Rozdział 2
Nos ocknął się szybciej niż oczy. Zapach środków dezynfekcyjnych i krwi był obezwładniający. Powoli odzyskiwałam świadomość. Zbyt powoli. Poruszyłam się, a plecy eksplodowały mi bólem. Wymamrotałam przekleństwo i wyczułam ruch po lewej stronie. Sięgnęłam do kabury, ale nie było jej na miejscu. Przeklęłam raz jeszcze i potrząsnęłam głową, próbując odzyskać jasność myśli i widzenie. Czułam się tak, jakby coś cholernie silnego kopnęło mnie w głowę i polało wrzątkiem resztę ciała.
- Uspokój się - usłyszałam znajomy głos. Robin.
Nie był zagrożeniem, prawda? Panika nie odpłynęła. Nie całkiem.
- Gdzie jestem? - wychrypiałam.
Gardło piekło, jakbym wypiła litr wybielacza.
- Szpital Wiekuistej Łaski - powiedział mój partner. Spróbowałam się podnieść, ale mnie przytrzymał. - Zaraz będzie lekarz...
- Żadnych lekarzy, żadnych badań! - warknęłam.
Jeśli dokładnie sprawdzą moją krew, mogą znaleźć ślad mutacji. Wiem, bo dyskretnie i poza Warsem sama ją sprawdziłam. Muszę z całego serca unikać szpitali. Zwłaszcza tego.
Puścił mnie, a ja usiadłam tylko po to, by się zgiąć wpół.
- Daj mi wiadro - poprosiłam.
Gdy to zrobił - a trzeba przyznać, że nawet nie zapytał "po co" - jeszcze raz wsadziłam sobie palec do gardła. Nienawidziłam wymiotów, ale gorsza była świadomość, że w moim organizmie wciąż panoszyła się trucizna. Kiedy mogłam zwrócić już tylko soki żołądkowe, wyprostowałam się. Poczułam się nie tyle lepiej, co mniej otumaniona.
Mieliśmy mało czasu. Rozpoznałam izbę przyjęć. Wysoki parter, dobrze. Od innych łóżek oddzielały nas parawany podwieszone do szyn zamontowanych pod sufitem, ale panująca wokół cisza sugerowała, że albo na oddziale ratunkowym trafiło się bardzo spokojne popołudnie, albo, co bardziej prawdopodobne, kiedy Robin mnie przyniósł, pracownicy oddziału zaciągnęli parawany, po cichu wyprowadzili resztę pacjentów i zadzwonili do Zakonu. Cień, który do mnie strzelał na parkingu, wiedział, że jestem ranna. Na jego miejscu powiadomiłabym szpitale i lecznice weterynaryjne, że interesuje mnie laska z pociskiem w plecach. Pewnie właśnie dlatego strzelał w plecy - bym nie zdołała sama wyjąć kuli. Która, co poczułam, gdy tylko odzyskałam jasność umysłu, była zaklęta.
- Kula w plecach, musisz ją natychmiast wyjąć - powiedziałam cicho.
Robin się zawahał.
- Słuchaj, ktoś z tego szpitala na pewno zadzwonił już do Zakonu, który ufundował ten przybytek w latach ścisłej współpracy z Kościołem. Wciąż pompuje tu dość kasy, by nie zadawano pytań, za to odpowiadano na te, które zadają jego przedstawiciele. Za chwilę tu będą. Musimy spierdalać. A nie zdołam tego zrobić z zaklętą kulą w plecach i cholera wie z czym w żyłach.
- Nie wiem, czy kiedykolwiek to robiłem - powiedział, wciąż niepewnie.
- To zrób to byle jak, najwyżej zostanie blizna. - Skrzywiłam się w uśmiechu, bo choć starałam się ich unikać, moje ciało było księgą pisaną bliznami. - W torbie jest zestaw pierwszej pomocy, pośpiesz się.
Zaczęłam ściągać kurtkę, sycząc z bólu. Wygięcie ręki do tyłu spowodowało wybuch supernowej pod powiekami. Zdarzyło mi się oberwać kulkę więcej niż raz. Bolało. Ale to była moja druga zaklęta kula. I bogowie na świadków, że to cholerstwo boli bez porównania bardziej. Kula trafiła w okolice lewej łopatki, ból rozlewał się na całą lewą połowę ciała, więc nie potrafiłam wskazać tego precyzyjniej.
Bokserka i stanik sportowy nie powinny przeszkadzać, a skoro mamy stąd zwiewać, nie zamierzałam zdejmować z siebie więcej, niż musiałam.
- Broń? - zapytałam, bo kabury nie zauważyłam na posłaniu ani na szafce obok.
- W torbie. Mojej, razem z kuszą. Wnosiłem cię na oddział ratunkowy, nie chciałem, by wezwali antyterrorystów - wyjaśnił.
Nie żebyśmy nawet bez broni na wierzchu nie wyglądali na zakapiorów. Usiadłam na krawędzi łóżka i zgarbiłam się, napinając barki, by Robin miał dobry dostęp do rany. Miejmy to już za sobą, pomyślałam. Wiele razy wyciągałam z siebie kule, zszywałam rany, ale zawsze denerwowałam się bardziej, kiedy to ktoś operował narzędziami przy moim ciele. Dotyczyło to nawet dentysty. Chodziłam, kiedy musiałam, odkładając wizyty nie z obawy przed bólem, ale dlatego, że nie przychodziło mi łatwo zaufanie komukolwiek z ostrymi narzędziami i strzykawką trzymanymi tuż przy mojej twarzy.
Mój partner wyciągnął metalowe pudełko z przyrządami chirurgicznymi i bez wahania sięgnął dokładnie po te kleszcze, których sama użyłabym do wyciągnięcia kuli, gdybym była w stanie to zrobić. Coś mi się wydaje, że to nie było jego pierwsze rodeo. Zalety kumpla, który wprawdzie ma amnezję, ale nie dotyczy ona pamięci ruchowej. Mógł nie wiedzieć, jak się nazywa, ale strzelał i walczył po mistrzowsku. I całkiem sprawnie wyciągał kule.
Pocisk nie wszedł głęboko. Robin wymacał go, ledwie zagłębił w ciele wygięte końce kleszczy. To wada zaklętych kul - muszą być wolniejsze, bo jeśli przebiją cel, zaklęcie nie zostanie zakotwiczone. Nie mogą być wykonane z miedzi, bo tej nie trzymały się zaklęcia, więc kule grzybkujące i miękkie odpadały. Na moje szczęście ta była z ołowiu i choć zdeformowana, nie rozpadła się. Najbardziej popularne w przypadku zaklętych kul były śrutówki. Gdybym oberwała czymś takim, musiałabym wyciągać z siebie kilkadziesiąt zaklętych ołowianych kuleczek, jednak ze względu na dzielący nas dystans strzelec zapewne uznał, że rewolwer będzie pewniejszy. Chwalmy małe szczęścia. Rana wejściowa nie była duża, a przy wyciąganiu kuli nie poszarpało mi połowy pleców.
- W torbie jest słoiczek, zapakuj ją - powiedziałam i zsunęłam się z leżanki.
Nogi ugięły się pode mną, więc sprawną ręką przytrzymałam się krawędzi. Na szczęście kilka sekund później było już lepiej. Dała o sobie znać moja druga natura i wiedziałam, że stanę na nogi szybciej niż kiedykolwiek. Nie zawracałam sobie głowy opatrunkiem, choć rana wciąż krwawiła. Nie mieliśmy czasu. Nadchodzili. Słyszałam odległe wciąż echo wojskowych butów na linoleum. Zgarnęłam kurtkę, a Robin zapakował sprzęt i słoik z kulką do torby i przerzucił ją sobie przez ramię.
Odsunęłam parawan oddzielający nasze stanowisko od sąsiedniego. Wolałam nie wychodzić na otwartą przestrzeń izby przyjęć, gdzie bylibyśmy widoczni z daleka. Wykrochmalone pasy płótna osłaniały nas przed okiem pościgu. Byle do przeciwległego rogu pomieszczenia, gdzie, jak pamiętałam z innej wizyty w szpitalu, było okno. Wtedy to ja byłam pościgiem. Fortuna kołem się toczy.
Kolejne trzy stanowiska i łóżka okazywały się puste, a jednak parawany pozostawały pozasuwane. Widać personel uznał, że członkowie Zakonu wolą mieć zapewnioną intymność.
Kroki stały się głośniejsze, słyszałam szum rozmów, ciche buczenie komunikatorów, chrzęst broni. Wysłali za mną oddział. Czy powinnam być wzruszona tym, jak wysoko ceniono moje możliwości? A może chodziło o Robina, skoro po mnie się spodziewali, że już jestem warzywem. Pewnie bym była, gdyby nie torsje, krew i metabolizm berserka, o usłużnym partnerze nie wspominając.
Cicho przemykaliśmy pod osłoną parawanów, prosto do okna.
Po mojej ostatniej wizycie - zapewne po przeczytaniu mojego raportu - założyli kraty. Zbieg próbował nam zwiać właśnie tędy. Cholera by to wzięła!
- Masz te swoje nitki? - zapytałam. Oddział był już blisko.
Bez słowa oplątał wokół kłódki na kracie czerwoną nitkę z zaklęciem. Wystarczyło, że napełnił węzełek odrobiną mocy, a stalowy trzpień rozsypał się w proch, jeszcze bardziej widowiskowo niż wtedy, kiedy tym samym zaklęciem uwolnił ze skrzyni Zeldę.
Wiatr zakołysał zasłonami. Cholera raz jeszcze. Usiadłam na parapecie i szybko przełożyłam nogi na drugą stronę. Skoczyłam na beton, jakieś dwa metry niżej, lewą rękę odruchowo przyciskając do boku. Robin był tuż za mną. Ruszyliśmy pędem, gdy tylko nasze stopy dotknęły ziemi. Żegnała nas kanonada i wściekły wrzask Cienia, który dotarł na miejsce odrobinę za późno. Tym razem.
- Gdzie teraz? - zapytał Robin, odpalając silnik.
- Do Karmy. Muszę się upewnić, że nie noszę w sobie bomby z opóźnionym zapłonem - odparłam, a gdy spojrzał zaskoczony, wyjaśniłam: - Nie gonili nas specjalnie. Zakładają, że i tak nas znajdą.
Docisnął mocniej pedał gazu. Ilia będzie zachwycony, jeśli zaraz po nas zjawi się kawaleria. Zabije ich wszystkich, w to nie wątpiłam, ale potem każe mi się wytłumaczyć i niewykluczone, że dostanę pałę z zachowania i nie przejdę do następnej klasy.
