Prolog
AUSCHWITZ-BIRKENAU
GRUDZIEŃ 1943
ESTERA
To cud. Każdy poród, przy którym asystowała, wydawał się jej magiczny,
ale dopiero przy własnym dziecku w pełni pojęła ten cud. Jak to możliwe,
że stworzyła tę perfekcyjną miniaturową osóbkę? Jak jej wyniszczonemu
ciału udało się wydać na świat tę drobną istotkę? Jak wyprodukowała
mleko, by ją nakarmić? I jak, na litość boską, udaje się jej czynić to
nadal tutaj, w tym piekle?
Auschwitz-Birkenau nie jest miejscem dla dziecka, ale żadnej matce nie
powinno się go odbierać.
-?Muszę ją ukryć -?powtarza raz po raz, lecz wśród nagich drewnianych
pryczy trudno o kryjówkę.
W Auschwitz-Birkenau nie ma dywanów, poduszek, krzeseł. Każda kobieta ma
tylko pasiak na grzbiecie, każdy siennik jest wypchany raptem garstką
słomy, każdy koc jest tak cienki, że nie ogrzeje zziębniętej kończyny.
Estera zdołała utrzymać niemowlę przy życiu przez te dwa cenne dni tylko
dzięki życzliwości innych kobiet, odstępujących jej własne racje
żywnościowe, bez których same ledwo mogą przeżyć. Nawet gdyby ukryła
dziecko w najgłębszych zakamarkach baraków, i tak byłoby skazane na
śmierć.
Gładzi puszek na głowie śpiącej Fifi. Jest jasny. To też cud. Lubią
jasnowłose dzieci. Oni, naziści. Wie, że odbiorą jej córkę, przekażą
"zdrowej, porządnej Niemce" i dzięki temu Fifi przeżyje. Dzięki temu
będzie bezpieczna.
Ale Estera ją straci.
Czy koniec końców lepiej, żeby dziecko umarło razem z tobą, czy by żyło
bez ciebie?
Obóz stawia przed tobą pytania, na które nie sposób odpowiedzieć. Estera
wielokrotnie widziała tę udrękę innych kobiet, teraz jednak wwierca się
ona podstępnie w jej własne wciąż pulsujące łono, jakby ktoś wbijał w nie zatruty sztylet. Choć Fifi już tam nie ma, jej istota jest obecna w każdej komórce ciała, a kiedy odbiorą córkę, pozostanie krwawiąca,
otwarta rana.
A odbiorą ją na pewno. Estera nie zdoła ukryć Fifi przed
wszechwiedzącym, wszechwidzącym i wszechnienawidzącym okiem narodowego
socjalizmu, choć jest coś, co może zrobić.
-?Musimy ją oznakować.
Sięga po igłę. Nie wolno tatuować ramion żydowskich dzieci, ale Estera
może wyryć własny numer pod pachą Fifi, ukrywając go w fałdkach
niemowlęcej skóry. Pewnego dnia, gdy skończy się to ponure szaleństwo,
być może ją odnajdzie. Dość płonna to nadzieja, niemniej może wystarczy
do przetrwania tego okrutnego momentu, gdy ukradną jej najdroższą
istotę.
Chwyta za igłę, wkłuwa tusz pod skórę. Oczy niemowlęcia błyskawicznie
się otwierają pod wpływem nagłego bólu, dziewczynka wydaje okrzyk
skargi, ale później już nie protestuje. Może jest na to za słaba, a może
jakoś rozumie.
-?No już, już -?uspokaja Estera. -?Zaraz kończę. Warto pocierpieć. W ten
sposób staniesz się naprawdę moja.
Czy na pewno? Przez dwa kolejne dni nie wypuszcza Fifi z ramion.
-?Kocham cię -?powtarza w kółko. -?Kocham cię teraz i będę zawsze cię
kochać, i nigdy nie przestanę cię szukać.
Fifi mruga do niej niebieskimi oczami.
Czwartego dnia od progu baraku dochodzi okrzyk:
-?Samochód! Przyjechał samochód.
A więc już są. Zjawili się. Esterę przeszywa ból nieuchronnej straty,
kobieta przytula dziecko do piersi, pocałunkiem zamyka mu powieki, żeby
nie widziało, jak jego własna matka przekazuje je w zachłanne ręce
wroga.
-?Przepraszam, Fifi -?mówi Estera z płaczem. -?Bardzo, bardzo
przepraszam.
Otwór drzwiowy przesłaniają ciemne mundury z zygzakowatymi emblematami.
Wypielęgnowane dłonie wysuwają się z rękawów doskonale skrojonego
płaszcza i chwytają dziecko niczym drapieżny ptak porywający szponami
ofiarę.
-?Nie zróbcie jej krzywdy -?błaga.
-?Dlaczego mielibyśmy ją krzywdzić? -?pyta mężczyzna, uśmiechając się
szyderczo. -?To porządna córka Rzeszy.
Okrutny rechot, stukot ciepłych wojskowych butów i już ich nie ma.
Estera osuwa się na podłogę i czeka. Ból jest intensywny, lecz mimo
wszystko ciało nie broczy krwią. Byłby to zbytek łaski. Zamiast tego
wszystkie komórki zbijają się w twarde gruzły zaciekłej determinacji.
Nie pozwoli, by uszło im to płazem; nie pozwoli im być górą.
W sumie lepiej, żeby dziecko żyło. Nadzieja boli najbardziej, lecz
również daje wielką siłę. Odnalezienie córeczki staje się dla Estery
celem, wyzwaniem, motorem. Odnalezienie dziecka nadaje sens walce o przetrwanie pośród brudu, zimna i strachu Auschwitz.
Rozdział 1
STALINSTADT, NIEMCY WSCHODNIE
CZWARTEK, 18 MAJA 1961
OLIVIA
Nie zbudziło jej ani walenie do drzwi, ani męski głos, opanowany, lecz
podszyty wyraźnie wyczuwalnym napięciem i nieznoszący sprzeciwu, ani
stanowcza reakcja matki. Dopiero niepokój ojca wkradł się w jej sen i wyciągnął ją z łóżka. Był człowiekiem łagodnym i pokojowym, a tym razem
wydawał się rozgniewany.
-?Idę z nią albo ona tu zostaje.
-?Mężczyzn tam nie wpuszczają -?padła szorstka odpowiedź.
Z gwałtownie bijącym sercem Olivia sięgnęła po szlafrok, lecz zaraz
zmieniła zdanie; nie staje się przed Stasi w nocnej bieliźnie. Wzięła z krzesła rzucone tam wczoraj niedbale ubranie. Matka byłaby zła, gdyby to
widziała -?miała bzika na punkcie porządku -?ale Olivia nie miała siły
go składać i chować do szuflad. Zadowolona, że tego nie zrobiła,
wciągnęła na siebie niebieską bluzkę i czarną spódnicę Freie Deutsche
Jugend -?Wolnej Młodzieży Niemieckiej -?nie zawracając sobie głowy
wełnianymi rajstopami ani niebiesko-białą chustą.
Na dole wciąż trwała rozmowa, jednak mężczyźnie wyraźnie kończyła się
cierpliwość. Olivia szybko otworzyła drzwi pokoju. W korytarzu zastała
rodziców ramię w ramię przed krępym człowiekiem w ciężkim płaszczu,
stojącym w progu ich mieszkania na szeroko rozstawionych nogach, jakby
był u siebie.
-?Stasi to tarcza i miecz partii -?mruknęła Olivia pod nosem. Tego
uczyli ich w szkole. -?Jeśli jest się dobrym socjalistą, nie ma się
czego obawiać ze strony Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego. -?Do
tej pory w to wierzyła, jednak widząc oficera w korytarzu w samym środku
nocy, nie mogła odepchnąć nieproszonego strachu, który wsączał się w żyły.
-?Żona będzie zupełnie bezpieczna... proszę pana -?oznajmił oficer.
"Proszę pana" dodał po namyśle, jakby te słowa miały być jakąś
gwarancją.
Matka Olivii, Estera, podniosła wzrok na męża. Wyprasowany strój
pielęgniarki aż raził bielą w świetle ukośnie wpadającego przez okno
blasku księżyca. Wyglądała niemal jak duch.
-?To tylko poród, Filipie. Zwykłej kobiety.
-?Więźniarki, meine liebling -?zauważył. -?Może być niebezpieczna.
-?I dlatego jest pod pełną strażą -?warknął oficer Stasi.
Zaczynał się złościć, to zaś rzeczywiście było niebezpieczne, o czym
Olivia dobrze wiedziała.
-?To ja pójdę.
Wszyscy się obejrzeli. Czuła się obnażona i pożałowała, że nie
poświęciła kilku chwil na włożenie rajstop. Podeszła szybkim krokiem,
zerkając na drzwi pokoju młodszych braci, by sprawdzić, czy ich nie
obudziła. -?Pójdę z Mutti.
-?Nie musisz, kindchen -?rzekła Estera.
-?Nie muszę, ale pójdę. Bo chcę.
-?W porządku -?rzekł oficer. -?Chodźmy. Nie ma czasu do stracenia. Kiedy
wychodziłem, darła się wniebogłosy.
Estera pozwoliła sobie na uśmieszek.
-?Tak to już jest.
Żołądek Olivii nadal skręcał się ze strachu, uspokoiło ją jednak
opanowanie matki. Wsunęła bose stopy w szkolne obuwie. Mężczyzna
spojrzał na bluzkę FDJ i skinąwszy z aprobatą głową, wziął od Filipa
płaszcz i pomógł jej go włożyć.
-?Dziękuję.
-?Uważajcie na siebie -?rzucił Filip, całując obie na pożegnanie.
Wciąż wydawał się zaniepokojony, Olivia natomiast poczuła się teraz
pewniej. Nic im nie grozi, po prostu pomagają państwu i tak należy
postępować; narastająca ekscytacja wzięła górę nad lękiem. Asystowała
już z matką przy porodach, parę razy nawet w nocy, ale nigdy nie
towarzyszyła temu taka dramaturgia. Oj, będzie co opowiadać jutro w szkole!
Wysoko na niebie nad Stalinstadt księżyc rzucał srebrzysty blask na
nowe, idealne socjalistyczne miasto. Symetryczne rzędy bloków
mieszkalnych wyróżniały się solidnymi bryłami, dym ze stalowni, dla
której obsługi wybudowano osiedle, wił się w górę, jakby przyciągany
księżycowym światłem. Dwie żółte plamy samochodowych reflektorów
oświetlały ustawiony przed ich blokiem pomnik przyjaźni
niemiecko-sowieckiej i Olivia odruchowo zasalutowała, ale gdy ujrzała
czekającą furgonetkę, znów struchlało jej serce.
-?Proszę wsiadać.
Oficer otworzył szare drzwi. Olivia się cofnęła. Wszyscy znali te
pojazdy i nikt nie chciał się w nich znaleźć.
-?Nie...
-?Wsiadać!
Mężczyzna dosłownie wepchnął je do ciasnego wnętrza.
-?Czy my...? -?wyjąkała, lecz przerwało jej trzaśnięcie drzwiami.
-?Nic nam nie grozi -?powiedziała cicho matka. -?Usiądź i postaraj się
nie martwić.
Furgonetka była podzielona na pięć mikroskopijnych cel, w każdej twarda
ławka i uchwyt na kajdanki. Na szczęście nie były zamknięte, widziała
więc matkę siedzącą w jednej z nich, wyprostowaną, ze starannie
złączonymi stopami i torbą medyczną na kolanach. Z łomoczącym sercem
Olivia próbowała usadowić się w sąsiedniej, ale przerastając matkę
niemal o głowę, ledwo się tam mieściła. Była "grubokoścista" -?wielka
kukułka w gnieździe drobniutkiego wróbla -?ale dzięki temu mogła
przynajmniej przytrzymywać nogami otwarte drzwi i mieć matkę w zasięgu
wzroku.
-?Dokąd jedziemy? -?zapytała.
-?Wkrótce się dowiemy, kochana.
Dziewczyna niechętnie skinęła głową. Nikt w Niemczech Wschodnich nie
wiedział więcej, niż potrzeba. Tak było najlepiej. Państwo miało
wszystko pod kontrolą, a zadanie jednostki polegało na wypełnianiu
narzuconych zadań. "Wszyscy jesteśmy -?przypominała sobie Olivia -
elementami wielkiej układanki życia społecznego. Będzie działać, jeśli
wpasujemy się w przeznaczone nam miejsce". Tak czy inaczej byłoby miło
wiedzieć, czy spędzą w tej budzącej grozę furgonetce ileś minut, godzin
czy...
-?Oj!
Wyrwał się jej cichy okrzyk, samochód gwałtownie bowiem zahamował i stanął. Usłyszały szczęk otwieranej bramy, auto szarpnęło i ruszyło
naprzód, po czym brama się zamknęła.
Estera wzięła Olivię za rękę.
-?Nic nam nie grozi -?powtórzyła.
Olivii trudno było w to uwierzyć, ponieważ wypchnięto je z samochodu do
pustego białego garażu, a następnie prowadzono wąskim, jaskrawo
oświetlonym korytarzem więzienia Stasi. Po obu stronach biegły rzędy
ciężkich metalowych drzwi z wielkimi zamkami i grubymi kratami w małych
okienkach.
-?Nie patrz -?szepnęła Estera.
Olivia nie mogła oprzeć się pokusie. Migały jej przed oczami postaci
mężczyzn i kobiet, w większości zwinięte w pozycji embrionalnej na
wąskich, twardych pryczach pozbawionych nawet koca. Oficer je popędzał,
zapuszczali się coraz głębiej w ten budzący przestrach budynek, a Olivia
musiała przywołać całe zaufanie żywione do matki, by dalej podążać za
nią do piekła.
-?To tu! -?Oficer podniósł rękę, gdy do korytarza przeniknął słaby
odgłos wycia. -?Tylko posłuchajcie. Czy trzeba robić aż taki cyrk?
-?Zaraz się przekonamy -?odparła Estera. -?Mogą być komplikacje.
Oficer się wzdrygnął. Zatrzymawszy się pod żelaznymi drzwiami,
trzykrotnie zastukał. Otworzyła mu kobieta w szarozielonym mundurze
Volkspolizei, z bolesnym grymasem na twarzy.
-?Położna -?przedstawił oficer i lekko pchnął Esterę do środka.
-?Nareszcie! -?Vopo, tak bowiem powszechnie nazywano Volkspolizei,
chwyciła Esterę za ramię. -?Ona ma jakiś problem, na pewno.
Olivia weszła za matką do ciasnego pomieszczenia i o mało nie krzyknęła
z przerażenia. Więźniarka była chuda, z pewnością niewiele starsza od
siedemnastoletniej Olivii, wyglądała jak cień kobiety z ogromnym
brzuchem i krótko ostrzyżonymi, zdumiewająco zielonymi włosami. Wiła się
z bólu, szarpała kajdankami, którymi była przykuta do rury, jakby
chciała wspiąć się na nagą ścianę.
-?Zdecydowanie ma problem -?zgodziła się Estera, podchodząc energicznym
krokiem. -?Ta biedaczka musi mieć swobodę ruchów.
-?Wykluczone -?odparła vopo. -?Nie wolno jej rozkuć. Może być
niebezpieczna.
-?A czy na taką wygląda?
-?No... nie...
Vopo zerknęła na drzwi, ale oficera już tam nie było. Gdy minął skurcz i rodząca osunęła się po ścianie na podłogę, usłyszały oddalający się
korytarzem stukot jego eleganckich butów.
-?Wygląda pani na kompetentną kobietę -?stwierdziła rzeczowo Estera -?a moja córka ma krzepę. Poradzimy sobie.
Vopo przeniosła wzrok z Olivii na więźniarkę.
-?No dobrze, ale jeśli zrobi się z tego problem, to na pani
odpowiedzialność.
-?Oczywiście.
Vopo rozkuła kajdanki, młoda kobieta upadła na ziemię. Estera do niej
podeszła, dając Olivii znak, by pomogła zaprowadzić rodzącą na
prymitywną pryczę.
Nagle kobieta otworzyła oczy i skołowana zapytała:
-?Czy ja umarłam?
Estera się do niej uśmiechnęła.
-?Wprost przeciwnie, moja droga, wkrótce urodzisz dziecko. Jak ci na
imię?
-?Claudia.
-?No, Claudio, chwilkę odpocznijmy, a potem... Och, zdaje się, że mamy
kolejny skurcz. -?Claudia skręcała się z bólu, ale Estera mocno ją
przytrzymała i zajrzała głęboko w jej przerażone oczy. -?Oddychaj,
Claudio, o, w ten sposób: wdech przez nos, wydech przez usta. Dobrze.
Zsynchronizuj oddech z bólem, moja droga. Twoje ciało otwiera się, żeby
uwolnić dziecko. Oddychaj, o, właśnie tak, doskonale.
Olivia się odsunęła, starając się powstrzymać głupie łzy, gdy widziała,
jak matka działa cuda, bo Claudia po kolejnym skurczu rozluźniła się na
pryczy.
-?Wspaniale -?rzuciła lekkim tonem Estera. -?Zobaczmy, na jakim jesteśmy
etapie, dobrze? Och, znakomicie, Claudio, już bardzo blisko. Dlatego tak
boli; dzidziuś szykuje się do wyjścia. Jeśli mnie posłuchasz, wkrótce
będzie po wszystkim i maleństwo znajdzie się w twoich ramionach.
Claudia zdobyła się na blady uśmiech.
-?Szkoda, że nie ma tu Franka.
-?To twój mąż?
Skinęła głową.
-?Miał być przy mnie. Wiem, że to niekonwencjonalne, ale sam tego
chciał, powiedział, że przecież powinien mnie wspierać, że to... -?Urwała
ze szlochem, po chwili kolejny skurcz wstrząsnął jej chudym ciałem i nie
była w stanie mówić, skupiła się na oddychaniu.
Olivia zerknęła na vopo, która wycofała się do drzwi, a potem znów na
Claudię.
-?Jak tu trafiłaś? -?zapytała szeptem.
Claudia słabym gestem wskazała włosy, pociągając za zielone końcówki.
-?Jestem wichrzycielką.
Olivię zatkało. Nieustannie przestrzegano ich przed zgubnymi skutkami
buntu przeciwko opiekuńczemu państwu, ale nigdy nie spotkała kogoś, kto
rzeczywiście się buntował.
-?Serio?
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
-?Na to wygląda. Zafarbowałam się dla zabawy. Moje ciuchy wyglądały jak
szmaty, pomyślałam więc...
Olivia zmarszczyła czoło.
-?Musiałaś też coś zbroić. Przecież...
-?Olivio! -?napomniała ostro Estera. -?To nie jest odpowiedni moment na
polityczne dyskusje.
Drgnęła.
-?Tak, mamo. Przepraszam. -?Pochyliła się bliżej. -?Ale tu jest
okropnie, dlatego...
-?Tu nie jest okropnie.
Ostry jak brzytwa ton natychmiast przywołał ją do porządku. Matka była
taka spokojna, fachowa i czuła, że Olivia czasem zapominała, przez co
przeszła.
-?Przepraszam -?powtórzyła.
Estera lekko pokręciła głową, jakby odcinała się od przeszłości, i uśmiechnęła się do córki.
-?Nie ma za co przepraszać, kochana. A teraz, proszę, przynieś wodę. I ręcznik. Jest już główka!
Olivia, zadowolona, że może uciec, pobiegła po potrzebne rzeczy, a następnie ustawiła się przy głowie Claudii. Dzieci są cudownym darem,
wiedziała o tym. Obowiązkiem każdej kobiety jest mieć ich jak najwięcej,
by zastąpiły poległych na wojnie, i kiedy nadejdzie czas, ona też
wypełni swoją powinność. Nie była tylko pewna, czy chce wiedzieć o tym
aż tyle z takim wyprzedzeniem.
Claudia wczepiła się palcami w zielone włosy i wrzeszczała, jakby ją
rozrywano, a Estera spokojnie masowała jej lędźwie i zapewniała, że
doskonale sobie radzi.
-?Jest! Claudio, dziecko jest tuż-tuż. Jeszcze tylko jedno parcie.
I nagle wraz z rykiem Claudii w celi pojawiło się nowe życie.
-?Chłopiec -?oznajmiła Estera, gdy rozległ się donośny krzyk. -
Urodziłaś chłopca, Claudio. Masz syna.
Pewnie trzymała bobasa w rękach. Olivia nieśmiało podeszła bliżej. Był
taki duży. Jak Claudia tego dokonała? Estera wyciągnęła do córki ramiona
z maleństwem.
-?Ja...? -?Rzuciła okiem na vopo, ale kobieta stała przy drzwiach i rozmawiała przez kratę w okienku.
-?Proszę cię -?ponagliła Estera. -?Muszę przeciąć pępowinę.
Włożyła noworodka w ramiona Olivii. Był trochę śliski, ale skórę miał
mięciutką, a kiedy zaczął wierzgać nóżkami, dziewczyna poczuła, jak
przepełnia ją podziw.
-?Jest śliczny.
-?Prawda? -?Estera przecięła pulsującą pępowinę i skinęła głową. -
Możesz go teraz podać jego Mutti.
Claudia podnosiła się do pozycji siedzącej, bóle wyraźnie mijały.
Przygarnęła synka i obsypała go pocałunkami.
-?Mój chłopczyk. Mój susse chłopczyk.
Dziecko stuliło usta, a gdy Claudia rozpięła bluzkę, łakomie przyssało
się do piersi. Najpierw się skrzywiła, lecz zaraz umościła się
wygodniej, pieszcząc palcami puszek na maleńkiej główce. Chłopczyk
zakwilił z zadowolenia, złapał matkę za palec i odruchowo zacisnął na
nim paluszki.
Olivia wycofała się w kąt ciasnej celi, chcąc zapewnić Claudii i dziecku
odrobinę prywatności, ale nie mogła oderwać od nich oczu.
-?U ciebie wyglądało to tak samo? -?szepnęła do matki zajętej
sprawdzaniem łożyska. Estera zadygotała, Olivia popatrzyła na nią
zaskoczona. -?To znaczy z chłopcami, z Mordym i Benem.
-?A, rozumiem. Tak. Oczywiście. Te pierwsze chwile z dzieckiem są
niezwykle cenne.
Wyglądała na wytrąconą z równowagi. Olivia przyglądała się jej z zaciekawieniem, ale Estera umknęła wzrokiem i ponownie podeszła do
pryczy.
-?Dobrze się spisałaś, Claudio.
Młoda matka oderwała wzrok od synka.
-?Dziękuję. Bardzo pani dziękuję. Bez pani nie dałabym rady.
-?Skądże! Dziecko wiedziało, co robić, prawda?
Z uśmiechem skinęła głową.
-?Dam mu na imię...
Przerwało jej trzaśnięcie drzwiami. Wszystkie jak jeden mąż spojrzały w tamtą stronę. Oficer Stasi wkroczył do celi.
-?Chłopiec -?skonstatował ze wzrokiem utkwionym w niemowlęciu. -
Doskonale. -?Wyrwał go z ramion Claudii tak szybko i zdecydowanie, że
nie zdążyła zareagować. -?Dopilnuję, aby trafił do dobrego domu.
-?Co? -?wykrztusiła młoda matka. Mężczyzna zmierzał już do wyjścia.
Zerwała się z łóżka, nie zważając na krew spływającą po chudych nogach,
i uczepiła się jego ramienia. -?Co to znaczy? Co pan robi? To moje
dziecko!
-?Już nie -?padła chłodna odpowiedź. Olivia ze zgrozą patrzyła na
oficera i noworodka przypominającego wiercący się różowy tobołek na
czarnym tle płaszcza. -?Jesteś elementem wywrotowym, zagrożeniem dla
państwa -?ciągnął. -?Komuś takiemu nie możemy powierzyć wychowania
dziecka. Trafi do porządnego, socjalistycznego domu.
-?Nie jestem wywrotowcem, przysięgam -?szlochała Claudia, osunąwszy się
na kolana. -?Zafarbowałam włosy dla zabawy. To nic nie znaczy. Należę do
FDJ, złożyłam przysięgę. Dobrze go wychowam, obiecuję.
-?Niestety, nie możemy ci zaufać. -?Oficer wzruszył ramionami, jakby
odbierał jej tabliczkę czekolady, a nie życie, które z taki trudem
wydała na świat.
-?Proszę -?płakała Claudia.
Lecz on odwrócił się do drzwi, ignorując jej cierpienie.
I wtedy wkroczyła Estera.
-?Nie -?powiedziała. Wszyscy zamarli. Choć była drobną kobietą, jej głos
wypełnił całą celę. -?Nie może pan tego zrobić. Nie może pan odebrać
matce dziecka.
-?Nie? -?Zmrużył oczy.
-?To okrucieństwo, represje. Czyli to, przeciwko czemu walczyliśmy.
-?Jak pani śnie?! -?warknął.
Estera nie przejęła się groźbą w jego głosie, całe jej ciało dygotało z emocji.
-?Już to kiedyś widziałam. Widziałam, jak wyrywano niemowlęta z matczynych ramion. Widziałam, jakie to sieje spustoszenie, jak wielki
sprawia ból. Naziści odbierali matkom dzieci. Sądziłam, że jesteśmy od
nich lepsi. Sądziłam, że socjalizm polega na wspólnym budowaniu
przyszłości. Sądziłam, że ceni rodzinę, społeczeństwo, wspólne wartości.
-?Owszem, a ta kobieta, ta wichrzycielka, nie podziela naszych wartości.
-?Ale jest matką tego chłopca. To dziecko wyszło z jej ciała.
-?Które stanowi narzędzie w rękach państwa. Nie zamierzamy być okrutni.
Zapewnimy chłopcu bezpieczeństwo i opiekę.
-?Ale nie jej opiekę.
-?Ponieważ nie jest tego warta.
-?Przecież...
-?Siostro! Wykonała siostra swoje zadanie, teraz kolej na mnie. Jeśli ta
kobieta dowiedzie swojej lojalności, może urodzić kolejne dziecko.
-?To nie to samo! -?wyrwało się z ust przepełnionej bólem Estery.
Oficer się wzdrygnął.
-?Może pani też jest wichrzycielką, siostro Pasternak?
-?Nie! -?Tym razem odezwała się Olivia. -?Moja matka jest lojalna, dobra
i uczciwa.
-?I niech tak pozostanie, w przeciwnym razie będziecie miały kolejną
okazję do oglądania tego budynku od środka.
Z tymi słowy wyszedł, zabierając ze sobą bezimienne dziecko. Estera
osunęła się razem z Claudią na podłogę i razem zapłakały.
Furgonetka wyrzuciła je przy Alte Ladenstrasse, gdy pierwsze smugi
światła padały ukośnie na Stalinstadt. Olivia wygramoliła się z pojazdu
i nigdy dotąd nie poczuła tak wielkiej ulgi na widok domu. Oficer
szorstko podziękował i błyskawicznie odjechał.
-?Przykro mi, że musiałaś to oglądać, Liv. Ale jestem ci bardzo
wdzięczna za pomoc.
-?A ja się cieszę, że nie musiałaś jechać tam sama, Mutti.
Estera gorzko się zaśmiała.
-?Widziałam gorsze miejsca, skarbie, o wiele, wiele gorsze.
Matka zawsze schodziła na ten temat. Olivia wiedziała dlaczego: kiedy
Estera była w jej wieku, została posłana "w tamto miejsce". Pobyt tam
ukształtował ją na resztę życia, tej jednak nocy ujawniło się coś
nowego, jakaś studnia bólu jeszcze głębsza niż ta znana do tej pory.
Estera smutno się uśmiechnęła.
-?Zdaje się, że nadszedł czas.
Olivii serce podskoczyło do gardła.
-?Czas na co, Mutti?
-?Czas na prawdę, całą prawdę. -?Wzięła dziewczynę za rękę i pociągnęła
na ławkę przed pomnikiem. -?Miałam zamiar zaczekać z tym do czasu twoich
osiemnastych urodzin, kindchen, ale wygląda na to, że Bóg ma inne
plany. -?Głęboko westchnęła. -?Wiesz, że urodziłaś się w "tamtym
miejscu"? Wiesz, że twoja matka umarła, że cię zabrano i że odnaleźliśmy
cię w sierocińcu i przywieźliśmy do nas do domu?
Olivia skinęła głową. Z adopcji nie robiono żadnej tajemnicy i chciała
teraz powiedzieć Esterze, jak bardzo jest wdzięczna, jak bardzo się
cieszy, że przygarnęli ją do rodziny, ale słowa uwięzły w gardle,
ponieważ po raz pierwszy zrozumiała, że nie zna całej historii.
Estera głośno przełknęła ślinę.
-?Było jeszcze jedno dziecko, zabrano je tak samo jak ciebie, tylko że
matka tamtej dziewczynki żyła. Matką... tą matką byłam ja.
Olivia poczuła, jak Estera zaciska palce wokół jej dłoni, podobnie jak
tamten chłopczyk kurczowo ściskał palec Claudii przez te krótkie chwile,
kiedy pozwolono im być razem.
-?Masz siostrę, Olivio -?ciągnęła matka łamiącym się głosem. -?Nie udało
się nam jej odnaleźć, ale ona gdzieś jest, módlmy się, by tak było.
Olivia utkwiła wzrok w Esterze; rzadko widywała u niej rozpacz, ale
teraz była ona widoczna jak na dłoni.
-?Masz córkę?
-?Drugą córkę -?sprostowała łagodnie. -?I tak, odebrano mi ją w Auschwitz-Birkenau, kiedy miała zaledwie kilka dni.
-?I nigdy jej nie odnaleźliście?
-?Nigdy.
Estera spuściła wzrok, nerwowo skubiąc wyimaginowaną nitkę wystającą z nieskazitelnego stroju akuszerki.
-?Nadal szukacie?
Przez dłuższą chwilę Estera nie odrywała oczu od dłoni, a potem nagle
spojrzała córce prosto w twarz.
-?Przestaliśmy.
-?Przestaliście szukać własnego dziecka? -?W oczach matki pojawił się
taki żal, że Olivii natychmiast zrobiło się przykro. -?To znaczy na
pewno mieliście swoje powody. Nie wątpię...
-?Przestaliśmy -?przerwała Estera. -?Mieliśmy powody. A w zasadzie jeden
główny powód. Czy postąpiliśmy słusznie? Nie wiem. To była
najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Kwestionuję ją każdego dnia, dzień
w dzień. W każdym razie zaprzestaliśmy.
Olivia otworzyła usta, chciała zapytać o powód, ale coś w przepełnionym
bólem spojrzeniu matki odwiodło ją od tego zamiaru.
-?Jutro -?obiecała Estera. -?Jutro opowiem ci więcej. A teraz spróbujmy
chociaż trochę się przespać.
Przytaknęła i dała się zaprowadzić do domu, lecz przyjemne mieszkanie
znienacka stało się mniej przytulne, łóżko nie tak bezpieczne jak
dotychczas. Leżała, patrząc, jak słońce wschodzi nad światem, po którym
gdzieś stąpała prawowita córka jej kochanych rodziców.
Rozdział 2
CAFE ADLER, BERLIN ZACHODNI
PIĄTEK, 19 MAJA 1961
KIRSTEN
-?Mogę zaproponować pączka? Mamy najlepsze w Berlinie.
Kirsten posłała młodemu mężczyźnie swój najpiękniejszy uśmiech. Spojrzał
na witrynę ze słodyczami, wyraźnie skuszony dwoma pozostałymi na paterze
pączkami.
-?Drugiego mogę sprzedać za połowę ceny, jeśli kupisz oba.
-?Wtedy będę musiał zjeść dwa -?odparł, unosząc brew.
Był uroczy. Może nie do końca w jej typie -?trochę za szczupły i za
poważny -?ale zdecydowanie uroczy.
-?Nie masz kogo poczęstować? -?spytała, zerkając spod blond grzywki i mając nadzieję, że loki, które układała rano całe wieki, nadal się
trzymają.
-?Nikogo na tyle wyjątkowego, by był wart najlepszych pączków w całym
Berlinie.
Zachichotała.
-?W takim razie będziesz musiał zjeść je sam.
-?Albo poczęstować ciebie.
Na moment stanęło jej serce. Musiał mieć dwadzieścia kilka lat,
przyszedł w towarzystwie grupki świetnie wyglądających osób z politechniki.
-?Nie wolno mi jeść podczas pracy -?odparła, wydymając usta z leciutką
kokieterią.
-?Mogę zachować je na później.
-?No cóż...
-?Przesuń się, Kirsty -?rzuciła wesoło Sasha, druga kelnerka,
przeciskając się obok niej. -?Ktoś tu musi pracować.
Po czym zdjęła z patery oba pączki. Kirsten mogła jedynie bezradnie
patrzeć, jak koleżanka podaje je starszej kobiecie z dwojgiem
marudzących dzieci uczepionych jej spódnicy.
Uroczy chłopak ostentacyjnie westchnął.
-?A więc oszczędzono nam obojgu pokusy -?skonstatował.
-?Nie byłabym taka pewna -?palnęła.
Roześmiał się, ona zaś zrobiła się czerwona jak burak. Ależ z niej
idiotka! Chłopak pochylił się nad kontuarem i powiedział:
-?I może słusznie. Mam na imię Dieter. Dieter Wohlfahrt.
-?Kirsten -?wydukała.
-?Wiem.
-?Skąd?
Wskazał na plakietkę z imieniem, więc jeszcze bardziej spiekła raka.
Weźmie ją za jakąś naiwną uczennicę... i będzie miał rację.
-?Kirsten Meyer -?dodała pospiesznie. -?Poproszę jedną markę.
-?Dziękuję. Pączki zostawimy sobie na następny raz. -?Położył monetę na
kontuarze, wziął kawę i odwrócił się w stronę przyjaciół, ale zanim
odszedł, obejrzał się i rzucił: -?A tak na marginesie, podoba mi się
twoja sukienka. Jest taka... zupełnie inna.
Nim zdążyła wymyślić odpowiedź, wrócił do hałaśliwych znajomych przy
oknie. Jakaś dziewczyna demonstracyjnie zrobiła mu miejsce na ławce we
wnęce okiennej, a on wcisnął się obok niej. Kirsten cmoknęła, zła na
siebie. Dlaczego przystojny, błyskotliwy student Dieter miałby marnować
czas na siedemnastoletnią kelnerkę szyjącą sobie własnoręcznie sukienki?
Po prostu był dla niej uprzejmy.
Siląc się na najpiękniejszy uśmiech, zaczęła obsługiwać następnego
klienta i starała się nie zerkać zbyt często na stolik pod oknem, choć
przychodziło jej to z trudem. Dziewczyna siedząca obok Dietera była
bardzo ładna, miała lśniące kasztanowe włosy i modne ciuchy. Kirsten
obserwowała ją z zazdrością, podziwiając Levisy idealnie leżące na
kształtnej sylwetce. Wiele by dała za takie dżinsy, ale to marzenie
ściętej głowy, nie mogła sobie na nie pozwolić.
Spodobała mu się sukienka, przypomniała sobie, spoglądając na materiał w czerwoną kratkę i trapezowy krój, nad którym ślęczała godzinami,
kopiując go ze zdjęć w magazynie "Twen". Była zadowolona z efektu, ale
zdawała sobie sprawę, że kiecka nie ma sklepowego sznytu ani prestiżu
takiej marki jak Levi's.
Bieda jest do bani, pomyślała z rozdrażnieniem, lecz zaraz się
zreflektowała. Matka ciężko pracowała, by niczego im z bratem nie
brakowało, a chcieć więcej to podłość. Kiedyś byli zamożni i gdyby ów
stan trwał, żyłoby się o wiele łatwiej. Miała zdjęcie z wczesnego
dzieciństwa, jak stoi z rodzicami na progu okazałego domu w dzielnicy
Charlottenburg, ale to było w czasie wojny. Później ojciec zniknął, a wraz z nim dom.
Tak wiele dzieci w szkole straciło ojców na wojnie, że Kirsten nigdy nie
odczuwała jego braku, czuła się natomiast poszkodowana z powodu utraty
domu. Odziedziczyli przytulne mieszkanie po dziadkach przy
Bernauerstrasse, po drugiej stronie ulicy od owdowiałej Tante
Gretchen, powinna się więc cieszyć, ale trudno było się nie zastanawiać,
jakim cudem Gretchen zachowała swoje mieszkanie, dużo większe i elegantsze niż to, które zajmowali oni. Mężowie obu sióstr walczyli za
Niemcy, tylko że jeden najwyraźniej się wyróżniał, a drugi...
Jeśli w ogóle zdobywała się na odwagę, by zapytać, co się stało z ojcem,
Lotti wybuchała złością, mówiąc, że Jan jest "dla niej martwy", nie
chciała o nim mówić. Nigdy nie powiedziała wprost, że nie żyje, lecz dla
Kirsten sprowadzało się to do tego samego. Jej brat Uli stwierdził, że
musiał być faszystą i stracił cały majątek za "wyznawanie nienawistnych
ideologii", co w sumie układało się w logiczną całość, Kirsten nie miała
jednak ochoty zanadto się w to zagłębiać.
-?Ruszaj się, Kirsten, klienci czekają!
Podskoczyła.
-?Przepraszam, Frau Munster.
Szefowa była sympatyczną kobietą, ale surową, lepiej jej nie denerwować.
Trzeba skupić się na pracy.
Przez resztę zmiany Kirsten z promiennym uśmiechem, którego od niej
oczekiwano, parzyła kawę, podawała ciastka i sprzątała ze stolików
naczynia. Wieczór się rozkręcał, grupka studentów przerzuciła się z kawy
na sznaps i coraz głośniej dokazywała. Kirsten mogłaby przysiąc, że
Dieter na nią zerkał, a kiedy podeszła do ich stolika, by zebrać brudne
kieliszki, rzucił się na pomoc.
-?Przy następnej kolejce powinnaś do nas dołączyć -?zasugerował.
Nigdy by się nie zdobyła na taką odwagę, poza tym z szafy grającej
popłynęła piosenka Marleny Dietrich i dziewczyna o błyszczących włosach
wstała i zaczęła śpiewać. Kirsten pośpiesznie się wycofała.
Dziewczyna miała zmysłowy, aksamitny głos. Gdy skończyła śpiewać, cała
kawiarnia klaskała, studenci pokrzykiwali: "Brawo, Astrid". Sasha
przewróciła oczami i skwitowała: "Oczywiście ta przeklęta dziewczyna
potrafi w dodatku śpiewać". Choć Kirsten trochę poprawił się humor, była
zadowolona, gdy wskazówki zegara zbliżyły się do godziny zamknięcia
lokalu i mogła zacząć wycierać stoły. Przesuwała się w stronę stolika
Dietera i jego przyjaciół, gdy nagle do kawiarni wszedł jej młodszy brat
Uli i w najgorszym możliwym momencie potknął się o własne tyczkowate
piętnastoletnie nogi akurat przed grupką studentów.
Ryknęli śmiechem, Uli pozbierał się z podłogi, purpurowy na twarzy.
-?Cześć, Kirsten -?powiedział o wiele za głośno. -?Mutti mnie po
ciebie przysłała.
Kirsten o mało nie umarła. Zaswędziała ją blizna pod pachą, oparła się
jednak potrzebie podrapania się. Była to pamiątka po oparzeniu gorącą
patelnią we wczesnym dzieciństwie i zawsze tak jakby się zaogniała, gdy
Kirsten robiło się gorąco. Jeszcze tylko brakuje, żeby zaczęła drapać
się jak małpa.
-?Uważaj, Kirsten -?zawołała Astrid. -?Bo zaraz sama rozłożysz się tu
jak długa.
-?Lepiej, żeby leżała na plecach -?rzucił któryś z młodych mężczyzn.
-?Cicho bądź, Jensen! -?warknął Dieter, za co Kirsten powinna być mu
wdzięczna, ale z powodu ogromnego zażenowania w ogóle nie zwróciła na to
uwagi. Nie mogliby już sobie stąd pójść?
Odetchnęła z ulgą, gdy Frau Munster skrzyżowała ramiona i surowym tonem
oznajmiła, że zamyka kawiarnię. Grupowo opuścili lokal, śmiejąc się i zastanawiając, gdzie by tu pójść potańczyć, a Kirsten po raz kolejny
starała się stłumić w sobie żal, że jej jedynym partnerem do tańca jest
cuchnąca stara szmata na kiju.
-?Przepraszam, że narobiłem ci obciachu -?powiedział Uli, gdy szli do
stacji U-Bahnu.
-?Nie ma sprawy. To tylko głupi studenci.
Brat zaoferował jej ramię niczym dorosły mężczyzna, a Kirsten po chwili
wahania je przyjęła. Był piątkowy wieczór, centrum Berlina tętniło
życiem, ludzie wybierali się do restauracji, kina albo, tak jak Astrid i Dieter, zmierzali do którejś z licznych sal tanecznych, wyrastających
jak grzyby po deszczu w mieście leczącym rany po nieszczęściach wojny. W wielu miejscach nadal były dziury po zbombardowanych budynkach, na tych
ocalałych widniały ślady po pociskach, ale cały czas wznoszono nowe, a boomowi gospodarczemu towarzyszyła chęć korzystania z życia.
Kirsten rozejrzała się wokół, z przyjemnością patrząc na bawiące się
miasto. Berlin był miejscem sprzeczności, podzielonym politycznie na
dwie części, lecz funkcjonującym jako całość. Gdy po wojnie Niemcy
zostały podzielone pod kontrolą zwycięzców, Rosjanie zajęli wschodnią
część kraju, Brytyjczycy, Amerykanie i Francuzi zachodnią. Zapadła
żelazna kurtyna, linia drutów kolczastych patrolowana przez wartowników
pilnujących, by nikt się przez nią nie przedostał. Rosjanie powoli i podstępnie przejmowali kontrolę nad wszystkimi państwami bloku
wschodniego, włączając w to Niemiecką Republikę Demokratyczną.
Jedynym wyjątkiem było to wspaniałe miasto, Berlin. Stolicę Hitlera
uznano za specjalny przypadek i choć leżała głęboko w Niemczech
Wschodnich, ją także podzielono na dwie części. Berlin Zachodni łączyły
z Europą Zachodnią wytyczone linie kolejowe oraz sieć dróg, Berlin
Wschodni oddzielała od Zachodniego jedynie nominalna granica
przebiegająca wzdłuż dawnych podziałów administracyjnych. Na przykład
ulica Kirsten, Bernauerstrasse, leżała na granicy dwóch dzielnic miasta.
Mieszkańcy jednej strony znajdowali się w strefie aliantów, ci po
przeciwnej, z Tante Gretchen włącznie -?w sowieckiej, ale nikt
specjalnie się tym nie przejmował.
W rezultacie ci, którym nie podobało się życie na Wschodzie, mogli
pojechać do Berlina, swobodnie przemieszczać się po mieście i złapać
pociąg do wolności. Władze próbowały ukrócić ten proceder, zatrzymywać
każdego z podejrzanie dużym bagażem i odsyłać z powrotem, ale bez
solidnej granicy nie mogły więcej wskórać, a chyba nikt nie będzie na
tyle szalony, żeby budować ją przez środek miasta? Berlińczycy żyli
zatem po swojemu, krążyli pomiędzy strefami, wybierając rozświetlone
rock-and-rollowe bary Zachodu albo zadymione, bardziej siermiężne na
Wschodzie, wedle upodobania. Wydawało się, że tego ciepłego majowego
wieczoru całe miasto wyległo na ulice.
-?Może wyskoczymy gdzieś na Coca-Colę, Uli? -?zasugerowała Kirsten pod
wpływem nagłego impulsu.
Chłopak wyglądał na zaskoczonego.
-?A Mutti nie będzie się martwić?
Kirsten westchnęła.
-?Pewnie będzie. No dobrze, chodźmy. Znaczy do domu.
Skręciła na schody do stacji U-Bahnu i muzyka oraz gwar ulicy
natychmiast przycichły.
-?Ale moglibyśmy wyskoczyć, skoro masz ochotę -?rzekł Uli. -?Nie mam nic
przeciw.
-?W porządku, Uli. Zresztą i tak padam z nóg.
Spojrzał na nią z troską. Kirsten czule ścisnęła mu ramię. Brat
nieustannie się zamartwiał, stanowił jej przeciwieństwo pod tak wieloma
względami. Ona była typową blondynką o niebieskich oczach, on miał
ciemnobrązowe włosy i oczy w kolorze kory dębu. Był też od niej
szczuplejszy, zwłaszcza od czasu skoku pokwitaniowego, przypuszczała, że
za rok czy dwa wyprzystojnieje, ale na razie przypominał niezgrabną
tyczkę. Za to bardzo kochaną.
-?Jakim chcesz być dzisiaj zwierzęciem? -?zapytała, gdy na stację
wjechał pociąg metra.
Z wdzięcznością wyszczerzył zęby. Wymyślili tę zabawę w dzieciństwie,
matka regularnie zabierała ich wtedy do berlińskiego zoo. Było ich
ulubionym miejscem w całym mieście, godzinami biegali przed klatkami
małp albo przyciskali nosy do szyby pięknego pawilonu dla hipopotamów.
Zainspirowani zachowaniem zwierząt bawili się w "jakim chcesz być
zwierzakiem", udając żyrafę, gdy utknęli pośród tłumu, hipopotama,
spędzając dzień nad jednym z licznych berlińskich jezior, a na placu
zabaw małpę. Raz podczas niedzielnego obiadu Uli chwycił z talerza
resztkę kurczaka i oznajmił, że chce być sępem, ale Lotti wyrwała mu
mięso, mówiąc, że "w Niemczech mają dość sępów i żeby sobie darował",
więc już nigdy więcej tego nie zrobił.
-?Chciałbym być gorzykiem.
-?Ptakiem? Dlaczego?
-?Bo one pięknie tańczą i mógłbym zaprosić cię na parkiet.
Roześmiała się.
-?Możemy zatańczyć w domu.
-?Tak! -?ożywił się Uli. -?Może Mutti wyjmie gramofon i puścimy jakąś
starą płytę dziadka.
-?Świetny plan.
Obdarzyła brata kolejnym uśmiechem, próbując nie wyobrażać sobie, jak
Dieter z Astrid oraz resztą przyjaciół tańczą do najnowszych przebojów w Wanne albo Eden Saloon.
-?A ty kim będziesz?
-?Słucham?
-?No jakim zwierzęciem, ty ciemna maso?
-?A, jasne. Ekhm... lwem morskim, bo mogłabym pobierać opłaty od ludzi,
którzy przychodziliby oglądać moje popisy.
Uli zmrużył oczy.
-?Po co?
Wzruszyła ramionami.
-?Dla pieniędzy. Nie chciałbyś być bogaty, Uli?
-?Pewnie bym chciał.
-?Kiedyś byliśmy zamożni. Wiesz, podczas wojny.
-?No dobra, zgadza się, ale to było nazistowskie bogactwo zdobyte na
cierpieniu innych.
-?Ciii! -?Zawstydzona przysłoniła mu usta.
-?Nie znaczy, że my jesteśmy tacy sami -?wymamrotał zza jej dłoni.
-?Wiem! Mimo wszystko... chyba nie chcesz o tym trąbić na lewo i prawo,
co? Jeśli to w ogóle prawda.
-?Jasne, że prawda -?syknął. -?Widziałaś mundur Vati na zdjęciu.
-?Tak, ale wtedy wszyscy nosili mundury. Trwała wojna.
-?Nie z trupią czaszką.
-?Z czym?
-?Przyjrzyj się jego czapce, kiedy wrócimy do domu. Jest na niej trupia
czaszka i skrzyżowane piszczele. Symbol SS.
-?Tak?
-?Czy ty naprawdę nie masz o niczym pojęcia?
Zmarszczyła nos.
-?Nie chcę o tym wiedzieć. Było, minęło i powinniśmy o tym zapomnieć.
Dzisiejsze Niemcy to przemysł, sport i... i...
-?Ogrody zoologiczne?
Starał się ją rozbawić, zdawała sobie z tego sprawę, ale przecież sam
wyskoczył z tym cholernym SS. Kirsten nie wiedziała na ten temat zbyt
wiele -?nie uczyli o tym w szkole -?ale była pewna, że ci, którzy
zarządzali gettami i obozami koncentracyjnymi, należeli do ścisłej elity
Hitlera. Odechciało się jej tańczyć. Nie miała nawet ochoty na kakao,
które będzie czekało na nią w domu, ani na opowiadanie Lotti, co się
działo w pracy; marzyła jedynie o położeniu się do łóżka i zaśnięciu.
-?Nasz przystanek, Kirsty. Jesteśmy prawie w domu.
Wciąż rzucał jej zatroskane spojrzenia. Starała się nie stracić do niego
cierpliwości podczas krótkiej drogi ze stacji do ich mieszkania przy
Bernauerstrasse sto sześć. Pragnąc ukryć się we własnym pokoju i wyobrażać sobie, że Dieter prosi ją do tańca, wbiegła po schodach na
pierwsze piętro i weszła do pomieszczenia z uczuciem ulgi, które szybko
się rozproszyło na dźwięk głosów.
-?Mutti ma gości? -?zapytała brata.
-?Nic mi o tym nie wiadomo. Może przyszła Tante Gretchen?
Zatrzymali się, nasłuchując, a potem spojrzeli na siebie z niepokojem.
Głos był głęboki, ochrypły i zdecydowanie męski.
-?Mutti? -?zawołała Kirsten, niepewnie kładąc rękę na klamce.
-?Kirsten? Czy to jest Kirsten? -?Drzwi otworzyły się na oścież,
ukazując postawnego, jasnowłosego mężczyznę w niedbałej koszuli
opinającej muskularne ramiona. -?No proszę... -?dodał, rozpościerając je
szeroko. -?Patrzcie, wasz ojciec wrócił do domu!
Rozdział 3
LADENSTRASSE 4G, STALINSTADT
OLIVIA
Olivia przekręciła klucz w zamku i zgrabnie wśliznęła się do mieszkania.
Poczuła zapach świeżo pieczonego chleba szabasowego i rosołu z kury,
słyszała cichy szmer głosów rodziców gotujących razem w kuchni. Znajomi
zawsze się dziwili, że jej ojciec gotuje. Niektórzy pozwalali sobie
nawet na lekceważące komentarze, dopóki nie poruszono tej kwestii w klasie i nie okrzyknięto taty socjalistycznym bohaterem.
-?W Niemieckiej Republice Demokratycznej -?rzekła nauczycielka -?wszyscy
towarzysze są równi. Przypisywanie płciom określonych ról to zachodnia
forma opresji, powstrzymująca połowę siły roboczej przed wytwarzaniem
wspólnego dobra narodowego.
To zamknęło wszystkim usta, ale prawda była subtelniejsza. Filip
wyjaśnił, że nauczył się gotować na początku małżeństwa, ponieważ jako
Żyd miał zakaz pracy pod nazistowską okupacją. I to kucharzenie całkiem
mu się spodobało. Czasem żartował, że jest w tym lepszy od Estery, która
za każdym razem ripostowała, że chętnie przekaże mu wszystkie kuchenne
obowiązki. Olivii smakowały potrawy obojga rodziców, ale najbardziej
lubiła, kiedy gotowali wspólnie. Przystanęła w korytarzu, chłonąc
bezpieczną atmosferę domu.
Miała za sobą dziwny dzień. W szkole czuła się zmęczona, bo spędziła na
nogach połowę nocy, a jeszcze bardziej dręczyło ją to, co usłyszała od
matki. W rezultacie nie opowiedziała koleżankom o furgonetce ani
więzieniu, ani o odebraniu dziecka zielonowłosej matce. Chciała jak
najszybciej wrócić do domu i dowiedzieć się więcej na temat tamtej
drugiej dziewczynki urodzonej w tym samym piekle, co ona.
Od zawsze wiedziała, że przyszła na świat w Auschwitz, a później została
adoptowana. Estera i Filip nie robili z tego tajemnicy, opowiedzieli jej
o biologicznym ojcu zastrzelonym przez nazistów, o matce Zofii, która
umarła ze zgryzoty po odebraniu jej zaledwie dwudniowej Olivii, o ciotce
posłanej prosto do gazu, po której dostała imię. Opowiedzieli o cudzie
odnalezienia jej w sierocińcu po numerze -?pięćdziesiąt osiem tysięcy
trzydzieści -?który Estera wytatuowała jej pod pachą i który pozostał
tam do dziś.
Wielokrotnie zapewniali, że z wielką radością przyjęli ją do swojej
rodziny, i nie miała powodu w to wątpić. Nawet kiedy urodzili się
Mordechaj, a potem Ben -?prawowici, biologiczni synowie -?czuła się
pewna ich miłości i chyba też statusu jedynej córki. A tymczasem
istniała ta druga. Z pewnością cały czas jej szukali. Niewątpliwie, to
jedyne racjonalne zachowanie. Olivia w pełni to rozumiała i nie była na
tyle głupia, by myśleć, że przez to kochają ją mniej. Mimo wszystko
doznała szoku, dowiadując się, że wcale nie jest jedyną córką.
-?Olivia? To ty? -?Estera wyszła z kuchni w fartuszku, z zarumienionymi
policzkami przyprószonymi mąką. Podbiegła i złapała ją za ręce. -?Cieszę
się, że już jesteś. Czyli na szabas rodzina w komplecie.
Zaakcentowała owo "w komplecie", jakby czytała w jej myślach i pragnęła
ją uspokoić. Oliwia uśmiechnęła się z wdzięcznością.
-?Chłopcy są w domu?
Estera wskazała pokój dzienny, gdzie Mordechaj i Ben siedzieli na
podłodze przy klockach meccano. W drodze do domu Olivia mijała grupkę
chłopców bawiących się w berka przed pomnikiem i wiedziała, że jej
bracia, dziesięciolatek i dwunastolatek, też chcieliby tam być, ale w domu Pasternaków piątkowe wieczory były święte. Chłopcy wesoło pomachali
jej na powitanie.
Rodzina nie ukrywała swojego żydowskiego pochodzenia, ale i nie obnosiła
się publicznie ze swoją wiarą. W NRD nie było to niczym niezwykłym.
Chrześcijanie także się nie wychylali w kraju, gdzie religię uważano za
zbędne odwracanie uwagi od spraw państwa. Olivii to odpowiadało. Lubiła
praktykować religijne rytuały w domowym zaciszu. Lubiła, jak w piątki
ojciec i bracia zakładali jarmułki pięknie haftowane przez Filipa.
Lubiła zapalać z matką szabasowe świece i nalewać wino do kiduszowych
kieliszków, lubiła, jak wszyscy siadali i łamali się chlebem.
-?Dlaczego nie mamy synagogi? -?zapytał niedawno Ben podczas czytania
Tory.
-?Mamy -?odparła Estera. -?Jest tutaj, w naszym domu i sercach.
Poważnie skinął głową.
-?Zbudowałaś ją sobie w "tamtym miejscu".
-?Tak. Zbudowałam ją w sercu, gdzie mógł ją widzieć tylko Bóg. Stoi tam
nadal, w moim sercu i w waszych sercach.
Koncepcja była urocza i bliska Olivii, wydawało się jednak, że skrywa
coś więcej. Gdyby rodzice nie byli Żydami, prawdopodobnie nadal
mieszkaliby w Łodzi, tam gdzie dorastali. Matka nie byłaby skazana na
Auschwitz, a ojciec na pola śmierci w Chełmnie. Nadal rozmawialiby w ojczystym języku i chodziliby do prawdziwej, murowanej synagogi. Ale po
wojnie Polacy nie palili się do przyjęcia garstki ocalałych Żydów.
Zastraszali ich i prześladowali, a gdy latem tysiąc dziewięćset
czterdziestego szóstego roku w pogromie kieleckim, zaledwie dwie godziny
drogi na południe od Łodzi, zamordowano czterdziestu niewinnych
wyznawców religii mojżeszowej, Estera z Filipem postanowili wyjechać z ojczyzny.
Rozmawiali z Olivią o bolesnej ironii, że koniec końców osiedli nie
gdzie indziej, tylko w Niemczech. Po ukończeniu przez Esterę szkoły
położnych przeprowadzili się z Berlina do Stalinstadt, tuż pod stolicą.
Było to całkowicie nowe miasto wzniesione wedle nowych idei i przy
trójce małych dzieci skorzystali z okazji do rozpoczęcia wszystkiego od
nowa, nawet zmienili córce imię z polskiej Oliwii na niemiecką Olivię.
Estera stała się rozchwytywaną położną, Filip kierował działem odzieży
damskiej w państwowym sklepie tekstylnym, wykorzystując swój talent
krawiecki do "przeróbek", które ku radości szczęśliwych mieszkanek
Stalinstadt poprawiały krój i styl standardowych ubiorów sprzedawanych w Konsumach. Żyło się im dobrze, twierdzili uparcie.
-?Chcesz się przebrać przed kolacją? -?zapytała Estera.
-?A ty? -?odpowiedziała ze śmiechem Olivia, wskazując pielęgniarski
uniform matki.
Estera spojrzała na siebie i pokręciła głową.
-?Kompletnie zapomniałam. Chodź, obie się wystroimy.
Włożenie odświętnych sukienek i dołączenie do czekających już przy stole
panów nie zajęło im dużo czasu. Wszyscy powstali, skłonili głowy, Filip
odmówił kidusz, a potem podano jedzenie i zaczęły się swobodne
pogawędki. Mordechaja wybrano do drużyny szachowej, a Ben zdobył nagrodę
w konkursie naukowym. Ponieważ Filip dostał całego kurczaka od
wdzięcznej klientki, zachwyconej haftowaną lamówką na zwykłej podomce,
rosół był aromatyczny i naprawdę wyśmienity.
Olivia podzieliła się nowiną, że poproszono ją, by została kapitanem
drużyny tenisowej na zawodach młodzieżowych w przyszłym tygodniu, a rodzina, choć mocno zdumiona jej sportowymi zainteresowaniami,
entuzjastycznie wzniosła za nią toast. Podziękowała i przełknęła
niepokój wywołany tą wyraźną odrębnością. Cisnęło się jej na usta
pytanie, w czym jest dobra ich rodzona córka. Czy ma tak delikatną
budowę ciała jak rodzice i chłopcy? Czy chce, jak Estera, zostać
położną? A może...
Opanowała się. To głupie. Ma szczęście, że trafiła do tak cudownej
rodziny, a że numer ukryty pod jej pachą nie zgadza się z tym na
przedramieniu matki? Co z tego? Wybrali ją, kochali i był to wielki dar
losu.
Mimo wszystko pragnęła wiedzieć więcej.
Gdy skończyli jeść i uprzątnęli talerze, Filip wyjął skarb: tabliczkę
czekolady. Siedzieli w ostatnich promieniach wpadającego ukośnie słońca,
delektując się tym trudnym do dostania smakołykiem.
-?Opowiedz nam coś, Mutti -?poprosił Ben, wiercąc się między rodzicami
na kanapie.
-?Tak! Opowiedz.
Mordechaj natychmiast wstał, sadowiąc się ochoczo u nóg Estery, ale
Olivia nerwowo się poruszyła. Nigdy nie mogła zrozumieć, dlaczego bracia
tak lubią opowieści matki. To nie były zwykłe bajki na dobranoc; nie
występowały w nich ani wróżki, ani czarownice, ani smoki. A może
występowały -?tylko nie baśniowe, ale bardzo prawdziwe.
-?Dlaczego to robisz? -?zapytała kiedyś matkę. -?Dlaczego nieustannie
opowiadasz nam o "tamtym miejscu"? Nie lepiej byłoby zapomnieć?
-?Lepiej -?zgodziła się Estera -?tylko że to niemożliwe. W ten sposób
dzielę przeszłość na niemal znośne fragmenty i kolejno je otwieram.
Gdybym próbowała ją od siebie odepchnąć, wspomnienia wciągnęłyby mnie
jak bagno. Tylko tak mogę trzymać je pod kontrolą. Poza tym musicie
oczywiście wiedzieć, wszyscy, bez wyjątku, do czego zdolna jest
ludzkość. Musicie zawsze mieć się na baczności.
Olivia nie była pewna, czy chłopcy traktowali te opowieści jak
przestrogę -?bardziej jako pełnokrwisty horror, równie odległy jak smoki
i czarownice -?z wyjątkiem tych momentów, kiedy zaglądali matce w oczy i widzieli w nich ból. Tego nie bagatelizowało żadne z nich.
-?Opowiedz nam o choince -?poprosił Mordechaj.
Esterze zadrżał oddech. Uśmiechnęła się do syna.
-?Ty to umiesz wybierać, Mordy. -?Posłała Olivii wymowne spojrzenie
ponad jego głową. Dziewczyna poczuła, jak szabasowa kolacja podjeżdża
jej do gardła. Chwyciła oburącz poduszkę i się w nią wtuliła, jakby
mogło ją to ochronić przed tym, co nastąpi. -?Na pewno?
-?Na pewno.
Ben dołączył do brata na podłodze. Siedzieli przed Esterą ze
skrzyżowanymi nogami niczym uczniowie przed rabinem.
-?No dobrze. Było Boże Narodzenie, czterdziesty trzeci rok, sam środek
wojny, a ja przebywałam w "tamtym miejscu" od ośmiu miesięcy. Olivia
urodziła się trzy miesiące przed świętami i trafiła... cóż, tam, gdzie
trafiła, zanim jakaś dobra dusza nie umieściła jej w sierocińcu, gdzie
ją odnaleźliśmy z bożym błogosławieństwem.
Chłopcy poruszyli się zaskoczeni. Był to nowy szczegół tej opowieści.
Olivia uznała, że matka dodała go, by przygotować ją na dalsze
rewelacje. Spojrzeli zaintrygowani na adoptowaną siostrę, ale tak
naprawdę to nie ona ich interesowała.
-?Opowiedz o choince -?nalegał Ben.
Estera uśmiechnęła się do Olivii, po czym przeniosła wzrok na dwie
podekscytowane twarze u jej stóp.
-?Irma Grese kazała nam wyjść po ciemku na śnieg.
-?Strażniczka z batem?
-?Wszystkie miały baty, Ben, ale ta używała go najchętniej, zgadza się.
Oznajmiła, że obozowe władze przygotowały dla nas niespodziankę, i kiedy
wyszłyśmy na przenikliwy ziąb, rzeczywiście zobaczyłyśmy ogromną jodłę
na środku obozu oraz strażniczki zapalające świeczki na gałązkach,
jakbyśmy nagle znalazły się w jakimś przytulnym niemieckim miasteczku.
Przez krótką chwilę myślałyśmy, że pod mundurami SS naprawdę kryją się
jakieś serca, lecz srodze się pomyliłyśmy. Tuż potem zerwały
prześcieradła, a naszym oczom ukazała się ułożona pod choinką
makabryczna sterta nagich zwłok, z czerwonymi wstążkami zawiązanymi na
tych spoczywających na samej górze. Wciąż myślę czasem o ludziach,
którzy wiązali wstążki na martwych kończynach, dokładając starań, by
kokardy wyglądały perfekcyjne i by jeszcze mocniej nas pognębić. -
Zakaszlała i bardziej warknęła, niż powiedziała: -?Mówię o ludziach, ale
to nie byli ludzie, tylko potwory.
Filip otoczył ją ramieniem i nawet chłopcy siedzieli cicho jak trusie,
pamiętając, że to nie jest zmyślona historia, lecz prawda -?prawda,
której doświadczyła ich matka. Estera ponownie odkaszlnęła, po czym
wysoko uniosła głowę.
-?I wtedy Anna, wasza babcia Anna, zaczęła śpiewać.
Olivia zamknęła oczy, próbując wyobrazić sobie miłą starszą panią, która
była w Auschwitz najlepszą przyjaciółką jej matki i została ich
zastępczą babcią.
-?Zaintonowała Cichą noc -?ciągnęła Estera. -?Po kolei do niej
dołączałyśmy, wszystkie, nawet Żydówki. Nie znałyśmy słów, lecz nie
miało to znaczenia, ponieważ melodia była piękna i kiedy ją nuciłyśmy,
choć trwało to krótko, znów byłyśmy ludźmi, nie zwierzętami
wygrzebującymi resztki chleba ze śniegu i błota, tylko ludźmi, którzy
czują, kochają i się troszczą. Z tego nas nie ograbili, choć usilnie się
starali, i w końcu miłość zwyciężyła.
Filip mocno przytulił żonę. Olivia zauważyła, jak mama ociera łzę, i znów ogarnął ją strach. Estera rzadko płakała, nawet przy obozowych
wspomnieniach. Trzymała emocje na wodzy i zawsze kończyła tymi samymi
słowami: miłość zwyciężyła. Teraz jednak zdawało się, że miłość również
przegrała. Estera miętosiła w palcach materiał sukienki, a Filip wstał,
by zagonić chłopców do łóżek.
-?Oj, Vati, musimy już iść?
-?Musicie. Jutro wybieramy się na ryby, pamiętacie?
-?Tak! -?Ben zerwał się z miejsca. -?Złowię rybę i przywiozę ją dla
ciebie, Mutti.
-?Ja złowię większą -?oznajmił Mordechaj, szeroko rozpościerając
ramiona, by zademonstrować rozmiary ryby, której z pewnością nie uda mu
się złapać.
-?I wszyscy się podzielimy -?rzekł stanowczo Filip. -?A teraz zmykajcie
do łóżek.
Podreptali do swojego pokoju, rozprawiając po drodze o wędkach i sieciach. Nagle Olivia została z matką sam na sam.
-?Chodź, usiądź tutaj, kindchen. -?Estera poklepała sofę. -?Mordy
wybrał dziś najgorszą możliwą historię. Jakby wiedział.
-?Co wiedział? -?zapytała Olivia idiotycznie ściszonym głosem, ale matka
najwyraźniej nie zauważyła.
-?Tamtej Wigilii zaczęłam rodzić.
-?Moją... moją siostrę?
-?Tak. Fifi.
Fifi. Olivia przetestowała to imię na wdechu i poczuła, jak w nią
zapada. Fifi. Filipa. No tak... po ojcu.
-?Opowiedz -?szepnęła.
Estera ścisnęła jej dłoń.
-?Wody odeszły mi na tamtym placu, w śniegu. Uniósł się obłok pary,
strażniczki nie zauważyły tylko dlatego, że wcześniej wypiły wino, a potem triumfowały, że udał się im ten zwyrodniały świąteczny
"podarunek". Anna i Naomi, moja grecka przyjaciółka, zaprowadziły mnie
do baraku. Poród odbywał się w nocy. Nie wyszłam na poranny apel. Zwykle
równałoby się to natychmiastowej karze śmierci, ale Fifi wybrała
odpowiedni dzień, tamte świnie były zbyt zajęte świątecznym obżarstwem,
by zawracać sobie tym głowę. Urodziła się po kilku godzinach. Przez
chwilę po raz pierwszy poczułam się w "tamtym miejscu" szczęśliwa.
Naprawdę szczęśliwa. Inne kobiety były dla mnie bardzo życzliwe,
przynosiły mi swój chleb, margarynę, buraki, choć Bóg świadkiem, że same
nie miały dość, żeby przeżyć, a co dopiero wykarmić dziecko. W moich
piersiach pojawiło się mleko i przez całe cztery dni miałam ją przy
sobie, mogłam się nią opiekować. To była magia. A potem przyszli.
-?Kto przyszedł?
-?Oficerowie SS, ci sami, którzy wcześniej zabrali ciebie. Wysoko
postawieni w strukturach "tamtego miejsca", jeździli... jeździli
eleganckim autem i zabierali dzieci. Wyrywali je matkom, tak jak wczoraj
w nocy zrobił to oficer Stasi z córeczką Claudii. Tak nie powinno być,
prawda, Olivio? To nie w porządku. Nie można odbierać kobiecie dziecka.
-?Oczywiście, że nie -?przyznała Olivia, przypominając sobie nieszczęsną
Claudię, płaczącą i błagającą na kolanach o litość, jakby wraz z dzieckiem wyrwano jej kawał duszy. -?Jak się nazywali?
-?Meyer i Wolf. Wolf to kobieta. Wyobraź sobie! Kobieta, a mimo to
odbierała nam dzieci. Zastanawiam się czasem, czy kiedykolwiek sama
została matką, a jeśli tak, czy pomyślała o tym, co nam zrobiła.
-?Na pewno wsadzili ją do więzienia?
-?Może tak, może nie. Zdziwiłabyś się, jak niewielu z nich zostało
skazanych. Niektórzy dali nogę, przybrali nową tożsamość, uciekli z kraju. Nawet ci, których pojmano, wcale nie skończyli aż tak źle. Z wyjątkiem tych z samej wierchuszki. Ci pomniejsi odsiadywali rok czy dwa
i wychodzili na wolność, hasając po całych Niemczech, jak gdyby nigdy
nic. Cieszę się, że mieszkamy po stronie wschodniej, bo żaden faszysta
nie chciałby żyć pod komunistycznym jarzmem. Odpowiada im rola sytych
kapitalistów, podczas gdy miliony ludzi walczą o poskładanie w całość
swojego zniszczonego życia.
-?Jednym z elementów tej układanki jest Fifi?
Filip wrócił do pokoju i położył Olivii dłoń na ramieniu.
-?Wiesz, że kochamy cię jak rodzoną córkę, prawda, Liv?
Przez twarz Estery przemknęło przerażenie.
-?Oczywiście -?zapewniła. -?Absolutnie. Odnalezienie ciebie było cudem i Fifi nie ma tu nic do rzeczy. Proszę, nie myśl, że...
Olivia ścisnęła jej rękę.
-?Nie myślę. Kocham was oboje i miałam wielkie szczęście, że stałam się
częścią waszej rodziny.
-?Nie tak wielkie jak my, mając ciebie. Po prostu...
Esterze zabrakło słów, więc Filip dokończył za nią.
-?Po prostu byłoby wspaniale mieć was obie.
-?Próbowaliście ją odszukać?
-?Oczywiście -?potwierdził, siadając po drugiej stronie. Było im tam
odrobinę ciasno, ale Olivii podobała się ta bliskość. -?Latami
próbowaliśmy każdej możliwej ścieżki: szukaliśmy przez synagogi i sierocińce w całej Polsce i Niemczech, przez komitet pomocy Żydom oraz
rozmaite organy państwowe. W pierwszych latach po wojnie aktywnie
działał Czerwony Krzyż, przy ONZ funkcjonował wydział do spraw pomocy i odbudowy ze specjalną komórką do poszukiwania dzieci. W ten sposób
dotarliśmy do ciebie. Pomogły tatuaże, które Mutti robiła noworodkom
pod pachami, udało się odnaleźć kilkoro dzieci, ale...
-?Ale żadne z nich nie było Fifi -?dokończyła Estera. -?Aż wreszcie
pewnego razu myśleliśmy, że na nią trafiliśmy. Myśleliśmy...
-?Pojawił się raport o niemowlęciu -?wtrącił Filip, mocno trzymając żonę
za rękę. -?A w zasadzie dziecku. Był rok tysiąc dziewięćset
pięćdziesiąty.
-?Pięć lat po wojnie?
-?Tak. I siedem po twoich narodzinach. I... i narodzinach Fifi. Nie
traciliśmy nadziei.
-?I co potem?
-?Nieważne. -?Głos Estery zabrzmiał ostro i stanowczo, nie tolerował
żadnego sprzeciwu. -?To nieistotne, Olivio. Pomimo wszelkich przeszkód
odnaleźliśmy się z Filipem, odnaleźliśmy ciebie, a potem urodzili się
jeszcze Mordy i Ben. Dostaliśmy od losu bardzo wiele, zwłaszcza w porównaniu z większością osób, które znaliśmy... wcześniej. Wystarczy.
Ton głosu Estery jasno dał do zrozumienia, że temat jest zamknięty, lecz
łzy w jej oczach mówiły coś innego. Tworzyli szczęśliwą rodzinę, Olivia
o tym wiedziała, a jednak to nie wystarczy, widziała to wyraźnie i pragnęła dowiedzieć się więcej o zaginionej córce, tak jej dopomóż Bóg.
Rozdział 4
BERLIN WSCHODNI
CZERWIEC 1950
ESTERA
-?Ktoś o panią pyta, siostro Pasternak.
Estera podnosi wzrok. Zmywa z rąk krew po odebraniu porodu i jest
skonana. Poród był pośladkowy, musiała wykorzystać wszystkie nowo nabyte
umiejętności, ale zarówno noworodek, jak i matka mają się dobrze, a Estera marzy tylko o położeniu się do łóżka.
-?Nie jestem jedyną położną w Berlinie.
-?Ale najlepszą.
Uśmiecha się z wdzięcznością do kobiety, rozpromienionej Oma. Ta
sympatia jest zrozumiała po ciężkiej nocy, jednak rola położnej już się
skończyła.
-?Zresztą to chyba nie w sprawie porodu.
Estera czuje ukłucie w sercu. Jedyne wiadomości, które nie wiążą się z asystą przy porodzie, to te o odnalezionych dzieciach, ale z pewnością
nie chodzi o Fifi. Za późno. Od ponad roku nie natknięto się na żadne
dziecko z tatuażem.
Z początku, kiedy przeprowadzili się z Filipem do chaosu powojennego
Berlina, regularnie trafiano na dzieci z numerami pod pachą. Za każdym
razem Esterę przepełniała cudowna, a zarazem bolesna nadzieja,
nieodmiennie kończąca się ujawnieniem niewłaściwych cyfr. Z upływem lat
odnajdywano niemowlęta, później już małe brzdące, a wreszcie żwawe
dzieci w wieku przedszkolnym i łączono je z ocalałymi członkami rodzin,
ale nigdy nie zlokalizowano numeru czterdzieści jeden tysięcy czterysta.
-?To kobieta -?mówi Oma i nic w tym dziwnego.
Nawet teraz, pięć lat po wojnie, na jednego mężczyznę przypadają w Berlinie cztery kobiety. Panów jest wystarczająco dużo, by mogły rodzić
się nowe dzieci -?niektórzy przykuśtykali z wojny i wylizali się z ran,
inni z chłopców stali się mężczyznami -?ale to głównie kobiety opiekują
się sobą nawzajem. A Estera opiekuje się kobietami.
Przeprowadzka do Berlina była pomysłem Anny. Estera żarliwie
protestowała, ale stolica Hitlera stała się miastem okupowanym i rządzonym przez aliantów, i jak na ironię, jednym z najbezpieczniejszych
miejsc dla ludzi, których Führer pragnął zetrzeć z powierzchni ziemi.
-?Mam znajomą w szpitalu w strefie radzieckiej -?powiedziała Anna. -?Ona
cię wyszkoli. Zajmie się tobą.
-?Nie tak doskonale jak ty.
-?I nie z taką rozkoszą. Tak bardzo pragnęłam, byś szkoliła się pod moim
okiem, Estero, ale niezbadane są wyroki boskie.
-?Może dlatego, że Łódź ma już jedną fantastyczną położną?
-?A może dlatego, że Berlin takiej potrzebuje? Ponoć nie brakuje tam
ciążowych brzuchów.
Nie brakowało. Wszyscy rzucili się do płodzenia dzieci -?radosnych,
ślicznych, niewinnych, nieskalanych wojną i piętnem nazizmu, Estera
miała zatem ręce pełne roboty. A jeszcze bardziej elektryzowały ją
rejestry i raporty dostępne w stolicy dawnej Rzeszy, agencje i organizacje charytatywne poszukujące zaginionych.
Raz na kilka tygodni docierała wiadomość o potencjalnym odnalezieniu
Fifi, która najpierw podnosiła Esterę i Filipa na duchu, a później
nieodmiennie przygnębiała. To też ją wykańczało. Ostatnio Filip
przebąkiwał o wyjeździe ze stolicy. Przyniósł do domu ulotkę o nowym
mieście budowanym pod Berlinem, Stalinstadt: czystym, jasnym, gdzie
rodziny będą mogły wieść dobre, socjalistyczne życie. Kusząca
perspektywa, Estera jednak czuła, że jeśli ma odnaleźć Fifi, to tutaj, w Berlinie. Nadzieja nigdy nie umiera.
Starannie wyciera ręce.
-?Co to za kobieta?
-?Elegancka, w kostiumie. Szykowne buty, amerykański akcent.
Esterze łomocze serce. Bezpośrednio po wojnie często właśnie Amerykanki,
szacowne matrony wiedzione szlachetnymi intencjami, przyjeżdżały do
Europy, by "dołożyć swoją cegiełkę" i znajdować domy setkom zaginionych
dzieci, od których roiło się w zniszczonej stolicy Niemiec. Traktowały
te europejskie eskapady jak poszukiwanie skarbów. Zdaniem Estery właśnie
tak było -?i jest -?lecz dla niej samej i dla wielu innych matek ów
skarb jest wart więcej niż którakolwiek z tych niewydarzonych kobiet
może sobie wyobrazić.
Większość z nich wróciła już za Atlantyk do swoich kiermaszów
charytatywnych i balów dobroczynnych. Sierot też zostało niewiele -
połączyły się z rodzinami albo trafiły do adopcji i rozjechały się po
Anglii, Izraelu i Stanach Zjednoczonych. Układają sobie życie na nowo i wspaniale, ale w życiu Estery wciąż pozostaje wyrwa.
-?Czeka na zewnątrz.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki