Alef - Jorge Luis Borges

Kup ebooka

30.00 zł
24.90 zł (24,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Nieśmiertelny

Salomon saith: There is no new thing upon the earth. So that as Plato had an imagination, that all knowledge was but remembrance; so Salomon giveth his sentence, that all novelty is but oblivion.[1]

Francis Bacon, Essays, LVIII

W Londynie, w początkach lipca 1929 roku, antykwariusz Joseph Cartaphilus[2] ze Smyrny[3] zaoferował księżnej de Lucinge[4] sześć woluminów in quarto Iliady Pope'a[5] (1715-1720). Księżna je nabyła; odbierając książki, zamieniła z nim kilka zdań. Mówi, że był człowiekiem zniszczonym, o cerze ziemistej, szarych oczach i szarej brodzie, i wyjątkowo nieokreślonych rysach. Posługiwał się ze swobodą i ignorancją kilkoma językami; w ciągu kilku minut przeszedł z francuskiego na angielski, a z angielskiego na tajemniczą mieszankę hiszpańskiego z Salonik[6] i portugalskiego z Makau[7]. W październiku księżna usłyszała od pewnego pasażera "Zeusa", że Cartaphilus zmarł na morzu, w drodze powrotnej do Smyrny, i że pochowano go na wyspie Ios[8]. W ostatnim tomie Iliady znalazła ten rękopis.

Oryginał zredagowany jest po angielsku i obfituje w latynizmy. Podajemy jego dosłowne tłumaczenie.

I

O ile pamiętam, moje trudy rozpoczęły się w pewnym ogrodzie w Tebach Hekatompyloi[9], kiedy cesarzem był Dioklecjan. Walczyłem (bez chwały) w niedawnych wojnach egipskich, byłem trybunem legionu, który stacjonował w Berenike[10], na wprost Morza Czerwonego: gorączka i magia trawiły wielu ludzi, którzy pożądali wielkodusznie szczęku żelaza. Maurowie zostali zwyciężeni; ziemię, dawniej zajmowaną przez buntownicze miasta, na wieki poświęcono plutonicznym bóstwom. Aleksandria, pokonana, daremnie błagała o miłosierdzie Cezara; nim upłynął rok, legiony odniosły triumf, ale mnie udało się zaledwie dostrzec oblicze Marsa. To pominięcie bolało mnie i być może w tym jest przyczyna, dla której rzuciłem się na poszukiwanie, przez zuchwałe i rozległe pustynie, tajemniczego Miasta Nieśmiertelnych.

Moje trudy nastały, jak powiedziałem, w pewnym ogrodzie w Tebach. Przez całą noc nie mogłem zasnąć, gdyż coś walczyło w moim sercu. Wstałem na krótko przed świtem; moi niewolnicy spali, księżyc miał ten sam kolor, co nieskończony piasek. Jakiś jeździec, wyczerpany i zakrwawiony, przybywał ze wschodu. O kilka kroków ode mnie zwalił się z konia. Słabym, łaknącym głosem spytał mnie po łacinie o nazwę rzeki, która omywa mury miasta. Odpowiedziałem mu, że jest to Egipt[11] żywiony przez deszcze. Innej rzeki poszukuję - odparł smutno - tajemnej rzeki, która oczyszcza ludzi ze śmierci. Ciemna krew broczyła mu z piersi. Powiedział, że jego ojczyzną jest góra po drugiej stronie Gangesu i że na tej górze wieść głosi, iż jeśli ktoś będzie podążał na zachód, tam, gdzie kończy się świat, dotrze do rzeki, której wody dają nieśmiertelność. Dodał, że na drugim jej brzegu wznosi się Miasto Nieśmiertelnych, bogate w bastiony i amfiteatry, i świątynie. Zanim wzeszła jutrzenka, umarł, ja zaś postanowiłem odkryć miasto i jego rzekę. Kilku mauretańskich więźniów, przesłuchiwanych przez kata, potwierdziło relację podróżnego; ktoś wspomniał Pola Elizejskie, na krańcu ziemi, gdzie życie ludzi jest wiecznotrwałe; ktoś inny - szczyty, gdzie rodzi się Paktol[12] i gdzie mieszkańcy żyją wiek. W Rzymie rozmawiałem z filozofami, którzy uważali, że przedłużanie życia ludzi jest przedłużaniem ich agonii i zwielokrotnianiem ich śmierci. Nie wiem, czy uwierzyłem kiedyś w istnienie Miasta Nieśmiertelnych; sądzę, że wystarczył mi wówczas zamiar poszukiwania go. Flawiusz, prokonsul Getulii[13], przydzielił mi dwustu ludzi na to przedsięwzięcie. Zwerbowałem również najemników, którzy mówili, że znają drogi, i którzy później pierwsi zbiegli.

Dalsze wydarzenia zdeformowały w sposób nie do rozwikłania wspomnienie naszych pierwszych dni wyprawy. Wyruszyliśmy z Arsinoe[14] i weszliśmy w rozpaloną pustynię. Przebyliśmy krainę Troglodytów, którzy pożerają węże i nie umieją posługiwać się mową; krainę Garamantów, u których kobiety są wspólne i którzy żywią się lwami; krainę Augilów[15], którzy czczą jedynie Tartara. Nużyliśmy inne pustynie[16], gdzie piasek jest czarny, gdzie podróżnik musi uciekać się do godzin nocy, gdyż żar dnia jest nie do zniesienia. Z dala ujrzałem górę, która dała imię Oceanowi[17]: na jej zboczach rodzi się ostromlecz neutralizujący trucizny; jej szczyt zamieszkują Satyrowie, naród krwiożerczych i dzikich ludzi, którzy oddają się rozpuście. Wszystkim nam wydało się niepojęte, że te barbarzyńskie okolice, gdzie ziemia jest matką potworów, mogą kryć w swoim łonie sławne miasto. Posuwaliśmy się dalej, gdyż wycofanie się byłoby hańbą. Niektórzy śmiałkowie spali z twarzą wystawioną na działanie księżyca; strawiła ich gorączka; inni ze skażoną wodą cystern wypili szaleństwo i śmierć. Wówczas rozpoczęły się dezercje, niedługo później - bunty. Dla ich uśmierzenia nie zawahałem się przed wprowadzeniem surowej dyscypliny. Postąpiłem słusznie, ale pewien centurion ostrzegł mnie, że buntownicy (żądni zemsty za ukrzyżowanie jednego z nich) uknuli spisek na moje życie. Zbiegłem z obozu z garstką wiernych mi żołnierzy. Na pustyni zgubiłem ich wśród wirów piasku i rozległej nocy. Raniła mnie strzała z brązu. Błądziłem, nie napotykając wody, w ciągu wielu dni lub w ciągu jednego tylko, niezmiernego dnia zwielokrotnionego przez słońce, przez pragnienie i przez strach przed pragnieniem. Pozostawiłem wybór drogi woli mojego konia. O świcie dal najeżyła się piramidami i wieżami. W nieznośny sposób przyśnił mi się niewielki i przejrzysty labirynt: w jego wnętrzu znajdował się dzban; moje ręce niemal go dotykały, ale tak zagmatwane i niezdecydowane były zakręty, że wiedziałem, iż umrę, zanim go dosięgnę.

II

Gdy wydobyłem się w końcu z koszmaru, przekonałem się, że leżę ze związanymi rękoma w podłużnej kamiennej niszy, nie większej od zwykłego grobu, wykutej na zewnątrz stromego zbocza jakiejś góry. Ściany były wilgotne, wygładzone bardziej przez czas niż celowe działanie. Poczułem w piersi bolesne bicie, poczułem, że pali mnie pragnienie. Wychyliłem się i słabo krzyknąłem. U stóp góry toczył bezszelestnie swe wody brudny strumień, wstrzymywany przez nieczystości i piasek; na przeciwległym brzegu jaśniało w promieniach ostatniego, czy też pierwszego, słońca niewątpliwe Miasto Nieśmiertelnych. Ujrzałem mury, łuki, fasady i fora: fundamentem był kamienny płaskowyż. Setka nieregularnych nisz, podobnych do mojej, znaczyła górę i dolinę. W piasku znajdowały się niezbyt głębokie studnie; z tych niewielkich otworów (i z nisz) wyłaniali się ludzie o szarej skórze, o zaniedbanych brodach, nadzy. Wydało mi się, że ich rozpoznaję: należeli do bestialskiego rodu Troglodytów, który trapił wybrzeża Zatoki Arabskiej[18] i groty etiopskie; nie zdziwiło mnie, że nie mówią i że pożerają węże.

Natarczywość pragnienia uczyniła mnie zuchwałym. Obliczyłem, że jestem o jakieś trzydzieści kroków od piasku; stoczyłem się z zamkniętymi oczyma, z rękoma związanymi na plecach, w dół zbocza. Zanurzyłem zakrwawioną twarz w ciemnej wodzie. Zacząłem pić tak, jak poją się zwierzęta. Zanim zagubiłem się ponownie we śnie i w delirium, z niewiadomego powodu powtórzyłem kilka greckich słów: Lud bogatej Zelei, co pod Idą żyje i bystrego Ezepu czarne wody pije.[19]

Nie wiem, ile dni i nocy przetoczyło się nade mną. Obolały, niezdolny wrócić do jaskini, nagi na nieznanym piasku[20], pozwalałem, aby księżyc i słońce bawiły się mym nieszczęsnym losem. Troglodyci, dziecinni w swoim barbarzyństwie, nie pomogli mi przeżyć ani umrzeć. Na próżno prosiłem, aby zadali mi śmierć. Pewnego dnia, za pomocą jakiegoś ostrego kamienia, przeciąłem moje więzy. Innego podniosłem się i zdołałem wyżebrać czy też ukraść - ja, Marcus Flaminius Rufus, trybun wojskowy jednego z legionów Rzymu - moją pierwszą porcję znienawidzonego wężowego mięsa.

Przemożne pragnienie ujrzenia Nieśmiertelnych, dotknięcia nadludzkiego Miasta, prawie odbierało mi sen. Jak gdyby przeniknęli mój zamiar, nie spali również Troglodyci: początkowo sądziłem, że mnie śledzą; później, że zarazili się moim niepokojem, jak zarażają się psy. Aby oddalić się z barbarzyńskiej wioski, wybrałem najbardziej publiczną z godzin, początek wieczora, kiedy to niemal wszyscy ludzie wyłaniają się z jaskiń i ze studni i patrzą na zachód, nie widząc go. Zacząłem głośno się modlić - nie tyle żeby błagać o boską łaskę, ile żeby onieśmielić plemię artykułowanymi słowami. Przebyłem strumień, wstrzymywany przez mielizny i skierowałem się ku Miastu. Dwóch czy trzech mężczyzn podążyło niepewnie za mną. Byli oni (jak inni z tego plemienia) niepokaźnego wzrostu; nie napawali strachem, lecz obrzydzeniem. Musiałem okrążyć kilka nieregularnych wgłębień, które wydały mi się kamieniołomami. Zmylony wielkością Miasta sądziłem, że jest bliskie. Około północy stopy moje dotknęły najeżonego bałwochwalczymi formami czarnego cienia jego murów na żółtym piasku. Zatrzymał mnie rodzaj świętego przerażenia. Człowiek czuje taką odrazę do nowości i do pustyni, że ucieszyłem się, dostrzegłszy, iż jeden z Troglodytów szedł za mną aż do końca. Zamknąłem oczy i czekałem (nie śpiąc), aż rozbłyśnie dzień.

Powiedziałem już, że Miasto było założone na kamiennym płaskowyżu. Opadał on urwistymi ścianami, nie mniej stromymi niż mury. Na próżno nużyłem swoje kroki. Czarna podstawa nie odsłaniała najmniejszej nieregularności, niezmienne mury zdawały się nie dopuszczać ani jednej bramy. Siła słońca zmusiła mnie do schronienia się w jakiejś grocie; w jej głębi wykopano studnię, która schodziła przepastnie w dół ku głębokim ciemnościom. Zszedłem; przez chaos ponurych korytarzy dotarłem do obszernej, kolistej sali, ledwie widocznej. Było dziewięcioro drzwi w tym podziemiu; ośmioro z nich prowadziło do labiryntu, który zdradliwie docierał do tej samej sali, dziewiąte (przez następny labirynt) prowadziły do drugiej kolistej sali, identycznej z pierwszą. Nie znam liczby sal; moje nieszczęście i niepokój ją zwielokrotniły. Zalegała wroga i niemal doskonała cisza; nie było innego hałasu w tej głębokiej, kamiennej sieci, jak tylko podziemny wiatr, którego przyczyny nie odkryłem; bezszelestnie gubiły się między szczelinami wąskie strumyki rdzawej wody. W niewytłumaczalny sposób przyzwyczaiłem się do tego potwornego świata; wydało mi się niewiarygodne, by mogło istnieć cokolwiek innego niż podziemia wyposażone w dziewięcioro drzwi i podziemia podłużne, które się rozwidlają. Nie wiem, jak długi czas musiałem wędrować pod ziemią; wiem, że raz pomyliła mi się, w takiej samej tęsknocie, okrutna wioska barbarzyńców z moim rodzinnym miastem wśród winnic.

W głębi pewnego korytarza niespodziewany mur zamknął mi przejście, spadło na mnie jakieś odległe światło. Wzniosłem oślepione oczy: zawrotnie wysoko ujrzałem krąg nieba tak błękitny, że zdał mi się purpurowy. Kilka metalowych stopni wznosiło się po murze. Zmęczenie odbierało mi siły, ale wspiąłem się, przystając jedynie czasami, aby nieporadnie załkać ze szczęścia. Zacząłem dostrzegać kapitele i astragale, trójkątne frontony i kopuły, niewyraźne i okazałe formy z granitu i marmuru. W ten sposób było mi dane wydostać się ze ślepej okolicy czarnych, splątanych labiryntów ku oślepiającemu Miastu.

Wyszedłem na plac, czy raczej dziedziniec. Otaczał go jeden tylko budynek, o nieregularnej formie i niejednakowej wysokości; ów niejednolity budynek wieńczyły kolumny i kopuły. Uwagę moją przykuła starożytność konstrukcji niewiarygodnej budowli przed jakąkolwiek inną jej cechą. Poczułem, że była ona wcześniejsza od ludzi, wcześniejsza od ziemi. Ta rzucająca się w oczy starożytność (chociaż w jakiś sposób potworna dla oczu) wydała mi się właściwa dla nieśmiertelnych budowniczych. Początkowo ostrożnie, później obojętnie, wreszcie z rozpaczą zacząłem błądzić po schodach i posadzkach nierozwikłanego pałacu. (Po pewnym czasie przekonałem się, że szerokość i wysokość stopni nie były jednakowe, i zrozumiałem niezwykłe zmęczenie, jakie powodowały). Pałac ten jest dziełem bogów - pomyślałem najpierw. Badałem niezamieszkane wnętrza i poprawiłem się: Bogowie, którzy go zbudowali, umarli. Dostrzegłem jego szczegóły i powiedziałem: Bogowie, którzy go zbudowali, byli szaleni. Powiedziałem to, wiem na pewno, z niezrozumiałym potępieniem, które było niemal wyrzutem sumienia; z bardziej intelektualnym przerażeniem niż z wyczuwalnym lękiem. Do wrażenia niezmiernej starożytności dołączyły inne: wrażenie nieskończoności, okrucieństwa, złożonej niedorzeczności. Przebyłem labirynt, ale to przejrzyste Miasto Nieśmiertelnych przeraziło mnie i napełniło odrazą. Labirynt jest budowlą wzniesioną, aby zmylić ludzi; jej architektura, szastająca symetriami, jest temu podporządkowana. Architektura pałacu, który niedokładnie zbadałem, nie miała celu. Obfitował w korytarze bez wyjścia, wysokie, niedosiężne okna, okazałe drzwi wiodące do jakiejś celi czy studni, niewiarygodne, odwrócone schody, z odwróconymi w dół stopniami i balustradami. Inne, zawieszone w powietrzu, przylegające do boku monumentalnego muru, umierały, nie prowadząc dokądkolwiek, po dwóch czy trzech zakrętach, w ciemnościach górnych kopuł. Nie wiem, czy wszystkie obrazy, które opisałem, są precyzyjne; wiem, że podczas długich lat nawiedzały mnie w koszmarnych snach; nie mogę już wiedzieć, czy taki lub inny szczegół jest transkrypcją rzeczywistości, czy też form, które oszałamiały moje noce. To Miasto (pomyślałem) jest tak potworne, że samo jego istnienie i trwanie, nawet w środku tajemnej pustyni, plami przeszłość i przyszłość i w jakiś sposób zagraża ciałom niebieskim. Dopóki trwa, nikt na świecie nie będzie mógł być odważny czy szczęśliwy. Nie chcę go opisywać; chaos różnorodnych wyrazów czy ciało tygrysa lub byka, w którym by się potwornie kłębiły złączone, lecz nienawidzące się zęby, trzewia i głowy, dawałyby może o tym pojęcie.

Nie pamiętam etapów mojego powrotu wśród ziemistych i wilgotnych hipogeów[21]. Wiem jedynie, że nie opuszczała mnie obawa, iż po wyjściu z ostatniego labiryntu otoczy mnie ponownie ohydne Miasto Nieśmiertelnych. Niczego więcej nie mogę sobie przypomnieć. To zapomnienie, teraz nie do przezwyciężenia, było może dobrowolne; może okoliczności mojej ucieczki były tak niewdzięczne, że pewnego dnia, równie niepamiętnego, poprzysiągłem sobie je zapomnieć.

III

Kto z uwagą przeczytał opis moich trudów, przypomni sobie, że pewien człowiek z miejscowego plemienia szedł za mną, jak mógłby iść za mną pies, aż do nieregularnego cienia murów. Gdy wyszedłem z ostatniej piwnicy, spotkałem go u wylotu groty. Leżał na piasku, kreśląc na nim niezręcznie, i ścierał rząd znaków, widmowy niczym litery ze snów, które ktoś już-już pojmuje, a wtedy one zlewają się w jedno. Początkowo sądziłem, że to jakieś prymitywne pismo; później spostrzegłem, że jest absurdem wyobrażać sobie, iż ludzie, którzy nie posiedli mowy, mogliby posiąść pismo. Poza tym żadna z form nie była podobna do innej, co wykluczało lub oddalało możliwość, by były one symboliczne. Człowiek ten kreślił je, przyglądał im się i je poprawiał. Nagle, jakby zabawa go znudziła, starł wszystko dłonią i przedramieniem. Spojrzał na mnie, zdawał się mnie nie poznawać. Jednakże tak wielka była ulga, jaką mi sprawiał (lub tak wielka i przerażająca moja samotność), że zacząłem przypuszczać, iż ten prymitywny Troglodyta, który patrzył na mnie z dna groty, czekał na mnie. Słońce prażyło równinę; gdy podjęliśmy drogę powrotną do wsi pod pierwszymi gwiazdami, piasek pod stopami był rozpalony. Troglodyta szedł przede mną; tej nocy powziąłem zamiar, by nauczyć go rozpoznawania i, być może, powtarzania kilku słów. Pies i koń (pomyślałem) zdolne są do tego pierwszego; wiele ptaków, jak słowik Cezarów, do drugiego. Jakkolwiek prymitywny byłby umysł człowieka, jest on przecież wyższy niż nierozumnych stworzeń.

Pokora i nędza Troglodyty przywiodły mi na pamięć obraz Argosa, starego, konającego psa z Odysei, i nadałem mu imię Argos, i usiłowałem go nauczyć tego imienia. Ciągle doznawałem niepowodzeń. Wybiegi, stanowczość i upór okazały się całkowicie daremne. Nieruchomy, z bezwładnymi oczyma, zdawał się nie odbierać dźwięków, które usiłowałem wbić mu w pamięć. O kilka kroków ode mnie wydawał się bardzo odległy. Leżąc na piasku, podobny do niewielkiego i zniszczonego sfinksa z lawy, pozwalał, aby obracały się nad nim niebiosa, od zmierzchu dnia do zmierzchu nocy[22]. Wydawało mi się niemożliwe, żeby nie dostrzegł mojego zamiaru. Przypomniało mi się, że Etiopowie powiadają, iż małpy rozmyślnie nie mówią, aby nie zmuszano ich do pracy[23], i przypisałem milczenie Argosa nieufności lub obawie. Od tego wyobrażenia przeszedłem do innych, jeszcze bardziej fantastycznych. Pomyślałem, że Argos i ja należymy do różnych światów; pomyślałem, że nasze postrzegania są jednakowe, ale że Argos zestawia je w inny sposób i konstruuje za ich pomocą inne przedmioty; pomyślałem, że być może nie ma dla niego przedmiotów; jest tylko zawrotna i ciągła gra niezwykle krótkich wrażeń. Pomyślałem o świecie bez pamięci, bez czasu; rozważałem możliwość istnienia języka, który by nie znał rzeczowników, języka o bezosobowych czasownikach lub nieodmiennych epitetach. W ten sposób umierały dni, ale coś podobnego do szczęścia wydarzyło się pewnego poranka. Deszcz spadł z potężną powolnością.

Noce pustyni mogą być zimne, ale ta była ogniem. Śniło mi się, że jakaś rzeka Tesalii[24] (której wodom zwróciłem złotą rybę) przybywała mnie wykupić; słyszałem, jak się zbliża po czerwonym piasku i czarnym kamieniu; obudziły mnie chłód i uporczywy hałas deszczu. Pobiegłem nagi, aby go powitać. Kończyła się noc; pod żółtymi chmurami plemię, nie mniej szczęśliwe niż ja, poddawało się gwałtownej ulewie w czymś na podobieństwo ekstazy. Wydawali się korybantami[25], opętanymi przez bóstwo. Argos, z oczyma wzniesionymi ku niebiosom, jęczał; strumienie wody płynęły mu po twarzy; nie tylko wody, ale i (dowiedziałem się o tym później) łez. Argosie - krzyknąłem do niego - Argosie!

Wówczas, z łagodnym zachwytem, jakby odkrywał jakąś rzecz straconą i zapomnianą bardzo dawno temu, Argos wybełkotał te słowa: Argos, pies Odysa[26]. I później, również nie patrząc na mnie: Ten pies leżący na gnoju.

Łatwo godzimy się z rzeczywistością, może dlatego, że przeczuwamy, iż nic nie jest realne. Spytałem go, co wie o Odysei. Z trudem posługiwał się językiem greckim; musiałem powtórzyć pytanie.

- Bardzo niewiele - powiedział. - Mniej niż najbiedniejszy rapsod. Minęło już chyba tysiąc sto lat od czasu, kiedy ją wymyśliłem.

IV

Owego dnia wszystko stało się dla mnie jasne. Troglodyci byli Nieśmiertelnymi; strumień o piaszczystych wodach był Rzeką, której poszukiwał jeździec. Co do miasta, którego sława dotarła aż do Gangesu, minęło już dziewięć wieków od czasu, gdy Nieśmiertelni je zniszczyli. Z pozostałości ruin wznieśli w tym samym miejscu niedorzeczne miasto, które obszedłem: parodię czy przeciwieństwo miasta, a także świątynię irracjonalnych bóstw, które kierują światem i o których niczego nie wiemy, może to tylko, że nie są podobne do człowieka. Budowla ta była ostatnim symbolem, na jaki pozwolili sobie Nieśmiertelni; zamykała ona etap, w którym, przekonani, że każde przedsięwzięcie jest jałowe, postanowili żyć dla myśli, dla czystej spekulacji. Wznieśli budowlę, zapomnieli o niej i poszli mieszkać w jaskiniach. Pogrążeni w rozmyślaniach, prawie nie dostrzegali świata zewnętrznego.

O tych rzeczach opowiedział mi Homer jak ktoś, kto rozmawia z dzieckiem. Opowiedział mi również o swojej starości i ostatniej podróży, jaką odbył, kierowany, jak Odyseusz, zamiarem dotarcia do ludzi, którzy nie wiedzą, co to morze, nie jedzą solonego mięsa ani nie podejrzewają, co to wiosło[27]. Mieszkał przez wiek w Mieście Nieśmiertelnych. Gdy je zniszczono, doradził założenie drugiego. Nie powinno nas to dziwić; powiadają, że po opiewaniu wojny Ilionu[28] opiewał wojnę żab z myszami[29]. Był jak bóg, który stworzyłby kosmos, a następnie chaos.

Być nieśmiertelnym nie jest rzeczą niezwykłą; wszystkie stworzenia oprócz człowieka są takie, gdyż nie znają śmierci; rzeczą boską, rzeczą straszną, rzeczą niepojętą jest wiedzieć, że jest się nieśmiertelnym. Zauważyłem, że przekonanie to, na przekór licznym religiom, jest niezwykle rzadkie. Izraelici, chrześcijanie i muzułmanie głoszą nieśmiertelność, ale cześć, jaką składają pierwszemu wiekowi, dowodzi, że wierzą jedynie w niego, jako że przeznaczają wszystkie pozostałe, w nieskończonej ilości, na wynagradzanie go czy karanie. Bardziej rozsądny wydaje mi się krąg niektórych religii Hindustanu[30]; w kręgu tym, który nie ma początku ani końca, każde życie jest skutkiem poprzedniego i rodzi następne, ale żadne nie określa całości... Nauczona przez praktykę wieków republika ludzi nieśmiertelnych osiągnęła doskonałość tolerancji i niemal obojętności. Wiedziała, że w nieskończonym czasie każdemu człowiekowi zdarzają się wszystkie rzeczy. Dzięki swym przeszłym czy przyszłym cnotom każdy człowiek jest godny wszelkiej dobroci, ale również zasługuje na wszelką zdradę za niecne uczynki z przeszłości czy przyszłości. Podobnie jak w grach zależnych od przypadku liczby parzyste i liczby nieparzyste dążą do równowagi, tak też znoszą się wzajem i przydają wzajem wartości spryt i głupota; i być może nieskomplikowany poemat o Cydzie jest przeciwwagą jednego tylko epitetu z Eklog czy jednej sentencji Heraklita. Najbardziej przelotna myśl posłuszna jest niewidzialnemu rysunkowi i może ukoronować czy zapoczątkować jakąś tajemniczą formę. Słyszałem o takich, którzy czynili zło, aby okazało się ono dobrem w przyszłych wiekach, lub okazało się nim w wiekach już minionych... W ten sposób rozpatrywane, wszystkie nasze czyny są słuszne, ale i obojętne. Nie istnieją zasługi moralne czy intelektualne. Homer ułożył Odyseję; jeśli założymy nieskończoną ilość czasu, z nieskończonymi okolicznościami i wariantami, jest rzeczą niemożliwą nienapisanie, choćby jeden raz, Odysei. Nikt nie jest kimś, jeden człowiek nieśmiertelny jest wszystkimi ludźmi. Jak Cornelius Agrippa[31], jestem bogiem, jestem bohaterem, jestem filozofem, jestem demonem i jestem światem, co jest nużącym sposobem powiedzenia, że nie istnieję[32].

Pojęcie świata jako systemu doskonałych kompensacji wywarło rozległy wpływ na Nieśmiertelnych. Nade wszystko uczyniło ich nieczułymi na potrzeby litości. Wspomniałem o starożytnych kamieniołomach, które przecinały pola drugiego brzegu; jakiś człowiek wpadł do najgłębszego; nie mógł zrobić sobie krzywdy ani umrzeć, ale paliło go pragnienie; zanim rzucono mu linę, minęło siedemdziesiąt lat. Nie interesował ich również własny los. Ciało było uległym zwierzęciem domowym i wystarczała mu, co miesiąc, jałmużna kilku godzin snu, odrobiny wody i ochłapa mięsa. Niechaj nikt jednak nie pragnie zniżyć nas do ascetów. Nie ma bardziej złożonej przyjemności niż myślenie, i oddawaliśmy się jej. Czasami jakiś nadzwyczajny bodziec zwracał nas światu zewnętrznemu. Na przykład owego poranka - starożytna, pierwotna radość z powodu deszczu. Takie chwile zdarzały się niezmiernie rzadko; wszyscy Nieśmiertelni byli zdolni do doskonałego spokoju; pamiętam jednego z nich, którego nigdy nie widziałem stojącego: jakiś ptak uwił gniazdo na jego piersi.

Wśród konsekwencji doktryny mówiącej, że nie ma rzeczy, która by nie była zrównoważona przez inną, istnieje jedna o niewielkim znaczeniu teoretycznym, ale to ona skłoniła nas, pod koniec czy na początku X wieku, do rozproszenia się po powierzchni ziemi. Da się ona wyrazić w tych słowach: Istnieje rzeka, której wody dają nieśmiertelność; w jakiejś krainie musi znajdować się inna rzeka, której wody ją odbierają. Liczba rzek nie jest nieskończona; nieśmiertelny podróżnik, który przemierza świat, napije się w końcu z nich wszystkich. Postanowiliśmy odkryć tę rzekę.

Śmierć (lub aluzja do niej) czyni ludzi cennymi i patetycznymi. Są oni wzruszający, gdyż są widmami; każdy czyn, jakiego dokonują, może być ostatnim; nie ma twarzy, która by się nie rozpłynęła jak twarz z jakiegoś snu. Wśród śmiertelnych wszystko ma wartość czegoś bezpowrotnego i zależnego od przypadku. Wśród Nieśmiertelnych każdy czyn (i każda myśl) jest echem innych, które go (ją) poprzedziły w przeszłości, bez dostrzegalnego początku, lub dokładną zapowiedzią innych, które w przyszłości będą go (ją) zawrotnie powtarzać. Nie ma rzeczy, która by nie była jakby zagubiona wśród niezmordowanych zwierciadeł. Nic nie może wydarzyć się jeden tylko raz, nic nie jest bezcennie wątpliwe. To, co uroczyste, brzemienne w znaczenie, co ceremonialne, nie odnosi się do Nieśmiertelnych. Homer i ja rozstaliśmy się u bram Tangeru[33]; mam wrażenie, że się nie pożegnaliśmy.

V

Przebyłem nowe królestwa, nowe cesarstwa. Jesienią 1066 roku walczyłem pod Stamford Bridge, nie pamiętam już, czy w szeregach Harolda[34], który wkrótce znalazł swoje przeznaczenie, czy w szeregach owego nieszczęsnego Haralda Hardrady[35], który zdobył sześć stóp ziemi angielskiej, a może trochę więcej. W siódmym wieku hidżry[36], na przedmieściach Bulaku[37], przepisywałem powolnym, kaligraficznym pismem, w języku, który zapomniałem, alfabetem, którego już nie znam, siedem podróży Sindbada[38] i historię o Mieście z Brązu[39]. Na dziedzińcu więzienia w Samarkandzie[40] często grałem w szachy. W Bikanerze uprawiałem astrologię, również w Czechach. W 1638 roku byłem w Kolozsvárze[41], później w Lipsku. W Aberdeen[42], w 1714 roku, dokonałem subskrypcji na sześć woluminów Iliady Pope'a; wiem, że wracałem do nich często z rozkoszą. Około 1729 roku dyskutowałem na temat pochodzenia tego poematu z pewnym profesorem retoryki, który zwał się, o ile pamiętam, Giambattista[43]; jego racje wydały mi się nie do odparcia. Czwartego października 1921 roku "Patna"[44], która wiozła mnie do Bombaju, musiała zakotwiczyć w pewnym porcie wybrzeża Erytrei[45][1*]. Wysiadłem na ląd; przypomniałem sobie inne, bardzo dawne poranki, również nad Morzem Czerwonym, kiedy byłem trybunem Rzymu, a gorączka i magia, i bezczynność trawiły żołnierzy. W okolicy dostrzegłem obfitość jasnej wody; spróbowałem jej powodowany przyzwyczajeniem. Gdy wspinałem się na brzeg, kolczaste drzewo skaleczyło mi krawędź dłoni. Dawno niedoświadczony ból wydał mi się bardzo dotkliwy. Z niedowierzaniem, spokojny i szczęśliwy, obserwowałem cenne formowanie się powolnej kropli krwi. Znowu jestem śmiertelny - powtarzałem sobie - znowu jestem podobny do wszystkich ludzi. Tej nocy spałem aż do świtu.

...Przejrzałem, po upływie roku, te stronice. Przekonałem się, że odpowiadają prawdzie, ale wydaje mi się, że w pierwszych rozdziałach, a nawet w niektórych rozdziałach dalszych, dostrzegam coś fałszywego. Dzieje się tak, być może, za sprawą nadużywania rysów okolicznościowych; to metoda, której nauczyłem się od poetów i która wszystko kala fałszem, jako że mogą obfitować w nie fakty, ale nie ich wspomnienie... Jednakże mam wrażenie, że odkryłem głębszy powód. Opiszę go; nieważne, że zostanę uznany za fantastę.

Historia, którą opowiedziałem, wydaje się nierealna, gdyż mieszają się w niej wydarzenia z życia dwóch różnych ludzi. W pierwszym rozdziale jakiś jeździec chce poznać imię rzeki, która omywa mury Teb; Flaminius Rufus, który wcześniej dał miastu epitet Hekatompyloi, mówi, iż rzeka zwie się Egipt; obie te nazwy pasują bardziej do Homera, który wyraźnie wspomina w Iliadzie Teby Hekatompyloi, w Odysei zaś ustami Proteusza i Odysa mówi niezmiennie o Nilu - Egipt. W rozdziale drugim Rzymianin, pijąc nieśmiertelną wodę, wymawia jakieś słowa po grecku; słowa te należą do Homera i można je znaleźć przy końcu słynnego katalogu okrętów[46]. Później, w zawrotnym pałacu, mówi o "potępieniu, które było niemal wyrzutem sumienia"[47]; słowa te pochodzą od Homera, który spłodził tę okropność. Te anomalie zaniepokoiły mnie; inne, o charakterze estetycznym, pozwoliły odkryć prawdę. Zawiera je ostatni rozdział; jest tam napisane, że walczyłem pod Stamford Bridge, że przepisywałem, w Bulaku, podróże Sindbada Żeglarza i że dokonałem subskrypcji, w Aberdeen, na angielską Iliadę Pope'a. Czytamy tam inter alia: "W Bikanerze uprawiałem astrologię, również w Czechach". Żadne z tych świadectw nie jest fałszywe; zastanawiający jest fakt podkreślania ich rangi. Pierwsze z nich zda się odnosić do człowieka wojny, ale później dostrzegamy, że narrator nie kładzie nacisku na sprawy wojenne, lecz na losy ludzkie. Te, które następują później, są bardziej interesujące. Niejasna, elementarna przyczyna zmusiła mnie do ich odnotowania; uczyniłem to, wiedziałem bowiem, że są patetyczne. Nie są takimi w ustach Rzymianina Flaminiusa Rufusa. Są takimi w ustach Homera; dziwne byłoby, gdyby ten ostatni kopiował, w XIII wieku, przygody Sindbada, drugiego Odysa, i odkrywał, po obróceniu się wielu wieków, w jakimś północnym królestwie i w jakimś barbarzyńskim języku, formy swojej Iliady. Co do zdania, które zawiera nazwę Bikaneru, widać, że zostało ono zredagowane przez literata, pragnącego, podobnie jak autor katalogu okrętów, wykazać się znajomością dobrze brzmiących nazw[2*].

Kiedy zbliża się koniec, nie pozostają już obrazy wspomnień; zostają jedynie słowa. Nic dziwnego, że czas pomieszał te, które kiedyś reprezentowały mnie, ze słowami będącymi symbolem losu kogoś, kto towarzyszył mi przez tyle wieków. To ja byłem Homerem; w niedługim czasie stanę się Nikim, jak Odyseusz[48]; w niedługim czasie stanę się wszystkimi: umrę.

Postscriptum z 1950 roku. Wśród komentarzy, jakie wywołała przytoczona relacja, najciekawszy, bo z pewnością nie najbardziej uprzejmy, nosi biblijny tytuł A Coat of Many Colours[49] (Manchester 1948) i jest dziełem zawziętego pióra doktora Nahuma Cordovero. Obejmuje jakieś sto stronic. Mówi o kompilacjach greckich, o kompilacjach późnołacińskich, o Benie Jonsonie[50], który określał swoich współczesnych, posługując się cytatami z Seneki, o utworze Virgilius evangelizans Alexandra Rossa[51], o pomysłach George'a Moora i Eliota, i wreszcie o "opowiadaniu przypisywanemu antykwariuszowi Josephowi Cartaphilusowi". Ujawnia, w pierwszym rozdziale, krótkie interpolacje z Pliniusza[52] (Historia naturalis, V 8); w drugim - z Thomasa De Quincey[53] (Writings, III 439); w trzecim - z pewnego listu Kartezjusza[54] do ambasadora Pierre'a Chanut[55]; w czwartym - z Bernarda Shawa[56] (Back to Methuselah, V). Wnioskuje z tych wtrąceń, czy kradzieży, że cały ten dokument jest apokryfem.

Moim zdaniem konkluzja taka jest niedopuszczalna. Kiedy zbliża się koniec - napisał Cartaphilus - nie pozostają już obrazy wspomnień; pozostają jedynie słowa. Słowa, słowa niestosowne i okaleczone, były ubogą jałmużną, jaką pozostawiły mu godziny i wieki.

Dla Cecilii Ingenieros[57]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
?

Przypisy tłumacza

Oznaczenia stron odnoszą się do wersji drukowanej.

Nieśmiertelny

s. 5: [1] Salomon saith... - w przekładzie Czesława Znamierowskiego: "Tak więc jak Platon wyobrażał sobie, że wszelkie poznanie jest tylko przypomnieniem, tak przeciwnie Salomon powiada, że wszelka nowość jest tylko zapomnieniem" (Franciszek Bacon, Eseje, PWN, Warszawa 1959, Esej LVIII, s. 247). Zob. też Platona Fedon, przeł. Władysław Witwicki, PWN, Warszawa 1958, XVIII, 72e, s. 62: "Nasze uczenie się niczym innym nie jest, jak tylko przypominaniem sobie". Natomiast Salomon powiedział tylko, że nie ma nic nowego pod słońcem (zob. Kohelet, I 9).
[2] Joseph Cartaphilus - postać występująca w dziele średniowiecznego angielskiego kronikarza Rogera z Wendover (zm. 1236) Flores historiarum. Jest tam mowa o pewnym arcybiskupie z Wielkiej Armenii, który będąc w Anglii w 1228 r., opowiadał, że w Armenii żyje człowiek o nazwisku Cartaphilus, który twierdzi, że był odźwiernym Piłata i że uderzył Jezusa, popędzając go w drodze na Kalwarię. Jezus odpowiedział mu: "Idę, idę, ale ty poczekasz aż do mego powrotu" (cyt. za Słownikiem mitów i tradycji kultury Władysława Kopalińskiego). Cartaphilus ochrzcił się później; przybrał imię Józef. We włoskim wariancie historii o Żydzie Wiecznym Tułaczu postać ta nazywa się Giovanni Buttadeo (Bijący Boga), po łacinie Johannes Buttadeus. W saksońskiej Transylwanii określany był jako Bedeus, w Anglii jako Boudedeo lub Cartaphilus, w Niemczech jako Ahasverus, w średniowiecznej Francji, w Belgii i w Holandii jako Isaac Laquedem (tytułowy bohater powieści Aleksandra Dumasa ojca), w Hiszpanii jako Juan Espera en Dios.
[3] Smyrna - miasto na zach. wybrzeżu Azji Mniejszej, jedno z siedmiu miast uznawanych za możliwe miejsce urodzenia Homera. Od 1923 r. w Turcji (Izmir).
[4] Księżna Lidia Faucigny Lucinge, de domo Lloveras - Argentynka, znajoma Borgesa; po ślubie zamieszkała w Paryżu. Salvador Dalí w swoim Dzienniku geniusza wyraża żal z powodu jej śmierci, która zbiegła się w czasie ze schyłkiem surrealizmu i egzystencjalizmu.
[5] Iliada Pope'a - mowa tu o angielskim przekładzie Iliady Homera dokonanym w latach 1715-1720 przez Alexandra Pope'a (1688-1744).
[6] Hiszpański z Salonik - hiszpański mówiony w Salonikach to ladino (mieszanina starohiszpańskiego i hebrajskiego), jako że żydowska kolonia w Salonikach znacznie się powiększyła po wypędzeniu Żydów sefardyjskich z Hiszpanii w 1492 r.
[7] Makau - portugalska kolonia w pd. Chinach nad Morzem Chińskim w pobliżu Hongkongu, pierwszy europejski port na Dalekim Wschodzie; jego początki sięgają XVI w. Portugalski z Makau zawiera wiele domieszek z chińskiego.
[8] Ios - grecka wyspa w archipelagu Cyklad, uważana za miejsce pochówku Homera.
s. 6: [9] Hekatompyloi (gr.) - Stubramne. Zob. Homer, Iliada, przeł. Franciszek Ksawery Dmochowski, PIW, Warszawa 1990, ks. IX, w. 381.
[10] Berenike - miasto w pd.-wsch. Egipcie nad Morzem Czerwonym, które założył w III w. p.n.e. Ptolemeusz II Filadelfos na cześć matki. Obecnie Barnis.
[11] Egipt - Homer używa greckiego słowa Ajgyptos w rodzaju żeńskim na oznaczenie kraju Egiptu, a w rodzaju męskim - rzeki Nil (zob. Homer, Odyseja, przeł. Lucjan Siemieński, PIW, Warszawa 1990, pieśń IV, w. 475 i w. 592).
s. 7: [12] Paktol (Paktolos) - nazwana od boga rzeki Paktolosa rzeka w Lidii w Azji Mniejszej (dzisiejsza Turcja), znana z tego, że w jej piaskach występowało złoto. Wcześniej Chrysorros ("złota rzeka").
[13] Getulia - kraina w pn. Afryce rozciągająca się od gór Atlas do wybrzeża Atlantyku. W II w. p.n.e. ludność Getulii poparła króla Numidii Jugurtę (zm. w 104 r. p.n.e.) w jego oporze przeciw Rzymowi. Po 40 r. n.e., kiedy Mauretanie stali się obywatelami rzymskimi, Rzymianie często najeżdżali Getulię. Getulia nie miała prokonsula (region ten nie był całkowicie podporządkowany Rzymowi), ale Getulianie służyli w siłach pomocniczych Imperium Rzymskiego.
[14] Arsinoe - miasto w Górnym Egipcie na zach. brzegu Nilu; pozostały po nim rozległe ruiny.
[15] Augilowie - mieszkańcy Augili opisanej przez Herodota (Dzieje, ks. IV, w. 272), położonej na wschód od krainy Garamantów, obecnie miasto w Libii (Audżila). Zwyczaj tego ludu nakazywał, aby w czasie nocy poślubnej panna młoda obdarzała względami wszystkich gości, którzy przynieśli jakiś prezent jej mężowi.
[16] Nużyliśmy inne pustynie - wyrażenie Wergiliusza, zob. Aeneis, ks. IX, w. 605: Venatu invigilant pueri, sylvasque fatigant. W przekładzie Zygmunta Kubiaka (Publius Vergilius Maro, Eneida, PIW, Warszawa 1987, ks. IX, w. 845-846 [607-608], s. 335): "[...] łowami / Po nocy dręczą bory". Ignacy Wieniewski nie zachował tego wyrażenia Wergiliusza (Wergiliusz, Eneida, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1971, ks. IX, w. 346, s. 248): "[...] oddają się w lasach trudom łowiectwa". Użył go też Góngora (Don Luis de Góngora, Fábula de Polifemo y Galatea, Índice, Madrid 1923, Al Conde de Niebla, strofa I, w. 8, s. 9): Peinar el viento, fatigar la selva (Czesać wiatr, nużyć puszczę).
s. 8: [17] Ocean - nazwa, którą Grecy określali wody Atlantyku, uważanego przez nich za rzekę otaczającą ziemię. Góra, która dała imię Oceanowi, to Atlas, znajdujący się na krańcach Ziemi i później utożsamiany z pasmem górskim w pn.-zach. Afryce, noszącym dotąd tę nazwę.
s. 9: [18] Zatoka Arabska - mowa tu o Zatoce Perskiej.
s. 10: [19] Lud bogatej Zelei... - wersy w przekładzie Franciszka Ksawerego Dmochowskiego (zob. Homer, Iliada, PIW, Warszawa 1990, ks. II, w. 839-840, s. 120).
[20] Nagi na nieznanym piasku - zob. Virgilius, Aeneis, ks. V, w. 871: nudus in ignota, Palinure, iacebis harena. W przekładzie Zygmunta Kubiaka (Publius Wergilius Maro, Eneida, PIW, Warszawa 1987): "[...] legniesz, Palinurze, / Nagi na piasku nieznanego brzegu".
s. 14: [21] Hipogeum - podziemny korytarz.
s. 15: [22] Zmierzch dnia i zmierzch nocy - tak starożytni Rzymianie określali ostatnie części dnia i nocy, odpowiednio crepusculum diei (albo crepusculum vespertinum) i crepusculum noctis (albo crepusculum matutinum). Zob. np. Isidorus Hispalensis, De natura rerum liber, Weidmanni sumptus fecerunt, Berolini MDCCCLVII, rozdz. II: De nocte, ustęp 2, s. 8: Noctis partes sunt septem: crepusculum, vesperum, conticinium, intempestum, gallicinium, diluculum et matutinum. Określeń tych stosuje wielu europejskich średniowiecznych autorów piszących po łacinie, a Borges wprowadził je do języka hiszpańskiego i często używa (czasami w nieco odmiennej formie), np. "noc - interwał cienia, co dzieli oba zmierzchy", "noc: okres między zmierzchem kruka (według Hebrajczyków) a zmierzchem gołębia, początkiem dnia", "zmierzch świtu", "głosy ptaków o zmierzchach nocy", "pomiędzy oboma zmierzchami", "zmierzchy, ten na początku dni i ten u ich kresu", "oba zmierzchy dnia" (w książkach Twórca, Alef, La cifra, Inny, ten sam i Raport Brodiego).
[23] Etiopowie powiadają, iż małpy rozmyślnie nie mówią... - aluzja do listu Kartezjusza do ambasadora Pierre'a Chanut - zob. Descartes, ?uvres et lettres, Gallimard, Paris 1952, A Chanut [Egmond, 1er novembre 1646], s. 1246-1247: On dit que les singes pourraient parler, s'ils voulaient, mais qu'ils s'en abstiennent, afin qu'on ne les contraigne point de travailler (Powiadają, że małpy mogłyby mówić, gdyby chciały, ale powstrzymują się od tego, by nie zmuszono ich do pracy).
s. 16: [24] Tesalia - kraina w pn.-śr. Grecji. Wspomnianą tutaj rzeką może być Penejos albo jeden z jego dwóch dopływów: Titaresios lub Enipeus (obecnie Tsarnalis).
[25] Korybanci - czciciele frygijskiej bogini Kybele znanej jako "Wielka Macierz", na której cześć odprawiali orgiastyczne rytuały.
[26] Argos, pies Odysa - zob. Homer, Odyseja, przeł. Lucjan Siemieński, PIW, Warszawa 1990, pieśń XVII, w. 299-312, s. 265.
s. 17: [27] Odyseusz pragnął dotrzeć do ludzi, którzy nie wiedzą, co to morze, nie jedzą solonego mięsa ani nie podejrzewają, co to wiosło - zob. Homer, Odyseja, PIW, Warszawa 1990, pieśń XI, w. 120-140, s. 165-166.
s. 18: [28] Ilion - inna nazwa Troi pochodząca od jej legendarnego założyciela Ilusa.
[29] Wojna żab z myszami - chodzi tu o poemat Batrachomyomachia (Wojna żab z myszami) nieznanego autora greckiego z V w. p.n.e. (wiele polskich wydań, pierwsze w przekładzie Pawła Zaborowskiego, 1588). Jest to satyra na wojnę trojańską opisaną w Iliadzie i Odysei Homera. Poemat ten, napisany heksametrem, był przez długi czas przypisywany samemu Homerowi. Daje on początek epopei heroiczno-komicznej, antyepopei, szeroko uprawianej w Europie od czasów Odrodzenia.
[30] Hindustan (z perskiego) - w znaczeniu właściwym: "kraina Indusu" obejmująca dolinę Pendżabu i górny Ganges; dawna nazwa całych Indii, często używana przez Borgesa.
s. 19: [31] Cornelius Agrippa (właśc. Heinrich Cornelius Agrippa von Nettesheim, 1486 w Kolonii - 1535 w Grenoble) - niemiecki teolog katolicki, sekretarz Karola V, osobisty lekarz księżnej Ludwiki Sabaudzkiej, kondotier w Hiszpanii i we Włoszech, wielki znawca okultyzmu. Jego burzliwa kariera obejmuje również nauczanie na uniwersytetach w Dôle i w Pawii oraz publiczną adwokaturę w Metz. Jego dzieło De occulta philosophia libri tres nadało impetu renesansowym studiom nad magią i powiązało jego imię z wczesnymi legendami o doktorze Fauście. W pracy tej objaśnia świat w terminach kabalistycznej analizy hebrajskich liter i pitagorejskiej numerologii i głosi, że magia jest najlepszym sposobem na poznanie Boga i przyrody. Około 1530 r. obraził Karola V, atakując okultyzm i wszystkie inne nauki. Od tego czasu był zwolennikiem odradzającego się renesansowego sceptycyzmu. Został uwięziony i napiętnowany jako heretyk.
[32] Jestem bogiem, jestem bohaterem, jestem filozofem... - zakończenie motta do dzieła Heinricha Corneliusa Agrippy von Nettesheim (1486-1535) De incertitudine & vanitate scientiarum declamatio invectiva (1527):

Nullis hic parcit Agrippa.

Contemnit, scit, nescit, flet, ridet,

irascitur, infectatur, carpit omnia.

Ipse philosophus, daemon, heros, deus & omnia.

(Ten Agrippa nie szczędzi nikogo. / Gardzi, wie, nie wie, płacze, śmieje się, złości, lży, chwyta wszystko. / On sam jest filozofem, demonem, bohaterem, bogiem i wszystkim).

s. 21: [33] Tanger - miasto w Maroku nad Cieśniną Gibraltarską, ważny ośrodek muzułmański za czasów dynastii Almohadów.
[34] Harold II syn Godwina (1022-1066) - ostatni anglosaksoński król Anglii, który został pokonany i zabity przez Wilhelma Zdobywcę w bitwie pod Hastings. Harold uzyskał koronę po śmierci Edwarda Wyznawcy w 1066 r., choć starało się o nią dwóch innych pretendentów: Wilhelm Zdobywca, książę Normandii, oraz Harald Hardrada, król Norwegii, którego Harold II pokonał w 1066 r. pod Stamford Bridge, wioską nad rzeką Derwent, o osiem kilometrów od Yorku. Zob. Jorge Luis Borges, Dalsze dociekania, przeł. A. Sobol-Jurczykowski, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, esej Wstydliwość historii, s. 245-246.
[35] Harald III Hardrada (1015-1066) - syn norweskiego wodza, który walczył przeciwko Duńczykom pod przywództwem norweskiego króla Olafa II. Po śmierci króla schronił się na Rusi, gdzie służył pod rozkazami księcia kijowskiego. Następnie zaciągnął się do armii bizantyjskiego cesarza Michała IV. Od 1047 r. król Norwegii, Harald, rozciągnął norweską dominację na Orkady, Szetlandy i Hebrydy i pretendował do tronu Anglii po śmierci Edwarda Wyznawcy w 1066 r., sprzymierzając się przeciwko nowemu królowi Anglii Haroldowi II z buntownikiem Tostigiem, jego przyrodnim bratem. Został pokonany i zabity 25 września 1066 r. pod Stamford Bridge.
[36] Hidżra (arab. "wywędrowanie") - początek ery muzułmańskiej; przeniesienie się Mahometa z Mekki do Jasribu (Medyny) w 622 r.
[37] Bulak (Bulaq) - przedmieście Kairu tworzące port na Nilu, słynne ze swych drukarń. Tu w 1835 r. zostały po raz pierwszy wydrukowane po arabsku opowieści Tysiąca i jednej nocy.
[38] Siedem podróży Sindbada i historia o Mieście z Brązu to opowieści wchodzące w skład Księgi tysiąca i jednej nocy (odpowiednio noce 536-566 i 566-578).
[39] Miasto z Brązu - w polskim przekładzie Księgi tysiąca i jednej nocy: Miedziane Miasto (zob. Księga tysiąca i jednej nocy, t. V: Opowieść o Miedzianym Mieście, przeł. Andrzej Czapkiewicz, PIW, Warszawa 1973; także hasło: Miedziane Miasto, przeł. Michał Kłobukowski, w: Alberto Manguel, Gianni Guadalupi, Słownik miejsc wyobrażonych, PIW, Warszawa 2019, s. 508-510).
[40] Samarkanda - najstarsze miasto w śr. Azji, którego początki datowane są na czwarte tysiąclecie p.n.e., obecnie w Uzbekistanie. Podbita przez Arabów i Turków Seldżuckich, Samarkanda osiągnęła największy rozwój w XV w. jako stolica islamskiego imperium mongolskiego, którego władcą był Tamerlan (Timur Lenk).
[41] Kolozsvár - węgierska nazwa miejscowości Kluż, pierwotnie rzymskiej kolonii, później historycznej stolicy Transylwanii (Siedmiogrodu).
[42] Aberdeen - miasto uniwersyteckie i port w pn.-wsch. Szkocji, założone ok. 700 r.
[43] Giambattista - mowa o Giambattiście Vico (1668-1744).
[44] "Patna" - tę nazwę statku zapożyczył Borges z powieści Lord Jim Josepha Conrada.
[45] Erytrea - kraina na zach. wybrzeżu Morza Czerwonego, obecnie niezależne państwo. W I-VI w. było tu królestwo Aksum ze stolicą o tej samej nazwie.
s. 23: [46] Katalog okrętów - zob. np. Homer, Iliada, przeł. Franciszek Ksawery Dmochowski, PIW, Warszawa 1990, pieśń II, w. 499-892, s. 111-121. Zob. też Umberto Eco, Szaleństwo katalogowania, Rebis, Poznań 2009.
[47] "Potępienie, które było niemal wyrzutem sumienia" - nie jest to cytat z Homera, lecz omówienie wypowiedzi Heleny, zob. np. Homer, Iliada, przeł. Franciszek Ksawery Dmochowski, PIW, Warszawa 1990, ks. III, w. 431-438, s. 133 oraz Homer, Iliada, przeł. Kazimiera Jeżewska, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, pieśń III, w. 428-436, s. 74-75.
s. 24: [48] Nikt, jak Odyseusz - w rozmowie z Polifemem Kiklopem (Homer, Odyseja, przeł. Jan Parandowski, Czytelnik, Warszawa 1956, pieśń IX, s. 150) Odyseusz mówi: "Na imię mi Nikt".
[49] A Coat of Many Colours - tak w angielskim wydaniu Biblii z 1611 r. (zwanym King James Bible lub Authorized Version) brzmi przekład łacińskiego wyrażenia tunica polymita (Vulgata, Genesis, XXXVII 3). Wg Biblii Leopolity (1561) "sukienka mieniona". Wg Biblii Szymona Budnego (1572) "suknia szachowana". U księdza Jakuba Wujka (1599) "suknia wzorzysta". Wg Biblii Gdańskiej (1632) "suknia rozmaitych farb". W Biblii Izaaka Cylkowa (1895) "płaszcz strojny". W Biblii Tysiąclecia (1965) "długa szata z rękawami". Wg Pisma Świętego w Przekładzie Nowego Świata (1997) "długa, pasiasta szata podobna do koszuli". Borges przypisuje książkę o tytule A Coat of Many Colours fikcyjnemu autorowi Nahumowi Cordovero. W rzeczywistości istnieje kilkanaście książek pod tym tytułem autorstwa różnych pisarzy, m.in. zbiór esejów, którego autorem jest angielski poeta, eseista, krytyk i filozof sztuki sir Herbert Read (1893-1968).
[50] Benjamin Jonson (zw. Ben Jonson, 1572-1637) - jeden z najoryginalniejszych dramaturgów angielskich, współczesny Szekspirowi. Napisał kilkanaście dramatów, m.in. Volpone (Volpone albo Lis) i Alchemist. W 1619 r. został mianowany przez Jakuba I nadwornym poetą. Ben Jonson uchodzi w literaturze angielskiej za kluczową postać uczonej szkoły dramatycznej przeciwnej Szekspirowi, z którym prowadził zawziętą polemikę, uznając zresztą wyższość jego geniuszu, czemu dał wyraz w Commendatory Verses, dołączonych do pierwszego wydania dzieł Szekspira w 1623 r. Twierdzenie, że Ben Jonson określał swoich współczesnych, posługując się cytatami z Seneki, odwołuje się do Timber; or Discoveries Made upon Men and Matter, pośmiertnie wydanego zbioru esejów, w których widoczny jest wpływ Seneki Starszego, Pliniusza i Kwintyliana. Wpływ Seneki widoczny jest zwłaszcza w eseju 63 o poetach, 69 - o stylu, 70 - o sławnych mówcach i 72 - o innych pisarzach, w tym o Baconie.
[51] Alexander Ross (1590-1654) - szkocki duchowny, autor teologicznych, filozoficznych i poetyckich utworów pisanych po łacinie i angielsku. Jego najambitniejsza praca, A History of the World, była pomyślana jako kontynuacja dzieła sir Waltera Raleigha. Wśród jego książek po łacinie figuruje 8-tomowy Virgilius Evangelizans (1634), przedstawiający życie Chrystusa słowami Wergiliusza. Każdy ustęp zawiera odwołanie do Eneidy, Eklog lub Georgik, z podaniem księgi i wersu.
[52] Interpolacje z Pliniusza (Historia naturalis, V 8) - Pliniusz pisze tu o Troglodytach mieszkających w wykopanych przez siebie jamach i żywiących się mięsem węży oraz o Garamantach. Zob. K. Pliniusza Starszego Historyi naturalnej ksiąg XXXVII, przeł. Józef Łukaszewicz, Poznań 1845, t. II, ks. V, rozdz. VIII, s. 273.
[53] Interpolacje z Thomasa De Quincey - opis "niewiarygodnych schodów" w drugim rozdziale tego opowiadania przypomina opis schodów z wizji Piranesiego, o których opowiedział De Quinceyowi Coleridge. Zob. The Collected Writings of Thomas De Quincey, Adam and Charles Black, Edinburgh 1889, t. III: Confessions of an English Opium-Eater, The Confessions, cz. III: The Pains of Opium, s. 439. Wyd. pol. Wyznania angielskiego opiumisty i inne pisma, przeł. Mirosław Bielewicz, Czytelnik, Warszawa 1980.
[54] Interpolacje z listu Kartezjusza do Pierre'a Chanut - zob. przypis do s. 15.
[55] Hector Pierre Chanut (1601-1662) - przyjaciel Kartezjusza, ambasador Francji w Szwecji za panowania Ludwika XIV. Dzięki jego staraniom Kartezjusz został zaproszony na dwór królowej Szwecji Krystyny, gdzie przebywał od 1649 r. do chwili śmierci na zapalenie płuc (1650).
[56] Interpolacje z Bernarda Shawa - zob. Back to Methuselah. A Metabiological Pentateuch. By Bernard Shaw, Constable and Company, Ltd., London 1921, cz. V: As Far As Thought Can Reach: A.D. 31,920, s. 221-222: Everything happens to everybody sooner or later if there is time enough. And with us there is eternity (Wcześniej czy później wszystko przytrafia się wszystkim, jeżeli jest dość czasu. A z nami jest wieczność) oraz s. 223: Most of them have forgotten how to speak (Większość z nich zapomniała, jak się mówi).
s. 25: [57] Cecilia Ingenieros - znajoma Borgesa. Wspomina o niej w wierszu Talismanes ze zbioru La rosa profunda. Podsunęła mu temat opowiadania Emma Zunz.
s. 24 (przypis):
[58] Ernesto Sábato (1911-2011) - argentyński naukowiec i pisarz, autor powieści El túnel (Tunel) i Sobre héroes y tumbas (O bohaterach i grobach) oraz prac krytycznych Uno y el universo i Heterodoxia. Kiedy w 1942 r. w dorocznym konkursie literackim Borgesowi nie przyznano pierwszej nagrody za Ogród o rozwidlających się ścieżkach, Sábato był jednym z dwudziestu jeden pisarzy, którzy przeciwko temu zaprotestowali. W 1968 r. opublikował esej Tres aproximaciones a la literatura de nuestro tiempo (Trzy zbliżenia do literatury naszych czasów), w którym wyraził opinię, że wiodącymi postaciami we współczesnej literaturze są Robbe-Grillet, Borges i Sartre.
[59] Giambattista Vico bronił opinii, że Homer jest postacią symboliczną - zob. Tutte le opere di Giambattista Vico, Mondadori, Milano 1957, La scienza nuova, ks. III: Della discoverta del vero Omero, rozdz. 3: Dell'eta d'Omero, s. 407 (przekład polski: Giambattista Vico, Nauka nowa, przeł. Jan Jakubowicz, PWN, Warszawa 1966, ks. III: O odkryciu prawdziwego Homera, cz. I: Poszukiwanie prawdziwego Homera, rozdz. III: O epoce Homera, sekcja X, ustęp 804, s. 437).