Palcami sztywnymi od zaschniętej krwi i lepkimi od świeżej, spływającej strużką pod rękawem kurtki, którą wciągnęłam, by nie zwracać na nas uwagi przechodniów, wygrzebałam z kieszeni telefon i wybrałam numer matki. Odebrała po pierwszym sygnale. No proszę.
- Jesteś pewna, że chcesz wojny? - zapytałam, nie bawiąc się we wstępy.
- O czym ty mówisz? - zapytało lodowate wcielenie władzy.
- O zaklęciu w herbacie, którym mnie strułaś, i o Cieniach, którzy do mnie strzelają zaklętymi kulami... To tak na początek. Albo ogarniesz ten burdel, albo kolejne z twoich dzieci przyłoży ci spluwę do skroni. I tym razem zabraknie córki, która uratuje ci dupę - powiedziałam cicho, choć gotowało się we mnie od żalu, wściekłości i dziecięcego poczucia zdrady.
Przez chwilę słyszałam tylko gęstą ciszę. A potem się rozłączyła.
I może się łudziłam, ale to nie było jednoznaczne przyznanie się do winy. Była zaskoczona. Tylko nie postawiłabym złotówki na to, który element mojej wypowiedzi ją zaskoczył: to, że sądzę, że próbowała mnie zabić, to, że nie wyszło, czy to, że biorę pod uwagę zabicie jej.
*
W innych okolicznościach pojechałabym do siebie. Wlazłabym do wanny, by przyspieszyć gojenie. Zjadłabym kilka tysięcy kalorii ekstra, niewykluczone, że pod postacią lodów i czekolady, by przy okazji uleczyć moje złamane przez matkę serce. Przespałabym kilka godzin i byłabym jak nowa. Tyle że jeśli miałam w sobie magiczny odpowiednik pluskwy, chciałam o tym wiedzieć, zanim pojadę do Norwegii, odwiedzę Aleksa, Kosmę czy Dzielnicę Cudów. Nie zamierzałam podawać ścigającym mnie Cieniom moich słabych punktów na srebrnej tacy.
Karma miała pod swoim domem doskonały schron, izolujący wszystko, z magią, sygnałami satelitarnym czy radiowym włącznie. Ilia nie będzie zachwycony, ale też nie żyłam po to, by wprowadzać w jego egzystencję piękno i zachwyt. Interesy moje i Karmy pozostawały zbieżne w wystarczająco dużym stopniu, by moja śmierć dotkliwie ją zabolała. Ilia mógł być doskonałym strażnikiem, ale to ja byłam buforem między Karmą i Zakonem.
Robin zaparkował od razu przy bocznym wejściu. Gdy zeszliśmy rampą załadunkową do obitych stalą drzwi, odsłoniłam panel domofonu i wybrałam kod: sto trzynaście, alarmowy. Światełko zamigotało na pomarańczowo, po czym zmieniło barwę na zieloną. Zamki odskoczyły, weszliśmy, a drzwi za nami natychmiast się zatrzasnęły. Rozległ się zgrzyt zasuwy, a po nim kliknięcie zamków elektronicznych. Wąski korytarz wyposażony był w liczne czujniki i te, kiedy tylko znalazłam się w ich zasięgu, natychmiast rozmigotały się czerwienią. Zrobiłam krok do przodu, a czujniki omiotły Robina. Wiosenna zieleń. Zero zaskoczenia.
Staliśmy w wąskim korytarzu przez kolejne dwie minuty, dopóki Ilia nie zwolnił zamków do kolejnych drzwi. Myślę, że gdyby się dało, zamontowałby tu śluzy, jak na statku kosmicznym. Zrobiłby to tylko dlatego, że uwielbiał filmy science fiction.
Stał za progiem, wyraźnie wkurzony. Wyglądał jak jeden z tych wysokich, szczupłych chłopaków, którzy ledwie przekroczyli pełnoletniość i których organizmy wciąż koncentrują się na rośnięciu wzwyż, tak że nie starcza im energii, by nabrać masy. Jego rysy twarzy były bardziej chłopięce niż męskie, ale jedno spojrzenie w jego oczy sprawiało, że nabierało się wątpliwości, czy przez ostatnie pięćdziesiąt lat był młodym chłopakiem. Nie miałam pojęcia, kim dokładnie jest. Opiekował się Karmą, a ich relacja była więcej niż popieprzona. Czułam, że dysponuje starą i potężną magią, widziałam też, że jego ciało jest znacznie silniejsze, niż może się wydawać. Zastanawiałam się, czy nie jest zmiennokształtnym, ale jego aura była mniej gwałtowna, rozżarzona, raczej chłodna. Co niepokoiło jeszcze bardziej.
- Co ci mówiłem o kłopotach? - warknął.
Doskonale pamiętałam, co powiedział: mam je zostawiać po drugiej stronie progu. Mam nie wracać tak długo, jak długo mogę ściągnąć na Karmę problemy.
- Potrzebuję skanera - powiedziałam ponuro.
- A ja oswojonego i całkiem nieszkodliwego smoka - odparł i po tonie poznałam, że jego złość, przynajmniej częściowo, nie jest wynikiem mojej wizyty. Tylko jedna osoba potrafiła doprowadzić go do takiego stanu. A ja wpadłam w samą porę, by miał się na kim wyładować. Bo na nią nie podniósłby głosu czy ręki.
- Moje potrzeby łatwiej zaspokoić. Ale jeśli taka jest twoja cena, poszukam ci smoczego jajka.
- Nawet się, kurwa, nie waż. I nie waż się jej powiedzieć, że mogłabyś to zrobić, zrozumiałaś? - Zrobił krok w moją stronę i światło w korytarzu zamigotało.
Wyprostowałam się i całą siłą woli powstrzymałam się przed sięgnięciem do wsuniętej za pasek Inkwizycji.
Karma marzyła o smoku. Na razie hodowała wielką jaszczurkę o imieniu Draco, ale to tylko substytut smoka, którego pragnęła mieć. Nie pomagały wyjaśnienia, że nie ma miłych i oswojonych smoków. Te piekielne były złośliwymi i krwiożerczymi bestiami przez pierwsze pięćset lat swojego życia, potem, choć wciąż złośliwe, nie miały już zębów, by gryźć. Najlepszą reputację miały japońskie, ale wciąż były to olbrzymie gady o złożonej osobowości. Cały pomysł był niedorzeczny i miałam nadzieję, że Karma nigdy nie znajdzie sposobu, by go zrealizować. Ja nie zamierzałam pomagać jej w samobójstwie i, przy okazji, zniszczeniu Warsu.
- Jakiego smoka? Nic nie wiem o smokach - powiedziałam spokojnie. Cofnął się i żarówka znów zaświeciła nieco jaśniej. - Ilia, możemy już przejść do komory? Nie wiem, co wywołuje to pieprzone zaklęcie.
Bez słowa podszedł do drzwi na końcu korytarza i popchnął je, po czym przepuścił nas przodem.
Komora była dość ciasna - ledwie starczało miejsca dla całego wciśniętego tu sprzętu i trzech osób. Jej ściany połyskiwały ciepłym odcieniem miedzianych paneli, którymi wyłożono cały pokój, z podłogą i sufitem włącznie. Doskonała izolacja, nie zdołałaby się stąd wydostać nawet najsilniejsza magia.
Pośrodku pomieszczenia stało coś, co do złudzenia przypominało skanery medyczne ze Star Treka - wąska metalowa platforma na metrowej wysokości cokole, w połowie długości otoczona metalowym okręgiem o prawie metrowej średnicy. Na jej krawędzi wiły się magiczne symbole i wzory, a całość mieniła się barwami zimnego srebra, złota, ołowiu, miedzi i innych metali, których nie umiałabym rozpoznać bez szczegółowej analizy chemicznej.
- Pełen obraz? - zapytał Ilia, wyraźnie zaciekawiony.
Zerknęłam na niego chłodno.
- Ostatnia godzina. Za dużo wiedzy mogłoby cię zabić.
- Zawsze warto zapytać. - Wzruszył ramionami.
O tak, nie wątpiłam, że był równie ciekawy mojego pochodzenia co ja jego. Wiedziałam, że są miejsca, w których ludzie dzielą się swobodnie informacjami o swojej magii. Ale nie w Warsie. Może dlatego, że często lądowali tu ci, którzy naprawdę mieli coś do ukrycia.
Zdjęłam buty i kurtkę i odłożyłam je na podłogę razem z bronią, paskiem, nożami oraz zegarkiem - wszystkim, co mogło zakłócać pracę skanera.
W całym swoim życiu pełnemu skanowi poddałam się raz, na szkoleniu w Trójprzymierzu, prawie trzynaście lat temu. Pełen skan był czasochłonny, a sama procedura na tyle wymagająca, że usypiano obiekt na czas badania. Wciąż pamiętam tamtą niepewność, kiedy kładłam się na platformie w czarnym kimonie, które z jakichś powodów uznałam za odpowiedni strój na tę okazję.
Potwornie bałam się wyniku. Tego, że ktoś się dowie, kto jest moim ojcem, lub co gorsza, że będę miała na papierze dowody na to, że jestem wybrakowana, uszkodzona, a moja matka nigdy nie będzie ze mnie zadowolona. Ona też chciała wiedzieć, czy spełnię wreszcie jej oczekiwania. Ile można czekać? Przecież byłam już niemal pełnoletnia!
Dlatego oddała mnie na szkolenie. Zaryzykowała, bo stawałam się częścią systemu, a dotychczas pozostawałyśmy poniżej radaru. Ale była niecierpliwa i zniechęcona. Przez lata czekała, aż uaktywni się moja potężna magia, dzięki której pomogę jej zadać ostateczny cios Ernstowi. Nic z tego. Czekała więc do okresu dojrzewania, bo w wielu przypadkach to wtedy budziła się w dzieciakach magia. Lecz nic nie nastąpiło. A przynajmniej nic wystarczająco spektakularnego. Straciła cierpliwość. Potrzebowała mojego skanu, żeby czarno na białym zobaczyć, czy warto we mnie inwestować czas i wysiłek. Tymi słowy pożegnała się, kiedy zostawiła mnie pod domem Starszyzny w alternatywnym Sopocie.
Skan był warunkiem przyjęcia na szkolenie. Podstawowa procedura. Małolaty zwykle nie musiały jej przechodzić, bo rodzice wykonywali ich skan we wczesnym dzieciństwie. Przynajmniej tak się robiło w przypadkach, kiedy dziecko rodziło się w magicznej rodzinie i rodzice wiedzieli, że mogło odziedziczyć magię. Choć i to nie stanowiło reguły. Ale skan był potrzebny, by ustalić, jak pokierować edukacją dziecka, tak by w pełni i rozwinęło, i opanowało swoje moce. Zwykle podstawowe szkolenia zaczynały sześcio- i siedmiolatki. Około piętnastego roku życia dzieci miały za sobą podstawowy program i przez kolejne lata doskonaliły się już w trybie bardziej indywidualnym, w zależności od rodzaju magii, jaką dysponowały. Ja byłam opóźniona. I to połączyło mnie z Dorą - ona też była już dorosła i wcześniej nie wiedziała, że jest magiczna.
To właśnie skan stanowił przełom w relacjach moich i Ireny. Straciła zainteresowanie mną, gdy tylko się dowiedziała, jak rozczarowująca jest moja magia. Nie, nie pomyślała, że właściwie to ona za to odpowiada, bo widocznie wdałam się bardziej w nią niż ojca. Zniknęła z mojego życia na ponad trzy lata. To ja odnalazłam ją w Warsie i powiedziałam, że chcę wstąpić do Zakonu. Nie rozmawiałyśmy o tym, że nie szukała ze mną kontaktu, ani o tym, że kilka miesięcy wcześniej niespodziewanie pojawił się mój ojciec, który prawie mnie zabił, odciął mi małe palce u rąk i wysłał jej w prezencie. Myślał, że Irena przyjdzie, by mnie uratować, chciał ją zwabić. Naiwniak.
Miała mnie w nosie, odkąd skan wykazał, że jestem magicznym niewypałem. Nosiłam w sobie odrobinę leczniczego potencjału i intuicję, która po latach treningu mogłaby się rozwinąć w jasnowidzenie. Wszystko to po linii Ireny - jej matce szeptunce i ojcu, który był znachorem. Nie przejęłam jednak nic ze strony Ernsta, na co liczyła. Delikatna poświata, żadnej supernowej.
Nie mogła wiedzieć, że wyniki zostały sfałszowane. Kosma, archiwista i bibliotekarz w Trójprzymierzu, analizował wszystkie skany, by nanieść dane na linie genealogiczne - od stuleci prowadził badania na temat dziedziczenia magii i linii rodowych. Był też synem Ernsta starszym ode mnie o kilkaset lat. Rozpoznał wzór srebrnych linii - identyczny widział na swoim skanie. Sprawdził kilka rzeczy i gdy pojął, w jakiej sytuacji się znalazłam, sfałszował moje wyniki, zanim ktokolwiek je zobaczył. Nikt go o to nie podejrzewał, bo jakiż miałby cel? A jego reputacja od stuleci była nieskazitelna.
Chciał mnie chronić. Rozumiał, jakie noszę brzemię, i pragnął mi pomóc utrzymać berserka w uśpieniu. Jemu się udało - przez stulecia żył w zaciszu biblioteki, izolując się od wrażeń, emocji, adrenaliny, które obudziły w nim bestię. Dla mnie to nie było takie proste. Trauma po porwaniu, ból i strach, bezradność i wola walki wskrzesiły uśpiony dotąd kawałek mnie. Kosma pomógł mi i wtedy nauczył mnie, jak nad sobą panować i jak kontrolować ciało - siłą woli i chemią, gdy nie starczało woli.
Obraz skanu zmieniał się z wiekiem, potencjał się rozwijał. Gdybym dziś powtórzyła badanie, berserk nie byłby już srebrnym cieniem morderczego potencjału ukrytego w genach. Dlatego teraz pełny skan zwyczajnie nie wchodził w grę. Chyba że byłabym gotowa zabić każdego, kto mógłby go zobaczyć.
O ile było mi wiadomo, skaner Karmy był jedynym należącym do osoby prywatnej. Kosztował cholernie dużo ze względu na wszystkie stopy metali wykorzystane do jego budowy, do tego potrzeba było naprawdę mnóstwo magii, by go zmontować, a potem utrzymać w dobrym stanie. Nie wiedziałam, czy Ilia sam go skonstruował, czy skądś go wytrzasnął. Nauczyłam się nie zadawać pytań, na które nie udzieliłby mi odpowiedzi. Dotąd dwa razy korzystałam ze skanera. Badanie nie dotyczyło mnie, ale przedmiotów z Sawy, które miałam dla kogoś zdobyć, i chciałam się upewnić, że oddając je zleceniodawcy, nie przykładam ręki do końca świata, jaki znamy.
Skan z ostatniej godziny powinien dostarczyć odpowiedzi na temat magii, z którą miałam kontakt. Powinien zidentyfikować zaklęcie, którym strułam się w gabinecie matki, a także wskazać sygnaturę autora zaklętej kuli.
- Spodnie też - powiedział Ilia, kiedy chciałam usiąść na platformie. - Suwak i guzik są z metalu - wyjaśnił.
Odwrócił się dyskretnie i zajął się ustawianiem parametrów na stacji centralnej, przypominającej steampunkowy komputer. W Trójprzymierzu byli znacznie bardziej tradycyjni - wykresy skanu rysowała ślepa wieszczka w stanie boskiego amoku. Wszystko miało silnie zrytualizowaną strukturę i w działaniach uczestniczyła cała wspólnota. Wykresy trafiały do Kosmy, który je interpretował jak technik klisze rentgenowskie, a następnie z pełnym opisem doręczał Starszyźnie. Byłam zaskoczona, kiedy Ilia powiedział mi, że od dawna znane są prostsze sposoby, tyle że mniej podniosłe, więc ze względu na ryt przejścia Starszyzna w Trójprzymierzu trwa przy dawnych metodach. W miejscu, w którym on przechodził pierwszy skan - oczywiście nie wspomniał, gdzie to było - używano maszyny podobnej do tej. Gdyby pierwsze komputery miały romans z busolą, telegrafem i łodzią podwodną, właśnie tak wyglądałoby ich potomstwo.
Kwadrans później przeglądałam dwumetrowe pasy wykresu, nie mogąc wyjść ze zdumienia.
*
Choć wyszłam z szafy jakiś czas temu, istniały rzeczy, które wciąż w niej trzymałam, i wolałam, by nikt się o nich nie dowiedział. Zamknęłam za sobą rozsuwane drzwi do komory deprywacyjnej, uaktywniłam alarm i posłałam impuls magii do glifów pokrywających jesionowe panele, którymi wyłożyłam ściany. Runy i zaklęcia rozjarzyły się ciepłym blaskiem, a ja poczułam się lepiej.
Usiadłam na fotelu, przypominającym taki z gabinetu dentystycznego. Przypięłam się pasami w talii i przykleiłam do piersi elektrody. Kosma poradził mi, bym włączyła je do diagnostyki po wypadkach ostatnich tygodni. Wyglądało na to, że podczas przebudzenia berserka serce zmienia się gwałtowniej niż cała reszta, a tętno i ciśnienie rosną w szybkim tempie. Zacisnęłam pasek uciskowy tuż nad zgięciem lewego łokcia i popracowałam pięścią, by uwidocznić żyły. Z wprawą starego heroinisty odnalazłam odpowiednią i wbiłam igłę tuż nad nadgarstkiem, następnie przykleiłam wenflon plastrem i podłączyłam do niego kroplówkę. Na razie wciąż była zablokowana, ale wystarczyło, że nacisnęłabym guzik albo moje tętno gwałtownie by podskoczyło, a w moich żyłach popłynąłby uspokajający koktajl alfa- i beta-blokerów.
Obecne w czaju zaklęcie nie tylko mnie śledziło - miało również zanalizować moją magię, moje pochodzenie. Było skomplikowane i niebezpieczne. Potrzebowało czasu, którego nie zamierzałam mu dać.
Autorem zaklęcia nie był mag Zakonu, co stanowiło powód do niepokoju. Matka była praktyczna - po co miałaby płacić, i to sporo, za coś, co mogła mieć za darmo? Zwrócenie się do innego maga, choć pod nosem miała lojalnego i sprawnego maga bojowego, nie miało sensu. Chyba że to nie ona zleciła wykonanie zaklęcia. Albo uparcie szukałam dowodu, że to nie jej robota.
Istniał tylko jeden sposób, by całkowicie się pozbyć zaklęcia z organizmu: użycie dużego impulsu odpowiednio silnej i starej magii. Cóż, akurat taką dysponowałam. Jeśli dopisałoby mi szczęście, kontrolowana przemiana dezaktywowałaby zaklęcie. Jeśli nie - komora wciąż pozostawała wystarczająco dobrze zaizolowana magicznie, by ślad tej magii nie wydostał się na zewnątrz.
Podstawowe zaklęcie z pocisku zostało już zneutralizowane. Wedle skanu miało mnie uśpić. I nosiło sygnaturę zakonną. Ale w kuli znalazł się też robal, który wzmacniał zaklęcie ukryte w herbacie, a więc kula musiała powstać w tym samym celu.
Niewiele z tego rozumiałam. Moje życie było pojebane jak wenezuelska telenowela, ale nawet mnie nie zdarzały się przypadkowe, zsynchronizowane ataki magiczne. Nie trują mnie i nie strzelają do mnie każdego dnia.
I jak do tego wszystkiego pasowała Matka? Była zaskoczona. Czym? Tym, że wiem? Czy całą resztą? Zajmę się tym później, pomyślałam. Teraz musiałam się skupić na wypaleniu zaklęcia, które wciąż próbowało mnie rozłożyć na czynniki pierwsze.
Nie miałam pojęcia, czy uda mi się kontrolowana przemiana. Dotąd tylko raz z własnej woli zmieniłam się w berserka i kontrola nie jest cechą szczególnie bliską mojej drugiej naturze. Stałam się bestią, która roztarła porywaczy na taką miazgę, że gdy, już jako kobieta, musiałam przeszukać kieszenie jednego z nich, by odnaleźć telefon, mój żołądek odesłał śniadanie do Rygi. Owszem, udało mi się wrócić do ludzkiej postaci i nie zabić Robina, uznajmy to za sukces, ale nie całkiem był to wynik mojej woli czy kontroli. Berserk odpuścił. Cofnął się. Zwykle zostawał przy sterach tak długo, aż moje ciało padało nieprzytomne po kilkunastu godzinach furii i siania zniszczenia. Być może wtedy berserk w jakimś prymitywnym przebłysku zdrowego rozsądku uznał, że nic tu po nim, bo potrzeba ludzkiego umysłu i precyzji w używaniu kciuków. Nie wiem. Wiem za to, że po tamtym dniu się uspokoił, mniej się awanturował, mniej wysiłku kosztowało mnie codzienne powstrzymywanie go. Ale to niczego nie dowodziło - mógł mieć taki kaprys. I choć wciąż nie myślę o nas jako o jednej osobie, zaczęłam nazywać go Panem B., a to duży postęp. Wcześniej zwykle określałam go mianem potwora, Pan B. było formą grzecznościową.
