4
Mieszkałam wtedy na Ranelagh w kawalerce na parterze i zostawiałam na noc otwarte okno, żeby przez nie wejść, gdybym zgubiła klucze, co zdarzało mi się często. Pierwszego wieczora w nowym domu rozpakowałam swoje rzeczy, usiadłam na łóżku i rozejrzałam się po strzępach wspomnień i rozmaitych drobiazgach. Wodziłam spojrzeniem po rysunkach i liścikach od dawnych kochanków i przyjaciół, po zdjęciach i pocztówkach, porcelanowych figurkach, popielniczkach ze sklepików ze starociami. Potrzebowałam tych rzeczy, rozkładałam je natychmiast po wprowadzeniu się do nowego miejsca, ale teraz, gdy zostałam z nimi sama, wyglądały głupio. Przypominały rekwizyty z kiepskiego przedstawienia, jakby ich zadaniem było spreparować jakąś osobowość i wypełnić nią pustkę.
Mieszkając w pojedynkę, oddzielałam się od samej siebie coraz dotkliwiej i bardziej groteskowo.
Miałam życie poza domem: pracowałam, chodziłam tańczyć i pić, a w towarzystwie byłam zabawna i pełna energii; w tym życiu zdarzało mi się zamienić kilka spojrzeń z mężczyznami w barach, a czasami też zabierać ich na noc do siebie; w tym życiu mówiłam ludziom, że uwielbiam mieszkać sama, a oni mi wierzyli, bo przecież widzieli moje szczęście.
Kiedy sprawiałam wrażenie szczęśliwej, nie udawałam. Nie jestem zdolna do odgrywania emocji, jakich w sobie nie znajduję. Kłopot w tym, że uczucia nie mają ciągłości, nie przechodzą z jednej godziny na drugą.
Pod tym wszystkim kryło się drugie życie, to spędzane w mieszkaniu, gdzie usiłowałam zmusić się do uległości i bezruchu. Nie potrafiłam być szczęśliwa w pojedynkę, a ponieważ wiedziałam, że to oznaka słabości, zmuszałam się do znoszenia tego stanu tak długo, aż pękałam - choć czasami sądziłam, że oszaleję.
Przebywanie z innymi ludźmi dawało mi poczucie spełnienia. Właśnie dlatego chciałam się zakochać. W takim stanie ducha nie jest potrzebna ciągła fizyczna obecność ukochanej osoby. Miłość sama w sobie dokarmia i uzasadnia wszystkie wstrętne chwile, które w przeciwnym razie marnowałabyś na ćwiczenia z bycia prawdziwą osobą, chodzenie tam i z powrotem po gównianym mieszkanku i odwlekanie momentu odkorkowania wina do dziewiętnastej.
Człowiek zakochany doznaje stanu łaski. Pewien przyjaciel wyznał mi kiedyś, co sobie wyobraża podczas pracy - że obserwuje go jego ojciec albo Bóg, bo wtedy jest bardziej produktywny. Na mnie stan zakochania działał podobnie: stawał się moją tarczą, celem wyższym, obietnicą składaną czemuś poza mną samą.
Tamtego wieczora, kiedy poznałam Ciarana, upiłam się najbardziej w życiu. Potrafiłam się upijać na dwa sposoby. Pierwszy - raczej w samotności - to stan upojenia zrodzony nie z chęci przyjemnego spędzenia czasu, lecz by godziny mijały nieco mniej żałośnie. Spożywałam wtedy alkohol powoli, może kieliszek wina na pół godziny, w nieprzesadnych ilościach - choć nigdy mniej niż butelkę. Te chwile charakteryzował nastrój płaczliwego użalania się nad sobą, który czasami kwaśniał i zmieniał się w coś gorszego.
Drugi rodzaj upojenia, jakiemu się oddawałam, był o wiele bardziej rozbuchany, kipiący od dobrego nastroju, który w większym towarzystwie zmierzał w stronę manii. Wydawałam wówczas ogromne ilości pieniędzy, których nie miałam, bo koncepcja czasu wykraczającego poza tu i teraz wydawała mi jeszcze bardziej niż zazwyczaj absolutną niemożliwością, a bieżące potrzeby wymagały natychmiastowego zaspokojenia.
To rozpasanie nigdy nie było przygnębiające w trakcie, składało się po prostu na młodość bez stabilizacji, bez zobowiązań. Takie wieczory zwykle dawało się rozpoznać, jeszcze zanim się rozkręciły - zaczynaliśmy pić, a w pomieszczeniu unosiła się beztroska. Pierwsze drinki łoiło się na hejnał, niecierpliwie czekając na rozluźnienie i późniejszą histeryczną zabawę. Wtedy sądziliśmy, że do teraz pewne rzeczy, których nam brakowało, będziemy już mieć.
Czasami w takie noce spotykałam ludzi innych niż ja, wyrosłych na dużych pieniądzach i żyjących wygodnie w mieszkaniach, które rodzice podarowali im z równą nonszalancją, z jaką nam dawali na urodziny bransoletki z przywieszkami albo kupony podarunkowe do księgarni. Jeden z takich gości, Rogers - drobny, żylasty, z nastroszoną blond czupryną, drgającą nad jego porcelanową twarzą - wyleciał ze studiów mniej więcej wtedy co ja. Wpadłam na niego na imprezie kilka miesięcy później i zapytałam, jak sobie radzi. Zaskoczył mnie informacją, że został pracownikiem średniego szczebla w dużej firmie PR-owej; przecież oboje mieliśmy dopiero dziewiętnaście lat i żadnych kwalifikacji. Ja nadal ledwo wiązałam koniec z końcem, rozpaczliwie szukając jakiejś żałośnie płatnej roboty w sklepie albo barze.
Gdy w swojej niewinności spytałam, jak mu się to udało, on puścił do mnie oko.
- Nazwisko Rogers sporo znaczy w tym mieście! - powiedział.
To stwierdzenie było obrzydliwe samo w sobie, ale zarumieniło się zabawnym odcieniem absurdu, gdy wspólna znajoma zdradziła mi, że firma jest własnością jego rodziców. "Nazwisko Rogers sporo znaczy w rodzinie Rogersów", myślałam odtąd z przepyszną pogardą za każdym razem, kiedy go gdzieś widziałam.
Podobnie jak większość moich przyjaciół byłam dobrą pijaczką - to znaczy potrafiłam dużo w siebie wlać, lubiłam taką formę spędzania czasu, a po alkoholu nie stawałam się nieprzyjemna.
Kace były plagą mojego życia. Codziennie mnie jakiś dręczył, a ze dwa razy w tygodniu cierpiałam poważnie. Podczas tych gorszych na całe dnie zawijałam się w pościel, bez przyjemności i bez przekonania przesuwałam palcem po ekranie telefonu, zamknięta w powtarzalnej czynności jak w bunkrze. O szesnastej zerkałam przez zasłony na wpadające do środka promienie słońca i uznawałam, że lepiej zostać w domu aż do zmroku. Bardzo się bałam.
Raz wypełniłam kwestionariusz pozwalający ocenić poziom uzależnienia od alkoholu. Ostatnie pytanie w dziale określającym, czy jesteś "alkoholikiem w końcowym, niemal śmiertelnym stadium choroby", brzmiało: "Czy kiedy budzisz się po długim okresie picia, towarzyszy ci głębokie przerażenie?". Pomyślałam, że nie ujęłabym tego lepiej.
Głębokie przerażenie. To doskonale opisywało strach, jaki ogarniał mnie rano, strach o szczególnym zabarwieniu, jakby przeżywała go stara kobieta. Przypominał mi te filmowe staruszki u progu demencji, niedawno owdowiałe i niepamiętające już szczegółów wnętrza własnego domu; bezcelowe, lecz pochłaniające bez reszty niepokój i poczucie zaskoczenia. Regularnie budziłam się głęboko przerażona.
William Faulkner w ostatnim stadium alkoholizmu wybrał się do Nowego Jorku, żeby odwiedzić znajomych i obejrzeć jakieś przedstawienia teatralne. Po dziesięciu dniach ciężkiego picia zniknął. Przyjaciel wybrał się do hotelu, żeby sprawdzić, co się stało. Przez jakiś czas bezskutecznie wołał Faulknera i łomotał do drzwi jego pokoju, aż w końcu zażądał jego otwarcia. Ludzie wpadli do środka i znaleźli Faulknera na podłodze w łazience; był półprzytomny i głucho pojękiwał.
W powietrzu wisiał dziwaczny odór. Pomimo mrozu wszystkie okna były szeroko otwarte. Okazało się, że Faulkner wstał w nocy, żeby zwymiotować, przewrócił się i oparł o rurę grzejnika. Natychmiast stracił przytomność i nie czuł, jak gorąca rura przez wiele godzin pali mu skórę na plecach. Kiedy go znaleziono, miał już poparzenia trzeciego stopnia.
W szpitalu wezwano do niego lekarza.
- Dlaczego pan to robi? - spytał doktor.
Ponoć wtedy Faulkner wysunął buńczucznie podbródek i odparł:
- Bo lubię!
Pisarzowi towarzyszył jego wydawca, Bennett.
- Bill - odezwał się, a ja wyobrażam sobie, że wpatrywał się wtedy w swoje dłonie, potrząsał lekko głową, nie był w stanie spojrzeć przyjacielowi w oczy. - Czemu robisz sobie coś takiego na wakacjach?
Słysząc to, Faulkner się zjeżył i podciągnął na łóżku, aż usiadł prosto.
- Bennett, to są moje wakacje.
Dlaczego to robisz? Bo lubię.
To nawet nie oznacza "Czerpię z tego przyjemność", tylko: "To mój wybór".
Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę - to właśnie czynię. Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, co wiedzie ku tej śmierci?
List do Rzymian, 7:15-7:25
Tamtej nocy po spotkaniu z Ciaranem piłam, aż zwymiotowałam i popękały mi naczynka wokół oczu. Przyglądałam się im później w lustrze, wodząc delikatnie palcami po nowo powstałych śladach, bo wiedziałam, że znaczą pewien początek.