Rozdział 1
Nie powitanie o Tobie świadczy, lecz to, co wydarzy się po nim.
- Mamo! Gdzie jest mój czerwony strój kąpielowy?
- W łazience. Chyba jeszcze wisi na suszarce.
- OK! Dzięki!
Ada już od dwudziestu minut szukała swojego ulubionego stroju. Opróżniła prawie całą dość dużą szufladę z bielizną, wyrzucając niechlujnie jej zawartość na podłogę, która po kilku sekundach mogła poszczycić się niebanalnym dywanem składającym się z kilkudziesięciu skarpetek w różnych kolorach oraz biustonoszy, aż nastolatka postanowiła spytać o tajemnicze zaginięcie letniej części garderoby Agaty. Oczywiście "Wszystkowiedząca Perfekcyjna Pani Domu"(w skrócie: WPPD), jak ją czasem nazywała, wiedziała. Adrianna Zofia Szarotka to siedemnastoletnia uczennica Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Pawła II w Łodyżce. Odkąd tylko zaszczyciła polską oświatę swą obecnością w jednej z jej placówek, zawsze była najwyższą dziewczyną w klasie - miała 178 centymetrów wzrostu i jakby na przekór powszechnym przekonaniom nierzadko doświadczała wyśmiewania właśnie z tego powodu. Bardzo nie lubiła swoich naturalnych, niezwykle gęstych blond włosów, które nie były ani kręcone, ani tym bardziej proste. Lecz mimo to nie miała zamiaru ich przefarbować, a gdy chciała je rozpuścić, maltretowała prostownicą niepomne na wszelkie zabiegi niesforne kosmyki.
Już w szkole podstawowej, wdając się w matkę, okazała się humanistką. Bez problemu zapamiętywała ważne daty historyczne. Kłopotu nie sprawiała jej również nauka języka polskiego, niemieckiego czy też angielskiego. Poza tym dobrze radziła sobie z matematyką i przyrodą. Schody w jej przypadku zaczęły się dopiero w gimnazjum, gdy patrząc na źdźbło trawy, w żaden sposób nie była w stanie wyobrazić sobie wszystkich tkanek, z których jest zbudowane. Wodorotlenki, chlorki, azotany i atomy też nie wchodziły jej do głowy, ale mimo to nigdy nie miała z chemii i biologii oceny niższej niż "dobry".
Uwielbiała czytać powieści obyczajowe, a w szczególności te, których akcja rozgrywała się w dwudziestym wieku. Pochłaniała je dosłownie w kilka chwil. Od czasu do czasu czytywała także książki o tematyce fantastycznej. Rzadko, ale lubiła oderwać się od rzeczywistości i uruchomić wyobraźnię nieco bardziej niż przy swojej ulubionej literaturze.
Lepiej dogadywała się z osobami oczytanymi, a ludzi nieczytających dzieliła na dwie kategorie: książkowstręt złośliwy i książkowstręt nieszkodliwy. Złośliwi, gdy dowiadywali się, że bardzo dużo czyta, potrafili godzinami opowiadać o tym, jaka jest głupia, marnując czas, który można by wykorzystać na grę czy też z niekrytą satysfakcją (i z czego się tu cieszyć?) rozprawiali o wszystkich możliwych negatywnych skutkach czytania książek, zaczynając od popsucia wzroku (nie, od komputera przecież się poprawia), a na myleniu rzeczywistości ze światem powieściowym kończąc. Nieszkodliwi natomiast rzucali kilka zdań typu: "O! Jak tak możesz? Ja nie lubię czytać i nikt mnie nie zmusi do polubienia książek" i na tym kończyli, nie wracając już do tematu.
Był piękny słoneczny dzień. Zegar wskazywał godzinę trzynastą. Ada postanowiła wybrać się na spacer po plaży i być może trochę popływać razem ze swoją przyjaciółką Laurą. Specjalnie wybrała tę porę, gdyż sądziła, że właśnie godzinę temu zmianę zaczął jej ulubiony oraz chyba najmłodszy ratownik Mateusz. To już trzeci raz, kiedy go zobaczy. Nie mogła doczekać się każdego spotkania z nim, a odkąd Laura wypytała pana od wychowania fizycznego (a w okresie letnim, ratownika), kiedy zaczynają się poszczególne zmiany oraz jak ma na imię nowy "nabytek" łodyżkowego WOPR-u, Ada już od tygodnia codziennie chodziła nad jezioro o danej porze. A chociaż wciąż nie wiedziała dokładnie, w jakie dni pracuje jej wybranek, nie poddawała się i zapisywała na ostatniej stronie swojego pamiętnika, kto i o której godzinie siedział na specjalnie wyznaczonym miejscu.
