ROZDZIAŁ I
Życie prywatne księgarza i jego ford tudor,
reklamowany w niezwykle przekonujący sposób
- Tak było panie komisarzu...
Mieczysław Wars, komisarz z referatu kryminalnego Komendy Głównej Policji Państwowej, krążył wokół swego biurka niczym jastrząb, który upatrzywszy królika, nagle niczym błyskawica, pędzi ku ziemi, by go schwytać. W pobliżu nie było ani królika, ani żadnego gryzonia, a jedynie Stanisław Kołodziej - właściciel niewielkiej księgarni katolickiej w okolicach ulicy Wolskiej. Kołodziej - łysiejący, dość przystojny, postawny mężczyzna pod czterdziestkę, ubrany w szary garnitur, doskonale komponujący się z niezbyt barwnym wnętrzem komendy - siedział na krześle obok wspomnianego biurka i składał wyjaśnienia, dotyczące poprzedniej nocy. Nocy koszmarnej, która o mały włos nie okazała się ostatnią w życiu księgarza.
- Nuciłem sobie w najlepsze, panie komisarzu...
- Nucił pan? - Wars gwałtownie przerwał swój spacer wokół masywnego mebla, za którym pracował już od wielu lat, i spojrzał uważnie na świadka, jakby usłyszał właśnie niesamowicie wartościową informację.
- Tak jest. "Chór Dana", ma się rozumieć: Więc pijmy wino szwoleżerowie / niech troski zginą w rozbitym szkle, / gdy nas nie będzie - nikt się nie dowie / czy dobrze było nam czy źle. - zaintonował łamiącym się głosem Kołodziej tak, jakby po pierwsze: za gardło chwyciło go wzruszenie, a po drugie: nie był pewien czy w obecności funkcjonariusza policji na służbie w ogóle wypada podśpiewywać.
Komisarz oczywiście znał ten utwór, jednak pomimo jego patriotycznego charakteru (a Wars, który rozbrajał Niemców na ulicach Warszawy w 1918 r. bardzo był podatny na bogoojczyźniany patos) nie przepadał za Szwoleżerami. Dlaczego? Po prostu piosenka ta nie kojarzyła mu się z dzielnymi wojakami, gotowymi przelać krew za ukochany kraj, ale z pijakami wylewającymi wódkę i łzy oraz ryczącymi na cały głos: A gdy cię rzuci luba dziewczyna / to nie rozpaczaj, nie roń lez, / lecz z kolegami napij się wina, / a wszystkie troski pójdą precz.
- A to z pana artysta estradowy - uśmiechnął się komisarz. - Śmierć zagląda panu w oczy, lokomotywa wjeżdża w samochód, a pan, jakby nigdy nic: Więc pijmy wino, szwoleżerowie.
- Ależ ja sobie nuciłem, zanim jeszcze dostrzegłem jakiekolwiek zagrożenie. Jak te ślepia parowozu spojrzały mi w oczy, to już nie do śpiewu mi było. - Kołodziej był wyraźnie oburzony lekceważeniem przeżytego przez niego dramatu.
- Wiem, wiem, tak sobie żartuję. Przepraszam, jeśli powiedziałem coś nie tak - Wars schylił głowę, jakby zaraz miał ją ktoś posypać popiołem, po czym usiadł za biurkiem. Spostrzegł leżącego na blacie papierosa. Odruchowo wziął go do ręki i zaczął ustnikiem drapać się po czole. Kołodziej z zainteresowaniem przyglądał się temu osobliwemu wykorzystaniu papierosa, ale nie śmiał zaproponować komisarzowi ognia. Sam od czasu do czasu popalał, choć nie papierosy. Miał przy sobie zapałki i to nie byle jakie: czeskie Zápalky Komenského, które przywiózł z Pragi. Wars tymczasem odłożył papierosa, tłumacząc:
- Nie, nie palę. Tak się tylko bawię. To koleżanka pewnie zgubiła...
- Koleżanka?
- Tak, pani podkomisarz. Pracujemy razem, dziwi to pana?
- Ależ skąd! Tak tylko zapytałem, żeby okazać zainteresowanie. Pan rozumie... to raczej z uprzejmości. Ja nic do kobiet nie mam. Zapewniam!
Na twarzy Warsa pojawił się serdeczny uśmiech, zupełnie jakby rozbawił go jakiś doskonały dowcip opowiedziany przez kogoś sympatycznego albo przełożonego - choćby przez naczelnika referatu do spraw kryminalnych, inspektora Franciszka Śledzia, któremu Wars podlegał już od kilku dobrych lat. (Tak się jakoś dziwnie składa, że kawały, opowiedziane przez przełożonych bawią nas bardziej niż te, wyrecytowane przez osoby niższej od nas rangi.) Po chwili jednak komisarz znów stał się śmiertelnie poważny i zarządził:
- Wróćmy do sprawy, która nas najbardziej interesuje.
- Powiedziałem już wszystko - odparł niepewnie Kołodziej. - Ledwie uszedłem z życiem. Gdybym bardziej wjechał na tory, nie byłoby co ze mnie zbierać.
- Fakt. A dokąd pan właściwie jechał?
- A czy to ma jakieś znaczenie? Po prostu jechałem. Może chciałem się przewietrzyć? Może lubię nocne przejażdżki?
- No, no... filozof z pana. A raczej smakosz życia! Faktycznie! Nocne eskapady dobrym samochodem muszą być przyjemne znacznie bardziej niż obecność na policyjnym śledztwie i odpowiadanie na niepotrzebne pytania. Ale czy rzeczywiście niepotrzebne? Proszę mi pozwolić decydować o tym, które pytania są przydatne, a które nie.
Kołodziej skwapliwie pokiwał głową uświadomiwszy sobie, że lekko przeholował. Z policją trzeba grzecznie, ostrożnie i precyzyjnie. Tak, żeby najszybciej wypuścili człowieka z komendy.
Wars kontynuował.
- Powiem coś panu. Lata praktyki nauczyły mnie, że nie ma zbędnych pytań, szczególnie, jeśli w grę wchodzi morderstwo. Dlatego ja muszę stawiać niezwykle pytania, a przyzna pan, że kwestia, dokąd pan jechał, nie należy do przesadnie wydumanych, skoro znajduje pan martwego człowieka z pięknym nożem w piersi. Jest to sytuacja, co najmniej, niezwykła.
- Naturalnie, proszę mi wybaczyć. Taki jestem dziś nerwowy, ostatecznie...
- Ostatecznie było to dla pana wstrząsające przeżycie. Nie dziwię się pana rozdrażnieniu. A zatem: dokąd pan jechał i dlaczego o tak późnej porze?
Kołodziej bezradnie rozłożył ręce i odparł:
- Bo ja wiem czy o późnej? Jak się prowadzi firmę, a przecież księgarnia to także firma, to nie ma późnych pór. Czasem, to i do rana muszę zostawać, żeby posprawdzać wszystkie dokumenty, faktury, rachunki. Tak też było wczoraj. Zbliża się koniec miesiąca, a ja lubię mieć pewność, że w papierach panuje porządek. Gdyby nie zmęczenie, pewnie bym posiedział do wschodu słońca. Zresztą ja lubię dłużej posiedzieć w pracy. Nikt mi nie przeszkadza, nikt nie wisi nad głową. Można się oderwać od codzienności, zajmując się nawet tak codziennymi sprawami.
- A co na to żona?
- Nie mam żony. Jestem kawalerem. Przecież pytał mnie pan już o mój stan cywilny.
Wars przygryzł wargi - powoli jego specjalnością stawało się rzucanie kul, które trafiały w płot. Coraz częściej w trakcie przesłuchań zadawał pytania, na które już wcześniej otrzymał odpowiedź. Ale umiał wyjść obronną ręką z takiego ambarasu. Uśmiechnął się tajemniczo i powiedział:
- Doskonale! Widzę, że kontroluje pan przebieg naszej rozmowy. Ale proszę mi wierzyć, że ja też mam niezłą pamięć. Pamięć i notatki - dodał.
- Kontroluje mnie pan? - wyszeptał Kołodziej.
- Powiedzmy, że każdy śledczy ma swoje metody. Ja też mam. Doskonale pamiętam, że jest pan kawalerem. Przecież każdą rozmowę, tego typu, należy rozpocząć od zebrania podstawowych danych.
- Aaa... Rozumiem! Pan chce mieć pewność, że mówię prawdę. Ale przecież ja mam swoje dokumenty... Mogę jeszcze raz pokazać.
- Pod tym względem rzeczywiście wszystko można sprawdzić, ale są fakty, których nie potwierdzi żaden dowód osobisty czy paszport. Trzeba wykorzystać intuicję i wielokrotnie sprawdzić przedstawione wersje - odparł Wars głosem Sfinksa. Wiadomo wprawdzie, że Sfinks głosu nie ma, ale gdyby miał, zapewne brzmiałby tak, jak ten, który dobywał z siebie komisarz Wars. Kołodziej był pod wrażeniem.
- No więc, dokąd pan jechał? - spytał Wars, wiedząc, że tym razem padnie odpowiedź bez jakichkolwiek wykrętów.
- Donikąd, uwierzy mi pan?
- Jeśli pan to sensownie wytłumaczy, to czemu nie?
Kołodziej podrapał się po głowie, jakby w ten sposób uruchamiał dodatkowe moce swego mózgu.
- Tak sobie jeździłem... - wyznał.
- Tak sobie pan jeździł?
- Ano tak. Pewnie nie da mi pan wiary, ale prowadzenie automobilu uspokaja mnie...
- A czym się pan tak zdenerwował? To znaczy, zanim pan wsiadł do wozu, bo po incydencie na torach, faktycznie miał pan, mówiąc delikatnie, powód do niepokoju.
- Dzień był ciężki. To wszystko. Nic specjalnego się nie wydarzyło, ale sam pan rozumie... W pracy nie zawsze jest miło. A jak prowadzę auto, to świat od razu staje się lepszy.
- Taki z pana zapalony miłośnik automobilizmu?
- Faktycznie, poniekąd tak jest. Może głupio się do tego przyznawać, ale ja zawsze marzyłem o samochodzie, a szczególnie o fordzie. Jak zobaczyłem ten "Rysopis nowego automobilu marki Ford"...
- Czego rysopis? Pan wybaczy, ale mnie - policjantowi, rysopis zupełnie nie kojarzy się z autem.
- To taki folder reklamowy.... a więc, jak zobaczyłem "rysopis forda tudora" to zrozumiałem, że muszę go mieć, choćbym miał spłacać bankowi pożyczkę do końca moich dni. A jak przeczytałem opis tego cuda...
- To rysopisowi towarzyszył jakiś opis?
- Ależ tak! Proszę posłuchać, tych kilku zdań nie zapomnę do końca życia: "Nowy wóz Forda odznacza się niezwykłą chyżością, a prędkość 90-95 kilometrów na godzinę może być osiągnięta bez trudu. Nowy samochód Forda trzyma się przy tem doskonale drogi, a długie podróże można nim odbywać z dużą szybkością, doznając uczucia komfortu i zupełnego bezpieczeństwa. Możemy spotykać po drodze najbardziej strome wzniesienia i mieć pewność, że posiadamy dostateczny zapas siły motoru na pokonanie góry bez znaczniejszego zwolnienia tempa".
Prawdziwa poezja, nieprawdaż?
- Rzeczywiście, poezja. Widzę, że skutecznie pana urzekła.
- Nie tylko to. Pan komisarz rozumie - amerykańskie auto, zupełnie jak w Chicago...
- Taki z pana Al Capone?
- Eee..., jaki tam Capone. Po prostu tęsknota za światem. Mówiąc krótko: lubię sobie pojeździć po mieście tak zupełnie bez celu, bez sensu...
- I o mały włos nie przypłacił pan tego hobby życiem.
- Oj święta racja, panie komisarzu, święta racja.
Przez chwilę pomilczeli. Policjant szukał gorączkowo w myślach kolejnych pytań, ale wydawało się, że Kołodziej powiedział wszystko, co wiedział. Był świadkiem, który ani nie widział samego morderstwa, ani zabójcy. W gruncie rzeczy jego zeznania nie wnosiły do sprawy niczego istotnego.
- Panie komisarzu... - szepnął Kołodziej, jakby obawiał się, że rozeźli pogrążonego w myślach oficera.
- Słucham?
- A czy wiadomo chociaż, kim jest ten zabity?
- Nie tak prędko, panie Kołodziej. Niewiele wiemy, a jeszcze mniej możemy zdradzić.
Powiem panu jedno, dokumentów przy sobie nie miał.
- Incognito, znaczy się?
- Trafił pan w sedno - poszedł do nieba incognito.