Alaska Świat według reportera - Piotr Kraśko

Reflow text when sidebars are open.
Jest prawie pięć razy większa od Polski, a ma tylko 600 tysięcy mieszkańców. Niemal połowa z nich mieszka prawie na samym południu stanu w największym mieście - Anchorage. Na całym obszarze mieszka więc tylko 300 tysięcy ludzi. Gdyby w Nowym Jorku była taka sama gęstość zaludnienia, na Manhattanie mieszkałoby szesnaście osób. W Polsce gęstość zaludnienia wynosi około 120 osób na kilometr kwadratowy, tam 0,42. Mieszkańcy Teksasu uważają, że ich stan jest ogromny, ale gdyby Alaskę podzielić na pół, jej połówki byłyby od niego większe. Jej linia brzegowa jest dłuższa niż pozostałe wybrzeża USA. Powierzchnia Alaski stanowi 1/5 obszaru leżących na południe od niej pozostałych 49 amerykańskich stanów, jej 1/3 leży za kołem podbiegunowym. Na Alasce jest 50 tysięcy lodowców i 3 miliony jezior. 17 z 20 największych gór kraju. Najwyższa - góra McKinley - jest też najpotężniejsza w Ameryce Północnej.
Jeśli ktoś wyobraża sobie, że życie tam wygląda jak w legendarnym serialu "Przystanek Alaska", kiedy dotrze na miejsce, będzie zaskoczony z dwóch powodów. Po pierwsze serial kręcono w Kanadzie, więc nie było w nim nawet jednego autentycznego alaskiego pleneru, a po drugie na Alasce jest jeszcze lepiej. Kraina jest jeszcze piękniejsza, łosi, pstrągów i niedźwiedzi jest jeszcze więcej, a bary o wiele lepsze niż te serialowe. A w dodatku wszyscy mieszkańcy zwolnieni są z płacenia podatku dochodowego. Mało tego - stan nie tylko im nie zabiera, ale nawet wypłaca co roku spore pieniądze tylko dlatego, że tam mieszkają.
Gdyby ktoś w Ameryce szukał żony, bilet lotniczy powinien kupić do Anchorage lub Fairbanks.
- Kiedy dziewczyny na Alasce mówią, że "idą na całość", naprawdę idą na całość. Wiem, co mówię, bo je spowiadam - powiedział mi tam kiedyś towarzysz podróży, który okazał się katolickim księdzem.
Nie wiem, czy to zbieg okoliczności, czy skutek tak surowego klimatu, ale Alaskanie są najbardziej otwartymi, serdecznymi ludźmi, jakich spotkałem w Ameryce. Wielu z nich na pytanie kim są, najpierw odpowie, że Alaskanami, a dopiero potem, że Amerykanami. O pozostałych 49 stanach nie mówi się tam inaczej jak "lower 48", czyli "poniżej 48". Alaska nie graniczy z żadnym z nich, a wszystkie leżą poniżej czterdziestego ósmego równoleżnika.
Wyjątkową więź mieszkańcy najbardziej zaśnieżonej części USA czują z mieszkańcami tej najbardziej słonecznej - Hawajami.
Powody są dwa. Ze względu na odległość Hawajów od kontynentu nikt nie drukuje map ściennych, które pokazywałyby ich położenie na Pacyfiku. Kartografowie mają zwyczaj "wycinać" cały archipelag i umieszczać go w rogu mapy właśnie tuż koło Alaski. Gdy dzieci w każdej amerykańskiej szkole patrzą na mapę swojego kraju, widzą Hawaje tuż obok Alaski. Po drugie wielu Alaskanów w poszukiwaniu słońca kupiło tam ziemię i domy, inwestując pieniądze, które dostali od państwa. Kiedy u nich robi się zimniej, wsiadają na pokład samolotu Alaskan Airlines i lecą do Honolulu. Choć większości z nich ekstremalnie niskie temperatury niezbyt przeszkadzają. Po tygodniu nie przeszkadzają też przybyszom.
Człowiek jednak szybko się przyzwyczaja. Po paru dniach spędzonych w temperaturze - 40 stopni, gdy podnosiła się do - 30, i my rozpinaliśmy kurtki i zdejmowaliśmy czapki.
Podróż po Alasce najlepiej zacząć nie od największego tam miasta Anchorage, a od Fairbanks, nazywanego "Bramą Północy". Dla prawdziwych Alaskanów Anchorage stanowi tylko przedmieścia Seattle. Jest w tym trochę przesady, bo miasta dzieli ponad 2300 kilometrów, ale rzeczywiście trudno uznać Anchorage za początek drogi do "ostatniej granicy". Taki właśnie napis - "last frontier" widnieje na tablicach rejstracyjnych wszystkich samochodów w stanie Alaska. I jest w tym dużo prawdy. Równie niedostępne jak Alaska są pewnie tylko Antarktyda i Arktyka, ale Anchorage oferuje komfort i uroki życia typowe dla miast poniżej 48 równoleżnika. Nie ma nic wspólnego z dzikością i bezkresem całego stanu.
Z trzech powodów od razu po wylądowaniu w Fairbanks wiesz, że jest tu inaczej niż w jakimkolwiek miejscu, w którym byłeś wcześniej.
Po pierwsze tuż przy taśmie, na której podróżni odbierają bagaże, na dwóch łapach stoi ogromny niedźwiedź polarny. W tej pozycji ma niemal trzy metry i naprawdę budzi szacunek. Jeśli zlekceważyłeś porady w przewodnikach, co zrobić na wypadek spotkania z niedźwiedziem, teraz na pewno chętnie do nich wrócisz. A jest wiele miejsc na Alasce, gdzie dużo łatwiej o spotkanie z niedźwiedziem niż z człowiekiem. I bez wątpienia to on jest tu bardziej u siebie niż ktokolwiek z nas.
Po drugie: jeśli przybywasz na Alaskę pomiędzy listopadem a marcem, każdy z samochodów na parkingu przed lotniskiem albo będzie miał włączony silnik i kluczyki w stacyjce, albo będzie podłączony kablem do specjalnego gniazdka, jakie jest tam przy niemal wszystkich miejscach postojowych. Powód jest prosty - żaden akumulator nie wytrzyma długo pozostawiany w temperaturze spadającej regularnie poniżej - 30 stopni. Zasada, jaka obowiązuje na lotnisku, przestrzegana jest na wszystkich parkingach na całej Alasce. Gdy widzi się po raz pierwszy setki samochodów przed supermarketem i wszystkie włączone z kluczykami w środku - wrażenie jest niezwykłe. Jednak nikt nie ma ochoty wracać do samochodu z wyładowanym akumulatorem albo czekać pół godziny, nim po uruchomieniu silnika temperatura w środku podniesie się przynajmniej do zera. Nikomu też nie przyjdzie do głowy, że ktokolwiek mógłby któryś z samochodów ukraść. W tym klimacie, przy tych odległościach nikt nie przetrwa bez samochodu, kradzież równałaby się usiłowaniu zabójstwa i tak też jest tam postrzegana. Każdy ma samochód, nie ma więc powodu go komuś zabierać. Z kradzionym autem nie da się też "rozmyć" w tłumie, bo nigdy go tam nie ma. Naprawdę niemal wszyscy się znają i kupno samochodu z niepewnego źródła byłoby bardzo niemądrym pomysłem. Wszystko to nie zmienia faktu, że nie ma nic przyjemniejszego niż chwila, gdy po spędzeniu długiego czasu na potężnym mrozie wsiada się do samochodu, w którym od razu otula przyjemne ciepło, i nie ma kłopotu z jego odpaleniem, bo właściwie każdy jest odpalony bez przerwy. Przynajmniej w zimie.
Po trzecie od razu dostrzegasz, że do tej pory ubierałeś się o wiele za ciepło. Temperatury, które dotychczas uważałeś za niskie, tu są przyzwoitą średnią wyjątkowo ciepłej wiosny. Gdy szliśmy z lotniska w stronę samochodu, na ulicy zobaczyliśmy dziewczynę z przepięknymi nogami. Dopiero po chwili do nas dotarło, że w "normalnym" świecie nie dane byłoby nam ich podziwiać. Na chodniku był śnieg, w powietrzu niemal - 30, a ona była w mini i właśnie rzucała się na szyję swojemu chłopakowi, który wrócił ze służby w Iraku. Jedynym kompromisem, na który poszła, były trampki zamiast szpilek. Śnieg był jednak za głęboki.