Akuszerka w Auschwitz - Anna Stuart

Kup ebooka

34.90 zł

-
Proszę czekać

Prolog. Kwiecień 1946

Pro­log

Kwie­cień 1946

Wszę­dzie stoją dzie­cięce łóżeczka. Wypeł­niają salę z drew­nianą pod­łogą, z każ­dego spo­glą­dają wiel­kie, sze­roko otwarte oczy. Nie ma w nich nadziei, dzieci są na to za małe, ale i tak widać w nich jakąś tęsk­notę, która wnika we mnie głę­boko i poru­sza czułą strunę. Nie tyle w sercu, co głę­biej - w samym łonie. Minął szmat czasu, od kiedy nosi­łam w sobie dziecko, ale tego uczu­cia chyba ni­gdy się nie zapo­mina. Może każde maleń­stwo, które wyda­łam na ten świat, pozo­sta­wiło we mnie jakąś czą­steczkę sie­bie, strzęp pępo­winy, i dla­tego na widok sze­roko roz­war­tych dzie­cię­cych oczu zawsze będzie mi top­nieć serce. I może każde maleń­stwo, któ­remu pomo­głam przyjść na świat w mojej dwu­dzie­sto­sied­mio­let­niej prak­tyce aku­szerki, wpły­nęło na mnie w taki sam spo­sób.

Robię kilka kro­ków, kie­ru­jąc się w głąb sali. Łóżeczka są stare i sier­miężne, ale czy­ste i sta­ran­nie poście­lone. W jed­nym kwili dziecko, sły­szę, jak deli­katny, kojący głos zaczyna nucić koły­sankę. Kwi­le­nie prze­cho­dzi w czkawkę i cich­nie, pozo­staje sam śpiew. Podob­nie jak wszystko inne w tej prze­stron­nej sali nie jest piękny ani wyra­fi­no­wany, za to nasy­cony miło­ścią. Uśmie­cham się i modlę w duchu, by to miej­sce oka­zało się wła­śnie tym, któ­rego szu­kamy.

- Jesteś gotowa?

Odwra­cam się do cze­ka­ją­cej w progu mło­dej kobiety, która kur­czowo zaci­ska palce na bie­lo­nym drew­nie futryny i patrzy oczami rów­nie wiel­kimi jak oczy sie­rot w łóżecz­kach.

- Nie wiem.

Doty­kam jej dłoni.

- To było głu­pie pyta­nie. Ni­gdy nie będziesz gotowa, ale jesteś tu i to wystar­czy.

- A jeśli okaże się, że...

- Będziemy szu­kać dalej. Chodź.

Cią­gnę ją za sobą, życz­liwa prze­ło­żona pie­lę­gnia­rek krąży pomię­dzy łóżecz­kami, uśmie­cha się sze­roko.

- Jak dobrze, że udało się paniom dotrzeć. Ogrom­nie się cie­szę. Mam nadzieję, że podróż nie była zbyt uciąż­liwa?

Trudno mi powstrzy­mać gorzki śmiech. Dzi­siej­sza podróż prze­bie­gła gładko, ale tamta sprzed lat była jed­nym kłę­bem bólu i cier­pie­nia. Podą­ża­ły­śmy ciemną, brudną drogą, na którą nikt nie powi­nien wstę­po­wać, by dotrzeć do tego pod­upa­dłego miej­sca kur­czą­cej się nadziei. Pod­ko­py­wała siły nas obu i nie wiem - bez względu na to, co przed chwilą powie­dzia­łam - jak długo któ­ra­kol­wiek z nas mogłaby nią jesz­cze kro­czyć.

Prze­ło­żona wydaje się rozu­mieć. Kła­dzie mi dłoń na ramie­niu i kiwa głową.

- Złe czasy minęły.

- Mam nadzieję, że się pani nie myli.

- Wszy­scy stra­ci­li­śmy zbyt wiele.

Spo­glą­dam na moją drogą przy­ja­ciółkę, która ukrad­kiem przy­su­nęła się w stronę łóżeczka naj­bli­żej okna. W pro­mie­niach wpa­da­ją­cego do środka słońca sie­dzi dziew­czynka z jasnymi wło­sami, oka­la­ją­cymi poważną małą buzię. Gdy widzi, że ktoś się zbliża, pod­ciąga się do pozy­cji sto­ją­cej i choć chwieje się na nóż­kach, jest bar­dzo zde­ter­mi­no­wana. Moja młoda przy­ja­ciółka szyb­kim kro­kiem poko­nuje ostat­nie metry i wyciąga rękę ku szcze­bel­kom. Dziecko prze­kłada przez nie rączki i ten widok roz­dziera mi serce - naoglą­da­łam się zbyt wielu krat, zbyt wielu pło­tów, zbyt wielu segre­ga­cji i podzia­łów.

- To ona? - wykrztu­szam.

- Ma coś w rodzaju opi­sa­nego przez panią tatu­ażu. - Prze­ło­żona z zakło­po­ta­niem wzru­sza ramio­nami.

Coś w rodzaju... To za mało. Tracę nadzieję i nagle to ja nie jestem gotowa, nagle pra­gnę, by tamta ciemna, brudna droga wiła się dalej, póki bowiem podró­żu­jemy, póty jest nadzieja.

Stój! - chcę wykrzyk­nąć, ale słowo więź­nie mi w gar­dle, ponie­waż młoda kobieta wyciąga dziecko z łóżeczka, bie­rze je w ramiona, a tęsk­nota na jej twa­rzy jest więk­sza niż wszyst­kich tych sie­rot razem wzię­tych. Czas poznać prawdę. Czas się prze­ko­nać, czy można ule­czyć zra­nione serce.

Rozdział 1. 1 Wwrześnia 1939

Roz­dział 1

1 Wwrze­śnia 1939

ESTERA

Gdy zegar na wieży kate­dry Świę­tego Sta­ni­sława wybił połu­dnie, Estera Abrams usia­dła na stop­niach przed kościo­łem i wysta­wiła twarz do słońca. Cie­płe pro­mie­nie ogrze­wały skórę, ale jesień zapusz­czała już swoje macki w kamie­niu, który zda­wał się chłodny w dotyku. Przez chwilę zasta­na­wiała się nad zdję­ciem płasz­cza, żeby na nim usiąść, ale był nowy, w kolo­rze bla­dego błę­kitu, który zda­niem młod­szej sio­stry pod­kre­ślał barwę jej oczu. Nie chciała ryzy­ko­wać, że go zabru­dzi.

Estera się zaczer­wie­niła. To był naprawdę nie­roz­sądny zakup, ale Filip zawsze tak pięk­nie się ubie­rał. Nie zbyt­kow­nie - uczeń krawca miał nie­wiele wię­cej pie­nię­dzy niż pie­lę­gniarka na prak­tyce - za to sta­ran­nie i z god­no­ścią. Była to jedna z pierw­szych rze­czy, które przy­kuły jej uwagę tam­tego kwiet­nio­wego dnia, gdy po raz pierw­szy usiadł na dru­gim końcu scho­dów, ona zaś poczuła, jak każda komórka jej ciała budzi się do życia, niczym kwiat wiśni roz­wi­ja­jący się na pobli­skim drze­wie. Oczy­wi­ście natych­miast odwró­ciła wzrok i spu­ściła oczy na trzy­mane na kola­nach pie­rogi, ale z emo­cji pra­wie nie czuła smaku wyśmie­ni­tego nadzie­nia z kapu­sty i grzy­bów, spe­cjal­no­ści jej matki.

Nie śmiała ponow­nie pod­nieść wzroku, póki męż­czy­zna nie wstał, dopiero wtedy zary­zy­ko­wała szybki rzut oka. Wyobra­żała go sobie w tej chwili - wysoka, szczu­pła syl­wetka, nie­mal tycz­ko­wata, za to pewny, zde­cy­do­wany krok; mary­narka zgrzebna, lecz dosko­nale skro­jona; na czubku głowy jar­mułka z misterną obwódką. Syciła oczy jego wido­kiem, aż rap­tem się obej­rzał i spoj­rzał pro­sto na nią. Od razu poczuła, jak rumieni się nie tylko jej twarz, ale i całe ciało, i to wcale nie ze spo­dzie­wa­nego w takiej sytu­acji skrę­po­wa­nia, bar­dziej z... rado­ści.

Następ­nego dnia przy­szła tam wcze­śniej, cała spięta z nie­cier­pli­wo­ści. Choć wybiło połu­dnie, żaden młody męż­czy­zna się nie zja­wił, przy­drep­tał jedy­nie wsparty na lasce sta­rzec w zbyt głę­boko wci­śnię­tym na głowę kape­lu­szu. Pospie­szyła mu z pomocą ponie­kąd dla­tego, że tak wycho­wała ją matka, a czę­ściowo w nadziei, że zanim wróci na swoje miej­sce, młody męż­czy­zna już tam będzie. Nic z tego. Usia­dła więc ze swoim baj­glem, sku­biąc go ze zło­ścią, jakby biedne pie­czywo cokol­wiek zawi­niło, i dopiero gdy zja­dła połowę, zdała sobie sprawę, że on tam jest, w tym samym miej­scu co poprzed­nio. Spo­koj­nie pała­szo­wał dru­gie śnia­da­nie, z nosem utkwio­nym w gaze­cie, ale ile­kroć zer­kała ukrad­kiem w jego kie­runku, tyle­kroć zda­wało się jej, że nie czyta, tylko gapi się przez szpaltę.

Przez sześć dłu­gich dni sia­dy­wali ze swo­imi posił­kami na prze­ciw­nych krań­cach scho­dów, pod­czas gdy miesz­kańcy Łodzi uwi­jali się, bie­gali, roz­py­chali i śmiali, prze­mie­rza­jąc ulicę Piotr­kow­ską. Każ­dego dnia ćwi­czyła w myślach zda­nia, które za każ­dym razem, gdy pró­bo­wała wypo­wie­dzieć je na głos, nie­zno­śnie sta­wały kością w gar­dle. W pew­nym momen­cie na schody mię­dzy nimi weszła jakaś kobieta, gło­śno przy tym cmo­ka­jąc. Kto wie, co ją ziry­to­wało, kiedy bowiem oboje pod­nie­śli głowy, zdą­żyła już znik­nąć w kościele. I wtedy ich spoj­rze­nia się spo­tkały.

Este­rze krą­żyły po gło­wie wszyst­kie te wyćwi­czone bły­sko­tliwe zda­nia, ale upar­cie pozo­sta­wały tylko w myślach. W końcu on rzu­cił jakąś nie­mą­drą uwagę o pogo­dzie, ona odpo­wie­działa jesz­cze bar­dziej nie­mą­drze, jed­nak uśmie­chali się do sie­bie, jakby pro­wa­dzili bar­dzo uczoną dys­ku­sję, więc może on też przy­go­to­wał się wcze­śniej na tę oka­zję. Po prze­ła­ma­niu pierw­szych lodów kolejne słowa przy­cho­dziły im z więk­szą łatwo­ścią i już wkrótce może nie tyle ze sobą gawę­dzili, jako że żadne z nich nie było roz­mowne, co dzie­lili się pro­stymi fak­tami z życia.

