Prolog
- Mamy bardzo prostą zasadę: rubel za wejście, dwa za wyjście. To
znaczy, że wstąpić do organizacji jest trudno, ale znacznie trudniej ją
opuścić. Teoretycznie dla wszystkich jej członków przewidziano tylko
jedno wyjście: przez komin. Dla jednych z najwyższymi honorami, dla
innych hańbiące, ale komin jest jeden. Tylko przez ten komin odchodzimy
z organizacji. Oto on... - Siwy wskazuje mi ogromne, na całą ścianę,
okno. - Podziwiaj.
Z wysokości dziewiątego piętra rozpościera się przed moimi oczami
panorama ogromnego, bezkresnego lotniska na pustkowiu, sięgającego
horyzontu. Gdyby spojrzeć w dół, to prosto pod nogami - labirynt
wysypanych piaskiem dróżek wijących się pomiędzy sprężystymi ścianami
krzaków. Potężny, betonowy mur, najeżony gęstą siecią drutu kolczastego,
rozpiętego na białych izolatorach, oddziela zieleń parku od spalonej
trawy lotniska.
- Oto on... - Siwy wskazuje niewysoki, może dziesięciometrowy, gruby,
kwadratowy komin wyrastający nad płaskim smołowanym dachem. Czarny dach
unosi się nad zielonymi falami bzów, jak trawa na oceanie albo
staroświecki parowiec, o niskiej burcie, z pokracznym kominem. Z komina
wypływa lekki, przejrzysty dymek.
- Czy ktoś właśnie opuszcza organizację?
- Nie - śmieje się siwy. - Komin to nie tylko nasze wyjście, to również
źródło naszej energii, powiernik naszych sekretów. W tej chwili palą po
prostu tajne dokumenty. Wiesz, lepiej spalić, niż przechowywać. To
pewniejsze. Kiedy ktoś opuszcza organizację, dym jest zupełnie inny -
gęsty, tłusty. Jeżeli wstąpisz do organizacji, też pewnego dnia wylecisz
do nieba przez ten komin. Ale to nie teraz. Teraz organizacja daje ci
ostatnią okazję wycofania się, ostatnią szansę przemyślenia twojego
wyboru. A żebyś miał się nad czym zastanawiać, pokażę ci pewien film.
Siadaj.
Siwy przyciska guzik na pulpicie i sadowi się w sąsiednim fotelu.
Ciężkie brunatne kotary, lekko poskrzypując, zasłaniają olbrzymie okna i z miejsca na ekranie, bez jakichkolwiek napisów czy wstępów, pojawia się
obraz. Film czarno-biały, kopia stara, mocno podniszczona. Dźwięku nie
ma i tym wyrazistszy jest terkot aparatu projekcyjnego.
Na ekranie wysoki mroczny pokój bez okien. Coś pośredniego między halą
fabryczną i kotłownią. W zbliżeniu - piec z żelaznymi drzwiczkami,
przypominającymi bramę malutkiej twierdzy, i prowadnica kierunkowa,
której dwie szyny znikają w piecu, jak tory kolejowe w tunelu. Obok
pieca ludzie w szarych fartuchach. Palacze. Pojawia się trumna. Ot co!
Krematorium! Pewnie to, które widziałem przed chwilą za oknem. Ludzie w fartuchach unoszą trumnę i ustawiają na szynach. Drzwiczki płynnie
rozsunęły się na boki, ktoś popchnął trumnę, która uniosła swego
nieznanego lokatora w szalejące płomienie. A oto kamera ukazuje w zbliżeniu twarz żywego człowieka. Twarz zlaną potem. Gorąco przy piecu.
Twarz filmowana jest ze wszystkich stron bezgranicznie długo. Wreszcie
kamera oddala się, ukazując całą postać. Człowiek nie nosi fartucha.
Jest ubrany w drogi czarny garnitur, co prawda straszliwie wymięty.
Krawat na szyi skręcony jak sznur. Przywiązano go stalową linką do
noszy, które oparto o ścianę na tylnych uchwytach, tak aby mógł widzieć
wlot pieca.
Wszyscy palacze raptem odwrócili się do przywiązanego. To powszechne
zainteresowanie najwyraźniej mu nie w smak. Krzyczy. Straszliwie
krzyczy. Nie ma dźwięku, ale wiem, że od takiego krzyku szyby dzwonią w oknach. Czterej palacze ostrożnie opuszczają nosze na podłogę, po czym
zgodnie dźwigają w górę. Przywiązany dokonuje nadludzkiego wysiłku, aby
im przeszkodzić. Tytanicznie napięta twarz. Żyła na czole nabrzmiała
tak, że gotowa pęknąć. Ale próba ugryzienia palacza w rękę nie powiodła
się. Zęby przywiązanego wpijają się w jego własną wargę - i czarny
strumyk krwi spływa po brodzie. Ostre ma zęby, nie ma co. Skrępowany
jest mocno, ale wije się jak pojmana jaszczurka. Głowa, ulegając
zwierzęcemu instynktowi, wali rytmicznie w drewniany uchwyt. Przywiązany
walczy nie o życie, lecz o lekką śmierć. Jego rachuby są oczywiste:
rozhuśtać nosze i wraz z nimi runąć z szyn na cementową posadzkę. To
będzie właśnie lekka śmierć, a przynajmniej utrata świadomości. W nieświadomości nawet do pieca nie strach... Ale palacze znają swój fach.
Po prostu przytrzymują nosze za uchwyty, nie pozwalając im się
rozhuśtać. A do ich rąk przywiązany nie jest w stanie sięgnąć zębami,
choćby nawet kark sobie skręcił.
Powiadają, że w ostatniej chwili życia człowiek może dokonać cudów.
Instynktownie wszystkie jego mięśnie, cała jego świadomość i wola, całe
pragnienie życia raptem koncentrują się w jednym krótkim szarpnięciu...
I on się szarpnął! Szarpnął się całym ciałem. Szarpnął się tak, jak
wyrywa się lis z potrzasku, przegryzając i wyrywając własną skrwawioną
łapę. Szarpnął się tak, że zadrżały metalowe szyny. Szarpnął się, łamiąc
własne kości, rwąc żyły i mięśnie. Szarpnął się...
Ale stalowa linka nie puściła. I oto nosze płynnie ruszyły w stronę
pieca. Drzwiczki pieca rozsunęły się na boki, rzucając na podeszwy dawno
nie czyszczonych lakierków snop białego światła. Oto stopy zbliżają się
do ognia. Człowiek stara się zgiąć nogi, podkurczyć kolana, zwiększyć
odstęp między stopami i szalejącym ogniem. Ale i to mu się nie udało.
Operator pokazuje na zbliżeniu palce. Drut wpił się w nie głęboko. Ale
koniuszki palców nie są skrępowane. I tymi koniuszkami człowiek usiłuje
zahamować ruch noszy. Czubki palców są rozczapierzone i napięte. Gdyby
cokolwiek pojawiło się na ich drodze, człowiek niewątpliwie zdołałby się
przytrzymać. I nagle nosze nieruchomieją przed samym otworem.
Nowa postać na ekranie, ubrana jak wszyscy palacze w szary fartuch, daje
im znak ręką. Na to skinienie palacze zdejmują nosze z szyn i ponownie
stawiają je na tylnych uchwytach przy ścianie. Co się stało? Dlaczego
zwlekają? Ach, wszystko jasne. Do sali krematorium na niskim wózku
wtacza się jeszcze jedna trumna. Wieko już dokręcone. Cóż za przepych.
Jaka elegancja. Trumna ozdobiona frędzelkami i lamówkami. Wszyscy z drogi, jedzie honorowa trumna! Palacze ustawiają ją na prowadnicy i już
ruszyła w ostatnią podróż. Teraz przyjdzie niezmiernie długo czekać, nim
spłonie. Trzeba czekać i czekać. Trzeba być cierpliwym...
A oto nareszcie i kolej na przywiązanego. Nosze ponownie na prowadnicy.
I znowu słyszę ten bezdźwięczny krzyk, który mógłby zrywać drzwi z zawiasów. Z nadzieją wpatruję się w twarz przywiązanego. Staram się
dostrzec oznaki szaleństwa. Szaleńcom łatwo jest na tym świecie. Ale nie
dostrzegam takich objawów na przystojnej męskiej twarzy, nie skażonej
piętnem obłędu. Po prostu człowiek nie chce iść do pieca i stara się w jakiś sposób dać temu wyraz. A jakże to wyrazić jak nie krzykiem? No
więc krzyczy. Na szczęście ów krzyk nie został uwieczniony. Oto
lakierowane buty poszły w ogień. Poszły, niech to wszyscy diabli.
Ogień szaleje. Pewnie tłoczą tlen. Dwaj pierwsi palacze odskakują, dwaj
ostatni mocno popychają nosze w głąb. Drzwiczki paleniska zamykają się i ucicha terkot aparatu projekcyjnego.
- On... Kto to? - Sam nie wiem, po co zadaję to pytanie.
- On? Pułkownik. Były pułkownik. Był w naszej organizacji. Na wysokich
szczeblach. Oszukiwał organizację. Za to został z niej usunięty. I odszedł. Taką mamy zasadę. Nikogo na siłę nie wciągamy. Nie chcesz -
powiedz "nie". Ale jeżeli powiesz "tak", to należysz do organizacji bez
reszty. Razem z butami i krawatem. Tak więc... daję ci ostatnią szansę.
Na namysł - minuta.
- Nie potrzebuję minuty na namysł.
- Taki regulamin. Nawet jeżeli nie potrzebujesz tej minuty, organizacja
ma obowiązek ci ją dać. Posiedź i pomilcz. - Siwy strzelił wyłącznikiem
i długa cienka wskazówka dobitnie, miarowo ruszyła w koło jarzącego się
cyferblatu. A ja znowu miałem przed oczami twarz pułkownika w tym
ostatnim momencie, gdy jego nogi pożerał już płomień, ale głowa nadal
żyła; jeszcze pulsowała krew, jeszcze z oczu bił rozsądek, śmiertelny
smutek, straszliwe męczarnie i niepohamowane pragnienie, by żyć. Jeżeli
przyjmą mnie do tej organizacji, będę służyć jej duszą i ciałem. Jest to
poważna i potężna organizacja. Podoba mi się taki porządek. Ale jedno
widzę cholernie jasno: jeśli przyjdzie mi wyfrunąć przez ten
przysadzisty, kwadratowy komin, to z pewnością nie w trumnie z frędzelkami i falbankami. Mam zgoła inną naturę. Nie z tych jestem, co
to z falbankami... Nie z tych.
- Minuta minęła. Czy potrzebujesz jeszcze czasu do namysłu?
- Nie.
- Jeszcze jedną minutę?
- Nie.
- No cóż, kapitanie. W takim razie przypadł mi jako pierwszemu zaszczyt
pogratulować ci przystąpienia do naszego tajnego bractwa, którego nazwa
brzmi Główny Zarząd Wywiadowczy Sztabu Generalnego, w skrócie GRU. Czeka
cię spotkanie z zastępcą naczelnika GRU, generałem broni
Mieszczeriakowem, i wizyta w Komitecie Centralnym u generała broni
Łemzenki. Myślę, że przypadniesz im do gustu. Tylko nie próbuj
przypadkiem grać mądrali. Lepiej zapytać, jeśli czegoś nie wiesz,
zamiast zmilczeć. W trakcie naszych egzaminów i testów psychologicznych
pokażą ci niejedno, co samo nasuwa pytania. Nie masz się co męczyć,
pytaj. Zachowuj się tak, jak zachowywałeś się dziś, a wtedy wszystko
będzie dobrze. Życzę powodzenia, kapitanie.
Rozdział 1
I
Gdyby przyszła wam ochota pracować w KGB, udajcie się do dowolnego
obwodowego miasta. Na placu centralnym króluje niezawodnie posąg Lenina,
a za nim obowiązkowo potężne gmaszysko z kolumnami: obwodowy komitet
partii. Gdzieś pod bokiem również obwodowy komitet KGB. Wystarczy na tym
samym placu zapytać jakiegokolwiek przechodnia, każdy wskaże drogę: o,
tamten budynek, szary, ponury, tak, tak, właśnie ten, na który wskazuje
Lenin swą betonową ręką. Ale wcale niekoniecznie musicie udać się do
komitetu obwodowego, wystarczy zwrócić się do wydziału specjalnego w zakładzie pracy. Tutaj również każdy przyjdzie wam chętnie z pomocą:
korytarzem prosto, drzwi po prawej, obite czarną skórą. Istnieje jeszcze
prostszy sposób zatrudnienia się w KGB. Należy zwrócić się do
bezpieczniaka. Znajdziecie go na każdej zabitej deskami stacji
kolejowej, w każdej fabryce, w niemal każdej fabrycznej hali. Jest w każdym pułku, w każdym instytucie, w każdym więzieniu, w każdej komórce
partyjnej, w każdym biurze projektowym, nie mówiąc już o komsomole,
związkach zawodowych, organizacjach społecznych i stowarzyszeniach.
Wystarczy podejść i powiedzieć: chcę do KGB! Czy przyjmą czy nie - to
już inna sprawa (no pewnie, przyjmą!), ale droga do KGB dla wszystkich
stoi otworem.
Natomiast do GRU nie można się tak łatwo dostać. Do kogo się zwrócić?
Kogo prosić o radę? Do jakich drzwi stukać? Może warto zasięgnąć języka
na milicji? Ale milicjant wzruszy ramionami: taka organizacja nie
istnieje.
Gruzińska milicja wydaje tablice rejestracyjne z literami "GRU", nie
podejrzewając, że mogą one mieć jakiś ukryty sens. I oto pędzi sobie
taki samochód przez kraj - nikt nawet za nim się nie obejrzy. Zwykłemu
człowiekowi, jak zresztą całej radzieckiej milicji, owe litery niczego
nie sugerują, nie budzą żadnych skojarzeń. Uczciwi obywatele ani milicja
nigdy o czymś podobnym nie słyszeli.
KGB liczy miliony ochotników, a w GRU jest to nie do pomyślenia. Na tym
polega zasadnicza różnica - GRU jest organizacją tajną. Nikt o niej nie
wie, nie pragnie więc do niej wstąpić z własnej inicjatywy. Ale załóżmy,
że znalazł się ochotnik, który jakimś sposobem znalazł owe drzwi, do
których należy zastukać: przyjmijcie mnie, mówi. Przyjmą? Nie, nie
przyjmą. Nie potrzebują ochotników. Ochotnik zostanie niezwłocznie
aresztowany, po czym czeka go długie, męczące śledztwo. Padnie wiele
pytań. Gdzieś te trzy litery usłyszał? Jak zdołałeś nas odnaleźć? Ale
przede wszystkim, kto ci w tym pomógł? Kto? Kto? Kto? Mów, gnoju!
Chłopcy z GRU potrafią wydobyć prawdziwe odpowiedzi. Z każdego wyrwą
zeznania. Ręczę za to. GRU oczywiście odnajdzie tego, kto pomógł
ochotnikowi. I znów zacznie się śledztwo: A tobie, bydlaku, kto te
litery zdradził? Gdzieś je usłyszał? Prędzej czy później dotrą po nitce
do kłębka, do samego źródła. Odnajdą osobnika, który znał tajemnicę i nie potrafił powściągnąć języka. O, GRU potrafi takie języki wyrywać.
GRU usuwa takie języki wraz z głowami. I każdy, kto trafił do GRU, wie o tym doskonale. Każdy, kto trafił do GRU, strzeże własnej głowy, a może
ją ocalić tylko w jeden sposób: strzegąc języka. O GRU można rozmawiać
wyłącznie w GRU. Rozmawiać można tak, by głos nie wydostał się poza
przezroczyste ściany majestatycznego gmachu na Chodynce. Każdy, kto
trafił do GRU, święcie czci regułę Akwarium: wszystko, o czym tu
wewnątrz rozmawiamy, niech pozostanie wewnątrz. Niech ani jedno słowo
nie opuści tych przezroczystych ścian. I dzięki temu, że obowiązuje taka
dyscyplina, mało kto za szklanymi ścianami orientuje się, co dzieje się
wewnątrz. Ten zaś, kto wie, zachowuje milczenie. A ponieważ wszyscy,
którzy wiedzą, milczą, ja nigdy nie słyszałem o GRU.
Byłem dowódcą kompanii. Po wyzwoleńczej wyprawie na Czechosłowację wir
przetasowań zagarnął i mnie: wylądowałem w 318. Dywizji Strzelców
Zmotoryzowanych 13. Armii Karpackiego Okręgu Wojskowego. Pod moje
rozkazy odkomenderowano drugą kompanię czołgów batalionu pancernego 910.
Pułku Strzelców Zmotoryzowanych. Moja kompania nie wyróżniała się, ale
też i nie należała do najsłabszych. Przewidywałem całe swoje życie na
lata naprzód: po kompanii szef sztabu batalionu, później trzeba będzie
przedrzeć się do Akademii Wojsk Pancernych im. Marszałka Malinowskiego,
potem przyjdzie batalion, pułk, może nawet coś wyżej. Ale los zrządził
inaczej.
13 kwietnia 1969 roku o godzinie 4.10 adiutant trącił mnie delikatnie w ramię:
- Wstawajcie, starszy lejtnancie, czekają was wielkie czyny. - Z miejsca
jednak zorientował się, że nie jestem w nastroju do żartów, i dlatego,
zmieniając ton, krótko zakomunikował: - Alarm bojowy!
Uwinąłem się w trzy i pół minuty: koc na bok, spodnie, skarpety, buty.
Mundurową bluzę zarzuciłem na ramiona, nie zapinając jej - można to
zrobić w biegu. Jeszcze zaciągnąć na ostatnie dziurki koalicyjkę z pasem, przerzucić przez ramię mapnik i wcisnąć czapkę na głowę. Kantem
dłoni - przez daszek: sprawdzić, czy odznaka zgadza się z linią nosa. Ot
i wszystko. I biegiem naprzód. Broń mam na przechowaniu w pokoju
dyżurnego. Przy wejściu odbiorę pistolet z ogromnego sejfu. Plecak,
szynel, kombinezon i hełm zawsze czekają na mnie w czołgu. Biegiem
schodami w dół. Ech, żeby tak można jeszcze pod prysznic i brzytwą
podgolić policzki. Ale nie czas. Alarm bojowy! Pękaty gaz-66 zapchany
niemal do oporu. Oficerkowie wszyscy młodzi i ich przyboczni jeszcze
młodsi. A na niebie gwiazdy gasną. Znikają cicho, bez słowa pożegnania,
jak z naszego życia odchodzą ludzie, których wspomnienie przeszywa
słodkim bólem nasze czerstwe dusze.
II
Dudni, ryczy setkami silników park pojazdów bojowych. W powietrzu wisi
gęsta mgła i smród spalin. Huczą rozbudzone czołgi. Betonową drogą
pełzną szarozielone pudełka. Na czele szerokie, przysadziste amfibie
kompanii zwiadowczej, za nimi sztabowe transportery opancerzone i kompania łączności, dalej batalion czołgów, za zakrętem trzy bataliony
strzelców zmotoryzowanych, za nimi pułkowa artyleria, bateria
przeciwlotnicza i przeciwpancerna, saperzy, wojska chemiczne i remontowe. Dla jednostek zaplecza nawet miejsca nie starcza na tym
ogromnym terenie. Zaczną ustawiać się w kolumny, gdy oddziały czołowe
posuną się daleko do przodu.
Biegnę wzdłuż pojazdów do swojej kompanii. Dowódca pułku wyzywa kogoś na
czym świat stoi, szef sztabu pułku wykłóca się z dowódcami batalionów,
krzykiem zagłuszając ryk silników. Biegnę. Biegną też pozostali
oficerowie. Prędzej, prędzej. No, nareszcie, moja kompania. Trzy czołgi
- pierwszy pluton, trzy następne - drugi, jeszcze trzy - trzeci. A mój
czołg wysunięty na czoło. Cała dziesiątka w komplecie. I już słyszę
wszystkie dziesięć silników. Wyróżniam je spośród łoskotu pozostałych.
Każdy silnik ma swój własny charakter, swoje usposobienie, swoje
brzmienie. Żaden nie poda fałszywej nuty.
Jak na początek wcale nieźle. Przed moim czołgiem przyspieszam kroku,
odbijam się gwałtownie od ziemi i po pochyłej płycie pancerza wspinam
się do wieży. Właz jest otwarty i radiotelegrafista podaje mi hełmofon,
podłączony już do interkomu. Przenoszę się ze świata huku i łoskotu w krainę ciszy i spokoju. Ale raptem słuchawki ożywają i chwilowe
złudzenie ciszy pryska. Radiotelegrafista melduje ostatnie polecenia.
Wszystko to bzdury. Przerywam mu pytaniem najważniejszym: Wojna czy
ćwiczenia? Wzrusza ramionami: Diabli wiedzą.
Jakkolwiek by było, moja kompania jest gotowa do walki i należy ją jak
najszybciej wyprowadzić z parku, takie są zasady. Zgrupowanie setek
pojazdów w jednym miejscu to gratka, o jakiej nasi wrogowie tylko marzą.
Patrzę do przodu. Ale czy można cokolwiek zobaczyć? Przed nami pierwsza
kompania czołgów nie rusza z miejsca. Na pewno dowódca jeszcze nie
dobiegł. Wszyscy pozostali również czekają. Wyskakuję na wieżę. Stąd
lepiej widać. Wszystko wskazuje na to, że w kompanii zwiadowczej któryś
z czołgów nie może zapalić silnika, blokując przejazd całemu pułkowi.
Spoglądam na zegarek. Dowódca pułku, ojczulek nasz, ma jeszcze osiem
minut. Jeżeli za osiem minut kolumny czołgów nie ruszą z miejsca - z dowódcy pułku zerwą pagony i przepędzą z armii bez emerytury jak starego
psa. A do czoła kolumny nie przepcha się w tej chwili żaden ciągnik z kompanii remontowej: całą centralną drogę, wciśniętą między szare ponure
garaże, wypełniają szczelnie czołgi, od jednego krańca do drugiego.
Patrzę na zapasową bramę. Drogę do niej przecina głęboki rów: zaczęli
układać jakiś kabel albo rury.
Skaczę do włazu i do kierowcy na całe gardło: - Na lewo, naprzód! - I do
reszty kompanii: - Za mną! - Po lewej nie ma bramy, tylko murek ceglany
między długimi blokami warsztatów remontowych. W czołgu dowódcy siedzi
najlepszy kierowca kompanii. Tak ustalono w całej armii długo przed moim
przyjściem. Krzyczę do niego przez interkom: - Jesteś as kompanii! Ja
cię, draniu, wybrałem! Najwyższy zaszczyt cię kopnął, gagatku - chronić
i doglądać maszyny dowódcy. Jeśli zawiedziesz - zgnoję, zetrę na pył!
A kierowca nawet nie ma czasu odpowiedzieć. Na tym króciutkim odcinku
rozpędza swego pancernego dinozaura, wrzuca jeden po drugim coraz wyższe
biegi. Czołg uderza z impetem w ceglany mur. Wszystko zadrżało,
zabrzęczało, zajęczało. Lawina cegieł zwaliła się na pancerz, tłukąc
reflektory, łamiąc anteny, zdzierając skrzynie z narzędziami i sprzętem,
kalecząc zewnętrzne baki paliwowe. Ryknął mój czołg i oplatany pajęczyną
drutów kolczastych wyrwał się z ceglanego pyłu na senną uliczkę
spokojnego ukraińskiego miasteczka. Spoglądam przez tylny tripleks.
Czołgi mojej kompanii jeden za drugim poszły w wyłom, wesoło,
zawadiacko. Dyżurny bazy biegnie do dziury w murze. Wymachuje rękami.
Coś krzyczy. Usta szeroko otwarte. Ale któż by dosłyszał, co krzyczy.
Jak w niemym kinie, widzowie zdani są na mimikę. Domyślam się, że
dyżurny klnie jak szewc. Mimika na to wskazuje. Nieomylnie.
Kiedy dziesiąty czołg z mojej kompanii wynurzył się z wyłomu, pojawiła
się służba ruchu: czarne uniformy, białe kaski i koalicyjki. Ci
zaprowadzą porządek. Ci wiedzą, kogo najpierw przepuścić. Oddziały
rozpoznania przede wszystkim - oto kogo. W każdym pułku jest jedna
specjalna kompania zwiadowcza, wyposażona w specjalny sprzęt,
wyspecjalizowanych żołnierzy i wyspecjalizowanych oficerów. Ale oprócz
niej każdy pułkowy batalion strzelców zmotoryzowanych i czołgów ma też
po jednej kompanii, które, choć nie posiadają specjalnego sprzętu ani
wyspecjalizowanych żołnierzy, również mogą zostać użyte do zadań
zwiadowczych. Te właśnie kompanie należy puszczać najpierw. Wypuśćcie
nas, białe kaski! Musimy teraz wyrwać daleko do przodu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki