Akwarium - Wiktor Suworow

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (21,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

- Mamy bar­dzo pro­stą zasadę: rubel za wej­ście, dwa za wyj­ście. To zna­czy, że wstą­pić do orga­ni­za­cji jest trudno, ale znacz­nie trud­niej ją opu­ścić. Teo­re­tycz­nie dla wszyst­kich jej człon­ków prze­wi­dziano tylko jedno wyj­ście: przez komin. Dla jed­nych z naj­wyż­szymi hono­rami, dla innych hań­biące, ale komin jest jeden. Tylko przez ten komin odcho­dzimy z orga­ni­za­cji. Oto on... - Siwy wska­zuje mi ogromne, na całą ścianę, okno. - Podzi­wiaj.

Z wyso­ko­ści dzie­wią­tego pię­tra roz­po­ściera się przed moimi oczami pano­rama ogrom­nego, bez­kre­snego lot­ni­ska na pust­ko­wiu, się­ga­ją­cego hory­zontu. Gdyby spoj­rzeć w dół, to pro­sto pod nogami - labi­rynt wysy­pa­nych pia­skiem dró­żek wiją­cych się pomię­dzy sprę­ży­stymi ścia­nami krza­ków. Potężny, beto­nowy mur, naje­żony gęstą sie­cią drutu kol­cza­stego, roz­pię­tego na bia­łych izo­la­to­rach, oddziela zie­leń parku od spa­lo­nej trawy lot­ni­ska.

- Oto on... - Siwy wska­zuje nie­wy­soki, może dzie­się­cio­me­trowy, gruby, kwa­dra­towy komin wyra­sta­jący nad pła­skim smo­ło­wa­nym dachem. Czarny dach unosi się nad zie­lo­nymi falami bzów, jak trawa na oce­anie albo sta­ro­świecki paro­wiec, o niskiej bur­cie, z pokracz­nym komi­nem. Z komina wypływa lekki, przej­rzy­sty dymek.

- Czy ktoś wła­śnie opusz­cza orga­ni­za­cję?

- Nie - śmieje się siwy. - Komin to nie tylko nasze wyj­ście, to rów­nież źró­dło naszej ener­gii, powier­nik naszych sekre­tów. W tej chwili palą po pro­stu tajne doku­menty. Wiesz, lepiej spa­lić, niż prze­cho­wy­wać. To pew­niej­sze. Kiedy ktoś opusz­cza orga­ni­za­cję, dym jest zupeł­nie inny - gęsty, tłu­sty. Jeżeli wstą­pisz do orga­ni­za­cji, też pew­nego dnia wyle­cisz do nieba przez ten komin. Ale to nie teraz. Teraz orga­ni­za­cja daje ci ostat­nią oka­zję wyco­fa­nia się, ostat­nią szansę prze­my­śle­nia two­jego wyboru. A żebyś miał się nad czym zasta­na­wiać, pokażę ci pewien film. Sia­daj.

Siwy przy­ci­ska guzik na pul­pi­cie i sadowi się w sąsied­nim fotelu. Cięż­kie bru­natne kotary, lekko poskrzy­pu­jąc, zasła­niają olbrzy­mie okna i z miej­sca na ekra­nie, bez jakich­kol­wiek napi­sów czy wstę­pów, poja­wia się obraz. Film czarno-biały, kopia stara, mocno pod­nisz­czona. Dźwięku nie ma i tym wyra­zist­szy jest ter­kot apa­ratu pro­jek­cyj­nego.

Na ekra­nie wysoki mroczny pokój bez okien. Coś pośred­niego mię­dzy halą fabryczną i kotłow­nią. W zbli­że­niu - piec z żela­znymi drzwicz­kami, przy­po­mi­na­ją­cymi bramę malut­kiej twier­dzy, i pro­wad­nica kie­run­kowa, któ­rej dwie szyny zni­kają w piecu, jak tory kole­jowe w tunelu. Obok pieca ludzie w sza­rych far­tu­chach. Pala­cze. Poja­wia się trumna. Ot co! Kre­ma­to­rium! Pew­nie to, które widzia­łem przed chwilą za oknem. Ludzie w far­tu­chach uno­szą trumnę i usta­wiają na szy­nach. Drzwiczki płyn­nie roz­su­nęły się na boki, ktoś popchnął trumnę, która unio­sła swego nie­zna­nego loka­tora w sza­le­jące pło­mie­nie. A oto kamera uka­zuje w zbli­że­niu twarz żywego czło­wieka. Twarz zlaną potem. Gorąco przy piecu. Twarz fil­mo­wana jest ze wszyst­kich stron bez­gra­nicz­nie długo. Wresz­cie kamera oddala się, uka­zu­jąc całą postać. Czło­wiek nie nosi far­tu­cha. Jest ubrany w drogi czarny gar­ni­tur, co prawda strasz­li­wie wymięty. Kra­wat na szyi skrę­cony jak sznur. Przy­wią­zano go sta­lową linką do noszy, które oparto o ścianę na tyl­nych uchwy­tach, tak aby mógł widzieć wlot pieca.

Wszy­scy pala­cze rap­tem odwró­cili się do przy­wią­za­nego. To powszechne zain­te­re­so­wa­nie naj­wy­raź­niej mu nie w smak. Krzy­czy. Strasz­li­wie krzy­czy. Nie ma dźwięku, ale wiem, że od takiego krzyku szyby dzwo­nią w oknach. Czte­rej pala­cze ostroż­nie opusz­czają nosze na pod­łogę, po czym zgod­nie dźwi­gają w górę. Przy­wią­zany doko­nuje nad­ludz­kiego wysiłku, aby im prze­szko­dzić. Tyta­nicz­nie napięta twarz. Żyła na czole nabrzmiała tak, że gotowa pęk­nąć. Ale próba ugry­zie­nia pala­cza w rękę nie powio­dła się. Zęby przy­wią­za­nego wpi­jają się w jego wła­sną wargę - i czarny stru­myk krwi spływa po bro­dzie. Ostre ma zęby, nie ma co. Skrę­po­wany jest mocno, ale wije się jak poj­mana jasz­czurka. Głowa, ule­ga­jąc zwie­rzę­cemu instynk­towi, wali ryt­micz­nie w drew­niany uchwyt. Przy­wią­zany wal­czy nie o życie, lecz o lekką śmierć. Jego rachuby są oczy­wi­ste: roz­huś­tać nosze i wraz z nimi runąć z szyn na cemen­tową posadzkę. To będzie wła­śnie lekka śmierć, a przy­naj­mniej utrata świa­do­mo­ści. W nieświa­do­mo­ści nawet do pieca nie strach... Ale pala­cze znają swój fach. Po pro­stu przy­trzy­mują nosze za uchwyty, nie pozwa­la­jąc im się roz­huś­tać. A do ich rąk przy­wią­zany nie jest w sta­nie się­gnąć zębami, choćby nawet kark sobie skrę­cił.

Powia­dają, że w ostat­niej chwili życia czło­wiek może doko­nać cudów. Instynk­tow­nie wszyst­kie jego mię­śnie, cała jego świa­do­mość i wola, całe pra­gnie­nie życia rap­tem kon­cen­trują się w jed­nym krót­kim szarp­nię­ciu... I on się szarp­nął! Szarp­nął się całym cia­łem. Szarp­nął się tak, jak wyrywa się lis z potrza­sku, prze­gry­za­jąc i wyry­wa­jąc wła­sną skrwa­wioną łapę. Szarp­nął się tak, że zadrżały meta­lowe szyny. Szarp­nął się, łamiąc wła­sne kości, rwąc żyły i mię­śnie. Szarp­nął się...

Ale sta­lowa linka nie puściła. I oto nosze płyn­nie ruszyły w stronę pieca. Drzwiczki pieca roz­su­nęły się na boki, rzu­ca­jąc na pode­szwy dawno nie czysz­czo­nych lakier­ków snop bia­łego świa­tła. Oto stopy zbli­żają się do ognia. Czło­wiek stara się zgiąć nogi, pod­kur­czyć kolana, zwięk­szyć odstęp mię­dzy sto­pami i sza­le­ją­cym ogniem. Ale i to mu się nie udało. Ope­ra­tor poka­zuje na zbli­że­niu palce. Drut wpił się w nie głę­boko. Ale koniuszki pal­ców nie są skrę­po­wane. I tymi koniusz­kami czło­wiek usi­łuje zaha­mo­wać ruch noszy. Czubki pal­ców są roz­cza­pie­rzone i napięte. Gdyby cokol­wiek poja­wiło się na ich dro­dze, czło­wiek nie­wąt­pli­wie zdo­łałby się przy­trzy­mać. I nagle nosze nie­ru­cho­mieją przed samym otwo­rem.

Nowa postać na ekra­nie, ubrana jak wszy­scy pala­cze w szary far­tuch, daje im znak ręką. Na to ski­nie­nie pala­cze zdej­mują nosze z szyn i ponow­nie sta­wiają je na tyl­nych uchwy­tach przy ścia­nie. Co się stało? Dla­czego zwle­kają? Ach, wszystko jasne. Do sali kre­ma­to­rium na niskim wózku wta­cza się jesz­cze jedna trumna. Wieko już dokrę­cone. Cóż za prze­pych. Jaka ele­gan­cja. Trumna ozdo­biona frę­dzel­kami i lamów­kami. Wszy­scy z drogi, jedzie hono­rowa trumna! Pala­cze usta­wiają ją na pro­wad­nicy i już ruszyła w ostat­nią podróż. Teraz przyj­dzie nie­zmier­nie długo cze­kać, nim spło­nie. Trzeba cze­kać i cze­kać. Trzeba być cier­pli­wym...

A oto naresz­cie i kolej na przy­wią­za­nego. Nosze ponow­nie na pro­wad­nicy. I znowu sły­szę ten bez­dź­więczny krzyk, który mógłby zry­wać drzwi z zawia­sów. Z nadzieją wpa­truję się w twarz przy­wią­za­nego. Sta­ram się dostrzec oznaki sza­leń­stwa. Sza­leń­com łatwo jest na tym świe­cie. Ale nie dostrze­gam takich obja­wów na przy­stoj­nej męskiej twa­rzy, nie ska­żo­nej pięt­nem obłędu. Po pro­stu czło­wiek nie chce iść do pieca i stara się w jakiś spo­sób dać temu wyraz. A jakże to wyra­zić jak nie krzy­kiem? No więc krzy­czy. Na szczę­ście ów krzyk nie został uwiecz­niony. Oto lakie­ro­wane buty poszły w ogień. Poszły, niech to wszy­scy dia­bli.

Ogień sza­leje. Pew­nie tło­czą tlen. Dwaj pierwsi pala­cze odska­kują, dwaj ostatni mocno popy­chają nosze w głąb. Drzwiczki pale­ni­ska zamy­kają się i uci­cha ter­kot apa­ratu pro­jek­cyj­nego.

- On... Kto to? - Sam nie wiem, po co zadaję to pyta­nie.

- On? Puł­kow­nik. Były puł­kow­nik. Był w naszej orga­ni­za­cji. Na wyso­kich szcze­blach. Oszu­ki­wał orga­ni­za­cję. Za to został z niej usu­nięty. I odszedł. Taką mamy zasadę. Nikogo na siłę nie wcią­gamy. Nie chcesz - powiedz "nie". Ale jeżeli powiesz "tak", to nale­żysz do orga­ni­za­cji bez reszty. Razem z butami i kra­wa­tem. Tak więc... daję ci ostat­nią szansę. Na namysł - minuta.

- Nie potrze­buję minuty na namysł.

