Alchemik - Paulo Coelho
43.00 zł
35.16 zł
(35,16 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Nazywał się Santiago. Dzień chylił się ku końcowi, kiedy dotarł ze swoim stadem do ruin starego, opuszczonego kościoła. Strop dawno już się zawalił i jedynie w miejscu, w którym niegdyś stała zakrystia, wyrósł teraz wielki sykomor.
Tu pasterz postanowił spędzić noc. Wprowadził owce przez rozpadającą się bramę i zagrodził wejście deskami, by w nocy nie mogły się wymknąć. Wprawdzie w okolicy nie było wilków, ale zdarzyło się kiedyś, że uciekło mu jedno ze zwierząt i spędził cały dzień na poszukiwaniu zabłąkanej owcy.
Rozesłał na ziemi płaszcz, położył się i wsunął pod głowę świeżo przeczytaną książkę. Zanim zasnął, pomyślał sobie, że powinien teraz wybierać książki grubsze - na dłużej starczyłoby czytania, a i na noc byłyby lepszymi podgłówkami.
Gdy się zbudził, dookoła było jeszcze ciemno. Spojrzał w górę i przez szczelinę w sklepieniu zobaczył migoczące gwiazdy.
"Wolałbym pospać trochę dłużej" - pomyślał. Śniło mu się to samo, co w zeszłym tygodniu i znów obudził się przed końcem.
Podniósł się z legowiska i wypił łyk wina. Wziął swój kij pasterski i zaczął budzić owce, które jeszcze spały. Dawno już zauważył, że większość tych stworzeń budziła się, ledwie on otwierał oczy. Jakby jakaś tajemna siła związała jego życie z życiem stada, które od dwóch lat przemierzało z nim kraj w poszukiwaniu wody i pożywienia.
- One tak już do mnie przywykły, że znają mój rytm dnia i nocy - rzekł z cicha. Po chwili namysłu wydało mu się jednak, że mogło być też odwrotnie - to on przyzwyczaił się do ich rytmu.
Niektóre owce budziły się jednak wolniej. Trącał kijem jedną po drugiej, wołając każdą po imieniu. Zawsze wierzył, że owce rozumiały wszystko, co do nich mówi. Dlatego czytał im czasem na głos urywki z książek, które go oczarowały, opowiadał o samotności i o radościach w życiu pasterza albo o ostatnich nowinach zasłyszanych w mijanych po drodze wioskach.
Od dwóch dni temat był właściwie jeden - tamta dziewczyna, córka kupca w miasteczku, do którego miał dotrzeć za cztery dni. Zawitał tam tylko raz, w ubiegłym roku. Kupiec był właścicielem sklepu z tkaninami i życzył sobie, by owce strzyżono pod jego okiem, bo nie chciał zostać oszukany. Jakiś przechodzień wskazał ten sklep pasterzowi, który pognał tam swoje stado.
Muszę wyjaśnić, dlaczego Alchemik jest powieścią symboliczną w przeciwieństwie do Pielgrzyma, książki opartej na faktach.
Przez jedenaście lat studiowałem alchemię. Już sam pomysł przemieniania metali nieszlachetnych w złoto czy poszukiwania eliksiru życia był niezwykle fascynujący dla każdego początkującego adepta magii. Przyznaję, że najbardziej intrygował mnie eliksir życia, zanim bowiem zrozumiałem i poczułem obecność Boga, przerażała mnie myśl o tym, że wszystko może się skończyć w jednej chwili. Zatem gdy dowiedziałem się o cudownej miksturze, która może mi przedłużyć życie o wiele lat, postanowiłem nie szczędzić sił, by odkryć jej skład.
Był początek lat siedemdziesiątych, czas wielkich zmian społecznych. W Brazylii nie publikowano jeszcze poważnych dzieł na temat alchemii. Dlatego, tak jak jeden z moich bohaterów, wydawałem swoje skromne oszczędności na zagraniczne książki, które wertowałem godzinami, starając się pojąć skomplikowane symbole i wzory. Szukałem kontaktu z dwoma czy trzema osobami w Rio de Janeiro, które poświęciły się pracy nad Wielkim Dziełem, ale żadna z nich nie chciała mnie przyjąć pod swoje skrzydła. Poznałem również takich, którzy podawali się za alchemików z własnymi laboratoriami i obiecywali wprowadzić mnie w tajniki alchemii - oczywiście za wysoką opłatą. Dziś wiem, że nie mieli pojęcia na temat wiedzy tajemnej, którą mieli mi przekazać.
Rezultaty moich samodzielnych wysiłków okazały się żałosne. Nic z tego, co obiecywały w swoim zawiłym języku podręczniki alchemii, się nie ziściło. Poznawałem nieskończoną ilość symboli, czytałem opowieści o smokach, lwach, słońcach, księżycach i o rtęci, ale wiedziałem, że nie tędy droga, bo język symboli jest zwodniczy.
W 1973 roku, zdesperowany brakiem postępów, popełniłem wielką nieostrożność. Wydział Edukacji stanu Mato Grosso zatrudnił mnie do prowadzenia zajęć teatralnych. Postanowiłem wykorzystać moich uczniów i zorganizowałem warsztaty na temat Szmaragdowej Tablicy. Ten szaleńczy pomysł oraz moje wypady na grząskie tereny magii sprawiły, że w następnym roku na własnej skórze poczułem, co oznacza przysłowie: kto sieje wiatr, zbiera burzę. Wszystko wokół mnie się zawaliło.
Przez kolejne sześć lat dość sceptycznie podchodziłem do wszystkiego, co wiązało się z mistyką. Podczas tego duchowego "wygnania" zrozumiałem wiele istotnych spraw: że zanim człowiek zaakceptuje jakąś prawdę, musi ją najpierw w głębi duszy odrzucić; że przed własnym przeznaczeniem nie ma ucieczki; że Boska ręka jest nieskończenie szczodra, chociaż surowa.
W roku 1981 poznałem mojego Mistrza, który sprowadził mnie na drogę dla mnie wytyczoną. Przekazywał mi swoją wiedzę, a ja na własną rękę znów wróciłem do alchemii. Pewnego wieczoru po długiej i wyczerpującej sesji telepatycznej spytałem, dlaczego język alchemików jest tak skomplikowany.
- Istnieją trzy rodzaje alchemików - wyjaśnił Mistrz. - Pierwsi wyrażają się nieprecyzyjnie i zawile, bo nie mają pojęcia, o czym mówią. Drudzy wyrażają się mgliście, bo wiedzą, o czym mówią, ale wiedzą także, że język alchemii trafia do serca, a nie do rozumu.
- A ten trzeci rodzaj? - spytałem.
- To ludzie, którzy nigdy nie słyszeli o alchemii, a mimo to odkryli Kamień Filozoficzny.
W taki oto sposób Mistrz - reprezentujący tę drugą grupę - dał mi lekcję alchemii. Odkryłem, że symboliczny język, który tak mnie irytował i zbijał z tropu, stanowił jedyny sposób, by dotrzeć do Duszy Świata, czyli, jak to określał Carl Gustav Jung - do "nieświadomości zbiorowej". Odkryłem Własną Legendę i Znaki Boga, prawdy, które mój umysł odrzucał tylko dlatego, że były zbyt proste. Odkryłem, że Wielkie Dzieło nie jest jedynie dla wybrańców, ale dla wszystkich ludzi na ziemi i że każdy - bez cienia wątpliwości - może zanurzyć się w Duszy Wszechświata.
Na stronach Alchemika próbowałem przekazać w sposób symboliczny to, czego się na temat alchemii dowiedziałem, ale nie tylko; chciałem też oddać hołd wielkim pisarzom, którym udało się poznać Język Świata: Hemingwayowi, Blake'owi, Borgesowi (on również posłużył się perską przypowieścią w jednym ze swoich opowiadań), Malbie Tahanowi i wielu innym.
Na zakończenie tego długiego wstępu dla zilustrowania tego, co Mistrz chciał powiedzieć o trzecim rodzaju alchemika, przytoczę historię, którą mi wtedy opowiedział.
Matka Boska z Dzieciątkiem w ramionach postanowiła zstąpić na ziemię i odwiedzić jeden z klasztorów. Dumni z tego zaszczytu zakonnicy stanęli w długiej kolejce do Najświętszej Panienki, żeby złożyć Jej hołd. Jeden z mnichów położył przed nią piękne obrazy, drugi deklamował natchnione poematy, kolejny pokazał Biblię, którą spisywano i ozdabiano przez setki lat, inny recytował imiona wszystkich świętych.
Na końcu stał najskromniejszy mnich, cierpliwie czekający na swoją kolej. Jedyne, czego go nauczyli rodzice - prości ludzie, artyści miejscowego cyrku - było żonglowanie i parę innych cyrkowych sztuczek.
Kiedy nadeszła jego kolej, mnisi uznali, że czas zakończyć ceremonię, żongler bowiem nie ma nic, czym mógłby się pochwalić, a do tego może przynieść wstyd klasztornej wspólnocie.
Skromny mnich czuł jednak głęboką potrzebę ofiarowania czegoś od siebie Marii i jej Dzieciątku. Czując na sobie surowe spojrzenia braci, zawstydzony wyjął z kieszeni pomarańcze i zaczął nimi żonglować. Podrzucał je i łapał, owoce kreśliły w powietrzu piękne koła, a wtedy mały Jezus zaklaskał z uciechy. Maria podała mnichowi uśmiechnięte Dzieciątko i pozwoliła mu je przytulić.
Paulo Coelho tłum. Teresa Tomczyńska