Sięgnęła właśnie na półkę, na której stała jej kosmetyczka i lusterko, kiedy nadszedł SMS: "Dzisiaj nie mogę ruszyć się z domu. Przyjechała Dagmara z dziećmi. Zobaczymy się jutro. Pa!".
Dagmara to starsza siostra Laury Bratek. Ma 27 lat, męża (rodowitego Anglika, dzięki któremu pół okolicy wprawiało się w rozmówkach polsko-angielskich), i dwójkę dzieci.
Ada zastanowiła się chwilę, lecz postanowiła nie rezygnować z wyjścia i pójść chociaż do sklepu mieszczącego się najbliżej kąpieliska. Że też Dagmara musiała przyjechać akurat dzisiaj! A Laura? Laura, gdyby tylko potrafiła sobie wyobrazić, jak bardzo przyjaciółce zależy na Mateuszu, mogłaby odpuścić chociaż jedno spotkanie z siostrą. Ale ona nie miała pojęcia, jak to jest wzdychać do chłopaka, który nawet cię nie zauważa. W ich duecie to młodsza córka Bratków była tą ładniejszą, mądrzejszą i zawsze miała większe powodzenie u płci przeciwnej niż Ada, która nie raz i nie dwa wylewała łzy z powodu trzech prześladujących ją już od kilku lat cyfr - 1, 7, 8. Tak! To na pewno przez jej wzrost nikt jeszcze nigdy się w niej nie zakochał. Bo kto by chciał takiego orangutana zamiast dziewczyny? Tak właśnie w chwilach zwątpienia myślała o sobie Adrianna Szarotka.
Przypudrowała lekko twarz, odpuszczając sobie inne kosmetyki, świadoma, że gdy wejdzie do wody, po perfekcyjnym makijażu ślad całkowicie zaginie, a na jej policzkach zostaną jedynie czarne resztki doszczętnie rozpuszczonego tuszu do rzęs. Założyła dwuczęściowy czerwony strój kąpielowy (stając uprzednio przez lustrem i ocieniając, czy na pewno może odsłonić swój duży brzuch), białe krótkie spodenki z kieszeniami i jasnopomarańczową koszulkę na ramiączkach. Wieńcząc przygotowania do czwartego już spotkania z Mateuszem, popsikała ręce oraz nogi mgiełką do ciała o zapachu mango z grejpfrutem, po czym zeszła na dół, wzięła do ręki musztardową torebkę wiszącą na oparciu krzesła kuchennego i wymachując nią, z delikatnym uśmiechem na ustach wyszła z domu.
*
- Karol!
Cisza.
- Ada!
Cisza.
- Adrian!
- Zaraz!
- No! Proszę! Jedyne dziecko w tym domu, które kocha ojca i jest gotowe pomóc mu w każdej sytuacji.
Był wtorek, a we wtorki Michał pracował już od godziny siódmej w swoim gabinecie. Czasem, gdy przyszło dużo ludzi ze zwierzętami, brał jedną ze swoich pociech i powierzał jej trochę mniej odpowiedzialne niż na przykład płukanie żołądka papugi zadanie. Najbardziej lubił, kiedy pomagała mu Ada, gdyż robiła wszystko delikatni. Lecz córka pracowała w gabinecie niestety niechętnie, bojąc się, że ze swoimi nadzwyczajnymi zdolnościami do biologii może skrzywdzić jakiegoś pacjenta. Natomiast Adrian z Karolem (nie zważając na to, czy wiedzą, gdzie kończy się ucho zewnętrzne, a zaczyna środkowe u królika) zawsze bardzo się spieszyli, co na szczęście tylko jeden raz (w przypadku starszego syna) skończyło się podaniem chomikowi środków nasennych zamiast tych na ból stawów, które wcześniej trzy razy pokazywał mu ojciec. Dlatego Michał najczęściej najpierw wołał do pomocy Adę. Dzisiaj zrobił wyjątek, bo nie miał zamiaru znowu się z nią kłócić po porannej, dość ostrej wymianie zdań z właścicielem młodego kota, który po operacyjnym wyciągnięciu mu z żołądka kawałka długopisu w żaden sposób nie chciał zgodzić się na zostawienie pupila u lekarza. Udało się jednak namówić klienta na codzienne popołudniowe przychodzenie przez tydzień do gabinetu razem ze swym zwierzęciem, aby być może zaobserwować skutki uboczne zabiegu.
Adrian Bartłomiej Szarotka. Klasa pierwsza C (przed wakacjami oczywiście) o profilu sportowym, w lokalnej drużynie napastnik, pseudonim Szary. Sport to jego życie i poza nim dla chłopaka nie liczyło się nic więcej (no, może oprócz matematyki i fizyki). Uwielbiał grać w piłkę nożną. Nie marzył o niczym innym, jak o karierze zawodowego piłkarza. Już od najmłodszych lat zamęczał ojca, aby ten nie zważając na pacjentów, którzy czekali na niego w gabinecie, zagrał z nim w piłkę. Ostatecznie, nie mogąc go ubłagać, dręczył Agatę, która zajęta pracą w kancelarii i prowadzeniem domu nie zawsze miała czas na zabawy z synem, w związku z czym Adrianowi w grze towarzyszyła Ada. Najczęściej przejmowała funkcję bramkarza, mając za bramkę stare drewniane drzwi od szopy. Niestety, nie był to materiał, który zapobiegł lekkiemu wstrząśnieniu mózgu, kiedy głowa dziewczyny postanowiła obronić mocny strzał w wykonaniu jej brata. I tak zakończyła się kariera Adrianny Szarotki jako bramkarza, a zawiedzionemu Adrianowi pozostało tylko czekanie, aż Karol nauczy się grać w piłkę nożną.
Podobnie jak Ada jej starszy o siedem minut brat bliźniak był wysoki. Miał 188 centymetrów wzrostu (z czego bardzo się cieszył), dość dobrze umięśnione ciało (z czego cieszył się jeszcze bardziej), krótkie czarne włosy i zielone oczy. Często chodził zamyślony i lubił bujać w obłokach, co czasami powodowało jeszcze większy zachwyt jego koleżanek.
- Adrian! Gdzie ty jesteś?! - po dziesięciominutowym czekaniu na syna Michał postanowił interweniować. - Schodź na dół!
- Idę, idę! Oczywiście zmierzam do ciebie z pewnością zobaczenia się znowu z moimi kochanymi zwierzaczkami. Ślicznotki piękne jedyne. Słodkości tatusia. A te ich piękne łapeczki, a noski, a oczka, ach! Ble! - wygłosił swoją mowę, zbiegając po schodach. Zmienił buty i pytając Agaty, co dziś na obiad, wyszedł wraz z ojcem.
- Mhm... To co dziś robimy? Usuwanie wyrostka robaczkowego psu, wkładanie łapy w gips śwince morskiej czy może operacja na otwartym mózgu krowy? - pytał, wkładając na siebie biały fartuch lekarski w schowku na środki czyszczące.
- Dziś na szczęście tylko przetrzesz rumiankiem oczy królikowi.
- Co? I tylko po to mnie wołałeś?
- Wiesz, synu, wolę nie ryzykować. Wyjmij te kropelki rumiankowe z białej szafy i do dzieła!
- A królik gdzie?
- Idzie. To znaczy jest umówiony na dwunastą, więc niedługo powinien tu być.
- Tato! Królik umówiony? Może jeszcze powiesz, że się spóźni, bo jest na zakupach i kupuje sobie nowe buty?
- Adrian, bardzo proszę, nie pyskuj! Od dawna twierdzę, że zwierzęta są mądrzejsze od niektórych ludzi - Michał spojrzał rozbawionym wzrokiem na syna, po czym zaczął przygotowywać się do płukania żołądka papugi.
- Już tak na mnie nie patrz, bo wiem, kogo miałeś na myśli, mówiąc "niektórych". Ciekawe, jak mam być mądry, skoro już od urodzenia czuję się taki samotny i opuszczony, co odbija się na moich wynikach w nauce i nie tylko. Mam szalonego ojca, który wiecznie przesiaduje w swoim podejrzanym gabinecie, mieszając mikstury. Już dawno cię przejrzałem i wiem, że często dolewasz mi coś do herbaty. - Adrian pogroził Michałowi palcem, siłując się z buteleczką kropelek rumiankowych, których nie potrafił otworzyć. - Ale to jeszcze nie wszystko! Matka, śledząca każdy mój krok i prowadząca swoje własne prywatne akta na mój temat, a na dodatek młodsza o siedem minut siostra i czternastoletni brat, którzy chcą uprzykrzyć mi życie. No i psy. Te to dopiero wstrętne bestie. Ups! Ale arbuz! Się popsuło - zakończył, patrząc przerażonym wzrokiem na rumiankową kałużę, która właśnie wypłynęła z roztrzaskanego na podłodze opakowania.
- To teraz twój szalony ojciec coś ci powie. Do domu po mopa i więcej mi się dzisiaj tutaj nie pokazuj, bo nie ręczę za siebie. Szerokiej drogi!
Chłopak powiesił fartuch na oparciu fotela i wolnym krokiem skierował się ku drzwiom wejściowym do domu.
*
- Dzień dobry.
- Dzień dobry.
Ada wreszcie doszła do sklepu. Przedłużała drogę jak tylko się dało, ale niestety obiektów, na których można było zawiesić oko podczas marszu z ulicy Miodowej na Jeziorną nie znajdowało się zbyt wiele. W dodatku w żaden sposób nie potrafiła wymyślić, co mogłaby kupić. I w końcu zobaczyła małego, może sześcioletniego chłopczyka, który na ławce w pobliskim parku zajadał się arbuzem. A więc padło na arbuza. Już dawno tłumaczyła mamie, że w sklepie przy plaży są najlepsze, więc nawet nie wzbudzi wielkich podejrzeń, gdy przyjdzie z nim do domu po kilku godzinach. A może uda się jej go zjeść na mostku, obserwując jednocześnie Mateusza? Marzyła o spotkaniu go, jednak realistyczny oraz jakże pesymistyczny scenariusz układający się w jej głowie wcale nie przewidywał pobytu chłopaka w tym momencie przy Niegocinie. Lecz mimo to w sercu nastolatki tliła się mała iskierka nadziei. Gdyby Adrianna miała wybierać teraz pomiędzy sercem a rozumem, pewnie zdecydowałaby się posłuchać pierwszego z narządów, gdyż wbrew przykrym miłosnym doświadczeniom, którymi obarczył ją los tak banalnie, jakże naiwnie twierdziła, że jeśli "wiara czyni cuda, trzeba wierzyć, że się uda".
Wzięła do ręki ciemnoniebieski koszyk na zakupy i podeszła do stoiska z arbuzami. Niestety, pojawił się kolejny dylemat: który wybrać? Na szczęście nie miała z tym tak dużego problemu jak na przykład z wyborem brzoskwiń (w jaki sposób wybrać tę najbardziej soczystą, skoro nie zna się jej smaku, lub która jest najdojrzalsza, jeśli wszystkie wyglądają tak samo?) i włożyła do koszyka jeden z najmniejszych owoców z ciemnozieloną skórką. Podeszła do kasy, wyjęła pieniądze z czerwonego portfela z czarno-białym wizerunkiem Myszki Miki (umiejętnie zakrywając ją palcem oraz postanawiając, że kolejna wyprawa na zakupy będzie na pewno tą, na której kupi sobie nową portmonetkę), zapłaciła i z dwukilogramowym arbuzem w reklamówce wyszła ze sklepu.
Po przekroczeniu progu od razu wydało się jej, że słońce świeci bardziej, niż kiedy dokładnie pięć minut temu wchodziła do spożywczaka. Wyjęła z torebki niebieskie okulary słoneczne, założyła je na nos, przerzuciła przez ramię rozpuszczone włosy (uporczywie prostowane dzień wcześniej) i podeszła bliżej jeziora. Kątem oka spojrzała na krzesło dla ratownika, ale okazało się, że siedzi na nim nauczyciel wychowania fizycznego. Z niekrytym rozczarowaniem wymalowanym na twarzy usiadła na najbliższej ławce i wydmuchała nos w miękką chusteczkę z postacią Kota Sylwestra. Po raz kolejny czarny scenariusz napisany wcześniej przez jej umysł dał do zrozumienia nastolatce, że nie powinna patrzeć na świat poprzez różowe okulary, które oprócz ładnego wyglądu kryją w sobie także niebezpieczeństwa: nutkę fałszu i rozgoryczenia.
- Elo. Mogę usiąść obok ciebie?
Ada podniosła wzrok znad chusteczki. Ujrzała blondyna z krótką grzywką, dłuższymi, poskręcanymi w spirale włosami koloru jasny blond, przez które wyraźnie przebijały ciemne pasemka. Był może w jej wieku lub kilka lat starszy. Miał na sobie jasnozielony T-shirt z białym napisem "Look, but don't touch" oraz z żółtą buźką eksponującą pokaźnych rozmiarów różowy język na plecach koszulki i czarne spodnie rybaczki. Na stopy założył brązowe sandały, których tak bardzo nie znosił Adrian. Nie bez powodu zresztą wiele osób płci żeńskiej uważa, że odejmują one więcej męskości niż zwykłe domowe bambosze. A klasyczny pojawiający się najczęściej w jednym z krajów Europy Środkowej zestaw, w którego skład wchodzą jeszcze jak najwyżej podciągnięte skarpety, wyraźnie daje do zrozumienia, że sandały nie należą do męskiego obuwia, które zachwyca kobiety.
- Pewnie - odpowiedziała z wymuszonym uśmiechem, wstając z ławki i z arbuzem w przezroczystej reklamówce szybkim krokiem odeszła. Nienawidziła, kiedy ktoś mówił "elo". W prawdzie było to tylko powitanie i nie powinna po jednym słowie zrażać się do chłopaka, ale jako prawdziwa humanistka zdecydowanie wolała polskie "cześć" czy nawet "hej" od tego bezpłciowego słowa. Nagle "przypomniała" sobie, że natychmiast musi znaleźć się w domu i co tchu pognała w stronę budynku znajdującego się przy ulicy Miodowej 12. Po drodze myśląc o Mateuszu, zagapiła się i uderzyła głową w lipę drobnolistną.
"Świetnie! Teraz pozostaje mi tylko czekać na pięknego fioletowego siniaka na czole" - pomyślała, kopiąc w drzewo butem oraz mocno uderzając się w palce u nogi.
Biedna Ada. Nie wiedziała, że znajdzie jeszcze więcej powodów do nielubienia blondyna w lokach, którego spotka jeszcze nieraz. A jednym z tych powodów było jego imię.
Pozostawiony na ławce chłopak zaczął nerwowo bawić się brązowo-zielonym rzemykiem na lewej ręce. Wyciągnął z kieszeni spodni notesik oraz pisak i jednym zamaszystym ruchem w środku notatnika zrobił czwartą już z kolei, nieco grubszą od pozostałych kreskę.
*
W tym samym momencie czterdziestojednoletnia szczęśliwa matka trójki dzieci, specjalistka od prawa rodzinnego z kilkunastoletnim doświadczeniem, maniaczka czystości, blondynka, schludna, miła kobieta, a dla bliskich po prostu Agata Szarotka kroiła w swojej niewielkiej kuchni warzywa na zupę ogórkową. Miała nadzieję, że tym razem jej się uda i wszyscy członkowie rodziny zjedzą cały obiad. Często miała dosyć zmiennych apetytów dzieci, a przede wszystkim Karola, który jadł zupy tylko wtedy, kiedy uznał, że jest to stosowne dla jego diety, której w ogóle nie miał, a która często pojawiała się znienacka, czasami sprawiając przykrość pani domu. Zresztą u Szarotków bardzo rzadko zdarzało się, że każdy zjadł cały posiłek, więc gdy tylko tak się stało, Agata nagradzała wszystkich pyszną kolacją. Lubiła gotować i często musiała przyznać sama sobie, że sprawiało jej to niemałą satysfakcję, a nawet była z siebie dumna, że potrafi wyczarować coś, co smakuje prawie całej rodzinie. Uważała, że najgorsze w tym wszystkim jest zmywanie, ale odkąd rok temu, na czterdzieste urodziny dostała od dwóch braci, siostry i rodziców zmywarkę, nie miała już na co narzekać, a jej stosunek do gotowania wykrystalizował się zupełnie.
Na szczęście nigdy w jej rodzinie nie było problemu ze wspólnym jedzeniem posiłków. Bowiem codziennie Szarotkowie konsumowali go przynajmniej w cztery osoby, a w niedziele i różnego rodzaju święta obowiązkowo wszyscy razem zasiadali do stołu i nawet nie wspominali o jedzeniu samemu w innym pomieszczeniu, idąc w ślady statystycznej chińskiej rodziny, która oprócz rzadko zjadanych w pełnym rodzinnym gronie potraw, według badań przeprowadzonych przez nie zawsze godne zaufania źródło - amerykańskich naukowców, komunikowała się ze sobą tylko przy śniadaniu, obiedzie oraz kolacji przez piętnaście minut, z czego dziesięć stanowiły rozkazy.
Kobieta wyjmowała właśnie ogórki kiszone ze słoika, kiedy zadzwonił jej telefon komórkowy. Szybko wytarła ręce w materiałowy ręcznik kuchenny i pobiegła wygrzebać go z torebki ku rozpaczy Michała tradycyjnie już wiszącej na oparciu krzesła kuchennego.
- Tak, słucham? ... tak... a kiedy jest rozprawa? W którym sądzie? ... aha, niestety reprezentuję już kogoś innego w tym samym terminie, przykro mi... do widzenia.
Zakończyła rozmowę z kobietą uparcie poszukującą adwokata na rozprawę rozwodową, gdyż jej wcześniejszy prawnik zachorował i musiał zrezygnować ze zlecenia.
Agata usiadła z powrotem na krześle i rozmyślając o rozwodach, zaczęła kroić ogórki. Wciąż nie mogła nadziwić się, że większość małżeństw się rozstaje. Tolerowała jeszcze ukrytą przez jednego z małżonków chorobę psychiczną, ale nie lubiła, kiedy ktoś rozwodził się, bo nie zdążył przed ślubem poznać dokładnie swojej drugiej połówki.
- Cześć i czołem, kluski z rosołem! Co dzisiaj na obiad? Mam nadzieję, że nie rosół - w drzwiach kuchni stanął spocony Karol, z mokrymi włosami i z widocznymi śladami potu na wściekłozielonej koszulce z czarnym numerem "1". Na jego twarzy wyraźnie było widać zadowolenie.
- Masz szczęście, bo zupa ogórkowa.
- I?
- I ogórki w zupie ogórkowej.
- No, mamo!
- Idź się wykąp, umyj włosy, a ja coś wymyślę.
- A muszę?
- W naszym domu śmierdzące osoby nie jedzą obiadu.
- To znaczy, że kolację, śniadanie i wszystko inne jedzą?
- Karol, idź już!
Pobiegł do salonu, wyjął z szafy swój ulubiony ręcznik z wizerunkiem Ikera Casillasa, szybko wpadł do łazienki i już po chwili, nucąc pod nosem piosenkę na melodię marynarskich szant: "Hej, Cha! Śpiewajmy razem, hej, Cha! Szaliki wznieśmy, kto gola dzisiaj strzeli? Boski Leo Messi!", nalewał wodę do wanny.
To cały Karol - gimnazjalista. Ulubiona wściekłozielona koszulka, ręcznik i innego rodzaju gadżety z piłkarzami (przede wszystkim bramkarzami). Czarne jak heban, nieco dłuższe włosy (ciemniejsze od włosów Adriana), przez które wciąż był nazywany przez starsze rodzeństwo Królewną Śnieżką, zielone oczy, blizna na prawym policzku po zadrapaniu go przez Adę we wczesnym dzieciństwie oraz parę szram na lewej ręce - dowód sympatii Rożka i Mikiego.
- Mamo, już jestem!
Trzasnęły drzwi wejściowe i w progu kuchni zjawiła się Ada.
- Ludzie drodzy, czy wy mnie nigdy nie zostawicie samej?
- Chyba byś tego nie chciała, mamusiu - uśmiechnęła się nastolatka, całując Agatę w czoło - co na obiad?
- Patrząc na twoje zakupy, sądzę, że zupa arbuzowa. Ale arbuz!
- Oj, mamo. Był ładny, to go kupiłam.
- Czy mam się zacząć bać? Za każdym razem, kiedy zobaczysz ładnego arbuza, będziesz go kupowała? Przypominam ci, że naszej pięcioosobowej rodziny nie stać na takie wygody.
- Hmm... pomyślę nad tym.
- A ten czerwony siniec na czole to skąd? Arbuzy cię zaatakowały? - Agata prawie popłakała się ze śmiechu z tak wyśmienitego dowcipu. Wszyscy znajomi wiedzieli, że ma niezwykłe poczucie humoru i nawet nie czuli się już zakłopotani, gdy ich rozmówczyni wybuchała nagłym śmiechem.
- Nie, drzewo mnie napadło.
- Oj, moje ty biedactwo, chodź do mamusi, niech cię przytulę - wyciągnęła mokre od ogórków kiszonych ręce w stronę córki, na co ta aż otrząsnęła się na myśl o poplamieniu ulubionej koszulki i ruszyła w stronę schodów prowadzących na górę.
Agata została nareszcie sama. Chciała w spokoju sporządzić listę zakupów, a później poczytać powieść obyczajową, którą w tajemnicy przed córką wzięła z jej półki. Dokończyła gotować zupę, zwiększyła ogień, na którym w garnku bulgotała woda od ziemniaków i zaczęła rozbijać tłuczkiem mięso na cztery kotlety wieprzowe i jednego drobiowego. Nawet nie pamiętała już czasów, kiedy Ada jadła mięso inne niż z kurczaka. Rolady, owszem była w stanie przełknąć, ale żeberka, kotlety, o kiełbasie już nie wspominając - wykluczyła ze swojej diety już dawno. "Jak można jeść takie żylaste mięso?" - pytała za każdym razem, w odróżnieniu od braci, którzy nadziewali żeberko na widelec i machali nim zniesmaczonej siostrze przed oczami, wydając z siebie dzikie odgłosy w stylu: "Zjem cię, zaraz cię zjem i usmażę!".
- Hau! Hau! - nagle przy nodze Agaty pojawił się Rożek. Oczywiście trzymał w pysku zużytą chusteczkę (od której rogów otrzymał imię) rzuconą pewnie gdzieś niedbale przez Michała lub Adriana.
- Daj chusteczkę pani, daj, pieseczku - prosiła, trzymając Rożka za pysk. - Daj. - Niestety, pomimo jej nalegań, oddał ją dopiero, kiedy pokazała mu wielki kawał mięsa, który równie szybko, jak zobaczył, wziął do pyska, po czym merdając na znak uszczęśliwienia ogonem, wyszedł z domu. Zdezorientowana Agata umyła ręce, przeliczyła pieniądze w portfelu i pojechała do sklepu po paluszki rybne, prosząc wcześniej oglądającego telewizję Adriana, żeby zabrał surową wieprzowinę psu z pyska. Starszy syn Szarotków aż się skrzywił na myśl o bieganiu w koło domu i podwórka za zwierzęciem. I nie mylił się. Po pół godzinie padł zmęczony, ale radosny na swoim łóżku z oślinionym i nadgryzionym kawałkiem mięsa w ręce.
*
Po obiedzie, który o dziwo zjedli wszyscy, nie mogąc znaleźć sobie lepszego zajęcia, Karol postanowił wyjść na dwór i położyć się w sadzie na kocu. Wziął ze sobą album ze zdjęciami starszego rodzeństwa i swoimi. Położył się w cieniu i nie skończył nawet oglądać pierwszych fotografii, kiedy zauważył idącą w jego kierunku Adę.
- Co czytasz, Królewno Śnieżko?
- Nie czytam, Gargamelu!
- Och! A więc co robisz?
- Oglądam album.
- A mogę z tobą?
- Pewnie, że tak.
Usiadła obok brata, mierzwiąc mu dłonią ciemne jak heban włosy.
- O! A to pamiętasz? - powiedział Karol, pokazując palcem zdjęcie, na którym razem z Adrianem mającym niecałe siedem lat trzymali niebieski sznurek. Na jego końcu był uwiązany mały żółw z miniaturową różową kokardką na szyi założoną mu przez Adę.
-Cha! Cha! Pamiętam, pamiętam. I ta mina Adriana mówiąca "my nic nie zrobiliśmy".
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.