Ala Baba i dwóch rozbójników - Joanna Wachowiak

Kup ebooka

19.90 zł
16.89 zł (16,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1Zapiąć pasy, startujemy

Jest to opowieść o kilku planetach, które odwiedziłam - chociaż tak naprawdę nie postawiłam na nich nogi.

I o tym, jak wróciłam na Ziemię z pewnej planety, chociaż wcale nie wiedziałam, że na niej żyłam.

Ta historia zaczyna się całkiem zwyczajnie w najzwyklejszym miejscu pod słońcem: w naszym mieszkaniu.

W naszym mieszkaniu są trzy pokoje. Największy, wspólny, nazywamy dużym. Są w nim: brązowa kanapa, telewizor, stolik, kredens po babci i akwarium - i więcej nic, bo duży pokój tak naprawdę jest raczej mały. W drugim pokoju rodzice mają sypialnię, a trzeci... Trzeci jest bliźniaków i mój. Bo mam dwóch młodszych braci, bliźniaków. Już od dawna próbuję wytłumaczyć rodzicom, że powinnam mieć własny pokój, ale jak tylko o tym wspominam, tata zaczyna machać rękami i mówi:

- O nie, nie! Musimy z mamą mieć jakiś kąt tylko dla siebie.

A ja to nie?!

Okropnie jest mieszkać w jednym pokoju z bliźniakami. Nie można w spokoju pomyśleć ani poczytać, bo jak nie siedzą człowiekowi na głowie, to plączą się pod nogami. Na przykład dziś. Przyszłam ze szkoły, zjadłam obiad i chciałam przejrzeć encyklopedię kosmosu, którą dostałam na urodziny, a ci nieznośni bliźniacy akurat urządzili sobie wyścigi samochodów. Szurali po dywanie resorakami, naśladując przy tym odgłosy wyścigówek:

- Brum, brrrumm...! Ziuu, ziuu, ziuu...! Wrrrr...

Uch!

- Niech was czarna dziura pochłonie! - krzyknęłam. Odrzuciłam książkę i zerwałam się z łóżka. - Mamo! - zawołałam, wpadając do kuchni. - Już tego nie wytrzymam. Ja chcę w spokoju poczytać, a Leon i Filip warczą i prychają jak jakieś chore dinozaury! Uszy mi pękają, zrób coś!

- Alusiu. - Mama była ledwo widoczna zza obłoku pary unoszącej się nad garnkiem, w którym coś mieszała. - Jesteś już dużą dziewczynką. Spróbuj poradzić sobie sama, dobrze? Jestem zajęta, szykuję obiad na jutro, a zresztą nie mogę ciągle rozsądzać waszych sporów.

Z rodzicami to tak zawsze!

Wróciłam do pokoju, rzuciłam się na łóżko i nakryłam twarz książką.

- Pju, pju! - słyszałam teraz Leona. - Pjupjupju! Dostałeś z laserowego działa, galaktyczny potworze!

- Arrr! - zaryczał w odpowiedzi Filip. - Blaa, blaaaa, blaaach...!

- Uspokójcie się!! - wrzasnęłam tak, że podskoczyła książka na mojej twarzy.

Z kuchni natychmiast dobiegł ostrzegawczy głos mamy:

- Ala!

Westchnęłam.

- Uspokójcie się - powtórzyłam najspokojniej jak mogłam. - Bo robię coś w a ż n e g o!

- Nieprawda - zaprotestował Filip. - Ty tylko czytasz książkę. Wciąż tylko czytasz i czytasz.

- To nie jest jakaś tam książka. Jest o kosmosie. Bo planuję kosmiczną podróż do najbardziej odległej galaktyki. Jak najdalej od was - dodałam złośliwie.

Zrobiło się cicho. Cisza trwała dłużej niż chwilę, co bardzo mnie zdziwiło. Zdjęłam encyklopedię z twarzy. Bliźniacy wpatrywali się we mnie szeroko otwartymi oczami.

- E tam - odezwał się w końcu Leon. - Nie można podróżować w kosmosie.

- Nie można - zgodził się Filip. - Jak się nie ma rakiety.

To podsunęło mi pewien pomysł. Może dzięki temu dadzą mi poczytać w spokoju...

- Przecież można ją wypożyczyć. W wypożyczalni pojazdów kosmicznych. Ja tak właśnie robię. Rakieta podlatuje nocą, wsiada się na pokład i podróżuje do rana.

Bliźniacy wymienili spojrzenia.

- Akurat!

- Zmyślasz. Mamo, a Ala kłamie!

- Jak sobie, chłopaki, chcecie. - Wzruszyłam ramionami. - Jeśli powiecie o tym mamie, to nie pozwoli mi polecieć. Znacie ją: powie, że w kosmosie jest za zimno i że się przeziębię. A jak będziecie siedzieć cicho, to może zabiorę was na przejażdżkę.

Przynęta chwyciła. Bliźniacy chwilę szeptali między sobą, w końcu Leon wbił we mnie spojrzenie i spytał:

- A prawo jazdy? Nie masz prawa jazdy. A bez niego nie można prowadzić żadnych pojazdów!

Spryciarze.

- Mam prawo jazdy - rzuciłam lekko. - Międzygalaktyczne.

Leon oczywiście nie uwierzył.

- Prawo jazdy mają tylko dorośli!

Ale i na to miałam odpowiedź.

- Na Ozyrysie prawo jazdy dają ludziom od lat siedmiu. Bo oni liczą jeden rok życia człowieka jak trzy ozyryskie. No wiecie, tak jak ludzie liczą psie lata: jeden rok psiego życia to jak siedem lat ludzkich, czy jakoś tak. Czyli na Ozyrysie mam o wiele więcej lat niż tu, na Ziemi. Tam jestem już dorosła. A zresztą nowoczesnymi rakietami i tak sterują komputery pokładowe.

- Aha...! - Filip pokiwał głową.

Ale z Leonem nie poszło tak łatwo.

- Jak masz prawo jazdy, to pokaż.

Phi, pomyślałam. Poczekaj tylko, braciszku.

Sięgnęłam pod łóżko po pudełko w kwiatki, w którym trzymam różne swoje skarby: kamień, który wygląda jak skamieniałe jajo dinozaura, i drugi w kształcie serca, zasuszoną rozgwiazdę, fałszywy ząb rekina świecący w ciemności i takie tam. Przekręciłam kluczyk w malutkiej kłódce.

- Trzymaj. - Podałam Leonowi zardzewiałą blaszkę, którą w zeszłym tygodniu wypatrzyłam na chodniku. Nic nadzwyczajnego, ale zatrzymałam ją, bo miała ciekawy kształt i moim zdaniem wyglądała jak blaszany miś. Nie sądziłam, że do czegoś się przyda, a tu - proszę. Jak znalazł.

- To zwykła blacha - skrzywił się Leon.

- Blacha! - parsknęłam. - A coś ty myślał, że na obcej planecie wszystko wygląda jak na Ziemi? Nie znasz się. Widzisz te wypustki i otworki? Na Ozyrysie tak zapisuje się informacje. Wkładają to do odpowiedniej maszyny i ona wszystko odczytuje: ile mam lat, do jakiego należę gatunku, z której planety pochodzę, jakie pojazdy mogę pilotować. Wszystko!

Leon nie był już taki pewny siebie. Wciąż jednak nie dawał za wygraną.

- A skąd je wzięłaś, skoro to z obcej planety?

- Skąd, skąd! Zamawia się i przysyłają pocztą. Tylko że długo się czeka, jakieś dwa lata, czasem dłużej. No dobra, obejrzeliście już? To oddajcie. Nie chcę, żeby mi prawo jazdy zginęło.

Leon z ociąganiem oddał zardzewiałą blaszkę. Włożyłam ją do pudełka, zamknęłam je i wsunęłam pod łóżko.

- To co? - spytałam, układając się na łóżku. - Będziecie teraz cicho? Dacie mi w spokoju zaplanować trasę?

Bracia zerknęli na siebie.

- Dobra - kiwnął głową Leon. - Ale pod jednym warunkiem.

- Że nas zabierzesz na kosmiczną przejażdżkę! - dopowiedział Filip.

- Jasne - machnęłam ręką. - Nie ma sprawy. Umowa stoi.

Byłam z siebie bardzo zadowolona. Bliźniacy zgarnęli swoje zabawki i poszli się bawić do dużego pokoju, a ja umościłam się wśród poduszek, żeby wreszcie w spokoju poczytać.

Myślałam, że na tym ta historia się skończy. Ale bardzo się myliłam.