- Taki regu­la­min. Nawet jeżeli nie potrze­bu­jesz tej minuty, orga­ni­za­cja ma obo­wią­zek ci ją dać. Posiedź i pomilcz. - Siwy strze­lił wyłącz­ni­kiem i długa cienka wska­zówka dobit­nie, mia­rowo ruszyła w koło jarzą­cego się cyfer­blatu. A ja znowu mia­łem przed oczami twarz puł­kow­nika w tym ostat­nim momen­cie, gdy jego nogi poże­rał już pło­mień, ale głowa na­dal żyła; jesz­cze pul­so­wała krew, jesz­cze z oczu bił roz­są­dek, śmier­telny smu­tek, strasz­liwe męczar­nie i nie­po­ha­mo­wane pra­gnie­nie, by żyć. Jeżeli przyjmą mnie do tej orga­ni­za­cji, będę słu­żyć jej duszą i cia­łem. Jest to poważna i potężna orga­ni­za­cja. Podoba mi się taki porzą­dek. Ale jedno widzę cho­ler­nie jasno: jeśli przyj­dzie mi wyfru­nąć przez ten przy­sa­dzi­sty, kwa­dra­towy komin, to z pew­no­ścią nie w trum­nie z frę­dzel­kami i fal­ban­kami. Mam zgoła inną naturę. Nie z tych jestem, co to z fal­ban­kami... Nie z tych.

- Minuta minęła. Czy potrze­bu­jesz jesz­cze czasu do namy­słu?

- Nie.

- Jesz­cze jedną minutę?

- Nie.

- No cóż, kapi­ta­nie. W takim razie przy­padł mi jako pierw­szemu zaszczyt pogra­tu­lo­wać ci przy­stą­pie­nia do naszego taj­nego brac­twa, któ­rego nazwa brzmi Główny Zarząd Wywia­dow­czy Sztabu Gene­ral­nego, w skró­cie GRU. Czeka cię spo­tka­nie z zastępcą naczel­nika GRU, gene­ra­łem broni Miesz­cze­ria­ko­wem, i wizyta w Komi­te­cie Cen­tral­nym u gene­rała broni Łem­zenki. Myślę, że przy­pad­niesz im do gustu. Tylko nie pró­buj przy­pad­kiem grać mądrali. Lepiej zapy­tać, jeśli cze­goś nie wiesz, zamiast zmil­czeć. W trak­cie naszych egza­mi­nów i testów psy­cho­lo­gicz­nych pokażą ci nie­jedno, co samo nasuwa pyta­nia. Nie masz się co męczyć, pytaj. Zacho­wuj się tak, jak zacho­wy­wa­łeś się dziś, a wtedy wszystko będzie dobrze. Życzę powo­dze­nia, kapi­ta­nie.

Roz­dział 1

I

Gdyby przy­szła wam ochota pra­co­wać w KGB, udaj­cie się do dowol­nego obwo­do­wego mia­sta. Na placu cen­tral­nym kró­luje nie­za­wod­nie posąg Lenina, a za nim obo­wiąz­kowo potężne gma­szy­sko z kolum­nami: obwo­dowy komi­tet par­tii. Gdzieś pod bokiem rów­nież obwo­dowy komi­tet KGB. Wystar­czy na tym samym placu zapy­tać jakie­go­kol­wiek prze­chod­nia, każdy wskaże drogę: o, tam­ten budy­nek, szary, ponury, tak, tak, wła­śnie ten, na który wska­zuje Lenin swą beto­nową ręką. Ale wcale nie­ko­niecz­nie musi­cie udać się do komi­tetu obwo­do­wego, wystar­czy zwró­cić się do wydziału spe­cjal­nego w zakła­dzie pracy. Tutaj rów­nież każdy przyj­dzie wam chęt­nie z pomocą: kory­ta­rzem pro­sto, drzwi po pra­wej, obite czarną skórą. Ist­nieje jesz­cze prost­szy spo­sób zatrud­nie­nia się w KGB. Należy zwró­cić się do bez­piecz­niaka. Znaj­dzie­cie go na każ­dej zabi­tej deskami sta­cji kole­jo­wej, w każ­dej fabryce, w nie­mal każ­dej fabrycz­nej hali. Jest w każ­dym pułku, w każ­dym insty­tu­cie, w każ­dym wię­zie­niu, w każ­dej komórce par­tyj­nej, w każ­dym biu­rze pro­jek­to­wym, nie mówiąc już o kom­so­mole, związ­kach zawo­do­wych, orga­ni­za­cjach spo­łecz­nych i sto­wa­rzy­sze­niach. Wystar­czy podejść i powie­dzieć: chcę do KGB! Czy przyjmą czy nie - to już inna sprawa (no pew­nie, przyjmą!), ale droga do KGB dla wszyst­kich stoi otwo­rem.

Nato­miast do GRU nie można się tak łatwo dostać. Do kogo się zwró­cić? Kogo pro­sić o radę? Do jakich drzwi stu­kać? Może warto zasię­gnąć języka na mili­cji? Ale mili­cjant wzru­szy ramio­nami: taka orga­ni­za­cja nie ist­nieje.

Gru­ziń­ska mili­cja wydaje tablice reje­stra­cyjne z lite­rami "GRU", nie podej­rze­wa­jąc, że mogą one mieć jakiś ukryty sens. I oto pędzi sobie taki samo­chód przez kraj - nikt nawet za nim się nie obej­rzy. Zwy­kłemu czło­wie­kowi, jak zresztą całej radziec­kiej mili­cji, owe litery niczego nie suge­rują, nie budzą żad­nych sko­ja­rzeń. Uczciwi oby­wa­tele ani mili­cja ni­gdy o czymś podob­nym nie sły­szeli.

KGB liczy miliony ochot­ni­ków, a w GRU jest to nie do pomy­śle­nia. Na tym polega zasad­ni­cza róż­nica - GRU jest orga­ni­za­cją tajną. Nikt o niej nie wie, nie pra­gnie więc do niej wstą­pić z wła­snej ini­cja­tywy. Ale załóżmy, że zna­lazł się ochot­nik, który jakimś spo­so­bem zna­lazł owe drzwi, do któ­rych należy zastu­kać: przyj­mij­cie mnie, mówi. Przyjmą? Nie, nie przyjmą. Nie potrze­bują ochot­ni­ków. Ochot­nik zosta­nie nie­zwłocz­nie aresz­to­wany, po czym czeka go dłu­gie, męczące śledz­two. Pad­nie wiele pytań. Gdzieś te trzy litery usły­szał? Jak zdo­ła­łeś nas odna­leźć? Ale przede wszyst­kim, kto ci w tym pomógł? Kto? Kto? Kto? Mów, gnoju! Chłopcy z GRU potra­fią wydo­być praw­dziwe odpo­wie­dzi. Z każ­dego wyrwą zezna­nia. Ręczę za to. GRU oczy­wi­ście odnaj­dzie tego, kto pomógł ochot­nikowi. I znów zacznie się śledz­two: A tobie, bydlaku, kto te litery zdra­dził? Gdzieś je usły­szał? Prę­dzej czy póź­niej dotrą po nitce do kłębka, do samego źró­dła. Odnajdą osob­nika, który znał tajem­nicę i nie potra­fił powścią­gnąć języka. O, GRU potrafi takie języki wyry­wać. GRU usuwa takie języki wraz z gło­wami. I każdy, kto tra­fił do GRU, wie o tym dosko­nale. Każdy, kto tra­fił do GRU, strzeże wła­snej głowy, a może ją oca­lić tylko w jeden spo­sób: strze­gąc języka. O GRU można roz­ma­wiać wyłącz­nie w GRU. Roz­ma­wiać można tak, by głos nie wydo­stał się poza prze­zro­czy­ste ściany maje­sta­tycz­nego gma­chu na Cho­dynce. Każdy, kto tra­fił do GRU, świę­cie czci regułę Akwa­rium: wszystko, o czym tu wewnątrz roz­ma­wiamy, niech pozosta­nie wewnątrz. Niech ani jedno słowo nie opu­ści tych prze­zro­czy­stych ścian. I dzięki temu, że obo­wią­zuje taka dys­cy­plina, mało kto za szkla­nymi ścia­nami orien­tuje się, co dzieje się wewnątrz. Ten zaś, kto wie, zacho­wuje mil­cze­nie. A ponie­waż wszy­scy, któ­rzy wie­dzą, mil­czą, ja ni­gdy nie sły­sza­łem o GRU.

Byłem dowódcą kom­pa­nii. Po wyzwo­leń­czej wypra­wie na Cze­cho­sło­wa­cję wir prze­ta­so­wań zagar­nął i mnie: wylą­do­wa­łem w 318. Dywi­zji Strzel­ców Zmo­to­ry­zo­wa­nych 13. Armii Kar­pac­kiego Okręgu Woj­sko­wego. Pod moje roz­kazy odko­men­de­ro­wano drugą kom­pa­nię czoł­gów bata­lionu pan­cer­nego 910. Pułku Strzel­ców Zmo­to­ry­zo­wa­nych. Moja kom­pa­nia nie wyróż­niała się, ale też i nie nale­żała do naj­słab­szych. Prze­wi­dy­wa­łem całe swoje życie na lata naprzód: po kom­pa­nii szef sztabu bata­lionu, póź­niej trzeba będzie prze­drzeć się do Aka­de­mii Wojsk Pan­cer­nych im. Mar­szałka Mali­now­skiego, potem przyj­dzie bata­lion, pułk, może nawet coś wyżej. Ale los zrzą­dził ina­czej.

13 kwiet­nia 1969 roku o godzi­nie 4.10 adiu­tant trą­cił mnie deli­kat­nie w ramię:

- Wsta­waj­cie, star­szy lejt­nan­cie, cze­kają was wiel­kie czyny. - Z miej­sca jed­nak zorien­to­wał się, że nie jestem w nastroju do żar­tów, i dla­tego, zmie­nia­jąc ton, krótko zako­mu­ni­ko­wał: - Alarm bojowy!

Uwi­ną­łem się w trzy i pół minuty: koc na bok, spodnie, skar­pety, buty. Mun­du­rową bluzę zarzu­ci­łem na ramiona, nie zapi­na­jąc jej - można to zro­bić w biegu. Jesz­cze zacią­gnąć na ostat­nie dziurki koali­cyjkę z pasem, prze­rzu­cić przez ramię map­nik i wci­snąć czapkę na głowę. Kan­tem dłoni - przez daszek: spraw­dzić, czy odznaka zga­dza się z linią nosa. Ot i wszystko. I bie­giem naprzód. Broń mam na prze­cho­wa­niu w pokoju dyżur­nego. Przy wej­ściu odbiorę pisto­let z ogrom­nego sejfu. Ple­cak, szy­nel, kom­bi­ne­zon i hełm zawsze cze­kają na mnie w czołgu. Bie­giem scho­dami w dół. Ech, żeby tak można jesz­cze pod prysz­nic i brzy­twą pod­go­lić policzki. Ale nie czas. Alarm bojowy! Pękaty gaz-66 zapchany nie­mal do oporu. Ofi­cer­ko­wie wszy­scy mło­dzi i ich przy­boczni jesz­cze młodsi. A na nie­bie gwiazdy gasną. Zni­kają cicho, bez słowa poże­gna­nia, jak z naszego życia odcho­dzą ludzie, któ­rych wspo­mnie­nie prze­szywa słod­kim bólem nasze czer­stwe dusze.

II

Dudni, ryczy set­kami sil­ni­ków park pojaz­dów bojo­wych. W powie­trzu wisi gęsta mgła i smród spa­lin. Huczą roz­bu­dzone czołgi. Beto­nową drogą peł­zną sza­ro­zie­lone pudełka. Na czele sze­ro­kie, przy­sa­dzi­ste amfi­bie kom­pa­nii zwia­dow­czej, za nimi szta­bowe trans­por­tery opan­ce­rzone i kom­pa­nia łącz­no­ści, dalej bata­lion czoł­gów, za zakrę­tem trzy bata­liony strzel­ców zmo­to­ry­zo­wa­nych, za nimi puł­kowa arty­le­ria, bate­ria prze­ciw­lot­ni­cza i prze­ciw­pan­cerna, sape­rzy, woj­ska che­miczne i remon­towe. Dla jed­no­stek zaple­cza nawet miej­sca nie star­cza na tym ogrom­nym tere­nie. Zaczną usta­wiać się w kolumny, gdy oddziały czo­łowe posuną się daleko do przodu.

Bie­gnę wzdłuż pojaz­dów do swo­jej kom­pa­nii. Dowódca pułku wyzywa kogoś na czym świat stoi, szef sztabu pułku wykłóca się z dowód­cami bata­lio­nów, krzy­kiem zagłu­sza­jąc ryk sil­ni­ków. Bie­gnę. Bie­gną też pozo­stali ofi­ce­ro­wie. Prę­dzej, prę­dzej. No, naresz­cie, moja kom­pa­nia. Trzy czołgi - pierw­szy plu­ton, trzy następne - drugi, jesz­cze trzy - trzeci. A mój czołg wysu­nięty na czoło. Cała dzie­siątka w kom­ple­cie. I już sły­szę wszyst­kie dzie­sięć sil­ni­ków. Wyróż­niam je spo­śród łoskotu pozo­sta­łych. Każdy sil­nik ma swój wła­sny cha­rak­ter, swoje uspo­so­bie­nie, swoje brzmie­nie. Żaden nie poda fał­szy­wej nuty.

Jak na począ­tek wcale nie­źle. Przed moim czoł­giem przy­spie­szam kroku, odbi­jam się gwał­tow­nie od ziemi i po pochy­łej pły­cie pan­ce­rza wspi­nam się do wieży. Właz jest otwarty i radio­te­le­gra­fi­sta podaje mi heł­mo­fon, pod­łą­czony już do inter­komu. Prze­no­szę się ze świata huku i łoskotu w kra­inę ciszy i spo­koju. Ale rap­tem słu­chawki oży­wają i chwi­lowe złu­dze­nie ciszy pry­ska. Radio­te­le­gra­fi­sta mel­duje ostat­nie pole­ce­nia. Wszystko to bzdury. Prze­ry­wam mu pyta­niem naj­waż­niej­szym: Wojna czy ćwi­cze­nia? Wzru­sza ramio­nami: Dia­bli wie­dzą.

Jak­kol­wiek by było, moja kom­pa­nia jest gotowa do walki i należy ją jak naj­szyb­ciej wypro­wa­dzić z parku, takie są zasady. Zgru­po­wa­nie setek pojaz­dów w jed­nym miej­scu to gratka, o jakiej nasi wro­go­wie tylko marzą. Patrzę do przodu. Ale czy można cokol­wiek zoba­czyć? Przed nami pierw­sza kom­pa­nia czoł­gów nie rusza z miej­sca. Na pewno dowódca jesz­cze nie dobiegł. Wszy­scy pozo­stali rów­nież cze­kają. Wyska­kuję na wieżę. Stąd lepiej widać. Wszystko wska­zuje na to, że w kom­pa­nii zwia­dow­czej któ­ryś z czoł­gów nie może zapa­lić sil­nika, blo­ku­jąc prze­jazd całemu puł­kowi. Spo­glą­dam na zega­rek. Dowódca pułku, ojczu­lek nasz, ma jesz­cze osiem minut. Jeżeli za osiem minut kolumny czoł­gów nie ruszą z miej­sca - z dowódcy pułku zerwą pagony i prze­pę­dzą z armii bez eme­ry­tury jak sta­rego psa. A do czoła kolumny nie prze­pcha się w tej chwili żaden cią­gnik z kom­pa­nii remon­to­wej: całą cen­tralną drogę, wci­śniętą mię­dzy szare ponure garaże, wypeł­niają szczel­nie czołgi, od jed­nego krańca do dru­giego. Patrzę na zapa­sową bramę. Drogę do niej prze­cina głę­boki rów: zaczęli ukła­dać jakiś kabel albo rury.

Ska­czę do włazu i do kie­rowcy na całe gar­dło: - Na lewo, naprzód! - I do reszty kom­pa­nii: - Za mną! - Po lewej nie ma bramy, tylko murek ceglany mię­dzy dłu­gimi blo­kami warsz­ta­tów remon­to­wych. W czołgu dowódcy sie­dzi naj­lep­szy kie­rowca kom­pa­nii. Tak usta­lono w całej armii długo przed moim przyj­ściem. Krzy­czę do niego przez inter­kom: - Jesteś as kom­pa­nii! Ja cię, dra­niu, wybra­łem! Naj­wyż­szy zaszczyt cię kop­nął, gagatku - chro­nić i doglą­dać maszyny dowódcy. Jeśli zawie­dziesz - zgnoję, zetrę na pył!

A kie­rowca nawet nie ma czasu odpo­wie­dzieć. Na tym kró­ciut­kim odcinku roz­pę­dza swego pan­cer­nego dino­zaura, wrzuca jeden po dru­gim coraz wyż­sze biegi. Czołg ude­rza z impe­tem w ceglany mur. Wszystko zadrżało, zabrzę­czało, zaję­czało. Lawina cegieł zwa­liła się na pan­cerz, tłu­kąc reflek­tory, łamiąc anteny, zdzie­ra­jąc skrzy­nie z narzę­dziami i sprzę­tem, kale­cząc zewnętrzne baki pali­wowe. Ryk­nął mój czołg i opla­tany paję­czyną dru­tów kol­cza­stych wyrwał się z cegla­nego pyłu na senną uliczkę spo­koj­nego ukra­iń­skiego mia­steczka. Spo­glą­dam przez tylny tri­pleks. Czołgi mojej kom­pa­nii jeden za dru­gim poszły w wyłom, wesoło, zawa­diacko. Dyżurny bazy bie­gnie do dziury w murze. Wyma­chuje rękami. Coś krzy­czy. Usta sze­roko otwarte. Ale któż by dosły­szał, co krzy­czy. Jak w nie­mym kinie, widzo­wie zdani są na mimikę. Domy­ślam się, że dyżurny klnie jak szewc. Mimika na to wska­zuje. Nie­omyl­nie.

Kiedy dzie­siąty czołg z mojej kom­pa­nii wynu­rzył się z wyłomu, poja­wiła się służba ruchu: czarne uni­formy, białe kaski i koali­cyjki. Ci zapro­wa­dzą porzą­dek. Ci wie­dzą, kogo naj­pierw prze­pu­ścić. Oddziały roz­po­zna­nia przede wszyst­kim - oto kogo. W każ­dym pułku jest jedna spe­cjalna kom­pa­nia zwia­dow­cza, wypo­sa­żona w spe­cjalny sprzęt, wyspe­cja­li­zo­wa­nych żoł­nie­rzy i wyspe­cja­li­zo­wa­nych ofi­ce­rów. Ale oprócz niej każdy puł­kowy bata­lion strzel­ców zmo­to­ry­zo­wa­nych i czoł­gów ma też po jed­nej kom­pa­nii, które, choć nie posia­dają spe­cjal­nego sprzętu ani wyspe­cja­li­zo­wa­nych żoł­nie­rzy, rów­nież mogą zostać użyte do zadań zwia­dow­czych. Te wła­śnie kom­pa­nie należy pusz­czać naj­pierw. Wypuść­cie nas, białe kaski! Musimy teraz wyrwać daleko do przodu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki