WSTĘP
W 1845 r. dziennikarz nowojorskiej gazety "Morning News" John L.
Sullivan napisał artykuł redakcyjny na temat stałej ekspansji
terytorialnej Stanów Zjednoczonych Ameryki. Tak narodziła się idea
przeznaczenia dziejowego (Manifest Destiny) przyznająca USA
historyczne i opatrznościowe prawo do opanowania i ucywilizowania całego
kontynentu północnoamerykańskiego od Atlantyku do Pacyfiku.
W rzeczywistości Stany Zjednoczone rozpoczęły gwałtowną ekspansję
terytorialną na długo przed narodzinami Manifestu Destiny. Stał się on
jednak popularnym sloganem i hasłem przewodnim ideologii amerykańskiej
ekspansji, potwierdzającym dotychczasowe sukcesy nowego ustroju i dyrektywą dalszej polityki Stanów Zjednoczonych.
Już w 1803 r. za prezydentury Thomasa Jeffersona (1801-1809)
sfinalizowano zakup francuskiej Luizjany. Młode państwo amerykańskie
niewielkim kosztem (15 milionów dolarów i spłata roszczeń obywateli
amerykańskich wobec Francji) powiększyło się z dnia na dzień o ogromne
terytorium rozciągające się na zachód od Missisippi aż do Gór
Skalistych, w przyszłości z terytorium tego miało powstać piętnaście
nowych stanów Unii.
Zakończona pokojem w Gandawie wojna amerykańsko-brytyjska (1812-1815)
ułatwiła Amerykanom osiągnięcie dalszych sukcesów terytorialnych. Do
1819 r. Stany Zjednoczone uzyskały kontrolę nad wybrzeżem Zatoki
Meksykańskiej aż do bezpośredniego sąsiedztwa Nowego Orleanu i nad
hiszpańską Florydą.
Zajęcie Luizjany po raz pierwszy zwróciło uwagę Amerykanów na terytorium
graniczącego z nią hiszpańskiego Teksasu. Przez krótki okres Stany
Zjednoczone utrzymywały nawet, że Teksas mieści się w obrębie obszarów
objętych zakupem Luizjany, ale po zawarciu z Hiszpanią traktatu
regulującego sprawę Florydy 1819 r. wycofały swe roszczenia i zaakceptowały granicę Luizjany bez Teksasu. W praktyce jego granice były
określone bardzo niedokładnie. Południowe rubieże wyznaczała rzeka Rio
Grande, na zachodzie stanowiły je pustynne tereny Nowego Meksyku, a na
północy ginęły w bezkresnych przestrzeniach Wielkich Równin. Granica z amerykańską Luizjaną była także nieokreślona, z czasem przebiegała ona
przez ziemie leżące pomiędzy rzekami Red River i Sabine. Ta ostatnia
stała się w końcu umowną granicą Teksasu oddzielającą go od posiadłości
amerykańskich.
Terytorium Teksasu było niezwykle słabo zaludnione i tylko formalnie
związane z Nową Hiszpanią, a później Meksykiem. W praktyce, podobnie jak
Kalifornia i Nowy Meksyk, rządziło się samo, gdyż władze centralne w Mexico City mało interesowały się północnymi kresami swoich posiadłości.
W miarę rozwoju kolonizacji i napływu amerykańskich osadników do Teksasu
naturalne powiązania ściślej łączyły go z obszarem kolonizacji
anglo-amerykańskiej niż hiszpańskiej.
Pod koniec lat dwudziestych XIX w. amerykańscy osadnicy w Teksasie,
których wcześniej rząd meksykański sam zachęcał do kolonizowania
północno-wschodnich kresów, podjęli próby uniezależnienia się od
Meksyku. Wraz z upływem lat, ufni w swoją siłę i protekcję Stanów
Zjednoczonych, nabierali pewności siebie i jawnie ignorowali prawa i interesy Meksyku. Początkowo próbowali uzyskać szeroką autonomię w ramach Republiki Meksyku, później dążyli do utworzenia niepodległego
państwa. Bezpośrednim skutkiem tych usiłowań był narastający konflikt
amerykańskich Teksańczyków z władzami meksykańskimi, który spowodował
wybuch wojny o niepodległość Teksasu w latach 1835-36 (zwanej także
Rewolucją Teksaską).
Jednym z najbardziej dramatycznych i znamiennych w skutkach wydarzeń tej
krótkiej, lecz niezwykle krwawej wojny było oblężenie ufortyfikowanej
misji Alamo w San Antonio. Bitwa ta, w której zginęli prawie wszyscy
teksascy obrońcy, wśród nich półlegendarni bohaterowie amerykańskiego
pogranicza Davy Crockett i Jim Bowie, stała się niemal natychmiast
legendą. Odegrała istotną rolę mobilizującą amerykańską opinię publiczną
przeciwko Meksykowi i ułatwiła Teksańczykom odniesienie decydującego o losach wojny i Teksasu zwycięstwa nad wojskami meksykańskimi na równinie
San Jacinto 21 kwietnia 1836 roku.
PRZYJDŹCIE I WEŹCIE!
Nie mogę ani nie chcę wydać tego działa [...] i myślę, że tylko siłą
można zmusić nas do ustępstw.
Joseph D. Clements, 30 września 1835 r.
29 września 1835 r. por. Francisco Castaneda na czele oddziału dragonów
z meksykańskiego garnizonu w San Antonio de Bexar stanął na wschodnim
brzegu rzeki Guadelupe naprzeciwko miejscowości Gonzales. Z rozkazu
wojskowego komendanta San Antonio płk. Dominga de Ugartechei przybył tu,
aby skonfiskować 6-funtowe działo amerykańskim kolonistom z Gonzales.
Gonzales założono w sierpniu 1825 r. jako centrum kolonii osiedleńczej
impresaria1 z Missouri, Greena DeWitta. Leżała ona u zbiegu
rzek San Marcos i Guadelupe i od wschodu graniczyła z kolonią Stephena
Austina, terenem najstarszej anglo-amerykańskiej akcji osiedleńczej w Teksasie. Projekt miejscowości Gonzales opracował doświadczony mierniczy
mjr James Kerr, a jego nazwa pochodziła od nazwiska ówczesnego
meksykańskiego gubernatora połączonych stanów Coahuila i Teksas Rafaela
Gonzalesa, którego życzliwy stosunek do amerykańskich osadników miał
znaczący wpływ na utworzenie kolonii DeWitta. W momencie założenia
Gonzales było najbardziej wysuniętym na zachód osiedlem amerykańskim, co
niosło ze sobą poważne zagrożenie ze strony wrogich Indian. W lipcu 1826
r. napadli na nie Indianie Tawakoni, łupiąc i częściowo je paląc. W następnych latach cała kolonia DeWitta była zagrożona nieustannymi
atakami Indian Tawakoni i Tonkawa, którzy wypierani z północy przez
silniejsze plemiona Komanczów i Wichita, stali się uciążliwymi sąsiadami
kolonistów znad rzeki Guadelupe. Mieszkańcy Gonzales, zabiegając o zapewnienie sobie większego bezpieczeństwa przed wrogimi Indianami,
otrzymali w 1831 r. od lokalnych władz meksykańskich w San Antonio stare
6-funtowe działo pozostałe "w spadku" po Hiszpanach. Sytuacja sprawiła,
że nigdy nie zostało użyte przeciwko Indianom, służyło natomiast
mieszkańcom Gonzales do oddawania strzałów na wiwat.
W roku 1835 w Teksasie narastało napięcie i niepokoje wśród
amerykańskich osadników. Władze meksykańskie poważnie zaniepokojone
eskalacją rozruchów zbrojnych podjęły działania prewencyjne, zmierzające
do spacyfikowania buntowniczych nastrojów i rozbrojenia kolonistów.
Pułkownik Ugartechea, działając zgodnie z wytycznymi gen. Cosa,
wojskowego dowódcy północnych prowincji Republiki Meksyku, zażądał od
Amerykanów z Gonzales zwrotu działa i odstawienia go do meksykańskiego
arsenału Cesas Reales w San Antonio. W końcu września przybył do
Gonzales kpr. Casimir de Leon z pięcioma żołnierzami i wozem do
transportu działa. Ku zdziwieniu Meksykanów, którzy nie spodziewali się
żadnych problemów, koloniści odmówili wydania działa. Rozgniewany odmową
płk Ugartechea niezwłocznie wysłał do Gonzales por. Castanedę z oddziałem 150 dragonów. Castaneda dotarł na miejsce 29 września i z zaskoczeniem stwierdził, że jedyny bród na Guadelupe został zablokowany
przez uzbrojonych kolonistów. Kapitan Albert Martin, który na czele
18-osobowego oddziału lokalnej milicji obsadził przeprawę, odmówił
przepuszczenia kawalerzystów przez bród. Porucznik Castaneda, rezygnując
ze zbrojnego forsowania przeprawy wycofał swych dragonów i rozpoczął
pertraktacje z Amerykanami. Za radą alkada2 z Gonzales, Andrew
Pontona, koloniści zażądali odłożenia rozmów, motywując to rzekomą
nieobecnością w mieście alkada, bez którego nie chcieli podejmować
żadnych decyzji.
W czasie gdy dowódca meksykański bezczynnie oczekiwał na wznowienie
negocjacji, milicjanci kpt. Martina umacniali swoje pozycje przy
brodzie, a konni posłańcy Amerykanów wyruszyli do sąsiednich osiedli z wiadomościami o sytuacji w Gonzales. Wieści te w ciągu kilkunastu godzin
dotarły do wszystkich anglo-amerykańskich osad położonych nad Guadelupe
oraz w dorzeczu rzek Brazos i Colorado3. Już następnego dnia
do Gonzales zaczęli ściągać uzbrojeni koloniści z okolicznych
miejscowości. W ciągu dwóch dni zebrało się ich przeszło 160, wielu zaś
było jeszcze w drodze bądź szykowało się do wymarszu. Spór o działo z Gonzales urósł do rangi symbolu wolności i niezależności amerykańskich
osadników w Teksasie.
Taktyka wyczekiwania i natychmiastowa akcja ściągania do Gonzales
posiłków z bliższego i dalszego sąsiedztwa pozwoliły kolonistom w krótkim czasie zebrać siły zdolne do przeciwstawienia się oddziałowi
por. Castanedy.
30 września na wschodnim brzegu Guadelupe Joseph Clements, wyrażając
wolę wszystkich zebranych Amerykanów, w krótkim oświadczeniu
zdecydowanie odrzucił meksykańskie żądania i odmówił wydania działa. W celu uzasadnienia odmowy stwierdził, że działo zostało przekazane
mieszkańcom Gonzales przez lokalne władze meksykańskie wierne
postanowieniom konstytucji z 1824 r., a płk Ugartechea reprezentuje
dyktatorski rząd prezydenta Santa Anny, który nie ma prawa podejmować
jednostronnych decyzji godzących w wolność obywateli. Odpowiedź
Clementsa, poparta zbrojną demonstracją siły obsadzających bród
milicjantów, nie pozostawiała Castanedzie cienia wątpliwości co do
intencji kolonistów. Mimo to zdecydował się wykonać otrzymane rozkazy.
Wycofał swoich żołnierzy w górę rzeki z zamiarem odnalezienia innej
przeprawy i obejścia miasta od tyłu. Noc z 30 września na 1 października
Meksykanie spędzili w umocnionym obozie na wzgórzu DeWitta w pobliżu
Gonzales.
Tej samej nocy osadnicy z Gonzales wydobyli zakopane w sadzie śliwkowym
George'a Davisa działo i osadzili je na lawecie wykonanej z wozu do
transportu bawełny. W tym samym czasie dwie mieszkanki Gonzales Sarah
Seely i Eveline DeWitt uszyły ze ślubnej sukni flagę bojową i wręczyły
ją zebranym kolonistom. Flaga, wykonana według pomysłu Johna H. Moora z La Grange, przedstawiała czarną lufę armatnią na białym tle, nad którą
widniała samotna, pięcioramienna gwiazda, symbol Teksasu. Pod lufą
dużymi, czarnymi literami wyszyto napis: COME AND TAKE IT (PRZYJDŹCIE I WEŹCIE TO).
1 października rano por. Castaneda opuścił wzgórze DeWitta i poszukując
dogodnej przeprawy przesunął swój oddział dalej w górę rzeki. Ponieważ
Meksykanom nie udało się znaleźć odpowiedniego brodu, pod wieczór
rozbili obóz na terenie rancza amerykańskiego osadnika Ezekiela
Williamasa, w odległości 7 mil (11 km) od Gonzales.
Tego samego dnia około godz. 7.00 wieczorem grupa 168 uzbrojonych
kolonistów zebranych w Gonzales przeprawiła się przez rzekę tocząc ze
sobą przygotowane do strzału działo. Na wschodnim brzegu Guadelupe
zorganizowali radę wojenną, w trakcie której wybrali w demokratycznym
głosowaniu swoich dowódców. Komendę nad zebranymi ochotnikami powierzono
mającemu doświadczenie z walk z Indianami Johnowi Moorowi, którego
mianowano pułkownikiem. Jego zastępcą w stopniu podpułkownika został
James W.E. Wallace. Radę zakończyło patriotyczne kazanie pastora Smitha
z Gonzales.
Wczesnym rankiem 2 października, pod osłoną gęstej mgły spowijającej oba
brzegi rzeki, Teksańczycy wyruszyli w kierunku obozowiska meksykańskich
dragonów. Kiedy mgła opadła zaskoczeni Meksykanie ujrzeli naprzeciw
swojego obozu długą linię uzbrojonych kolonistów gotowych do ataku.
Pośrodku linii Teksańczyków znajdowało się stanowisko bojowe działa, nad
którym powiewała flaga COME AND TAKE IT. Porucznik Castaneda próbował
uformować swoich żołnierzy do obrony, ale teksaskie działo, z braku
odpowiedniej amunicji, załadowane kawałkami łańcucha i żelaznymi
siekańcami, dobrze wymierzonym strzałem rozproszyło meksykańskich
dragonów. Salwa ze strzelb Teksańczyków spotęgowała zamieszanie w szeregach Meksykanów. Pozostawili oni na polu walki jednego zabitego i unosząc ze sobą kilku rannych wycofali się pośpiesznie w kierunku San
Antonio ścigani bojowymi okrzykami podochoconych sukcesem Amerykanów.
Zaraz po potyczce płk Moore poprowadził swoich ludzi z powrotem do
Gonzales, a wieść o zwycięskim starciu z Meksykanami błyskawicznie
obiegła wszystkie kolonie amerykańskie w Teksasie. Mało kto zdawał sobie
zapewne sprawę z tego, że działo z Gonzales oddało pierwszy strzał w krwawej wojnie o niepodległość Teksasu. Samo Gonzales zaś uważane będzie
od tej pory za Lexington4 Teksasu.
Paradoks historii sprawił, że działo z Gonzales, które stało się
bezpośrednią przyczyną wojny, oddało w niej tylko jeden, jedyny strzał.
Po potyczce z oddziałem Castanedy zabrano je do Gonzales. Tam zostało
umieszczone w miejscowej kuźni, gdzie 3 października zdolny kowal i rusznikarz Noah Smithwick oczyścił starą lufę i umieścił ją na
specjalnie przygotowanym, czterokołowym wozie ciągnionym przez parę
wołów. Kiedy 12 października teksascy ochotnicy wyruszyli na wojnę,
zabrali je ze sobą jako zaczątek swojej artylerii. Słaba konstrukcja
wozu nie wytrzymała trudów wędrówki po bezdrożach i przepraw przez
liczne strumienie na drodze do San Antonio. Koloniści, mając nadzieje na
zdobycie nowych dział na Meksykanach, zakopali lufę armatnią na starym
indiańskim cmentarzu nad brzegiem strumienia Sandies Creek. Zapomniana
przez wszystkich przeleżała tam przez następne 101 lat. Wielka powódź w czerwcu 1936 r. odsłoniła znalezisko, ale jego tożsamość ustalono
dopiero w 1980 r. za pomocą specjalistycznych badań naukowych.
Dziś historyczne działo jest jednym z najcenniejszych reliktów historii
Teksasu i stanowi główną atrakcję Memorial Museum w Gonzales.
SZEŚĆ FLAG NAD TEKSASEM
Niepodobna przecenić wspaniałego charakteru, piękna i żyzności ziemi
prowincji Teksas [...]
ojciec Antonio Olivares, 1716
W roku 1519, w tym samym czasie, kiedy Hernando Cortes na czele kilkuset
hiszpańskich awanturników zbliżał się do Meksyku, aby dopełnić losu
państwa Azteków, inny poddany króla Karola V postawił stopę na nowym
lądzie znanym dziś pod nazwą Teksas.
Alonso Alvarez de Pineda, kapitan w służbie hiszpańskiego gubernatora
Jamajki Francisco Garaya, otrzymał zadanie odnalezienia
północno-zachodniego przejścia łączącego Atlantyk z Oceanem Spokojnym
oraz przechwycenia wyprawy Cortesa w Vera Cruz. Drogi do Pacyfiku nie
odnalazł, gdyż taka nie istniała, Cortes natomiast uwięził ludzi de
Pinedy, którzy wylądowali w Veracruz i zmusił niefortunnego kapitana do
odpłynięcia. Przypadek sprawił, że w drodze powrotnej na Jamajkę statek
de Pinedy dotarł do wybrzeży Teksasu u ujścia Rio Grande, umożliwiając
Hiszpanom zbadanie jej dolnego biegu.
INDIANIE W TEKSASIE
Alonso de Pineda był pierwszym Europejczykiem, który postawił stopę na
teksaskim lądzie, ale nie był pierwszym człowiekiem na tej ziemi.
Pierwsi ludzie żyli na terenie dzisiejszego Teksasu już około 12000 lat
temu i byli potomkami łowców, którzy w epoce lodowcowej przybywali z Syberii na kontynent północnoamerykański w pogoni za wielkimi
zwierzętami przekraczającymi korytarz w miejscu obecnej Cieśniny
Beringa. Ich rozwój cywilizacyjny trwał wiele tysięcy lat i zależał
głównie od zmian klimatycznych zachodzących na obszarach ich osadnictwa.
Początkowo przybysze z Syberii wędrowali wzdłuż wybrzeży oceanu, później
rozprzestrzenili się po całym kontynencie, dając początek ludom
indiańskim. Rozwój tych plemion odbywał się w niejednakowym stopniu.
Jedne, jak Indianie Caddo ze wschodniego Teksasu, osiągnęły stosunkowo
wysoki stopień cywilizacji jeszcze przed przybyciem na te ziemie białych
ludzi. Dla odmiany Indianie Karankawa, znad Zatoki Meksykańskiej,
pozostawali zaś na tym samym poziomie rozwoju co ich przodkowie sprzed
5000-6000 lat. Jeszcze inne plemiona zmieniały swój sposób życia
osiągając wysoki stopień cywilizacyjny lub cofały się w rozwoju ze
względu na zmiany klimatu i środowiska.
W ciągu trzystu lat, od momentu pojawienia się w Teksasie pierwszych
Europejczyków, aż do początków XIX w., kiedy to ostatecznie ukształtował
się skład etniczny plemion indiańskich na obszarze Teksasu, cały czas
zmieniała się struktura ludności tubylczej. Specyfika tych przemian, na
które ogromny wpływ miała obecność i działalność białego człowieka
sprawiła, że Teksas stał się etnicznym i kulturowym tyglem rdzennych
mieszkańców Ameryki. Na początku XIX w. na terenie Teksasu zamieszkiwały
co najmniej dwadzieścia trzy różne plemiona Indian. Niektóre z nich
stały się integralną częścią historii i kultury Teksasu, inne stanęły w obliczu fizycznej zagłady, przymusowych przesiedleń lub życia na granicy
wegetacji.
Wybrzeże Zatoki Meksykańskiej zamieszkiwało nadmorskie plemię Karankawa.
Wysocy, odważni, świetni pływacy byli pierwszymi Indianami, z którymi
przyszło spotkać się Europejczykom przybywającym do Teksasu drogą
morską. Mimo że stali na niskim poziomie cywilizacyjnym przez długie
lata byli groźnym przeciwnikiem dla białych. Dopiero epidemie ospy,
które zdziesiątkowały ich na przełomie XVIII i XIX w., złamały ich siłę
bojową i doprowadziły do niemal całkowitego unicestwienia.
Wschodnie obszary Teksasu pokryte rozległymi lasami zamieszkiwały
plemiona leśne skupione w dwóch dużych konfederacjach, w których
dominującą rolę odgrywali Indianie Caddo. Plemiona te żyły w kilku
osadach w rejonie dzisiejszego jeziora Caddo oraz rzek Neches i Angelina. Ich osiedla składały się ze stożkowatych, słomianych chat
otoczonych polami kukurydzy. Caddo i pokrewne im szczepy Eyish,
Anadarko, Abadoche i Nabedache byli zdolnymi rolnikami i myśliwymi i już
na długo przed przybyciem białych osiągnęli wysoki stopień rozwoju
cywilizacyjnego. Niestety, podobnie jak wiele innych plemion, stali się
ofiarami szalejących epidemii chorób przywleczonych przez Europejczyków.
W latach trzydziestych XIX w. ze świetnych konfederacji leśnych Indian
pozostały tylko żałosne resztki.
Zachodnie rejony Teksasu i dorzecze środkowej Rio Grande zamieszkiwały
rolnicze plemiona Tigua, Suma, Jumano i Coahuiltecan. Spokojni rolnicy i kupcy szybko dostali się pod wpływy kolonizacji hiszpańskiej. Ich
osiedla od dawna były też obiektem napadów wojowniczych plemion z północy.
Trawiaste prerie środkowego Teksasu były ojczyzną Indian Waco, Wichita i Tonkawa. Prowadzili oni półosiadłe życie, uprawiali kukurydzę, fasolę i dynie. Swoją dietę uzupełniali mięsem bizonów. Podczas myśliwskich
wypraw chętnie posługiwali się charakterystycznymi dla typowych plemion
prerii stożkowatymi namiotami tipi (tepee) wykonanymi z drewnianego
rusztowania pokrytego skórami bizonów. Nie gardzili także napadami na
rolniczych sąsiadów. Szczególnie wojowniczą naturę przejawiali
Tonkawowie, którzy walczyli ze wszystkimi sąsiednimi szczepami i byli
znani z tego, że praktykowali rytualny kanibalizm. Po przybyciu
Amerykanów do Teksasu stali się ich sojusznikami i odegrali dużą rolę
jako zwiadowcy i przewodnicy w walkach z Komanczami i Kiowami.
Północno-zachodni Teksas był domeną łowców bizonów z Wielkich Równin.
Tutaj rozciągały się tereny łowieckie Indian Kiowa, południowych
Czejenów, Arapahów, Apaczów Lipan i Komanczów. W przeciwieństwie do
innych plemion, które dosyć szybko padły ofiarą postępującej cywilizacji
białych, koczownicze szczepy z Wielkich Równin długo zachowywały swoją
niezależność i przez wiele dziesięcioleci stanowiły barierę skutecznie
powstrzymującą ekspansję białych osadników w głąb kontynentu.
Momentem zwrotnym w dziejach Indian z Wielkich Równin było zdobycie
koni. Pierwsze konie z hiszpańskich hodowli w północnym Meksyku trafiły
w ręce Indian w XVII wieku. Szybko stały się przedmiotem handlu lub
kradzieży. Pewna liczba koni zbiegła na prerię, gdzie dały początek
zdziczałym mustangom5. Jako pierwsi oswoili konie sąsiadujący
z posiadłościami hiszpańskimi Apacze. Około roku 1700 konie pojawiły się
także u Komanczów i Kiowów. Wraz z oswojeniem konia zakończył się też
proces transformacji pieszych nomadów w konnych myśliwych i wojowników.
Koń zmienił całkowicie dotychczasowy sposób życia i kulturę Indian z Wielkich Równin. Dał im nowe możliwości transportu, polowania i prowadzenia wojny. Jego użycie pozwoliło na szybsze wędrówki, budowanie
większych namiotów, gromadzenie większej ilości zapasów i rozszerzenie
terenów łowieckich. Wykradanie koni obcym szczepom oraz białym osadnikom
i hodowcom stało się ulubionym zajęciem Indian i główną przyczyną
prowadzonych przez nich wojen. Żadne inne plemię nie osiągnęło takiej
biegłości w posługiwaniu się koniem co Komancze. Uznawani za najlepszych
jeźdźców spośród wszystkich Indian, słynęli ze swych łupieżczych wypraw
przeciwko wrogim szczepom i białym w Meksyku i Teksasie. Nikogo nie
nienawidzili bardziej niż Hiszpanów i Meksykanów. Przez długie lata
rywalizowali z Apaczami, których pokonali ostatecznie w latach
1725-1750, obejmując kontrolę nad południowymi preriami. Jak na warunki
północnoamerykańskie Komancze byli plemieniem dość licznym. Na przełomie
XVIII i XIX w. liczyli około 15 000 głów i posiadali przeszło 200 000
koni. Dzięki swej liczebności, wojowniczości i mistrzowskiej taktyce
walki konnej przez ponad sto lat stanowili zaporę dla rozwoju
kolonizacji białych w Teksasie.
Począwszy od końca XVIII w. Teksas stał się terenem migracji niektórych
plemion indiańskich ze wschodu, wypieranych z ich tradycyjnych siedzib
przez Amerykanów. Osadnictwu tych plemion sprzyjała polityka władz
hiszpańskich, które po zajęciu francuskiej Luizjany w 1763 r. zachęcały
"cywilizowanych" Indian ze wschodu do osiedlania się w swoich północnych
prowincjach. Mieli oni stanowić tam barierę przed niszczycielskimi
rajdami Apaczów i Komanczów na posiadłości hiszpańskie w Meksyku. W ten
sposób na obszarze Teksasu znalazły się obce plemiona Alabama,
Coushatta, Szaunisi, Delawarowie, Kickapoo i Czirokezi. Pod koniec
istnienia Republiki Teksasu większość tych Indian została zmuszona do
opuszczenia Teksasu i osiedlenia się na tzw. Terytorium Indiańskim
(Indian Territory) w dzisiejszej Oklahomie.
KONKWISTADORZY I MISJONARZE
Hiszpański gubernator Jamajki, już rok po odkryciu przez Alonso de
Pinedę wybrzeży Teksasu, wysłał ekspedycję kierowaną przez Diego de
Camargo w celu dokładnego zbadania i skolonizowania ujścia Rio Grande.
Zdecydowanie wroga postawa mieszkających tam Karankawów uniemożliwiła
Hiszpanom osiągnięcie tego celu. Z tego czasu datuje się jednak pierwsza
nazwa planowanego obszaru kolonizacji, Amichel, pochodząca z przywileju
kolonizacyjnego nadanego Francisco Garayowi przez króla Hiszpanii Karola
V.
Pierwsza udokumentowana relacja z eksploracji ziem dzisiejszego Teksasu
wiąże się z osobą Alvara Nuneza Cabeza de Vacy. Był on jednym z członków
wyprawy gubernatora Florydy Panfilo de Narvaeza, która znalazła swój
tragiczny koniec wśród sztormów Zatoki Meksykańskiej i dzikich pustkowi
wybrzeża Teksasu. W 1528 r. część rozbitków wylądowała na brzegu w rejonie dzisiejszej wyspy Galveston. Większość z nich padła ofiarą
dzikich zwierząt i Indian. Cabeza de Vaca zdołał zachować życie, a z czasem zyskał nawet szacunek tubylców dzięki pewnej znajomości medycyny.
Po kilku latach pobytu wśród Indian, z którymi przemierzał tereny w dorzeczu Rio Grande i Guadelupe, udało mu się odszukać trzech innych
rozbitków ocalałych z nieszczęsnej wyprawy Narvaeza. Wspólnie zdołali
pokonać pieszo kilka tysięcy kilometrów i po przebyciu Rio Grande oraz
gór północnego Meksyku dotarli w marcu 1536 r. do osiedla Culiacan w Nowej Hiszpanii.
W trakcie swojej kilkuletniej podróży de Vaca i jego towarzysze słyszeli
dziwne opowieści miejscowych Indian o leżących na północy wielkich i bogatych miastach tajemniczego królestwa Ciboli. W 1542 r. ukazała się w Hiszpanii książka de Vacy pt. Relacion, zwięźle opisująca przygody i wydarzenia, których uczestnikiem był autor. Jak wynika z jej treści, de
Vaca unikał fantastycznych opisów dotyczących królestwa Ciboli,
ograniczając się jedynie do powtórzenia informacji uzyskanych na ten
temat od Indian. Jednak plotki i rozbudzona wyobraźnia hiszpańskich
konkwistadorów uczyniły z relacji de Vacy legendę. Wicekról6
Nowej Hiszpanii Antonio de Mendoza dostał na tym tle obsesji i postanowił zorganizować wyprawę po skarby Ciboli.
W 1540 r. wyruszyła z Meksyku na północ liczna i dobrze wyekwipowana
wyprawa, na której czele stanął młody gubernator Nowej Galicji i zaufany
wicekróla Francisco Vasquez de Coronado (1510-1554). Dowódca ekspedycji,
mając do swojej dyspozycji blisko 1500 żołnierzy hiszpańskich i posiłkowych Indian meksykańskich, przez wiele miesięcy bezskutecznie
poszukiwał legendarnego królestwa Ciboli. Zamiast złotych miast i skarbów odnalazł jedynie surowe puebla7 Indian zamieszkujących
dzisiejszą Arizonę i Nowy Meksyk. Wyobraźnia i podszepty miejscowych
Indian, pragnących odciągnąć groźnych przybyszów od swoich siedzib,
pognały Hiszpanów dalej na północ. Miało tam leżeć inne bogate królestwo
indiańskie zwane Quivira. Ekspedycja Coronady, szukając mitycznej
Quiviry, przemierzyła bezkresne przestrzenie Wielkich Równin w obrębie
Teksasu, Oklahomy i Kansas. Jednym z niezamierzonych efektów
poszukiwania Quiviry było odkrycie przez Hiszpanów Wielkiego Kanionu
Kolorado, który pędzeni żądzą bogactw konkwistadorzy bezskutecznie
próbowali sforsować w drodze na północ. Coronado, widząc bezskuteczność
swych poszukiwań, pozostawił większość swoich ludzi nad rzeką Brazos,
sam zaś ruszył z oddziałem jeźdźców na poszukiwanie drogi powrotnej do
Meksyku. Wreszcie w 1542 r. pozbawieni złudzeń Hiszpanie zrezygnowali z dalszych poszukiwań i rozpoczęli odwrót. W Teksasie pozostało jedynie
kilku misjonarzy z ojcem Juanem de Padilla, pragnących prowadzić pracę
misyjną wśród miejscowych plemion indiańskich. Po dwóch latach pracy
misyjnej Padilla i jego towarzysze wyruszyli na północ, gdzie w listopadzie 1544 r. padli ofiarą wrogich Indian.
Latem 1542 r., mniej więcej w tym samym czasie, kiedy ekspedycja
Coronady obozowała nad górnym biegiem Brazos, szykując się do drogi
powrotnej do Meksyku, we wschodnim Teksasie pojawiła się inna grupa
hiszpańskich konkwistadorów. Byli to uczestnicy wyprawy Hernando de
Soto, która w maju 1539 r. wylądowała na wybrzeżu Florydy z zamiarem
zbadania tamtejszych ziem. Po trzech latach eksploracji terenów
głębokiego południa dzisiejszych Stanów Zjednoczonych de Soto zmarł w maju 1542 r. w pobliżu Missisippi. Jego następca Luis de Moscoso
zdecydował się wracać do Meksyku drogą lądową przez nieznany sobie
Teksas. Po dojściu do Brazos Moscoso przestraszył się dzikiego i niezamieszkanego kraju, który się przed nim rozciągał i nakazał odwrót
do Missisippi. Tam jego ludzie wybudowali łodzie i płynąc wzdłuż
wybrzeża Zatoki Meksykańskiej dotarli do Meksyku. Po drodze przeżyli
przymusowe lądowanie przy ujściu rzeki Sabine, gdzie po raz pierwszy
zetknęli się z ropą naftową, używali jej niczym smoły do uszczelnienia
swoich łodzi.
Wiosną 1554 r. z portu Veracruz w Nowej Hiszpanii wyruszyła do
metropolii flotylla czterech statków z 400 ludźmi na pokładach, wioząca
liczne skarby przeznaczone dla dworu Karola V. Wiosenne sztormy zmusiły
załogi statków do zawrócenia z drogi, ale tylko jednemu z nich udało się
ujść żywiołowi. Pozostałe zostały wyrzucone na teksaski brzeg w pobliżu
wyspy Padre Island. Z blisko trzystu rozbitków wielu padło ofiarą
Indian, pozostali rozproszyli się w poszukiwaniu dróg powrotu do
Meksyku. Jedynym szczęśliwcem, który dzięki pomocy przyjaznych Indian
zdołał dotrzeć do Tampico był zakonnik Marcos de Mena. Jego relacje
pozwoliły zorganizować w 1555 r. wyprawę ratunkową pod dowództwem
kapitana Angela de Villafane. Nie tylko odszukał on rozbite statki i odzyskał część ładunku, ale uratował jeszcze jednego pozostałego przy
życiu rozbitka, który wegetował przez cały czas w rejonie katastrofy.
Rozczarowanie niepowodzeniem wyprawy Coronado i nieprzychylne dla tych
ziem relacje innych konkwistadorów na blisko czterdzieści lat osłabiły
zainteresowanie Hiszpanów Teksasem. W tym czasie zmieniła się
dotychczasowa polityka Hiszpanii wobec kolonii w Nowym Świecie. Czas
konkwisty i pogoni za skarbami zaczął przemijać. Coraz większą uwagę
zaczęto przywiązywać do działalności misyjnej kościoła i kolonizacji
nowoodkrytych ziem.
Po wielu latach przerwy, w 1581 r. wyruszyła z Meksyku do Teksasu
pierwsza wyprawa o charakterze czysto religijnym, którą powiedli
hiszpańscy misjonarze Augustin Rodriguez i Francisco Chamuscado. Po
przekroczeniu Rio Grande skierowali się na północny zachód i dotarli w rejon dzisiejszego El Paso. Tutaj ojciec Rodriguez zginął wkrótce z rąk
Indian, próbując nawracać ich na nową wiarę. W następnym roku śladami
Rodrigueza wyruszyła ekspedycja ratunkowa Antonia de Espeja. Hiszpanom
udało się dotrzeć do siedzib Indian Pueblo nad górną Pecos, gdzie
dowiedzieli się o fiasku pierwszej próby chrystianizacji teksaskich
Indian.
Dużo donioślejsze znaczenie miała wyprawa Juana de Onate w 1598 roku.
Pozwoliła ona zbadać ziemie Nowego Meksyku i uczyniła zeń nową prowincję
hiszpańską. Od tej chwili, przez blisko sto lat, wszystkie hiszpańskie
ekspedycje kierowane do Teksasu brały swój początek w Nowym Meksyku.
Juan de Onate wytyczył szlak przez pustynie i góry północnego Meksyku do
Rio Grande, który przez następne dwieście lat służył jako główna droga
zaopatrzeniowa dla północnych prowincji Nowej Hiszpanii. W ten sposób
stworzono warunki do rozpoczęcia zorganizowanej akcji kolonizacyjnej.
Jako pierwsi w Nowym Meksyku pojawili się misjonarze z zakonu
franciszkanów. W 1629 r. opat franciszkanów w Nowym Meksyku Alonso de
Benavides wysłał dwóch misjonarzy na ziemie plemienia Jumano nad rzeką
Colorado. W ten sposób Hiszpanie rozpoczęli zorganizowaną działalność
misyjną także wśród Indian w Teksasie.
W 1650 r. z rejonu Santa Fe wyruszyła do krainy Jumano ekspedycja
kierowana przez Hernando Martina i Diego de Castillo, którym towarzyszył
liczny zastęp franciszkanów. Hiszpanie, idąc w dół Colorado, już poza
granicami ziem plemienia Jumano, napotkali nieznanych sobie Indian,
którzy witali ich okrzykami "techias". Było to prawdopodobnie jedno z plemion Caddo, w którego języku słowo to znaczyło "przyjaciel". W raporcie z wyprawy zanotowano, że "osiągnięto zewnętrzne granice kraju
zamieszkałego przez naród zwany Tejas"8 i była to pierwsza
udokumentowana wzmianka o pochodzeniu słowa, od którego wzięła się nazwa
Teksasu.
W sierpniu 1680 r. wybuchło w Nowym Meksyku wielkie powstanie Indian
Pueblo. W ciągu kilku dni z rąk powstańców zginęło ponad 400 Hiszpanów.
Ci, którym udało się ujść pogromowi schronili się w Santa Fe. We
wrześniu resztki Hiszpanów z Nowego Meksyku opuściły oblegane przez
Indian miasto i uciekły na południe do El Paso. Tam, nad rzeką Rio
Grande, Hiszpanie i towarzyszący im chrześcijańscy Indianie Tigua
wybudowali dwie nowe misje, Ysleta del Sur i Soccoro del Sur. Początkowo
obie misje leżały na południowym brzegu, jednak późniejsze zmiany koryta
Rio Grande sprawiły, że ostatecznie znalazły się one po północnej,
teksaskiej stronie rzeki. W takich okolicznościach okolice El Paso stały
się najstarszym rejonem stałego osadnictwa europejskiego w Teksasie.
W 1683 r. w misji franciszkanów w Juarez w północnym Meksyku, dokąd
ewakuowano centrum misyjne zakonu po rebelii Indian Pueblo, pojawił się
wódz plemienia Jumano z Teksasu. Przybył z niecodzienną prośbą o wybudowanie na ziemiach jego ludu misji i przysłania tam misjonarzy
hiszpańskich. W rzeczywistości był to sprytny wybieg Indian Jumano,
którym chodziło przede wszystkim o uzyskanie pomocy Hiszpanów do obrony
przed najazdami Apaczów. W odpowiedzi na prośbę plemienia Jumano
Hiszpanie wysłali do Teksasu wyprawę kierowaną przez ojca Francisco
Lopeza i Juana Domingueza de Mendozę. Idąc w dół Rio Grande aż do ujścia
rzeki Rio Conchos, Hiszpanie wybudowali nad jej brzegami cztery nowe
misje. Stąd ekspedycja wyruszyła do kraju Indian Jumano nad rzeki
Colorado i San Saba. Zamiast spotkania z sojuszniczymi Jumano Hiszpanie
przez kilka tygodni musieli odpierać ataki wrogich Apaczów, którzy
zmusili ich w końcu do odwrotu. Uchodząc przed Apaczami ekspedycja
wróciła szlakiem wiodącym bardziej na południe przechodząc przez ziemie
leżące obecnie w geograficznym centrum Teksasu. Wrażenia ze swojej
wyprawy Lopez i Mendoza przedstawili samemu wicekrólowi Nowej Hiszpanii,
zachwalając obfitość zwierzyny i niezwykłą żyzność ziem Teksasu Mendoza
oceniał, że "mogą one zapewnić utrzymanie 20 000, a nawet 200 000
ludzi"9. Relacje te nie wzbudziły większego zainteresowania
wicekróla. Jego uwagę przyciągały teraz sprawy dużo ważniejsze dla
strategicznych interesów Hiszpanii w tym rejonie świata. Niepokój
wicekróla zaczęło budzić zainteresowanie Francji hiszpańskimi
posiadłościami nad Zatoką Meksykańską.
WYPRAWA LA SALLE'A
Wiosną 1685 r. do pałacu wicekróla Nowej Hiszpanii, w Mexico City,
markiza de Laguny, dotarły pierwsze wieści o dużej francuskiej wyprawie
penetrującej wybrzeża Zatoki Meksykańskiej od ujścia Missisippi do
ujścia Rio Grande. Wiadomości te, powtarzane zarówno przez schwytanych
francuskich piratów z Morza Karaibskiego jak i miejscowych Indian,
skłoniły władze hiszpańskie do rozpoczęcia intensywnych poszukiwań na
lądzie i na morzu.
W lutym 1865 r. w Zatoce Matagorda na wybrzeżu Teksasu wylądowało 400
Francuzów pod wodzą śmiałego żołnierza i doświadczonego odkrywcy Rene
Roberta Cavaliera de La Salle (1643-1687).
La Salle pochodził ze szlacheckiej rodziny z Rouen we Francji. W poszukiwaniu przygód i fortuny wyruszył do kolonizowanej przez Francuzów
Kanady, gdzie zasłynął jako odważny podróżnik i odkrywca. Na przełomie
lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XVIII w. badał ziemie leżące u źródeł Missisippi i wniósł wiele nowych informacji na temat żyjących tam
plemion indiańskich. W 1862 r. wyprawił się w dół Missisippi i dotarł do
jej ujścia do Zatoki Meksykańskiej. Doprowadził do wybudowania kilku
placówek francuskich w dolinie Missisippi i wziął nowo odkryte ziemie w posiadanie Francji, nadając im na cześć króla Ludwika XIV nazwę
Luizjana. W ten sposób rozcięte zostały na dwie części hiszpańskie
posiadłości nad Zatoką Meksykańską, Floryda na wschodzie i Teksas na
zachodzie. W 1684 r. La Salle udał się do Francji, aby na dworze
królewskim szukać protekcji dla swoich planów. Jego zabiegi o zorganizowanie nowej wyprawy, która miałaby utrwalić francuską hegemonię
w dolinie Missisippi, spotkały się z życzliwością Ludwika XIV.
Propozycjom La Salle'a sprzyjały wojenne plany króla wobec Hiszpanii i zainteresowanie, jakie wyraził bogatymi kopalniami srebra w północnym
Meksyku.
Na początku 1685 r. niewielka flotylla francuska składająca się z czterech statków z 400 ludźmi na pokładach dotarła do Zatoki Matagorda
na wybrzeżu Teksasu. Nie ma całkowitej pewności, czy lądowanie w tym
miejscu było wynikiem świadomego działania, czy też skutkiem sztormów
szalejących w Zatoce Meksykańskiej, które nie pozwoliły Francuzom
odszukać ujścia Missisippi. Mimo niesprzyjającej pogody i utraty dwóch
statków z częścią zaopatrzenia La Salle wybudował nad strumieniem
Garcitas Creek w Zatoce Matagorda umocnione osiedle nazwane Fortem Saint
Louis (Fort Świętego Ludwika). Trudne warunki klimatyczne, choroby i starcia z Indianami zredukowały poważnie liczbę francuskich kolonistów.
Mimo to La Salle zdołał w ciągu dwóch lat zorganizować trzy wyprawy
badawcze w głąb Teksasu. Jednym z ich rezultatów były francuskie próby
zgłaszania pretensji do hiszpańskiego Teksasu i ustanowienia granicy
Luizjany na rzece Rio Grande.
W czasie pierwszej ze swoich wypraw La Salle spenetrował obszary leżące
na południe i zachód od Fortu Saint Louis. Mogłoby to sugerować, że
obiektem jego zainteresowań były rzeczywiście hiszpańskie kopalnie
srebra w Meksyku, a nie ujście Missisippi.
Druga wyprawa La Salle'a dotarła nad górną Trinity River, gdzie Francuzi
zetknęli się po raz pierwszy z plemionami indiańskiej konfederacji
Caddo. Celem trzeciej ekspedycji było dotarcie drogą lądową do
francuskich posterunków w dolinie Missisippi i ustanowienie komunikacji
pomiędzy Luizjaną a Teksasem. W trakcie tej wyprawy, 20 marca 1687 r.,
La Salle został zdradziecko zamordowany przez jednego ze swoich ludzi w pobliżu dzisiejszej Navasoty w Teksasie. Motywy zbrodni nie zostały
wyjaśnione, podobnie jak nigdy nie udało się odnaleźć grobu dzielnego
odkrywcy.
Wraz ze śmiercią La Salle'a francuskie próby kolonizacji Teksasu spotkał
żałosny koniec. W wyniku wewnętrznych waśni i walk z Indianami większość
mieszkańców kolonii wyginęła. Fort Saint Louis został spalony i obrócony
w popiół.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki