Nazywał się Santiago. Dzień chylił się ku
końcowi, kiedy dotarł ze swoim stadem do ruin starego, opuszczonego
kościoła. Strop dawno już się zawalił i jedynie w miejscu, w którym
niegdyś stała zakrystia, wyrósł teraz wielki sykomor.
Tu pasterz postanowił spędzić noc. Wprowadził owce przez rozpadającą się
bramę i zagrodził wejście deskami, by w nocy nie mogły się wymknąć.
Wprawdzie w okolicy nie było wilków, ale zdarzyło się kiedyś, że uciekło
mu jedno ze zwierząt i spędził cały dzień na poszukiwaniu zabłąkanej
owcy.
Rozesłał na ziemi płaszcz, położył się i wsunął pod głowę świeżo
przeczytaną książkę. Zanim zasnął, pomyślał sobie, że powinien teraz
wybierać książki grubsze - na dłużej starczyłoby czytania, a i na noc
byłyby lepszymi podgłówkami.
Gdy się zbudził, dookoła było jeszcze ciemno. Spojrzał w górę i przez
szczelinę w sklepieniu zobaczył migoczące gwiazdy.
"Wolałbym pospać trochę dłużej" - pomyślał. Śniło mu się to samo, co w zeszłym tygodniu i znów obudził się przed końcem.
Podniósł się z legowiska i wypił łyk wina. Wziął swój kij pasterski i zaczął budzić owce, które jeszcze spały. Dawno już zauważył, że
większość tych stworzeń budziła się, ledwie on otwierał oczy. Jakby
jakaś tajemna siła związała jego życie z życiem stada, które od dwóch
lat przemierzało z nim kraj w poszukiwaniu wody i pożywienia.
- One tak już do mnie przywykły, że znają mój rytm dnia i nocy - rzekł z cicha. Po chwili namysłu wydało mu się jednak, że mogło być też
odwrotnie - to on przyzwyczaił się do ich rytmu.
Niektóre owce budziły się jednak wolniej. Trącał kijem jedną po drugiej,
wołając każdą po imieniu. Zawsze wierzył, że owce rozumiały wszystko, co
do nich mówi. Dlatego czytał im czasem na głos urywki z książek, które
go oczarowały, opowiadał o samotności i o radościach w życiu pasterza
albo o ostatnich nowinach zasłyszanych w mijanych po drodze wioskach.
Od dwóch dni temat był właściwie jeden - tamta dziewczyna, córka kupca w miasteczku, do którego miał dotrzeć za cztery dni. Zawitał tam tylko
raz, w ubiegłym roku. Kupiec był właścicielem sklepu z tkaninami i życzył sobie, by owce strzyżono pod jego okiem, bo nie chciał zostać
oszukany. Jakiś przechodzień wskazał ten sklep pasterzowi, który pognał
tam swoje stado.
Od Autora
Muszę wyjaśnić, dlaczego Alchemik jest
powieścią symboliczną w przeciwieństwie do Pielgrzyma, książki opartej
na faktach.
Przez jedenaście lat studiowałem alchemię. Już sam pomysł przemieniania
metali nieszlachetnych w złoto czy poszukiwania eliksiru życia był
niezwykle fascynujący dla każdego początkującego adepta magii.
Przyznaję, że najbardziej intrygował mnie eliksir życia, zanim bowiem
zrozumiałem i poczułem obecność Boga, przerażała mnie myśl o tym, że
wszystko może się skończyć w jednej chwili. Zatem gdy dowiedziałem się o cudownej miksturze, która może mi przedłużyć życie o wiele lat,
postanowiłem nie szczędzić sił, by odkryć jej skład.
Był początek lat siedemdziesiątych, czas wielkich zmian społecznych. W Brazylii nie publikowano jeszcze poważnych dzieł na temat alchemii.
Dlatego, tak jak jeden z moich bohaterów, wydawałem swoje skromne
oszczędności na zagraniczne książki, które wertowałem godzinami,
starając się pojąć skomplikowane symbole i wzory. Szukałem kontaktu z dwoma czy trzema osobami w Rio de Janeiro, które poświęciły się pracy
nad Wielkim Dziełem, ale żadna z nich nie chciała mnie przyjąć pod swoje
skrzydła. Poznałem również takich, którzy podawali się za alchemików z własnymi laboratoriami i obiecywali wprowadzić mnie w tajniki alchemii -
oczywiście za wysoką opłatą. Dziś wiem, że nie mieli pojęcia na temat
wiedzy tajemnej, którą mieli mi przekazać.
Rezultaty moich samodzielnych wysiłków okazały się żałosne. Nic z tego,
co obiecywały w swoim zawiłym języku podręczniki alchemii, się nie
ziściło. Poznawałem nieskończoną ilość symboli, czytałem opowieści o smokach, lwach, słońcach, księżycach i o rtęci, ale wiedziałem, że nie
tędy droga, bo język symboli jest zwodniczy.
W 1973 roku, zdesperowany brakiem postępów, popełniłem wielką
nieostrożność. Wydział Edukacji stanu Mato Grosso zatrudnił mnie do
prowadzenia zajęć teatralnych. Postanowiłem wykorzystać moich uczniów i zorganizowałem warsztaty na temat Szmaragdowej Tablicy. Ten szaleńczy
pomysł oraz moje wypady na grząskie tereny magii sprawiły, że w następnym roku na własnej skórze poczułem, co oznacza przysłowie: kto
sieje wiatr, zbiera burzę. Wszystko wokół mnie się zawaliło.
Przez kolejne sześć lat dość sceptycznie podchodziłem do wszystkiego, co
wiązało się z mistyką. Podczas tego duchowego "wygnania" zrozumiałem
wiele istotnych spraw: że zanim człowiek zaakceptuje jakąś prawdę, musi
ją najpierw w głębi duszy odrzucić; że przed własnym przeznaczeniem nie
ma ucieczki; że Boska ręka jest nieskończenie szczodra, chociaż surowa.
W roku 1981 poznałem mojego Mistrza, który sprowadził mnie na drogę dla
mnie wytyczoną. Przekazywał mi swoją wiedzę, a ja na własną rękę znów
wróciłem do alchemii. Pewnego wieczoru po długiej i wyczerpującej sesji
telepatycznej spytałem, dlaczego język alchemików jest tak
skomplikowany.
- Istnieją trzy rodzaje alchemików - wyjaśnił Mistrz. - Pierwsi wyrażają
się nieprecyzyjnie i zawile, bo nie mają pojęcia, o czym mówią. Drudzy
wyrażają się mgliście, bo wiedzą, o czym mówią, ale wiedzą także, że
język alchemii trafia do serca, a nie do rozumu.
- A ten trzeci rodzaj? - spytałem.
- To ludzie, którzy nigdy nie słyszeli o alchemii, a mimo to odkryli
Kamień Filozoficzny.
W taki oto sposób Mistrz - reprezentujący tę drugą grupę - dał mi lekcję
alchemii. Odkryłem, że symboliczny język, który tak mnie irytował i zbijał z tropu, stanowił jedyny sposób, by dotrzeć do Duszy Świata,
czyli, jak to określał Carl Gustav Jung - do "nieświadomości zbiorowej".
Odkryłem Własną Legendę i Znaki Boga, prawdy, które mój umysł odrzucał
tylko dlatego, że były zbyt proste. Odkryłem, że Wielkie Dzieło nie jest
jedynie dla wybrańców, ale dla wszystkich ludzi na ziemi i że każdy -
bez cienia wątpliwości - może zanurzyć się w Duszy Wszechświata.
Na stronach Alchemika próbowałem przekazać w sposób symboliczny to,
czego się na temat alchemii dowiedziałem, ale nie tylko; chciałem też
oddać hołd wielkim pisarzom, którym udało się poznać Język Świata:
Hemingwayowi, Blake'owi, Borgesowi (on również posłużył się perską
przypowieścią w jednym ze swoich opowiadań), Malbie Tahanowi i wielu
innym.
Na zakończenie tego długiego wstępu dla zilustrowania tego, co Mistrz
chciał powiedzieć o trzecim rodzaju alchemika, przytoczę historię, którą
mi wtedy opowiedział.
Matka Boska z Dzieciątkiem w ramionach postanowiła zstąpić na ziemię i odwiedzić jeden z klasztorów. Dumni z tego zaszczytu zakonnicy stanęli w długiej kolejce do Najświętszej Panienki, żeby złożyć Jej hołd. Jeden z mnichów położył przed nią piękne obrazy, drugi deklamował natchnione
poematy, kolejny pokazał Biblię, którą spisywano i ozdabiano przez setki
lat, inny recytował imiona wszystkich świętych.
Na końcu stał najskromniejszy mnich, cierpliwie czekający na swoją
kolej. Jedyne, czego go nauczyli rodzice - prości ludzie, artyści
miejscowego cyrku - było żonglowanie i parę innych cyrkowych sztuczek.
Kiedy nadeszła jego kolej, mnisi uznali, że czas zakończyć ceremonię,
żongler bowiem nie ma nic, czym mógłby się pochwalić, a do tego może
przynieść wstyd klasztornej wspólnocie.
Skromny mnich czuł jednak głęboką potrzebę ofiarowania czegoś od siebie
Marii i jej Dzieciątku. Czując na sobie surowe spojrzenia braci,
zawstydzony wyjął z kieszeni pomarańcze i zaczął nimi żonglować.
Podrzucał je i łapał, owoce kreśliły w powietrzu piękne koła, a wtedy
mały Jezus zaklaskał z uciechy. Maria podała mnichowi uśmiechnięte
Dzieciątko i pozwoliła mu je przytulić.
Paulo Coelho
tłum. Teresa Tomczyńska