Trzy pokolenia na Krupniczej
Przełom sierpnia i września 1945 roku był upalny. W sali wykładowej Gołębnika - gmachu Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego - nie było ani jednego wolnego miejsca. Uliczny skrzypek wygrywał melodię Wróć do Sorrento, dobrze słyszaną przez otwarte okna. Mężczyźni zdjęli marynarki. Zofia Nałkowska co raz zakładała nogę na nogę. Wacław Borowy przecierał okulary.
"W czasie dyskusji jedni mówili cicho, inni słabo, Putrament krzyczał jak zwykle na wszystkich i na każdego z osobna (dlaczego on tak głośno mówi, przecież my nie głusi). Ładnie mówił o bombie atomowej; co byłby wart pisarz, którym by ten wynalazek do głębi nie wstrząsnął? Otwinowski przedkładał swoje racje, Wirski swoje żale, Polewka jeszcze raz wtrącał swoje ale [...]. Wyka skarży się w referacie, że nie ma w Polsce krytyków ani poetów młodych a zdolnych. Przyszłość pod tym względem jest ciemna. Na dworze też robi się coraz ciemniej" - pisał Jalu Kurek w żartobliwym felietonie w "Dzienniku Polskim"1.
Na prezesa Związku jednogłośnie wybrano pięćdziesięciojednoletniego Jarosława Iwaszkiewicza. Przyjmując nominację, powiedział, że czuje się jak opiekun i ojciec kolegów, choć na sali byli starsi od niego.
Wiceprezesami zostali Adam Polewka oraz Mieczysław Jastrun.
Okładka "Przekroju" z 9 września 1945 roku. Na zdjęciu delegaci zjazdu literatów w Krakowie
Archiwum "Przekroju"
"Związek Literatów nie może być organizacją wzajemnej adoracji. Ma bardziej patetyczne cele do spełnienia. Ma się stać systemem nerwowym nie jednej warstwy, ale całego organizmu społecznego" - pisali Stefan Otwinowski i Zygmunt Fijas w "Przekroju"2. Na fotografii opublikowanej na okładce poprzedniego numeru tygodnika stoi, patrząc w obiektyw, trzydzieści pięć osób, wśród nich między innymi: Kazimierz Czachowski, Ludwik Kobiela, Gwidon Miklaszewski, Jerzy Andrzejewski - jako jedyny ma jasne spodnie do ciemnej marynarki - Kazimierz Brandys, Stanisław Jerzy Lec, Stanisław Piętak, Jarosław Iwaszkiewicz, Jerzy Mieczysław Rytard, Jan Parandowski z żoną Ireną w sukience z białym kołnierzykiem, Mieczysław Jastrun, Wilhelm Szewczyk, Adolf Rudnicki oraz Zofia Nałkowska i Wanda Melcer - obie w kapeluszach. Z jakichś powodów nie ma Czesława Miłosza, choć mieszkał wtedy w Krakowie i brał udział w zjeździe. W pierwszym rzędzie siedzą obok siebie Jerzy Putrament i Adam Ważyk. Żartowano, że kabura z pistoletem zwisała Ważykowi aż do kolan.
Pierwsza siedziba oddziału Związku Literatów w Krakowie mieściła się w mieszkaniu rodziców Juliusza Kydryńskiego na drugim piętrze kamienicy przy ulicy Felicjanek 10. Tam zgłaszali się pisarze przybywający do miasta przede wszystkim ze zniszczonej Warszawy i zostawiali swoje tymczasowe adresy. Pełnomocnik rządu Jan Karol Wende obiecał Ważykowi przydział na siedzibę Związku i mieszkania dla literatów. Pod warunkiem że Ważyk sam znajdzie odpowiedni budynek.
Kamienicę przy Krupniczej 22 wypatrzył Tadeusz Kwiatkowski. Wychował się w pobliżu, przy tej ulicy mieściło się jego gimnazjum. Pod numer 22 zachodził niemal codziennie do kawiarni na znakomite kremówki. W czasie okupacji Niemcy wysiedlili z kamienicy wszystkich mieszkańców i urządzili w niej hotel pracowniczy z kantyną. Kiedy Kwiatkowski w towarzystwie Kazimierza Czachowskiego, przez krótki czas prezesa zarządu głównego, poszedł obejrzeć to miejsce, wejście zagrodził im radziecki żołnierz z pepeszą.
Kwiatkowski z Czachowskim i Ważykiem stawili się więc u Wendego. Ten podyktował maszynistce tekst aktu przejęcia domu jako mienia pożydowskiego i opatrzył go niezbędną pieczęcią.
W pierwszych latach po wojnie Krupnicza miała ciągle na pół wiejski charakter. Wczesnym rankiem od strony Bielan czy Tyńca wjeżdżały chłopskie furmanki wyładowane węglem, ziemniakami, marchwią i kapustą. Zatrzymywały się przed domami i okolicznymi sklepikami. Turkot kół, parskanie koni i pokrzykiwanie woźniców budziły mieszkańców.
Kwiatkowski, sekretarz, potem wiceprezes oddziału i kronikarz krakowskiego środowiska literackiego, w swoich wspomnieniowych książkach dał niezrównany obraz życia w "literackim kołchozie", jakim była przez lata Krupnicza3. Marian Promiński, który dzielił mieszkanie z Arturem Sandauerem, pewnego dnia napisał na drzwiach wspólnej łazienki: "Eurypides nie szczał pod kolumną". Nazajutrz na drzwiach znalazła się odpowiedź: "I nie zatykał ujścia wielkim kawałem papieru gazetowego". Innym razem na ścianach wspólnych toalet można było przeczytać: "Tutaj każdy sobie siurka ze swojego Jalu Kurka", "Tu w spokoju co niedziela czytam felieton Kisiela", "Młodości, ty nad poziomy wzlatuj i od poezji Przybosia nas ratuj" albo "Kiedy wychodek uległ awarii, spuść wodę z wierszy Artura Marii" (Swinarskiego). Adam Polewka, prezes oddziału, polecił zamalować sentencje. Po kilku dniach na białej ścianie ktoś napisał: "Hej, Polewko, nie bądź Sławoj, przed wygódką nie wystawoj"4.
O Polewce mówiono, że wygląda tak, że mógłby się przyśnić. "Niewielki mężczyzna, trochę przygarbiony, o urodzie neandertalczyka, z pozlepianymi kosmykami włosów na czaszce, o mądrych oczach, w których tliły się żywe błyski inteligencji i poczucia humoru" - opisał go Kwiatkowski5. Był przedwojennym komunistą, synem murarza z Białego Prądnika i cieszył się zaufaniem władz. Zajęty pracą społeczno-polityczną i związkową biurokracją na własną twórczość nie miał wiele czasu. To z Adamem Polewką ideologiczne spory wiódł mieszkający piętro niżej Stefan Kisielewski.
"Stój, kto idzie?" - zapytał kiedyś Kisielewski na ciemnych schodach.
"Swój" - odpowiedział Polewka.
"A co, wylali cię z partii?"
Polewka uchronił Kisiela przed skreśleniem z listy członków ZLP za to, że w dyskusji nazwał Stalina głupcem, o czym odpowiednim organom donieśli, niezależnie od siebie, Adam Włodek i Maciej Słomczyński. Odbyło się nawet zebranie w tej sprawie. "Ja się broniłem i powiedziałem, że Stalin głupi nie jest. Wojnę wygrał, więc widać. A poza tym coś takiego powiedziałem: - Wolno psu na Pana Boga szczekać" - wspominał publicysta6. Polewka uznał to za samokrytykę i skończyło się na czasowym zawieszeniu Kisiela.
Surowiej potraktował Jerzego Korczaka. W marcu 1951 roku urządził nad nim sąd partyjny za to, że będąc członkiem PZPR-u, wziął ślub kościelny (świadkiem był Kisielewski). Polewka uznał, że tym czynem "towarzysz Korczak oddał się do dyspozycji katolickiej reakcji, w chwili gdy z obozem tym obóz socjalizmu i pokoju toczy bezkompromisową walkę"7. Co ciekawe, kilka lat wcześniej sam Polewka, uległszy żonie, w sekrecie ochrzcił córkę - jej chrzestnym również został Kisielewski. Putrament w ramach kary zaproponował wysłanie Korczaka do Poznania, by tam odpracował ten poważny błąd wobec partii. Tak się stało, choć nie od razu - małżonkowie przeczekali czas przymusowej bezdomności w Domu Pracy Twórczej "Astoria" w Zakopanem. W Poznaniu Korczak został kierownikiem literackim tamtejszych teatrów. W 1966 roku otrzymał nawet nagrodę trzeciego stopnia Ministra Obrony Narodowej za książkę Klucz do Berlina.
Serdeczna przyjaźń łączyła synów Polewki i Kisiela, Jana i Wacka, choć pierwszy kibicował Cracovii, a drugi - Legii Warszawa. Na podwórku kamienicy rozgrywali mecze piłki nożnej. W którymś z nich, na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, uczestniczył Ireneusz Iredyński, wówczas najmłodszy członek ZLP, przyjęty w 1959 roku w wieku dwudziestu lat. Jakiś czas później otrzymał pismo z upomnieniem od ówczesnego sekretarza krakowskiego oddziału Stefana Otwinowskiego, że nie wypada, by członek Związku kopał piłkę z synem innego członka Związku.
Pokryte brukiem podwórko zamknięte z trzech stron ścianami kamienicy stanowiło centrum dziecięcego świata. Przy wejściu do kuchennej części stołówki stał ogromny kubeł, do którego wrzucano odpadki, a ponieważ opróżniano go rzadko, niemiłosiernie śmierdział. Na podwórku był też trzepak. Przy nim spotykały się najstarsze z najmłodszych mieszkanek Krupniczej: Joanna Olczakówna, Hania Polewkówna, czasem kołysząca swego młodszego braciszka Janka, oraz Kira Gałczyńska. Na podwórko można było po prostu zejść schodami albo zjechać głową w dół po drewnianej poręczy.
Dzieci bawiły się w berka, chowanego i ubijanego. Za pomocą rozwidlonego kija albo pogrzebacza toczyły obręcz koła, którą można też było zastąpić fajerką z węglowego pieca. Większy hałas powstawał, kiedy przejeżdżało się grubym patykiem po sztachetach parkanu.
Świat za bramą dostarczał jeszcze więcej wrażeń. Na parterze sąsiedniej kamienicy mieścił się sklepik z warzywami, nabiałem i pieczywem, ale przede wszystkim - kolorową oranżadą. Za ladą stała Zofia Mazgajewska. Nieco dalej, przy ulicy Dolnych Młynów, sklep z szyldem "Cukry. Owoce. Nabiał" prowadził Edward Mol z małżonką. Wewnątrz unosił się wymieszany zapach pływających w wielkim słoju kiszonych ogórków, kapusty w drewnianej beczce, ziemniaków w parcianych workach, powideł śliwkowych w wiaderku i suszonych grzybów nanizanych na nić jak korale. Na dębowym kontuarze stały słoje z galaretkami w kształcie myszy, landrynkami i makagigą - ciastkami z masy karmelowej, miodu i maku z dodatkiem orzechów. Na lody chodziło się do Włocha, do ukrytej za mroczną bramą przybudówki przy ulicy Czystej. Nazywał się Maks Kravec, choć na szyldzie napisano "Luigi Olivo". Kulki o rozmaitych smakach wkładał nie jak wszędzie w rożek, tylko pomiędzy dwa wafle. W ramach bitwy o handel, którą kilka lat po wojnie wytoczył prywatnym przedsiębiorcom odpowiedzialny za gospodarkę Hilary Minc, wytwórnię Gelateria Italiana przejęło Społem. Ich lody smakowały już zupełnie inaczej. Zwyczajnie8.
Na Krupniczej stykały się trzy pokolenia pisarzy. Do najstarszego należał ponadosiemdziesięcioletni Ignacy Nikorowicz, autor kilku sztuk teatralnych. Spośród nich sam najbardziej cenił W gołębniku, która miała premierę w latach dwudziestych. Ubrany w czarne staroświeckie sakpalto z wysokim sztywnym kołnierzem nosił w kieszeni recenzje sprzed ćwierć wieku i od czasu do czasu pokazywał je w biurze Związku, nie ustając w zabiegach, by któryś z krakowskich teatrów wystawił sztukę ponownie. Zarazem był uważny w ocenie twórczości młodszych kolegów. "Przystawał, odkłaniał mi się, mówiąc: Czytałem wiersz pański w "Dzienniku Polskim". Dobry... trzymać się" - wspominał początkujący wówczas poeta, mieszkaniec pokoju z widokiem na śmietnik, Tadeusz Różewicz9. Nikorowicz w swoim pokoju z przyklejoną na drzwiach wizytówką ""Gołębnik" chętnie snuł opowiadania o czasach młodości"10. Na elektrycznej maszynce parzył kawę i podawał ją w brudnych szklankach. Opiekował się sąsiadem z trzeciego piętra, młodszym o dwadzieścia lat Jerzym Szaniawskim. Nieporadnym, milczącym, chorowitym, karmiącym gołębie, również zepchniętym na margines literatury - jego pierwsza powojenna sztuka Dwa teatry nie będzie wystawiana od 1949 do 1955 roku. Czasem Szaniawski wychodził na miasto. Zdenerwowany Nikorowicz zbiegał wtedy na pierwsze piętro, do sekretariatu, i wszczynał alarm, że pan Jerzy wyszedł bez szalika albo że zatruje się, jeśli zje w jakimś barze. Jerzy Szaniawski wyprowadził się z Krupniczej, kiedy w 1949 roku odzyskał rodzinny majątek w Zegrzynku niedaleko Warszawy.
Andrzej Rybicki był uprzejmy i schludny. Mówił powoli, starannie akcentując sylaby. Przez kilka lat zajmował na Krupniczej jeden pokój w mieszkaniu Tadeusza i Haliny Kwiatkowskich. Miał obsesję na punkcie higieny. "Przemykał się w starym wyświechtanym szlafroku, z pudełkiem z przyborami toaletowymi pod pachą zawsze koło 10 rano i siedział w łazience prawie do pierwszej" - wspominał Kwiatkowski11. Choć miał również dystans do siebie - nieczęsta to cecha wśród pisarzy. Jego sztukę Kostium Arlekina przed laty wystawił Juliusz Osterwa w wileńskiej Reducie. Przed wojną ukazał się też tom zawierający trzy jego dramaty. "O powodzeniu mej książki niech świadczy fakt, że w przeciągu czterech lat sprzedano siedem egzemplarzy, z czego trzy w Buczaczu" - żartował12. Był szarmancki wobec kobiet, którym wróżył z ręki, patrząc im głęboko w oczy, i zapraszał na seanse spirytystyczne do swojego pokoju. Również dla Rybickiego nie było miejsca w powojennym świecie literackim. Praktykujący katolik żył w biedzie, utrzymując się z tłumaczeń z łaciny, włoskiego, hiszpańskiego i porządkując klasztorne biblioteki. Po 1956 roku tłumaczył dzieła Thomasa Manna i Dzienniki Franza Kafki.
Artur Maria Swinarski każdego wieczoru wystawiał przed drzwi swojego pokoju na trzecim piętrze w oficynie gipsowy gorset, efekt wojennego wypadku. Doszło do niego, kiedy zaklejał taśmą szyby - akurat zawyły syreny alarmowe, a on przez pomyłkę wyskoczył z okna, zamiast schować się do pokoju, i w ten sposób uszkodził sobie kręgosłup. Był wziętym autorem utworów satyrycznych, w których szydził ze wszystkich i wszystkiego. Potrafił być bezlitosny dla ludzi, których uważał za głupców. "Poznaj debila. Nie przeczytał w życiu ani jednej książki" - tak przedstawił Kwiatkowskiego pewnej dość ważnej w Krakowie osobie. Przyjaźnił się z Magdaleną Samozwaniec, a ich rozmowy i przekomarzania były prawdziwą fabryką anegdot.
"Przydałby mi się sekretarz" - powiedziała kiedyś pisarka, patrząc na Swinarskiego.
"Chyba kustosz" - zaripostował.
"Madzia jest jedyną kobietą, która potrafi pisać o niczym - ocenił jej twórczość. - Pozostałe piszą tylko o swojej macicy"13.
Awangardowy poeta Tadeusz Peiper już wtedy zdradzał objawy choroby psychicznej. Związek traktował instrumentalnie. Płacił składki, odbierał kartki żywnościowe i domagał się kolejnych, przekonywał też, że jako wybitnemu poecie należy mu się osobny pokój. Ulokowano go więc w klitce przerobionej z przedwojennej kuchni, z widokiem na podwórze i śmietnik. Na korytarz wychodziło się przez tak zwany pokój kąpielowy, do którego lokatorki z sąsiedztwa - najpierw żona Michała Rusinka z dwiema córkami, czekające na powrót pisarza z obozu, a potem wdowa po pisarzu i filozofie Stanisławie Brzozowskim z córką - wstawiły szafki i kuchenkę elektryczną. Peiper jak mógł, starał się nie przebywać w pokoju, przekonany, że jego prześladowcy chcą go otruć za pomocą gazu wprowadzonego w rury. Miał też pewien zwyczaj, kłopotliwy dla innych mieszkańców. "Wyrzucał gówno, że tak powiem, owinięte papierem przez okno" - opowiadał Stefan Kisielewski14. Po kilku latach Peiper przeprowadzi się do Warszawy i stanie się przedmiotem troski zarządu głównego - dostanie darmowe obiady w stołówce literatów i pokój w Oborach do czasu, aż uda się znaleźć dla niego mieszkanie.
Po wyjeździe Peipera w jego pokoju zamieszkał dwudziestokilkuletni poeta Tadeusz Różewicz, który dostał przydział dzięki protekcji Juliana Przybosia. "Mieliśmy wspólną wannę i niestety ubikację. Pani Antonina była już starszą panią, miała kaprysy, humory, byłem często wyganiany z łazienki. Mój kolega, któremu zaproponowałem kąpiel, musiał wyjść namydlony" - wspominał po latach sąsiedztwo wdowy po Brzozowskim15. Również on nie odnajdywał się w powojennych warunkach i literackich układach. Pod koniec lat czterdziestych przeniósł się z Krakowa do Gliwic. "Otóż dla mnie w 1949 roku stało się oczywiste, że wolność poety, pisarza coraz bardziej jest ograniczona, coraz jawniej na zebraniach w Związku Literatów i redakcjach wymaga się deklaracji propagandowych, zaangażowania, co rozumiano jako aktywne budowanie socjalizmu" - mówił po latach16. Mieszkając na Śląsku, ale pozostając członkiem krakowskiego oddziału ZLP, unikał bezpośredniego nadzoru partyjnych aktywistów literackich. Do Krakowa na zebrania jeździł rzadko, usprawiedliwiając się odległością albo złą pogodą. W Gliwicach poeta spędził dwadzieścia lat. Ożenił się, na świat przyszła dwójka jego dzieci. Niemal pozbawiony możliwości druku, kartek żywnościowych, opieki lekarskiej czuł się "nigdzie niezatrudnionym, podejrzanym pasożytem", którego rodzina z trudem utrzymuje się na powierzchni tylko dzięki pracy żony. Jedyną jego satysfakcją było, że pisał to, co chciał i - jak po latach opowiadał Robertowi Jarockiemu - "nigdy żaden Berman czy Sokorski nie zlecał mi literackich zadań"17. Różewicz podejmował jednak próby wpasowania się w narzucone ramy. W "Echu Tygodnia", dodatku literackim do "Gazety Krakowskiej", ukazał się jego poemat o generale Świerczewskim zatytułowany Gwiazda proletariatu, a potem fragmenty nigdy niewystawionej sztuki o Marianie Buczku Będą się bili18. Po Październiku poeta zanotuje, że traktowano go wtedy jak śmiecia. "Każda miernota pouczała mnie i ciągnęła za uszy - ja zakneblowany nie miałem nawet możliwości drukowania sprostowań"19.
W 1946 roku w trzypokojowym mieszkaniu pod numerem 24 w oficynie na trzecim piętrze zamieszkał Konstanty Ildefons Gałczyński z żoną Natalią, córką Kirą i teściową Wierą. Wspólną łazienkę dzielili z Jerzym i Ewą Broszkiewiczami, którzy mieli dwa pokoje. Jeden niemal w całości zajmował koncertowy fortepian, ponieważ Jerzy był muzykiem i krytykiem muzycznym i dopiero na Krupniczej zostanie pisarzem. Pokój Gałczyńskiego był mały i wąski. Mieściły się w nim tylko biurko i żelazne łóżko, spod którego wystawał przytargany skądś szyld z napisem "Akuszerka Pechowa" oraz wykonany z papier mâché dwumetrowy krokodyl. W kącie stała gitara bez strun. W rogu - lampa dorożkarska, artefakt z Zaczarowanej dorożki.
Już po wyprowadzce Gałczyńskich sąsiednie mieszkanie zajęła Wisława Szymborska z mężem Adamem Włodkiem. Z ulgą opuścili wyziębiony pokoik na poddaszu. Raz w tygodniu organizowali spotkania towarzyskie, w których uczestniczyli ich sąsiad Maciej Słomczyński z żoną Lidią Zamkow, reżyserką teatralną, Andrzej i Wanda Klominkowie, Henryk Vogler z Romą Próchnicką oraz Sławomir Mrożek i Leszek Herdegen. Inscenizowali scenki rodzajowe i przebierali się za różne postaci. Słomczyński na poczekaniu wymyślał sprośne limeryki. Układał też fraszki portretujące postaci krakowskiego środowiska literackiego. Na przykład Adama Włodka:
Chciałby wejść na Parnas Włodek,
Za wysoki pierwszy schodek.
Napisał też kilka epitafiów.
O Zygmuncie Greniu:
Tu spoczywa Zygmunt Greń,
Mały był pożytek zeń.
O Stefanie Otwinowskim:
Nie masz cię, Stefanie, między nami,
Tedy cię moja myśl nie dotknie,
Prawią: ars longa vita brevis...
Wszelako z tobą jest odwrotnie.
I Jerzym Putramencie:
Odszedł w zaziemskie krainy,
Gdy żywota nadeszła jesień.
Niechaj będą odpuszczone jego winy,
Jak ja mu odpuszczam jego Wrzesień20.
Putrament poczuł się dotknięty szyderstwem ze swojej propagandowej powieści, która właśnie została wydana, i w następnym numerze "Życia Literackiego" odpowiedział Słomczyńskiemu:
Umarł Maciek, umarł i lezy na desce,
Jakby mu zagrali, podskocyłby jesce21.
Była to aluzja do sztuki teatralnej Słomczyńskiego Hallo Freddie wyśmiewającej stosunki w amerykańskim przemyśle filmowym. We fragmentach drukował ją "Przekrój". Premierę miała w czeskiej Pradze, wystawiano ją także w Berlinie i Rostocku. Nie trafiła jednak na deski teatru w Krakowie ani w ogóle nigdzie w Polsce, choć autor otrzymał już zaliczkę. Wzorowana na amerykańskich farsach nie miała nic wspólnego z obowiązującą wówczas socrealistyczną poetyką.
Małżeństwo Słomczyńskiego i Zamkow było niezwykle malownicze. "Maciuś [...] drobny, nikły i w zasadzie flegmatyczny, wydający się czasem postacią nie tyle fizyczną, ile konstrukcją intelektualną, stworzoną z nieustającego dowcipu i paradoksu, gdyż tylko w tym stylu formułował każdą swoją najcodzienniejszą wypowiedź. Z drugiej strony Lidka, eksplodujący wulkan, barbarzyńska energia wyrażająca się choćby w rysach twarzy o wystających mongolskich kościach policzkowych i w formach zachowania się" - charakteryzował ich Vogler22. Również jej Słomczyński poświęcił fraszkę:
Chciałbym o tobie także napisać,
Kochanie moje.
Naprawdę chciałem o tobie napisać,
Ale się boję23.
W tym gronie, choć nieco później, rozegrał się głośny na Krupniczej romans pomiędzy Zamkow a Leszkiem Herdegenem, zakończony sprawą rozwodową z powództwa Słomczyńskiego.
Trójkątów miłosnych na Krupniczej było zresztą więcej. W latach sześćdziesiątych aktor Jan Adamski, mąż poetki Anny Świrszczyńskiej, zakochał się w Halinie Poświatowskiej. Był gotów się dla niej rozwieść, jednak żona zagroziła samobójstwem. Adamski wyjechał do Rzeszowa, gdzie dostał pracę w teatrze. Świrszczyńska z córką zostały na Krupniczej. Romans aktora i Haliny Poświatowskiej trwał do jej śmierci w 1967 roku.
Wcześniej Poświatowska kochała się w poecie i prozaiku Tadeuszu Nowaku. To on zakończył ich związek, co poetka bardzo przeżyła. W 1971 roku Tadeusz Nowak poślubił Zofię Iwańską, którą poznał na swoim wieczorze autorskim w ramach śród literackich. Wesele odbyło się w stołówce na Krupniczej. Kilka lat po śmierci pisarza - zmarł w 1991 roku - z wdową po nim związał się inny mieszkaniec Krupniczej, Stanisław Balbus. Z Domu Literatów wyprowadzili się dopiero w 2004 roku.
Adam Włodek był niski, z nadwagą i "obfitą czupryną z mołojeckim lokiem" - jak opisywał go Sławomir Mrożek24. Kiedy poeta mieszkał jeszcze sam, miał oryginalny zwyczaj chodzenia po mieszkaniu nago w największe upały. Zamiast śniadania gotował sobie wielki garnek kawy z cykorii, a jadał w pobliskim barze mlecznym. Nie rozstawał się z chlebakiem wypchanym książkami, znał wszystkich krakowskich księgarzy i antykwariuszy. Sam Mrożek dołączył do grona mieszkańców literackiej komuny w 1952 roku. Zamieszkał w oficynie na czwartym, ostatnim piętrze, w pokoju o wymiarach pięć metrów na trzy, w którym z trudem zmieściły się łóżko, szafa, fotel, jedno krzesło i stół, za węgłem znajdowała się też malutka umywalka. W przedpokoju, dzielonym z lokatorem mieszkania obok, stały skrzynki na węgiel. Sąsiadem Mrożka był Tadeusz Nowak, a potem Stanisław Czycz, który mówił o dramaturgu "ten skąpy skurwysyn"25. Mrożek chował się przed nim przekonany, że Czycz wiecznie chce od niego pożyczać pieniądze.
Od lewej: Tadeusz Nowak, Adam Włodek, Tadeusz Śliwiak przed Domem Literatów w Krakowie, 1952
Biblioteka Jagiellońska, przyb. 66/01, spuścizna po Adamie Włodku, dar Wisławy Szymborskiej
W 1952 roku Mrożek za namową Włodka wstąpił do partii. I nawiązał bliższe kontakty z Podstawową Organizacją Partyjną krakowskiego oddziału ZLP. Zebrania POP odbywały się wieczorami w gabinecie prezesa Otwinowskiego i przebiegały wedle stałego rytuału. Na początek sprawdzano obecność, potem, po omówieniu spraw administracyjnych, któryś z członków wygłaszał referat niedotyczący bynajmniej literatury, tylko sytuacji politycznej - wewnętrznej lub międzynarodowej. Na zakończenie śpiewano Międzynarodówkę.
Większość pozostałych nasiadówek odbywała się w stołówce, która popołudniami pełniła też funkcję świetlicy i klubu. Zmieścił się w niej nawet rozstrojony fortepian. Stoły były ciężkie, masywne, a krzesła miały wysokie oparcia, trochę przypominające kratkę konfesjonału. Stołówkę prowadziły żony pisarzy - Jadwiga Wyka, Ewa Otwinowska, Zofia Brezowa i Maria Brandysowa. Trzy pierwsze zajmowały się gotowaniem, Brandysowa obsługiwała stołowników. Po pewnym czasie okazało się, że koledzy pisarze, którzy dostawali obiady "na kreskę", nie spłacają długów, więc nad stołówką zawisło widmo bankructwa. Z kłopotów wyciągnęła lokal Helena Jaźwińska, zwana Leną, żona krytyka literackiego i publicysty Mirosława Starosta. "Dzierżyła twardą ręką finanse i bez zmrużenia oka upominała się o spłaty. Nie zwracała uwagi na nobilitowane w literaturze nazwiska, na żadne przysięgi i obietnice. Kto nie dotrzymywał terminów uiszczania należności, przestawał korzystać z kredytu, a jego rachunki wędrowały do zarządu" - wspominał Tadeusz Kwiatkowski26. Stołówkowe konflikty przenosiły się na zebrania oddziału, ale kres rządom Jaźwińskiej położył dopiero alkohol. Lokal nie otrzymał koncesji na jego sprzedaż, więc pisarze przynosili własny lub kupowali "spod lady". Okazało się, że władze w tym przypadku traktowały sprawę poważnie i zarząd oddziału został zmuszony do wypowiedzenia Jaźwińskiej umowy.
Tadeusz Kwiatkowski z Kazimierzem Wyką ułożyli kiedyś menu obiadów literackich. Czego tam nie było! Bulion Ważykowy, rosół z Jastruna, czerwona Polewka, Fijasy kraszone, Pigoń w sosie, Brezy w śmietanie, Kisiel katolicki, Zechenter głowiasty - wszystko można było popić cherry Brandys lub wytrawnym Morstinem27. Codzienność była jednak szara i biedna. Nieśmiertelny mielony z buraczkami lub marchewką, wodniste leniwe i ciepły kompot, w którym pływała jedna śliwka i dwie pestki. Konstanty Ildefons Gałczyński na pytanie profesora Witolda Taszyckiego, językoznawcy mieszkającego w pobliżu i jadającego obiady na Krupniczej, jaka dziś zupa, odpowiedział kiedyś: "Chujowa"28. A Maria Zagórska wiele lat po wyprowadzce pytała Wisławę Szymborską, która stołowała się tam dłużej, czy nadal gotują bigos na skarpetkach.
Sławomir Mrożek napisał, że oficynę naprzeciwko jego pokoju zamieszkiwał "plebs nieliteracki". Co sobota odbywały się tam głośne libacje, którym przewodniczyła Lola, "brzydka jak noc karlica posiadająca dużo wdzięku [...]. Żyła z konwencjonalnym złodziejem, o wiele młodszym od niej, podejrzanie przystojnym i pełnym wątpliwych manier"29.
Karolina Surówka, zwana Lolą, w literackiej komunie pełniła rozmaite funkcje. Była gońcem, paliła literatom w piecach, przynosiła alkohol z meliny lub własny - spirytus zmieszany z sokiem owocowym - a w końcu została szatniarką. Potrafiła być zarazem wścibska i życzliwa, o lokatorach "kamienicy literatów" ta prosta kobieta wiedziała wszystko, choć nie czytała ich książek. Na Krupniczej mieszkała najdłużej, od 1945 roku do swojej śmierci w lipcu 2000 roku. Kiedy w 1969 roku przechodziła na emeryturę, prezes Otwinowski wystawił jej laurkę, mówiąc, że była taką pracownicą, "co w niektórych razach i jego zastępowała"30. Największym apologetą, wręcz twórcą mitu pani Loli był poeta Bronisław Maj, który mieszkał na Krupniczej na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Napisał scenariusz do poświęconego jej filmu w reżyserii Henryka Urbanka, przez lata wcielał się w jej postać na rozmaitych spotkaniach towarzyskich i benefisach, opowiadając jej głosem zabawne historie ku uciesze publiczności, prowadził też w radiu RMF audycję Spółdzielnia Usług Literackich "Szatnia".
Głos Bronisława Maja rzeczywiście do złudzenia przypomina głos Karoliny Surówki. Kiedy ojciec Paweł Trzopek, dominikanin, dyrektor biblioteki École biblique et archéologique française de Jérusalem, słuchając jego nagrań, zamknie oczy, niemal ją widzi. Karolina Surówka, rocznik 1907, była starszą siostrą jego dziadka.
Pochodzili z licznej rodziny z Rajska, wsi pod Krakowem, obecnie części miasta. Ich rodzice zmarli jedno po drugim w czasie epidemii tyfusu w latach I wojny światowej. Gdy najstarsza siostra poszła na służbę, Lola musiała zająć się czwórką młodszego rodzeństwa, choć sama była dzieckiem. Po pewnym czasie wójt Rajska umieścił młodsze dzieci u rodziny, a Lola pojechała do Krakowa do pracy. Miała piętnaście lat. Znalazła zatrudnienie w fabryce czekolady. Przez kolejne lata czuła się odpowiedzialna za rodzeństwo.
Kiedy wybuchła wojna, nadal była panną, miała trzydzieści dwa lata i była w ciąży. Ojciec dziecka najpierw się go wyparł, a potem zmienił zdanie, gotów był nawet się żenić. Ale wtedy Karolina podjęła heroiczną decyzję, że dziecko wychowa sama. Oraz że nigdy nie wyjdzie za mąż. Chłopiec żył zaledwie kilka miesięcy. Przez resztę życia Karolina pozostała samotna, nie miała też więcej dzieci.
Jak spędziła lata wojny i w jaki sposób znalazła się na Krupniczej już w 1945 roku? Czy znała kogoś wysoko postawionego, czy zdecydował przypadek? Jeśli tak, to szczęśliwy, gdyż jakikolwiek dach nad głową był w tym czasie na wagę złota. Była samotną prostą kobietą, która skończyła cztery klasy szkoły powszechnej i trafiła do zupełnie innego świata. Lubiła się bawić, korzystać z życia, na ile to było możliwe. Nie raz i nie dwa z sąsiadami - dozorczynią Janiną Ficek i jej mężem - schodzili na podwórze i rozpalali ognisko, przy którym biesiadowali do nocy. Trzymali się razem. W niedziele wybierali się na Błonia albo do Lasku Wolskiego. W rodzinie opowiadano, że w tych pierwszych latach Karolina związała się poważnie z którymś z mieszkańców Krupniczej. Padało nazwisko Tadeusza Różewicza.
Karolina mieszkała w jednym małym pokoju. Wchodziło się do niego po krętych żelaznych schodach. Był bardzo wysoki i być może dlatego trudno było go ogrzać, bo niezależnie od pory roku zawsze panował tam chłód. W pokoju znajdowały się tylko najpotrzebniejsze sprzęty: łóżko, stół, krzesło. W małej ubikacji mieścił się zlew i sedes przykryty czarną ebonitową deską. Żeby skorzystać z wanny, Karolina co jakiś czas przychodziła do brata.
Karolina Surówka (znana jako pani Lola), słynna szatniarka z Krupniczej 22, w miejscu pracy, 1990
Fot. Kadr z filmu Pani Lola, reż. B. Maj, H. Urbanek.
- To były zwyczajne bloki z lat pięćdziesiątych, ale mieszkaliśmy o niebo lepiej niż ona - opowiada ojciec Paweł.
Jego dziadek Tadeusz był murarzem. Podobnie jak Lola miał pewne związki z literaturą, bo przed wojną pracował przy budowie Muzeum Narodowego i Biblioteki Uniwersyteckiej, czym lubił się chwalić. Jak mógł pomagał siostrze. Czasem wnosił jej węgiel po schodach, bo w jej pokoju paliło się w piecu.
Gdy kilkuletni Paweł odwiedzał ciocię, siadywał z nią w szatni. Tam zresztą najłatwiej było ją zastać i było to ciekawsze niż przebywanie w jej wyziębionej klitce. Rozpierała go duma, kiedy przychodzili "literaci", a on brał od nich numerki i podawał im płaszcze. Nie rozumiał tego dziwnego słowa "literat", bo literatkami nazywano wtedy szklanki, ale czuł, że przebywa w jakimś innym, tajemniczym świecie.
Po raz ostatni widział się z ciocią w czasie uroczystości złożenia zakonnych ślubów wieczystych w 1998 roku, dwa lata przed jej śmiercią. Na fotografii widać uśmiechniętą, trochę zasuszoną staruszkę o wciąż żywych i ciekawych oczach.
- Pamiętam ją jako ciepłą i troskliwą osobę. Nigdy nie przyjeżdżała z pustymi rękami. Do dziś czuję smak landrynek w kształcie cząstek pomarańczy - wspomina Zofia Lis, prawnuczka Elżbiety, starszej siostry Karoliny.
Pewnie wtedy, w ostatnich latach jej życia, o dawnych mieszkańcach kamienicy próbowały z nią rozmawiać dziennikarki Anna Bikont i Joanna Szczęsna, ale Lola niewiele już pamiętała. Do końca chciała mieszkać samodzielnie w swoim małym pokoiku, nie przeszkadzając nikomu i nie robiąc kłopotu. Mimo pomocy rodziny nie było to już możliwe. Trafiła do domu pomocy społecznej.
Słynna szatniarka z Domu Literatów została pochowana na cmentarzu Batowickim. Od niebieskiej kaplicy alejką w lewo. Kwatera 111, rząd 11, miejsce 9. Rodzina opłaciła grób na kolejne dwadzieścia lat31.
Wielu mieszkańców Krupniczej wyprowadziło się z Krakowa przy pierwszej okazji: do Szczecina, Łodzi, Warszawy. "Nigdy nie zapomnę tych wspaniałych pierwszych dni krakowskich, gdy z marcowym powietrzem wdychałem wolność. Każdy niemal dźwigał w teczce jakieś ocalałe rękopisy i biegł do redakcji "Odrodzenia" lub "Dziennika Polskiego",gdzie drzwi zamykały się wówczas naprawdę rzadko. Gnani przemożną potrzebą dyskusji - o Polsce, o literaturze, o przyszłości świata - długo błądziliśmy po ulicach krakowskich, przystając co krok, zdumieni i zachwyceni coraz to nowym szczegółem ich cudownej, niewarszawskiej urody" - wspominał Kazimierz Brandys32. Jego drukowane w "Odrodzeniu" teksty nosił do składu w Drukarni Narodowej przybysz z Wilna i student polonistyki UJ Tadeusz Konwicki, który niedługo też wyjedzie do stolicy i zostanie młodszym kolegą Brandysa z warszawskiego oddziału ZLP oraz towarzyszem z organizacji partyjnej.
Kamienica przy Krupniczej przez dziesięciolecia stanowiła centrum życia literackiego w Krakowie. Nawet ci, którzy w niej nie mieszkali, chodzili tam na zebrania. Pod koniec stycznia 1953 roku w stołówce odbyło się bodaj najbardziej ponure ze wszystkich, podczas którego pięćdziesięcioro troje członków krakowskiego ZLP podpisało rezolucję w sprawie tak zwanego procesu kurii krakowskiej. 27 stycznia sąd pod przewodnictwem sędziego Mieczysława Widaja skazał siedem osób oskarżonych o szpiegostwo, w tym czterech księży, na karę śmierci (wyroków nie wykonano), dożywocia i długoletnie więzienie. Sygnatariusze potępili "tych dostojników z wyższej hierarchii kościelnej, którzy sprzyjali knowaniom antypolskim i okazywali zdrajcom pomoc oraz niszczyli cenne zabytki kulturalne", a także zobowiązali się "w twórczości swojej jeszcze bardziej bojowo i wnikliwiej niż dotychczas podejmować aktualne problemy walki o socjalizm i ostrzej piętnować wrogów narodu - dla dobra Polski silnej i sprawiedliwej"33. Pod listem nie ma jedynie podpisów Stefana Kisielewskiego, Jana Józefa Szczepańskiego i Stanisława Lema.
Ale w stołówce odbywały się nie tylko zebrania i imprezy literackie - w 1961 roku występowała tam także Piwnica pod Baranami, kiedy władze na pewien czas zamknęły siedzibę kabaretu. Organizowano tu również jubileusze, zabawy sylwestrowe, wesela, a nawet chrzciny. Przyjęcie z tej okazji urządzili w 1946 roku Tadeusz Kwiatkowski i Halina Królikiewicz. Ich córce Monice sakramentu udzielił młody wikary Karol Wojtyła, szkolny kolega pani Haliny.
Podczas wizyt w Krakowie bywali tu liczni zagraniczni goście, w tym Bertolt Brecht, Simone de Beauvoir z Jeanem-Paulem Sartre'em, John Steinbeck, a w 1981 roku Czesław Miłosz. Chętnych na spotkanie z Miłoszem było tak wielu, że część stała na zewnątrz.
Nie zmienia to jednak faktu, że nieremontowana od czasów wojny (poza stołówką) kamienica była w coraz gorszym stanie. Janusz Anderman, w latach siedemdziesiątych kierownik działu literackiego "Studenta", czekał, aż z przydzielonego mu mieszkania wyprowadzą się dotychczasowi lokatorzy: Wiesław Paweł Szymański i Stanisław Stanuch, pomieszkując w zagrzybionym pokoju na parterze. Pomiędzy starymi meblami można się tam było poruszać tylko po wąskich ścieżkach. "Jedna wiodła do lodowatego pieca [...]; druga prowadziła do drzwi, a trzecia pod stół, pod którym spałem; gdy mrozy zelżały, przeniosłem posłanie wyżej, na blat"34. Ostatecznie pisarz nie zamieszkał w przyznanym mu lokum na Krupniczej. Po wyprowadzce lokatorów wymagało kapitalnego remontu, który się przeciągał, a kiedy wszystko było gotowe, zajął je kierownik biura Związku Literatów. Wtedy Anderman przeprowadził się do Warszawy.
W połowie lat siedemdziesiątych ZLP przeniósł się na ulicę Kanoniczą 7. Na Krupniczej pozostała dawna stołówka, zwana już Klubem Literatów. W latach dziewięćdziesiątych było już bardzo źle. Administratorem kamienicy został jeden ze spadkobierców przedwojennego właściciela. Ze względu na fatalny stan instalacji trzeba było odciąć dopływ gazu. Mieszkańcy zaczęli więc używać kuchenek elektrycznych, co doprowadzało do przeciążenia instalacji i zwarć, w kamienicy czasem nie było więc światła. Na przełomie wieków pojawił się pomysł stworzenia w tym miejscu Muzeum Literatury i władze Krakowa podjęły próbę wykupu kamienicy. Z planów nic jednak nie wyszło.
Po 1989 roku nowo powstałe Stowarzyszenie Pisarzy Polskich przejęło dotychczasową siedzibę ZLP na Kanoniczej, a Związek musiał wrócić na Krupniczą. Zajął dwa pokoje w lokalu numer 10 w oficynie. Nadal opiniował ostatnie przydziały mieszkań, a częściej - zamianę na trochę lepsze. Decyzje podejmowano jednak w Wydziale Kultury Urzędu Miasta.
Do śmierci w 1997 roku na Krupniczej mieszkała Aniela Kott, siostra Jana, do 1998 roku wdowa po zmarłym w 1991 roku Jerzym Lovellu oraz ich syn, a także wdowa po Janie Bolesławie Ożogu z synem. W 2022 roku nadal mieszka tu Zofia Staich, wdowa po poecie Tadeuszu Staichu. Oraz Ryszard Sadaj, na początku lat dziewięćdziesiątych prezes krakowskiego oddziału ZLP, z rodziną. Przede wszystkim jednak w trzech pokojach pod 18 mieszka z żoną i córkami urodzony w tej kamienicy w 1945 roku Jan Polewka, malarz, scenograf i reżyser, syn Adama Polewki, ten, który kiedyś grywał tam na podwórku w piłkę, porzucony i pozostawiony sam sobie "w obliczu drapieżnej reprywatyzacyjnej rzeczywistości", jak napisał w wydanej niedawno książce Dom pod wiecznym piórem35.
Krakowski Związek Literatów ostatecznie wyprowadził się z Krupniczej w latach dziewięćdziesiątych. Najpierw na Kazimierz, na ulicę Szeroką, a potem do Klubu Dziennikarzy "Pod Gruszką" przy ulicy Szczepańskiej, tuż przy Rynku. W miejscu dawnego Klubu Literatów powstała restauracja. A potem kolejna. Specjalizowała się w daniach wegetariańskich i wegańskich. Jakiś czas temu została zamknięta.