- Podoba mi się twoja jar­mułka - wykrztu­siła. - Ma bar­dzo ładną obwódkę.

Nie­śmiało dotknął nakry­cia głowy.

- Dzię­kuję. Sam wyszy­wa­łem.

- Naprawdę?

Oblał się rumień­cem, zauwa­żyła, że choć włosy ma ciemne, to oczy rów­nie nie­bie­skie jak ona.

- Uczę się na krawca. Szyję głów­nie mary­narki, spodnie i koszule, ale lubię... - Pocią­gnął za brzeg jar­mułki. - Ojciec nazywa to "dłu­ba­niną". Nie pochwala. Uważa, że haft jest dla kobiet.

- Haftu­jesz tak dobrze, że na pewno się myli.

Roze­śmiał się. Krótko, ale pełną pier­sią.

- Dzię­kuję. Moim zda­niem strój powi­nien wyra­żać naszą oso­bo­wość.

Estera dotknęła bla­do­nie­bie­skiego płasz­cza, przy­po­mi­na­jąc sobie tamtą uwagę oraz zasko­cze­nie, jakie w niej wywo­łała. Wycho­wy­wano ją w prze­ko­na­niu, że ubra­nie ma być schludne, czy­ste i skromne, ni­gdy nie przy­szło jej do głowy, że może wyra­żać coś wię­cej.

- Opo­wiedz mi coś jesz­cze - popro­siła.

I opo­wie­dział. Chło­nęła jego słowa, chęt­nie słu­cha­łaby go przez całe popo­łu­dnie, ale miała tylko pół godziny prze­rwy na dru­gie śnia­da­nie, a z prze­ło­żoną nie było żar­tów. Wystar­czyło spóź­nić się choćby o minutę, a zosta­wało się odde­le­go­wa­nym na resztę dnia do nosze­nia pacjen­tom base­nów. I choć może chcia­łaby posie­dzieć dłu­żej z tym mło­dym kraw­cem, rodzice wiele poświę­cili, aby zapła­cić za naukę w szkole pie­lę­gniar­skiej, była im więc coś winna, musiała przy­kła­dać się do obo­wiąz­ków. Odda­lała się z cięż­kim ser­cem i wła­ści­wie rów­nie dobrze mogłaby zmie­niać baseny, bo tam­tego popo­łu­dnia nie­spe­cjal­nie sku­piała się na pracy. Na szczę­ście przy­szedł w to samo miej­sce naza­jutrz i kolej­nego dnia, co spra­wiło, że zaczęła wysoko sobie cenić te pół­go­dzinne połu­dniowe prze­rwy, jakby były naj­szla­chet­niej­szymi dia­men­tami z rosyj­skich kopalni. Więc dla­czego dzi­siaj nie przy­cho­dzi?

Z nie­po­ko­jem lustro­wała Piotr­kow­ską. Może zatrzy­mało go coś w pracy, a może coś się stało. Tego ranka w powie­trzu wyczu­wało się dziwne napię­cie, ludzie byli bar­dziej oży­wieni niż zazwy­czaj, w skle­pach pano­wał więk­szy tłok. Każdy prze­cho­dzień tasz­czył siatki wypchane zaku­pami spo­żyw­czymi, jakby oba­wiano się, że zapasy wyczer­pią się w jakiś tajem­ni­czy spo­sób. Gaze­cia­rze pokrzy­ki­wali gło­śniej niż kie­dy­kol­wiek, ale w ostat­nich mie­sią­cach Estera zbyt wiele razy sły­szała tę okropną mie­sza­ninę słów - nazi­ści, Hitler, najazd, bomby - żeby się nimi nad­mier­nie przej­mo­wać. Był piękny jesienny dzień, mimo że od scho­dów cią­gnął chłód, i z pew­no­ścią nikt nie zro­biłby niczego strasz­nego pod tak cudow­nie błę­kit­nym nie­bem.

I oto wresz­cie się poja­wił, lawi­ro­wał w tłu­mie pod skle­pem rzeź­nika, zama­szy­stym kro­kiem łatwo prze­bi­jał się przez chmary ludzi. Estera na pół się pod­nio­sła, ale zaraz zmu­siła się do przy­cup­nię­cia znów na stop­niu. Spo­ty­kali się tak od trzech mie­sięcy, spo­ży­wali swoje dru­gie śnia­da­nia na scho­dach kate­dry Świę­tego Sta­ni­sława, sia­da­jąc coraz bli­żej sie­bie. Na kwia­tach wiśni zdą­żyły się zawią­zać i doj­rzeć owoce, liście pociem­niały, powoli rudziały na brze­gach.

Roz­ma­wiali, nie­śmia­łość sła­bła z każdą wymie­nioną infor­ma­cją. Znała jego nazwi­sko - Filip Paster­nak. Oczy­wi­ście przy­mie­rzyła je już do swo­jego imie­nia - Estera Paster­nak - choć kiedy jej młod­sza sio­stra Lea zro­biła kie­dyś to samo, Estera burk­nęła, żeby prze­stała się wygłu­piać. Ter­mi­no­wał w powszech­nie sza­no­wa­nym zakła­dzie kra­wiec­kim ojca, nie miał tam żad­nej taryfy ulgo­wej i powie­dział, że się z tego cie­szy (nie była prze­ko­nana, czy to do końca prawda). Na razie też nie pla­no­wał ożenku, jako że rodzina ocze­ki­wała od niego "zawo­do­wego roz­woju".

Po tym roz­mowa nieco utknęła. Estera wykrztu­siła, że ma wielki talent do kra­wiec­twa, Filip przy­jął te słowa z uśmie­chem wdzięcz­no­ści, a potem dodał nie­spo­dzie­wa­nie szorst­kim tonem, że "ojco­wie nie zawsze i nie we wszyst­kim mają rację". Rozej­rzeli się dokoła z minami wino­waj­ców, na wypa­dek gdyby ktoś usły­szał takie bluź­nier­stwo, a wtedy zegar szczę­śli­wie wybił połowę godziny i oboje zerwali się z miejsc. Tam­tego popo­łu­dnia Este­rze przy­dzie­lono dyżur base­nowy, ale ledwo to zauwa­żała, ponie­waż tłu­kły się jej w gło­wie nie­przy­zwo­ite myśli.

Z całą pew­no­ścią jej rodzice uzna­liby, że jest za młoda na zamąż­pój­ście albo przy­naj­mniej zbyt zaan­ga­żo­wana w pie­lę­gniar­stwo. Trzeba jed­nak oddać im spra­wie­dli­wość, bo przez ostat­nie dwa lata powta­rzała, że męż­czyźni zupeł­nie jej nie inte­re­sują i praw­do­po­dob­nie już tak zosta­nie. Matka za każ­dym razem wymow­nie się uśmie­chała, co okrop­nie ją iry­to­wało, teraz jed­nak doda­wało jej to otu­chy. Nie żeby ktoś napo­mknął cokol­wiek o mał­żeń­stwie czy choćby wspól­nej kola­cji albo spa­ce­rze w parku, czy w ogóle o czym­kol­wiek poza wspól­nym dru­gim śnia­da­niem na stop­niach kate­dry Świę­tego Sta­ni­sława. Ten ich rytuał był jak bańka mydlana, którą przez nie­śmia­łość oboje bali się prze­kłuć, na wypa­dek gdyby rze­czy­wi­ście oka­zała się pusta w środku.

- Estero! - zawo­łał przez tłum.

Nad­jeż­dżał tram­waj, przez jedną straszną chwilę myślała, że Filip zamie­rza prze­biec tuż przed nim, ale choć był wyraź­nie wzbu­rzony, zatrzy­mał się, cze­ka­jąc przez kilka nie­zno­śnych sekund, aż pojazd prze­to­czy się dalej. Znów go widziała; jed­nym susem prze­sko­czył przez tory i jesz­cze raz zawo­łał:

- Estero!

Wstała.

- Wszystko dobrze, Fili­pie?

- Nie! To zna­czy tak. Ze mną wszystko dobrze. Ale nie ze świa­tem, Estero, nie z Pol­ską.

- Dla­czego? Co się stało?

- Nie sły­sza­łaś?

Unio­sła brew, a on tak komicz­nie pac­nął się w czoło, że pew­nie by się roze­śmiała, gdyby nie to, że taka fry­wol­ność wyda­wała się zupeł­nie nie na miej­scu przy jego posęp­nej minie.

- Oczy­wi­ście, że nie, bo byś nie pytała. Prze­pra­szam.

Sta­nął dwa kroki przed nią, zrów­nali się wzro­kiem. Zaj­rzała mu głę­boko w oczy, zbyt zanie­po­ko­jona, by myśleć o skrę­po­wa­niu.

- Nie ma za co. Co się stało?

Wes­tchnął.

- Niemcy zaata­ko­wali. Żoł­nie­rze Wehr­machtu tłum­nie wle­wają się przez nasze gra­nice i nikt nie jest bez­pieczny.

- Będziesz musiał wal­czyć?

- Być może. Jeśli zdążę. Nad­cią­gają szybko, Estero, nacie­rają na Kra­ków i War­szawę.

- A co z Łodzią?

- Nie wia­domo, ale pew­nie i na nią przyj­dzie pora. To piękne mia­sto z dobrze roz­wi­nię­tym prze­my­słem. Niemcy lubią prze­mysł.

- Za to nie lubią Żydów.

- Nie lubią - przy­znał Filip. - Podobno nie­któ­rzy już wyjeż­dżają, zabie­rają swoje złoto i jadą na wschód.

- A twoja rodzina?

Pokrę­cił głową.

- Ojciec nie zostawi zakładu za nic w świe­cie. A nawet gdyby...

Umilkł, głę­boko zaj­rzał w oczy Estery.

- A nawet gdyby...? - pona­gliła.

- Nawet gdyby wyje­chał, nie zabrał­bym się razem z nim. Nie zosta­wię cię.

- Nie wyje­dziesz beze mnie? - wykrztu­siła, lecz oto on już ujmo­wał jej dło­nie i przed nią klę­kał, dłu­gie nogi nie­zdar­nie balan­so­wały na wąskich stop­niach.

- Estero Abrams, czy uczy­nisz mi ten wielki zaszczyt i zosta­niesz moją żoną?

Zamru­gała oszo­ło­miona. Wyda­wało się, że cała Piotr­kow­ska prze­rwała gorącz­kową krzą­ta­ninę i odwró­ciła się w ich stronę. Dwie star­sze panie pcha­jące taczki wyła­do­wane zaku­pami przy­sta­nęły i się im przy­glą­dały. Jedna z nich puściła do Estery oko i ski­nęła głową, więc dziew­czyna ponow­nie zwró­ciła twarz ku przy­stoj­nemu męż­czyź­nie u jej stóp.

- Ale...

- Wybu­chła wojna, Estero. Gdy tylko się o tym dowie­dzia­łem, gdy tylko wyobra­zi­łem sobie żoł­nie­rzy z bro­nią, wroga masze­ru­ją­cego po uli­cach naszego mia­sta, nie umia­łem myśleć o niczym innym, tylko o tym, że mogą mi cie­bie ode­brać. A potem pomy­śla­łem, jakie to absur­dalne, że tego lata dzień w dzień mar­no­wa­łem dwa­dzie­ścia trzy i pół godziny bez cie­bie, i nie zniosę ani trzy­dzie­stu minut wię­cej. Więc jak, Estero?

- Pytasz, czy za cie­bie wyjdę?

- Tak.

- Tak!

Wyrzu­ciła to z sie­bie bez namy­słu, on już wsta­wał z klę­czek, obej­mo­wał ją ramio­nami, zbli­żał usta do jej ust. W gło­wie miała tylko jedną myśl: że i ona zmar­no­wała zbyt dużo czasu. Świat wiro­wał z rado­ści, w uszach huczał potężny głos, jakby Bóg zesłał zastępy śpie­wa­ją­cych anio­łów. Choć gdyby tak było, powi­nien wybrać lep­szy chór, ten brzmiał bowiem raczej jak zawo­dze­nie niż nie­biań­ski śpiew, i dopiero kiedy ode­rwała się od Filipa, uświa­do­miła sobie, że to odgłos syreny prze­ciw­lot­ni­czej doby­wa­jący się z trzesz­czą­cych, zardze­wia­łych gło­śni­ków usta­wio­nych wzdłuż ulicy.

- Szybko! - rzu­cił Filip, bio­rąc ją za rękę i cią­gnąc po scho­dach do kate­dry.

Nad ich gło­wami dwa nie­miec­kie samo­loty, ciemne i zło­wiesz­cze, prze­cięły bez­chmurne błę­kitne niebo, a Estera nie mogła się zde­cy­do­wać, czy to naj­szczę­śliw­szy dzień w jej życiu, czy naj­gor­szy.

Będzie zada­wała sobie to pyta­nie wie­lo­krot­nie w ponu­rych latach, które wkrótce miały nadejść.

Rozdział 2. 19 listopada 1939

Roz­dział 2

19 listo­pada 1939

ANNA

Anna Kamiń­ska wzięła męża pod ramię, gdy rodzice pro­wa­dzili do chupy naj­pierw Filipa, a potem zaró­żo­wioną z emo­cji Esterę i młoda para sta­nęła naprze­ciwko sie­bie pod pięk­nym bal­da­chi­mem. Uśmiech­nęła się, widząc, jak zako­chani patrzą sobie w oczy, tak wyraź­nie pod­eks­cy­to­wani aktem łącze­nia ze sobą życia, i poczuła w duszy spo­kój. Chwała Bogu, że tu przy­była. Wahała się, kiedy przy­szło zapro­sze­nie. Może w wieku pięć­dzie­się­ciu paru lat robiła się ner­wowa, ale nie była pewna, czy Bóg chce, by uczest­ni­czyła w żydow­skiej cere­mo­nii. Na szczę­ście Bar­tek wyśmiał jej obawy.

- Oczy­wi­ście, że Bóg chce, abyś zoba­czyła, jak ci mło­dzi ludzie świę­tują wza­jemną miłość. Wokół nas roz­lewa się tyle nie­na­wi­ści, że należy chwy­tać obu­rącz taką oka­zję bez względu na to, w jakim miej­scu się odbywa.

Miał rację, a jej zro­biło się wstyd, że w ogóle się tym mar­twiła. Żydzi byli ludźmi sumien­nymi, uprzej­mymi i peł­nymi sza­cunku, to zaś nale­żało cenić, zwłasz­cza w świe­cie, w któ­rym dyk­to­wa­nie innym swo­jej woli sta­wało się normą. Minęły ponad dwa znie­na­wi­dzone mie­siące, odkąd nazi­ści wkro­czyli do Pol­ski i narzu­cili jej uko­cha­nemu kra­jowi sztywne reguły oraz ide­olo­gie. Miała ochotę rzu­cić się do gar­dła każ­demu z tych zado­wo­lo­nych z sie­bie żoł­nie­rzy para­du­ją­cych przez ich mia­sto, zmie­nia­ją­cych tabliczki z nazwami ulic, usta­na­wia­ją­cych nowe prawa bez jakie­go­kol­wiek posza­no­wa­nia zwy­cza­jów, tra­dy­cji, a nawet, wyda­wało się, zdro­wego roz­sądku czy przy­zwo­ito­ści.

Jezus nauczał, by nad­sta­wiać drugi poli­czek, ale nazi­ści ude­rzyli w oba naraz i trudno było wyba­czyć im tę napaść, skoro nad­cią­gały już kolejne ciosy. W takich chwi­lach czuła się bar­dziej jak sta­ro­te­sta­men­towa chrze­ści­janka - żądna ognia i furii - niż nowo­te­sta­men­towa, co było chyba nie­jaką iro­nią, zwa­żyw­szy na miej­sce, w któ­rym się znaj­do­wała.

Roz­glą­dała się po syna­go­dze, gdy kan­tor zain­to­no­wał cichą, mistyczną modli­twę, odbi­ja­jącą się echem od malo­wa­nych ścian. Na chod­ni­kach przed syna­gogą skrzył się szron, ale słońce świe­ciło jasno, wpa­da­jąc uko­śnie przez okna, poły­sku­jąc na zło­tych kolum­nach i wypo­sa­że­niu, a całe wnę­trze zda­wało się pło­nąć. Musiała przy­znać, że wcale nie róż­niło się aż tak bar­dzo od ich uko­cha­nej kate­dry Świę­tego Sta­ni­sława; przy­tu­liła się do ramie­nia Bartka, wdzięczna, że nakło­nił ją do przyj­ścia. Takiego spo­koju jesz­cze tej jesieni nie czuła.

Bacz­nie obser­wo­wała, jak Lea, młod­sza sio­stra Estery, sied­mio­krot­nie pro­wa­dzi ją dookoła pana mło­dego z uro­czy­stą, poważną miną na ślicz­nej twa­rzy i wzro­kiem utkwio­nym w pod­ło­dze, choć może nie tyle z poboż­no­ści, lecz by nie nadep­nąć na rąbek sukni panny mło­dej. Anna pamię­tała to uczu­cie. Co z tego, że jej ślub z Bart­kiem odbył się dwa­dzie­ścia trzy lata temu, skoro wciąż żył we wspo­mnie­niach. Był rok tysiąc dzie­więć­set szes­na­sty, śro­dek innej wojny - wiel­kiej wojny, jak ją nazy­wano, wojny, która miała raz na zawsze poło­żyć kres wszyst­kim woj­nom, ale tak się nie stało. Z jakie­goś powodu wszystko zaczęło się od nowa, po raz kolejny zuchwałe potęgi po obu stro­nach bied­nej Pol­ski pusto­szyły spo­kojne mia­steczka i wio­ski. Dla­czego nie zosta­wią ich w spo­koju? Przez stu­le­cia Rosja i Niemcy trak­to­wały ojczy­znę Anny jak zie­mie, któ­rymi można się podzie­lić, aż w końcu w tysiąc dzie­więć­set osiem­na­stym roku Pol­ska odzy­skała nie­pod­le­głość. Teraz jej sąsie­dzi znów bru­tal­nie ją tra­to­wali - tym razem czoł­gami i wiel­kimi dzia­łami.

Annę prze­szedł dreszcz, posta­no­wiła się sku­pić na rado­snej cere­mo­nii. Okrą­żyw­szy Filipa po raz ostatni, Estera sta­nęła przed nim, on zaś deli­kat­nie zasło­nił welo­nem jej twarz, co miało sym­bo­li­zo­wać, że miłuje nie tylko ciało żony, ale i duszę. Ta chwila była bło­go­sła­wień­stwem, dniem miło­ści pośród stra­chu oraz przy­po­mnie­niem, że bez względu na to, o co potęgi toczą bój, co chcą zagar­nąć, ludzie, któ­rzy nie­for­tun­nie zna­leźli się pod ich pano­wa­niem, pra­gną po pro­stu zwy­czaj­nego życia - chcą się żenić, mieć dzieci, zakła­dać rodziny. Czy ist­nieje coś cen­niej­szego?

Ręka Anny odru­chowo powę­dro­wała do dyplomu, który zawsze nosiła w kie­szeni, ukry­tego w sta­rej puszce po proszku do zębów. Ni­gdy nie wia­domo, kiedy ktoś może ją wezwać, i naj­le­piej mieć przy sobie potwier­dze­nie, że czło­wiek zna się na swoim fachu. Była w tym mie­ście aku­szerką od dwu­dzie­stu lat, nie­raz musiała wstać od kola­cji, wyjść ze spo­tka­nia z przy­ja­ciółmi, a nawet z teatru, żeby asy­sto­wać przy poro­dzie. Jeśli zda­rzało się, że prze­ry­wano sztukę, Anna tężała, cze­ka­jąc na nie­unik­niony komu­ni­kat: "Aku­szerka Anna Kamiń­ska pro­szona o zgło­sze­nie się we foyer". Bar­tek wzdy­chał, cało­wał ją w czoło, ona zaś brała płaszcz i nie­wielką torbę medyczną, z którą się nie roz­sta­wała, a następ­nie ruszała w noc.

Było jej odro­binę żal, że nie docze­kała zakoń­cze­nia, ale gdy tylko zajęła się odbie­ra­niem porodu, banal­ność wyre­ży­se­ro­wa­nego dra­matu o zna­nej akcji zni­kała w eks­cy­ta­cji wywo­ła­nej roz­wi­ja­jącą się na jej oczach akcją innego, natu­ral­nego. Wyko­ny­wa­nie takiej pracy było wiel­kim przy­wi­le­jem. Za każ­dym razem, gdy asy­sto­wała przy naro­dzi­nach nowego życia, czuła się, jakby była świad­kiem ponow­nego przyj­ścia na świat Chry­stusa, i ten rado­sny cud odga­niał wszel­kie zmę­cze­nie. Jaką moc mają czołgi i działa wobec takiego aktu odro­dze­nia?

Anna bacz­nie przy­pa­try­wała się Este­rze, nie mogąc uwie­rzyć, jak szybko pły­nie czas. Ta śliczna młoda kobieta, sto­jąca dziś przed swoim wybran­kiem, była jed­nym z pierw­szych dzieci, które Anna przy­jęła na świat. Jako świeżo upie­czona absol­wentka szkoły położ­nych w War­sza­wie wciąż jesz­cze nie mogła się nadzi­wić, że pozwo­lono jej na samo­dzielną prak­tykę. W czy­stym i schlud­nym domu powi­tał ją o świ­cie mąż Ruty, Mor­de­chaj, przy­cup­nięty w progu, ner­wowo pyka­jący z fajki. Na jej widok zerwał się na równe nogi i kla­snął w dło­nie.

- Chwała Bogu, że już pani jest. Żona pani potrze­buje. Moja Ruta pani potrze­buje. Zaopie­kuje się nią pani, prawda? Będzie z panią bez­pieczna?

Paplał jak dziecko, aż poczuła, jak ciąży jej ogrom jego miło­ści. Tam­tego dnia jego szczę­ście spo­czy­wało w jej rękach, a te ręce, powta­rzała sobie, zostały wyszko­lone w naj­lep­szej szkole położ­nych w Pol­sce, tak więc zano­sząc modli­twę do Boga, pospiesz­nie weszła do środka.

Koniec koń­ców nie­trudno było speł­nić życze­nia Mor­de­chaja, Ruta była bowiem młoda i silna, miała wspar­cie rze­czo­wej matki, która kazała jej zaci­snąć zęby i przeć, gdy Anna o to pro­siła. Estera uro­dziła się bez­piecz­nie w ciągu godziny od przy­by­cia Anny, a Mor­de­chaj nie szczę­dził jej pochwał. Wyja­śniła jed­nak, że całą pracę wyko­nała jego żona, po czym dys­kret­nie się odsu­nęła, on zaś ujął obu­rącz twarz Ruty, czule ją cału­jąc, a potem wziął dziecko w ramiona, jak coś naj­cen­niej­szego na świe­cie. Tamto nie­mowlę było teraz kobietą.

Anna przy­słu­chi­wała się w sku­pie­niu, jak Estera składa Fili­powi przy­sięgę moc­nym, czy­stym gło­sem. Sta­no­wili doprawdy uro­czą parę, oboje byli nie­śmiali i poważ­nie trak­to­wali wybrane przez sie­bie w życiu ścieżki. Dostrze­gała w Este­rze jakąś cząstkę sie­bie. Dziew­czyna z pasją pod­cho­dziła do swo­jego zawodu i miała nadzieję, że podob­nie jak Anna będzie mogła odda­wać się swemu powo­ła­niu po zało­że­niu rodziny. Wzrok aku­szerki spo­czął na Fili­pie, wyso­kim, wypro­sto­wa­nym, z dumą ślu­bu­ją­cym swo­jej wybrance serca miłość i wier­ność. Jedy­nym dobro­dziej­stwem oku­pa­cji, pomy­ślała, jest to, że na razie nie powo­ły­wano do walki mło­dych męż­czyzn, dzięki czemu Filip mógł stać tutaj ze swoim drużbą Toma­szem u boku. Kto wie, czy żar­łoczna Rze­sza nie posta­nowi ich zacią­gnąć; ale chyba nawet Hitler nie jest na tyle sza­lony, by kazać wro­gowi wal­czyć o jego sprawę, może więc Este­rze uda się zatrzy­mać pana mło­dego w domu.

Bie­dak i tak nie mógł pra­co­wać. Cały obszar Łodzi "uho­no­ro­wano" włą­cze­niem do Rze­szy, a dwa tygo­dnie temu nie­miecki dowódca zabro­nił Żydom pra­co­wać w prze­my­słach tek­styl­nym i skó­rza­nym - zakaz ten za jed­nym zama­chem pozba­wił dochodu nie­mal pięć­dzie­siąt pro­cent miesz­kań­ców mia­sta. Kra­wiecka prak­tyka Filipa została rap­tow­nie prze­rwana, ojca zmu­szono do prze­ka­za­nia pra­cowni, swo­jego oczka w gło­wie, gru­bemu Niem­cowi o tłu­stych palu­chach i bez talentu.

Z powodu tego bez­sen­sow­nego posu­nię­cia mia­sto będzie gorzej ubrane, a tym­cza­sem te rzą­dzące Łodzią świ­nie wydały nakaz przy­mu­so­wej pracy dla Żydów, wycią­gały ich z domów oraz biur i kazały burzyć pol­skie pomniki, zamia­tać chod­niki i zmie­niać tabliczki z nazwami ulic. Anna mijała nie­dawno dwóch męż­czyzn ścią­ga­ją­cych ze łzami w oczach tabliczkę z nazwą sta­rej, sza­cow­nej Piotr­kow­skiej i zastę­pu­ją­cych ją nową, błysz­czącą, z napi­sem Adolf-Hitler-Strasse. Nazi­ści robili tak z każdą ulicą w mie­ście, wyma­zu­jąc stare jak świat nazwy i wpi­su­jąc w ich miej­sce aro­ganc­kie nie­miec­kie. Żaden sza­nu­jący się Polak nie będzie posłu­gi­wał się tymi nowymi, ale i tak tam wid­niały, szy­dząc z miesz­kań­ców.

Poja­wiły się także opa­ski. Roz­kaz przy­szedł rap­tem kilka dni temu - wszy­scy Żydzi mają nosić na ramie­niu żółte opa­ski o sze­ro­ko­ści dzie­się­ciu cen­ty­me­trów, tuż poni­żej pachy, w miej­scu wybra­nym spe­cjal­nie dla mak­sy­mal­nej nie­wy­gody. Istny powrót do śre­dnio­wie­cza. Na prze­strzeni stu­leci jakże wielu despo­tycz­nych wład­ców zmu­szało lud­ność żydow­ską do nosze­nia odróż­nia­ją­cych ją od reszty emble­ma­tów, by "zapo­biec przy­pad­ko­wemu mie­sza­niu się ras" - jakby ludzie ze sobą nie roz­ma­wiali, nie pozna­wali swo­ich rodzin ani nie dzie­lili się histo­riami; jakby to pań­stwo miało decy­do­wać, z kim dana jed­nostka ma się połą­czyć świę­tym węzłem mał­żeń­stwa.

Anna spo­tkała nie­dawno na ulicy Rutę i Leę, które zała­my­wały ręce, że to nowe prze­klęte roz­po­rzą­dze­nie zepsuje im sta­ran­nie wybrane na ślub kre­acje, modliły się, by weszło w życie dopiero po dniu zaślu­bin, ale gdzie tam, eses­mani - naj­bar­dziej bez­względni, sady­styczni przed­sta­wi­ciele nie­miec­kiego reżimu - od tygo­dnia patro­lo­wali ulice, mie­rząc z broni do każ­dego nie­szczę­snego Żyda nie­ozna­ko­wa­nego żółtą opa­ską, a cza­sem także pocią­gali za spust. Stary Eliasz Aarons, naj­lep­szy pie­karz w mie­ście, nie upie­cze już kołacz­ków ani szar­lotki, by mogły się nimi roz­ko­szo­wać nie­prze­brane masy klien­tów, został bowiem zastrze­lony we wła­snej pie­karni, gdy się tłu­ma­czył, że nie zna­lazł jesz­cze wystar­cza­jąco dużego kawałka żół­tej tka­niny na swój pokaźny biceps. Tak więc nie­mal wszy­scy zgro­ma­dzeni teraz w świą­tyni, z wyjąt­kiem Anny i Bartka, mieli prze­pa­sane na żółto ramiona. Nawet biedna Estera musiała zało­żyć opa­skę, choć ktoś zmyślny - zapewne Filip - w akcie wyzy­wa­ją­cego posłu­szeń­stwa uszył dwie, na oba rękawy, ze lśnią­cej zło­tej tka­niny, dzięki czemu panna młoda wyglą­dała bar­dziej jak kró­lowa niż wyrzu­tek spo­łe­czeń­stwa.

Uro­czy­stość dobie­gała końca. Anna ode­rwała się od tra­pią­cych ją roz­my­ślań i zanu­rzyła się we wspa­nia­ło­ści tego, co działo się tu i teraz. Este­rze ponow­nie odsło­nięto welon, rabin wziął kie­lich i podał nowo­żeń­com. Gdy go opróż­nili, wsu­nął naczy­nie do aksa­mit­nego woreczka, mocno zacią­gnął tasiemki i poło­żył je przed Fili­pem na pod­ło­dze. Pan młody spoj­rzał na Esterę, która uśmiech­nęła się zachę­ca­jąco i wzięła go za rękę. Goście pode­szli bli­żej, Filip uniósł stopę, a potem zde­cy­do­wa­nym ruchem roz­dep­tał szkło. Anna zdą­żyła usły­szeć pierw­szy brzęk, zanim uto­nął w rado­snych okrzy­kach "mazeł tow!", a przy­łą­cza­jąc się do nich, wie­działa, że bez względu na język, bez względu na świą­ty­nię, wszyst­kie kul­tury jed­no­czą się w bło­go­sła­wień­stwach dla szczę­śli­wych mał­żon­ków.

Poca­ło­wała wła­snego męża, pod­czas gdy wszy­scy wokół wesoło traj­ko­tali, ści­skali się nawza­jem i obstę­po­wali młodą parę, aby wziąć oboje na barki i okrą­żyć z nimi syna­gogę. Wesele miało się odbyć w sali na tyłach tego ład­nego budynku, wyda­wało się jed­nak, że zaczyna się już teraz, absur­dalne żółte opa­ski wiro­wały wokół nowo­żeń­ców. Anna widziała, jak Estera gło­śno się roze­śmiała, kiedy Tomasz wyrwał jej dłoń z uści­sku Filipa, a następ­nie wsa­dził ją na czy­jeś usłużne ramiona, po czym sam wziął Filipa na barana. Parę zaczęto obno­sić dookoła syna­gogi, lecz gdy żywio­łowe okla­ski gości połą­czyły się w mia­ro­wym ryt­mie, nagle z impe­tem otwo­rzyły się drzwi i roz­le­gły strzały. Tłum zastygł, do środka wtar­gnęli żoł­nie­rze SS, szorstko pokrzy­ku­jąc: "Raus, raus!". Wyno­cha.

Anna sły­szała, jak śmiech Estery prze­cho­dzi w okrzyk prze­ra­że­nia, ponie­waż eses­mani wyce­lo­wali w nią lufy, a ona, góru­jąc nad tłu­mem, była łatwym celem. Instynk­tow­nie zesko­czyła na pod­łogę.

- Pro­szę - powie­działa po nie­miecku Anna. - To jest ślub.

Ofi­cer spoj­rzał na nią zasko­czony. Nauczyła się tego języka w dzie­ciń­stwie, posłu­gi­wała się nim bie­gle. Przy­da­wał się jej przez lata, ponie­waż wiele pacjen­tek było osie­dlo­nymi w Pol­sce Niem­kami, ni­gdy jed­nak nie przy­pusz­czała, że kie­dyś zosta­nie zmu­szona do roz­mowy z żoł­nie­rzem.

- Ślub?

Ofi­cer powstrzy­mał swo­ich ludzi unie­sie­niem ramie­nia, a sam roz­glą­dał się po świą­tyni, co przy­naj­mniej dało prze­ra­żo­nym gościom czas na posta­wie­nie nowo­żeń­ców na pod­ło­dze i zapew­nie­nie im względ­nego bez­pie­czeń­stwa w tłu­mie. Nie­miec roze­śmiał się paskud­nie.

- Żydow­ski ślub! A wła­śnie temu, droga pani, przy­szli­śmy poło­żyć kres. Ta hołota nie może się roz­mna­żać. I tak jest ich już wystar­cza­jąco dużo. - Zmie­rzył ją wzro­kiem od stóp do głów, zauwa­ża­jąc porządne ubra­nie nie­spla­mione opa­ską. - Co tutaj robi­cie?

- Świę­tu­jemy miłość - odparła śmiało.

Tym razem śmiech zabrzmiał bar­dziej zło­wrogo. Kątem oka Anna dostrze­gła, jak Tomasz stoi na straży, a Ruta i Mor­de­chaj nie­po­strze­że­nie wypro­wa­dzają pań­stwa mło­dych tyl­nymi drzwiami. Dzię­ko­wała Bogu, że udało im się wymknąć, ale reszta zgro­ma­dzo­nych na­dal była w nie­bez­pie­czeń­stwie. Rodzice Filipa, Benia­min i Sara, pró­bo­wali wszyst­kich uspo­ka­jać, jed­nak panika nara­stała.

- W czymś panom pomóc? - zapy­tała, siląc się na uprzej­mość, cho­ciaż słowa zda­wały się kale­czyć gar­dło.

- Czy nam pomóc? Tak, pro­szę pani, w zbu­rze­niu tego hanieb­nego budynku, dopóki ci wszy­scy prze­klęci Żydzi są w środku. Ej, wy, stać! Ani kroku dalej.

Zauwa­żył tylne wyj­ście, któ­rym pró­bo­wali wymy­kać się inni goście, pod­biegł tam i bru­tal­nie wcią­gnął do środka druhnę Estery. Annie ści­snęło się serce. Czter­na­sto­let­nia Lea wyda­wała się taka doro­sła za ple­cami sio­stry, w upię­tych wysoko, nie­ty­powo jasnych jak na Żydówkę wło­sach i deli­kat­nym maki­jażu pod­kre­śla­ją­cym rysy twa­rzy, w tej jed­nak chwili wyglą­dała jak wystra­szone dziecko - i trudno się jej dzi­wić. Lufy pisto­le­tów znaj­do­wały się tak bli­sko, takie duże, o tak nisz­czy­ciel­skiej mocy. Gdyby eses­mani posta­no­wili otwo­rzyć ogień w tej ogra­ni­czo­nej prze­strzeni, nikt z gości Ruty i Mor­de­chaja nie zdo­łałby się ukryć.

- Pro­szę - ode­zwała się ponow­nie. - Pro­szę ich puścić. Są tu sta­rzy ludzie, dzieci.

- Żydow­skie dzieci!

- Takie same jak inne.

Patrzył na nią z twa­rzą wykrę­coną w gry­ma­sie nie­na­wi­ści.

- Nie takie same - wark­nął. - Żydzi są plagą tej ziemi, a naszym obo­wiąz­kiem jest ją wyple­nić.

Anna poczuła się, jakby ktoś wyssał jej z płuc całe powie­trze. Widziała Żydów zmu­sza­nych do zasy­py­wa­nia kałuż pia­skiem, zamy­ka­nia skle­pów i ukry­wa­nia się w domach, ale aż do tej pory nie zda­wała sobie sprawy z głębi wymie­rzo­nej w nich nie­na­wi­ści. To nie szy­der­stwo i zło­śli­wość; to było czy­ste zło. Zabra­kło jej tchu, obraz zama­zy­wał się przed oczami. Poczuła, jak silne ramię Bartka zde­cy­do­wa­nym gestem obej­muje ją w pasie.

- I jeste­śmy wam za to wdzięczni - powie­dział spo­koj­nie Bar­tek; jego nie­miecki nie był tak dobry jak jej, ale cał­ko­wi­cie zro­zu­miały. - Ale jakie macie roz­kazy na dziś?

Anna miała ochotę obić mu pię­ściami pierś za tę rze­komą soli­dar­ność z wro­giem, ale pró­bu­jąc dojść do sie­bie, zauwa­żyła, jak wypa­sto­wane buty żoł­nie­rza nie­pew­nie szu­rają po pod­ło­dze. Roz­kazy. Bar­tek miał rację, do tych auto­ma­tów prze­ma­wiają tylko roz­kazy.

- Mamy roz­kaz wysa­dze­nia w powie­trze wszyst­kich syna­gog w Łodzi.

- Ale nie ludzi?

- Na razie nie - odburk­nął.

Tym razem Anna usły­szała w jego gło­sie waha­nie i przy­warła do Bartka, gdy ten znów prze­mó­wił.

- Może więc pozwól­cie im wyjść na ulicę, skąd będą obser­wo­wać, jak wali się ich świą­ty­nia.

- Tak! - Ofi­cer pod­chwy­cił pomysł. - Będzie to dla nich upo­ko­rze­nie i ostrze­że­nie przed potęgą Rze­szy. Raus! - wrza­snął, a reszta żoł­nie­rzy natych­miast poszła w jego ślady. Raus, raus, raus!

Lea pierw­sza rzu­ciła się do drzwi, za nią prze­py­chała się reszta gości, poty­ka­jąc się w pośpie­chu, by zdą­żyć uciec, zanim zbu­rzą świą­ty­nię, jak to aż nazbyt czę­sto działo się w ich histo­rii. Bar­tek zła­pał się za głowę i ude­rzył nią w kolumnę; tym razem to Anna objęła go wpół i pro­wa­dziła do wyj­ścia.

- Co ja powie­dzia­łem? - lamen­to­wał. - To było straszne, straszne!

- Raczej śmiałe i odważne i oca­liło tym wszyst­kim ludziom życie - zaopo­no­wała Anna.

- Na razie - odparł posęp­nie.

Tłum cha­otycz­nie i w pośpie­chu wyle­gał na Piotr­kow­ską - Adolf-Hitler-Strasse - Anna zaś wie­działa, że mąż ma rację. Najeźdźcy zajęli ich mia­sto, a teraz będą dzie­lić jego miesz­kań­ców. Jakiś głu­piec zde­cy­do­wał, że dziecko, któ­remu Anna pomo­gła przyjść na świat osiem­na­ście lat temu, nie­winne i nagu­sień­kie, jest mniej war­to­ściowe od innych, i zamie­rzał zetrzeć je z tej ziemi wraz ze wszyst­kimi, w któ­rych żyłach pły­nęła ta sama krew. Prze­cież to nie zwy­kła wojna, ale zagłada cywi­li­za­cji. W dro­dze powrot­nej do domu z jej serca ulot­nił się cały spo­kój tej pięk­nej cere­mo­nii zaślu­bin, zastą­piły go okrop­nie złe prze­czu­cia. Nie pozo­sta­wało jej nic innego, jak tylko modlić się, by Estera i Filip nacie­szyli się kil­koma dniami wspól­nego szczę­ścia, ponie­waż siła, którą z nich zaczerpną, będzie im bar­dzo potrzebna w nad­cho­dzą­cych tygo­dniach i mie­sią­cach.

Rozdział 3. 8 lutego 1940

Roz­dział 3

8 lutego 1940

ESTERA

- Fili­pie, jestem!

Och, jakże uwiel­biała te słowa. Ni­gdy by nie pomy­ślała, że pro­sta czyn­ność, taka jak prze­stę­po­wa­nie progu domu, okaże się taka cudowna. Choć ich miesz­kanko było nie­wiel­kie, skrom­nie ume­blo­wane i pro­wa­dziło do niego strasz­nie dużo scho­dów, mieli je tylko dla sie­bie i ceniła je bar­dziej od naj­wspa­nial­szego pałacu.

- Obiad pra­wie gotowy! - odkrzyk­nął Filip, a Estera ze śmie­chem odwie­siła płaszcz, po czym weszła do wąskiej kuchni. Stał przy kuchence, zaró­żo­wiony od bucha­ją­cej z garnka pary, w pasie miał prze­wią­zany far­tuch.

- Pach­nie cudow­nie - zauwa­żyła, wpa­da­jąc w jego roz­po­starte ramiona i cału­jąc na powi­ta­nie.

- Bigos, przy­naj­mniej w zało­że­niu. Mama dała mi prze­pis, ale nie mogłem zna­leźć w skle­pach potrzeb­nych skład­ni­ków. Powi­nien zawie­rać sie­dem róż­nych rodza­jów mięsa, a są tam dwa i szcze­rze mówiąc, nie jestem pewien, czy któ­reś z nich rze­czy­wi­ście można uznać za mięso w czy­stym zna­cze­niu tego słowa.

Znów go poca­ło­wała, ście­ra­jąc mu sos z policzka.

- Będzie pyszny, Fili­pie. Dzię­kuję.

Uśmiech­nął się zado­wo­lony.

- Musia­łem godzi­nami stać w kolejce, a kiedy byłem już bli­sko lady, ktoś mnie wypchnął.

- Nie pro­te­sto­wa­łeś?

- Przy eses­ma­nach ster­czą­cych na każ­dym rogu? Już widzę, jak ocho­czo pospie­szy­liby mi z pomocą.

Estera się skrzy­wiła. Z każ­dym kolej­nym dniem tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stego roku ich zna­jomi i krewni coraz czę­ściej sta­wali się zabaw­kami w rękach nazi­stów, któ­rzy ich bili, kopali, ude­rzali. Któ­re­goś dnia przy­ja­ciółka Estery, Maja, zja­wiła się zapła­kana pod ich drzwiami, bła­ga­jąc o pomoc. Nazi­ści zmu­sili jej sta­rze­ją­cego się ojca do prze­no­sze­nia gołymi rękami cegieł z jed­nej strony ulicy na drugą przez cały pora­nek, a póź­niej kazali mu je odno­sić. Miał pora­nione palce, plecy nie­mal zgięte wpół, a żebra sine od kop­nia­ków, które wymie­rzano mu przy każ­dym upadku.

Estera zro­biła, co mogła, prze­myła i opa­trzyła rany, ale rano następ­nego dnia eses­mani znów zało­mo­tali do jego drzwi, kazali mu zabie­rać leniwe gnaty do pracy i cały kosz­mar roz­po­czął się od nowa. Ojciec tra­fił do szpi­tala, a Maja poprzy­się­gła zemstę, lecz cóż mogli zro­bić? Nazi­ści mieli broń, a dzięki broni wła­dzę. Świat, przy­cho­dząc Pol­sce w sukurs, wypo­wie­dział Niem­com wojnę, ale naj­wy­raź­niej sama Pol­ska musi przy­stą­pić do dzia­ła­nia i modlić się o ratu­nek. Wielu mło­dych męż­czyzn ucie­kło za gra­nicę, chcąc dołą­czyć gdzieś do armii, i choć Estera ich rozu­miała, była nie­skoń­cze­nie rada, że Filip został przy niej.

- Wszystko wywró­ciło się do góry nogami, prawda? - powie­dział. - Ty wycho­dzisz do pracy, a ja pro­wa­dzę dom.

- I to mi się podoba - odparła, uśmie­cha­jąc się do niego. - Do twa­rzy ci w far­tu­chu.

Zabaw­nie dygnął, Estera znów zachi­cho­tała, a następ­nie przy­cią­gnęła go do sie­bie. Ten poca­łu­nek był dłuż­szy, głęb­szy. Nie mogła uwie­rzyć, że nie minął nawet rok od czasu, kiedy ten cudowny męż­czy­zna sie­dział po dru­giej stro­nie scho­dów, a oto teraz są mał­żeń­stwem i wiodą wspólne życie. Nie umiała już sobie przy­po­mnieć, jak świat wyglą­dał bez niego, i nie wyobra­żała sobie, by kie­dy­kol­wiek mogło się jej znu­dzić wpa­da­nie mu w ramiona.

- Gotowe? - zapy­tała.

Skosz­to­wał aro­ma­tycz­nego bigosu, w sku­pie­niu marsz­cząc czoło.

- Myślę, że przy­da­łoby się jesz­cze z pół godziny.

- I dobrze! - wykrzyk­nęła, bio­rąc go za rękę i pro­wa­dząc do sypialni.

- Pani Paster­nak, czy pani mnie uwo­dzi?

- Tak - odparła, nie kry­jąc rado­ści.

Cie­le­sna strona ich mał­żeń­stwa miała dość nie­for­tunny począ­tek - wypę­dzono ich z syna­gogi, gdy uro­czy­stość dopiero roz­krę­cała się na dobre. Rodzina Filipa zor­ga­ni­zo­wała im kil­ku­dniowy pobyt w uro­czym domku w lesie łagiew­nic­kim, ale pierw­szej nocy byli tak wstrzą­śnięci grozą wyda­rzeń, że poprze­stali na przy­tu­la­niu się do sie­bie i wpa­try­wa­niu w ogień. Chcieli wró­cić do bli­skich, by mieć pew­ność, że wszy­scy są cali i zdrowi.

Zmę­czeni i nie­spo­kojni poło­żyli się w końcu do łóżka, a sen we wza­jem­nych obję­ciach ukoił ich na tyle, że rano, kiedy pierw­sze pro­mie­nie słońca uko­śnie wdzie­rały się pomię­dzy drzewa, odna­leźli drogę do sie­bie. A póź­niej Estera nie miała ochoty w ogóle wycho­dzić z łóżka, z przy­jem­no­ścią zosta­łaby tam na wiecz­ność. Odkryła, że przy Fili­pie nie musi się krę­po­wać. W pełni mu ufała, więc wstyd wyda­wał się zbędny, a poza tym oboje wstą­pili w zwią­zek mał­żeń­ski tak samo nie­winni, wspól­nie więc odbyli podróż w nie­znane i Estera miała nadzieję, że będą w nią wyru­szać jesz­cze przez dłu­gie lata.

- Łóżko? - zapy­tała, uno­sząc brew.

Zoba­czyła, jak w odpo­wie­dzi ciem­nieją mu oczy.

- Z przy­jem­no­ścią. Ale zaraz, muszę ci coś powie­dzieć.

- To nie może zacze­kać? Ojej! - Odsu­nęła koł­drę, gotowa wsko­czyć w pościel, ale mate­rac był zasłany ubra­niami. - Fili­pie?

Zebrał je w pośpie­chu i wepchnął do juto­wego worka.

- Prze­róbki kra­wiec­kie. Wszy­scy tak szybko tracą na wadze, że potrze­bują zwę­żać ubra­nia, a roze­szła się wieść, że jestem gotów się tym zająć. Płacą gotówką albo w arty­ku­łach spo­żyw­czych, co jest nawet lep­sze, ale...

- Ale musisz robić to po kry­jomu - dokoń­czyła za niego Estera. Ścier­pła jej skóra na myśl, co by się stało, gdyby ktoś wtar­gnął do ich miesz­ka­nia. Praca przy tek­sty­liach była zaka­zana, nawet we wła­snej sypialni.

- Mogę prze­stać, jeśli chcesz - rzekł Filip, mocno ją do sie­bie przy­tu­la­jąc.

Pokrę­ciła głową. Żar­to­wali co prawda z mężow­skiego far­tuszka, ale wie­działa, że tkwie­nie całymi dniami w domu jest dla niego trudne, a ta praca pomoże mu zacho­wać zdrowe zmy­sły. Poza tym było na nią zapo­trze­bo­wa­nie. Opa­ski nara­mienne zastą­piono żół­tymi gwiaz­dami Dawida, które miały być przy­szyte na piersi i ple­cach każ­dego ele­mentu gar­de­roby. Ponie­waż zamro­żono wszyst­kie żydow­skie konta oszczęd­no­ściowe oraz narzu­cono limity wypłat gotówki, coraz trud­niej było dobrze się ubie­rać, nikt jed­nak nie chciał, by nie­na­gan­nie umun­du­ro­wani żoł­nie­rze SS odbie­rali ludziom god­ność. Jeśli tacy krawcy jak Filip mogli mieć swój udział w tym drob­nym zwy­cię­stwie, tym lepiej.

- Przy­szy­wasz gwiazdy? - zapy­tała, wska­zu­jąc na leżący obok stos żół­tych skraw­ków mate­riału.

- Tak.

Przy­naj­mniej to było dozwo­lone i nie­któ­rzy z zamoż­niej­szych Żydów zama­wiali dość fan­ta­zyjne gwiazdy, obra­ca­jąc tę prze­ciw­ność losu w szyk, póki Niemcy tego nie ukró­cili. Dzięki małost­ko­wo­ści SS Filip zdo­był wię­cej zamó­wień, wymie­niał wymyślne emble­maty na pre­fe­ro­wane przez wroga sier­miężne naszywki, a jeśli zda­rzyło mu się nieco zwę­zić przy oka­zji ubra­nie albo wyha­fto­wać rąbek czy dodać fal­bankę, kto by o tym wie­dział?

- Więc jak Niemcy mogą narze­kać? Już dość uprzy­krzają nam życie, nie tylko w kwe­stii ubrań, prawda?

Filip z zakło­po­ta­niem poru­szył się w jej ramio­nach.

- Naprawdę muszę ci o czymś powie­dzieć.

Spoj­rzała na niego zasko­czona.

- Nie cho­dziło o tę odzież?

- Nie.

- Aha. A to też nie może zacze­kać? - zapy­tała, ale zaczy­nała odczu­wać, że "to coś" i tak już zepsuło cały nastrój. - Więc mów.

- Nie, nie, nie. Może zacze­kać. Chodź.

Zaczął roz­pi­nać jej pie­lę­gniar­ski uni­form, ale trzę­sły mu się palce, więc powstrzy­mała go deli­kat­nie.

- Lepiej powiedz, Fili­pie. Wspólny kło­pot...

- To na­dal kło­pot - dokoń­czył posęp­nie.

- Póki jeste­śmy tu razem, to...

- I w tym sęk.

Zało­mo­tało jej serce.

- Cho­dzi o miesz­ka­nie? Czy wła­ści­ciel...

- Nie, nie wła­ści­ciel. Tylko... zacze­kaj.

Pobiegł pędem do kuchni i wró­cił z gazetą "Lod­scher Zeitung". Powoli ją roz­ło­żył i pod­su­nął Este­rze. Na pierw­szej szpal­cie zamiesz­czono plan mia­sta, na któ­rym zakre­sko­wano obszar wokół bałuc­kiego targu i pod­pi­sano: Die Wohn­ge­biet der Juden.

- Wohn­ge­biet? - zapy­tała Filipa.

- Dziel­nica miesz­ka­niowa - prze­tłu­ma­czył, gorzko doda­jąc: - Getto.

Opa­dła na łóżko, jakby zapo­mniała o sto­ją­cym nad nią Fili­pie, zma­ga­jąc się ze zro­zu­mie­niem nie­miec­kich słów. Roz­kaz napi­sany wład­czym sty­lem oku­pan­tów pięt­no­wał Żydów jako "rasę wyzbytą poczu­cia czy­sto­ści" i stwier­dzał, że odse­pa­ro­wa­nie ich od "porząd­nych miesz­kań­ców" mia­sta, zanim zdążą ich zain­fe­ko­wać, jest pilną sprawą dla zdro­wia publicz­nego. Choć Estera w kółko czy­tała te słowa, docie­rały do niej tylko w poło­wie.

- "Wyzbytą poczu­cia czy­sto­ści" - wyrzu­ciła wresz­cie z sie­bie. - Jak oni śmią?

Obu­rzona rozej­rzała się po ich miesz­ka­niu - dość sta­rym, skrom­nym, może nawet tro­chę sfa­ty­go­wa­nym, za to nie­ska­zi­tel­nie czy­stym.

- To nie­prawda, Estero - rzekł łagod­nie Filip.

- Wiem! Co tylko pogar­sza sprawę. Jak mogą bez­kar­nie mówić o nas takie rze­czy? Nie ist­nieje żadne prawo zabra­nia­jące znie­sła­wia­nia? Dla­czego nikt ich nie powstrzyma?

Filip przy­gryzł wargę.

- Są zdo­byw­cami, moja kochana. A to zna­czy, że mogą robić, co chcą.

- Włącz­nie z umiesz­cza­niem nas w... w get­cie?

Już samo słowo brzmiało wstręt­nie - krót­kie, oschłe, napa­stliwe jak roz­ju­szony owad.

- Na to wygląda.

- Kiedy?

Gło­śno prze­łknął ślinę.

- Mamy trzy dni.

Wpa­try­wała się w niego ze zgrozą, a potem wstała, pode­szła do drzwi sypialni i za nie wyj­rzała. Płaszcz wisiał na kołku w kory­ta­rzu, tam, gdzie go zosta­wiła, w pod­sko­kach wpa­da­jąc do kuchni, sku­szona zapa­chem bigosu i roz­czu­la­ją­cym wido­kiem męża w far­tu­chu. Chciała okła­dać Filipa pię­ściami za to, że nie pro­te­sto­wał, gdy pró­bo­wała zwa­bić go do łóżka, skoro o tym wszyst­kim wie­dział, a rów­no­cze­śnie żało­wała, że nie zatrzy­mał tej nowiny dla sie­bie do czasu... No wła­śnie, do kiedy?

- Co robimy, Fili­pie?

Pod­szedł do niej i ją objął, wsparła się na jego piersi. Musnął ustami jej szyję.

- Trzy­mamy się sie­bie z całej siły, kochana. Lubię to miesz­ka­nie tak samo jak ty, ale dla mnie dom jest tam, gdzie jesteś ty, i jeżeli Niem­com się wydaje, że mogą nas zła­mać, ponie­wie­ra­jąc nami i prze­no­sząc we wła­snym mie­ście, są w błę­dzie. Zjedzmy bigos, chodźmy do łóżka, a jutro wraz z rodzi­nami urzą­dzimy sobie nowy dom, lep­szy niż jakiś wyszu­kany nie­miecki pałac, bo wypeł­niony miło­ścią, a nie nie­na­wi­ścią.

Sta­rali się. Oboje bar­dzo się sta­rali, ale bigos sma­ko­wał jak tro­ciny i nie mogli zasnąć, wie­dząc, że być może to ich ostat­nia noc w tym mał­żeń­skim gniazdku, toteż z ulgą powi­tali szary, wil­gotny świt wpeł­za­jący w szcze­linę mię­dzy zasło­nami. Sły­szeli pokrzy­ki­wa­nia za oknem, leżeli wtu­leni w sie­bie, prze­dłu­ża­jąc te ostat­nie bez­pieczne chwile, ale wkrótce puka­nie do drzwi oznaj­miło przy­by­cie rodzi­ców i sio­stry, nie pozo­sta­wało zatem nic innego, jak wstać i zmie­rzyć się z kosz­ma­rem.

Wszy­scy wokół bie­gali w panice. Getto naj­wy­raź­niej miało powstać w oko­licy wiel­kiego targu na Bału­tach w pół­noc­nej czę­ści mia­sta, już teraz zamiesz­ki­wa­nej przez wielu Żydów, ale rów­nie wielu zasie­dlało inne dziel­nice. Zda­wało się, że nikt nie wie, dokąd iść.

- Przy Połu­dnio­wej jest biuro kwa­te­run­kowe - poin­for­mo­wał ich Tomasz, jed­nak gdy dotarli na miej­sce, zastali tam gęsty tłum.

- Co będzie ze szkołą? - zapy­tała Lea, z prze­ję­ciem roz­glą­da­jąc się dokoła. W wieku czter­na­stu lat jako jedyna spo­śród nich trak­to­wała tę sytu­ację jak przy­godę.

- Szkoła? - Prze­cho­dzący obok Nie­miec par­sk­nął śmie­chem. - Po co takim jak wy szkoła? Szkoda dla was dobrych nauczy­cieli.

Lea wsparła dło­nie na zaokrą­gla­ją­cych się od nie­dawna bio­drach.

- Jestem w kla­sie pry­mu­ską, żeby pan wie­dział.

- Tak? Coś ci powiem, podejdź tu do mnie, a cię nauczę, do czego nadają się takie jak ty.

Wyko­nał spro­śny gest ku gło­śnej ucie­sze swo­ich towa­rzy­szy.

Wście­kła Lea zro­biła krok naprzód, ale Estera pocią­gnęła ją do tyłu.

- Daj spo­kój, Lea. Nie są tego warci.

- Nie mogą się tak do nas odno­sić - wypa­liła z obu­rze­niem.

Estera smutno się uśmiech­nęła. Bo cóż mogła powie­dzieć? Lea miała rację, lecz szka­radna prawda była taka, że w oku­po­wa­nej Łodzi zdo­bywcy mogli sobie mówić, co im się żyw­nie podo­bało.

- Ustawmy się w kolejce.

Pełni obaw cze­kali długo, zanim udało im się wresz­cie wejść do biura kwa­te­run­ko­wego. Przy biur­kach sie­dzieli urzęd­nicy o zmę­czo­nych twa­rzach, nad­zo­ro­wani przez Cha­ima Rum­kow­skiego, mia­no­wa­nego przez Niem­ców w zeszłym mie­siącu "prze­wod­ni­czą­cym Star­szeń­stwa Żydów", wyzna­czo­nym do zawia­dy­wa­nia get­tem. Miał białe włosy i krze­piący uśmiech, za to oczy prze­ni­kliwe, gdy omia­tał wzro­kiem tłumy "swo­ich" ludzi. Obok niego stało dwóch eses­ma­nów. Estera się ucie­szyła, gdy skie­ro­wano ją do mło­dej kobiety przy biurku sto­ją­cym naj­da­lej od wyso­kiego krze­sła Cha­ima.

- Potrze­bu­jemy małego lokum dla mnie i mojego męża oraz dru­giego, dla rodzi­ców z sio­strą - oznaj­miła.

Kobieta pod­nio­sła na nią wzrok i się roze­śmiała, lecz po chwili jej twarz wykrzy­wił gry­mas.

- Dobrze się pani czuje? - zanie­po­ko­iła się Estera.

- Na tyle dobrze, na ile to moż­liwe, gdy trzeba każ­demu po kolei prze­ka­zy­wać złe wie­ści - odparła ze znu­że­niem kobieta. - Będzie­cie musieli dzie­lić miesz­ka­nie.

- Wszy­scy razem?

Wes­tchnęła.

- Wszy­scy razem i jesz­cze z innymi.

- Mamy miesz­kać z obcymi ludźmi?

- Nie­stety. W get­cie jest o połowę mniej domów niż rodzin do zakwa­te­ro­wa­nia. Poza tym w więk­szo­ści z nich na­dal miesz­kają Polacy.

- Co się z nimi sta­nie?

- Zostaną prze­sie­dleni.

Użyła tego słowa z prze­ko­na­niem, lecz zda­niem Estery było ono zupeł­nie nie­ade­kwatne do sytu­acji. Z prze­ra­że­niem spoj­rzała na Filipa. Ich miesz­ka­nie było maciup­kie, ale mieli je tylko dla sie­bie. A teraz będą dzie­lić prze­strzeń z innymi, jak dzieci, a na domiar złego zamiesz­kają z obcymi ludźmi!

- Są jesz­cze moi rodzice - zasu­ge­ro­wał Filip. - A gdy­by­śmy dodali moich rodzi­ców?

- I byłoby was sied­mioro? - zapy­tała kobieta.

Przy­tak­nęli.

Ich rodzice widzieli się zale­d­wie kilka razy, ale obec­ność Estery i Filipa zwią­za­łaby ich ze sobą.

- Mam coś takiego, tutaj, przy Kreuz­strasse.

- Gdzie?

- Kobieta się pochy­liła.

- Dawna ulica Krzy­żowa - wyszep­tała, jak gdyby samo wymie­nie­nie pol­skiej nazwy było zbrod­nią. - Dwa pokoje.

- Dwa?

- I pod­da­sze.

- Bie­rzemy - zde­cy­do­wał Filip. Ści­snął dłoń Estery i szep­nął jej do ucha: - Pod­da­sza są bar­dzo roman­tyczne.

Kochała go w tej chwili za ten opty­mizm bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek, ale gdy wrę­czono im klucz do nie­zna­nego lokum, gdzie mieli zamiesz­kać z rodzi­cami, nie mogła opę­dzić się od myśli, że w życiu nie sły­szała o czymś mniej roman­tycz­nym. Oddają ich naj­uko­chań­sze miesz­ka­nie jakiejś nie­miec­kiej parze intru­zów, a oni tra­fią do getta. Ze zła­ma­nym ser­cem prze­py­chali się do wyj­ścia. Estera tak mocno ści­skała rękę Filipa, że zbie­lały mu knyk­cie.

Rozdział 4. 9 lutego 1940

Roz­dział 4

9 lutego 1940

ANNA

Łup, łup, łup!

Wyrwana ze snu Anna nie­chęt­nie wstała z łóżka i po omacku się­gnęła po swój pie­lę­gniar­ski strój, który wisiał zawsze w pogo­to­wiu na drzwiach sypialni. Musiało już świ­tać, ponie­waż zza zasłon wdzie­rała się smuga świa­tła, lecz Anna nie czuła się jesz­cze gotowa sta­wić czoła kolej­nemu dniowi. Tak wiele dzieci upie­rało się na poród w nocy. Ktoś kie­dyś powie­dział, że ciało chce, by matka wydała dziecko na świat przed codzienną domową krzą­ta­niną, i ta uwaga wyda­wała się wła­ści­wie słuszna. Cza­sem Anna żało­wała, że Bóg, któ­rego zresztą szcze­rze kochała, nie jest kobietą, bo pew­nie wtedy ciąża byłaby jakoś lepiej zor­ga­ni­zo­wana.

- Już idę! - zawo­łała, gdy znów roz­legł się łomot.

Naj­wy­raź­niej jakaś kobieta zna­la­zła się w pil­nej potrze­bie; prze­wi­nęła w myślach listę pacjen­tek bli­skich roz­wią­za­nia. W tym tygo­dniu nie spo­dzie­wała się żad­nej z nich, ale dzieci miały wła­sne plany - rodziły się, gdy były gotowe, a nie kiedy gotowa była matka. Anna nacią­gnęła na nogi naj­grub­sze poń­czo­chy, mocu­jąc się z przy­pię­ciem ich do pasa, i zaczęła się zasta­na­wiać, czy nie czas prze­rzu­cić się na spodnie, jak nie­które młod­sze położne. Spodnie wyda­wały się bar­dzo prak­tyczne, ale jakoś jej nie leżały. Sta­rzała się, na tym pole­gał pro­blem, sta­rzała się, robiła się kon­ser­wa­tywna i coraz wol­niej gra­mo­liła się z łóżka o świ­cie.

- Idę! - krzyk­nęła ponow­nie.

Uprze­dziła wszyst­kich, że dotar­cie do drzwi w środku nocy zaj­mie jej kilka minut, ale zdjęci paniką ojco­wie rzadko o tym pamię­tali. Nie potra­fili myśleć o niczym innym poza swo­imi uko­cha­nymi żonami i rodzą­cymi się dzie­ciąt­kami, no i w zasa­dzie wła­śnie tak powinno być. W końcu się wyszy­ko­wała, ruszyła do scho­dów. Bar­tek poru­szył się w łóżku i prze­słał jej całusa, odwza­jem­niła ten gest, ale on już zamy­kał z powro­tem oczy, szczę­ściarz. Zostały mu jesz­cze dwie godziny snu, zanim będzie musiał sta­wić się przy pra­sie w dru­karni, gdzie pra­co­wał jako zecer - wybrał dużo roz­sąd­niej­szy zawód. Mimo wszystko Anna poczuła zna­jomą eks­cy­ta­cję na myśl o nowym życiu, które przyj­mie na ten świat; ukła­da­nie czcio­nek takich doznań nie zapewni.

Z uśmie­chem spoj­rzała na zamknięte drzwi pokoju synów. Bro­ni­sław i Alek­san­der posta­no­wili pójść w jej ślady w wybo­rze pro­fe­sji; Bro­nek był już od roku leka­rzem, a Alek stu­dio­wał na uczelni medycz­nej. Ich naj­młod­szy syn Jakub chciał ter­mi­no­wać u Bartka; wie­działa, że mąż jest w głębi duszy zachwy­cony, że choć jeden z trzech wybrał zawo­dową ścieżkę ojca.

Zer­k­nęła na rodzinną foto­gra­fię, dum­nie zawie­szoną na dole scho­dów. Och, ileż cere­gieli towa­rzy­szyło jej powsta­niu, ale było warto. Wszy­scy wyglą­dali nieco sztywno, odro­binę nie­na­tu­ral­nie, sto­jąc nie­ru­chomo i patrząc pro­sto w obiek­tyw, zamiast bie­gać, śmiać się, prze­ko­ma­rzać i siło­wać. Grunt, że zostali uwiecz­nieni - rodzina w kom­ple­cie.

- Otwie­rać! - Zza drzwi dobiegł szorstki okrzyk.

Zawa­hała się.

Nie brzmiał jak zde­spe­ro­wany głos przy­szłego ojca. Mimo to zdjęła z wie­szaka płaszcz i się­gnęła po torbę aku­szerki, a następ­nie prze­krę­ciła klucz w zamku. Drzwi natych­miast otwo­rzyły się z impe­tem, Anna w pośpie­chu cof­nęła się do kory­ta­rza, gdy dwaj męż­czyźni wpa­ro­wali do środka cięż­kim kro­kiem. Zamarło jej serce na widok mun­du­rów SS, ale przy­po­mniała sobie, że nie­miec­kie kobiety także rodzą dzieci - w swoim cza­sie pomo­gła wielu - sta­rała się więc opa­no­wać strach.

- W czym mogę panom pomóc?

Tym zaga­je­niem zbiła ich z tropu.

- Gdzie mąż?

- W łóżku.

- Pozwala kobie­cie otwie­rać drzwi w nocy? - Spoj­rzeli po sobie, par­ska­jąc pro­stac­kim śmie­chem. - Ech, ci Polacy!

- Otwo­rzy­łam z wła­snej woli, ponie­waż gdy ktoś przy­cho­dzi o takiej porze, to zawsze po mnie. Jestem aku­szerką.

Cof­nęli się, zmie­rzyli ją wzro­kiem od stóp do głów, zauwa­żyli pie­lę­gniar­ski mun­du­rek i torbę. Star­szy z nich nie­zdar­nie się ukło­nił.

- Prze­pra­szamy. Szla­chetna pro­fe­sja.

- Dzię­kuję.

Młod­szy spoj­rzał podejrz­li­wie na kom­pana.

- Moja matka jest położną - wark­nął star­szy. - Cof­nij się.

Obaj poszu­rali do drzwi, na­dal otwar­tych, przez które wpa­dało do środka lodo­wate lutowe powie­trze.

- Mogę w czymś pomóc? - zapy­tała ner­wowo.

- A, tak. Hm...

Star­szy żoł­nierz wyda­wał się spe­szony, jego rodak prze­jął więc pałeczkę, wystą­pił naprzód i szyb­kim ruchem pode­tknął Annie pod nos jakiś doku­ment.

- Będzie­cie prze­sie­dleni.

- Słu­cham?

- Wypro­wa­dza­cie się. Nie może­cie tu zostać.

- Dla­czego? To mój dom od pra­wie trzy­dzie­stu lat. Jest wła­sno­ścią moją i męża. Spła­ci­li­śmy go w cało­ści.

- Rze­sza go potrze­buje.

Anna poczuła, że zaczyna się trząść, musiała pode­przeć się ręką o ścianę. Zawa­dziła o por­tret rodzinny, prze­krzy­wia­jąc go. Z tru­dem się wypro­sto­wała.

- W jakim celu?

- Ten rejon mia­sta ma być odtąd prze­kształ­cony w dziel­nicę miesz­ka­niową dla żydow­skich gnid.

- Nie­moż­liwe.

Czy­tali o get­cie poprzed­niego dnia. Razem z Bart­kiem ana­li­zo­wali zamiesz­czony w gaze­cie roz­kaz, prze­ra­żeni bez­dusz­nym tonem, bez­względną sku­tecz­no­ścią oraz ideą segre­ga­cji ludzi w opar­ciu o arbi­tralne decy­zje odno­śnie do "czy­sto­ści raso­wej". Zła­mało jej to serce - w każ­dym razie tak sobie sen­ty­men­tal­nie pomy­ślała - i głę­boko współ­czuła Żydom wysie­dla­nym z wła­snych domów i wypy­cha­nym na obszar wokół bałuc­kiego targu kilka ulic dalej, ale ni­gdy nie prze­mknęło jej przez myśl, że i ona może zostać wysie­dlona. Cóż za nie­fra­so­bliwa aro­gan­cja. Wcale nie miała zła­ma­nego serca, ono zła­mało się dopiero teraz.

- Pro­szę. Co możemy zro­bić? Cho­dzi o pie­nią­dze? Możemy...

- Nie cho­dzi o pie­nią­dze, pro­szę pani. Takie są roz­kazy. Wasz dom znaj­duje się stre­fie prze­sie­dleń­czej, musi­cie się wypro­wa­dzić. Niech się pani nie mar­twi. Dosta­nie­cie inny. Może nawet lep­szy. Nie­któ­rzy z tych Żydów żyją jak pączki w maśle dzięki zyskom ze swo­ich lichwiar­skich inte­re­sów.

- Lichwiar­skich? Bez żydow­skich kraw­ców pół mia­sta cho­dzi­łoby nago.

Młod­szy żoł­nierz zachi­cho­tał, star­szy spio­ru­no­wał go wzro­kiem.

- Non­sens - odparł. - Po pro­stu dobrzy nie­mieccy krawcy mie­liby pracę. Polacy też - dodał, jakby wyświad­czał jej uprzej­mość.

Anna poczuła, jak krew zaczyna wrzeć w jej żyłach. Na szczę­ście usły­szała, jak na górze otwie­rają się drzwi, a potem mąż i syno­wie wycho­dzą z pokoi. Bar­tek zbiegł po scho­dach w szla­froku, opie­kuń­czo objął ją ramie­niem. Przy­jęła ten gest z wdzięcz­no­ścią.

- Co się dzieje?

- Będą nas "prze­sie­dlać" - wyja­śniła z gory­czą.

- Dokąd?

- Do innej czę­ści mia­sta - odparł Nie­miec wyraź­nie zado­wo­lony, że w końcu ma do czy­nie­nia z męż­czy­zną. - Macie dwa dni na spa­ko­wa­nie się; zgło­si­cie się do biura kwa­te­run­ko­wego dwu­na­stego lutego mię­dzy - zer­k­nął do opra­wio­nego w skórę notesu - dzie­siątą a dwu­na­stą rano. Prze­ka­że­cie swoje klu­cze i odbie­rze­cie inne do przy­dzie­lo­nego wam miesz­ka­nia. W jakimś czy­stym miej­scu.

- Tutaj jest czy­sto.

- Ale nie będzie, gdy wokół zamiesz­kają Żydzi.

Anna spoj­rzała na niego z nie­do­wie­rza­niem.

- Naprawdę pan w to wie­rzy? - spy­tała.

Żoł­nierz zmarsz­czył czoło.

- To prawda, pro­szę pani. Nasi wybitni naukowcy prze­pro­wa­dzili wiele eks­pe­ry­men­tów.

- Eks­pe­ry­men­tów spraw­dza­ją­cych czy­stość żydow­skich domów?

- Oczy­wi­ście, że nie. To znacz­nie głęb­sza kwe­stia. Kwe­stia krwi, czy­sto­ści rasy. Nie zro­zu­mie pani.

- Niby dla­czego?

Poczuła, jak Bar­tek ści­ska jej ramię, dostrze­gła zatro­skane spoj­rze­nia synów, ale nie mogła się poha­mo­wać.

- Ponie­waż jest pani kobietą.

Rzu­ciła mu gniewne spoj­rze­nie.

- Może i jestem kobietą, ale z wykształ­ce­niem medycz­nym.

- Tylko w zakre­sie nowo­rod­ków. To nie jest praw­dziwa nauka.

- Nie jest praw­dziwa... Coś panu powiem, młody czło­wieku. Bez tej nauki mógłby pan umrzeć w macicy wła­snej matki, nie­pra­wi­dłowo uło­żony, zanim w ogóle zdą­żyłby pan wziąć pierw­szy w życiu oddech. Albo uro­dzić się z okrę­coną wokół szyi pępo­winą, cały siny i z uszko­dzo­nym mózgiem, choć jeśli się nad tym zasta­no­wić, może wła­śnie tak się stało, skoro wie­rzy pan...

- Dosyć, Anno! - Głos Bartka ostrze­gaw­czo zadźwię­czał jej w uszach. Obaj żoł­nie­rze poczer­wie­nieli ze zło­ści i już się­gali po broń. Bar­tek ode­brał z rąk Anny doku­ment i wyma­chi­wał nim jak białą flagą. - Dzię­ku­jemy za infor­ma­cję. Uważ­nie wszystko prze­czy­tamy.

- I zasto­suj­cie się do instruk­cji - wark­nął star­szy. - W prze­ciw­nym razie ponie­sie­cie kon­se­kwen­cje. To dla waszego dobra, nawet jeśli - popa­trzył wymow­nie na Annę - jeste­ście zbyt głupi, by to zro­zu­mieć. Do widze­nia.

Wyma­sze­ro­wali cięż­kim kro­kiem, a Anna zatrza­snęła drzwi i przy­warła do nich ple­cami, jakby jej sta­rze­jące się ciało mogło powstrzy­mać bru­tal­nych przed­sta­wi­cieli bez­li­to­snej Rze­szy przed wtar­gnię­ciem do środka.

- Jak oni mogą? - pła­kała. - Jak mogą nas wyrzu­cać z wła­snego domu?

- Zdaje się - odparł gorzko Bar­tek - że mogą robić, co im się podoba. Chodź, zjedzmy śnia­da­nie i lepiej zacznijmy się pako­wać.

To były dwa okropne dni. W pracy nie dało się liczyć na żadne ustęp­stwa czy zwol­nie­nia, tak więc Anna wraz z Bart­kiem i synami nie spali przez pra­wie całe dwie noce, paku­jąc ubra­nia, koł­dry, pościel, naczy­nia kuchenne, garnki oraz meble. Rze­sza dawała im inny dom, ale żad­nego zasiłku na prze­pro­wadzkę, musieli wydać więc część swo­ich mizer­nych oszczęd­no­ści na hor­ren­dal­nie drogą fur­mankę do prze­pro­wadzki, któ­rej żadne z nich nie chciało.

Anna ze łzami w oczach owi­jała ślubny ser­wis w gazety ze znie­na­wi­dzo­nym anon­sem o utwo­rze­niu getta. W teo­rii ich także prze­no­szono do odręb­nej, pol­skiej "dziel­nicy miesz­ka­nio­wej", ponie­waż jed­nak sąsia­dom przy­dzie­lano miesz­ka­nia w loka­li­za­cjach roz­sia­nych po całej Łodzi, zda­wało się, że na razie pol­skie getto nie powsta­nie. Tylko jak mieli się gdzieś zado­mo­wić, skoro nad ich gło­wami wisiała groźba kolej­nej prze­pro­wadzki? Dom jest gniaz­dem, miej­scem, w któ­rym rodzina ma poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, a teraz nazi­ści odbie­rali im nawet to.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki