Alchemik. Nowe wydanie wzbogacone ilustracjami - Paulo Coelho

Kup ebooka

43.00 zł
35.49 zł (34,76 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nazy­wał się San­tiago. Dzień chy­lił się ku koń­cowi, kiedy dotarł ze swoim sta­dem do ruin sta­rego, opusz­czo­nego kościoła. Strop dawno już się zawa­lił i jedy­nie w miej­scu, w któ­rym nie­gdyś stała zakry­stia, wyrósł teraz wielki syko­mor.

Tu pasterz posta­no­wił spę­dzić noc. Wpro­wa­dził owce przez roz­pa­da­jącą się bramę i zagro­dził wej­ście deskami, by w nocy nie mogły się wymknąć. Wpraw­dzie w oko­licy nie było wil­ków, ale zda­rzyło się kie­dyś, że ucie­kło mu jedno ze zwie­rząt i spę­dził cały dzień na poszu­ki­wa­niu zabłą­ka­nej owcy.

Roze­słał na ziemi płaszcz, poło­żył się i wsu­nął pod głowę świeżo prze­czy­taną książkę. Zanim zasnął, pomy­ślał sobie, że powi­nien teraz wybie­rać książki grub­sze - na dłu­żej star­czy­łoby czy­ta­nia, a i na noc byłyby lep­szymi pod­głów­kami.

Gdy się zbu­dził, dookoła było jesz­cze ciemno. Spoj­rzał w górę i przez szcze­linę w skle­pie­niu zoba­czył migo­czące gwiazdy.

"Wolał­bym pospać tro­chę dłu­żej" - pomy­ślał. Śniło mu się to samo, co w zeszłym tygo­dniu i znów obu­dził się przed koń­cem.

Pod­niósł się z lego­wi­ska i wypił łyk wina. Wziął swój kij paster­ski i zaczął budzić owce, które jesz­cze spały. Dawno już zauwa­żył, że więk­szość tych stwo­rzeń budziła się, led­wie on otwie­rał oczy. Jakby jakaś tajemna siła zwią­zała jego życie z życiem stada, które od dwóch lat prze­mie­rzało z nim kraj w poszu­ki­wa­niu wody i poży­wie­nia.

- One tak już do mnie przy­wy­kły, że znają mój rytm dnia i nocy - rzekł z cicha. Po chwili namy­słu wydało mu się jed­nak, że mogło być też odwrot­nie - to on przy­zwy­czaił się do ich rytmu.

Nie­które owce budziły się jed­nak wol­niej. Trą­cał kijem jedną po dru­giej, woła­jąc każdą po imie­niu. Zawsze wie­rzył, że owce rozu­miały wszystko, co do nich mówi. Dla­tego czy­tał im cza­sem na głos urywki z ksią­żek, które go ocza­ro­wały, opo­wia­dał o samot­no­ści i o rado­ściach w życiu paste­rza albo o ostat­nich nowi­nach zasły­sza­nych w mija­nych po dro­dze wio­skach.

Od dwóch dni temat był wła­ści­wie jeden - tamta dziew­czyna, córka kupca w mia­steczku, do któ­rego miał dotrzeć za cztery dni. Zawi­tał tam tylko raz, w ubie­głym roku. Kupiec był wła­ści­cie­lem sklepu z tka­ni­nami i życzył sobie, by owce strzy­żono pod jego okiem, bo nie chciał zostać oszu­kany. Jakiś prze­cho­dzień wska­zał ten sklep paste­rzowi, który pognał tam swoje stado.

Od Autora

Muszę wyja­śnić, dla­czego Alche­mik jest powie­ścią sym­bo­liczną w prze­ci­wień­stwie do Piel­grzyma, książki opar­tej na fak­tach.

Przez jede­na­ście lat stu­dio­wa­łem alche­mię. Już sam pomysł prze­mie­nia­nia metali nie­szla­chet­nych w złoto czy poszu­ki­wa­nia elik­siru życia był nie­zwy­kle fascy­nu­jący dla każ­dego począt­ku­ją­cego adepta magii. Przy­znaję, że naj­bar­dziej intry­go­wał mnie elik­sir życia, zanim bowiem zro­zu­mia­łem i poczu­łem obec­ność Boga, prze­ra­żała mnie myśl o tym, że wszystko może się skoń­czyć w jed­nej chwili. Zatem gdy dowie­dzia­łem się o cudow­nej mik­stu­rze, która może mi prze­dłu­żyć życie o wiele lat, posta­no­wi­łem nie szczę­dzić sił, by odkryć jej skład.

Był począ­tek lat sie­dem­dzie­sią­tych, czas wiel­kich zmian spo­łecz­nych. W Bra­zy­lii nie publi­ko­wano jesz­cze poważ­nych dzieł na temat alche­mii. Dla­tego, tak jak jeden z moich boha­te­rów, wyda­wa­łem swoje skromne oszczęd­no­ści na zagra­niczne książki, które wer­to­wa­łem godzi­nami, sta­ra­jąc się pojąć skom­pli­ko­wane sym­bole i wzory. Szu­ka­łem kon­taktu z dwoma czy trzema oso­bami w Rio de Jane­iro, które poświę­ciły się pracy nad Wiel­kim Dzie­łem, ale żadna z nich nie chciała mnie przy­jąć pod swoje skrzy­dła. Pozna­łem rów­nież takich, któ­rzy poda­wali się za alche­mi­ków z wła­snymi labo­ra­to­riami i obie­cy­wali wpro­wa­dzić mnie w taj­niki alche­mii - oczy­wi­ście za wysoką opłatą. Dziś wiem, że nie mieli poję­cia na temat wie­dzy tajem­nej, którą mieli mi prze­ka­zać.

Rezul­taty moich samo­dziel­nych wysił­ków oka­zały się żało­sne. Nic z tego, co obie­cy­wały w swoim zawi­łym języku pod­ręcz­niki alche­mii, się nie ziściło. Pozna­wa­łem nie­skoń­czoną ilość sym­boli, czy­ta­łem opo­wie­ści o smo­kach, lwach, słoń­cach, księ­ży­cach i o rtęci, ale wie­dzia­łem, że nie tędy droga, bo język sym­boli jest zwod­ni­czy.

W 1973 roku, zde­spe­ro­wany bra­kiem postę­pów, popeł­ni­łem wielką nie­ostroż­ność. Wydział Edu­ka­cji stanu Mato Grosso zatrud­nił mnie do pro­wa­dze­nia zajęć teatral­nych. Posta­no­wi­łem wyko­rzy­stać moich uczniów i zor­ga­ni­zo­wa­łem warsz­taty na temat Szma­rag­do­wej Tablicy. Ten sza­leń­czy pomysł oraz moje wypady na grzą­skie tereny magii spra­wiły, że w następ­nym roku na wła­snej skó­rze poczu­łem, co ozna­cza przy­sło­wie: kto sieje wiatr, zbiera burzę. Wszystko wokół mnie się zawa­liło.

Przez kolejne sześć lat dość scep­tycz­nie pod­cho­dzi­łem do wszyst­kiego, co wią­zało się z mistyką. Pod­czas tego ducho­wego "wygna­nia" zro­zu­mia­łem wiele istot­nych spraw: że zanim czło­wiek zaak­cep­tuje jakąś prawdę, musi ją naj­pierw w głębi duszy odrzu­cić; że przed wła­snym prze­zna­cze­niem nie ma ucieczki; że Boska ręka jest nie­skoń­cze­nie szczo­dra, cho­ciaż surowa.

W roku 1981 pozna­łem mojego Mistrza, który spro­wa­dził mnie na drogę dla mnie wyty­czoną. Prze­ka­zy­wał mi swoją wie­dzę, a ja na wła­sną rękę znów wró­ci­łem do alche­mii. Pew­nego wie­czoru po dłu­giej i wyczer­pu­ją­cej sesji tele­pa­tycz­nej spy­ta­łem, dla­czego język alche­mi­ków jest tak skom­pli­ko­wany.

- Ist­nieją trzy rodzaje alche­mi­ków - wyja­śnił Mistrz. - Pierwsi wyra­żają się nie­pre­cy­zyj­nie i zawile, bo nie mają poję­cia, o czym mówią. Dru­dzy wyra­żają się mgli­ście, bo wie­dzą, o czym mówią, ale wie­dzą także, że język alche­mii tra­fia do serca, a nie do rozumu.

- A ten trzeci rodzaj? - spy­ta­łem.

- To ludzie, któ­rzy ni­gdy nie sły­szeli o alche­mii, a mimo to odkryli Kamień Filo­zo­ficzny.

W taki oto spo­sób Mistrz - repre­zen­tu­jący tę drugą grupę - dał mi lek­cję alche­mii. Odkry­łem, że sym­bo­liczny język, który tak mnie iry­to­wał i zbi­jał z tropu, sta­no­wił jedyny spo­sób, by dotrzeć do Duszy Świata, czyli, jak to okre­ślał Carl Gustav Jung - do "nie­świa­do­mo­ści zbio­ro­wej". Odkry­łem Wła­sną Legendę i Znaki Boga, prawdy, które mój umysł odrzu­cał tylko dla­tego, że były zbyt pro­ste. Odkry­łem, że Wiel­kie Dzieło nie jest jedy­nie dla wybrań­ców, ale dla wszyst­kich ludzi na ziemi i że każdy - bez cie­nia wąt­pli­wo­ści - może zanu­rzyć się w Duszy Wszech­świata.

Na stro­nach Alche­mika pró­bo­wa­łem prze­ka­zać w spo­sób sym­bo­liczny to, czego się na temat alche­mii dowie­dzia­łem, ale nie tylko; chcia­łem też oddać hołd wiel­kim pisa­rzom, któ­rym udało się poznać Język Świata: Hemin­gway­owi, Blake'owi, Bor­ge­sowi (on rów­nież posłu­żył się per­ską przy­po­wie­ścią w jed­nym ze swo­ich opo­wia­dań), Mal­bie Taha­nowi i wielu innym.

Na zakoń­cze­nie tego dłu­giego wstępu dla zilu­stro­wa­nia tego, co Mistrz chciał powie­dzieć o trze­cim rodzaju alche­mika, przy­to­czę histo­rię, którą mi wtedy opo­wie­dział.

Matka Boska z Dzie­ciąt­kiem w ramio­nach posta­no­wiła zstą­pić na zie­mię i odwie­dzić jeden z klasz­to­rów. Dumni z tego zaszczytu zakon­nicy sta­nęli w dłu­giej kolejce do Naj­święt­szej Panienki, żeby zło­żyć Jej hołd. Jeden z mni­chów poło­żył przed nią piękne obrazy, drugi dekla­mo­wał natchnione poematy, kolejny poka­zał Biblię, którą spi­sy­wano i ozda­biano przez setki lat, inny recy­to­wał imiona wszyst­kich świę­tych.

Na końcu stał naj­skrom­niej­szy mnich, cier­pli­wie cze­ka­jący na swoją kolej. Jedyne, czego go nauczyli rodzice - pro­ści ludzie, arty­ści miej­sco­wego cyrku - było żon­glo­wa­nie i parę innych cyr­ko­wych sztu­czek.

Kiedy nade­szła jego kolej, mnisi uznali, że czas zakoń­czyć cere­mo­nię, żon­gler bowiem nie ma nic, czym mógłby się pochwa­lić, a do tego może przy­nieść wstyd klasz­tor­nej wspól­no­cie.

Skromny mnich czuł jed­nak głę­boką potrzebę ofia­ro­wa­nia cze­goś od sie­bie Marii i jej Dzie­ciątku. Czu­jąc na sobie surowe spoj­rze­nia braci, zawsty­dzony wyjął z kie­szeni poma­rań­cze i zaczął nimi żon­glo­wać. Pod­rzu­cał je i łapał, owoce kre­śliły w powie­trzu piękne koła, a wtedy mały Jezus zakla­skał z ucie­chy. Maria podała mni­chowi uśmiech­nięte Dzie­ciątko i pozwo­liła mu je przy­tu­lić.

Paulo Coelho tłum. Teresa Tom­czyń­ska