów, Anna miała wspólne­go ze mną, Nic­col?, szam­pa­nem, zamówio­nym sto­li­kiem, nie­znośny upałem, nie­wy­god­ny­mi bu­ta­mi, rozpływającym się ma­ki­jażem i moją prze­pro­wadzką do Me­dio­la­nu?

- Anna? - powtórzyłam, patrząc mu pro­sto w oczy.

- Tak, Anna.

- Ty w ogóle ją znasz?

- Przed­sta­wiłaś mi ją kil­ka mie­sięcy temu. Po­szliśmyna ten obrzy­dli­wie nud­ny wie­czo­rek po­etyc­ki, na który zaciągnęłaś mnie siłą, i tam ją spo­tka­liśmy. Przy­po­mi­nasz so­bie?

Owszem, przy­po­mniałam so­bie. Kil­ko­ro mo­ich przy­ja­ciół zor­ga­ni­zo­wało to spo­tka­nie w małym, kli­ma­tycz­nym lo­ka­lu. Przez cały wieczór, po­pi­jając wino, sta­ra­liśmy się po­wstrzy­my­wać od wy­buchów pełnego zażeno­wa­nia śmie­chu (wier­sze były na­prawdę bez­na­dziej­ne).

Anna przyszła spóźnio­na i zajęła miej­sce obok nas. Po­znałyśmy się kil­ka lat wcześniej. Była dobrą zna­jomą mo­jej bli­skiej ku­zyn­ki, a poza tym jeździła w to samo miej­sce co my na wa­ka­cje nad mo­rzem, w re­gio­nie Mar­che.

Była kil­ka lat młodszą ode mnie wy­soką, szczupłą blon­dynką o naj­piękniej­szym uśmie­chu, jaki ko­bie­ta mogłaby so­bie wy­ma­rzyć. Miała tak ide­al­ne rysy twa­rzy, że wy­star­czyło jej jed­no pociągnięcie tu­szu do rzęs, żeby wyglądać olśnie­wająco - w prze­ci­wieństwie do nas, zwykłychśmier­tel­ni­czek, spędzających długie go­dzi­ny przed lu­strem, żeby nałado­waw­szy so­bie na twarz ki­lo­gra­my podkładu, pu­dru, cie­ni, różu i szmin­ki, wyglądać jak lep­sze wer­sje sa­mych sie­bie.

Tego nieszczęsne­go wie­czo­ru przed­sta­wiłam jej Nic­col?. Pożar­to­wa­li chwilę, za­mie­ni­li dwa słowa przy ba­rze i pożegna­li się. A tu na­gle zo­stała wspo­mnia­na w trak­cie roz­mo­wy, która zaczęła zmie­rzać w bar­dzo złym kie­run­ku, pod­czas gdy mój szam­pan robił się już ciepły, a mnie po­wo­li zbie­rało się na wy­mio­ty.

- Fak­tycz­nie, przed­sta­wiłam ci Annę kil­ka mie­sięcy temu - po­wie­działam ostrożnie, kon­tro­lując drżenie głosu. - Czy mógłbyś mi wytłuma­czyć, co ona ma tu­taj do rze­czy?

- No tak... Nie wiem, jak ci to po­wie­dzieć. W grun­cie rze­czy two­rzy­liśmy na­prawdę zgra­ny duet. Je­steś silną, nie­za­leżną ko­bietą, uwiel­biam to w to­bie. Po­tra­fisz pa­no­wać nad emo­cja­mi, je­steś pew­na sie­bie. Nie dasz się za­stra­szyć, nie prze­raża cię wi­zja mi­jających lat. Byłem sin­gle­mod dłuższe­go cza­su i do­brze wiesz, że za­mknąłem się w so­bie. Mam trzy­dzieści sześć lat, nie je­stem już stu­den­cia­kiem.

- Tak, zdążyłam cię do­brze po­znać. - Z pew­nością le­piej niż on mnie.

- Bez wątpie­nia! Posłuchaj, będąc na tym eta­pie swo­je­go życia, przede wszyst­kim dzięki to­bie, na­szym długim roz­mo­wom, wspa­niałym chwi­lom, które wspólnie przeżyliśmy, i łączącej nas nici po­ro­zu­mie­nia zdałem so­bie sprawę, że cze­goś mi bra­ku­je. Zro­zu­miałem, że po­trze­buję kogoś, kogo mógłbym po­ko­chać.

Nogi zaczęły mi drżeć.

- I te­raz myślę, że udało mi się zna­leźć taką osobę. Annę.

Pod­su­muj­my, bo muszę ze­brać myśli: po­znaję fan­ta­stycz­ne­go fa­ce­ta, za­ko­chuję się w nim na zabój, seks jest cu­dow­ny, świet­nie się do­ga­du­je­my, prze­pro­wa­dzam się dla nie­go do in­ne­go mia­sta, a kie­dy on w końcu po­sta­na­wia się za­ko­chać na poważnie... za­ko­chuje się w in­nej!

W in­nej. Za­ko­chu­je się w An­nie.

Trzęsącą się ręką złapałam kie­li­szek szam­pa­na. Strasz­nie kręciło mi się w głowie. Upiłam łyk i z po­wro­tem od­sta­wiłam kie­li­szek, pra­wie go prze­wra­cając. Mimo pa­nującego na zewnątrz upału prze­szedł mnie zim­ny dreszcz.

- Do­brze się czu­jesz? - Spoj­rzał na mnie py­tającym wzro­kiem.

Właśnie w tym mo­men­cie ta sil­na ko­bie­ta, którą po­dob­no byłam, za­po­mniała o swo­im per­fek­cyj­nym ma­ki­jażu, białych spodniach, ide­al­nej fry­zu­rze oraz lu­dziach wokół i zaczęła be­czeć jak trzy­lat­ka.

- Rany bo­skie, Coco, co się dzie­je?

- Co się dzie­je? - próbowałam wy­ce­dzić, walczącz czkawką i łzami. - Co się dzie­je?! Chcesz mi po­wie­dzieć, że jesz­cze to do cie­bie nie do­tarło?

Spoj­rzałam na nie­go przez łzy. Czy to możliwe, że mój mężczy­zna ide­al­ny to ten kre­tyn, który sie­dzi na­prze­ciw­ko i tak bez­względnie mnie rani? Czy to możliwe, że przez cały ten rok nie zdążył się zo­rien­to­wać, ile dla mnie zna­czy?

- Nie chciałem cię skrzyw­dzić. Wiem, że je­stem­dla cie­bie ważny, ale cóż, zda­rza się. Miłość jest ślepa. Ro­zu­miesz to, praw­da?

Wszyst­ko stało się ja­sne: Nic­col? był idiotą.

- Jak możesz mnie o to pytać? Jak? Co ze mną?Co z nami?

- Re­bec­co, seks rze­czy­wiście był fan­ta­stycz­ny, mie­liśmy to nie­sa­mo­wi­te po­ro­zu­mie­nie, ale ty je­steś wolną, nie­za­leżną i silną ko­bietą. Nie po­trze­bu­jesz kogoś, kto by się tobą opie­ko­wał. Lu­bisz miesz­kać sama, ko­chasz dobrą za­bawę. W związku czy nie, i tak dasz so­bie radę. Świet­nie się z tobą czułem, ale miłość przyszła znie­nac­ka i nic nie mogłem na to po­ra­dzić. Za­ko­chałem się i tyle.

W tym mo­men­cie zro­zu­miałam, jak bar­dzo się myliłam. Ja byłam w nim za­ko­cha­na od pierw­szej chwi­li, w której­go uj­rzałam, on zaś wi­dział we mnie tyl­ko przejściowąpart­nerkę, a w tym cza­sie szu­kał ko­bie­ty swo­je­go życia. Ja wie­rzyłam, że bu­du­je­my praw­dzi­wy związek, a on używał mnie jako emo­cjo­nal­nej po­dusz­ki, z której mógł sko­rzy­stać, szu­kając praw­dzi­wej miłości. Tak bar­dzo się po­my­liłam. Może to nie on był kre­ty­nem. Możliwe,że je­dyną praw­dziwą kre­tynką byłam tu­taj ja.

Nie będąc w sta­nie za­trzy­mać po­to­ku mo­ich łez, Nic­col? sta­rał się ra­to­wać sy­tu­ację jedną z najgłupszych fraz, ja­kich może użyć mężczy­zna po wy­rwa­niu ko­bie­cie ser­ca pro­stoz pier­si i zje­dze­niu go na ko­lację:

- Nie martw się, nadal będzie­my się spo­ty­kać. Po­zo­sta­nie­my przy­ja­ciółmi. Zależy mi na to­bie.

Po­wo­li odwróciłam się w jego stronę. Spływający tusz zmie­szał się z podkładem i two­rzył te­raz nie­zbyt cie­kawą mo­zaikę. Długo wpa­try­wałam się w nie­go, próbującza wszelką cenę po­wstrzy­mać płacz, po czym cie­niut­kim głosem oznaj­miłam:

- Ko­cham cię.

Nic­col? od­sunął się, za­ci­skając usta. Przyglądał mi się przez chwilę, a po­tem potrząsnął głową.

- To nie­możliwe, coś ci się po­my­liło!

- Po­my­liło?! Je­stem w to­bie za­ko­cha­na od pierw­sze­go mo­men­tu, w którym cię uj­rzałam. Ko­chałam cię przez ten cały pie­przo­ny rok!

- Nie... nie. Te­raz tak mówisz, bo jest ci przy­kro, że stra­cisz ko­chan­ka.

- Co ty wy­ga­du­jesz?

- Wca­le mnie nie ko­chasz. Nie wiesz, co mówisz! Prze­cież gdy­by tak było, po­wie­działabyś mi o tym. Za­wsze twier­dziłaś, że je­steś sil­na i nie­za­leżna, po­wta­rzałaś, że nie po­trze­bu­jesz ni­ko­go, kto by się nad tobą roz­czu­lał.

- Mówiłam tak, żeby cię nie popędzać, żebyś się nie wy­stra­szył. Byłeś taki za­do­wo­lo­ny ze swo­je­go sta­tu­su za­twar­działego ka­wa­le­ra. Nie chciałam cię do ni­cze­go zmu­szać. Wolałam, byś sam się prze­ko­nał, że mnie ko­chasz.

- Ale prze­cież to strasz­nie głupie!

Po­now­nie wy­buchłam płaczem. Łamał mi ser­ce i jesz­cze mnie obrażał.

- Ale ja... ja... - zaczęłam się plątać.

- Re­bec­co, dla­cze­go nig­dy mi nie po­wie­działaś, co czu­jesz? Nie żeby to mogło coś zmie­nić. Myślę, że między nami bra­ko­wało tego cze­goś. A jed­nak gdy­bym wie­dział, że fak­tycz­nie je­steś we mnie za­ko­cha­na, że je­stem dla cie­bie kimś więcej niż kom­pa­nem i bli­skim przy­ja­cie­lem, za­cho­wałbym się in­a­czej - zakończyłbym naszą zna­jo­mośćo wie­le wcześniej. Anna nie ma tu­taj nic do rze­czy. Bar­dzo cię proszę, po­sta­raj się mnie zro­zu­mieć. To nie­był mój wybór, po pro­stu się za­ko­chałem. Jeśli to­bie­by to się przy­da­rzyło, nie miałbym nic prze­ciw­ko. Miłość nie wy­bie­ra. Mam na­dzieję, że któregoś dnia, niedługo, znów będzie­my mo­gli się przy­jaźnić, że zno­wu stwo­rzy­my zgra­ny duet.

Zgra­ny duet. Te­raz zro­zu­miałam, co miał na myśli, mówiąc: "zgra­ny duet". Zgra­ny duet to dwie oso­by, które idą ra­zem do łóżka, nic do sie­bie nie czując, a ty nie kom­pli­ku­jesz nie­po­trzeb­nie spraw, kie­dy fa­cet, któremu oddałaś swo­je ser­ce, za­ko­chu­je się w two­jej koleżance, o której ist­nie­niu jesz­cze dwa mie­siące temu nie pamiętałaś. Koleżance, która nosi roz­miar 36.

Wstałam od sto­li­ka, boso, biorąc san­dały w rękę. Ani mi się śniło zakładać te narzędzia tor­tur w tak tra­gicz­nych oko­licz­nościach. Spoj­rzałam na Nic­col? pu­stym, zde­spe­ro­wa­nym wzro­kiem.

- Dokąd idziesz? - spy­tał tym sa­mym ciepłym głosem, który zawrócił mi w głowie, kie­dy pierw­szy ra­zgo spo­tkałam.

- Złamałeś mi ser­ce, Nic­col?.

- Wiesz, że nie chciałem. Nie prze­sa­dzaj. - Tak, zde­cy­do­wa­nie był kre­ty­nem. - Przej­dzie ci za parę dni, kie­dy zro­zu­miesz, że tak na­prawdę wca­le nie byłaś we mnie za­ko­cha­na. Do­brze się ba­wi­liśmy i tyle. Wte­dy wrócisz do mnie, a ja będę na cie­bie cze­kał z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi.

- Żegnaj, Nic­col?.

Spoj­rzałam na nie­go tak, jak­bym zo­ba­czyła go po raz pierw­szy w życiu. Nie byłam w sta­nie do­strzec w nim­te­go sa­me­go mężczy­zny, którego jesz­cze go­dzinę temu ko­chałam do sza­leństwa. Odwróciłam się i ru­szyłamw stronę drzwi. Nic­col? nie przejął się tym i krzy­czałza mną zza sto­li­ka:

- Re­bec­co, dokąd idziesz? Wra­caj tu­taj!

Nie wie­działam, co robić, gdzie się po­dziać. Nie wspo­mi­nając o tym, że boso po roz­grza­nym as­fal­cie ra­czej da­le­ko bym nie zaszła. Do­tarłam za róg i usiadłam na chod­ni­ku, za­po­mi­nając o białych spodniach. Ściągnęłam nie­daw­no założony ka­pe­lusz i gniotąc go w rękach, pro­siłam, żeby zmie­nił zda­nie, żeby zo­rien­to­wał się, że nie może beze mnie żyć, żeby wy­biegł za mną, przy­tu­lił i powie­dział, że chce mnie mieć przy so­bie już na za­wsze.

Tak się nie stało. Nie po­ja­wił się.

Po półgo­dzi­nie, która wy­da­wała mi się wiecz­nością,z tru­dem wstałam i uty­kając, ru­szyłam w stronę me­tra. Lu­dzie stojący przed ba­ra­mi z drin­ka­mi w rękach pa­trzy­li na mnie jak na ko­smitkę. Wyszłam z me­tra, wsiadłamdo pociągu, po czym osunęłam się na brud­ne sie­dze­niew mo­ich i tak już po­pla­mio­nych spodniach.

Płacząca, z bu­ta­mi w ręku, byłam za­pew­ne jedną z naj­smut­niej­szych osób, ja­kie moi współpasażero­wie, jadący tym sa­mym brud­nym, cuchnącym wa­go­nem, byli so­biew sta­nie wy­obra­zić.