Rozdział I.
(Filozofowie i filozofia sto lat temu. - Zwrot do scholastyki. - Pierwsze początki. - Sześciowiekowa rocznica Alberta. - Wiek XIII. - Cesarze niemieccy. - Innocenty III. - Filozofowie arabscy i ich szkoły. - Ich wpływ na społeczeństwo Zachodu. - Arystoteles i komentatorowie. - Co by się stało ze społeczeństwem? - Groźne niebezpieczeństwo).
Sto lat temu, 15 listopada 1780, przypadała pięćsetletnia rocznica zgonu św. Alberta Wielkiego, jednego z najgłówniejszych przedstawicieli, i więcej, bo założyciela filozofii chrześcijańskiej, scholastycznej. Natenczas uroczystość ta przeszła bez najmniejszego wpływu, niepostrzeżona. Zdawało się, że filozofia chrześcijańska, jak rozumieli ją wielcy myśliciele trzynastego lub siedemnastego stulecia, zginęła bezpowrotnie. Bohaterami dnia byli Wolter, Kant; w najlepszym razie Wolff i Leibniz - ci nawet, co z natury rzeczy i przekonania szermierzyli za zdrowym rozsądkiem i wiarą, spoglądali z niedowierzaniem na ˝niestosowne dla tak oświeconego czasu˝ teorie mędrców średniowiecznych. Zaledwie z posłuchu wiedziano coś o św. Tomaszu; o innych nic a nic nie słyszano.
Dopiero od jakich 40 lat daje się czuć reakcja. We Włoszech Jan Severino i jego szkoła (Talamo, Signiorello), profesorowie Kolegium Rzymskiego, dominikanin, dziś kardynał Zigliara i wielu innych ocierają z kurzawy stare foliały i zapoznają z nimi świat uczony. W Niemczech - rzecz ciekawa - jeden z najpierwszych, żyd Harry Hoertel, przywołuje do zastanowienia się nad wiedzą XIII wieku, której sam głęboki hołd składa (Thomas von Aquin und seine Zeit. Augsburg 1846). Wywiązuje się żywa polemika o to, czy wypada się wrócić do nauki Anielskiego Doktora. Sprzeciwia się temu Doellinger, Oiszinger, Günther, Kuhn; przeciw nim występują, tłumaczą i popularyzują naukę scholastyczną: Kleutgen (Głównie w znakomitym, rozgłośnym dziele: Philosophie der Vorzeit, którego dwa lata temu wyszła druga edycja), Werner (Der heilige Thomas von Aquin, 3 tomy. Regensburg 1859), Stoeckl (Lehrbuch der Philosophie (5 edycja); Geschichte der Philosophie des Mittelalters, 3 tomy, Mainz 1865), za nimi inni. W Hiszpanii nić tradycji filozoficznej nigdy się zupełnie nie przerwała: w nowszych czasach zasłynął tam zwłaszcza (nie mówiąc już o Balmesie), O. Gonzal?s, którego Studia nad filozofią św. Tomasza, miały niemal to samo znaczenie dla Hiszpanii, jakie miały prace San Severina i Kleutgena dla Włoch i Niemiec. Nawet katolicka Anglia wzięła udział w tym ruchu, znakomitym dziełem o św. Tomaszu O. Bedy Vaughan, obecnie biskupa w Sidney (U nas niewiele na tym polu pracowano. Wspomnijmy prace OO. Semeneńki (drukowane w Przeglądzie Poznańskim) i Pawlickiego. Dzieło O. Morawskiego Filozofia i jej zadanie jest właściwie dopiero obszernym i gruntownym wstępem do samej filozofii, której oczekujemy).
W tym stanie były rzeczy, kiedy roku przeszłego ogłosił Leon XIII encyklikę swą: Aeterni Patris, mającą na celu odrodzenie chrześcijańskiej filozofii. Zamiarem Ojca Świętego było skupić i zorganizować wszystkie uczone siły katolickiego świata; zatamować drogę do domowych, osłabiających waśni, aby z tym większą energią i swobodą podjąć na całej linii walkę przeciw wspólnym nieprzyjaciołom. Istotnie, od tej chwili ruch filozoficzny, katolicki zdwoił się i zorganizował. Ze wszech stron otrzymał Ojciec Święty najgorętsze podziękowanie; w seminariach i katolickich wszechnicach, gdzie to jeszcze nie miało miejsca, zaprowadzono naukę św. Tomasza; pojawiło się i ciągle pojawia wiele gruntownych prac filozoficznych; przeglądy katolickie wszystkich krajów raz po raz występują z popularnymi, nader ciekawymi rozprawami na tym polu; we Włoszech utworzył się nawet osobny, jedynie kwestiom ściśle scholastycznym poświęcony organ pt. Divus Thomas. Za to prasa antykatolicka gniewa się, nie szczędzi przycinków, ale tym samym, okazując jak jej ten zwrot umysłowy nad wyraz niemiłym, zagrzewa tylko do dalszej, tym gorętszej walki.
Toteż, kiedy bieżącego roku, 15 listopada przypada sześćsetletnia rocznica śmierci św. Alberta Wielkiego, nie spotka się z zimną obojętnością, jak w wieku przeszłym. Rodzinne miasto Alberta obchodzić będzie ten dzień bardzo uroczyście; w Kolonii, gdzie leżą zwłoki Świętego, zawiązał się osobny w tym celu komitet, a liczne artykuły, rozprawy, biografie, obznajamiają świat z tym naukowo-katolickim świętem i z założycielem filozofii, do której dziś wracamy. Nieprzyjaciele, z którymi walczył Albert, są ci sami, z którymi i dziś walczyć musi uczony chrześcijański. Jak za jego czasów i dziś wielu przyznaje się tylko do religii rozumu, inni uważają rozum za sprzęt niepotrzebny i samej chcieliby hołdować wierze, inni jeszcze, a tych bardzo wielu, chcieliby rozum i wiarę tak odgraniczyć, aby żadnej nie miały z sobą styczności, oddają cześć jakiejś niemożliwej ˝prawdzie względnej˝. Te i wypływające z nich zapatrywania istniały już za czasów Alberta - całe życie poświęcił on na rycerskiej z nimi walce. Nadto, jeżeli mamy słuszną cześć dla ludzi genialnych, nadzwyczajnych, to z pewnością Albert był z nich jednym, co geniusz swój obrócił nie na szkodę, lecz na dobro ludzkości. Dlatego, zwłaszcza dziś, poznanie Alberta i stanowiska jego i znaczenia nie może nie wzbudzić pewnego zajęcia.
Oto cel i myśl, z którą wziąłem się do niniejszej pracy. Istotnie warto zapoznać się z tym nadzwyczajnym mężem, którego sześćsetletnią rocznicę świat katolicki i uczony tego miesiąca obchodzi, a który, jak zobaczymy, całą naukę swego czasu, a pośrednio i naszego, w nowe, jedynie prawdziwe pchnął tory.
* * *
Jesteśmy na początku XIII wieku. Pod każdym względem świat przedstawia niewesoły widok: Niemcy po długiej wojnie domowej między Ottonem IV a Filipem Szwabskim, nędznie wegetują pod niewiele troszczącym się o nie Fryderykiem II; Anglia jęczy pod uciskiem okrutnego Jana bez Ziemi; państwo bizantyńskie po kilku krwawych rewolucjach rozpadło się w kawałki; północne Włochy, południowa Francja zarażone ohydnymi kacerstwami. Trzecia wojna krzyżowa w ostatnim dziesiątku lat poprzedniego stulecia spełzła na niczym; zdaje się jak gdyby główna myśl wieków średnich, odzyskania grobu Chrystusowego, nie dała się już urzeczywistnić. Szczęściem na tronie papieskim zasiadł wielki mąż, Innocenty III; ten kojarzy zwaśnionych, wspiera uciśnionych poddanych czy królów, reformuje duchowieństwo, głosi krucjatę przeciw groźnym dla społeczeństwa Albigensom i wśród największych ucisków nie traci nigdy sprzed oka Jerozolimy. Następcy Innocentego starają się wstępować w jego ślady.
W państwie duchowym umysłów nie mniejsze walki; większe może jeszcze zamieszanie. I tutaj odbywają się prawdziwe wojny krzyżowe, mające na celu wyswobodzenie nauki z pod wpływu - nad wyraz szkodliwego - niewiernych, głównie Arabów i żydów. Kiedy Zachód ocucał się dopiero ze wstrząśnień zadanych mu przez wędrówki narodów i zaczynał się oswajać z nowymi stosunkami: u Mahometan tymczasem w Bagdadzie, a później w Kordobie w całej swej pełni zakwitła umiejętność. Na podstawie tłumaczeń Arystotelesa, dokonanych przez greckich i syryjskich filozofów i lekarzy, wykształcili się i zajaśnieli główni arabscy mędrcy: Alkendi, Alfarabi, Avicenna i najgłówniejszy ze wszystkich, najściślej trzymający się Arystotelesa, jego komentator Awerroes. W przeciwieństwie do tego wprost Arystotelicznego kierunku, który bardziej ważył sobie greckiego filozofa, aniżeli arabskiego proroka, wyrobiła się szkoła ścisłych zwolenników i obrońców Koranu, która znowu dzieliła się na różne pomniejsze sekty. Obok tych dwóch była wreszcie i trzecia szkoła arabskich mistyków, żyjąca głównie indyjskimi i nowoplatońskimi tradycjami, a do której dał po części powód sam Mahomet swymi tak częstymi zachwytami i całym mistycznym kierunkiem swej nauki. Zupełnie podobne trzy szkoły wyrobiły się i między żydowskimi uczonymi, mieszkającymi w państwach Kalifów. Była u nich szkoła kabalistów, dogmatyków, dzielących się na rabinistów i Karaitów (pierwsi trzymali się tradycji rabinów; drudzy odrzucali ją, opierając się tylko na Piśmie św.), i racjonalistycznych arystotelików, których głównym przedstawicielem był Mojżesz Majmonides.
Skoro tylko na Zachodzie budzić się poczęła nauka, dostały się głównie za pomocą hiszpańskich żydów tłumaczenia Arystotelesa do rąk chrześcijańskich uczonych, ale dostały się wespół z objaśnieniami arabskimi, nieraz niedokładne, czasem wprost fałszywe. Z chciwością rzucono się do tych dotąd nieznanych skarbów starożytności; nieznany nowy świat odkrywał się przed zdziwionymi oczami, i treść i forma systematyczna greckiego mędrca wprawiały w podziw umysły. Nieznacznie z zasadami Stagiryty wkradały się zasady Awicenny i Awerroesa; wobec nieograniczonego uszanowania nakazanego dla powagi filozofa, nasuwało się samo przez się pytanie, jak się zapatrywać na takie jego zdania, które stały w sprzeczności z Wiarą? Odpowiedź nastręczał przykład żydowskich i arabskich komentatorów i chwycono się jej oburącz. Dla obronienia powagi Arystotelesa uświęcono zdanie, że coś może być prawdziwym w nauce, co nie jest prawdziwym w wierze i na odwrót. Zdanie takie podkopywało chrześcijanizm w swych fundamentach, jak podkopywało Koran i każdą w ogóle religię. Stolica święta próbowała położyć tamę zalewającemu nauki arabsko-greckiemu racjonalizmowi, zakazując wykładów Arystotelesa; z natury rzeczy środek taki na długo nie mógł wystarczyć. Zresztą, dlaczegożby świat chrześcijański nie miał skorzystać z bogactw nagromadzonych przez wielkiego myśliciela, jak korzystał w pierwszych wiekach z uczoności Platona?
Wobec niebezpieczeństwa grożącego chrześcijaństwu i prawdziwej nauce przedstawiały się krzyżowcowi chrześcijańskiej umiejętności dwa wielkie zadania: oczyścić Arystotelesa z naleciałości arabskich i żydowskich, oddzielić prawdę od fałszu, a w ten sposób, uczyniwszy go najpierw nieszkodliwym, następnie zawarty w nim materiał użyć do niebotycznego gmachu prawdziwej mądrości. Od wypełnienia tych obu, ale przede wszystkim pierwszego zadania, zależało rozwiązanie pytania, w jakim kierunku pójdzie nadal nauka Europy, czy obstając niewolniczo przy Arystotelesie, spoganiawszy, stanie w otwartej walce z wiarą, czy też, wcieliwszy w siebie jego duchowne zasoby, pójdzie naprzód, a oparta na chrześcijaństwie pozostawi daleko za sobą dawnego księcia filozofów. Był to moment stanowczy, rozstrzygający o życiu lub śmierci.