Album - Krzysztof Maciejewski

Reflow text when sidebars are open.
Zdzisław Gacek uwielbiał kobiece dłonie. Czynił to jednak w sposób dalece wykraczający poza staroświecką kurtuazję, która każe składać gorące pocałunki na delikatnej skórze damskiego nadgarstka. Co prawda, także Zdzisławowi zdarzało się całować kobietę w rękę, lecz obiekt jego adoracji raczej nie zdawał sobie z tego sprawy. Bo Zdzisław nie tylko ubóstwiał kobiece dłonie, lecz również je kolekcjonował. Leżały potem skatalogowane na półkach, a każdą z nich opisano dokładną datą określającą moment oddzielenia od reszty ciała. Upiorna biblioteka zawierała wiele pozycji. Gacek cenił sobie porządek, tego można być pewnym.
Oczywiście Zdzisław zdawał sobie sprawę ze swojej przynależności do elity rodzaju ludzkiego. W końcu niewielu umiało rozpoznać piękno w tym elemencie ludzkiej anatomii. Jakże zabawni byli na przykład chiromanci, którzy z linii dłoni odczytywali przyszłość, podczas gdy on umiał wyczytać z odciętych rąk znacznie więcej. Przyszłość, przeszłość, każde drgnienie teraźniejszości w papilarnej metaforze! Dlatego właśnie czuł się często jak wykrzyknik wśród wielokropków, jak deszcz nad pustynią.
Zanim skupił się na dłoniach, kolekcjonował - jak wielu innych seryjnych morderców - ludzkie narządy wewnętrzne. Zrezygnował jednak z tego hobby. Przyczyna była dość prozaiczna - trzymanie w ręku serca wraz z wątróbką miało poważną wadę - twarde od chemikaliów utrzymujących je w tym stanie, po prostu nie dawały się polubić.
Któregoś ranka, gdy Zdzisław słuchał sobie wiadomości w Trójce, a czarny labrador o imieniu Chandra umościł się wygodnie u jego stóp, podano informację o zabójcy grasującym w blokowiskach warszawskiej Ochoty. Wszystkie ofiary mordercy miały przegryzione gardła, jakby zaatakował je jakiś wampir z najciemniejszych otchłani Piekieł. Gacek w skupieniu przysłuchiwał się słowom reportera. "Niedobrze"... - westchnął. "Na moim terenie wystartowała konkurencja". Musiał coś z tym zrobić, jego reputacja została narażona na szwank, nawet jeśli nikt, oprócz niego, tego nie wiedział. Chodziło o wyzwanie, zupełnie jakby dostał w twarz widmową rękawiczką.
Pociechę mógł znaleźć w swojej bibliotece. Zszedł do piwnicy, otworzył ukryte drzwi i stanął przed półkami. Pomieszczenie emanowało dziwną energią, ściany obstawione regałami przywodziły na myśl kostnicę - bez wątpienia takie skojarzenia wzmacniało blade, punktowe światło padające na pojemniki z rekwizytami. A może chodziło o ostry zapach formaliny? Zdzisław rozejrzał się po swoim królestwie, a następnie skierował w stronę szafki opatrzonej liczbą 2004. Stanął przed nią, zdjął jedno z plastikowych pudełek i zajrzał do środka. Ach, listopad w tamtym roku był wyjątkowo ciepły. Patrzył na kształtne dłonie w pojemniku i przypominał sobie ów dzień. Dziewczyna miała miły głos i perlisty śmiech, który rozchodził się echem po opustoszałym parku w centrum miasta. Nieco później przestała się jednak śmiać... Ciekawe, czy rodzina wciąż jeszcze oszukuje się nadzieją na jej odnalezienie? Na palcu serdecznym nosiła kiedyś obrączkę. Gacek wyjął obie dłonie z opakowania, pogłaskał je delikatnie, jakby trzymał małe koty, nie zważając na płyn, którym ociekały. Postronny obserwator zdumiałby się czułością Zdzisława, ale zbierałby szczękę z podłogi gdyby wiedział, na co naprawdę patrzy. Bo Zdzisław czytał - martwe dłonie były dla niego niczym książki, w których ludzkość ukryła sekretną wiedzę dostępną jedynie wybrańcom. Śmierć nie odbiera nam tożsamości, nasze odciski palców pozostają wciąż żywe, chociaż nas dawno nie ma. Ale w dłoniach odnaleźć można znacznie więcej - pamięć wykonanych gestów, długie monologi w języku migowym, które opowiadają lepiej, niż potrafią wyrazić ułomne słowa.
Gdy Gacek wpatrywał się w takie dłonie, przed jego oczyma wyświetlały się całe zdania komunikatów. Jak to możliwe? Cóż, każdy ma jakiś dar od Boga. Lub od Szatana... Konia z rzędem temu, kto umie właściwie wytypować darczyńcę.
Co odczytał Zdzisław z rąk listopadowej dziewczyny? Nie odnalazł najważniejszej dla siebie informacji, nie odkrył, jak może pokonać wampira-mordercę. Brak wiedzy oznaczał, że wkrótce musi znów wyruszyć na polowanie.
+ + +
Karina Sułek przebudziła się z kolejnego koszmaru. Przez chwilę rozglądała się nieprzytomnie po mieszkaniu. Meble, równe kolumny książek, kilka dywanów - wszystko zachowane w idealnym porządku, doskonale odwzorowanym w matrycy pamięci. Czemu miała wrażenie, jakby środkiem sypialni przemaszerował ktoś niewidzialny, dlaczego prawie słyszała czyjś głos mamroczący niewyraźne słowa. Wszystko przez te cholerne nocne mary...
Straciła już rachubę i nie umiała powiedzieć, ile razy dręczyły ją te powtarzające się sny. Zawsze rozpoczynały się w ten sam sposób - szybowała nad ulicami miasta, bezcielesna niczym dusza wiatru lub chmura, unosiła się nad niczego nieświadomymi przechodniami, z początku także nieświadoma celu swojej podróży. I nagle ten punkt umiejscawiał się w jakiś osobliwy sposób w jej sennej jaźni, kierunek lotu stawał się czymś oczywistym i... upragnionym. Nawiedzała różne miejsca: odrapane, cuchnące kawalerki w kamienicach, zwyczajne mieszkania z peerelowskimi meblościankami, czy nawet przeszklone apartamenty w nieco nowszych budynkach. Czekał tam na nią jakiś mężczyzna, podlatywała do niego i wtedy sen przeradzał się w krwawą masakrę. Spadała na delikwenta z furią, by wgryźć się w jego szyję, policzki, pokiereszować brodę, wyrywać kawałki ciepłego mięsa z twarzy. Nie słyszała nigdy krzyków, uszy wypełniała jej dziwna muzyka kojarząca się z dzieciństwem i cotygodniowymi wizytami w kościele. Smutna, organowa muzyka utkana z dysonansów i splątanych nut. Potem zapadała w ciemność, by ostatecznie powrócić do własnego ciała i ze smutkiem wspominać zakrwawione zwłoki. Zwykle wtedy się budziła.
+ + +
To zrozumiałe, że Gacek najbardziej lubił kobiety z wysokim ilorazem inteligencji. Jeżeli jednak nie udało mu się trafić na ofiarę grzeszącą intelektem, zadowalał się dziewczyną o ponadprzeciętnej gestykulacji. Z tego powodu idealnymi terenami łowieckimi były kawiarnie.
Usiadł z podwójnym espresso w samym rogu i przystąpił do podsłuchiwania rozmowy dwu dziewczyn.
-?Nie rozumiesz mnie! - głośno krzyknęła pierwsza, zamaszyście machając rękoma. - Chodzi mi o to, że ludzie postrzegają siebie jako zdecydowanie bardziej podobnych do innych, natomiast innych jako diametralnie odmiennych od siebie!
Jej rozmówczyni przez chwilę przypominała suszarkę do włosów cierpliwie czekającą na zasilanie. Po czasie niezbędnym na przetrawienie danych odparła:
-?Próbujesz zaszczepić we mnie niepokój. Ale nie przejmuję się tym, bo już Jacques Derrida stwierdził, iż postmodernizm w sposób nieunikniony przekształca się w dekonstrukcjonizm, a wszystko zakończy się właśnie dekonstrukcją dekonstrukcjonizmu!
-?Masz wiele racji w tym, co mówisz - odpowiedziała dziewczyna o wyrazistszej gestykulacji, która oczywiście zwróciła uwagę Zdzisława. - Jednak nie dociera do ciebie, że to wszystko plasuje autora dokładnie pomiędzy biegunami erudycji i grafomanii!
Gacek zapłacił za kawę i wyszedł na zewnątrz. Ta dziewczyna, chociaż miała piękne, trzepoczące jak motyle, dłonie, z pewnością nie wiedziała niczego ani o wampirach, ani o mordercach. Krwiożercze bestie nie zaludniały jej wewnętrznego świata. Być może wiele traciła, ale tym razem zyskała szansę na dłuższe życie.
Zresztą, szczerze mówiąc, nie skorzystała z niej. Trzy dni później wpadła pod tramwaj.
+ + +
Karina Sułek nie czytała gazet i nie oglądała telewizji. Jej świata nie ograniczały jednak ciasne horyzonty (może właśnie dlatego, że zamykała swój umysł na bezmyślny szum gdzieś w tle?). Zapewne jednak to ta dobrowolna izolacja dziewczyny sprawiła, że o wampirze z Ochoty dowiedziała się tak późno. Spacerując w swojej ulubionej białej sukni aleją Krakowską, przechodziła właśnie obok przystanku autobusowego, kiedy nagle wpadł jej w oczy okładkowy tytuł "Faktu". "Czyje gardło przegryzie dziś Wampir z Ochoty?" - pytały dramatycznie wielkie, czerwone litery z podświetlanego postera City Light. Nieco mniejszą czcionką złożono króciutką notkę, która w typowym dla brukowca stylu informowała, że tajemniczemu mordercy przypisuje się już sześć ofiar.
Karina pierwszy raz zapragnęła kupić "Fakt". Na szczęście, w najbliższym kiosku piętrzyła się cała sterta świeżej prasy. Nieco później dziewczyna pożałowała, że tego dnia nie została w domu.
+ + +
Gacek penetrował zaś kawiarnie w poszukiwaniu idealnych dłoni do swojej kolekcji. Pochylony nad parującymi filiżankami podsłuchiwał rozmowy nastolatek, czy też nieco starszych posiadaczek ruchliwych rąk. O dziwo - w dialogach kobiet bardzo często pojawiały się wampiry, lecz z kontekstu wynikało, że ich obraz jakby rozmijał się z typowymi wyobrażeniami. Bo teraz wampiry jawiły się jako istoty metroseksualne, uduchowione, kochające i wrażliwe - niebezpiecznie zbliżając się do stereotypu homoseksualisty. "Ech, te cholerne romanse paranormalne z Zaćmieniem na czele..." - westchnął w duchu. Po chwili przyznał, że najpełniejsza odpowiedzialność spada na Anne Rice i jej Wywiad z wampirem.
Czas naglił, a Zdzisław nie miał żadnego tropu, którym mógłby podążyć. Postanowił więc na razie odłożyć na dalszy plan ekscytujące hobby i poszukać mordercy o ostrych kłach w bardziej konwencjonalny sposób.
Lektura archiwalnych gazet i internetowych portali odkryła przed nim dość zaskakującą prawidłowość. Podrabiany Drakula nie stanowił konkurencji, gdyż obiektem jego zainteresowania byli wyłącznie mężczyźni. Gacek mógł spać spokojnie, chociaż gdzieś w duchu przeczuwał, że ten stan nie potrwa zbyt długo. W końcu machnął ręką na intelektualistki i wyrwał dziewczynę na dyskotece. I nie kierował się wcale wielkością cycków, a raczej kształtem jej dłoni.
-?Fajną masz chatę - powiedziała w pewnym momencie. Kilkanaście sekund później Zdzisław unieruchomił ją na stole za pomocą topora, by mogła spokojnie podziwiać wystrój wnętrz. Już nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie poczyta. Jeszcze żyła, gdy przyniósł piłę.
+ + +
Dłonie szybko trafiły do płynu utrwalającego, a Gacek odetchnął z ulgą. Potem trochę wysuszania alkoholem, kilkanaście godzin oczekiwania - i preparat będzie gotowy.
"W międzyczasie zdążę się wyspać" - pomyślał. Położył się w swoim łóżku i zasnął w momencie, gdy przyłożył głowę do poduszki. Nie spał jednak zbyt długo. W środku nocy usłyszał jakiś dziwny dźwięk. Obudził się i znów miał dwadzieścia sześć lat. Ona siedziała na ławce i nie zwracała na niego uwagi. W nagłym akcie desperacji usiadł obok niej, wpatrywał się ukradkiem w jej ręce, co tak gotycki miały rys... Zastanawiał się, jak to by było dotykać je, pieścić, składać na nich pocałunki. Lecz przeczuwał też, że nigdy się tego nie dowie. I wtedy przebudził się naprawdę, znów miał cztery krzyżyki na karku i swoją bibliotekę pełną rąk. Bibliotekę, w której były dziesiątki dłoni, różnych rozmiarów i kształtów, czy też kolorów. Piękne w swych zatrzymanych na zawsze gestach, a jednak nie umiał się nimi cieszyć. Bo w jego bibliotece brakowało tych dłoni, które najbardziej w swoim życiu pokochał.
+ + +
Karina długo nie dochodziła do siebie po lekturze artykułu z "Faktu". Nieczęsto się zdarza, by o szczegółach swojego nocnego koszmaru przeczytać w prasie brukowej. Opisy miejsc zbrodni dokonanych przez Wampira z Ochoty tak bardzo przypominały odwiedzone przez nią we śnie, że nie mogło to być jedynie dziełem przypadku. W jakiś tajemniczy sposób wcielała się w swoich nocnych wędrówkach w postać seryjnego mordercy. Nie miała jednak pojęcia, dlaczego nawiedzają ją te wizje. Czy gdzieś na tajemniczych skrzyżowaniach neuronów jej mózgu włączyły się światła szaleństwa? Czy może wręcz przeciwnie, senne wędrówki dowodziły jakiejś reakcji obronnej podświadomości strzegącej ją przed obłędem?
Wyjaśnienie przyszło z zupełnie nieoczekiwanej strony. Którejś nocy Karina Sułek przebudziła się z kolejnego koszmaru i właśnie wtedy poczuła na sobie czyjś wzrok. Spojrzała w bok na majaczący w ciemnościach kształt i krzyknęła ze strachu. Ze ściany wyrastała groteskowa twarz rodem z najmroczniejszych snów. Utkana ze światłocieni, wtapiała się w powierzchnię tapety, by przez krótki moment zdawać się złudzeniem optycznym - niczym oblicze, które czasami dostrzegamy w sękach drzewa. Przypominała olbrzymią maskę karnawałową rozciągniętą od podłogi aż po sufit. Przerażenie Kariny jeszcze bardziej przybrało na sile, gdy wielkie usta otworzyły się i przemówiły.
-?Nie wolno płakać przez sen. Obudziłaś mnie - głos wydobywający się ze ściany przypominał szelest martwych liści.
-?Przepraszam... Nie chciałam... - wyjąkała Karina.
Gargantuiczne oblicze wykrzywiło się w karykaturze uśmiechu.
-?Nic się nie stało. Ale masz szczęście, że twojego płaczu nie usłyszał sufit. On by cię pożarł - stare gazety zaszeleściły nekrologami.
Karina spojrzała w górę i zobaczyła białą płaszczyznę, co jednak wcale jej nie uspokoiło.
-?Może dobrze się stało, że wyrwałaś mnie z letargu, moja droga - ciągnęła ściana. - Mogę ci wytłumaczyć twoje sny.
-?Naprawdę? - zdziwiła się dziewczyna.
-?Oczywiście, że tak. Nie wiedziałaś, że sny wychodzą ze ścian?
-?I wiesz, czemu widzę te wszystkie okropności?
-?Najpierw ja zadam ci pytanie. Czy słyszałaś kiedykolwiek o Krasue?
-?Hm... Brzmi prawie jak Karina Sułek... - mówiąc to, dziewczyna wzruszyła ramionami. - Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
Ściana uśmiechnęła się do dziewczyny i wygłosiła krótki wykład. Wyjaśniła, że w dalekowschodniej mitologii Krasue to latająca głowa, a z jej szyi zwisają wnętrzności. Tak naprawdę to wampiryczny duch kobiety, która za dnia wygląda jak ludzka istota. Dopiero w nocy głowa ducha oddziela się od reszty ciała, by wyruszyć na łowy...
-?Po co mi o tym opowiadasz? - Karina wzdrygnęła się z obrzydzenia.
-?Mało domyślna jesteś, ale mogę ci wybaczyć. Ludzie rzadko rozmawiają ze ścianami. Za rzadko... - w głosie zabrzmiała wyraźna nuta żalu. - To ty zamieniasz się w Krasue!
Karina słuchała z przerażeniem.
-?O czym ty mówisz? Po co?
-?Krasue jest duchem pomsty. A to oznacza, że odgrywasz się w ten sposób na różnych mężczyznach, którzy cię kiedyś skrzywdzili.
-?Czytałam artykuł! Nie znałam żadnego z tych mężczyzn!
-?W twoim świecie funkcjonuje wiele definicji krzywdy. - Zaśmiała się istota w ścianie. - Może któryś z nich obdarzył cię kiedyś zbyt nachalnym spojrzeniem w autobusie? A inny z kolei wcale nie zwrócił na ciebie uwagi? Dla takiego ducha jak Krasue nie czyni to żadnej różnicy. Krzywda jest krzywdą.
Ściana okazała się istotą zarówno pomocną, jak i uprzejmą. Wyjaśniła Karinie, w jaki sposób zesłać przerażające koszmary na mężczyznę, który stanie się ostatnią ofiarą Krasue. Okazało się to łatwiejsze, niż dziewczyna mogła oczekiwać, lecz w końcu sny wychodzą właśnie ze ścian, prawda? Największy szok przeżyła, gdy ściana pokazała jej twarz przyszłej ofiary. Poznała go, mimo upływu lat.
+ + +
Zdzisław uśmiechnął się do siebie i mruknął pod nosem:
-?Nietoperzu mój drogi, przybywa po ciebie Gacek!
Wpierw musiał nabrać sił, więc ponownie poszedł się zdrzemnąć. Tym razem, w środku nocy obudziła go burza. Nagłe błyski rozpraszały ciemność, zmieniały układ umeblowania w stopklatkach błyskawic. Zdzisław próbował zapalić nocną lampkę, lecz nie działała. Najwyraźniej znów wyłączyli prąd. Tym dziwniejsze wydawało mu się, że gdzieś za ścianą ktoś słucha w mrokach Ciacony f-moll Pachelbela. Dźwięki o nieodpartym pięknie niosły się przez noc na widmowej pięciolinii. Kątem oka uchwycił nagle jakiś kształt koło okna. Odwrócił się w tamtą stronę, a dźwięki organów za ścianą jakby przybrały na sile. W błysku wyładowania zauważył białą suknię na bezgłowym korpusie. Sylwetka tańczyła w rytm barokowej muzyki, kikut szyi w półmroku ociekał posoką. Wstrząśnięty absurdalnością tej sceny Zdzisław wzdrygnął się lekko, ale automatycznie spojrzał na ręce kobiety. Widok zmroził w nim krew - dłonie wisiały na sznurkach ścięgien, poruszając się w innym tempie niż cała postać. Wtem bezgłowa kobieta rzuciła się w jego kierunku. Znów zagrzmiało. I nagle duch zniknął. Zdzisław Gacek czuł strach, ale również i wielką ekscytację. "Ach, to zapowiada wspaniałe doznania podczas spotkania z wampirzycą" - pomyślał. Kiedy leżał kilkanaście minut później w łóżku, wyobrażał sobie, że obok spoczywa bezgłowe, kobiece ciało. Z tym obrazem pod powiekami usnął, lecz jego sny wyprało z barw, a po przebudzeniu zupełnie ich nie pamiętał.
+ + +
W sobotni wieczór Zdzisław, nucąc pod nosem, wchodził do swojej starej szkoły. "Then I get night fever, night fever"... - zamruczał, a puste ściany uprzejmie odpowiedziały w kolumnadzie ech: "We know how to do it!". Och, te mury widziały niejedno - podczas II wojny światowej Niemcy urządzili tu salę tortur i krematorium, a siedemdziesiąt lat później służyły schronieniem wampirowi płci żeńskiej. Gacek drżał z podniecenia, już niebawem miał zmierzyć się z potwornym przeciwnikiem. Przeszedł obok gabinetu dyrektora szkoły i potem schodami na ostatnie piętro budynku. Miał nadzieję, że właściwie interpretuje to, co ujrzał w tamtych dłoniach. Lecz już było tak późno, cienie zbierały się w zaułkach korytarzy, a z jednej z sal lekcyjnych zaczęła dobiegać muzyka. Rozpoznał takty Ciacony f-moll Pachelbela. To była sala numer 38, kiedyś dawno temu, w poprzednim życiu Gacek przychodził tu na lekcje chemii. Zza drzwi dobiegał specyficzny zapach, który nie miał jednak nic wspólnego z wonią chemicznych odczynników. Przypominał raczej fetor wydzielany przez zwierzęce zwłoki przysypane gnijącymi liśćmi. Zdzisław mocniej uchwycił osinowy kołek i wszedł do środka.
"O kurwa, ale zimno!" - pomyślał po przekroczeniu progu pracowni chemicznej. I ciemno, ale nie czernią atramentową, w której nic nie widać, przed oczyma majaczyły kontury mebli - jakby cienie kładły się przymglonymi refleksami. Na jednej z ławek pojawił się jaśniejszy kształt. Coraz głośniej grała muzyka, ale Zdzisław uświadomił sobie, że te dźwięki mogą pochodzić z jego własnej głowy. Jaśniejący zarys przeobraził się nagle w konkret - znany mu już kobiecy korpus odziany w białą suknię. Podchodząc bliżej do zjawy, czuł czyjąś obecność za plecami. Muzyka zrobiła się coraz głośniejsza. Odwrócił się i zobaczył... głowę.
+ + +
Sam widok unoszącej się w powietrzu głowy byłby szokujący, ale na pewno nie tak, jak to, co ukazuje się oczom Zdzisława. Piękną twarz wykrzywioną w obłąkańczym uśmiechu okala burza długich, czarnych włosów, a z szyi zwisają ludzkie wnętrzności. Znów patrzy na twarz kobiety. Gdyby nie to szaleństwo zniekształcające rysy, byłaby bardzo podobna do jedynej miłości jego życia. A może jednak to ona? W końcu upłynęło tak wiele czasu, a poza tym nie można być pewnym swoich wspomnień. Pamięć przypomina adaptację filmową - fabuła tylko teoretycznie się zgadza, odstępstwa od oryginału drażnią, a twarze aktorów za cholerę nie przypominają naszych wyobrażeń.
-?Wiedziałam, że w końcu przyjdziesz... - Kobieta odrzuca w tył grzywkę, co natychmiast wprawia w ruch jej trzewia.
Zdzisław ściska mocno osinowy kołek, uświadamiając sobie, że zgładzenie tego wampira może okazać się trudniejsze, niż przypuszczał.
-?Nie poznajesz mnie, Zdzisiu? Kochałam się kiedyś w tobie, lecz ty w ogóle nie zwracałeś na mnie uwagi...
Gacek zastyga w bezruchu z grymasem niedowierzania.
-?Kłamiesz! To ty mnie ignorowałaś! Albo wyśmiewałaś za moimi plecami! Słyszałem, jak szeptałaś do koleżanek: o, znów przyszedł gacek wielkouchy! Pamiętam doskonale! - krzyczy.
Ona nagle smutnieje. Przymyka oczy, a burza jej włosów opada. Zdzisławowi natychmiast przychodzi na myśl Sadako z japońskich filmów grozy.
-?Nie umiesz czytać z ludzkich twarzy i serc, więc nic dziwnego, że gustujesz w dłoniach. Tymczasem ręce kłamią, zwodzą cię gestami, ukrywają prawdziwe zamiary.
Jak ona mogła mówić takie bluźnierstwa? W dłoniach jest wszystko - bezkresne pustynie i przepastne głębiny oceanów! Jest muzyka i cisza wstrzymanego gestu, jest obietnica upojnych nocy w przyzywającym ruchu nadgarstka i wzgarda odrzuconych kochanków! Jak ona mogła?
Podbiegł do głowy z wiszącymi girlandami wnętrzności. Mocno trzymał swój palik, aby trafić dokładnie w odkryte, pulsujące mięso. Ona uśmiechała się do niego z dziwnym wyrazem oczu.
W tym momencie Zdzisław uświadomił sobie straszną rzecz. Ten stwór nie miał rąk! No, jakże to tak? Nie będzie kolejnego eksponatu w kolekcji? Być może ta chwila zawahania, ta nagła konstatacja przesądziła o jego losie. Muzyka organowa weszła na wyższe rejestry, a przestrzeń nad Zdzisławem wypełniła się echami tych dźwięków. Kątem oka wychwycił jakiś ruch za plecami. Ale nie zdążył się odwrócić.
-?Ręce kłamią i ręce zabijają - powiedziała. Jej twarz wciąż zdobił radosny półuśmiech, lecz mimo to przypominała przerażające oblicze szaleńca.
Zdzisław miał wrażenie, że na jego gardle zacisnęło się imadło. Nie był w stanie nic zrobić, widział okrwawione dłonie obejmujące mu szyję w parodii miłosnego zbliżenia. Niezły trik! Przecież nie mógł ich widzieć? Dlaczego właśnie dłonie? Nikłe źródła światła przygasały, roztapiały się w czerwonej mgle. Tracił świadomość. W ostatniej, zupełnie daremnej próbie ocalenia życia machnął przed sobą zaostrzonym kawałkiem drewna. Głowa kobiety śmiała się nad nim, gdy ogarnęła go ciemność.
Sylwetka kolekcjonera odcinała się od brudnej podłogi pracowni chemicznej. Gdyby mógł ujrzeć, to co właśnie działo się w pomieszczeniu, byłby bardzo zdumiony. Kobieca głowa szybowała w powietrzu, ciągnąc za sobą plątaninę wewnętrznych organów, tuż za nią sunęło swobodnie kilkanaście par dłoni zostawiających za sobą krwawe ślady. Lecz te odrąbane ręce nagle rozpłynęły się w nicości, pewnie odlatując w miejsce, do którego zwykle trafiają stada odrąbanych rąk. Tymczasem głowa dotarła do zdekapitowanego ciała odzianego w białą suknię. Wijące się kiszki wtargnęły do wnętrza szyi i już za moment głowa połączyła się z korpusem. A potem ciało kobiety zniknęło, by pojawić się wiele ulic dalej w mieszkaniu niejakiej Kariny Sułek.
+ + +
W następnych dniach na pierwsze strony gazet trafiła informacja o odnalezieniu zwłok mężczyzny. Policja zidentyfikowała nieboszczyka, a następnie z niedowierzaniem odkryła makabryczną kolekcję w jego mieszkaniu. "Ucinacza Dłoni z Ochoty dosięgła karząca ręka sprawiedliwości!" - donosiły triumfalnie gazety. "Koszmar mieszkanek stolicy zakończył się. Przypomnijmy, że prokuratura przypisuje zwyrodnialcowi zamordowanie kilkunastu kobiet. Ciekawe, czy krwawe rządy innego seryjnego mordercy, którego znamy jako Wampira, również się wkrótce zakończą?".
Aleją Krakowską szła długowłosa kobieta w białej sukni. Nad jej głową żeglowały swobodnie chmury. Och, ile dni czekała na takie spokojne, nic nie znaczące sny, jak ten, z którego właśnie się przebudziła. I teraz zastanawiała się, czy koszmar rzeczywiście minął. Jeżeli wszyscy mężczyźni, jacy ją kiedykolwiek skrzywdzili zostali ukarani, to przecież może zacząć wszystko od nowa. Puścić się w tany z życiem, unosić na wietrze swoje uśmiechy i... spotkać wreszcie tego jedynego. Czy spełni się niebawem to najbardziej skryte z jej marzeń?
Gdy przechodziła koło kiosku, wpadł w jej oczy artykuł z pierwszej strony. Dotarła do dramatycznego pytania kończącego materiał i uśmiechnęła się do siebie.
-?Chyba we śnie... - mruknęła pod nosem. Ale nie była wcale pewna, na które pytanie właśnie odpowiedziała.