- Panie B. - powiedziałam - potrzebujemy dużo magii, by spalić to zaklęcie i mieć z głowy pościg i szpiegów. Ale żadnego szaleństwa, rozbijania domu czy mordowania ludzi.
Nie pozwoliłam Robinowi zostać w domu, choć obiecywał, że nie będzie przeszkadzał i poczeka na dole, w kuchni.
- Proszę, współpracuj - dodałam, nie mając pojęcia, czy komunikacja między nami w ogóle jest możliwa ani czy berserk słyszy, co do niego mówię. Musiał mieć jakiś poziom świadomości otoczenia, skoro w momencie zagrożenia próbował wymusić przemianę, ale poza tym cholera wie. To nie tak, że do genów dodają instrukcję obsługi.
Odetchnęłam ciężko i wyobraziłam sobie, że otwieram klatkę, w której na co dzień siedział Pan B. Nie byłam uwięziona, za ścianą nie czaili się faceci do rozerwania na strzępy. To nowy etap w naszych relacjach i działałam po omacku. Z kiepskim wynikiem.
Nic się nie działo. W mojej wizualizacji klatka została otwarta, ale berserk siedział w środku, spoglądając na mnie przenikliwie. No tak. Musiałam być chyba bardziej wkurzona.
Metoda na wkurzenie pozostawała niezmienna. Pomyślałam o moim ojcu. O bólu, który mi zadał. O pogardliwych słowach, które od niego usłyszałam. O jego obietnicach, co czeka mnie w najbliższych godzinach. O torturach, zasychającej na skórze krwi, która śmierdziała adrenaliną i zwierzęcym strachem.
Wysoki pisk monitora serca przeszył moje uszy. Pulsowanie narastało w szybki tętent. Moje naczynia krwionośne puchły, zmieniając się w grube rzemienie tuż pod skórą. Wenflon zaczął powoli wysuwać się z żyły. Runy i glify zalśniły mocnym szafirowym blaskiem, pojedyncze symbole odrywały się od jesionowego drewna i unosiły w powietrzu wokół mego ciała. Pas w talii zaczął cisnąć, a sekundę później całym moim ciałem wstrząsnęły drgawki. Gwiazdy eksplodowały. Magia przelewała się przez moje komórki, wypalając zaklęcia i zmieniając krew w lawę. Krzyknęłam, gdy ból w piersi wybuchł gorącem.
O bogowie, za każdym razem było inaczej, ale jedno się nie zmieniało: nigdy nie było przyjemnie.
Runy i glify zlały się w jedną lśniącą granatowo powierzchnię. Pazury, szarpiąc skórzany pas przytrzymujący mnie w talii, kaleczyły mi skórę. Moje dłonie nie były już moje. Zacisnęłam palce na pilocie kroplówki, ale płyn spłynął na podłogę - wenflon wysunął się z żyły.
Berserk zawył, zrywając się z uwięzi.
- Nie! - krzyczałam, póki jeszcze tu byłam, póki nie zniknęłam na dobre.
Zwolniło. Wszystko. Kolory zniknęły. Srebrzysta poświata. Pot. Płuca jak miechy, dyszący oddech. Mój. Wolny. Stoję na podłodze. Ciasno. Iść. Powietrze. Ból, gdy popycham ścianę. Drzewo Pana. Jego słowa jak zimny wiatr. Posłuszny. Na kolana. Tak. Co każesz.
Ocknęłam się na podłodze, zwinięta w kłębek, zmarznięta, w przepoconej bieliźnie, drżąc z gorączki albo z wyczerpania. Z trudem podniosłam się na kolana. Przytrzymując się powyginanej ramy fotela, wstałam. Nogi trzęsły się pode mną, jakbym była świeżo urodzonym źrebakiem.
Bogowie! Podłokietniki fotela były całkiem wyłamane, solidne śruby wygięte jak lizaki zostawione na słońcu, pas poszarpany na strzępy, metalowa klamra pogięta i niekształtna. Na podłodze kałuża płynu kroplówkowego. To nie leki opanowały berserka. I nie ja.
- Dzięki ci, Odynie - szepnęłam, dotykając jesionowych paneli z nieaktywnymi już runami.
Zwolniłam blokadę i alarm i przez szafę wyszłam do swojej sypialni. Zamykając za sobą drzwi, zerknęłam w lustro zajmujące jedno skrzydło. Wyglądałam kiepsko. Spaliłam kilka kilogramów i rysy mojej twarzy stały się ostrzejsze, cienie pod oczami głębsze. Nagle wyglądałam drobniej, żałośniej. Odwróciłam się, by zerknąć na ranę na plecach, bo uświadomiłam sobie, że choć ciało boli mnie jak po morderczym treningu, to nie czuję rany po postrzale. Wyglądała, jakbym spędziła w szafie dobry tydzień - jej brzegi zbiegały się już wyraźnie, a cienka błonka nowej skóry zarastała ślad wypukłą pajęczynką. Mimo to wciąż wolałam śmierdzącą kąpiel leczniczą niż wizytę Pana B., choćby miał mnie obdarować mocą superregeneracji.
Owinęłam się szlafrokiem. Idąc do łazienki, musiałam przytrzymywać się ściany. Mój żołądek zwinął się w ciasną pięść i domagał się pożywienia.
Wannę wypełniała zawczasu przygotowana śmierdząca breja. Zaklęcie utrzymywało stałą temperaturę, by leczenie nie było bardziej nieprzyjemne, niż musi. Na szerokiej krawędzi wanny stało kilkanaście buteleczek nutridrinków i batony proteinowe. Za jakieś dziesięć tysięcy kalorii powinnam się poczuć lepiej.
Rozebrałam się i zanurzyłam w zielonym trzęsawisku, tak by lecznicza substancja pokryła całe moje ciało, zwłaszcza plecy. Przez następne dwadzieścia minut odkręcałam wieczka butelek i póki nie poczułam, że mój żołądek jest pełen, wypijałam do dna ich gęstą, słodkawą zawartość. Zrobiłam krótką przerwę i zaczęłam od początku.
To absurdalne, jak dziwne rzeczy wypływają na powierzchnię mózgu w chwilach nagle odkrytej słabości. Jakby przepaleniu uległo nie tylko zaklęcie, ale i jakieś bariery, które ustawiam między sobą dzisiejszą a sobą z przeszłości. Dawniej nie byłam dość silna, by się obronić. Robiłam, co mogłam, by to zmienić, ale wyniki pozostawały niezadowalające. Wreszcie zwątpiłam, że kiedykolwiek zdołam sprostać oczekiwaniom - nie tylko mojej matki. Do presji, jaką na mnie wywierała, ochoczo dołączały się naciski, którym zazwyczaj poddawane są młode dziewczyny. Przejmowałam się nimi może bardziej niż moje rówieśnice, bo wiedziałam, w jak wielu kwestiach odbiegam od normy. Należały do nich choćby pochodzenie, brak doświadczeń, które kształtują przeciętną nastolatkę (jak szkoła, przyjaźnie, pierwsze miłości), czy graniczące z pewnością przeczucie orientacji seksualnej - choć to akurat sprawa raczej teoretyczna, bo na randki z kimkolwiek matka nie dawała mi czasu i zgody.
W wieku czternastu, może piętnastu lat doszłam do wniosku, że chyba jestem za gruba, bo zamiast smukłej sylwetki modelki miałam ciało żylaste i masywne - wszystko przez regularne treningi, podnoszenie ciężarów, boks i naukę sztuk walki. W jakiejś babskiej gazecie przeczytałam opis diety i przez dwa dni próbowałam jej przestrzegać, ale wciąż byłam głodna, a przez to zdekoncentrowana. Na treningach zbierałam łomot jak nigdy. Trenerka wzięła mnie na rozmowę. Przyznałam się, że jestem na diecie. Nie wyśmiała mnie, nie próbowała mi wybijać tego z głowy. Po prostu wyliczyła, ile kalorii moje ciało zużywa w spoczynku, a ile kalorii na treningach. Dieta z gazety z trudem starczała na bierne spalanie. Miałam deficyt kilku tysięcy kalorii. Trenerka postawiła mnie na urządzeniu, które pokazało nie tylko moją wagę, ale również zawartość tłuszczu w organizmie: sporo poniżej normy.
- Jak myślisz, co spala twój organizm, kiedy nie dostarczasz mu paliwa? - zapytała.
Domyśliłam się.
- Jak myślisz, czy twój ojciec, kiedy was dopadnie, będzie obchodził się z tobą łagodniej tylko dlatego, że jesteś wiotka i masz smukłe nogi?
Nie znała szczegółów i historii Ernsta. Matka powiedziała jej, że uciekamy od przemocy domowej najgorszego sortu. W sumie nie do końca skłamała.
Nigdy więcej nie byłam na diecie.
Odkąd doszło do przemiany, pilnuję, by jeść wystarczająco dużo. A potem przychodzi berserk i sprawia, że to wszystko trafia szlag. Na szczęście też mam tu coś do powiedzenia, pomyślałam, rzucając na podłogę dwa papierki po batonach proteinowych.
Dopiero gdy pochłonęłam taką liczbę kalorii, która każdą uczciwą bulimiczkę wprawiłaby w mieszaninę ekscytacji i dojmującego poczucia winy, oparłam się plecami o brzeg wanny i przestałam walczyć z narastającą sennością. W ostatnich dniach naprawdę nie miałam wiele snu. W Sawie sen oznaczał bilet w jedną stronę - do zaświatów. A poranny telefon od Robina, który po prostu musiał zrobić coś ze swoim mieszkaniem, by zaczęło przypominać dom, a nie dziuplę kawalera, zrujnował mój plan wyspania się za wszystkie czasy. Miałam wrażenie, że Robin nie spał za wiele, niezależnie od okoliczności. Pewnie też cierpiałabym na chroniczną bezsenność po kilku miesiącach w twierdzy Zakonu. I gdyby w snach nawiedzała mnie przeszłość, której nie pamiętam i nie rozumiem. Kolejna rzecz na liście, gdy już jakoś ogarnę tajemnice mojej rodziny - odkryć, co czai się w przeszłości Robina.
Wszyscy zasługujemy na swoją porcję prawdy i odpowiedzi w miejsce niekończących się pytań.