Rozdział 1Zapiąć pasy, startujemy
Jest to opowieść o kilku planetach, które odwiedziłam - chociaż tak naprawdę nie postawiłam na nich nogi.
I o tym, jak wróciłam na Ziemię z pewnej planety, chociaż wcale nie wiedziałam, że na niej żyłam.
Ta historia zaczyna się całkiem zwyczajnie w najzwyklejszym miejscu pod słońcem: w naszym mieszkaniu.
W naszym mieszkaniu są trzy pokoje. Największy, wspólny, nazywamy dużym. Są w nim: brązowa kanapa, telewizor, stolik, kredens po babci i akwarium - i więcej nic, bo duży pokój tak naprawdę jest raczej mały. W drugim pokoju rodzice mają sypialnię, a trzeci... Trzeci jest bliźniaków i mój. Bo mam dwóch młodszych braci, bliźniaków. Już od dawna próbuję wytłumaczyć rodzicom, że powinnam mieć własny pokój, ale jak tylko o tym wspominam, tata zaczyna machać rękami i mówi:
- O nie, nie! Musimy z mamą mieć jakiś kąt tylko dla siebie.
A ja to nie?!
Okropnie jest mieszkać w jednym pokoju z bliźniakami. Nie można w spokoju pomyśleć ani poczytać, bo jak nie siedzą człowiekowi na głowie, to plączą się pod nogami. Na przykład dziś. Przyszłam ze szkoły, zjadłam obiad i chciałam przejrzeć encyklopedię kosmosu, którą dostałam na urodziny, a ci nieznośni bliźniacy akurat urządzili sobie wyścigi samochodów. Szurali po dywanie resorakami, naśladując przy tym odgłosy wyścigówek:
- Brum, brrrumm...! Ziuu, ziuu, ziuu...! Wrrrr...
Uch!
- Niech was czarna dziura pochłonie! - krzyknęłam. Odrzuciłam książkę i zerwałam się z łóżka. - Mamo! - zawołałam, wpadając do kuchni. - Już tego nie wytrzymam. Ja chcę w spokoju poczytać, a Leon i Filip warczą i prychają jak jakieś chore dinozaury! Uszy mi pękają, zrób coś!
- Alusiu. - Mama była ledwo widoczna zza obłoku pary unoszącej się nad garnkiem, w którym coś mieszała. - Jesteś już dużą dziewczynką. Spróbuj poradzić sobie sama, dobrze? Jestem zajęta, szykuję obiad na jutro, a zresztą nie mogę ciągle rozsądzać waszych sporów.
Z rodzicami to tak zawsze!
Wróciłam do pokoju, rzuciłam się na łóżko i nakryłam twarz książką.
- Pju, pju! - słyszałam teraz Leona. - Pjupjupju! Dostałeś z laserowego działa, galaktyczny potworze!
- Arrr! - zaryczał w odpowiedzi Filip. - Blaa, blaaaa, blaaach...!
- Uspokójcie się!! - wrzasnęłam tak, że podskoczyła książka na mojej twarzy.
Z kuchni natychmiast dobiegł ostrzegawczy głos mamy:
- Ala!
Westchnęłam.
- Uspokójcie się - powtórzyłam najspokojniej jak mogłam. - Bo robię coś w a ż n e g o!
- Nieprawda - zaprotestował Filip. - Ty tylko czytasz książkę. Wciąż tylko czytasz i czytasz.
- To nie jest jakaś tam książka. Jest o kosmosie. Bo planuję kosmiczną podróż do najbardziej odległej galaktyki. Jak najdalej od was - dodałam złośliwie.
Zrobiło się cicho. Cisza trwała dłużej niż chwilę, co bardzo mnie zdziwiło. Zdjęłam encyklopedię z twarzy. Bliźniacy wpatrywali się we mnie szeroko otwartymi oczami.
- E tam - odezwał się w końcu Leon. - Nie można podróżować w kosmosie.
- Nie można - zgodził się Filip. - Jak się nie ma rakiety.
To podsunęło mi pewien pomysł. Może dzięki temu dadzą mi poczytać w spokoju...
- Przecież można ją wypożyczyć. W wypożyczalni pojazdów kosmicznych. Ja tak właśnie robię. Rakieta podlatuje nocą, wsiada się na pokład i podróżuje do rana.
Bliźniacy wymienili spojrzenia.
- Akurat!
- Zmyślasz. Mamo, a Ala kłamie!
- Jak sobie, chłopaki, chcecie. - Wzruszyłam ramionami. - Jeśli powiecie o tym mamie, to nie pozwoli mi polecieć. Znacie ją: powie, że w kosmosie jest za zimno i że się przeziębię. A jak będziecie siedzieć cicho, to może zabiorę was na przejażdżkę.
Przynęta chwyciła. Bliźniacy chwilę szeptali między sobą, w końcu Leon wbił we mnie spojrzenie i spytał:
- A prawo jazdy? Nie masz prawa jazdy. A bez niego nie można prowadzić żadnych pojazdów!
Spryciarze.
- Mam prawo jazdy - rzuciłam lekko. - Międzygalaktyczne.
Leon oczywiście nie uwierzył.
- Prawo jazdy mają tylko dorośli!
Ale i na to miałam odpowiedź.
- Na Ozyrysie prawo jazdy dają ludziom od lat siedmiu. Bo oni liczą jeden rok życia człowieka jak trzy ozyryskie. No wiecie, tak jak ludzie liczą psie lata: jeden rok psiego życia to jak siedem lat ludzkich, czy jakoś tak. Czyli na Ozyrysie mam o wiele więcej lat niż tu, na Ziemi. Tam jestem już dorosła. A zresztą nowoczesnymi rakietami i tak sterują komputery pokładowe.
- Aha...! - Filip pokiwał głową.
Ale z Leonem nie poszło tak łatwo.
- Jak masz prawo jazdy, to pokaż.
Phi, pomyślałam. Poczekaj tylko, braciszku.
Sięgnęłam pod łóżko po pudełko w kwiatki, w którym trzymam różne swoje skarby: kamień, który wygląda jak skamieniałe jajo dinozaura, i drugi w kształcie serca, zasuszoną rozgwiazdę, fałszywy ząb rekina świecący w ciemności i takie tam. Przekręciłam kluczyk w malutkiej kłódce.
- Trzymaj. - Podałam Leonowi zardzewiałą blaszkę, którą w zeszłym tygodniu wypatrzyłam na chodniku. Nic nadzwyczajnego, ale zatrzymałam ją, bo miała ciekawy kształt i moim zdaniem wyglądała jak blaszany miś. Nie sądziłam, że do czegoś się przyda, a tu - proszę. Jak znalazł.
- To zwykła blacha - skrzywił się Leon.
- Blacha! - parsknęłam. - A coś ty myślał, że na obcej planecie wszystko wygląda jak na Ziemi? Nie znasz się. Widzisz te wypustki i otworki? Na Ozyrysie tak zapisuje się informacje. Wkładają to do odpowiedniej maszyny i ona wszystko odczytuje: ile mam lat, do jakiego należę gatunku, z której planety pochodzę, jakie pojazdy mogę pilotować. Wszystko!
Leon nie był już taki pewny siebie. Wciąż jednak nie dawał za wygraną.
- A skąd je wzięłaś, skoro to z obcej planety?
- Skąd, skąd! Zamawia się i przysyłają pocztą. Tylko że długo się czeka, jakieś dwa lata, czasem dłużej. No dobra, obejrzeliście już? To oddajcie. Nie chcę, żeby mi prawo jazdy zginęło.
Leon z ociąganiem oddał zardzewiałą blaszkę. Włożyłam ją do pudełka, zamknęłam je i wsunęłam pod łóżko.
- To co? - spytałam, układając się na łóżku. - Będziecie teraz cicho? Dacie mi w spokoju zaplanować trasę?
Bracia zerknęli na siebie.
- Dobra - kiwnął głową Leon. - Ale pod jednym warunkiem.
- Że nas zabierzesz na kosmiczną przejażdżkę! - dopowiedział Filip.
- Jasne - machnęłam ręką. - Nie ma sprawy. Umowa stoi.
Byłam z siebie bardzo zadowolona. Bliźniacy zgarnęli swoje zabawki i poszli się bawić do dużego pokoju, a ja umościłam się wśród poduszek, żeby wreszcie w spokoju poczytać.
Myślałam, że na tym ta historia się skończy. Ale bardzo się myliłam.