Alchemised - SenLinYu
79.99 zł
66.39 zł
(55,99 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Wreszcie pojawiło się światło, a Helenie niemal eksplodowała głowa.
Rozległ się wrzask.
- Kurwa! Jakim cudem odzyskała przytomność? - Głos przebił się przez atakujący jej zmysły ból.
Światło kłuło. Czuła, jakby kolce wbijały się w gałki oczne i wchodziły w czaszkę. Na bogów, jej oczy.
Zaczęła się wić. Jasność nieco się rozmyła i oddaliła. Do gardła Heleny wdarła się piekąca ciecz.
Szumiało jej w uszach.
Poczuła, że gładkie palce wbiły się w jej ręce, jakby aż do kości, i pociągnęły w górę. Do płuc wdarło się powietrze, przez co skurczyły się i wyrzuciły płyn.
- Do licha, to żel hibernacyjny. Nie można jej porządnie uchwycić. Wyłącz to! Zaraz się utopi.
Została opuszczona, przy czym uderzyła w coś głową. Machała rękami chaotycznie, starając się podnieść. Zdarła naskórek na dłoniach o kamień. Zaciskała mocno powieki, ale światło wciąż cięło jej umysł jak nóż. Od karku oderwano coś twardego, a jakaś ciepła ciecz obmyła jej skórę.
- Szlag, jakim cudem jest przytomna? Ktoś musiał źle obliczyć dawkę. Nie pozwól jej się odczołgać.
Ponownie złapano Helenę za ręce i uniesiono.
Wyrwała się i z niemałym wysiłkiem dźwignęła powieki. Dostrzegła jedynie oślepiającą biel.
Rzuciła się ku niej.
- Co za pieprzona suka. Skaleczyła mnie!
Czaszkę Heleny poraził gwałtowny ból.
Ocknęła się i nadal widziała tylko światło.
Napłynęło łagodniej, jakby znajdowała się pod wodą i zmierzała ku powierzchni, która falowała poza zasięgiem, a przez cały ten czas powracała jej świadomość. Do Heleny dotarło, że światło przedostawało się przez opuszczone powieki. Cierpiała.
Leżała na jakimś twardym podłożu - zimnym metalowym stole, który ani drgnął pod jej palcami.
Słyszała ciche głosy - stłumione, lecz z bliska.
- No i? - zapytała kobieta. - Jeszcze ktoś?
- Nie - odparł mężczyzna. To on poprzednio był przy Helenie. - Resztę wyjęliśmy, tylko ona się nie zakonserwowała.
- Była przytomna, kiedy otworzyliście kapsułę?
- Tak. Wydzierała się, gdy ją podnieśliśmy i wyjęliśmy. Mówię pani, o mało zawału nie dostałem. Willems tak się wystraszył, że prawie ją utopił, a kiedy już wyciągnął, wpadła w szał. Podrapała mnie, więc musieliśmy ją obezwładnić. Później dostała kroplówki i tak dalej, ale ktoś odłączył jej wcześniej sedację. Musiał zrobić to celowo.
- To nie tłumaczy braku jej danych w systemie - stwierdziła kobieta. - To dziwne.
- Pewnie działano w pośpiechu. Musiało dojść do tego całkiem niedawno. Nawet te konserwowane jak należy często padają. Wiele kapsuł zawiera tylko zupę i kości. - Mężczyzna zaśmiał się nerwowo.
- Dowiemy się czegoś więcej, gdy zawiozę ją do Centrali - oznajmiła niezbyt przejętym tonem kobieta. - Słusznie to zgłosiłeś. To zdecydowanie anormalne. Poinformuj mnie, jeśli ktoś jeszcze się ocknie. Wszyscy ci, którzy pozostali nienaruszeni i nadają się do wskrzeszenia, mają trafić do kopalń. Żywych skierujcie do kompleksu fabrycznego.
- No jasne. Szepnie pani tam za mną dobre słowo, co? Pochwała z pani ust wiele by dla mnie znaczyła - powiedział mężczyzna z nadzieją, a potem parsknął wymuszonym śmiechem. - Wie pani, latka lecą.
- Wielki Nekromanta otrzymuje wiele podań, ale twoja praca nie zostanie zapomniana. Przygotuj furgon do transportu.
Dało się słyszeć odgłos oddalających się kroków, a później pełne irytacji westchnienie.
- Nie musisz udawać, że jesteś nieprzytomna. Wiem, że się ocknęłaś. Otwórz oczy - nakazała kobieta. - Wpłynęłam na twoje zmysły, więc światło już nie powinno cię razić.
Helena zerknęła ostrożnie przez rzęsy. Dostrzegła, że świat wokół niej wydawał się skąpany w zielonkawym blasku, a wszystkie kształty przypominały cienie. Po prawej zauważyła poruszającą się plamę, która przywodziła na myśl osobę.
Leniwie podążyła za nią wzrokiem.
- Dobrze. Wykonujesz polecenia i śledzisz ruch.
Helena spróbowała się odezwać, ale z jej ust dobył się jedynie cichy jęk. Usłyszała kliknięcie długopisu i szelest papieru.
- Jesteś więźniarką numer tysiąc dwieście siedemdziesiąt trzy, a może dziewiętnaście tysięcy osiemset dziewiętnaście? Przypisano do ciebie aż dwa numery, ale dla żadnego nie uzupełniono twoich danych. Może masz jakieś imię?
Helena milczała. W tym momencie nie przerażała jej już myśl o świetle, więc mogła się przez chwilę zastanowić. Pozostawała więźniarką.
- Rozumiesz, co mówię? - rzuciła zniecierpliwiona kobieta.
Helena nadal nie udzieliła odpowiedzi.
- Chyba nie powinnam spodziewać się po tobie zbyt wiele. Ale i tak niebawem się dowiemy. Ty tam, dawaj ją tutaj.
Postać zniknęła sprzed oczu dziewczyny, a w jej miejscu pojawiła się nowa. Helena poczuła na nadgarstkach zimną skórę. W nosie palił ją smród chemicznych środków do konserwacji i starzejącego się mięsa. Nekrosłudzy. Starała się dostrzec ich twarze, ale nie potrafiła skupić wzroku w jednym punkcie.
Wibracje stołu ciągniętego po kamiennej posadzce rozchodziły się przez jej czaszkę i zęby.
Zaraz potem zrobiło się tak jasno, że znów miała wrażenie, jakby wbijano jej igły w siatkówkę. Krzyknęła cicho i ponownie zacisnęła mocno powieki.
Pociągnięto ją w górę, aż dostała mdłości i wszystko na powrót pociemniało, a gdzieś pod nią zawarczał silnik.
Musiała uciec. Spróbowała obrócić się na bok i usłyszała szczęk metalu.
- Leż spokojnie. - Powrócił kobiecy głos. Dobiegł z bliska.
Helena gwałtownie się odsunęła, dysząc, szarpiąc spętanymi kończynami. Musiała biec. Musiała...
- Nie dokładaj mi dziś problemów - skarciła kobieta lodowatym głosem.
Helena poczuła palce zaciskające się u podstawy czaszki, a potem przez jej umysł przepłynęła fala energii.
I znów zapadła ciemność.
Helenie świadomość przywróciły palący ból i nagłe przerażenie.
Szarpnęła się i usiadła, szeroko otwierając oczy. Zobaczyła, że ktoś natychmiast odsuwa od niej strzykawkę. Zagrzechotał metal. Opadła do tyłu, a serce waliło jej jak młotem - każde jego uderzenie wywoływało pulsujący ból, jakby ktoś dźgał Helenę sztyletem.
- No i proszę. - Gdzieś z prawej strony rozległ się stukot strzykawki upuszczonej na metalową tacę. - Dzięki temu będziesz bardziej świadoma i skłonna do rozmowy.
Poznała głos kobiety.
Helena nie znajdowała się już na stole ani w furgonie. Wyczuwała pod swoim ciałem twardy materac, a do nosa dobiegała woń środka dezynfekującego. Nad głową miała szary sufit z niezbyt silnym oświetleniem.
Pomimo bólu czuła przepływającą żyłami energię, która rozpalała się, aż poparzyła zaciskające się dłonie. Czuła, że jest coraz bardziej przytomna i że przejaśnia się jej w umyśle. Kiedy się obróciła, zauważyła metalową obręcz, wrzynającą się w nadgarstek.
- Nic z tego. Prędzej się połamiesz, niż uwolnisz z tych kajdan. Odpowiedz na moje pytania, a rozważę, czy dać ci wstać, zanim przestanie działać lek. Muszę ci powiedzieć, że w przeciwnym wypadku będzie to bardzo bolesne.
Helena nie mogła się poruszyć, zaczęła za to intensywnie się zastanawiać. Dostała zastrzyk najprawdopodobniej z jakimś silnie pobudzającym środkiem. Uwięziona w jej ciele energia zalewała umysł, a rozbiegane, spanikowane myśli zaczęły się skupiać.
- Nazywasz się Helena Marino. - Rozległ się szelest papieru. - Według rejestru jesteś więźniarką tysiąc dwieście siedemdziesiąt trzy i nie żyjesz. Skierowano cię do likwidacji z powodu nieokreślonych "rozległych obrażeń". Jednak pod numerem dziewiętnaście tysięcy osiemset dziewiętnaście zostałaś wybrana do hibernacji. - Ponownie zaszeleściły kartki. - Nie istnieje natomiast zapis, że cię dostarczono ani że wykonano procedurę. - Kobieta wciągnęła powietrze przez zęby. - Od augustusu zeszłego roku nie ma w naszym systemie najmniejszej wzmianki o tobie. Minęło czternaście miesięcy, a teraz odnaleźliśmy cię w magazynie z zahibernowanymi, do którego nigdy oficjalnie nie dotarłaś. Jak to możliwe?
Helena mrugała powoli, starając się pojąć tę informację. Czternaście miesięcy?
- Wszyscy wiemy, że nikt nie mógłby przetrwać w kapsule tak długo. To niemal niemożliwe nawet przez pół roku i to w idealnych warunkach, a ty nie byłaś odpowiednio zakonserwowana. Skąd się zatem wzięłaś? Kto cię tam umieścił?
Helena odwróciła głowę, nie zamierzając odpowiadać.
Kobieta się zbliżyła.
- Nic ci nie grozi - mruknęła. - Powiedz mi tylko prawdę, a wszystko się skończy. Gdzie przebywałaś, zanim cię zahibernowano? - Ostatnie słowa wypowiedziała niemal ospale.
Helena milczała, chociaż żuchwa aż ją świerzbiła, by się poruszyć. Ciało zaczęło się trząść, gdy serce wtłaczało lek w żyły.
Nie miała już kogo chronić, niemniej nie chciała współpracować z porywaczami. Nie zamierzała niczego im ułatwiać, szczególnie wyjaśniać działania ich systemu przechowywania danych.
Poza tym nie przebywała nigdzie indziej.
- Gdzie byłaś przed hibernacją?! - powtórzyła głośniej kobieta.
Helena poczuła ucisk w gardle, gdy starała się nawet nie myśleć o odpowiedzi, bo rozdzierało ją już samo wspomnienie.
Zanim trafiła do magazynu, schwytano ją wraz z innymi, a potem stłoczono ich wszystkich w klatkach ustawionych przed Wieżą Alchemiczną, aby więźniowie mogli być świadkami "celebracji" zakończenia wojny.
Nadal czuła swąd dymu i woń krwi w letnim upale, wciąż słyszała gromkie wiwaty, gdy ginęli przywódcy ruchu oporu, a ich krzyki powoli cichły. Patrzyła na konających, wiedząc, że to jeszcze nie koniec.
Jakiś nekromanta przecisnął się pomiędzy zgromadzonymi, pragnąc się popisać. Chwilę później zwłoki znów wstały. Dzięki wskrzeszeniu przywrócono kogoś, komu ufała i kto był jej przełożonym, ale stał się jedynie nekrosługą - pustym, poddańczym ciałem. Rozpłatany do żeber, z pociętą skórą, usuniętymi organami i wydłubanymi oczami. Z obwisłą twarzą został wykorzystany do unieszkodliwienia kolejnego "zdrajcy" w jeszcze brutalniejszy sposób.
Egzekucje nie ustawały, aż powietrze wysycała krwista mgiełka.
Zwłoki generała Titusa Bayarda zmuszono do uśmiercenia jego żony. Powoli. Do pokrojenia na kawałki i zjedzenia jej ciała.
Każda z tych śmierci odebrała Helenie cząstkę jej istoty, aż w piersi dziewczyny zaczęła ziać wielka dziura żalu. A kiedy już nie pozostał nikt, na kim warto było dokonać egzekucji na oczach tłumu, Helenę umieszczono w kapsule.
Inni więźniowie pozostawali nieprzytomni, niezdolni do myślenia, kiedy powbijano igły w ich ciała, do nosów wprowadzono rurki, na twarze założono maseczki tlenowe. Ale nie ona.
Zachowała świadomość, dokładnie więc wiedziała, co się z nią dzieje, gdy otoczona mrokiem i przerażona pozostawała zamknięta w swoim ciele. Czekała, aż ktoś po nią przyjdzie.
Jednak nikt się nie pojawił.
Kobieta, piorunując Helenę wzrokiem, pstryknęła palcami przed jej twarzą, czym wyrwała dziewczynę z zamyślenia.
- Nie pozwolę, żeby błąd w systemie wpłynął negatywnie na moją reputację. Jeśli mi nie odpowiesz, zacznę utrudniać ci życie.
Helena się wzdrygnęła.
- Zatem mnie rozumiesz.
Żołądek mocno jej się skurczył, ale wciąż milczała.
Kobieta podeszła jeszcze bliżej. Więźniarka usilnie skupiała na niej wzrok. Tamta miała kanciastą twarz i ze zniecierpliwieniem zaciskała wargi. Nosiła fartuch medyczny.
- Może powinnam ci to zademonstrować. - Złapała dziewczynę za szyję.
Helena wciągnęła gwałtownie powietrze, gdy przepłynęła przez nią fala zimnej energii, kierująca się w stronę kręgosłupa. Nie przypominała prądu, jak w kapsule - wydobywała się z ręki kobiety i wbijała w skórę Heleny jak igły. Kanał energetyczny wibrował niczym kamerton, aż całe jej ciało zaczęło rezonować z tą samą częstotliwością, co napastniczka.
Nieznajoma zacisnęła palce. Ból przeszył każdy nerw w organizmie Heleny, a ona sama wydała z siebie zduszony, nieokreślony krzyk. Dostała drgawek i szarpnęła rękami, naciągając kajdany.
- Spokojnie.
To był tylko ułamek sekundy, po czym zwiotczała. Nie czuła niczego poniżej klatki piersiowej, jakby poważnie uszkodzono jej rdzeń kręgowy. Krew pędziła w żyłach, gdy dopadł ją paniczny strach.
Kobieta machnęła dłonią i odrętwienie zniknęło.
Szorstkie od częstego mycia palce groźnie przesunęły się po ręce więźniarki.
- Teraz już rozumiesz?
Przez wnętrze Heleny nadal przepływała wibrująca moc kobiety, stanowiąc ostrzeżenie.
Dziewczyna, drżąc, zdołała lekko skinąć głową. Powinna była wcześniej się domyślić, że kobieta jest wiwimantką. Odwrotnością nekromantki, bo władała żywymi, a nie martwymi.
- Miałam nadzieję, że się połapiesz. To spróbujmy jeszcze raz.
Helenie ścisnęło się gardło i oczy zaczęły ją piec. Każdy nerw w ciele został podrażniony, krew szumiała w uszach. Czy stanie się coś złego, jeśli odpowie?
- Skąd się wzięłaś?
- Wsss-try-wchsss... - Helena usilnie starała się zmusić język do współpracy.
- Nie w tych obcych, bzdurnych słowach. Mów po paladyjsku - nakazała ostro kobieta.
Nie istniało nic takiego, jak język paladyjski - kobieta posługiwała się jedynie północnym dialektem. Helena chciała jej to wytknąć, nie sądziła jednak, by mogło to w czymkolwiek pomóc. Przełknęła ślinę i zaczęła od nowa, lecz z jej ust wciąż dobywał się jedynie bełkot.
Kobieta westchnęła.
- Dlaczego wy, rebelianci, zawsze trwonicie mój czas? Może musimy porazić cię prądem, żeby twój mózg przypomniał sobie, jak poprawnie wypowiadać słowa? - Złapała Helenę za głowę. Fala rezonansu popłynęła z obu stron i była niczym dźwięk uderzających o siebie cymbałów.
Wszystko spowiła czerwień. Krzyk, który wyrwał się z gardła Heleny, przypominał zwierzęcy.
Napastniczka gwałtownie zabrała ręce.
- Co jest?
Więźniarka nie wiedziała, czy kobieta zatacza kręgi nad jej głową, czy to tylko wiruje świat.
- Co to jest? Kto ci to zrobił?
Helena wpatrywała się z oszołomieniem, gdy czerwień powoli ustępowała sprzed jej oczu. Dłonie trzęsły jej się niekontrolowanie, szarpiąc konwulsyjnie za kajdany. Nie miała pojęcia, o co pytała nieznajoma.
- W jakiś sposób zmodyfikowano ci umysł - orzekła tamta ze zdumieniem oraz z dziwną ekscytacją. - To jakiś rodzaj transmutacji. Nigdy jeszcze z czymś takim się nie spotkałam. Będę musiała to zgłosić. I przyda mi się specjalista. Masz... - urwała na chwilę. - Nawet nie ma na to nazwy! Będę ją musiała wymyślić... - Zdawało się, że papla głównie do siebie. - Masz w mózgu bariery transmutacyjne. Ale jak to możliwe? Nigdy wcześniej nie widziałam takich wzorców.
Znowu dotknęła Heleny, a ta się wzdrygnęła. Okazało się, że tym razem rezonans w jej mózgu nie był wynikiem tortur, a zwykłą energią, która ponownie zabarwiła świat na czerwono.
- To piękna, misterna, profesjonalna robota. Jakiś wiwimanta ręcznie przeprogramował ludzką świadomość.
Helena leżała spokojnie, nic z tego nie rozumiejąc.
Nieznajoma znajdowała się tak blisko niej, że widziała jej okolone głębokimi zmarszczkami niebieskie oczy oraz usta. Kobieta wpatrywała się w więźniarkę z żywą fascynacją, jakby właśnie otrzymała niespodziewany podarek.
- Gdyby Bennet wciąż tu był, zachwyciłby się precyzją wykonania. - Rezonans przepłynął przez umysł Heleny tak namacalnie, jakby palce wdarły się pod jej czaszkę. Z jasnych tęczówek kobiety zniknęło skupienie. - Najmniejszy błąd, a znalazłabyś się w stanie wegetatywnym, ale ktokolwiek ci to zrobił, sprawił, że niemal nie odniosłaś szkód. Do czegoś takiego potrzeba prawdziwego geniuszu.
- C-co? - wydusiła w końcu Helena.
- Ciekawi mnie... jak to wygląda. - Kobieta odeszła. Chwilę później wróciła z taflą szkła.
Helena zmrużyła oczy i poznała przedmiot. Ekran rezonansowy. Często wykorzystywano je do akademickich prezentacji oraz alchemicznych procedur medycznych. Zawarty w nim gaz pobudzał cząsteczki do oddania kształtu, a także wzoru kanału rezonansowego.
Kobieta uniosła kryształ nad głowę więźniarki, drugą rękę położyła na jej czole i przepuściła falę energii przez jej czaszkę. Helena ponownie zobaczyła czerwień, ale zmrużyła oczy i obserwowała, jak ciemna chmura pomiędzy warstwami szkła układa się w niewyraźny kształt ludzkiego mózgu, a następnie w niezbyt zrozumiałą, oplatającą wszystko pajęczą sieć.
- Wątpię, żebyś cokolwiek z tego pojęła, ale wyobraź sobie, że twój umysł jest jak... miasto. Twoje myśli poruszają się przeróżnymi ulicami, aby dotrzeć do celu. Te linie, które właśnie obserwujesz, to drogi, ale zostały przebudowane. Stworzono na nich bariery transmutacyjne, więc myśli, zamiast podążać naturalnym wzorcem przez twój mózg, wybierają alternatywne trasy. Do niektórych obszarów całkowicie odcięto dostęp. Nie mogę sobie nawet wyobrazić, jak... Umiejętności, jakich to wymagało... - umilkła. Odłożyła ekran i uważnie przyjrzała się Helenie. - Kto nad tobą pracował? - zapytała głośno, powoli i wyraźnie.
Leżąca jedynie pokręciła głową.
Kobieta ewidentnie się zdenerwowała, ale potem zdała się przemyśleć swoje zachowanie.
- Biorąc pod uwagę stan twojego umysłu, chyba możesz tego nie wiedzieć. Prawdopodobnie masz szczęście, że w ogóle pamiętasz, jak się nazywasz. Zakładam, że studiowałaś alchemię. - Nonszalancko postukała palcem w metalową obręcz na nadgarstku Heleny.
Więźniarka ostrożnie przytaknęła.
- I oczywiście nie pochodzisz stąd. - Spojrzała na nią wymownie.
Helena przełknęła ślinę.
- Jestem z Etras.
- Ach, zatem znalazłaś się dość daleko od domu. Pamiętasz swój repertuar rezonansowy?
- Zróż-nicowany.
- Hm. - Kobieta zmarszczyła brwi, jeszcze baczniej jej się przyglądając. - Chwileczkę. Słyszałam o tobie. Jesteś tą małą geniuszką, którą sponsorowali Holdfastowie. Chociaż to musiało być z dekadę temu, więc teraz pewnie masz ze dwadzieścia kilka lat.
Helenę zapiekły oczy, gdy krótko skinęła głową.
Kobieta uniosła brwi.
- Pamiętasz, co się stało z twoim sponsorem, princepsem Apollem?
- Został zabity.
- Mhm. I ta wojna. Na pewno ją kojarzysz. Pomogłaś chłopakowi Holdfastów spalić miasto? Temu waszemu ukochanemu Lucowi, jak go nazywaliście?
Emocje chwyciły Helenę za gardło.
- Nie walczyłam.
Kobieta pisnęła cicho ze zdziwienia, a potem zmrużyła oczy.
- Ale przypuszczam, że ostateczna potyczka utkwiła ci w głowie.
Helena kilkukrotnie otworzyła usta, żeby jej odpowiedzieć, bo wciąż zmagała się z językiem, który odmawiał posłuszeństwa.
- My... rebelianci, przegraliśmy. Odbyły się... egzekucje. Na końcu przybył Morrough. Pojmał... Luca. Zabił go... tam. A potem... zabrano mnie do... magazynu.
- Kto?
Rozgoryczona Helena przełknęła ślinę.
- Truchła.
Kobieta parsknęła śmiechem.
- Od dawna nie słyszałam, żeby ktokolwiek odważył się użyć tego słowa. Wszyscy nieumarli, niezależnie od ich postaci, są lojalni Wielkiemu Nekromancie. Nieśmiertelność to nagroda za ich doskonałość. W tym nowym świecie śmierć zabiera jedynie niegodnych. Bez względu na to, jakich obelg użyjesz, twoi przyjaciele pozostaną jedynie prochem, o którym należy zapomnieć. - Postukała palcem po skroni Heleny. - Wydajesz się prawie nietknięta, więc po co ktoś zadał sobie aż tyle trudu? I kto mógłby...? - Wzięła ekran rezonansowy, ponownie na niego spojrzała, a potem zniknęła za zasłonką.
Helenie ulżyło, gdy kobieta dała jej spokój.
Zmodyfikowano jej pamięć lub umysł?
Mogłaby pomyśleć, że to podstęp, ale widziała obraz na ekranie rezonansowym. Zdawała sobie sprawę, jak powinien wyglądać mózg. Transmutacja umysłu w stan taki, jak u niej, wymagałaby wysoce wyspecjalizowanego i wszechstronnego wiwimanty.
I to nie było coś, o czym zapomniałaby osoba poddawana takiemu procesowi.
A jednak Helena nie czuła, że o czymkolwiek zapomniała, poza wzmianką o rozległych obrażeniach.
Nie kojarzyła żadnego urazu, szoku, smutku czy strachu.
Przełknęła ślinę i zamrugała, starając się o tym nie myśleć.
Rozejrzała się, bo chciała zorientować się w otoczeniu. Jakikolwiek wstrzyknięto jej lek, zdawał się brutalnie skuteczny. Dostrzegła na swojej klatce piersiowej rozległego sińca - w miejscu, w którym igła weszła w serce. Bolało z każdym jego uderzeniem.
Popatrzyła wzdłuż ciała. Wokół łóżka rozciągała się kratownica zabezpieczająca, do której przykuto Helenę metalowymi kajdankami. Poraniły i posiniaczyły skórę, a poniżej nich znajdowały się zielonkawe pasy metalu.
Te przynajmniej kojarzyła. Obręcze założono jej na nadgarstki podczas celebracji.
W gęstej od krwi ciemności, przy nikłym świetle latarni i ze zbyt wieloma osobami w ciasnej klatce, ledwie je widziała. Niemniej doskonale zapamiętała.
W kapsule hibernacyjnej odnosiła nieustanne wrażenie, że zaciskają się wokół jej rąk. Ich istnienie drażniło peryferie świadomości, a niedająca się nie zauważyć obecność tłumiła rezonans, uniemożliwiając jakąkolwiek manipulację transmutacyjną, dzięki której Helena zdołałaby uciec.
Nawet w kapsule czuła zawarty w obręczach lumit, który zgodnie ze swoją naturą wiązał w sobie cztery żywioły: powietrze, wodę, ziemię i ogień. Z tego właśnie połączenia powstawał rezonans.
Święta Wiara głosiła, że rezonans to dar ofiarowany dla rozwoju ludzkości przez Sola - bóstwo Kwintesencji żywiołów.
Rezonans w wielu częściach świata pozostawał bardzo rzadkim talentem, często występował tylko pośród narodu wybranego - Paladii. Przedwojenny spis ludności wskazywał, że prawie jedna piąta tutejszej populacji miała w sobie mierzalny poziom rezonansu. Spodziewano się, że w następnym pokoleniu ta liczba wzrośnie.
Zazwyczaj rezonans kierowany był do alchemii metali i związków nieorganicznych, dzięki czemu mogły zachodzić procesy transmutacji albo alchemizacja. Jednak w wybrakowanej duszy, która buntowała się przeciwko prawom natury Sola, rezonans mógł być zakłócony, co umożliwiało wiwimancję jak ta, której używała kobieta w stosunku do Heleny, oraz nekromancję wykorzystywaną do tworzenia nekrosług.
Lumit poprzez swoje działanie mógł potęgować lub nawet tworzyć rezonans w martwych strukturach, czyniąc je alchemicznie kowalnymi. Jednak czysty lumit był dla śmiertelników zbyt boski. Nadmierna ekspozycja organizmu wywoływała wyniszczające mdłości, a u osób z rezonansem mogła skutkować silnym bólem nerwów.
Lumit zawarty w obręczach nie przyprawiał Heleny o nudności, co oznaczało, że został zmodyfikowany. Energia w ich wnętrzu połączyła się z jej rezonansem, jednak zamiast go wyostrzyć, przytłumiła zmysły dziewczyny. Czuła swój rezonans, ale gdy starała się uzyskać nad nim kontrolę, bransolety zachowywały się jak izolator wobec jej nerwów. Pomimo usilnych starań, nie potrafiła przebić się przez ich działanie.
Zdawała sobie sprawę, że dopóki te obręcze pozostaną na jej rękach, wcale nie będzie alchemiczką.
Helena wyczuwała, że gdzieś w pobliżu znajduje się nekrosługa. Pozostawiona sama sobie mogła się skupić, dlatego wyłapała zapach gnijącego mięsa i chemicznych substancji konserwujących. Nieumarli wykorzystywali zmarłych jak marionetki do wszystkich niepożądanych czy przyziemnych zadań. Przykuta do łóżka mogła tylko czekać, zastanawiała się więc, do czego używano tej istoty. Rozejrzała się, wypatrując za kotarą jakiegoś cienia.
- Marino?
Nazwisko wyszeptano tak cicho, że równie dobrze mógł to być jedynie szum wiatru.
Helena obróciła głowę i dostrzegła, że zza zasłonki wychyla się twarz. Zmrużyła oczy, próbując skupić wzrok na tyle, by dostrzec rysy na bladym obliczu i okalające je włosy.
- Marino, to ty?
Pokiwała głową, wciąż starając się rozpoznać tę osobę.
- To ja, Grace. Byłam sanitariuszką w szpitalu - powiedziała kobieta, wyłaniając się cała zza kotary. Miała wyraźny akcent z Północy, przez co twardo wypowiadała wszystkie spółgłoski.
- Przepraszam, jestem... zdezorientowana - odparła Helena.
- Nie spodziewałam się, że cię tu zobaczę. - Grace się zbliżyła. Miała młodą, choć nieco zapadniętą twarz, która jednocześnie przerażała, jak i wzbudzała zaciekawienie.
Helena wytrzeszczyła oczy, gdy dostrzegła, że oblicze dziewczyny szpecą długie blizny po cięciach na policzkach, nosie i podbródku. To nie były przypadkowe urazy, rany zadano celowo.
Helena chciała unieść rękę, jednak kajdanki okazały się za krótkie.
- Co ci się stało?
Grace wydawała się skonsternowana, ale zaraz potem, podążając za wzrokiem Heleny, zbliżyła dłoń do swojej twarzy.
- Ach, te cięcia? Wszyscy je mamy.
- Co? Dlaczego truchła miałyby...
Grace gwałtownie pokręciła głową.
- Ciszej. - Pospiesznie się rozejrzała, węsząc w powietrzu, a następnie spojrzała gniewnie na Helenę. - Niekiedy wykorzystują szarych do podsłuchiwania. Tu też jakiś jest, nie czujesz? Nie można nazywać nieumarłych truchłami - napomniała szeptem. - Jeśli ktoś to usłyszy, spotkają cię konsekwencje.
Helena szybko przytaknęła, obawiając się, że jeśli nie będzie postępować ostrożnie, to Grace odejdzie.
Dziewczyna jednak została.
- Ale nie uczynili tego nieumarli. - Wskazała na swoją twarz. - Sami tego dokonaliśmy. Nieumarli nam, oznaczonym jako rebelianci, mogą zrobić wszystko, co tylko zechcą. Obecnie trzyma się szarych zamiast personelu. W innych przypadkach, po prostu dla rozrywki. Na przyjęciach albo po nocy na mieście. - Skrzywiła się. - Nikt się w to nie wtrąca. Podporządkowują się nawet ci, którzy nie są nieumarli ani nie należą do gildii, bo wszyscy liczą, że podniesie to ich szanse na nieśmiertelność. - Wzruszyła sztywno ramionami. - Ale jeśli się oszpecisz, nie będą cię trzymać zbyt długo. - Odetchnęła głęboko, a potem popatrzyła uważnie na Helenę. - Gdzie się podziewałaś?
Przykuta do łóżka pokręciła głową, starając się pojąć wszystko, co właśnie usłyszała.
- Zabrali mnie do magazynu zaraz po...
Grace zmrużyła oczy.
Helena zerknęła na nią uważnie.
- Czy Wieczny Płomień wciąż...?
- Nie. - Grace gwałtownie zaprzeczyła, a na jej twarzy odmalował się gniew. - Wszyscy nie żyją. Wybici co do jednego. Po śmierci Luca resztę z nas zesłano do kompleksu fabrycznego poniżej tamy. Większość z nas nie może z niego wychodzić. Musimy być posłuszni przez wiele miesięcy, aby dostać pozwolenie na jego opuszczenie, a kiedy już je uzyskamy, mamy nosić to. - Uniosła rękę i pokazała miedzianą obręcz, która zdawała się jaśniejsza i bardziej dopasowana niż te na nadgarstkach Heleny. - Meldujemy się rano i wieczorem. Obowiązują nas limity czasowe. Jeżeli ktoś nie zgłosi się przez więcej niż dwadzieścia cztery godziny... - Przełknęła ślinę. - Jeśli nie wróci, Wysoki Namiestnik zaczyna go ścigać, a kiedy już go sprowadzi, ten ktoś zawsze jest martwy. Zarządczyni lubi takich wieszać i pozostawiać na kilka dni, a potem, gdy już zaczynają się rozkładać, wskrzesza ich i nakazuje "pracę" z nami przez jakiś czas, po czym zsyła ich do kopalń. Mówi, że robi to, żebyśmy nie zapominali o zasadach.
- Kogo...? - wydusiła Helena, mimo że obawiała się odpowiedzi.
Grace zawahała się, jej rysy nieco złagodniały.
- Lila Bayard była pierwszą, którą wskrzesili.
Grace mówiła dalej, lecz Helena przestała ją słyszeć. Wciąż jak echo powracało: "Lila Bayard była pierwszą".
Tylko nie Lila...
Ponownie skupiła się na głosie dziewczyny.
- Zarządczyni kazała ją ubrać w zbroję paladynki i ustawić przy bramie. Lila nie żyła już od dłuższego czasu. Zdążyła się rozłożyć. Brakowało jej połowy twarzy, nie miała protezy nogi, więc przyspawali jej stalowy pręt, żeby się nie przewracała. Ona... to coś właściwie nie może się ruszać. Po prostu tam stoi. Codziennie przechodzimy tuż obok. - Grace w końcu dostrzegła minę Heleny i spuściła wzrok. - W tej chwili to już głównie same kości, ale zarządczynię to bawi.
Helena pokręciła głową, nie mogąc tego przyswoić. Ale przecież to oczywiste, że Lila nie żyje. Aby pojmać i zabić Luca, należało pozbyć się jego paladynów. Złożyli przysięgę, że umrą za swojego zwierzchnika.
Helena z trudem przełknęła ślinę.
- Ale ruch oporu na pewno gdzieś...
- Nie ma już żadnego ruchu oporu! - rzuciła teatralnym szeptem Grace. - Myślisz, że wciąż będziemy walczyć, skoro polegli wszyscy z Wiecznego Płomienia? Przecież to bez sensu. Wysoki Namiestnik wszystkich wykańcza. Zabija za niewielkie gesty czy szepty. A do polowań wykorzystuje tego swojego potwora. Ucieczka, obrona czy próba organizacji nie ma sensu, chyba że chcesz zostać kolejnym trupem.
Helena milczała. Grace obserwowała ją uważnie, wykręcając sobie palce, jakby nie mogła się doczekać, aż stąd wyjdzie.
- Kto jest Wysokim Namiestnikiem? - Helena miała nadzieję, że to bezpieczne pytanie. Nie pamiętała, aby ktokolwiek nosił taki tytuł.
Grace wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Nie zdejmuje hełmu, jak nieumarli podczas wojny. Wielki Nekromanta jest zbyt zajęty, żeby występować publicznie, więc wysyła w zastępstwie Wysokiego Namiestnika. To wiwimanta, ale zupełnie niepodobny do pozostałych. Zabija ludzi, nawet ich nie dotykając.
- Rezonans tak nie działa - przypomniała Helena, odruchowo poprawiając dziewczynę. - Aby powstał stabilny kanał bez układu, musi zostać utworzony przez kontakt, a potem...
- Wiem, jak działa rezonans - syknęła ostro Grace. - Tyle że widziałam, jak on to robi. W zeszłym tygodniu... - urwała, a potem parę razy poruszyła jej się grdyka. - Istniała pewna szajka przemytników. Ostatnio brakowało zboża. Większość tego, co dostajemy w kompleksie fabrycznym, jest nadgniła. Jednak kilka osób przywoziło dodatkowe jedzenie. Nie było tego dużo, lecz zarządczyni usłyszała plotki o tym, co organizują więźniowie. W sumie złapano dziesięć osób. Wykonano publiczną egzekucję. Wysoki Namiestnik zabił ich jednocześnie. I zrobił to w "czysty" sposób, żeby dłużej wytrzymali w kopalniach lumitu. - Grace zgarbiła się opowiadając, jakby przytłaczało ją samo wspomnienie. - Pozostało nam skupić się jedynie na przetrwaniu. Tylko to się teraz liczy - wyszeptała ostatnie słowa, jakby były przeznaczone nie dla Heleny, ale dla niej samej.
- Dlaczego tu jesteś, Grace? - zapytała więźniarka, rozglądając się niezbyt uważnie. - Nie znajdujemy się w kompleksie, prawda?
Była sanitariuszka pokręciła głową.
- Nie. Miejsce, gdzie przebywamy, nazywają teraz Centralą. Nieumarli przeprowadzają tu eksperymenty. A ja... - zająknęła się. - Mam trzech braci. Są ode mnie młodsi. Wszyscy byli za młodzi, aby zaciągnąć się do ruchu oporu, więc ich imiona nie znalazły się w rejestrze rebeliantów. Gid wkrótce będzie na tyle duży, żeby pracować, więc zdoła opuścić kompleks. Kiedy to zrobi, dostanie pensję. Do tego czasu musimy po prostu... przetrwać.
- Grace...
- Za oczy bardzo dobrze płacą. Wystarczy jedno i będziemy mieć pieniądze na kilka następnych miesięcy.
Helena patrzyła na nią zupełnie zdezorientowana.
- A po co im oczy?
Grace pokręciła głową.
- Nie wiem. Zależy mi tylko na pieniądzach.
Gdyby Heleny nie przykuto do łóżka, objęłaby dziewczynę.
- Grace, jeśli to zrobisz, nigdy nie będziesz w stanie...
Dziewczyna przerwała jej, parskając niemal dzikim śmiechem.
- Wiem, że oczy nie odrastają. Właśnie dlatego tak dobrze za nie płacą.
- Tak, ale...
- Po co mi one? - rzuciła prawie histerycznie Grace. - Żebym patrzyła, jak głodują moi bracia? Nie mamy jedzenia! - Przestała szeptać. Twarz jej poczerwieniała, przez co blizny stały się bardziej widoczne. - Nic nie wiesz... Nie masz pojęcia, jak tu teraz jest. Gdzie byłaś? Dlaczego nie ocaliłaś Luca? Przecież na tym właśnie polegało twoje zadanie, ale nic nie zrobiłaś. Zginął! Wszyscy to widzieliśmy. Bayardowie również nie żyją, jak i wszyscy członkowie Wiecznego Płomienia... Poza tobą. Dalej myślisz, że powinno mi zależeć na oczach?
Zanim Helena zdołała odpowiedzieć albo Grace coś dodać, rozległ się dźwięk zbliżających się kroków.
Na twarzy dziewczyny pojawiło się przerażenie, a potem wzięła nogi za pas.
Kotara po drugiej stronie łóżka została odsunięta i przy Helenie stanęło kilka osób. Kiedy jedna z nich się zbliżyła, Helena poznała tę, która ją wcześniej przesłuchiwała. Kobieta wpatrywała się w więźniarkę z dobrze widocznym napięciem.
Helena nie widziała wyraźnie tych, którzy stali dalej, ale wydawali się o nienaturalnie szarej skórze, przez co miała ciarki, i natychmiast wyczuła woń środków konserwujących.
- To ona - oznajmiła kobieta. - Jak już zapewniałam, całkowicie unieruchomiona. - Spojrzała nerwowo na postacie, które zdawały się poruszać zbiorowo.
Nekrosłudzy. Co do jednego.
Kobieta wróciła wzrokiem do Heleny.
- Wielki Nekromanta posłał po ciebie. Pragnie osobiście obserwować badanie.
Helena poczuła ucisk w piersi i szarpnęła się w kajdanach.
- Nie.
Nie zdoła ponownie na niego spojrzeć. Widziała Wielkiego Nekromantę Morrougha tylko wtedy, gdy zabijał Luca.
A Luc był dla niej całym światem.
Helena zaciągnęła się do ruchu oporu i przysięgła wierność Zakonowi Wiecznego Płomienia nie z powodu wiary, lecz przez Luca Holdfasta. Może nie wierzyła w bogów, ale wierzyła w niego, a on był dobry, życzliwy i o wszystkich się troszczył.
Przyrzekła, że zrobi dla niego dosłownie wszystko.
A ostatecznie patrzyła, jak umiera.
Emocje złapały ją za gardło.
- Nie - powtórzyła, kiedy łóżko trzęsło się ciągnięte przez istoty, które zupełnie nie zważały na jej protesty.
Helena dopiero przy windach rozpoznała otoczenie i zrozumiała, czym jest Centrala. Ze ścian zdrapano murale i obrazy, zniknęły portrety i złocone dekoracje, przez co wnętrze stało się puste i surowe, a mimo to charakterystyczna, misternie zdobiona metalowa konstrukcja wejścia do wind wciąż była jej znajoma.
Widywała ją przecież codziennie, odkąd skończyła dziesięć lat.
Znajdowała się w Wieży Alchemicznej, w samym sercu Instytutu Alchemii, który ufundowali Holdfastowie.
I to właśnie była teraźniejsza Centrala.
- Co wyście zrobili? - zapytała głosem pełnym żalu i przerażenia. - Coście uczynili?
- Uspokój się - syknęła kobieta przez zęby, piorunując ją wzrokiem. Nieustannie zerkała na otaczające je nekrosługi.
Helena jednak nie mogła się uspokoić. To było dla niej jak powrót do domu i odkrycie, że obdarto go z pociechy, jaką niósł, że podeptano całe jego piękno, a wszystko, co niegdyś znajome, obrócono w perzynę.
Przebyła pół świata, by móc się uczyć w tej Wieży. Luc był dumny z Instytutu, który wzniosła jego rodzina. Budynek stał się sercem Paladii. Poznała go oczami Luca - całą jego historię i znaczenie. W tej chwili zobaczyła, jak go spustoszono i okaleczono.
Utrata Luca była straszna, a mimo to jakimś cudem zdołała opłakać nawet ten fragment historii. Z gardła Heleny wydobył się szloch.
Poczuła, że u podstawy jej czaszki zacisnęły się czyjeś palce, paznokcie wbiły się w skórę.
Spadała spiralnie. Leciała coraz niżej.
Znajdowała się w długim tunelu. W wirującej ciemności.
Były tylko zimne, martwe ręce i odór śmierci.
Kiedy jej umysł ponownie doszedł do siebie, zorientowała się, że przywiązano ją do stołu. Nad głową miała jasne światło, które padało tylko na nią, resztę pomieszczenia spowijał mrok.
Obok stał niski mężczyzna, marszczył czoło. Dotykał twarzy Heleny spoconymi, wilgotnymi palcami, ściskał nasadę jej nosa, skronie, macał we włosach, jakby chciał dostać się do czaszki.
- Muszę przyznać, że to prawdziwy cud ludzkiej transmutacji - stwierdził pospiesznie wysokim głosem. Mówił z akcentem. To nie był dialekt z Północy, brzmiał bardziej na zachodni. - Wiwimanta z takimi zdolnościami jest... niesamowity. Bardzo dobrze, że mnie wezwałaś. - Nastała długa, przytłaczająca cisza, aż w końcu mężczyzna odchrząknął. - Chodzi jednak o to... że to niemożliwe. Tego nie da się zrobić.
- Oczywiście, że możliwe. Dowód masz przed sobą - odparła ostro kobieta stojąca po drugiej stronie Heleny, ledwie widoczna w gęstym cieniu.
- Tak, słusznie, doktor Stroud. Jasne, że jest tak, jak pani mówi. Jednak wiwimancja mózgu jest od zawsze niezwykle delikatną procedurą. Tak misterna i złożona transmutacja wykracza poza wszelkie znane nauce możliwości. Pamięć wciąż pozostaje tajemnicą, staje się zmienna, gdy jest przenoszona. To nie miejsce, ale raczej podróż umysłu. Ścieżka. Ważniejsza, silniejsza, częściej uczęszczana pozostaje, a te, z których korzysta się rzadziej - pomachał palcami - zanikają.
- Do rzeczy, proszę - poleciła doktor Stroud.
- Tak, tak. Istnieją obszary w mózgu, które można zmodyfikować. W laboratorium udało nam się dokonać wiwisekcji niezliczonych ludzkich mózgów, które potem składaliśmy na różne sposoby i odnosiliśmy w tym pewne sukcesy, ale także... niepowodzenia. Jednak tę transmutację przeprowadzono w oparciu o myśli. Pamięć. Dokonano czegoś... - Coś mokrego skapnęło na twarz Heleny. Zrozumiała, że to kropelka potu mężczyzny. - Zmodyfikowano coś niezmiennego. Ktoś przebudował szlaki neuronalne, przeobrażając je w alternatywne drogi. Jak stworzyć coś takiego, nie znając jej myśli czy wspomnień? Nie. Nie. To z naukowego punktu widzenia jest po prostu niemożliwe.
- Sądziłem, że specjalizujesz się w umysłach - powiedział gdzieś w ciemności niski, ochrypły głos.
Mężczyzna pisnął i wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać.
- W mózgach, wasza eminencjo. - Skłonił się w stronę mroku. - Ale to dzieło przerasta moje umiejętności. Pamiętasz, wasza eminencjo, zlecone nam zadanie, nad którym pracowałem z Bennetem? Mam nadzieję... Wspomnień nie da się tak po prostu odtworzyć. Muszą je utkać duch i umysł. Nie można wpływać siłą z zewnątrz na ducha...
- Czy istnieje jakiś sposób, aby odkryć to, co zostało ukryte?
Mężczyzna otwierał i zamykał usta niczym ryba wyjęta z wody, patrząc w cienie, jakby spodziewał się, że go pochłoną.
- Holdfastowie nie żyją - powiedział ochrypły głos. - Wieczny Płomień został starty z powierzchni ziemi na proch. Co takiego może pozostawać ukryte w jej umyśle?
Nikt mu nie odpowiedział.
- Kto umieścił ją w tamtym magazynie?
Stroud wystąpiła o krok naprzód.
- Nie znaleźliśmy żadnego potwierdzenia, ale według rejestru nadzorowała go wtedy Mandl. Musiało to być na krótko przed jej awansem i przeniesieniem do kompleksu fabrycznego.
- Poślijcie po nią.
Stroud przytaknęła i odeszła, a zaraz potem cienie się poruszyły.
Helena kątem oka dostrzegła wyłaniającego się z ciemności Morrougha.
Wielki Nekromanta nie prezentował się tak, jak go zapamiętała. Kiedy zabijał Luca, był człowiekiem, a w tej chwili wyglądał, jakby został zmutowany. Zdawał się wielkości dwóch ludzi, a jego kończyny poruszały się, jakby stawy nie łączyły ich z resztą ciała.
Początkowo odniosła również wrażenie, że ma na twarzy maskę. Wielki Nekromanta nosił ją podczas celebracji - był to duży, złoty półksiężyc, który zakrywał połowę jego oblicza, przez co przywodził na myśl zaćmienie słońca.
W momencie, kiedy się do niej zbliżył, pojęła, że nie patrzy na żadną maskę. Morrough wydawał się nie mieć twarzy, a same kości. Mięśnie zapadły się, a skóra stała się tak jasna, że wręcz przejrzysta i można było dostrzec przez nią czaszkę. W miejscu oczu ziały jedynie poczerniałe, puste dziury, jakby gałki wypalono rozżarzonymi węglami.
A mimo to sprawiał wrażenie, jakby ją widział.
Szedł z wyciągniętą ręką, ale coś było z nią wyraźnie nie w porządku - skóra wyglądała na napiętą i dziwnie ułożoną. Jakby znajdowało się pod nią zbyt wiele kości. Zanim musnął Helenę palcami, w jej głowie rozpalił się ból wywołany jego rezonansem.
Świat zasnuł szkarłat.
Otoczyły ją krzyki, które rozsadzały bębenki i ciągnęły się w nieskończoność, gdy w umyśle Heleny eksplodowały wspomnienia. Jej świadomość zalała powódź obrazów.
Gdziekolwiek spojrzała, dostrzegała umierających. Całe ręce miała we krwi. Wszędzie leżały ciała.
Klęczała na ziemi, trzymała poodcinane głowy, kończyny i inne porozrzucane części ciała, próbując złożyć je do kupy, jakoś połączyć w całość. I nie ustawała w wysiłkach. Skóry tych wszystkich ludzi ogień strawił do tego stopnia, że nie była w stanie rozpoznać ich po rysach twarzy.
Pojawiały się kolejne ciała, a potem następne.
Rezonans wnikał coraz głębiej, krzyki się wzmagały.
Zobaczyła Luca. Widziała go tak wyraźnie, jakby był tu z nią. Dostrzegała jego piękne oblicze, oczy błękitne jak letnie niebo i odbijające się w nich promienie słońca.
A potem Luc umarł. Krew była wszędzie. Helena widziała jedynie czerwonawe światło, rozproszone i bezładne, poruszające się ponad jej głową. I słyszała wrzaski.
To ona krzyczała, aż zdarła struny głosowe, ból szarpał płuca i gardło. Z każdym płytkim oddechem agonia przeszywała jej serce.
- Nie zalecałbym... - wymamrotał niski mężczyzna, obejmując własną głowę, jakby chciał ją chronić.
Rozległo się pukanie do drzwi, chwilę później Stroud wróciła do stołu, ledwie zwracając uwagę na Helenę.
- Mandl już idzie. I... - zawahała się. - Sprowadziłam Shiseo. Sądzę, że może coś wiedzieć o naszej więźniarce. Miał kontakt z Wiecznym Płomieniem. A poza tym, trzeba jej zapewnić nowy zestaw absorbujący. Pomyślałam, że mógłby go założyć przed wyjściem.
W ciemności coś cicho zaszurało. Helena wyciągnęła szyję, ile tylko mogła, i wytężyła wzrok, aby dostrzec zdrajcę.
Z cienia wyłonił się mężczyzna o okrągłej twarzy i ciemnych włosach, trzymający w dłoni niewielką walizkę. Zatrzymał się, aby z szacunkiem skłonić głowę przed Wielkim Nekromantą.
Morrough wskazał na Helenę.
- Jakiego rodzaju wiwimancją posługiwano się w Wiecznym Płomieniu?
Shiseo podszedł bliżej. Helena zdała sobie sprawę, że pochodził ze Wschodu. Z Dalekiego Wschodu. Tylko przez chwilę patrzył w pełne oskarżeń oczy Heleny, nim odwrócił wzrok.
- Przepraszam. - Znów nieznacznie się skłonił. - Ale ze względu na moją wiedzę na temat metalurgii byłem konsultantem jedynie okazjonalnie.
Helena odetchnęła z ulgą.
- Z pewnością coś jednak wiesz, przecież pracowałeś w ich laboratoriach - wtrąciła zniecierpliwiona Stroud. - Przynajmniej ją rozpoznajesz?
Shiseo tylko rzucił okiem na Helenę.
- Wydaje mi się, że była uzdrowicielką - wyznał cicho, gdy wrócił uwagą do swojej walizki.
Helena starała się nie skrzywić.
Stroud spojrzała na nią gniewnie, mrużąc oczy.
- Naprawdę? Była uzdrowicielką, powiadasz? - rzuciła z goryczą. Odchrząknęła i się rozejrzała. - Oczywiście wiedziałam o istnieniu wiwimantów, którzy wspierali Wieczny Płomień. Jak gdyby stając się męczennikami mieli zyskać aprobatę, nawet jeśli Wiara odrzucała ich dar i traktowała, jako wynaturzenie. - Patrzyła krytycznie. - Nie zdawałam sobie sprawy, że to jedna z nich. - Zapadła cisza. Stroud poczerwieniała. - Chociaż na pewno bym się zorientowała, gdybym tylko miała więcej czasu na przejrzenie danych ruchu oporu. Po co jednak ktoś miałby transmutować umysł uzdrowicielki?
Shiseo skłonił się przed Stroud.
- Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.
W pomieszczeniu narastało napięcie.
Morrough westchnął ciężko.
- Shiseo o niczym nie wie. Zainstaluj absorber i go wyprowadź.
Mężczyzna znów się skłonił, a następnie na tyle, na ile było to możliwe, uniósł rękę Heleny, przyjrzał się jej nadgarstkowi i obręczy na nim. Jak na metalurga miał zaskakująco miękkie palce.
- To bardzo stary model. Nie do końca tłumi rezonans - oświadczył. Przesunął bransoletę do góry, ile tylko zdołał, a Helena poczuła, jakby wraz z metalem wypchnięto tłumienie w kierunku jej mózgu.
Zręcznie dotykał jej ręki, aż znalazł zagłębienie tuż pod nadgarstkiem, pomiędzy kością łokciową a promieniową.
Wyczuwał puls Heleny. Skupił się na nim przez chwilę, a potem ścisnął palce w odpowiednim miejscu, zanim zwrócił się do Stroud:
- Tutaj.
Helena poczuła suche, szorstkie opuszki Stroud wokół nadgarstka. Rozeszło się krótkie mrowienie rezonansu kobiety, a potem od dłoni aż do łokcia przestała odczuwać cokolwiek, ciało zwiotczało jak sparaliżowane. Wiwimantka, bez wyjaśnienia czy ostrzeżenia, wyjęła coś z walizki. Narzędzie błyszczało w świetle, miało cebulasty uchwyt i długi, spiczasty kolec.
Stroud wprawnie wbiła go w przegub Heleny, która nic nie poczuła, a mimo to gardło jej się zacisnęło, a żołądek skurczył, gdy obserwowała, jak kobieta obraca szpikulcem, zagłębiając go pomiędzy kośćmi, aż jego czubek wyszedł po drugiej stronie ręki.
Kiedy go wyjęła, na wierzchołku lśniła kropla krwi, a w nadgarstku ziała dziura. Z rany nic się jednak nie sączyło - rozdarta skóra, mięśnie i naczynia natychmiast się zasklepiły.
Stroud odłożyła szydło, a potem obracała dłonią Heleny, wyginając ją na wszystkie strony, sprawdzając zakres ruchu. Czucie powróciło do tkanek, chociaż paraliż pozostał.
- Nie naruszyłam żył i nerwów - oświadczyła i puściła.
Helena mogła jedynie obserwować, gdy Shiseo ponownie podszedł do stołu, a następnie wsunął niewielką, karbowaną rurkę w otwór, który w tym momencie przebiegał na wylot przez jej rękę. Zostawił luźne końce po dwóch stronach ciała. W chwili, kiedy rurka znalazła się na swoim miejscu, niewielkie odczucie rezonansu w lewej dłoni zupełnie zniknęło.
Helena odniosła wrażenie, jakby odebrano jej jeden ze zmysłów.
Czuła w swoim ciele tę rurkę, z której emanowało przytłaczające poczucie bezwładu.
Shiseo wyjął metalową taśmę, z jednej strony gładką i błyszczącą, z drugiej żłobioną. Wsunął kawałek w karbowany koniec rurki, a potem owinął taśmą nadgarstek Heleny i wsadził z drugiej strony, przytwierdzając na miejscu, po czym resztą metalu kilkakrotnie okręcił jej rękę.
Sprawdził naprężenie, ustawił warstwy, a te po zaledwie jednym ruchu jego palców zmieniły się w solidną obręcz, która idealnie przylegała do przegubu Heleny.
Nie miała zamka, można było ją zdjąć tylko za pomocą rezonansu.
Shiseo wsunął drut o dziwnym kształcie do niewielkiego otworu w starej bransolecie. Mechanizm kliknął i całość upadła na materac.
Mężczyzna wziął obręcz ostrożnie, jak jakiś unikatowy antyk, i włożył do walizki, a następnie przeszedł na drugą stronę łóżka.
Helena rozpaczliwie uchwyciła się pozostałego jej jeszcze słabego rezonansu, próbując się skupić, pamiętać o tym, kim i czym była, wiedząc, że za kilka minut wszystko to zniknie.
Shiseo zdejmował starą bransoletę z drugiej ręki, gdy otworzyły się drzwi i pojawił się strażnik.
- Zarządczyni Mandl.
Do pomieszczenia weszła kobieta w mundurze, stawiając pewne kroki, zawahała się jednak, gdy dostrzegła Helenę. W szoku otworzyła szeroko usta.
- Co zrobiłaś tej więźniarce, Mandl? - zapytał Morrough. Wrócił do cienia, z którego popłynął jego znacznie bardziej niebezpieczny głos.
Mandl upadła na posadzkę, usuwając się Helenie sprzed oczu.
- Wasza eminencjo... - błagała z poziomu podłogi.
- Ocaliłem cię przed Holdfastami i Wiarą. Uratowałem wszystkich nekromantów i wiwimantów, którzy, podobnie do ciebie, żyli jak szczury, obawiając się kary Wiecznego Płomienia za swoje "nienaturalne moce". Pozwoliłem, abyś wzniosła się ponad tych, którzy próbowali cię poskromić. A mimo to w tej chwili dowiaduję się, że mnie zdradziłaś?
- Nie! To nie była żadna zdrada! Jestem lojalna. Oddana twojej sprawie, panie, i tobie! Przyznaję jednak, że wzięło górę moje głupie pragnienie zemsty. Chciałam, żeby cierpiała. Ale nigdy bym cię nie zdradziła.
- Wyjaśnij swoje postępowanie.
Mandl podniosła się na klęczki i ze zwieszoną głową odparła, drżącym z emocji głosem:
- To zdrajczyni wiwimantów! Torturowała mnie! Uważała się za lepszą ode mnie, ponieważ należała do Instytutu Holdfastów, a jej wiwimancja została pobłogosławiona przez Wieczny Płomień. Musiała zostać ukarana!
Mocno oszołomiona Helena wpatrywała się w zarządczynię.
- Zatem zajęłaś się więźniarką i wymazałaś jej dane z systemu z zazdrości? - spytała zdumiona Stroud. - Dlaczego nie zgłosiłaś jej daru?
Mandl się zgarbiła.
- Obawiałam się, że jeśli to wyjdzie na jaw, znów stanie się uprzywilejowana. Że uznacie ją za przydatną i nie ukarzecie tak, jak na to zasługuje.
Stroud pochyliła się nad Mandl.
- A według ciebie, na jaką karę zasłużyła?
Mandl nerwowo przełknęła ślinę.
- Zostawiłam ją... przytomną w kapsule hibernacyjnej. Zamierzałam do niej wrócić. Chciałam, żeby była uwięziona, a jednocześnie wiedziała, co zrobię, gdy ją dopadnę, i bała się mnie, ale potem dostałam awans i oddelegowano mnie do kompleksu. Obawiałam się więc, że moja chwilowa utrata zdrowego rozsądku was rozczaruje, dlatego niczego nie ujawniłam. Jednak nigdy nie śmiałabym zdradzić waszej sprawy!
- Przebywała czternaście miesięcy w magazynie. Tkwiła tam, odkąd cię przeniesiono. Dlaczego nie ma w systemie żadnych danych na jej temat? - zapytała z wielkim sceptycyzmem Stroud.
- Zamierzałam uzupełnić te zapisy, gdy już z nią skończę. Kiedy wyjechałam, zakładałam, że umrze i nikt się nigdy nie dowie. Wybaczcie! Nie zrobiłam nic więcej, przysięgam!
Mandl ponownie rzuciła się na podłogę.
- Teraz widzę, że byłem zbyt hojny - oznajmił Morrough. Z cienia wychynęła jego koszmarna twarz i ciemne oczodoły. Przechylił głowę, jakby chciał przejrzeć zarządczynię na wskroś. - Nie jesteś godna mojego daru.
- Proszę! Wasza eminencjo, błagam cię, pozwól mi...
Mandl zamilkła, gdy niewidzialna siła poderwała ją na nogi. Przód jej munduru rozdarł się, gdy w krwawym rozbryzgu żebra rozłożyły się na boki, a pierś kobiety została otwarta.
Helenę przeszedł dreszcz, przerażenie pełzło niczym robak przez jej ciało, gdy całe pomieszczenie wypełniła ciepła, wilgotna woń świeżej krwi i obnażonych narządów. W powietrzu czuć było swoistą wibrację, przypominającą buczenie, która dotarła aż do żołądka dziewczyny.
Ale Mandl, pomimo rozszarpanej piersi, nie umarła.
Uniosła ręce - jedną próbując zamknąć rozłożone żebra, a drugą odepchnąć Morrougha. Widać było, jak pracują jej płuca.
- Proszę o kolejną szansę! Nie zawiodę! Przysięgam! Nie pożałujesz, panie!
- Tak, już mnie nie zawiedziesz - odparł ochrypłym, niemal delikatnym głosem, kiedy wsadził dłoń do klatki piersiowej Mandl, wsunął palce głębiej i gdzieś z okolicy serca wyjął błyszczący fragment metalu, na którym - jak i na jego palcach - widać było części tkanek.
Pozbawione talizmanu ciało Mandl upadło na posadzkę. Ciche. Martwe.
Wielki Nekromanta westchnął i wydawał się nieco skurczyć, gdy stał z metalem w dłoni. Pomimo krwi fragment jaśniał ostrym blaskiem lumitu.
Morrough wykonał gest wolną dłonią, a z cienia wypełzła jak zwierzę nekrosłużka.
Była młoda i we wczesnym stadium rozkładu, wciąż nosiła pozostałości fartucha ze szpitala Wiecznego Płomienia. Patrzyła z pustym wyrazem twarzy. Rozdarty materiał odsłaniał klatkę piersiową, pokrytą siateczką czarnych żył.
Kiedy zwłoki dotarły do Morrougha, ten wcisnął w nie trzymany kawałek metalu.
Dało się słyszeć cichy trzask łamanej kości, a potem w dekolcie nekrosłużki powstała dziura, zabarwiona na purpurowo od starej krwi.
Trup kobiety zadrżał, a później zmieniło się jego oblicze, zniknęła wcześniejsza pustka.
Istota potknęła się i wydała z siebie przeszywający jęk, gdy popatrzyła w dół na poczerniałe palce i gnijące ciało.
- Nie! Proszę, nie... To nie było...
- Nie zawiedź mnie po raz kolejny, Mandl - nakazał Morrough. - A z czasem rozważę, czy dać ci lepsze naczynie. Być może nawet twoje oryginalne.
Wskazał na leżące na podłodze dotychczasowe ciało Mandl. Powietrze znów zatrzeszczało, gdy zacisnął palce, a żebra się zamknęły. Trup się podniósł. Przód munduru pozostał rozdarty, piersi i krew wciąż były na widoku. Skóra się zrosła, niemniej twarz wciąż nie zyskała wyrazu. Nowa Mandl upadła na podłogę, jęcząc i błagając, drapiąc sączącą się ranę pośrodku klatki piersiowej, jakby próbowała wyrwać z niej metal, podczas gdy Morrough podszedł do Heleny.
Stroud kopnęła ukaraną zarządczynię.
- Podziękuj Wielkiemu Nekromancie za jego łaskę i możliwość egzystencji w ciele wiwimantki, w którym być może zasłużysz na przebaczenie i powrót do kompleksu fabrycznego, Mandl.
Kobieta-trup wydała z siebie ostatni gardłowy jęk i z trudem podniosła się z posadzki.
- Dziękuję, wasza eminencjo - wychrypiała i chwiejnym krokiem wyszła z pomieszczenia.
Stroud zbliżyła się do Morrougha, zupełnie nieporuszona tym, co się właśnie stało.
- Czy to możliwe, aby jakakolwiek osoba przeżyła aż czternaście miesięcy w hibernacji? - zapytała.
Wielki Nekromanta milczał, a Stroud odpowiedział spocony z nerwów mężczyzna, który kulił się pod ścianą.
- Właściwie ten pomysł ma pewien potencjał - oświadczył, przy czym zbliżył się o krok, a następnie cofnął, gdy Morrough obrócił ku niemu pozbawioną oczu twarz.
Naukowiec kilkakrotnie poprawił kołnierzyk koszuli.
- Nasz przyjaciel z Dalekiego Wschodu - wskazał na Shiseo, który czyścił szpikulec - wspomniał, że nosiła przestarzały model tłumika, który nie do końca blokował rezonans. Być może właśnie to wyjaśnia, dlaczego jej umysł znajduje się w takim stanie i dlaczego w ogóle zdołała przetrwać.
Stroud zmrużyła oczy.
- W jaki sposób?
- Transmutacja, jakiej ją poddano, nie jest czymś, czego dokonałby ktoś z zewnątrz. Wspomnienia są przecież zbyt głęboko zakorzenione w umyśle. Jednak gdyby istniał ktoś zdolny pracować nad tak skomplikowaną strukturą... Uzdrowicielka, którą podobno była... To wtedy może sama...
- Chcesz powiedzieć, że sama to sobie zrobiła? - Stroud wskazała na Helenę, spoglądając na nią z wielkim niedowierzaniem.
Mężczyzna odkaszlnął.
- Cóż, wydaje mi się to najbardziej prawdopodobnym rozwiązaniem zagadki. Oczywiście to tylko moje subiektywne zdanie. - Na twarzy niskiego mężczyzny perlił się pot.
Stroud wciągnęła powietrze przez zęby.
- A jak przetrwała?
- Nie dopuściła do śmierci. Być może niski poziom wewnętrznego rezonansu pod kontrolą wprawnej uzdrowicielki zapewniłby pewien stopień samowystarczalności, chociaż normalne ciało umarłoby w takich warunkach.
- To istny absurd! - warknęła wiwimantka.
- Akurat to mało istotne. Czy zdołamy odzyskać wspomnienia? - zapytał Morrough. - Wieczny Płomień nie dokonałby czegoś takiego, gdyby ukryta informacja nie była dla nich kluczowa.
- Wasza eminencjo - odezwała się błagalnie Stroud - Zakon Wiecznego Płomienia już nie istnieje. Pozostały po nim jedynie zgliszcza.
- Nie prosiłem cię o opinię - rzucił Morrough i skupił się na mężczyźnie, którego twarz stała się chorobliwie sina.
- Nie... wierzę...
- Wyjdź. - Powietrze zatrzeszczało.
Mężczyzna pobladł, skłonił się parę razy, dziękując Wielkiemu Nekromancie za litość i cierpliwość, a kiedy wychodził tyłem z pomieszczenia, na jego twarzy gościła wyraźna ulga.
- Co takiego ukrywasz? - Morrough górował nad Heleną.
Jej serce znacząco przyspieszyło. Nie miała na to odpowiedzi.
Stroud pochyliła się nad stołem, wpatrując w Helenę oceniającym wzrokiem zmrużonych oczu.
- Wasza eminencjo, może gdybyśmy poddali resekcji jej płat czołowy, moglibyśmy wniknąć do niektórych wspomnień, zanim zapalenie wyrządzi zbyt wielkie szkody - stwierdziła, w zamyśleniu wiodąc palcem po czole Heleny. - Albo moglibyśmy zmienić ścieżki na tyle, żeby wszystko odwrócić. Byłabym zaszczycona, mogąc podtrzymywać jej funkcje życiowe, podczas gdy przeprowadzałbyś wiwisekcję.
Helena mocno się wystraszyła, gdy Morrough przytaknął. Stroud odsunęła się na bok, poprawiła światło nad głową, jakby natychmiast zamierzała wziąć się do pracy.
- Przepraszam - przerwał im cichy głos. Helenę ogarnęła ulga, dopóki nie zorientowała się, że to ten zdrajca Shiseo, który stał z tyłu z walizką w ręce. - O czymś sobie przypomniałem. Podczas wojny generał Bayard został ranny w głowę.
- Tak. - Stroud wydawała się poirytowana jego wtrąceniem.
- Mózg się zagoił, ale - metalurg urwał, jakby próbował znaleźć odpowiednie słowa - generał został odcięty od tego, kim był wcześniej, od jego osobowości, jego prawdziwego "ja".
- Zgadza się. Jesteśmy świadomi tego, co stało się z Bayardem. Przestał mówić i stał się zależny od innych. Żona musiała opiekować się nim jak dzieckiem - odparła kobieta ze złością.
- Oczywiście, przepraszam. To pewnie nic takiego. - Shiseo skłonił się i obrócił do wyjścia.
- Zaczekaj - zawołała za nim łagodniej Stroud. - Skoro już zacząłeś, wyłóż nam swój punkt widzenia.
Metalurg zamarł.
- Nie znam szczegółów, wydaje mi się jednak, że pod koniec wojny próbowano go wyleczyć. Planowano przeprowadzenie skomplikowanego zabiegu na jego mózgu.
- Ale kto chciał to zrobić? Uzdrowiciel czy chirurg? - dociekała.
Shiseo przechylił głowę na bok, jakby próbował sobie przypomnieć.
- Uzdrowicielka.
Stroud zacisnęła na chwilę usta.
- Zakładam, że to była Elain Boyle.
Metalurg patrzył na nią bez zrozumienia.
- Osobista uzdrowicielka Luciena Holdfasta. Wieczny Płomień niezbyt dbał o dokumentację, lecz w ostatnim roku wojny dane Elain Boyle przewijały się dość często. Wydaje się, że ta młoda kobieta stała się wybitna. - Stroud postukała palcem w wargi i ponownie wciągnęła powietrze przez zęby.
- Gdzie ona teraz jest? - zapytał Morrough.
- Zginęła, kiedy przejęliśmy Instytut. Wydaje mi się, że jej ciało wysłano do kopalń. Możemy sprawdzić, czy zostały jeszcze jakieś szczątki. - Stroud popatrzyła na Shiseo. - Co takiego Wieczny Płomień chciał zrobić z Bayardem, co według ciebie jest aż tak istotne?
Mężczyzna ponownie się skłonił.
- Zdradzili mi to, bo liczyli, że podobne techniki stosowano we Wschodnim Imperium. Powiedziano mi, że uzdrowicielka miała wyjątkowy dar nie tylko do modyfikacji mózgu, ale również umysłu. Zaproponowała, że wejdzie do umysłu Bayarda i uzdrowi go od wewnątrz.
Zmieniła się atmosfera w pomieszczeniu, wzrosło napięcie.
- To byłaby animancja, a nie uzdrawianie - stwierdziła z niedowierzaniem Stroud.
- Nie wiem, użyto innych słów - wyznał Shiseo. - Powiedziano mi, że umysł stawiałby opór wobec cudzej obecności, ale ta uzdrowicielka wierzyła, że zdoła wejść do niego małymi kroczkami, przyzwyczajając do siebie powoli pacjenta, jak przy wyrabianiu tolerancji na truciznę.
- To mitrydatyzm - skwitował Morrough. Wyprostował swoją wielką postać. - Mitrydatyzm duszy... - Podszedł do Shiseo, jakby zamierzał wyrwać z niego odpowiedzi. - Wieczny Płomień opracował sposób na to, aby żywe stworzenia przetrwały transfer duszy, a ty nie pomyślałeś, żeby o tym napomknąć?
Helena pomyślała, że zaraz na jej oczach kolejna osoba zostanie wypatroszona.
Shiseo pozostał jednak dziwnie spokojny i znów się skłonił.
- Przepraszam. Zadawano mi wiele pytań. Trudno wszystko spamiętać.
Morrough wydawał się usatysfakcjonowany tą wymówką. Obrócił się i spojrzał na Helenę, jakby wciąż chciał poddać ją wiwisekcji, aby odnaleźć upragnione odpowiedzi.
- Jeśli Wieczny Płomień miał animantkę, która opracowała metodę tymczasowego transferu... czy mogłoby to wyjaśniać tę postać utraty pamięci? Czy postronna osoba mogła w ten sposób wejść w czyjś umysł, zmodyfikować myśli i wspomnienia jak w tym przypadku? To by wszystko wyjaśniało - dywagowała Stroud, wskazując na Helenę. - I... muszę powiedzieć, że ta teoria wydaje mi się bardziej prawdopodobna niż niedorzeczna koncepcja samomodyfikacji.
- Gdyby Wieczny Płomień opracował skuteczną metodę transferu, miałoby to większe znaczenie niż sama utrata pamięci - stwierdził Wielki Nekromanta. Helena czuła jego rezonans aż w szpiku kostnym, jakby zanurzał się w jej ciele, pragnąc rozpruć dziewczynę warstwa po warstwie. Morrough tymczasem spojrzał na Stroud. - Zanim Shiseo wyjedzie na Wschód, zapisz wszystko, co pamięta z tej procedury. Zaczniemy testować metodę stopniowego transferu. Chciałbym ją dopracować. A jeśli to możliwe, wykorzystamy ją później do usunięcia transmutacji tej tutaj i sprawdzimy, co tak rozpaczliwie chciał ukryć przede mną Wieczny Płomień. - Morrough odetchnął z ulgą i się odwrócił.
- Wasza eminencjo - odezwała się zdenerwowana Stroud. - Procedura transferu, o której mówiłeś, wymagałaby pracy animanty. - Odkaszlnęła słabo. - I jestem pewna, że gdyby Bennet żył, ochoczo skorzystałby z nadarzającej się okazji. Niestety dusze nie znajdują się w repertuarze mojego rezonansu, więc pozostaje tylko jedna osoba. Czy w takim razie moglibyśmy... - zaczęła z nadzieją.
- Niech Wysoki Namiestnik się tym zajmie.
Stroud posmutniała.
- Ale to ja znalazłam...
- Mam dla ciebie inne zadanie.
Wyprostowała się, choć wciąż wyglądała na zawiedzioną.
- Mimo wszystko Wysoki Namiestnik był ulubieńcem Benneta. - Morrough machnął lekceważąco dłonią, a potem wszedł w cienie. - Czas, żeby zajął się czymś więcej niż polowaniem.
Helenę przewieziono z powrotem do windy w Centrali, a kiedy nią jechali, liczyła piętra.
Wieża Alchemiczna od stuleci pozostawała cudem architektonicznym. Pierwotnie, gdy zaprojektowano ją jako pomnik pierwszej wojny nekromanckiej, miała jedynie pięć kondygnacji. W tamtym okresie rezonans alchemiczny pozostawał tajemniczym darem, właściwie uważanym za magię. Praktykujący tkwili w sferze mitów i półprawd, jak Cetus - pierwszy alchemik z Północy.
Zmieniło się to dopiero za sprawą Instytutu i Holdfastów, którzy ustanowili alchemię Szlachetną Sztuką, dzięki czemu stała się czymś, co należało przyswoić i opanować. Kiedy Instytut Alchemii zaczynał przewyższać Wieżę, podniesiono ją za pomocą systemu alchemicznych kół pasowych, aby dobudować u jej podstawy dodatkowe piętra. Przez niemal dwa stulecia była najwyższą budowlą na północnym kontynencie. Rosła wraz z rozwojem miasta wokół niej, gdy przez jej bramy tłumnie przechodzili alchemicy.
W strukturę Wieży wpleciono studium samej północnej alchemii. "Fundamenty" stanowiło pięć najniższych kondygnacji z największymi salami wykładowymi wypełnionymi adeptami, którzy odkrywali w sobie rezonans i próbowali opanować podstawowe zasady transmutacji. Aby wejść wyżej, należało zdać doroczny egzamin. Większość uczniów po pięciu latach opuszczała Wieżę z dyplomem, który upoważniał do wstąpienia do gildii, a jedynie najzdolniejsi kwalifikowali się do wejścia na kolejne piętro zwężającej się Wieży, aby dogłębniej studiować poszczególne dziedziny i tematy. Jeszcze mniej osób wykraczało poza naukę podyplomową i badania, aby osiągnąć rangę specjalisty.
Winda zatrzymała się gdzieś pośrodku kondygnacji, na których dawniej prowadzono badania.
Helena wytężyła wzrok, który wciąż zasnuwał ból. Ściany rozmazywały jej się przed oczami i nie zdołała skupić spojrzenia, dopóki nie znalazła się pośrodku sterylnej sali.
Zapewne niegdyś było to prywatne laboratorium.
Odpięto przytrzymujące ją pasy, a Stroud stanęła przy łóżku i sprawdziła nadgarstki Heleny.
Rurki wciśnięte pomiędzy kość łokciową a promieniową przedramion emanowały dogłębnym poczuciem zbeszczeszczenia i wywoływały nudności. Helena nie była w stanie poruszyć palcami tak, by nie czuć, jak mięśnie, ścięgna, żyły i nerwy ocierają się, stłoczone w wąskiej przestrzeni tuż obok wciśniętego w nią absorbera.
- Bardzo dobrze - stwierdziła Stroud bardziej do siebie, a następnie odwróciła się, by odejść. Zanim zamknęła za sobą drzwi, mruknęła: - Bez mojego pozwolenia nikt tu nie wejdzie.
Rozległ się trzask, a potem zgrzyt zamka.
Helena została sama.
Poderwała się, żeby usiąść, ale lek przestał już krążyć w jej krwiobiegu. Mięśnie boleśnie się skurczyły, gdy je napięła. Próbowała wstać, kiedy jednak opuściła stopy na podłogę, nogi się pod nią ugięły.
Upadła.
Wiej stąd, nalegał głos w jej głowie. Ale nie mogła uciec - kończyny by jej nie utrzymały. W obliczu niemożności ruchu skupiła się na tym, co działo się w jej głowie.
Naprawdę o czymś zapomniała?
Być może Wieczny Płomień nie zgasł, lecz pozostał ukrytym żarem, który tylko czekał na odpowiednią chwilę. Ta możliwość rozpaliła w niej iskrę nadziei. W jaki jednak sposób zdołano sprawić, że zapomniała?
Transfer. Animancja.
Oba te słowa brzmiały obco.
Zastanawiała się nad nimi. Próbowała umieścić w odpowiednich kontekstach. Dusze i umysły, a także wejście innej osoby, która transmutowałaby je od środka. Wieczny Płomień odkrył, jak to zrobić?
Na pewno nie. Wierzący uważali ducha za nienaruszalnego. Wieczny Płomień zakładał, że dla nieśmiertelnej duszy ryzyko stanowiły już zarówno wiwimancja, jak i nekromancja.
Modyfikacja umysłu, transfer duszy - z pewnością postrzegano by to jako coś dużo gorszego.
A mimo to Shiseo twierdził, że Wieczny Płomień opracował metodę, żeby przeprowadzić proces jednocześnie transferu i animancji, przy czym nie wiedział o tym nawet sam Morrough, który odkrył tajemnicę nieśmiertelności.
Kim była Elain Boyle? Helena jej nie znała i była pewna, że nie istnieli inni uzdrowiciele, a tym bardziej tacy, którzy zostali przypisani wyłącznie do Luca.
Holdfast nigdy nie zgodziłby się na coś, do czego inni rebelianci nie mieliby równego dostępu, a tyczyło się to zarówno opieki medycznej, jak i uzdrawiania. Miał problem już z tym, że paladyni przysięgali go chronić, nawet jeśli stanowiło to tradycję starszą chyba nawet od samej Paladii.
Stroud musiała się mylić.
A jednak w głowie Heleny coś zmieniono, aby ukryć jakiś fakt. Sekret, którego strzeżono tak pieczołowicie, że nawet ona sama nie była w stanie go odkryć.
Ogarnął ją jeszcze mocniejszy skurcz mięśni. Leżała na posadzce w pozycji embrionalnej, zwinięta w kłębek jak martwy pająk, lecz jej myśli pędziły jak szalone.
Co zrobiłby Luc, gdyby to on przeżył? Byłby jeńcem. Opracowałby plan. Oczarowałby Grace na tyle, by zechciała przekazywać informacje. Zacząłby obmyślać sposób ucieczki. Stworzyłby metodę ocalenia wszystkich w kompleksie fabrycznym.
Właśnie tak by postąpił. A teraz wszystko zależało od Heleny.
Nie mogła go zawieść. Nie ponownie.
Helena spodziewała się, że transfer rozpocznie się natychmiast, ale przez wiele dni leżała, ledwie mogąc się poruszyć, gdy jej mięśnie powoli się rozluźniały.
- To skutki uboczne hibernacji - stwierdziła Stroud z protekcjonalnym wyrazem twarzy, gdy wsuwała sondę do karmienia do nosa Heleny, a potem podłączyła do jej ręki kroplówkę z solą fizjologiczną, żeby nieco poprawić stan dziewczyny. - Ale to nic. Przypuszczam, że nauczyli cię rozkoszować się cierpieniem. Mimo wszystko poświęcenie jest powołaniem uzdrowicieli, prawda?
Kobieta okazywała jej pogardę - nawet jeśli obie były wiwimantkami, to stały po dwóch stronach barykady.
Stroud uważała Helenę za zdrajczynię.
- Nie podobają mi się te skurcze - powiedziała, badając ją nieco później. Skrzywiła się, gdy palce pacjentki zacisnęły się na tyle, że wypuściła z ręki kubek. - Nie wywołuje ich zestaw absorpcyjny. Pamiętasz, kiedy się zaczęły?
Helena pokręciła głową i wzdrygnęła się, gdy piekący zimnem rezonans Stroud wnikał w jej lewy nadgarstek i docierał aż do kości. Przez kilka minut poruszała jej ręką, wykręcając dłoń na wszystkie strony.
- Wygląda na to, że parę razy złamałaś ten nadgarstek. Odzywa się stare uszkodzenie nerwu. Pamiętasz, kiedy do tego doszło?
Helena nie kojarzyła, aby kiedykolwiek doznała tak poważnego urazu ręki. Potrzebowała zręcznych dłoni, żeby kierunkować i kontrolować rezonans zarówno podczas pracy alchemiczki, jak i uzdrowicielki. Zawsze szczególnie dbała o swoje kończyny.
- W twoich aktach ze studiów nie było wzmianki na temat takich urazów, więc musiały powstać na wojnie, ale w systemie też nie znalazłam żadnych danych na ten temat.
Stroud dokopała się do dokumentów akademickich Heleny i lubiła się nimi posiłkować, żeby wypytywać dziewczynę o drobne szczegóły z jej życia. Więźniarka podejrzewała, że robiła to, aby karać ją za odmawianie udzielenia odpowiedzi.
Gdzie po raz pierwszy zbadano ją pod kątem rezonansu achlemicznego? W ambasadzie Paladii, w jej ojczyźnie na wyspach Etras na Południu.
Ile miała lat, kiedy udała się do Paladii, by uczyć się w Instytucie Alchemii? Dziesięć.
Ile lat uczyła się w Instytucie? Sześć.
Czy pamięta śmierć princepsa Apolla Holdfasta? Tak, była w klasie z jego synem.
Kiedy zaciągnęła się do ruchu oporu? Wtedy gdy gildie obaliły prawowity rząd i można było zostać rebeliantem.
Stroud nie spodobała się ta odpowiedź.
Kiedy stała się członkinią Zakonu Wiecznego Płomienia? Helena próbowała nie odpowiedzieć, ale kobieta miała księgę członków, do której śluby oraz nazwisko Helena wpisała własną krwią.
- Czy Rada Wiecznego Płomienia wiedziała, że jesteś wiwimantką, gdy wstępowałaś w ich szeregi?
Helena pokręciła głową.
Stroud piorunowała ją wzrokiem, siedząc i czekając na werbalną odpowiedź.
- Sama nie wiedziałam, że jestem wiwimantką - odparła w końcu dziewczyna. - A później, gdy już wszyscy poznali prawdę, Luc zupełnie się tym nie przejął. Uważał, że to, do czego zdolna jest dana osoba, nie zmienia tego, kim jest, a definiuje ją jedynie to, w jaki sposób wykorzysta swój dar.
- Jakże wspaniałomyślnie - skwitowała z chłodem Stroud. Zacisnęła palce na teczce. - Szkoda, że również nie oddał władzy. Gdyby to zrobił, wiele osób mogłoby jeszcze żyć.
- Jego rodzina otrzymała powołanie - powiedziała Helena, chociaż wiedziała, że bez sensu się spierać.
- Tak, od Słońca - zaszydziła ostrym głosem Stroud. - Wiem, że w Instytucie nie uczono nowoczesnej astronomii, ale czy kiedykolwiek czytałaś coś na temat najnowszych teorii astrologicznych? W końcu pochodzisz z wysp handlowych, zapewne słyszałaś przeróżne pomysły. A może naprawdę wierzyłaś, że Słońce patrzy na Ziemię i wybiera swojego faworyta? Że kropla jego światła obdarzyła Oriona Holdfasta boskimi zdolnościami, przez co wszyscy jego potomkowie zasługiwali na rządzenie Paladią, jakby sami byli bogami?
Helena zacisnęła usta. Stroud jednak nie odpuszczała.
- Opierając się na twoich szkolnych opiniach, dochodzę do wniosku, że uważano cię za bystrą. Z pewnością nie łykałaś wszystkich tych bajek o Holdfastach. Popatrz mi w oczy i powiedz: czy naprawdę uważasz, że mieli prawo rządzić?
Mocno złapała Helenę za podbródek, zmuszając ją do uniesienia wzroku.
Więźniarka popatrzyła więc kobiecie prosto w oczy, czując jej rezonans.
- Lepiej oni niż tacy jak ty.
Stroud ją puściła, a rezonans zniknął. Spoliczkowała Helenę tak mocno, że głowa dziewczyny odskoczyła i uderzyła w ścianę.
- Mogłabyś być wybitna, gdybyś dołączyła do naszej sprawy. - Oddychała ciężko, wciąż stojąc nad Heleną. - Byłabyś kimś liczącym się w tym świecie. A teraz jesteś nikim. Wysłużyłaś się już po niewłaściwej stronie. Nikt nie będzie o tobie pamiętał. Jesteś prochem, zupełnie jak inni. I zdrajczynią.
Kiedy Helena ponownie została sama, położyła dłoń na spuchniętym policzku, aby ukoić pulsowanie w głowie.
Ruch oporu uważał wojnę za świętą - boską rozgrywkę dobra ze złem, która stanowiła test Wiary. Niemniej przystąpiła do niej z bardziej osobistych pobudek.
Luc nie musiał być istotą boską, żeby chciała go ocalić. Mógłby być zupełnie zwyczajną osobą, a i tak dokonałaby tych samych wyborów.
Czy mogła postąpić inaczej i zmienić bieg wydarzeń?
Kiedy po raz pierwszy znalazła się w Paladii, wydawało jej się, że trafiła do raju. Na wyspach Etras nie istniało zbyt wiele naturalnych zasobów rud metali. Rezonans pojawiał się naprawdę rzadko. Stworzono kilka gildii alchemicznych, ale te nie oferowały żadnego formalnego szkolenia. Wyjazd do Paladii wydawał się zatem jak powrót do domu - jak znalezienie się w miejscu, które od zawsze było jej przeznaczone.
Stała się niejasno świadoma, że pośród alchemików istnieje hierarchia rozróżniająca nawet uczniów, oddzielająca pobożne rodziny, które trzymały sojusze z Holdfastami, od osób z gildii. Nie zaznajomiła się wystarczająco z polityką państwa-miasta, aby zrozumieć zawiłości takiego porządku rzeczy.
Zdawała sobie tylko sprawę z tego, że niektórzy uczniowie nie chcieli z nią rozmawiać i naśmiewali się z niej, gdy zadawała pytania. Kpili z jej akcentu i sposobu, w jaki gestykulowała, gdy o czymś opowiadała. Później dowiedziała się, że te osoby należały do gildii i że powinna ich unikać.
Dopiero Luc wyjaśnił Helenie, że według tych z gildii zajęła miejsce przeznaczone jednemu z nich - choć zapewniał, że nie mieli racji. Jego rodzina założyła Instytut nie dla ludzi z gildii, ale dla takich jak ona, którzy nie mieli możliwości, żeby samodzielnie uczyć się alchemii. Uczniowie z gildii nawet nie musieli pojawiać się na zajęciach, bo mieli z góry zapewnione zarówno miejsce w szkole, jak i świetlaną przyszłość. Dla nich zapisanie się do Instytutu było jedynie oznaką statusu. Odchodzili, kiedy tylko uzyskali dyplom.
Helena była jednak wyjątkowa. Miała zostać w placówce po piątym roku, aby uczyć się czegoś więcej niż podstaw alchemii. Miała wspiąć się na wyższe kondygnacje, dokonać odkryć i zrealizować pracę, która zmieni świat. Jej imię miało zostać na zawsze zapamiętane.
Dlaczego Holdfastowie chcieliby mieć w Instytucie kolejnego ucznia z gildii, skoro mogli kształcić kogoś takiego jak ona?
Luc potrafił sprawić, by czuła się wyjątkowa, a nie boleśnie odstająca od reszty. Chciała dowieść jego racji - że jest kimś wartościowym, że warto w nią wierzyć. Że jego rodzina nie pomyliła się w jej kwestii. Postanowiła więc skupić się na nauce i ignorować kierowaną wobec niej społeczną wrogość.
Luc niekiedy wspominał, że gildie rozpowiadały, iż jego ród tłumi postęp naukowy alchemii i uniemożliwia industrializację, a potem wskazywał na fabryki poniżej tamy, które zasnuwały niebo ciemnymi kłębami dymu. Mówił, że jego ojca oskarżono o to, że nie rozwijał kraju i rządził nim w zacofany sposób. Opowiadał, że gildie proponowały, aby władza princepsa została ograniczona do kwestii religijnych i żeby to właśnie gildie przejęły rządy w kraju.
Wydawało się, że cokolwiek zrobił princeps Apollo, to i tak nie podobało się gildiom - ich skargi i żądania napływały nieprzerwanym strumieniem.
Gildie postrzegały zabójstwo princepsa nie jako tragedię, ale jako okazję. Luc miał wtedy zaledwie szesnaście lat, co wykorzystano jako pretekst do ogłoszenia reformacji - Paladią nie miały już rządzić religijne elity i wojownicy. Państwo-miasto od teraz miało być sterowane przez nowo utworzone Zgromadzenie Gildii.
Ich bunt mógł zostać dość łatwo stłumiony przez Zakon Wiecznego Płomienia, gdyby nie wmieszał się w to wszystko Morrough. Pojawił się w tym chaosie jakby znikąd i zaczął proponować nieśmiertelność. Nie niekończące się życie w rozkładzie, lecz egzystencję odporną na starzenie się i czynniki wyniszczające, odkrytą przez naukę, a nie dzięki boskiej mocy.
Gildie wykorzystały okazję; zaczęli pojawiać się nieumarli. Początkowo było to jedynie kilku wybrańców, którzy okazali się nie tylko nieśmiertelni, ale także zdolni do władania zaawansowanymi formami alchemii.
Władza i życie wieczne nagle znalazły się w zasięgu ręki każdego, kto pragnął dowieść swojej lojalności wobec Morrougha. Tłumnie dołączyli do niego aspiranci, sprzymierzając się z gildiami.
Idee "Nowej Paladii", wygłaszane przez Zgromadzenie Gildii, szerzyły się pomiędzy ludźmi jak zaraza.
Kiedy Wieczny Płomień zapragnął przywrócić porządek, nieumarli ujawnili kolejny swój dar - nekromancję. Atakowani, zamiast rekrutować aspirantów, zabijali żołnierzy Wiecznego Płomienia, a potem za pomocą wskrzeszenia wcielali ich do swoich szeregów, aby zwrócić przeciwko dotychczasowym towarzyszom broni. W ten właśnie sposób stworzyli armię z poległych członków Wiecznego Płomienia.
Luc, którego świeżo wyniesiono do rangi princepsa, był pewien, że mieszkańcy Paladii pójdą po rozum do głowy i pojmą, że sprzymierzyli się z nekromantami.
Nekromancja od stuleci na większości kontynentu pozostawała straszliwą zbrodnią. Przecież nawet gildie nie zechciałyby się nią parać.
Jakże się mylił.
- Jeśli byłaś uzdrowicielką, dlaczego w szpitalnych rejestrach nie ma nic na ten temat? - oburzyła się Stroud, wchodząc z naręczem teczek.
Prawie nigdzie nie odnotowano danych Heleny. Kobiecie udało się znaleźć jej podpis jedynie na listach inwentaryzacyjnych zapasów medycznych, na wniosku o wydanie podstawowego noża alchemicznego i na kilku formularzach wydziału chymistrii i metalurgii z prośbami o pewne substancje. Jedynym ciekawym dokumentem w całym tym stosie była lista ofiar, na której nazwisko Heleny pojawiło się pośród tych, którzy - jak podejrzewano - nie żyją. Przez wiele lat w ogóle nie figurowała w wojskowej bazie danych. Stroud dopatrywała się w tym osobistej zniewagi.
- No to?
- Uzdrawianie to cud. To nie jest coś, pod czym powinno się podpisywać - stwierdziła Helena, powtarzając dawno usłyszane słowa. - Na kartach pacjentów umieszcza się symbol oznaczający wstawiennictwo.
- Masz na myśli... - Kobieta przewróciła kilka kartek i pokazała Helenie. W rogu znajdował się przecięty półksiężyc. - Taki?
Przesłuchiwana krótko skinęła głową.
Stroud wpatrywała się w znak.
- To jak, u licha, sprawdzaliście skuteczność zastosowanych procedur?
Helena poczuła ucisk zarówno w piersi, jak i w gardle.
- Uzdrawianie to nie jest żadna norma medyczna.
Mistrz Matias, który był duchowym biegłym Rady Wiecznego Płomienia i bezpośrednim przełożonym Heleny, uparcie obstawał przy tym, że korzystanie z wiwimancji nie powinno być dokumentowane w sposób, który mógłby ją gloryfikować. Według niego posługiwanie się tym darem powinno się usankcjonować jedynie poprzez czyste intencje i bezinteresowność.
Chociaż w odległych zakątkach Paladii uzdrowiciele zdawali się stosunkowo powszechni, to wiwimancja pozostawała tak rzadka, że używający jej obrośli w legendę - mówiono, że potrafią zniewalać żywych, jak nekromanci umarłych, oraz dokonywać nieprawdopodobnych transmutacji na żywych organizmach.
Helena uważała niegdyś te poglądy za nieracjonalne, ale teraz, kiedy stała się podmiotem badań Stroud, zaczęła pojmować, skąd się wzięły.
Kobieta nie zniewalała, niemniej była ekspertką w paraliżowaniu i transmutacyjnej manipulacji Heleną, gdy ta choć w najmniejszym stopniu ją sprowokowała. Jeśli zbyt mocno się wzdrygała, Stroud unieruchamiała ją, wpływając na kości Heleny. Wydawała się czerpać przyjemność z tego, że ściśle rzecz biorąc, jej działanie nie było torturami. Niekiedy zostawiała Helenę sparaliżowaną na wiele godzin.
Poczuła ulgę, kiedy kobieta ostatecznie straciła zainteresowanie i stwierdziła, że nie ma już czasu się nią zajmować. Kilkakrotnie w ciągu dnia przychodzili dwaj nekrosłudzy i zmuszali dziewczynę do spaceru korytarzem wokół wind.
Kiedy Helenie poprawił się wzrok, dostrzegła, jak przerażające były te istoty. Trupi wosk nadawał połysku szarofioletowej, plamistej skórze, a białka wokół zmętniałych tęczówek przeważnie były czerwone lub jasnożółte. Palce im sczerniały, ich opuszki gniły. Woń chemicznych środków konserwujących i rozkładu przyprawiała Helenę o mdłości, a mimo to nie pozwalali się jej zatrzymać, aż nogi odmawiały jej posłuszeństwa, przez co musieli wlec ją z powrotem do celi.
Te spacery zaczęły się zlewać, tak samo jak poszczególne dni. Helena nie miała pojęcia, jak długo już przebywała w Centrali - światła nigdy nie gasły, a wszystkie okna pozostawały zamknięte i zasłonięte.
- To ona? - Kiedy ponownie przemierzała stałą trasę, z jakiegoś pomieszczenia wyszedł mężczyzna o przerażająco bladej twarzy i cienkim jak igła nosie, a potem stanął na drodze dziewczyny.
Krzyknęła zszokowana. Miała przed sobą odzianego w misternie haftowany strój i obwieszonego biżuterią Jana Crowthera - jednego z pięciu członków Rady Wiecznego Płomienia.
- Crowth...
Dłonią pełną pierścieni złapał Helenę za ramię i przyciągnął do siebie, aby się jej przyjrzeć.
- Znałaś go? - zapytał, zaciskając palce tak mocno, że poczuła wbijające się w skórę sygnety.
Próbowała się uwolnić, ale eskortujący nekrosłudzy przytrzymali ją, aby mógł się nachylić i zaciągnąć głęboko jej zapachem, przy czym wysunął gruby, fioletowy język, jakby zamierzał ją polizać.
Cofnęła się na tyle, że widziała przerażające detale - pożółkłe białka oraz lekko zamglone tęczówki, a także słabą siateczkę ciemnych żył na policzkach. Na skórę nałożył puder o zapachu lawendy.
To nie był Crowther.
Jeden z nieumarłych przywłaszczył sobie jego zwłoki.
Niekiedy nie mogli się zregenerować, na przykład po odniesieniu ciężkich ran w bitwach. Nieumarli, kiedy ich nieśmiertelne ciała się nie uleczały, potrafili przenieść się do zwłok swoich nekrosług. Właśnie dlatego ruch oporu nazywał ich truchłami.
To rozwiązanie okazało się jednak niezbyt doskonałe - nawet jeśli konserwowali ciała, one i tak powoli gniły, bo brakowało im zdolności regeneracyjnych nieumarłych. Helena podejrzewała, że z tego właśnie powodu Morrough tak bardzo interesował się transferem - metoda mogła potencjalnie pozwolić nieumarłym przenieść się do żyjących ciał.
Truchło wykorzystujące zwłoki Crowthera się odsunęło. Mężczyzna ponownie na nią spojrzał, a przez jego twarz przemknął dziwny wyraz.
- Znam cię - powiedział powoli.
Złapał Helenę za skronie i wykręcał jej głowę, aby przyjrzeć się pod różnymi kątami. Omiatał wzrokiem skórę, jakby czegoś szukał. Chwycił dziewczynę za rękę, a ciężkie pierścienie znowu wbiły się w jej ciało i przesunęły nową bransoletę, przez co przedramię Heleny przeszył ból. Przyjrzał się jej palcom, a potem wrócił wzrokiem do twarzy.
Nekrosłudzy stali bezczynnie.
Czy to był Wysoki Namiestnik?
- Tak. To ona - powiedziała Stroud znacznie potulniejszym tonem niż ten, który Helena zwykła słyszeć. Wyglądała na poirytowaną sposobem, w jaki mężczyzna traktował dziewczynę, ale nie odważyła się go skarcić. - Wkrótce będzie gotowa.
Truchło chwyciło Helenę za włosy i wykrzywiło usta, ponownie pochylając nad nią z głodem i desperacją w oczach - czymś, czego nigdy wcześniej nie dostrzegła na kamiennej twarzy Crowthera.
- Gdzieś ją już widziałem. - Zacisnął palce i potrząsnął nią tak mocno, że głowa odskoczyła jej do tyłu. - Gdzie cię widziałem?
- Była pupilką Holdfastów, panie przewodniczący. Zapewne widział ją pan w Instytucie.
Na wzmiankę o Holdfastach truchło skrzywiło się z pogardą i puściło Helenę, straciwszy zainteresowanie. Mężczyzna wyglądał, jakby go to rozwścieczyło - na jego szyi i twarzy pojawiły się purpurowe plamy.
- Spodziewałem się czegoś więcej. Powiedziano mi, że jest wyjątkowa.
Stroud, słysząc to, aż sapnęła.
- Wygląd to nie wszystko. Może pan przekazać Wysokiemu Namiestnikowi, że wkrótce będzie gotowa. Chciał pan zobaczyć, jak idą przygotowania poszczególnych sal. - Wskazała w kierunku wind. - Niebawem planuję zacząć od osobników testowych, aby sprawdzić, jak szybko zdołamy pracować. Jest wielkie zainteresowanie. Dostałam dziesiątki zgłoszeń, chociaż podamy to do wiadomości publicznej dopiero za kilka tygodni. - Zachichotała nerwowo, ale natychmiast się zreflektowała, odchrząknęła i dotknęła panelu windy. - Trudno określić najbardziej obiecujące kombinacje. Wyciągnęłam ze szpitalnych dokumentów wszystko, co tylko znalazłam. Archiwa gildii też są bardzo pomocne, naprawdę wyprzedzają swoje czasy. Jest pan jedyną osobą, która zrobiła dokładnie to, co mamy nadzieję tu stworzyć, więc ochoczo wysłucham pańskich spostrzeżeń.
Wyraz twarzy truchła stał się nieprzenikniony, nawet pomimo tych wszystkich pochwał. Przyjechała winda, Stroud i mężczyzna wsiedli, nim zdołał jej odpowiedzieć.
Nekrosłudzy popchnęli Helenę do przodu. Odetchnęła powoli. Zatem to nie był Wysoki Namiestnik. Poczuła ulgę, że pierwszym wskrzeszonym ciałem, które rozpoznała, okazał się Crowther, jeden z dystansujących się członków Rady, a nie ktoś, kogo darzyła sympatią.
Uniosła głowę i wzdrygnęła się na widok portretu wiszącego na korytarzu.
Dawniej w Wieży można było znaleźć sporo dzieł sztuki i dekoracji, na ścianach wisiały podobizny wybitnych alchemików, którzy niegdyś się tu uczyli lub zostali wykładowcami w Instytucie. W tym momencie pozostawiono tylko jeden obraz. Przedstawiał on bladą, ponurą twarz z wysokim czołem i wydatnym podbródkiem.
Na tabliczce poniżej wygrawerowano nazwisko "Artemon Bennet" oraz dwie daty, obejmujące okres ponad osiemdziesięciu lat.
Helena wyraźnie pamiętała raporty dotyczące tego człowieka. Kiedy nieumarli zapewnili sobie silną pozycję w mieście, wezwali ukrywających się wiwimantów i nekromantów, aby przyłączyli się do ich sprawy i zakładali laboratoria, w których uwolnieni spod ucisku Wiary mogli zgłębiać swoje moce.
Jeśli rebeliantów nie zabijano, by później wskrzesić jako nekrosługi, to wysyłano ich do laboratoriów, w celu przeprowadzania na nich doświadczeń. Artemon Bennet został kierownikiem wydziału nauki i badań Nowej Paladii. Pojawiły się doniesienia, że szczególnie mocno interesował się eksperymentami przeprowadzanymi na alchemikach.
Jedyną dobrą informacją wynikającą z jego portretu była ta, że Bennet w jakiś sposób umarł.
Helena wiedziała, że zaraz zakończy kolejny spacer. Wciąż miała problemy z zaczerpnięciem głęboko tchu, ponieważ jej płuca przywykły do ograniczonego tlenu w kapsule hibernacyjnej; sytuację pogarszał także odstręczający smród nekrosług.
Kręciło jej się w głowie, wzrok rozmywał, a krok stał się chwiejny. Towarzysze chwycili ją pod ręce, nie pozwalając zwolnić. Człapała, ciągnąc stopy po podłodze.
Poderwała głowę, gdy usłyszała, jak ktoś gwałtownie wciąga powietrze.
- Marino? - zapytała ciemnowłosa dziewczyna, siedząca na wózku inwalidzkim. Wyglądała na wychudzoną, jakby zapadła się w sobie, niemniej zdołała się wyprostować i pochylić do przodu, usilnie wpatrując się w twarz Heleny. Miała blizny jak Grace, a kolana nakryte kocem. Na jej przedramionach umieszczono takie same bransolety, jakie dostała Helena. Wieziono ją korytarzem w kierunku sali operacyjnej, do której drzwi pozostawały otwarte.
Helena zatoczyła się, próbując stanąć stabilnie.
- Penny.
Dziewczyna była o rok od niej starsza i jako jedna z niewielu w Instytucie postanowiła kontynuować naukę alchemii. Została też jedną z pierwszych osób, które zaciągnęły się do ruchu oporu. Wykazywała determinację, aby walczyć na froncie.
Wioząca ją sanitariuszka przyspieszyła kroku i obróciła wózek tak, aby uniemożliwić im komunikację.
Helena i Penny wyciągnęły szyje, starając się nie utracić kontaktu wzrokowego, który im utrudniano.
- Penny, co oni... - Nie miała jednak szansy na dokończenie pytania, bo pociągnięto ją w stronę jej pokoju.
Penny przechyliła się ponad podłokietnikiem wózka, oglądając się za siebie, a na jej twarzy wciąż malował się szok.
- Miałaś rację. Bardzo mi przykro. Powinniśmy byli cię posłuchać.
Helena nie miała okazji, żeby zapytać, o co chodziło. Sanitariuszka przyspieszyła, a Penny zniknęła za drzwiami.
- Mam cię dziś zawieźć - oświadczyła Stroud, zbliżając się do Heleny z naręczem dokumentów, które przeglądała. Kobieta zdawała się coraz bardziej rozproszona. - Przyszykuj się.
- Wyjeżdżam?
Stroud uniosła wzrok znad papierów i obdarzyła ją uśmiechem, w którym mieszały się irytacja i napięcie.
- Tak. Centrala służy innym celom. Wysoki Namiestnik już na ciebie czeka. Chodź. Pospiesz się.
Helena nie musiała się jednak przygotowywać do wyjazdu. Została wciągnięta do windy w sukni, jaką akurat miała na sobie, i w za dużych wełnianych kapciach.
Kabina zjechała na piąte piętro, przez które napowietrzne kładki łączyły Wieżę Alchemiczną z otaczającymi ją budynkami Instytutu. W Paladii, gdzie wzniesiono tak wiele wysokich budowli, stosowano przejścia pomiędzy nimi. Niektóre miały postać wąskich ścieżek, inne natomiast były na tyle rozległe, że mogły pomieścić place i ogrody, a wszystkie wisiały wiele kondygnacji ponad miastem. Wraz z jego rozwojem, z niższych części praktycznie nie było widać nieba. Dolne partie stały się ciemną, wilgotną enklawą, gdzie rozwijały się przeróżne choroby.
Helena widziała poniżej trawiaste miejskie tereny, tworzące geometryczne wzory za sprawą przecinających je ścieżek, które biegły pomiędzy akademikami i Wieżą a Głównym Wydziałem Nauki.
Do wielkich wrót Wieży prowadziły schody z białego marmuru. Wspomnienia Heleny natychmiast nałożyły na nie obraz krwi, wnętrzności i ciał, które je pokrywały, gdy widziała je po raz ostatni.
Odwróciła wzrok.
Musiała skupić się na chwili obecnej.
Helenę umieszczono na tylnym siedzeniu automobilu, a nekrosługa, który pomagał jej wsiąść, zajął miejsce obok. Niewielką kabinę natychmiast wypełnił smród zgnilizny.
Dostała torsji, aż musiała zatkać nos i usta.
Stroud usiadła po drugiej stronie, nadal grzebiąc w swoich teczkach z dokumentami. Wydawało się, że okropna woń jej nie przeszkadza.
Pojazd przemierzał długi tunel, a bursztynowe światło lamp sufitowych przesuwało się po kolanach Heleny. Kiedy z niego wyjechali, pojawiła się ponura szarość. Wyjrzała przez szybę, szukając nieba. Zobaczyła ciemne chmury, które zdawały się wysysać kolory ze świata. Przyglądając się miastu, ze zdziwieniem dostrzegała wciąż obecne po wojnie blizny - ogromne wyrwy w krajobrazie, spalone i zawalone budynki. Można by pomyśleć, że jeszcze nie zaczęto niczego odbudowywać. Nowa była jedynie droga.
Gdy pojazd opuścił Wschodnią Wyspę i wjechał na Zachodnią, zniknęły niemal wszystkie ślady wojny.
Paladię wzniesiono w delcie rzeki, w kotlinie gór Novis. Wieżę Alchemiczną postawiono w najwyższym punkcie wyspy, czyli na północnym płaskowyżu, który opadał przy jej południowym krańcu. Miasto - które ostatecznie powstało wokół niej - rozrosło się tak bardzo, że żaden skrawek lądu nie pozostawał niezabudowany. Wyspa Paladii, nazwana później Wschodnią Wyspą, stała się domem przemysłu, handlu, rządu, katedr solarnych oraz Instytutu Alchemii.
Zachodnią Wyspę zajęto wieki później. Zaprojektowano ją tak, aby pomieścić błyskawicznie zwiększającą się populację mieszkańców. Wszystko tu było nowsze i większe.
Podczas wojny nieumarli sprawowali rozproszoną kontrolę nad Zachodnią Wyspą, a ruch oporu swoją kwaterę główną założył w Instytucie Alchemii, ustalając tym samym punkt obrony na Wschodniej Wyspie i dzieląc państwo-miasto na dwoje. To na niej znajdowała się większa część kluczowej infrastruktury oraz główne porty, więc podczas wojny poniosła więcej strat, gdy nieumarli starali się ją przejąć.
W porównaniu ze zrujnowaną Wschodnią Wyspą, Zachodnia wyglądała na niemal nietkniętą. Ogromne, połączone ze sobą kładkami budynki pięły się ku niebu - lśniące i nieskazitelne.
Kiedy Helena po raz pierwszy przepłynęła rzekę i zobaczyła Paladię, miasto prezentowało się, jakby jakaś wspaniała istota boska odłożyła swoją koronę w kotlinie między górami, a iglice i światła odbijały się w wodnej tafli. Nie sądziła, by gdziekolwiek indziej na świecie było równie pięknie.
Automobil wydawał się mikroskopijny, gdy przemierzał Zachodnią Wyspę, a potem przejeżdżał przez kolejny most w kierunku stałego lądu Paladii, który ciągnął się jeszcze wiele kilometrów od brzegu rzeki i sięgał aż do linii górskiego lasu.
Tutaj znajdowały się głównie kopalnie i pola uprawne, a niewielka, niekomercyjna część tych ziem należała do najstarszych rodów - tych, które wstąpiły do Instytutu wieki temu, kiedy dopiero powstawał.
Skoro Helenę zabierano na stały ląd, najwidoczniej Wysoki Namiestnik musiał mieć tu jakąś posiadłość. Albo zajął ją po wojnie, albo sam pochodził z jednej z bogatych, należących do gildii rodzin. Kilka rodów w ostatnim wieku znacząco wzbogaciło się na industrializacji.
Helena pochyliła się i wyjrzała przez przednią szybę, szukając jakichkolwiek oznak, że mogli już dotrzeć do celu. Po opuszczeniu Centrali zaczęła tworzyć mglisty zarys planu ucieczki.
Realistycznie podchodząc do sprawy, miała na to znikome szanse, nawet gdyby nie założono jej obręczy ograniczających umiejętności i tłumiących rezonans. Przeszła minimalne szkolenie bojowe. Zawsze polegała na swoim darze. I tak nie miała dokąd się udać, bo nie wiedziała, kto przeżył, komu mogła zaufać ani kto zaufa jej. Mogła zdecydować się na współpracę i liczyć na to, że przeżyje transfer, ale jeżeli przetrwa, zdradzi Wieczny Płomień, wyjawiając informacje, dla których bezpieczeństwa poświęciła własne wspomnienia.
Zacisnęła dłonie, a ból palił nadgarstki jak ogień.
W kapsule hibernacyjnej powtarzała sobie nieustannie, że przetrwa, że wytrzyma. Nie umiała wskazać dlaczego. Mimo wszystko u podstaw pracy uzdrowicielki leżało zapewnianie przetrwania innym i pilnowanie, aby Luc nie zginął. W tej chwili ktoś taki jak ona nie był potrzebny, skoro wszyscy nie żyli.
Nie chciała zostać zdrajczynią. Nie pozwoli, żeby nieumarli odkryli cokolwiek, co zdołano ukryć w jej umyśle. Przetrwanie nie miało znaczenia. Zabije się, zanim cokolwiek z niej wyciągną. Być może przyczyni się do tego jej brutalny porywacz.
Jeśli to, co mówiła Grace, było prawdą, Wysoki Namiestnik wolał zabijać niż uciekać się do takich strategii jak przesłuchanie. Skłonni do przemocy na ogół nie byli rozważni, działali pod wpływem emocji, a dopiero potem myśleli. Gdyby Helenie udało się go sprowokować, mógłby impulsywnie ją zabić. Wystarczy jeden błąd, a tajemnice przepadną na wieki. Żadna nekromancja nie przywróci umysłu do życia.
Co w takim przypadku Morrough zrobiłby swojemu Wysokiemu Namiestnikowi? Bez wątpienia coś o wiele gorszego niż to, co spotkało z jego ręki Mandl. A przynajmniej na to liczyła Helena.
Może nie zdoła pomścić Luca, ale weźmie odwet za Lilę.
Na myśl o martwej Lili Bayard, której zerwano twarz, a zwłoki wykorzystano do uwięzienia tych, których niegdyś chroniła, Helena poczuła bolesny ucisk w piersi. Lila była jedną z niewielu, którym nie przeszkadzało, że Helena jest wiwimantką. Podczas wojny stały się nawet współlokatorkami. Nie miały zbyt wiele czasu, aby się zżyć - Lila jako paladynka często wyjeżdżała, żeby walczyć na froncie - ale nigdy nie traktowała Heleny jak człowieka gorszego sortu, ponieważ ta nie brała udziału w walce.
Mówiono, że miała unikatowy talent do alchemii bojowej. Już jako piętnastolatka dołączyła do krucjat Wiecznego Płomienia i podróżowała po kontynencie tam, skąd dobiegały pogłoski o nekromancji. Skupiała się wyłącznie na tym, żeby zostać paladynką i służyć princepsowi. Niektórzy nazywali ją personifikacją Lumithii - wojowniczej bogini alchemii.
Helena nie potrafiła pojąć, jak ktokolwiek zdołał zabić Lilę, zwłaszcza po śmierci Luca. Przecież zginęłaby po tysiąckroć, zanim pozwoliłaby wrogom schwytać Holdfasta. Ślubowała, że będzie go chronić, co stało się dla niej nadrzędnym priorytetem.
Helena zamrugała, kiedy zatrzymali się w punkcie kontrolnym.
Rosnące przy ulicy drzewa były nagie, pozbawione liści. Pojazd ruszył i przemierzył jeszcze kilka kilometrów, po czym zjechał z głównej drogi. Ponad koronami drzew górował budynek, gdy przemieszczali się długą aleją aż do ciężkiej, zdobionej bramy, która otworzyła się przed nimi. Automobil skierował się w stronę rezydencji.
Dom zdawał się stary, elewację porastały nagie gałęzie bluszczu, pełzły po tynku, wyglądały jak poczerniałe żyły. Budowli daleko było do nowoczesnych, miejskich konstrukcji. Ozdobne detale wydawały się ciężkie i ponure, prezentowały się, jakby przetrwały przynajmniej jedno stulecie. Budynek miał pięć ciemnych, strzelistych iglic - trzy na głównej części domostwa i po jednej na każdym ze skrzydeł, które ciągnęły się do przodu w kształcie półkola. Brama, mur i inne zabudowania tworzyły zamknięte podwórze z zaniedbanym ogrodem pośrodku. Biały żwir chrzęścił pod oponami automobilu, kiedy ten przemierzał okrągły podjazd, aż się zatrzymał.
Na szczycie szerokich, kamiennych schodów stała młoda kobieta.
Stroud wysiadła, po czym z kabiny wypchnięto Helenę, a ta odetchnęła świeżym wiejskim powietrzem i zadrżała. Przenikliwy i wilgotny chłód natychmiast zmroził ją aż do kości. Zapomniała już o surowych zimach na Północy.
Dziewczyna na stopniach - niemal nastolatka - odcinała się wyraźnie na tle ponurego otoczenia. Miała jasnobrązowe włosy, które idealnymi lokami okalały jej bladą twarz. Zieloną suknię ozdabiał czarny, przypominający żebra gorset, a błyszczącą, metalizowaną ptasią czaszkę zapięto tak, że długi dziób spoczywał pomiędzy jej piersiami.
Na kilku jej palcach lśniły pierścienie alchemiczne, kiedy, jakby dla zabicia czasu, kręciła krótkim metalowym prętem, obserwując wspinającą się po schodach grupę. Dostrzegłszy ponad ramieniem Stroud Helenę, zmrużyła jasnoniebieskie oczy.
- No proszę - zaczęła, gdy do niej dotarli. - Najwyraźniej fanatycy muszą być naprawdę liczni. - Przeniosła wzrok na Stroud i przywołała na twarz wymuszony uśmiech. - Witamy w Spirefell. Mój mąż już was oczekuje.
Stroud poszła za panią domu, Helenę popchnął strażnik, który był nekrosługą.
Drzwi przytrzymał martwy lokaj, na którego widok Helenie zmroziło krew w żyłach. W przeciwieństwie do nekrosług w Centrali, ten mężczyzna zmarł niedawno, a teraz był nienagannie ubrany. Przez chwilę sądziła, że może żyje albo jest truchłem. Jego skóra nie miała woskowego połysku i nie poruszał się tak ociężale, jak jemu podobni. Jednak twarz i oczy zdawały się puste.
Najprawdopodobniej zabito go w ostatnim czasie. Grace mówiła, że nieumarli wykorzystują nekrosługi jako personel domowy, a bogata rodzina zapewne nie życzyła sobie smrodu, więc często wymieniała stwory.
Żołądek jej się skurczył, gdy weszła do rezydencji i przyjrzała się wnętrzu. Hol był duży i zimny, a na pierwszy plan wysuwała się plama jasnej krwi. Helena jęknęła i odruchowo odwróciła głowę.
- Co się stało? - zapytała ostro Stroud.
- Krew - wydusiła, nie mogąc ponownie spojrzeć na kałużę. Powróciły do niej obrazy wszystkich egzekucji, zapach i mdły smak w powietrzu, gdy posoka płynęła po białym marmurze jak fala powodziowa.
Stroud rozejrzała się po pomieszczeniu.
- Gdzie?
Helena kiwnęła głową, ale kobieta patrzyła na nią zupełnie zdezorientowana. Dziewczyna spojrzała więc ponownie i zrozumiała, że się pomyliła.
To nie była krew.
Na stole w centralnym punkcie holu stał bukiet róż. Wzdrygnęła się, patrząc na kwiaty.
- Nieważne - mruknęła.
Dziewczyna w zielonej sukni zerkała to na Helenę, to na róże, później nieznacznie się uśmiechnęła i odwróciła, a następnie skierowała do wejścia po drugiej stronie holu.
- Zaczekaj tu - poleciła Stroud. Zamknęła za sobą drzwi, pozostawiając Helenę z martwymi.
Więźniarka rozejrzała się, starając patrzeć wszędzie, tylko nie na kwiaty. Wnętrze budynku zdawało się jeszcze bardziej ponure niż krajobraz na zewnątrz. Dom był przepastną pieczarą, zacienioną ażurowymi, metalowymi ornamentami. Po prawej stronie mieściły się duże, zdobione schody prowadzące do korytarzy z widokiem na hol. Ciemne przejścia wiodły w głąb rezydencji, oświetlały je słabe, elektryczne kinkiety, których nikły blask ledwie rozpraszał cienie. Okna znajdujące się wysoko nad głowami zdawały się zaprojektowane w taki sposób, aby rzucać blask promieni jedynie na stół pośrodku pomieszczenia. W marmurową posadzkę wtopiono czarne linie, ułożono je jak mozaikę wokół stolika. Helena z miejsca, gdzie stała, nie potrafiła dostrzec, co dokładnie przedstawiał obraz.
Domostwo nie biło po oczach czystością. Wprawdzie nigdzie nie zalegał kurz, ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że te wnętrza były po prostu zaniedbane. Wyczuwała stęchłe powietrze, jakby sam budynek również był gnijącym trupem.
W końcu drzwi się otworzyły.
- Chodź, Marino - poleciła Stroud, jakby przyzywała do siebie zwierzę.
W pomieszczeniu, do którego weszła, znajdowały się dwa ogromne okna z ażurową kratownicą, wychodzące na ogród. Widać było przez nie rozległy labirynt z żywopłotu. Zimowe kotary rozsunięto, aby wpuścić do środka nieco chłodnego światła. Dziewczyna w zielonej sukni odłożyła krótki pręt na bok i usiadła na skraju chybotliwego krzesła, po czym rozłożyła spódnicę tak, aby wyeksponować materiał. Po drugiej stronie pomieszczenia, przy oknach, stała ciemna postać.
Helenie zjeżyły się włoski na rękach.
Stroud, mijając wątłe krzesła i szezlongi, pociągnęła dziewczynę za sobą w kierunku nieznajomego.
Stał w blasku zimowego światła, więc dopiero kiedy się zbliżyła, dostrzegła szczegóły jego sylwetki.
Miał jasną karnację i tak siwe, że aż białe włosy.
Zatem był stary. Musiał być jednym z patriarchów gildii.
Poznała kilku w Instytucie. Wszyscy zdawali się tacy sami - dumni, opętani władzą i statusem społecznym, wymagający największego szacunku.
Helena zdawała sobie sprawę, że takimi ludźmi łatwo było manipulować. Wystarczy, że nie da się zastraszyć, a z pewnością skręci jej kark.
Przy odrobinie szczęścia zginie najpóźniej za dwa tygodnie.
Mężczyzna się obrócił. Helenie zaparło dech, gdy zniknął świat zewnętrzny i ucichł dźwięk kroków.
Mężczyzna wcale nie był stary.
Miała przed sobą dziedzica gildii żelaza - Kaine'a Ferrona.
Wpatrywała się w niego oszołomiona, kiedy go rozpoznała.
Był jednym z niewielu uczniów wywodzących się z gildii, którzy zostali w Instytucie na studiach pierwszego stopnia. Byli na tym samym roku, chodzili na te same zajęcia, a nawet pracowali razem jako asystenci na tych samych piętrach badawczych.
Umysł Heleny nie chciał jednak przyjąć tego, co widziały oczy, ponieważ to nie mógł być przecież Kaine Ferron.
Ciemne niegdyś włosy w tym momencie prezentowały się jak pozbawione koloru. Cera nie pobladła ze względu na zaawansowany wiek, ale wyglądała, jakby mężczyzna został wybielony poświatą księżyca.
Przez chwilę zakładała, że jest trupem, jak Crowther w Centrali, ale kiedy popatrzył na nią srebrnoszarymi oczami, jego spojrzenie okazało się bystre, twardówka biała, źrenice czarne, a skóry nie znaczyły ciemne żyły. Właściwie nie widziała żadnych żył, jakby w organizmie Ferrona zamiast krwi płynęła rtęć.
- Ostatnia członkini Zakonu Wiecznego Płomienia jest twoja, Wysoki Namiestniku - powiedziała Stroud, jakby wręczała mu odznaczenie. - Odnoszę wrażenie, że znacie się z Instytutu Alchemii.
Odwrócił wzrok srebrnych oczu.
- Ledwie.
- Wiem, że poczyniłeś przygotowania - wyznała Stroud, siadając - ale nie przejmowałabym się za bardzo. Ona nie przeszła szkolenia z walki, nie ma też doświadczenia bojowego. Powinieneś bez trudu nad nią zapanować.
Ponownie rzucił okiem na Helenę. Na jego twarzy nie gościły żadne emocje, natomiast w oczach czaiło się drapieżne, wilcze wyrachowanie.
- Z pewnością.
Stroud odchrząknęła, wydawała się czuć nieswojo ze względu na takie oschłe odpowiedzi Ferrona.
- W porządku. Wielki Nekromanta pragnie wyników przed zimowym przesileniem. Nakazał, żebyś wykonywał na niej metodę tymczasowego transferu tak często, jak to tylko będzie możliwe, aby osiągnąć z nią zjednoczenie bez zniszczenia jej duszy. Kiedy tego dokonasz i przywyknie do twojej obecności w umyśle, powinieneś bez większego problemu odwrócić transmutację jej pamięci. Możesz wyciągnąć z jej głowy wszystko to, co zostało w niej ukryte, a kiedy to zrobisz, przyjadę po nią. Wielki Nekromanta nalega również na wydobycie jej wspomnień.
Ferron przytaknął bez większego entuzjazmu.
- Na pewno zdajesz sobie sprawę, że to stanowi absolutny priorytet. I dopóki nie wykonasz tego zadania, wszystkie inne musisz traktować jako drugorzędne.
Dziewczyna w zielonej sukni niespodziewanie się ożywiła, aż zakołysały się jej idealne loki.
- To znaczy, że naprawdę mamy ją tu trzymać? - palnęła. - To chyba niezbyt dobry pomysł. Przecież nie jest nawet Paladyjką. Dlaczego nie może zostać w kompleksie fabrycznym jak reszta? Dlaczego musi tu tkwić? Zaplanowałam już przyjęcia na ten sezon. Do tej pory musiałam odwołać trzy kolacje i wymyślać wymówki, dlaczego to robię. Nikt mnie nie pytał, czy chcę mieszkać pod jednym dachem z więźniarką - narzekała ochryple, jakby miała się rozpłakać. - I co ona ma na sobie? Jeśli ktokolwiek ją zobaczy, wszyscy ciągle będą o tym mówić.
- Zamilcz, Aurelio - skarcił lodowatym głosem Ferron, nawet nie patrząc na żonę.
- Nie wiedziałam, jaka odzież będzie odpowiednia - powiedziała Stroud sztywno, jakby zażenowana. - Oczywiście nie musi tego u was nosić. Po prostu miałam to pod ręką.
Futryny okienne zatrzeszczały, gdy w domu rozległo się niskie wycie wiatru.
Stroud się wzdrygnęła. Ferron i Aurelia wydawali się nie zwracać na to uwagi.
- To żaden problem - oświadczył Wysoki Namiestnik. - Na pewno znajdziemy jej jakieś ubranie. Moja żona ma ich całkiem sporo.
Dziewczyna wybałuszyła oczy.
- Życzysz sobie, żebym oddała jej moje stroje?
- Nie chcemy, żeby ktokolwiek pomylił ją z personelem. Chyba że według ciebie to ja mam wybrać coś dla niej z twojej szafy?
Aurelia sapnęła z przerażeniem, jakby sam ten pomysł był bardziej skandaliczny niż trzymanie w domu więźniarki albo prowadzenie go przy pomocy martwej służby.
- Wybornie - stwierdziła radośnie Stroud, kiedy wszyscy w pomieszczeniu udawali, że nie zauważają zbliżającego się wybuchu Aurelii. - Możesz ją teraz zbadać, Wysoki Namiestniku. Oddaję ją w twoje ręce. - Wskazała na Helenę.
Ferron spojrzał na więźniarkę, nie ruszając się z miejsca.
- Tutaj?
- Przeprowadź jedynie badanie wstępne, żeby sprawdzić, czy nie nasuną ci się jakieś pytania, na które zdołam odpowiedzieć przed wyjazdem. A może wolisz... na osobności?
- Nie. Możesz obserwować. - Podszedł do Heleny. Miał na sobie czarne, mieszczańskie ubranie. Surdut i kamizelkę zdobił misterny, czarny haft, który dało się zauważyć jedynie wtedy, gdy pod odpowiednim kątem padało na niego światło. Na szyi zacisnął śnieżnobiały fular.
Helena nigdy nie widziała, aby alchemik gildii miał na sobie tak mało metalu. Przecież go uwielbiali - obwieszali się biżuterią, dodawali do tkanin, nosili wykończone nim laski i broń.
Alchemicy o szczególnych zdolnościach, jak na przykład piromanci, zawsze nosili swoje pierścienie zapłonowe, chyba że kazano im je zdjąć.
Aurelia miała na sobie mnóstwo metalu, z kolei Ferron stanowił jej przeciwieństwo.
Zdjął czarną rękawiczkę, odsłaniając bladą dłoń o długich palcach.
Grace mówiła, że to wiwimanta. Oczywiste stało się to, że nie potrzebował metalu.
Helena starała się odsunąć, zbyt dobrze zaznajomiona z niebezpiecznym dotykiem rąk Stroud, lecz odkryła, że nie może się ruszyć.
Ferron nawet jej nie dotknął, a mimo to poczuła delikatną jak nić pająka wibrację rezonansu, która tak subtelnie wniknęła w jej ciało, że wcześniej tego nie wychwyciła. W tym momencie jednak mocno ją trzymał. Nie jak Morrough - jego rezonans nie wypełniał powietrza aż trzeszczało. Gdyby nie spróbowała się cofnąć, nie zorientowałaby się, że w ogóle cokolwiek jej robi.
Oczy Ferrona pojaśniały, jakby wychwycił zmagania Heleny. Palcem wskazującym musnął jej skroń, aż poczuła jego rezonans tak mocno, jakby przytknął do jej ciała przewód pod napięciem.
Ostry i precyzyjnie ukierunkowany wpłynął w jej czaszkę. Zniknął pokój, zniknął Ferron, gdy wspomnienia przewijały się przed oczami Heleny niczym animacje w zoetropie.
Podróż do Spirefell. Penny. Przesłuchania Stroud. Truchło w ciele Crowthera w Wieży. Rozmowa na temat tego, w jaki sposób wydobyć przeszłość z jej umysłu. Shiseo wyłaniający się z ciemności, z niewielką walizką i szpikulcem. Im dalej Ferron cofał się w jej pamięci, tym bardziej wspomnienia bledły. Przemykał przez umysł dziewczyny, jakby wertował książkę, szukając czegoś godnego uwagi.
Cofnął się aż do czasu hibernacji - do nicości, która trwała bez końca - a potem poszedł jeszcze dalej, aż do Wieży, do krwi, do lat spędzonych na pracy w szpitalu.
Nie zdawała sobie sprawy, jak nijakie i monotonne było to życie, dopóki nie pokazano jej go w ten sposób.
Kiedy wspomnienia się zatrzymały, miała mętlik w głowie. Wiwimanta dotykał Heleny jeszcze przez chwilę, jego rezonans wciąż wibrował w jej mózgu, zasnuwając wzrok czerwienią.
Ferron w końcu zabrał rękę, ale pozostał na miejscu, wpatrując się w dziewczynę.
- Cóż - rzucił w końcu.
- Niezwykła, prawda? - zapytała stojąca gdzieś za nim Stroud.
- Dość - odparł, patrząc intensywnie. Uniósł brwi, wciąż przyglądając się Helenie. - Wojna dobiegła końca. Co takiego strzeżesz w mózgu?
Bez wahania odwzajemniła jego spojrzenie.
Luc. To jego strzegła.
- Holdfast nie żyje - rzucił ostrym tonem, jakby wyczytał odpowiedź z jej oczu. - Wieczny Płomień zgasł. Nie masz już kogo chronić. - Odwrócił się z gniewem na twarzy. - Jeszcze coś? - zapytał, patrząc na Stroud.
Pokręciła głową.
Nagle zniknęła siła blokująca Helenę. Próbowała z tym walczyć, aż raptem kolana się pod nią ugięły. Runęła, próbując się podeprzeć, więc całym swoim ciężarem wylądowała na dłoniach. Gwałtowny ból rozdarł nadgarstki, ogień przepłynął aż do ramion. Upadła na posadzkę.
Aurelia próbowała się nie śmiać.
- Wnioskuję, że spotkałeś się z Shiseo przed jego wyjazdem i wszystko z nim omówiłeś - rzekła Stroud. - Po pierwszej sesji wyślę kogoś, kto to oceni, żebyśmy ustalili, kiedy będziemy mogli spodziewać się wyników.
- Tak, cały plan wyłożono mi w najmniejszych szczegółach - przyznał beznamiętnie Ferron. - Zrobię to. A teraz przepraszam.
Przestąpił leżącą na podłodze Helenę i wyszedł z pomieszczenia, nie oglądając się za siebie.
Helena próbowała usiąść. Aby nie podpierać się na dłoniach, musiała ostrożnie obrócić się na bok i wesprzeć na łokciach, dla bezpieczeństwa trzymając nadgarstki przy piersi. Kiedy wreszcie udało jej się unieść głowę, zobaczyła, że Stroud wyszła, a zniecierpliwiona Aurelia zatrzymała się kilka kroków dalej z prętem w rękach.
- Wstawaj - poleciła. - Pokażę ci twój pokój.
Helena z wciąż obolałymi dłońmi podniosła się i wyszła za Aurelią do holu, gdzie nadal stał nekrosługa z Centrali. Podążył za nimi, gdy pani domu poprowadziła Helenę korytarzem, schodami na górę i przez kilka pomieszczeń do kolejnego przejścia.
W tym miejscu było znacznie ciemniej. Znajdowali się w innym skrzydle, wnioskując po świetle, które padało tutaj pod innym kątem. Większość okien zasłonięto, na meble naciągnięto prześcieradła.
- Wyjaśnijmy sobie coś. To, że musimy cię tu trzymać, nie oznacza, że chcę cię widzieć - powiedziała Aurelia, idąc pospiesznie. Helena dostała zadyszki już na schodach i ledwie nadążała. - Rozumiem, że te bransolety uniemożliwiają ci wykorzystywanie alchemii. Chociaż tutaj to nie ma większego znaczenia. Ferronowie wznieśli ten dom z czystego żelaza i nie bez powodu zostałam wybrana na żonę Kaine'a.
Aurelia zatrzymała się i spojrzała na Helenę, unosząc rękę. Ostentacyjnie poruszyła nadgarstkiem, a pierścienie alchemiczne, które zdobiły jej dłoń, uległy przekształceniu i wydłużyły się do ostrzy, przez co palce Aurelii wyglądały jak odnóża pająka.
Helena przyglądała się tej transmutacji z wyćwiczonym zainteresowaniem. Naturalny rezonans żelaza uważano za dość rzadki wśród alchemików - chociaż nie tak niespotykany, jak ten złota lub piromancję. Surowe żelazo z natury było trudne do obróbki, uważane za niemalże obojętne.
Większość alchemików nie potrafiła go transmutować bez wielokrotnego wystawienia na działanie emanacji lumitu w atanorze, piecu alchemicznym, a nawet po tym procederze lepiej radzili sobie ze stalą niż z czystym żelazem.
Aurelia dokonała transmutacji szybko i efektownie. Na lekcji skarcono by ją za przesadny ruch i nierównomierne rozłożenie materiału, niemniej łatwość, z jaką zmieniła swoje pierścienie, świadczyła o tym, że posługiwała się wysokim rezonansem żelaza. W dodatku jeśli dom wzniesiono w oparciu o ten surowiec, to Aurelia i jego mogła użyć jako broni.
Helena opuściła wzrok i dostrzegła wykutą z żelaza konstrukcję, która przebiegała przez podłogę i zdobiła ściany.
- Nie używamy tego skrzydła - oświadczyła Aurelia, ponownie ruszając korytarzem. Jej pierścienie znów stały się ładnymi ozdobami na palcach. - Nie chcę, żeby ktokolwiek cię widział, a już zwłaszcza gdy będziemy mieć gości. Trzymaj się na uboczu, chyba że po ciebie poślemy. Wszystkim sługom polecono, żeby cię pilnowali, więc natychmiast się dowiemy, jeśli coś nabroisz.
Zatrzymała się i oparła swój pręt na jednej z żelaznych listew podłogowych, później lekko przekręciła. Rozległ się zgrzyt, a następnie zdobione misternymi, żelaznymi wzorami drzwi powoli się otworzyły.
Helena zobaczyła przestronny pokój z dwoma wysokimi oknami i łożem z baldachimem pomiędzy nimi. Przy jednym z okien stał fotel uszak, a obok niego ozdobny stolik. Na przeciwległej ścianie znajdowała się duża szafa, niemal całą podłogę zakrywał ciężki dywan. Mury pozostały nagie, prócz zegara, który zawieszono tak wysoko, że nie dało się go dosięgnąć. Pomieszczenie wyglądało na czyste, pachniało w nim, jakby je wywietrzono.
Helena weszła do środka i ostrożnie się rozejrzała.
- Posiłki będziesz dostawała do pokoju - stwierdziła Aurelia, a potem zamknęła za sobą drzwi.
Dopiero gdy Helena została sama, pomyślała, jakie to dziwne, że przyprowadziła ją tu osobiście pani domu. Być może Ferronowie nie byli aż tak bogaci, jak wskazywałaby na to ich posiadłość? W domu brakowało personelu. Lokaj był trupem - być może tak samo jak wszyscy służący. Brak pieniędzy tłumaczyłby, dlaczego nie mieli innego wyjścia, jak tylko zatrzymać tu Helenę oraz to, dlaczego Ferron polował na rebeliantów, zamiast zarządzać rodzinną gildią i fabrykami.
Pamiętała, że ród ten był niegdyś jednym z najbogatszych w Paladii. Opracował metodę produkcji stali na przemysłową skalę, co pozwoliło zmonopolizować rynek nie tylko w państwie-mieście, ale również dostarczać ten surowiec do większości krajów ościennych.
Wnosząc po stanie domu, los najwyraźniej przestał im jednak sprzyjać.
Podeszła do najbliższego okna. Przymocowano pod nim kaloryfer, a szybę zabezpieczono kutą kratownicą, aby nie dało się wyjść. O skakaniu zatem nie było mowy. Musnęła żelazo opuszką, lecz nic nie poczuła. Żadnej więzi z zimnym metalem, a jedynie martwą pustkę.
Przycisnęła całą dłoń do metalu, z goryczą tęskniąc za swoim rezonansem. Znany jej świat zawsze emanował energią, wibrował mocą, z którą była zestrojona już od urodzenia. A teraz wszystko zamarło. Dezorientował ją ten nieustanny bezwład.
Wyjrzała przez szybę i dostrzegła porośnięte lasem góry.
Zrewidowała swój plan. Skoro nekrosłudzy mieli jej pilnować, najprawdopodobniej rozkazano im, aby powstrzymali ją od ewentualnego samobójstwa. Bębniła palcami o parapet, ignorując niewielki ból, który przepływał przy tym przez jej rękę.
Niestety Ferron nie był głupim, łatwym do oszukania patriarchą, jakiego liczyła spotkać. Jego rezonans przypominał ten Morrougha - wykraczał poza to, co do tej pory uznawała za możliwe. Jednak najbardziej martwił ją sposób, w jaki mężczyzna wniknął w jej wspomnienia. Wielki Nekromanta zrobił coś podobnego, ale jego atak na umysł Heleny wydawał się siłowy i chaotyczny. Ferron natomiast działał z chirurgiczną precyzją.
Przypuszczała, że zabijał tak szybko, bo był porywczy i nie musiał przetrzymywać jeńców, skoro mógł zanurzyć się w ich umysłach i wyrwać z nich odpowiedzi. Jakim cudem mogłaby przechytrzyć kogoś tak potężnego? Czy dostrzegał tylko jej wspomnienia, czy może widział również jej myśli?
Odwróciła się od okna i rozejrzała po pokoju. Zastanowiło ją, czy niezwykły wygląd Ferrona miał się jakoś do jego zdolności.
Nieumarli nie zmieniali się po przeistoczeniu. Wiązało się to z ich "darem". Pozostawali tacy sami, chyba że ich ciała ulegały całkowitemu zniszczeniu. Wówczas stawali się truchłami. Mogli stracić kończyny, a te mimo wszystko im odrastały.
Co zatem sprawiło, że Ferron wyglądał właśnie w ten sposób?
Wydawał się... jakby wydestylowany. Jakby sublimowano go, aż pozostała czysta esencja - śmiertelnie zimna i lśniąca. Wysoki Namiestnik.
Nie osoba, a broń.
Cóż, zamierzała traktować go właśnie jak takową.
Helenie wystarczyło zaledwie kilka minut, by zajrzeć w każdy zakamarek pokoju i przylegającej do niego łazienki.
Zapewniono jej jedynie najpotrzebniejsze artykuły - mydło, ręczniki, szczoteczkę do zębów i metalowy kubek na wodę. Ścisnęła go, chcąc wygiąć. Gdyby udało jej się połamać naczynie, uzyskałaby ostrą blachę, którą mogłaby rozcinać tętnice. Mimo to po kilku próbach dorobiła się tylko bólu kciuków i pulsowania w obu nadgarstkach. Zaraz potem chwyciła za lustro, chcąc zerwać je ze ściany, ale było tak mocno przymocowane, że nie była w stanie choćby wsunąć pod nie palców. I nie pękło, gdy waliła w nie kubkiem.
Odsunęła się, spojrzała w taflę i skrzywiła się na widok swojego odbicia.
Ledwie rozpoznawała osobę, która patrzyła na nią z grymasem. Miała bladą cerę, ponieważ od ponad roku nie widziała światła słonecznego, i długie, czarne, splątane niemal w kołtun włosy. Twarz zdawała się zapadnięta. Byłaby podobna do nekrosłużki, gdyby nie wściekłość w jej ciemnych oczach.
Wróciła do sypialni i z rozczarowaniem odkryła, że przy zasłonach nie zostawiono żadnych ozdobnych sznurów, na których mogłaby się powiesić. Sprawdziła nawet za nimi, gdyby coś jednak umknęło jej uwadze.
Po prostu żyj, Heleno, błagał głos w jej głowie. Zamarła z palcami na wzorze zasłony, próbując wrócić do rzeczywistości.
Luc... Och, Luc. Oczywiście, że miał ją nawiedzać, odmawiając akceptacji jej pragmatycznego wyboru. Gdyby tu był, skarciłby Helenę za ten okropny plan. Nie znosił takiego myślenia. Nie podobało mu się, gdy ktoś poświęcał się dla niego lub dla jego rodziny. Zawsze czuł się za to odpowiedzialny i żywił przekonanie, że gdyby był lepszym człowiekiem, mógłby ocalić ich wszystkich.
W tym momencie słyszała, jak z uporem powtarzał, że nie pozwoli jej umrzeć. Że gdyby tylko przestała się na tym skupiać, mogłaby opracować znacznie lepszy plan.
Pokręciła głową.
- Przykro mi, Luc, ale to najlepsze, co jestem w stanie wymyślić.
Podeszła do drzwi, które prowadziły na korytarz.
Uwaga na temat tego, że nie powinna rzucać się w oczy, sugerowała, że mogła wychodzić z pokoju. Drżała z nerwów, puls gwałtownie jej przyspieszył. Złapała za gałkę i z łatwością ją przekręciła. Otworzyła ciężkie wrota i zobaczyła ciemny korytarz, ale zamiast ucieszyć się z tej wolności, poczuła, jak jej serce gubi rytm.
Nie świeciły kinkiety. Wcześniej nie zauważyła, jak złowieszczy był ten wąski, kręty, pełen pełzających cieni korytarz, który biegł w kierunku paszczy ciemności.
Przywykła do niegasnących świateł w Centrali.
Zamarła. To przecież irracjonalne. To tylko dom. Widziała już w życiu zbyt wiele prawdziwych okropieństw, żeby bać się cieni i ciągów komunikacyjnych, a mimo to jej nogi ani drgnęły. Gałka zawibrowała w dłoni.
Mroczny korytarz wydawał się pulsować jak przełyk, a długie cienie kołysały się, grożąc pochłonięciem. Jeśli wyjdzie, ponownie wpadnie w zimną, straszliwą, niekończącą się ciemność.
I nikt jej nigdy nie znajdzie.
Strach wniknął w ciało Heleny jak kolce, kiedy cienie znów drgnęły, pełznąc w jej kierunku.
Poczuła ucisk w piersi, aż rozbolały ją płuca. Cofnęła się do pokoju i zamknęła drzwi, a następnie przywarła do ich kojącej powierzchni i osunęła się po niej. Paliło ją w klatce piersiowej. Nie była w stanie zaczerpnąć tchu.
Zdawała sobie sprawę, że będzie prześladował ją strach przed kapsułą hibernacyjną, ale nie wiedziała, że tak się w niej zakorzeni i rozrośnie. Że zdoła sparaliżować układ nerwowy i narządy wewnętrzne.
Kucała, choć nie wiedziała jak długo, bo straciła rachubę czasu, dopóki nie rozległo się pukanie. Usłyszała brzęk naczyń, a potem oddalające się kroki.
Uchyliła drzwi. Na podłodze zastała jakieś zawiniątko oraz tacę z jedzeniem. Pospiesznie wciągnęła ją do środka, starając się nie patrzeć w ciemność.
Kiedy zamknęła drzwi i poczuła się bezpiecznie, spojrzała z odrazą na posiłek, który przypominał pomyje dla świń - jakby ktoś zgarnął odpadki z kuchni i resztki z całego dnia, a potem wrzucił wszystko do gara i długo gotował. Pomyślała, że woli umrzeć z głodu niż to zjeść. Odsunęła od siebie tacę.
Rozwiązała niewielki tobołek. W środku znalazła komplety bielizny, wełniane pończochy i czerwoną jak krew suknię. Widać było, że przy rąbku, dekolcie i gorsecie wcześniej biegły szwy, jakby zerwano koronkę i inne ozdoby, żeby rzecz stała się tak nijaka, jak to tylko możliwe.
Helena gorzko żałowała, że wzdrygnęła się na widok tamtych róż w holu.
Ponownie spojrzała na jedzenie. Przy Aurelii będzie musiała pamiętać o ostrożności.
Na samym spodzie zawiniątka z ubraniami znajdowały się trzy pary butów. Dwie z nich wyglądały jak pantofle do tańca, na niepraktycznej, cienkiej podeszwie, a trzecia okazała się delikatnymi czółenkami z wstążkami zamiast sznurowadeł, które straciły swój powab i blask, bo przetarł się materiał na palcach.
Helena wszystkie te rzeczy, oprócz pończoch, umieściła w szafie. Wolała zostać w cienkiej, gryzącej sukni z Centrali.
Następnego ranka dostarczono jej kolejną tacę z jedzeniem, które jakimś cudem było jeszcze gorsze. Jednak wygłodniała już na tyle, że wmusiła w siebie kilka kęsów tego, co pod wpływem gotowania nie straciło zupełnie koloru.
Chciała ponownie spróbować wyjść z pokoju, lecz na samą myśl żołądek mocno się jej kurczył.
Zamiast tego poświęciła czas na gimnastykę. Musiała być w stanie wejść po schodach, nie ryzykując, że nogi odmówią jej posłuszeństwa. Ręce też miała bardzo słabe, jednak obciążanie nadgarstków nie wchodziło w rachubę. Z goryczą popatrzyła na obręcze na przedramionach. Zawsze była dumna ze swoich rąk - ze wszystkich rzeczy, które mogła nimi robić.
Im dłużej wymyślała wymówki, żeby nie wychodzić z pokoju, tym bardziej narastały w niej wyrzuty sumienia. Każdy inny rebeliant już dawno przeszukałby cały dom, odnalazł potencjalną broń i wykończył Ferronów. Lila nigdy nie pozwoliłaby sobie na taką słabość. Obawy nie miałyby dla niej żadnego znaczenia.
Helena jednak nigdy nie była do niej podobna. Wszystko robiła po swojemu. Lepiej zaczekać i pozwolić Ferronowi przyjść do niej.
A on bez wątpienia niebawem się zjawi.
Mogła jedynie zgadywać, co przyniesie transfer.
Pomyślała o Crowtherze z Centrali, który stał się truchłem. Być może wkrótce podzieli jego los, z tą różnicą, że wciąż będzie żywa. Pozostanie świadoma tego, co się z nią dzieje, gdy Ferron przejmie nad nią kontrolę, opęta jej umysł i ciało.
Jedyna pociecha w tym, że jeśli będzie spotykać się z Wysokim Namiestnikiem dość często, może zdoła odkryć jego pobudki. Odnaleźć jego słabości.
Szperała w pamięci, próbując doszukać się faktów o jego rodzinie. Ferronowie w ubiegłym wieku zajmowali się alchemiczną industrializacją. To właśnie oni krótko po powstaniu Paladii założyli pierwszą gildię żelaza, które było jednym z ośmiu metali, według tradycji przypisywanych ośmiu ciałom niebieskim: ołów Saturnowi, cyna Jowiszowi, żelazo Marsowi, miedź Wenus, rtęć Merkuremu, srebro Lunie, lumit Lumithii i złoto Słońcu.
Żelazo trudno się obrabiało, było za to bardzo podatne na korozję, więc uważano je za podły, niegodny materiał, zwłaszcza w porównaniu z bardziej trwałymi substancjami - jak srebro, lumit czy złoto. Sami Ferronowie również zdawali się bardziej przyziemni - byli kowalami i ślusarzami, częściej wytwarzali pługi i inne narzędzia rolnicze, aniżeli podejmowali się wybitnych dziedzin, na przykład przekuwania stali w broń dla Wiecznego Płomienia, jak inni alchemicy żelaza.
W miarę upływu czasu, gdy odkrywano nowe metale, żelazo niezmiennie pozostawało podstawowym surowcem, aż Ferronowie opracowali wydajną metodę pozyskiwania stali alchemicznej. Dzięki precyzyjnemu rezonansowi żelaza byli w stanie zapewnić jakość przy produkcji na przemysłową skalę, której nikt nie zdołał dorównać. Zmieniło to świat, jak i samych Ferronów. Rodzina rzemieślników stała się niesamowicie bogatą klasą robotniczą, a inni musieli nadążyć za tą przemianą.
Nieważne, że pod względem teologicznym żelazo uznano za niższe w niebiańskiej hierarchii - nowoczesny świat i tak zbudowano na stali Ferronów. Fabryki, linie kolejowe, automobile, a nawet sama Paladia ze swoją wysoką zabudową rozwinęła się wraz z bumem przemysłowym.
Spirefell, choć teraz podupadające, wyraźnie stworzono jako pomnik rosnącej fortuny i wpływów, a także ogromnej dumy rodziny.
Helena po raz pierwszy usłyszała o Kaine'ie Ferronie na drugim roku - nie poznała go, tylko spotkała się z jego nazwiskiem na liście. Zdobyła najwięcej punktów na Narodowym Egzaminie Alchemicznym, pokonując chłopaka, któremu ten zaszczyt przypadł w udziale rok wcześniej.
Luc był z niej dumny i głośno powtarzał, że pierwszy rok właściwie się nie liczy, bo dopiero zaczynała naukę alchemii i to w dodatku w języku dla niej obcym.
O mało nie zemdlała wtedy z ulgi. Wypłacane przez Instytut stypendium zależało od jej wyników, a ten egzamin stanowił większą część oceny. Ojciec sprzedał wszystko, co miał w Etras, żeby mogła przenieść się do Paladii - gdyby straciła stypendium, byliby zrujnowani.
Helena sześciokrotnie zdawała egzaminy państwowe, przy czym co rusz zachodziła zmiana na podium. Raz na pierwszym miejscu plasowała się Helena Marino, a raz Kaine Ferron.
Rywalizacja okazała się jednak pośrednia, żadne z nich nie rzuciło temu drugiemu wyzwania wprost. Ferron wywodził się z gildii, a tacy jak on nie rozmawiali z "pupilką Holdfasta". Nie umiała sobie wyobrazić, jakim cudem został Wysokim Namiestnikiem. Przecież podobnie jak ona szedł torem akademickim. Nie szkolił się w alchemii bojowej jak Lila, ani nie łączył tych dwóch ścieżek jak Luc.
Dlaczego zatem dziedzic gildii miał ścigać i zabijać pozostałych przy życiu członków ruchu oporu?
Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym większa rozpalała się w niej nienawiść, że znała - nawet jeśli pobieżnie - kogoś tak podłego.
W pewien dziwaczny sposób wydawało się niemal poetyckie, że to właśnie ona została sprowadzona do Spirefell jako więźniarka.
Już raz pokonała Ferrona. I powtórzy to, jeśli wykaże się dostateczną ostrożnością i sprytem.
Nazajutrz Ferron również się nie pojawił, zmusiła się więc do wyjścia na korytarz, starając się ignorować skurczony z nerwów żołądek i ściśnięte gardło. Przywarła plecami do muru, przesuwając dłońmi po dekoracyjnych panelach ściennych i nie przejmując się kurzem, od którego palce poczerniały jej, jakby pod wpływem jakiejś choroby.
Dasz radę, powtarzała sobie, zbliżając się do ciemności i starając się unikać najgęstszych cieni. Pociągnęła za klamkę najbliższych drzwi, te okazały się jednak zamknięte na klucz.
Przeszła trochę dalej.
Wiatr zawył w korytarzach, co zabrzmiało niemal jak krzyk, i zaskrzypiały okna. Dom trzeszczał, jak ocierające się o siebie kości.
Helena starała się oddychać głęboko, ale nie była w stanie zaczerpnąć porządnie tchu. Nie w korytarzu, gdzie cienie niemal jej dotykały.
Dotarła do trzecich drzwi. Nie potrafiła ruszyć dalej. Zawróciła, bo zakręciło jej się w głowie, a mrok narastał.
Zanim doszła do otwartych drzwi swojego pokoju, nogi odmówiły Helenie posłuszeństwa. Wszystko rozmazało jej się przed oczami i poczerniało.
Z ciemności wyłoniła się Lila Bayard.
Ale nie taka, jaką ją zapamiętała. Nie ta piękna, posągowa dziewczyna w zbroi, która włosy w odcieniu jasnego blondu zaplatała w koronę na czubku głowy, jak Lumithia na pomnikach. Włosy Lili przycięto krótko - na chłopaka. Wyglądała, jakby się skurczyła, mimo że wciąż była imponującego wzrostu. Patrzyła na Helenę. Prawą stronę jej twarzy i szyi znaczyły blizny, w tym długa, straszna szrama na policzku, biegnąca aż do obojczyka. I miała czerwone oczy.
- Lila. Co jest? Co się stało?
Helenę ogarnął chłód, palce jej zdrętwiały, gdy wyciągnęła rękę.
Lila otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, ale zaraz potem rozpłynęła się w powietrzu.
- Lila...
Kiedy Helena otworzyła oczy, zorientowała się, że leży na podłodze w swoim pokoju i łupie ją w głowie.
Coś dręczyło ją na skraju świadomości, majacząc tuż na granicy wspomnień.
Próbowała się skupić, ale w czaszce rozpalił się nagły ból. Cokolwiek nie dawało jej spokoju, zniknęło niczym woda wsiąkająca w piasek.
Okna znów zaskrzypiały, podłoga zadrżała, a dom jęknął w posadach, jakby ożywał. Podniosła się, oszczędzając ręce, i zbliżyła się do szyby.
Szczyty górskie pokrywała biel, ale śnieg nie dotarł jeszcze do dorzecza. Przesilenie zimowe, które wyznaczało początek nowego roku, miało nadejść zapewne dopiero za co najmniej kilka tygodni.
Czternaście miesięcy. Próbowała przypomnieć sobie ostatnią datę, jaką zakodowała podczas wojny. Do ostatecznej bitwy doszło późnym latem, jednak nie pamiętała ani miesiąca, ani fazy księżyca. Szpitalny oddział nie ulegał zmianom wraz z porami roku.
Kiedy wyglądała przez okno, otworzyły się drzwi za jej plecami. Helenę przeszedł dreszcz, gdy odwracała się, zakładając, że to Ferron.
Zamiast tego weszła Aurelia otulona kłębami błękitnej tkaniny, która błyszczała metalicznie, jakby stanowiła misterny egzoszkielet. Jeśli Ferronowie naprawdę zmagali się z problemami finansowymi, to dlatego, że uszycie strojów dla kobiety wymagało użycia najprawdopodobniej kilkunastu metrów importowanego jedwabiu.
Aurelia może i miała niezwykły rezonans żelaza, lecz z pieniędzmi obchodziła się jak nowobogacka. Helena sama nigdy nie posiadała ich zbyt wiele, jednak mimowolnie zauważała takie rzeczy pośród szlacheckich rodów, które służyły Holdfastom i Wiecznemu Płomieniowi.
Strój na wieś miał być z natury mniej formalny. Kiedy Luc opowiadał Helenie o sielskim domu, który jego rodzina postawiła w górach, powtarzał, jak wygodną nosiło się tam odzież. Każdego roku, po paradach z okazji letniego przesilenia, podczas których świętowano urodziny princepsa, zapraszał ją, aby mogła uciec od miejskiego upału i chorób, które w porze ciepłej przychodziły znad rzeki.
Zawsze jednak spotykała się wtedy z ojcem.
Kilka lat później zobaczyła ten sielski dom, ale pojechała tam sama. I Luc miał rację - posiadłość była piękna, ubrania wygodne, jednak nie spodobało jej się w tamtym miejscu.
Aurelia patrzyła na Helenę z obrzydzeniem.
- Dlaczego wciąż masz to na sobie? Nie umyłaś się, odkąd tu trafiłaś?
Nie, odmówiła ablucji. Pozostanie brudną wydawało się bezpieczniejsze.
- Zdaję sobie sprawę, że nie jesteś stąd, założyłam jednak, że w tej norze, z której wyciągnęli cię Holdfastowie, obowiązywały podstawowe zasady higieny.
Helena jedynie zacisnęła usta.
- Dzwoniła Stroud. Procedura rozpocznie się dziś wieczorem. Umyj się i zrób coś z tymi okropnymi włosami, zanim tu wrócę, bo jak nie, każę służkom się tym zająć. Mam kilka nieźle śmierdzących, więc jeśli jeszcze raz zobaczę cię w takim stanie, to je wezwę. - Aurelia obróciła się, czemu wtórował szelest warstw jej sukni, i wyszła.
Helena udała się do łazienki, rozebrała tak szybko, jak było to możliwe i wskoczyła pod prysznic. Rury prychnęły kilka razy, nim w końcu syknęły, jęknęły i popłynęła nimi woda. Helena wyszorowała się pospiesznie od stóp do głów za pomocą myjki, a potem skupiła na rozdzieleniu włosów palcami. Nigdzie nie znalazła grzebienia.
Czy Ferron myślał, że mogłaby poderżnąć sobie nim gardło?
Właściwie to wcale nie był taki zły pomysł.
Kiedy uznała, że jest już dostatecznie czysta, włożyła świeżą, szorstką bieliznę, a potem naciągnęła na siebie podarowaną suknię, starając się nie patrzeć na czerwony materiał. Usiadła i rozpoczęła walkę z pozostałym na głowie kołtunem, przy czym rozbolały ją dłonie i nadgarstki, ale nie miała najmniejszej ochoty sprawdzać, czy Aurelia spełni swoje groźby.
Paladyjczycy zawsze określali jej fryzurę jako niezbyt schludną. Ludzie z Północy przeważnie mieli cienkie i zupełnie proste kosmyki. Loki tolerowano tylko wtedy, gdy powstały na rozgrzanym pręcie, który je przypalał, układając w formę korkociągu.
Kiedy została uzdrowicielką, nauczyła się zaplatać włosy w dwa ciasne warkocze u nasady szyi. W tej chwili próbowała to powtórzyć, ale nie była w stanie wykonać skrętnego ruchu dłońmi.
Drzwi otworzyły się tak gwałtownie, że uderzyły o ścianę. Aurelia stanęła w wejściu, z wyraźną pogardą omiatając ją przenikliwym wzrokiem niebieskich oczu.
Helena spięła się i czekała na wyrok.
Pani domu pociągnęła nosem i zacisnęła usta.
- Chodź.
Więźniarka podążyła za nią, w duchu skupiając się na misternym, metalowym wzorze na sukni Aurelii, a nie na cieniach wokół niej.
Eskortującej najwyraźniej nie podobała się ta cisza.
- Kaine mówi, że jedyne, co w tobie wartościowe, to mózg. - Spojrzała na Helenę, jakby spodziewała się, że to stwierdzenie ją zaboli. - Wnoszę zatem, że z resztą ciebie mogę zrobić, co mi się żywnie podoba.
Wypowiadając ostatnie zdanie, transmutowała żelazne pierścienie na palcach.
Pomimo całej mocy rezonansu żelaza, ruchy dziewczyny zdawały się na pokaz. Stworzona broń połamałaby połowę jej palców, gdyby chciała z niej skorzystać.
Helena wątpiła, czy Aurelia kiedykolwiek przeszła prawdziwe szkolenie bojowe. Gildie zasadniczo wysyłały do Instytutu tylko synów, bo córki chciano dobrze wydać za mąż. Oczywiście mogły uczyć się alchemicznych sztuczek salonowych, ale rzadko otrzymywały dyplomy.
Mimo to Helena udała przestrach i odskoczyła, z rozwagą odwracając wzrok, aby nie zdradzić krytycznej oceny, która musiała malować się w jej oczach.
Otulona gorsetem pierś Aurelii uniosła się, gdy na jej palcach znów pojawiły się pierścienie.
- Założę się, że już żałujesz, że dołączyłaś do Holdfastów. I tak miały wygrać gildie. Próbowaliście nas powstrzymać, a teraz spójrz tylko, na co wam się to zdało. - Przesadnie zadarła głowę i ruszyła.
Hol okazał się pusty. Aurelia szybko weszła na drugie piętro, następnie przemierzyła krótki korytarz, zatrzymała się przed pierwszymi drzwiami i dotknęła panelu, który znajdował się na skrzydle tuż nad gałką. Rozległ się zgrzyt zamka.
- Jesteśmy. Wejdź tutaj i zaczekaj - poleciła pani domu. Helena zbyt późno zorientowała się, że ma wkroczyć w pułapkę. - Kaine niebawem się zjawi. Nie wychodź do tego czasu - dodała, a potem odeszła, zostawiając Helenę na korytarzu, z przytłaczającym poczuciem, że nie powinna wchodzić do tego pomieszczenia.
Więźniarka się rozejrzała. Powinna spróbować zawrócić? Może napytałaby sobie tym wystarczającej biedy, żeby Ferron zechciał ją zabić?
Zanim jednak zdołała rozważyć swoje możliwości, korytarz przed nią zaczął się rozciągać i nadymać, aż wszelkie powierzchnie uciekły poza jej zasięg. Gałka w drzwiach zaczęła się oddalać, pozostawiając Helenę łatwym celem dla sięgających ku niej cieni.
Rzuciła się w przód, złapała za gałkę. Udało jej się ją przekręcić i weszła.
Pomieszczenie okazało się mniejsze niż korytarz.
Oparła się o drzwi, palcami bezwiednie wodziła po słojach drewna, uspokajając się w zamkniętej przestrzeni.
Zdziwiła się, gdy zobaczyła, że pokój bardzo przypominał jej sypialnię. Również znajdowały się tu dwa okna, łóżko i szafa, tyle że zamiast fotela uszaka stało biurko z krzesłem. Mogła to być też cela ascety.
Podeszła do stojącego przy oknie biurka. Zastała na nim schludny stos dokumentów.
Wzięła kartkę leżącą na samej górze i uniosła do słabego światła, aby sprawdzić, czy nie odcisnęło się na niej to, co Ferron pisał na poprzedniej, ale papier był gruby i nieskazitelny. Przeciągnęła palcami po delikatnie zdobionym srebrem blacie - wzór składał się z misternie splecionych liści i gałązek, z idealną precyzją wtopionych w drewno. Bez wątpienia było to dzieło utalentowanego alchemika srebra. Biurko zachowano w stanie idealnym, co ostro kontrastowało z pajęczynami pokrywającymi żelazną konstrukcję w całym domu.
Helena odwróciła się na pięcie, cała sztywna, bo została uwięziona w pokoju, w którym najprawdopodobniej nie powinna się znajdować. Wątpiła, czy zdołałaby wrócić do swojej sypialni, a gdyby Aurelia przyłapała ją na nieposłuszeństwie, na pewno poważnie by skrzywdziła.
Jednak co zrobi jej Ferron? Czy za wejście do zamkniętego pokoju należała się kara śmierci? Wątpiła, żeby był aż tak porywczy, a jeżeli Stroud jako wiwimantka potrafiła stosować tak kreatywne kary, które ściśle rzecz biorąc, nie były torturami, Ferron niewątpliwie również mógł zrobić coś podobnego.
Helenie zaschło w ustach.
Wciąż nie wiedziała, na czym miał polegać cały ten transfer. Pomimo rozmów o nim, nikt nie zamierzał wyjaśnić, co takiego planował zrobić jej Ferron. Mogła jedynie zgadywać, posilając się wypowiedziami Shiseo, które swoją drogą nie miały sensu, bo to właśnie Helena uzdrowiła generała Bayarda, gdy po raz pierwszy został ranny. Ratując go, dotarła do granic swojej wiedzy i umiejętności, mozolnie regenerowała uszkodzoną tkankę mózgową. Kiedy przeżył, mówiono o cudzie i że dłonie Heleny pobłogosławił sam Sol.
Pochwały jednak skończyły płynąć, gdy Bayard odzyskał przytomność. Okazało się, że był jak dziecko. Dorosły mężczyzna, potężny generał z emocjami małego chłopca. Niegdyś genialny taktyk nie umiał nawet wyjść z pomieszczenia bez pomocy osób trzecich.
Helena ocaliła jego ciało, lecz w gorzki sposób nauczyła się, że umysł był czymś zupełnie odrębnym i nie udało jej się go zreperować. Przez kolejne lata starała się naprawić swój błąd, jednak poległa. Gdzieś z zakamarków pamięci wyłoniła się postać Elain Boyle z lekarstwem w dłoni, z procedurą, którą w późniejszym okresie zastosowano również na samej Helenie. A teraz dowiedzieli się o niej również nieumarli.
Z zamyślenia wyrwał ją szczęk otwieranych drzwi. Obróciła się i zobaczyła, że do pokoju wszedł Ferron, rozluźniając kołnierzyk przy szyi.
Zatrzymał się, kiedy ją dostrzegł.
- Cóż - rzucił. - A to ci niespodzianka.
Helena milczała. Nie miała pojęcia, czego się spodziewać, co powinna zrobić, spoglądała więc na Ferrona niczym osaczone zwierzę.
Mężczyzna przeniósł wzrok na drzwi.
- Domyślam się, że Aurelia cię tu przyprowadziła. - Westchnął. - Najwyraźniej nadeszła pora, żebyśmy zaczęli.
Ruszył ku niej. Helena spięła się, ale ominął ją, podszedł do szafy i gwałtownie otworzył jej drzwiczki.
Najwyraźniej jednak nie był ascetą. Odsłonił cały rząd karafek. Wybrał jedną, nalał nieco bursztynowej cieczy do szklanki, a następnie odwrócił się i upił spory łyk. Patrząc ponad szkłem, powoli omiótł Helenę wzrokiem. Odwrócił spojrzenie, gdy dotarł do jej ramion. Popatrzył do szklanki i ponownie westchnął, jakby znalazł się w bardzo niezręcznej sytuacji.
- Miejmy to już z głowy.
Helena ani drgnęła.
Uniósł wzrok.
- Podejdź.
Kiedy się nie podporządkowała, na jego twarzy odmalował się skąpy uśmiech.
- Jeśli tego nie zrobisz, zdołam cię zmusić.
Uniósł rękę i powoli, z idealną precyzją, zaczął zginać jeden po drugim długie palce.
Helena poruszyła się wbrew swojej woli, niczym marionetka prowadzona na scenie przez lalkarza. Kolana się zginały, stopy podrywały z podłogi, a ciało przy kolejnych krokach przenosiło ciężar z nogi na nogę. Walczyła z tym, spinając mięśnie, ale dało to tylko tyle, że czuła, jakby zaraz kości miały jej popękać.
Zatrzymała się na wyciągnięcie ręki od Ferrona. Złapał ją za podbródek i uniósł jej głowę, aż popatrzyła mu w oczy.
- Widzisz? - zapytał. - Będzie łatwiej, jeśli się podporządkujesz.
Zapragnęła napluć mu w twarz, ale kiedy spróbowała to zrobić, zacisnęły się jej usta.
Dostrzegła błysk w oczach Ferrona.
- Nie denerwuj mnie, bo i tak nie sprawisz, że dostaniesz to, czego chcesz - stwierdził, mrużąc powieki. - Wiesz, to dla mnie nowość. Zazwyczaj nie trzymam więźniów. - Dopił trunek i odstawił szklankę. - Siadaj. - Wskazał na krzesło.
Uwolnił jej kończyny. Helena zastanawiała się, czy nie spróbować uciec, choćby tylko po to, żeby go zirytować, ale wyczuwała rezonans mężczyzny przy zakończeniach nerwowych jak drut pod napięciem.
Usiadła i w tej samej chwili znów straciła możliwość ruchu.
Ferron stanął za nią. Słyszała go, ale nie widziała, przez co serce jej przyspieszyło, gdy skupiała uwagę.
Ponownie złapał ją za podbródek i odchylił głowę, aż patrzyła w sufit.
Wciąż nie widziała jego twarzy, a jedynie drugą dłoń, na której miał ciemny, błyszczący w słabym świetle pierścień. Przytknął dwa palce do skroni Heleny, a kciuk umieścił pomiędzy jej oczami.
Pochylił się na tyle, aby mogła go zobaczyć.
- No więc sprawdźmy, jak to jest być tobą.
Napięła mięśnie, gdy poczuła, jakby na przód jej czaszki opadł ciężar, a jego nacisk powoli wzrastał, aż do momentu, w którym w końcu coś w niej pękło, jakby palce Ferrona przeszły przez jej czoło i dotarły do mózgu.
Brutalnie oderwał jej umysł od ciała. Czuła, że głowa pozostała nieuszkodzona, a ręce Ferrona wciąż spoczywają na jej skórze, a jednocześnie odnosiła wrażenie, że wnikający rezonans mężczyzny rozbił jej czaszkę jak skorupkę jajka i odsłonił mózg. Nie płynął jednak normalnym kanałem energetycznym, ale zalewał ją ogromnym strumieniem, rozpychając się. Dusiła się pod jego wpływem. Bruzdy i szczeliny jej umysłu wypełniały się przytłaczającym i rosnącym poczuciem innego bytu, który starał się wedrzeć na płaszczyznę jej istnienia. Kiedy nie pozostało już żadnych wolnych przestrzeni, jej świadomość została zmiażdżona, jakby się zapadła.
I wszystko stało się czerwone.
Krzyczała.
Słyszała własny głos. Czuła go. Ciało wciąż siedziało unieruchomione na krześle i się wydzierało, umysł Heleny znajdował się natomiast gdzie indziej, rozpadając się pod wpływem coraz silniejszej świadomości Ferrona.
A mężczyzna nie ustawał w wysiłkach. Wchodził głębiej. Helena tonęła we własnym mózgu, uwięziona, gdy obecność się rozrastała, a ciśnienie nasilało. Nie miała dokąd uciec. Pochłonął ją całą.
Rozległ się głuchy pomruk, a potem światło rozproszyło się niczym ustępująca mgła.
Helena wciąż patrzyła w górę, wbijając wzrok w sufit. Blada twarz nad nią spoglądała w dół.
Poruszała nerwowo oczami, zaskoczona okrucieństwem na obliczu Ferrona, tym, jaki zdawał się nienaturalny i obcy. Zrozumiała, że znajdował się w jej umyśle i patrzył na siebie jej oczami.
A potem zniknął. Jego rezonans i umysł zostały wyrwane jak korzenie inwazyjnego chwastu.
Wszystko w umyśle dziewczyny zapadło się wokół pustki, którą to wywołało, a spójność jej własnej świadomości zaczęła się rozpadać.
Helena spadła z krzesła, pokój zawirował jej przed oczami.
Myśli potoczyły się w czaszce niczym kości do gry.
Gdzie się znajdowała?
- Wyjdź.
Znała te słowa, ale dobiegały z bardzo daleka. Dźwięki. Nie etraskie, bo te były ładniejsze. Melodyjne.
To...
Dialekt.
Myśli formowały się bardzo powoli.
Próbowała unieść głowę, ale pomieszczenie wciąż się kręciło.
Musiała przebywać na statku. Płynąć przez morze, zostawiając za sobą klify i wyspy.
Dokąd zmierzała?
Do szkoły. Tak, miała pobierać nauki alchemii.
Czuła, że na twarzy ma coś mokrego. Zdołała unieść ociężałą rękę i to zetrzeć. Miała czerwone palce. Dlaczego?
- Wyjdź!
Pokój zadrżał. Helenę poderwała z podłogi jakaś niewidzialna siła, a potem popchnęła ją w stronę drzwi.
Upadła oszołomiona, a wstrząs przywrócił kontrolę nad jej ciałem - i pamięcią.
Ferron. Transfer.
Żołądek mocno jej się skurczył. Gdyby cokolwiek w nim miała, z pewnością by to zwróciła.
Popatrzyła przez ramię. Stał za nią z pobielałą, przerażającą, wykrzywioną furią twarzą. Powietrze w pomieszczeniu trzeszczało.
- Mówiłem, że masz się wynieść! - Wyglądał jak zwierzę, które chciało się rzucić i rozerwać jej szyję zębiskami.
Do działania zmusiło Helenę czyste przerażenie. Podniosła się, gwałtownie otworzyła drzwi i uciekła.
Biegła. Wciąż wszystko widziała na czerwono, nawet jeśli usilnie mrugała, jakby ściany tego domu ociekały krwią, a cienie zmieniały się w obraz rzezi. Tarła oczy, próbując znaleźć drogę.
Słyszała jedynie swój spanikowany oddech i stopy uderzające o nagie drewno, a żelazo w podłodze odczuwała jak lód.
Wspięła się po schodach. Rozdzierał ją szok, zmieniał kończyny w ołów, aż ciążyły. Robiło jej się coraz zimniej, gdy wstrząsały nią dreszcze jak w malignie.
Zachwiała się i niemal spadła ze schodów, lecz zdołała złapać się poręczy i spojrzeć w dół na hol.
Róże falowały, jakby znajdowały się pod wodą, podłoga się poruszała, wokół latał czarny smok.
Owinął się wokół stołu, rozpościerając skrzydła i opuszczając łeb tak, by złapać w zęby swój własny ogon, jakby pożerał samego siebie.
Uroboros.
Ponieważ nadal wszystko widziała na czerwono, smok wyglądał, jakby pływał we krwi.
A gdyby tak po prostu rzucić się w dół?
Nikt by jej nie powstrzymał. Powierzone przez Luca tajemnice pozostałyby bezpieczne, a Ferron poniósłby klęskę.
Wychyliła się za balustradę, którą wciąż ściskała drżącymi dłońmi.
Skoczy głową w dół.
Zginie od uderzenia albo Ferron za sprawą wiwimancji zachowa ją przy życiu.
Jeszcze trochę...
Ktoś mocno złapał ją za ramię i szarpnął do tyłu, na chwilę przed tym, jak całkowicie przechyliłaby się przez poręcz. Obróciła się i zobaczyła piorunującego ją wzrokiem Ferrona.
- Ani się waż!
Próbowała mu się wyrwać i rzucić do ucieczki, ale odciągnął ją od balustrady i sprowadził po schodach, w trakcie czego nie przestawała go bić i drapać. Nie zatrzymał się. Przeciągnął ją przez dom, praktycznie wykopał drzwi do jej pokoju, a następnie popchnął dziewczynę na łóżko.
Upadła, oddychając pospiesznie, cierpiąc z powodu bólu w nadgarstkach i dłoniach.
- Sądziłaś, że nie domyślę się, że postanowisz popełnić samobójstwo? - zapytał ze złością Ferron. - Jakby istniało coś, co Wieczny Płomień uwielbiał bardziej niż umieranie za sprawę.
- Myślałam, że wolałbyś, żebyśmy wszyscy byli martwi. - Głowa bolała ją tak bardzo, że miała mdłości.
Parsknął śmiechem.
- Możesz się uważać za wyjątek od tej reguły. Wielki Nekromanta pragnie twoich tajemnic, więc nie umrzesz, dopóki ich nie zdobędzie. - Rozejrzał się po pokoju, a jego oczy zdawały się błyszczeć. Skrył je pod powiekami i pokręcił głową. - Myślałem, że wystarczy transferu na dziś, wygląda jednak na to, że pragniesz utrudnić sobie tę sytuację jak to tylko możliwe.
Pochylił się.
Helena patrzyła na niego ze strachem.
- Sprawdźmy inne twoje pomysły. - Złapał ją zimnymi palcami za skronie.
Nie zastosował transferu, przez co ogarnęła ją tak wielka ulga, że niemal się odprężyła, nim zdała sobie sprawę, że postanowił pogwałcić jej wspomnienia.
Rezonans przepłynął przez jej umysł niczym podmuch wiatru, wprawiając myśli w ruch.
Ferron przesuwał je powoli. Zamiast udać się w podróż przez czas, skupił się na ostatnich wydarzeniach, sunąc z prądem jej wspomnień.
Badał uważnie szczegóły, gdy rozglądała się po pokoju. Przyglądał się temu, jak przerażał ją korytarz, poznał przemyślenia na temat jego rodziny. Dostrzegł nawet to, że próbowała ćwiczyć.
Kiedy ostatecznie się zatrzymał, strużki łez na jej policzkach zdążyły zaschnąć.
- Jak zawsze pracowita - zadrwił, odsuwając rękę.
Zacisnęła usta.
Wciąż się nad nią pochylał, przyciskając dłoń do materaca tuż przy jej głowie.
- Naprawdę sądzisz, że zdołałabyś mnie podejść, żebym doprowadził do twojej śmierci?
Niewzruszona wpatrywała się w baldachim.
- Możesz próbować. - Odwrócił się i wstał, ale zamiast wyjść, zatrzymał się, jakby nagle o czymś sobie przypomniał. - Nigdy więcej nie wchodź do mojego gabinetu. Jeśli będę czegoś od ciebie chciał, przyjdę tutaj.
Wyszedł, a Helena pozostała nieruchomo.
I tak nie wierzyła we własny plan. Zdawała sobie sprawę, że szanse na jego powodzenie były niebywale nikłe, a mimo to próbowała przekonać samą siebie, że jest wręcz przeciwnie. Luc by się nie poddał. Na jej miejscu walczyłby do końca. Czy gdyby zaniechała starań, byłaby to zdrada?
Tyle że Luc nie żył.
Cokolwiek ona zrobi, to i tak nie zwróci mu życia.
Drżała niekontrolowanie. Zwinęła się w kłębek na boku i zakopała w pościeli. Ból w jej głowie narastał, aż stał się wirem, który ją wciągał, a skóra napinała się, cienka jak błoniasty egzoszkielet. Pościel stała się wilgotna od jej potu, gdy rosła gorączka. Ciało marzło, a mózg płonął.
Czas się zmienił, wykrzywił. Straciła poczucie wszystkiego, poza bólem.
Słyszała głosy. Wiele głosów. Do gardła wlewano jej obrzydliwe rzeczy, mikstury, które wywoływały odruch wymiotny i paliły narządy wewnętrzne. Na jej skórze pojawiały się gorące, zimne i obślizgłe rzeczy.
Podniesiono ją i zanurzono w lodowatej wodzie, wyjęto, żeby mogła odetchnąć, a potem znów wciśnięto pod powierzchnię.
Umysł płonął jak węgle, spopielając wszystko wokół.
I były też igły, lekkie kłucie, a potem rozgorzał wielki ból, jakby w jej ręce wbijano włócznie.
Pulsowanie w głowie narastało, aż zagłuszyło wszelkie myśli.
W końcu odpłynęła, umysł oderwał się od rzeczywistości.
Wszędzie była krew.
Znajdowała się w szpitalu w kwaterze głównej. Wyły dzwonki. Lekarze i pielęgniarki z rozmywającymi się twarzami wynosili ciała.
W ramionach trzymała umierającego chłopca. Starała się go pocieszyć, skupić się na nim, a nie na narastającej w pomieszczeniu panice, która wbijała szpony w jej płuca i nie pozwalała uleczyć dzieciaka. Bez względu na wysiłki Heleny, odpychał ją. Krew płynęła ciemnymi strużkami. Czuła na skórze jej lepkość i ciepło. Ludzie wciąż ją wołali, przekrzykując panujący tu gwar, ale musiała uratować tego chłopca.
Starała się.
W końcu przestał się szamotać. Czuła go poprzez rezonans. W jej sercu rozbłysła nadzieja, gdy wychwytywała tętniące życie. A potem odszedł, co odebrała jak cios pięścią prosto w mostek. Za późno.
Popatrzyła na ułożone wokół niej ciała, leżące jedno na drugim, niczym niekończący się mur, po którym spływały strugi szkarłatu, kołyszący się, jakby miał na nią spaść i ją zmiażdżyć.
Próbowała oddychać. W nosie i płucach paliła ją dusząca mieszanina woni żółci, spalonego ciała, krwi, potu, brudu i środków odkażających.
Gdziekolwiek się obróciła, widziała kolejne ciała - znajdowały się nawet pod jej stopami. Miażdżyła je, gdy szła.
Wybierz.
Kto przeżyje, a kto umrze? Musiała zdecydować.
Decyzja miała należeć do niej.
Wyciągnęła drżącą rękę i ktoś za nią chwycił, jakby chciał uspokoić.
Luc.
Sapnęła z ulgą i go uściskała.
Miał na sobie swoją złotą zbroję, ale zdjął hełm, aby mogła widzieć jego twarz. Uśmiechnął się do niej. Koszmar tymczasowo zniknął.
A potem po twarzy zaczęła płynąć mu krew.
Tuż za nim stała Lila z glewią w dłoni, jasne włosy tworzyły koronę na jej głowie, choć połowa twarzy wyglądała na zgniłą, tkanki odchodziły, odsłaniając czaszkę. A obok niej znajdował się ktoś jeszcze, ale Helena nie mogła sobie przypomnieć, kto to taki.
Trochę dalej zauważyła Titusa i Rheę, a za nimi Radę i Wieczny Płomień. Wszyscy ją otaczali.
Ich twarze miały pusty wyraz - z wyjątkiem Luca.
Holdfast wciąż żył. Krwawił, ale mogła go uzdrowić. Ponownie wyciągnęła drżącą rękę, a wtedy powiedział:
- Zginąłem przez ciebie.
Pokręciła głową, bo głos ją zawiódł.
- Patrz, Hel - polecił. Dotknął napierśnika. Złota zbroja stopiła się, odsłaniając nagi tors. Pomiędzy żebrami Luca ziała bezkrwawa rana, z której wystawał lśniący, czarny nóż. Rozcięcie rozeszło się w dół tułowia, aż ostrze wypadło i z brzękiem wylądowało na podłodze. Z ciała wysunęły się sczerniałe od gangreny organy, powietrze wypełnił smród, jakby gniły od wielu miesięcy. - Widzisz?
- Nie. Nie... - I tak próbowała go dotknąć, lecz rozpłynął się w powietrzu, pozostawiając jedynie krew na jej palcach.
W tym momencie stała przed nią matka. Helena nie dostrzegała jej twarzy, wiedziała jednak, że to ona. Poznała po zapachu suszonych ziół.
Helena wyciągnęła do niej ręce, ale kobieta rozwiała się jak mgła.
Był i ojciec.
Stał pośród ludzi z Północy. Miał ciemne oczy i - tak jak ona - czarne, kręcone włosy.
Nosił biały medyczny fartuch, a gdy popatrzyła na niego, zauważyła, że się uśmiechnął. Tuż pod żuchwą, od ucha do ucha, ciągnęła się rana tak zakrzywiona, jak wyraz jego ust.
- Heleno - powiedział. - Nie żyję przez ciebie.
Podszedł z błyszczącym skalpelem w dłoni.
Nie odsunęła się, nie walczyła, kiedy chwycił ją za ramiona i poderżnął jej gardło.
Kiedy Helena wróciła do rzeczywistości, żałowała, że nie umarła.
Głowa wciąż jej pulsowała, włosy lepiły się do policzków i czoła. W sypialni panował zaduch. W ustach tak bardzo jej zaschło, że język groził popękaniem.
Zdołała obrócić się na bok. Dostrzegła, że na stoliku nocnym stoi dzbanek, kilka buteleczek i szklanka. Wzięła ją i duszkiem wychyliła jej zawartość.
Opadła na poduszki i zrzuciła z siebie pościel. Poczuła zapach okładu gorczycowego. Ponownie spojrzała na buteleczki zawierające tabletki z żelazem i arszenikiem. Były również sole trzeźwiące i syrop wymiotny.
Sięgnęła po arszenik, ale zanim go chwyciła, otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł nerwowy, jąkający się mężczyzna, którego widziała w Centrali, a za nim Ferron.
- Mało prawdopodobne, że gorączka ustąpi podczas zabiegu - mówił. Wydawał się bać gospodarza równie mocno, co wcześniej Morrougha.
Ferron go nie słuchał. Skupił się na stoliku i fiolce, przy której Helena zatrzymała rękę. Przeszedł przez sypialnię, zgarnął wszystkie medykamenty i schował do kieszeni, piorunując ją wzrokiem.
Gnojek.
- Mam przechodzić przez to co tydzień? - zapytał, patrząc na Helenę, jakby była bezpańskim psem, którego chciał utopić.
Mężczyzna pokiwał głową.
- Rozumiem, że asymilacja przy procedurze transferu, jaką opracował Wieczny Płomień, ma na celu stopniowe wyrabianie tolerancji. Podobnie jak w przypadku tradycyjnego mitrydatyzmu, mogą pojawić się skutki uboczne. Przy kolejnej próbie powinien pan poczynić dalsze postępy, jednak najprawdopodobniej dojdzie do zapalenia opon mózgowych. Musi pan zrozumieć, to w żadnym razie nie jest naturalny stan istnienia. Wcześniej żaden żywy organizm nie przetrwał nawet krótkotrwałej obecności innej duszy. To, że ona teraz w ogóle żyje, powinno zostać uznane za cud. A ponieważ mamy utrzymać ją przy życiu tylko tak długo, aby odwrócić transmutację, długoterminowe pogorszenie stanu jej zdrowia nie będzie miało istotnego znaczenia.
- Nie mam czasu na zabawę w sanitariusza - oświadczył drwiąco Ferron. - Twoje lekarstwo okazało się niemal tak kiepskie, jak choroba. Nie sądzę, aby w tym tempie przeżyła wystarczająco długo, żebym cokolwiek mógł z niej wyciągnąć. Doprowadzenie jej do stanu, w którym zniesie transfer oraz pełne odwrócenie modyfikacji pamięci, to dopiero pierwszy krok. Potem będę musiał odnaleźć informacje, a to może potrwać wiele miesięcy. Nie narażę się na porażkę tylko dlatego, że uznasz coś za "nieistotne".
Mężczyzna skulił się, wcisnął szyję w barki, unosząc ramiona ponad uszy.
- Zapewniam, że arszenik nie powinien doprowadzić do jej zgonu. Może wykazywać objawy zatrucia, ale bazując na podstawie naszych teorii, procedura zakończy się, zanim rozwinie się u niej jakaś poważna martwica lub uszkodzenie wątroby.
- Skąd wiesz, jak długo zajmie całe to przedsięwzięcie? Nie wiemy nawet, czy powiodło się w przypadku Bayarda - rzucił ostrym tonem Ferron. - Jeśli jesteś pewny, że nie umrze, zanim Wielki Nekromanta otrzyma odpowiedzi, a ja mam postępować zgodnie z twoimi zaleceniami, zaświadczysz przed naszym wybitnym przywódcą, że działałem na podstawie twoich zapewnień.
Mężczyźnie krew odpłynęła z twarzy.
- Cóż, po przemyśleniu... możliwe, że gdyby wydłużyć odstępy pomiędzy sesjami, moglibyśmy zredukować skutki uboczne i nie doprowadzić do zapalenia opon mózgowych. Jednak nie śmiałbym samodzielnie wydać żadnych rekomendacji. Wie pan, nie jestem ekspertem w kwestiach naukowych. Stroud albo sam Wielki Nekromanta musieliby podjąć taką decyzję.
- Zostałeś mi polecony. Spodziewałem się, że będziesz miał przynajmniej na tyle doświadczenia, żeby przedstawić mi swoją opinię - wycedził Ferron.
Mężczyzna otarł czoło.
- Zdecydowanie zalecam, aby przyjechała tu Stroud i wydała rekomendacje - oświadczył, nie patrząc gospodarzowi w oczy.
- Wyjdź!
Helena się wzdrygnęła.
Ferron odprowadził mężczyznę spojrzeniem, po czym popatrzył na nią gniewnie, jakby to wszystko było z jej winy.
Wyciągnął do niej rękę, ale cofnęła się i uniknęła jego dotyku. Zamiast tego wsunął palce pod poduszkę i przeszukał łóżko, aby mieć pewność, że nie ukradła tabletek z arszenikiem. Piorunowała go wzrokiem, dopóki nie upewnił się, że nie ukryła trucizny, i wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami.
Wstała na chwiejnych nogach. Musiała usiąść pod prysznicem, bo zbyt zmęczyło ją stanie, niemniej zmywając z siebie pot i zapach okładów, znów poczuła się trochę bardziej jak człowiek.
Okropną czerwoną suknię wyprano, wyprasowano i odwieszono do szafy. Dodano też kilka innych, chociaż wszystkie o tej samej barwie. Niektóre w odcieniu bordo, inne jasne. Zostały niedawno ufarbowane. Na brzegach zauważyła pozostałości po oryginalnych kolorach - szałwiowej zieleni i bladym różu.
Najwyraźniej Aurelia uparcie trzymała się swojego wcześniejszego konceptu.
Stroud przyjechała następnego dnia. Weszła do pokoju Heleny z martwą służącą i Mandl, a raczej ciałem, które teraz zarządczyni zajmowała.
Służka była starszą kobietą ubraną jak pokojówka. Miała jasnobrązowe włosy, starannie zaczesane do tyłu, oraz zmarszczki wokół ust i oczu - oczu, w których widać było złowieszczy brak ostrości, co kontrastowało z ponurym grymasem na nowej twarzy Mandl.
- Siadaj - Stroud poleciła Helenie, kładąc torbę medyczną na stole.
Pacjentka podporządkowała się bez słowa, pozostając zupełnie bierną, gdy kobieta ją badała. Stroud dostrzegła, że nadgarstki zeszczuplały jej pod obręczami, a po ocenie kondycji ciała dziewczyny, cmoknęła z irytacją.
- Rozczarowujące - orzekła w końcu. - Miałam wielką nadzieję, że lepiej to zniesiesz.
Helena milczała, odczuwając namiastkę triumfu.
- Zakładam, że przesadą byłoby oczekiwać u ciebie fizycznej odporności, takiej jak u Bayarda - dodała Stroud, prychając z niezadowoleniem, gdy ponownie zbadała Helenę rezonansem. Przycisnęła palce do jej głowy, wpuszczając nieco energii do mózgu. Helena się skrzywiła. Umysł wciąż wydawał się dochodzić do siebie po wtargnięciu Ferrona. - Tak gwałtowne zapalenie utrzymujące się przez tydzień jest wysoce niepokojące. Żaden inny uczestnik badań nie wykazuje takich objawów. - Spojrzała gniewnie na Mandl i syknęła przez zęby: - Szkoda, że wtedy jej nie zgłosiłaś. Wszystko byłoby o wiele łatwiejsze.
Mandl sztywno skinęła głową, co jednak nie wystarczyło Stroud.
- Powinnaś być wdzięczna, że nie zwróciłam uwagi jego eminencji na fakt, że gdybyśmy dowiedzieli się o niej wcześniej, moglibyśmy zachować ciało Boyle i mielibyśmy animantkę, z której skorzystałby jeden z nieumarłych.
- Przecież przeprosiłam - rzuciła Mandl. - Nie wiem, czego jeszcze ode mnie oczekujesz ani dlaczego mnie tu przywiozłaś.
- Dar przeistoczenia otrzymałaś po mojej rekomendacji. Jeśli cała ta sytuacja jakoś negatywnie na mnie wpłynie, odbije się to również na tobie - zakomunikowała Stroud. - A jeżeli cokolwiek mnie to będzie kosztowało, dopilnuję, żebyś ty zapłaciła znacznie więcej.
Wróciła do badania Heleny, a na jej twarzy malował się coraz kwaśniejszy wyraz.
- Będziemy musieli odroczyć kolejną sesję, dopóki nie nabierze więcej sił. Jeśli umrze przedwcześnie, utracimy informacje. - Odwróciła się do nekrosłużki. - Wysoki Namiestniku! - zawołała. Martwa kobieta spojrzała na nią zamglonymi oczami. - Porozmawiam z tobą. Na osobności.
Nekrosłużka pokiwała głową i wskazała na drzwi.
Spośród wszystkich sposobów wykorzystania nekromancji, jakie Helena kiedykolwiek widziała, ten stosowany przez Ferronów był naprawdę podły. Wojna poniekąd uzasadniała takie postępowanie, ale służący w Spirefell byli cywilami mordowanymi dla taniej wygody.
Z każdą minutą spędzoną w tym domu pogłębiała się nienawiść Heleny do Ferrona, ponieważ go znała - wiedziała o luksusach oraz przywilejach, którymi cieszyła się jego rodzina. Zdawała sobie sprawę, jak łatwe i wygodne miał życie. Ferronowie byliby jednak niczym bez Holdfastów i Instytutu Alchemii - nie istniałaby ich fortuna.
Powinni być wdzięczni i lojalni wobec Luca z powodu tego, czym dzięki jego rodowi się stali. A jednak z jakiegoś powodu zdradzili go i przeszli na stronę Morrougha.
Być może smok pożerający własny ogon nie stanowił jedynie pretensjonalnej ozdoby, ale był czymś, czym Ferronowie się pysznili. Omenem ich nienasyconego, niszczycielskiego głodu, który pozostawiał po sobie tylko zgliszcza.
Następnego dnia pojawił się Ferron. Na jego widok zesztywniała ze strachu. Fizyczny ból po transferze był dla psychiki Heleny jak wstrząs wtórny.
Mężczyzna zatrzymał się nieopodal drzwi i omiótł ją wzrokiem jasnych oczu, następnie skupił się na palcach, którymi bezwiednie poruszała, kiedy czegoś się bała. Ukryła je pod spódnicą.
- Stroud chce, żebyś wyszła z domu - oświadczył. - Wierzy, że poprawi ci się, gdy się przewietrzysz. - Rzucił jej coś dużego i miękkiego. - Włóż to.
Helena rozwinęła materiał i zobaczyła grubą, ufarbowaną na czerwono pelerynę. Skrzywiła się na ten widok.
- Coś nie tak?
Spojrzała na niego.
- Macie w tym domu tylko czerwoną farbkę?
- Dzięki tej jaskrawej barwie słudzy z łatwością cię wypatrzą. Chodź! - Wyszedł na korytarz.
Podążyła za nim, ostrożnie stawiając kroki. Na korytarzu jaśniały kinkiety, rozganiając cienie, gdy szli na koniec skrzydła, a potem schodami do drzwi prowadzących na werandę i dziedziniec.
Padało i wiało, więc krople smagały ją po twarzy, aż sapnęła z zaskoczenia.
Ferron natychmiast na nią spojrzał.
- Co?
- Ja... - Głos jej się załamał. Przełknęła ślinę. - Zapomniałam, jak to jest, kiedy owiewa cię wiatr.
Odwrócił się.
- Dziedziniec jest ogrodzony. Możesz swobodnie się po nim poruszać.
Rozejrzała się, zapamiętując szczegóły głównego domu i pobocznych budynków. Weranda ciągnęła się aż na koniec skrzydła i zmieniała w krużganek łączący budowle, zamykający je murem. Można było podejść do bramy, nie wychodząc na deszcz, bo zabudowania tworzyły żelazny pierścień.
- Idź. - Ferron odprawił Helenę gestem, a potem usiadł przy pobliskim stoliku, na jednym z dwóch niewielkich krzeseł i wyjął gazetę spod surduta.
Dziewczyna natychmiast skupiła wzrok na nagłówku.
"ZATRZYMANO TERRORYSTKĘ Z WIECZNEGO PŁOMIENIA!" krzyczały słowa wypisane na górze strony dużymi literami.
Mimowolnie się zbliżyła.
O kim pisano?
Grace mówiła, że wszyscy nie żyją, jednak miała przed sobą dowód na istnienie ocalałych. Ferron najwyraźniej nie wytłukł ich co do jednego.
Uniósł wzrok, a ona zamarła, niezdolna oderwać spojrzenia od gazety, desperacko poszukując nazwiska.
- Chcesz przeczytać? - zagadnął powoli, przez co obsypała ją gęsia skórka.
Gwałtownie rozłożył prasę. Oszołomiona Helena wpatrywała się w swoje zdjęcie, wykonane gdy nafaszerowana lekami uspokajającymi przebywała w Centrali. Twarz miała wychudzoną i ściągniętą, bo dopadły ją skutki uboczne odstawienia środka pobudzającego, skołtunione włosy wisiały przy policzkach.
Celowo przedstawiono ją jako brudną, dziką reakcjonistkę.
"Pojmano ostatnią członkinię ekstremistycznej grupy zwanej Zakonem Wiecznego Płomienia, dziewczyna ma zostać przesłuchana" - głosił wstęp.
- W końcu stałaś się sławna. Patrz, o mnie też napisali. - W oczach Ferrona połyskiwała podłość, gdy wskazał na znajdującą się niżej w kolumnie swoją fotografię; pozował na tle wież na tym samym dziedzińcu, na którym teraz przebywali. - W razie gdyby ktoś zastanawiał się, gdzie jesteś albo kto cię przetrzymuje.
Popatrzyła na niego z dezorientacją. Dlaczego mieliby nagłaśniać jej pojmanie, a później miejsce uwięzienia? I dlaczego teraz? Przecież w Centrali przebywała już od wielu tygodni. Wieść o jej zatrzymaniu z pewnością nie była aktualna.
- Wydawało mi się, że to dość oczywista pułapka - oznajmił Ferron. Westchnął, przewracając kartkę. - Ale z drugiej strony, ten wasz ruch oporu nigdy nie był znany z przesadnej inteligencji. Członkom umykało wszystko, co bardziej subtelne. Wielki Nekromanta liczy na to, że jeśli ktokolwiek z was pozostał, poczuje się moralnie zobowiązany, aby przystąpić do działania w celu ocalenia ostatniej iskry Płomienia. - Zerknął na Helenę kątem oka. - Mam wątpliwości, czy tak się stanie, ale najwyraźniej nie zaszkodzi spróbować. - Rozparł się wygodnie i przeniósł uwagę na tekst.
Helena odsunęła się o krok.
Czy właśnie dlatego wysłano ją do Spirefell, zamiast zatrzymać w Centrali? Żeby wykorzystać jako przynętę?
Z jej gardła dobył się zduszony jęk. Obróciła się i zbiegła po schodkach na deszcz. Nie miała dokąd pójść, ale musiała stąd zniknąć.
Zawiązana na szyi peleryna dusiła i ciągnęła do tyłu. Helena szarpała za troczki, aż się od niej uwolniła. Ruszyła przez dziedziniec.
Lodowaty deszcz przesiąkł przez cienką tkaninę jej sukni, ale ledwie to odczuła. Widziała miejskie wieżowce wznoszące się ponad Spirefell. Szukała wzrokiem światła, które od zawsze jaśniało na szczycie Wieży Alchemicznej - Wiecznego Płomienia, który płonął od dnia założenia Paladii, ale nigdzie go nie dostrzegła. Zgasł.
Mimo to szła w tamtą stronę, ale kiedy dotarła na przeciwległy kraniec dziedzińca, wszystkie wysokie budynki zniknęły za murem. Chodziła tam i z powrotem, szukając wyjścia, aż w końcu podeszła do bramy, choć wiedziała, że to daremny trud, bo nie zdoła się wydostać.
Brama z kutego żelaza pozostawała zamknięta, a ozdoby zamocowano zbyt blisko siebie, aby można się było pomiędzy nimi przecisnąć. Złapała jednak za pręty i potrząsnęła tak mocno, że zabolały ją nadgarstki.
Próbowała się nawet wspiąć, ale rozdarła pantofle, a żelazo okazało się tak zimne, że podrażniało skórę. Kiedy starała się podciągnąć, ból w przedramionach sprawił, że zdrętwiały jej dłonie.
Siedzący po drugiej stronie podwórza Ferron wciąż czytał gazetę, zupełnie nie bacząc na jej próby ucieczki.
Helenie chciało się krzyczeć. Chwyciła za pręty i ponownie potrząsnęła bramą.
Co, jeśli ktoś nieświadomy zastawionej pułapki przybędzie ją ocalić?
Ktoś, kto przetrwał do tej pory i teraz przez nią da się pochwycić?
Gwałtownie wciągnęła powietrze przez zęby. Klatka piersiowa bolała ją tak, jakby została rozpruta. Odsunęła się i potrząsnęła bramą jeszcze raz, beznadziejnie usiłując powyginać żelazo, jakby wystarczyło ku temu wykazać się odpowiednią determinacją.
W końcu zrozpaczona obróciła się z powrotem w kierunku domu.
Gdziekolwiek popatrzyła, wszystko było szare - zaschnięta trawa i leżące na niej liście, nagie drzewa, ciemny dom z wieżyczkami, którego elewację oplatał czarny bluszcz, a nawet wyblakłe zbocza gór, a ich pobielone szczyty niknęły we mgle pod zasnutym chmurami niebem. Wydawało się, jakby deszcz wypłukał wszystkie barwy ze świata. Poza nią. Stała w krwistoczerwonej sukni, odcinając się na tle monochromatycznego pejzażu.
Wiatr ciskał w nią kłujące, lodowate krople, przez co zaczęła się trząść. Przemokła do suchej nitki. Palce jej zsiniały i bolały przy najmniejszych podmuchach. Chłód metalowych obręczy na rękach promieniował aż do kości.
Przycisnęła dłonie do oczu, starając się zebrać myśli. Jak miała postąpić? Na pewno mogła coś zrobić.
Nie. Plan pozostał niezmienny. Czekała ją śmierć - albo z ręki Ferrona, albo z jej własnej.
Deszcz spływał po twarzy i włosach Heleny, gdy poczłapała w stronę domu. Na schodach prowadzących do głównej części budynku stali dwaj nekrosłudzy. Rozpoznała ich z Centrali. Poszarzali, rozłożyli się już do tego stopnia, że niemal zlewali się z kamiennym murem, niemniej obaj bacznie ją obserwowali, kiedy zbliżała się do Ferrona.
Mężczyzna uniósł głowę i spojrzał na nią hardo.
- Nie przebywasz na zewnątrz dostatecznie długo. Spaceruj dalej.
Wyszła więc z powrotem na dziedziniec. Kilka drzew rosnących pośrodku zasłaniało ją, gdy przykucnęła w krużganku po drugiej stronie placu, starając się rozgrzać. Widziała pozostawioną na żwirze pelerynę, teraz już zupełnie przemokłą. Siedząc, objęła się rękami i próbowała zatrzymać resztki ciepła.
Stopniowo przestawała drżeć, dopóki nie owionął jej kolejny podmuch. Czuła się wychłodzona i tak zmęczona, jakby miała zaraz zasnąć.
Co mogłoby doprowadzić do hipotermii...
Gdyby zasnęła, narządy wewnętrzne powoli odmawiałyby jej posłuszeństwa, aż w końcu by umarła. Gdzieś kiedyś czytała, że to w miarę łagodna śmierć. Zaczęła więc zapadać w odrętwienie, aż wszystko stało się komfortowo nieistotne.
- Pomysłowo - powiedział Ferron głosem, który był bardziej lodowaty niż wiatr. Złapał Helenę za rękę. Jego ciepło sprawiło, że gwałtownie przyspieszyło jej serce, a krew pobudziła ciało do życia.
Jęknęła wystraszona i chciała mu się wyrwać, ale było już za późno.
Spiorunował ją wzrokiem.
- Wstawaj.
Podniosła się z nie lada wysiłkiem i poczuła pulsowanie w nadgarstkach. Była sina, kończyny zdrętwiały od chłodu, ale czuła, że są zbyt ciepłe, by umarła.
- Nie każ mi cię ciągnąć - syknął przez zęby, odwrócił się i odszedł.
Poczłapała za nim w grobowym nastroju. Przy drzwiach czekała na nią służka - martwa, jak tamci dwaj mężczyźni, chociaż ona zdawała się młodsza i ubrana jak pokojówka. Miała w rękach szczotkę i ręcznik. Helena próbowała ją ominąć, ale służąca nie dała jej przejść.
- Aurelia się wścieknie, jeśli zabłocisz dom - wytknął Ferron. - Siadaj.
- Sama mogę doprowadzić się do porządku - odparła sztywnym tonem.
- Nie prosiłem. - Poczuła w sobie jego rezonans, chwilę później kolana się pod nią ugięły i opadła na krzesło. Służąca uklękła i zaczęła czyścić mokre pantofle, gdy Helena siedziała spięta, przyglądając się temu z mieszaniną obawy, fascynacji i wstydu.
Wiara głosiła, że dusza i ciało pozostawały nierozerwalnie związane aż do chwili kremacji. Dopiero kiedy ogień trawił tkanki, eteryczny duch zostawał uwolniony z prymitywnej, ziemskiej powłoki. Człowiek, który przez całe życie wykazywał się pobożnością i nie miał skłonności do czynienia zła, pozostawiał po sobie czystą duszę, która mogła wznieść się do najwyższych sfer niebiańskich.
Jeżeli jednak ciała nie spalono, dusza się go trzymała, niezdolna pójść do nieba, narażona na skażenie poprzez rozkładające się tkanki. Jeśli stan ten trwał zbyt długo, nieczystość organizmu mogła przekształcić się w rojowisko larw i robaków, zarazków i innych plugawych form zła, które wpełzały pod ziemię, gdzie na zawsze pochłaniał je ciemny, wilgotny ogień Otchłani.
Wskrzeszenie groziło właśnie taką metamorfozą, a przywiązanie ciała oraz duszy do nekromanty sprawiało, że nawet te najczystsze mogły zostać tak bardzo skażone, że nigdy nie pójdą do nieba, jeśli wcześniej nie oczyści ich święty ogień.
Helena mimowolnie patrzyła na twarz pokojówki, szukając jakichkolwiek oznak, że może tkwić w niej jeszcze powoli rozkładająca się dusza, uwięziona gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią. Spojrzenie martwej dziewczyny pozostawało puste. Jeżeli tlił się w służce jakikolwiek ślad duszy, został stłumiony przez wolę Ferrona.
Helena przeniosła na niego wzrok.
- Jesteś potworem.
Uniósł brwi.
- Zauważyłaś, co?
Ferron odszedł, gdy tylko pokojówka skończyła czyścić pantofle Heleny, a ona natychmiast wstała, bo nie chciała, żeby dłużej dotykały ją zwłoki.
Służąca ruszyła do domu, a kiedy odwróciła się do niej plecami, Helena chwyciła leżącą na stoliku gazetę i ukryła ją za sobą. Odetchnęła głęboko i weszła do środka.
Przemierzając schody, zaciskała palce na papierze.
Otaczały ją cienie, ale nie zamierzała na nie patrzeć. Liczyła kroki, trzymając się mocno poręczy, a potem sunęła przy ścianie, wpatrując się w żółte plamy światła, które rzucały kinkiety, aż doszła do swojej sypialni.
Kiedy jej nie było, pokój przewietrzono, zmieniono pościel. Panował tu niemal tak wielki chłód, jak na zewnątrz, chociaż okna już zamknięto i zaryglowano.
Helena była mokra i przemarznięta, ale Ferron w każdej chwili mógł przypomnieć sobie o gazecie. Nie zamierzała więc marnować czasu.
Usiadła przy oknie, gdzie światła zdawało się najwięcej, i skupiła się na czytaniu, zaczynając od samej góry. "Novembris 1788 roku".
Wpatrywała się w tę datę w szoku. Przecież to nie mogła być prawda. Ostatnie wyraźne wspomnienie miała z komisji w sprawie powrotu Lili Bayard do obowiązków paladynki i możności podjęcia walki z początkiem 1786 roku.
Gdyby wojna zakończyła się czternaście miesięcy wcześniej, oznaczałoby to, że miało to miejsce latem 1787 roku. A to znowu znaczyło, że nie pamiętała niemal dziewiętnastu miesięcy wojny. Wszystko jej się zlewało, gdy próbowała wracać myślami do ubiegłych wydarzeń, przypomnieć sobie cokolwiek innego poza dyżurami w szpitalu. Nie pamiętała niczego - ani rozmów, ani pór roku, ani Wyniesienia czy Uśpienia Lumithii - nic poza niekończącą się pracą na oddziale, która przypominała niekończący się krzyk.
Zacisnęła mocno powieki, zachodząc w głowę. Przecież musiała coś pamiętać. Nie mogła utracić aż tak wiele. Poszukując wspomnień, miała wrażenie, jakby chciała uchwycić wiatr w palce. Pod jej czaszką rozpalił się ostry ból.
Zamrugała, a kiedy otworzyła oczy, świat zasnuwała czerwona mgiełka.
W dłoniach trzymała gazetę.
Ścisnęła papier. Musiała natychmiast ją przeczytać, zanim Ferron zauważy, że zniknęła. Przesunęła wzrokiem do pierwszego artykułu.
Pojmano ostatnią członkinię ekstremistycznej grupy zwanej Zakonem Wiecznego Płomienia, która ma zostać przesłuchana. Centrala Nowej Paladii potwierdza, że to Helena Marino - studentka alchemii z wysp Etras na Południu. Rząd etraski zaprzecza, jakoby w jakikolwiek sposób brał udział w działalności terrorystycznej Wiecznego Płomienia lub takową wspierał. W celu ochrony mieszkańców Nowej Paladii przed dalszymi aktami przemocy, Marino została osadzona poza miastem, w Spirefell, gdzie będzie oczekiwać na decyzję w kwestii jej przyszłości.
Słynna posiadłość została zbudowana z żelaza przez Uriusa Ferrona. Dzięki unikatowej konstrukcji, wzniesionej dla uczczenia wyjątkowego rezonansu rodu, dom stanowi najlepsze miejsce dla niebezpiecznych więźniów.
Historia Ferronów w tym regionie - jednego z najstarszych rodów Nowej Paladii - sięga czasów sprzed panowania Holdfastów. Rodzina często padała ofiarą prześladowań Wiecznego Płomienia. Mistrz gildii żelaza, Atreus Ferron, został aresztowany i stracony za wypowiedzi przeciwko opresyjnemu reżimowi Holdfastów, a jego syna Kaine'a bezpodstawnie oskarżono o zabójstwo princepsa Apolla Holdfasta. Jednak wszystkie zarzuty przeciwko zarówno ojcu, jak i synowi, później wycofano...
Ferrona oskarżono o zabicie princepsa? O zabójstwo, które rozpętało wojnę?
Wpatrywała się w słowa na papierze, aż rozmyły jej się przed oczami. Pamiętała śmierć princepsa Apolla. Jego zmasakrowane zwłoki znaleziono w pomieszczeniach Instytutu Alchemii i natychmiast wszczęto dochodzenie w tej sprawie. Nie przypominała sobie, czy w oparciu o dowody wysnuto jakiekolwiek wnioski. W tamtym czasie działo się naprawdę wiele - odbył się pogrzeb, a potem rozpoczęto przygotowania do osadzenia Luca w roli nowego princepsa. To, co powinno być radosnym wydarzeniem, zostało podszyte żalem i szokiem, a Luc nie chciał w to wszystko uwierzyć, nawet kiedy przyjaciele ślubowali, że będą chronić go za cenę własnego życia. Ledwie skończyła się ceremonia, a została wzniecona rebelia i pojawili się nieumarli. Potem wybuchła wojna, która zdawała się nie mieć końca.
Czy Ferron zabił princepsa Apolla? Z pewnością nie, bo miał wtedy zaledwie szesnaście lat.
Może zarzuty sfabrykowano, żeby przedstawić ród Ferronów jako ofiary Holdfastów? To wydawało się znacznie bardziej prawdopodobne.
Helena przeczytała resztę artykułu z nadzieją, że dowie się z niego czegoś więcej, lecz znalazła jedynie powtórzenie zwyczajowej narracji nieumarłych na temat wojny - to nie oni ją rozpoczęli i tak naprawdę nigdy nie było żadnej "wojny", a jedynie rozgorzały niepokoje społeczne, bez żadnego uzasadnienia wzniecone przez niewielką grupę religijnych ekstremistów, którzy odmówili uznania władzy demokratycznie wybranego Zgromadzenia Gildii Paladii.
Luca przedstawiano jako żądnego władzy potwora, który próbował spalić miasto, zamiast oddać je we władanie komuś innemu. Luca, który w noc poprzedzającą przyjęcie tytułu princepsa wszedł na dach Wieży Alchemicznej i kołysał się samotnie na samym jego skraju.
Helena podeszła wtedy do niego, stanęła tak blisko, jak tylko się odważyła, i przyrzekła, że zrobi dla niego wszystko, jeśli tylko odsunie się od krawędzi i weźmie ją za rękę. Nie posłuchał. Cofnął się dopiero, kiedy obiecała, że skoczy za nim. Najwyraźniej chciał ją uratować.
Siedzieli razem na tym dachu aż do wschodu słońca. Ściskała jego dłoń, gdy opowiadała mu o Etras, o klifach i niewielkich wioskach, gdzie osły ciągnęły malowane wozy, o oliwkach i wszystkich farmach, a także o morzu w letnie dni. Powiedziała, że któregoś dnia udadzą się tam razem. Kiedy już wszystko będzie dobrze, to ona go tam zabierze, żeby zobaczył, jak tam ładnie.
Luc nigdy nie chciał być princepsem. Gdyby mógł, bez wahania oddałby władzę.
Helena, mrugając pospiesznie, obróciła stronę gazety.
Wymieniono na niej nazwiska tych, na których w zeszłym tygodniu Wysoki Namiestnik wykonał egzekucję. Artykuł opatrzono zdjęciem wymizerowanych kobiet i mężczyzn, którzy klęczeli na podwyższeniu. Na fotografii uchwycono również Ferrona - odziany w czerń i ze zdobionym hełmem na głowie zasłaniającym mu nie tylko twarz, ale i włosy, stał z wyciągniętą przed siebie bladą ręką.
Helena poznała go po postawie i znajomym już ułożeniu palców, chociaż artykuł informował jedynie o Wysokim Namiestniku. Nigdzie nie podano, że jest nim Kaine Ferron.
Czy jego tożsamość była tajemnicą? Kto mógł na tym skorzystać? Na pewno nie Ferronowie, jeśli wnosić po stanie ich podupadającego majątku.
Nie. To Morrough musiał być za to odpowiedzialny. Mimo wszystko ukrywanie tożsamości Wysokiego Namiestnika dawało Wielkiemu Nekromancie wyjątkowo potężny atut. Jeżeli mógł być nim każdy, ludzie pozostający w niewiedzy ciągle zastanawiali się nad jego tożsamością. Przez to również Ferron nie zdołałby zebrać własnych popleczników ani też zgromadzić ich wystarczająco wielu, by obalić Morrougha.
Może Ferron miał ambicje, których obawiał się Wielki Nekromanta? Całkiem kusząca teoria. Taka, którą Helena z pewnością mogłaby wykorzystać.
To czyniło również Spirefell idealną pułapką. Gdyby ktokolwiek przybył Helenie na ratunek, wiedziałby jedynie, że atakuje siedzibę dziedzica gildii. Nie miałby pojęcia o prawdziwej tożsamości tego, kto ją tu przetrzymuje.
Pospiesznie przeczytała pozostałe artykuły. Znalazła niejasne aluzje do niedoboru zboża. Dziwne. Kraje sąsiadujące z Paladią po jej obu stronach zajmowały się produkcją rolną na bardzo dużą skalę. Monarchów z Novis łączyła pokaźna historia z Holdfastami, można się więc było spodziewać, że nałożą na teraźniejszy rząd embargo, ale Hevgoss - silny militarnie kraj graniczący z Paladią od zachodu - od dekad zabiegał o lepsze umowy handlowe z gildiami.
Holdfastowie nieustannie blokowali te negocjacje, sprzeciwiając się wykorzystywaniu alchemii w rozgrywkach przemysłowych. Gildiom niestosującym się do ograniczeń handlowych z Hevgoss odcinano dostęp do lumitu, to zaś uniemożliwiało im alchemiczne przetwarzanie na skalę przemysłową.
Dlaczego więc Hevgoss nie miałby w tym momencie zalewać Paladii swoim zbożem?
Kolumny przeznaczone w gazecie na politykę zdawały się zarówno straszne, jak i niemal śmieszne. Zgromadzenie Gildii - którego powstanie rzekomo doprowadziło do wybuchu wojny - od trzech tygodni prowadziło negocjacje w sprawie taryf przewozowych, jakby to była najistotniejsza rzecz, na jakiej Nowa Paladia powinna się skupić tuż przed rozpoczynającym nowy rok zimowym przesileniem.
Znacznie ciekawszy okazał się akapit, gdzie napisano o podróży wysłannika Paladii, któremu pozwolono przekroczyć granicę Wschodniego Imperium. Pierwszy raz od kilkuset lat paladyjski obywatel dostał pozwolenie na wjazd. Czy mowa tutaj o tym zdrajcy Shiseo?
Helena jedynie omiotła wzrokiem kronikę towarzyską, a mimo to zauważyła, że bardzo często wymieniano nazwisko Aurelii Ferron. Najwyraźniej młoda kobieta prowadziła bogate życie salonowe.
W oko wpadło jej posłowie redakcyjne - pozornie nieszkodliwy komentarz gazety na temat obecnego niedoboru siły roboczej, lamentujący nad niedawną utratą tak wielu utalentowanych alchemików w "konflikcie" wywołanym przez Wieczny Płomień. Podano statystyki dotyczące gospodarki Paladii wciąż kurczącej się z powodu utraty kilku pokoleń alchemików. Autorka rozważała, czy remedium na ten stan rzeczy nie byłoby sponsorowanie narodzin dzieci. Artykuł nagle przestał brzmieć jak oficjalne stanowisko redakcji, a zaczął przybierać formę reklamy. Dyrektorka nowego wydziału nauki i alchemii Centrali Irmgard Stroud kierowała projektem, który miał na celu wzmocnienie kolejnego pokolenia alchemików. Aby zapewnić im najlepszy możliwy start, wykorzystywała nowatorskie metody selekcji naukowej. Poszukiwała wolontariuszek. Uczestniczkom gwarantowała wyżywienie oraz dach nad głową, a skazane - po ukończeniu projektu - mogłyby liczyć na rewizję wyroków.
Helena przeczytała artykuł kilkakrotnie, ledwie dowierzając temu, co widzi. Przecież to czysta hodowla, przedstawiana jako rozwiązanie ekonomiczne! Jakby alchemicy byli psami, które należało odpowiednio krzyżować w celu pozyskania ekonomicznie uzasadnionych zdolności transmutacyjnych.
Nie było to nic nowego. "Małżeństwo rezonansowe" stanowiło dobrze już znany termin określający występującą w gildiach tendencję do poślubiania osób z takim samym lub uzupełniającym się rezonansem alchemicznym. Świetny przykład na to stanowili Aurelia i Ferron.
Repertuar rezonansowy alchemika był dziedziczny jak kolor włosów czy oczu. Zdarzało się i tak, że rezonans u poszczególnych członków rodziny pojawiał się albo znikał zupełnie przypadkowo.
Rodzice Heleny nie byli alchemikami. Ojciec dysponował niewielkim rezonansem stali i miedzi, ale nie na tyle, by móc się szkolić czy kwalifikować do wstąpienia do gildii. O ile Heleny nie zawodziła pamięć, mama w ogóle nie miała takich zdolności. Znane były również przypadki, kiedy u dziecka alchemików nigdy nie pojawiał się rezonans - jak u ciotecznej babki Luca, Ilvy Holdfast, która była tak zwaną Wygasłą.
Najwyraźniej jednak Stroud pracowała obecnie nad zagadnieniem dziedziczenia rezonansu i zamierzała wykorzystać do tego więźniarki z kompleksu fabrycznego. Bo kto inny zgłosiłby się na ochotnika do projektu hodowlanego, komu oferowano jedynie wikt, dach nad głową i rewizję procesu?
Pomyślała o przymierającej głodem i zdesperowanej Grace, która z troski o zbyt młodych do pracy braci postanowiła sprzedać oko. Helena mogła jedynie dywagować, ile osób znajdowało się w podobnej sytuacji.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej