Akrazja - Maria Towiańska-Michalska

Kup ebooka

24.75 zł
19.80 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W maleńkiej,cichej kawiarence

"Porzucona...Jakie śmieszne słowo - jakbym była kwiatem albo chustką".

AnnaAchmatowa,tłum. Eugenia Siemaszkiewicz

Jesieńmiała się ku końcowi. Zimny, porywisty wiatr przeganiał z miejsca namiejsce opadłe liście. Z szarego, wieczornego nieba spadały dużepłatki śniegu, zamieniając się natychmiast w mokre plamy na chodniku.Miasto wyglądało inaczej, niż pamiętał, dziwnie obco. Nieznajomeulice, prowadzące nie wiadomo dokąd. Obawiał się nawet, że możezabłądzić w mieście, w którym spędził dzieciństwo i młodość. Traciłorientację w szybko zapadającym mroku.

"Powinienemwrócić do hotelu - myślał. - Ubrałem się zbyt lekko, niemam nawet parasola. Mężczyźni w moim wieku nie lubią, kiedy śniegpada im na głowę i spływa kroplami wody po twarzy. Z kroplą wody naczubku nosa wyglądam jak stary idiota. Nos mogę wytrzeć przedwejściem do kawiarni, ale jak mam do niej trafić... Powinna znajdowaćsię nieopodal kościoła. A kościół gdzie? Kościół stał, jak pamiętam,na wzniesieniu, więc musi być widoczny. Czego ja tu szukam wzapadających szybko ciemnościach, zmoczony czymś, co nie jest jużdeszczem, a jeszcze nie jest prawdziwym śniegiem. No, cóż. Samzaproponowałem spotkanie. Przyjechałem na pogrzeb, trzeba było popogrzebie wrócić do hotelu, przespać się i rano wyjechać. Mam jeszczeczas, żeby tak zrobić. Jeżeli nawet pomyśli o mnie, że jestemarogancki i niesłowny, to przecież nic nowego. I tak z pewnością niema o mnie dobrego zdania po tym, co trzydzieści lat temu zrobiłem znaszym małżeństwem, o którym już prawie zapomniałem i dobrze, żezapomniałem. To spotkanie może tylko odnowić dawne pretensje i urazy.Obejrzymy siebie nawzajem, stwierdzimy, o dziwo zgodnie, że obojezmieniliśmy się, niestety, na niekorzyść, a nie odwrotnie, potempożegnamy się na zawsze, albo prawdopodobnie na zawsze, chyba żejakiś nieoczekiwany i trudny do przewidzenia przypadek skrzyżujenasze ścieżki".

Przystanął,zatrzymał się na chwilę, gotów zawrócić. Jednak po namyśle zdecydowałinaczej.

"Najlepiejbędzie, jeżeli wejdę, przywitam się, przeproszę i powiem, że muszęnatychmiast wrócić, dostałem pilną i ważną wiadomość. Ona spojrzy namnie wielkimi, niebieskimi oczyma i stwierdzi z wyrzutem: 'Mogłam,się tego spodziewać'. Albo powie z przekąsem: 'Wiedziałam,że tak będzie'. Poczuję się jeszcze gorzej niż w tej chwili. Tobez sensu. Wracam do hotelu".

Znowuzatrzymał się przed oświetloną witryną lokalu i z zaskoczeniemstwierdził, że nie zabłądził. Stoi przed kawiarenką, w której byliumówieni. Popchnął drzwi, a one otworzyły się bezszelestnie i znalazłsię w ciepłym wnętrzu.

"Najlepiejby było, gdyby nie przyszła - pomyślał z nadzieją. - Możewpadnie na ten pomysł i dojdzie do wniosku, że przecież nie mażadnego powodu żebyśmy się spotkali".

Rozejrzałsię. Kawiarnia była prawie pusta. Kilku mężczyzn siedziało przynarożnym stoliku, przy oknie samotna kobieta w zielonym swetrze. Ona?Miał wątpliwości czy to ona. Był krótkowzroczny, w dodatku jego wzroknie oswoił się jeszcze z oświetleniem kawiarni. Ale kobieta już gozauważyła i podniosła rękę w geście powitania. Ten gest był znajomy.Przywołał przeszłość. Przypomniał sobie, że zawsze przychodziłspóźniony, a kiedy przychodził, ona zawsze na niego, tak samo jakteraz, czekała.

Otym, że po wielu latach w tym samym czasie znaleźli się oboje wrodzinnym mieście, dowiedział się przypadkowo. W jakimś niejasnym,niczym nieuzasadnionym odruchu wykręcił, wciąż jeszcze pamiętany,numer telefonu rodziców Aliny. Szybko, już po drugim sygnale,usłyszał jej głos. Spodziewał się, że to raczej jej matka odbierzetelefon, a wtedy tonem życzliwie obojętnym zapyta o nią, wyjaśniając,dlaczego znalazł się w mieście. Sądził, że była teściowa potraktujego chłodno i z rezerwą, a rozmowa ograniczy się do kilkukonwencjonalnych zdań. Kiedy zamiast głosu teściowej usłyszał głosAliny, powiedział bez namysłu i bez wstępu:

- MówiHubert. Czy mogłabyś spotkać się ze mną?

Dziwne.Wcale nie była zaskoczona. Jej niezmieniony głos zabrzmiał jak echoprzeszłości.

- Dzisiaj,tam gdzie zawsze? O której? - Jakby nie rozdzielał ich aniczas, ani to, co się kiedyś między nimi wydarzyło.

Natychmiastprzypomniał sobie małą kawiarenkę za kościołem św. Jakuba, w którejspotykali się dawno, kiedy oboje byli bardzo młodzi.

"Jestemwzruszony i przejęty jak licealista, który umawia się z dziewczyną narandkę. Jakbym nie był starym panem profesorem, jakby nie minęło...ile? Chyba trzydzieści lat... Tak. Około trzydziestu, może więcej".

Gdybyktoś tydzień temu powiedział mu, co się wydarzy, uznałby to zaabsurd.

Zdejmowałpowoli przemoczoną kurtkę, z namysłem wieszał ją na wieszaku, jakbychciał odwlec chwilę powitania. Nie patrzył na Alinę. Wiedziałprzecież, że zobaczy starzejącą się kobietę, a ta myśl sprawiała muprzykrość. Czyżby bez sensu spodziewał się, że zobaczy czekającą naniego przy stoliku kawiarni smukłą dziewczynę z ciemnym warkoczem?Odrzucił ten obraz, ale wyobraźnia szybko podsunęła mu inny, równienierealny. Trzydziestoletnia Alina patrzy na niego z rozpaczą woczach i pyta:"Dlaczego?".On wymyśla nieprawdziwe powody i argumenty, boi się powiedziećprawdę, boi się, że ją zrani, skrzywdzi, a wtedy sam pozostanie zpoczuciem winy i wyrzutami sumienia.

"Poco obudziłem dawne demony" - myślał z niechęcią,podchodząc do stolika. Alina wstała, uśmiechnęła się do niego iwyciągnęła rękę.

- Niebyłam pewna, czy przyjdziesz. Obawiałam się, że rozmyślisz się wostatniej chwili.

- Przecieżto ja zaproponowałem spotkanie.

- Tak,to prawda, ale zawsze byłeś nieprzewidywalny. To był twój urok, aleteż najtrudniejsza do zaakceptowania wada.

- Możelepiej nie zaczynajmy od wyliczania moich wad. Mam ich teraz jeszczewięcej, niż miałem.

- Dobrze.Nie zaczynajmy od wad.

Zamilkli.Potem spojrzeli na siebie i równocześnie parsknęli śmiechem.

Podeszłakelnerka, przyjęła zamówienie. Przyglądał się ukradkiem Alinie. Czaspotraktował ją łagodnie. Była elegancka, nawet jakby wyładniała.Pojawiło się w jej wyglądzie i sposobie bycia coś nowego,intrygującego, jakiś rys nonszalancji, swobody, co jej dodawałouroku, a jego peszyło i onieśmielało.

- Dlaczegochciałeś się ze mną spotkać? - zapytała.

- Dlaczegosię na to zgodziłaś? - zapytał.

Roześmiałasię.

- Tylelat minęło, odkąd widzieliśmy się ostatni raz, a ty wciąż, jakdawniej, odpowiadasz pytaniem na pytanie. Wiedziałam, że jesteś wmieście. Gdybyś nie zadzwonił, poszukałabym sama kontaktu z tobą.Chciałam się z tobą spotkać, żeby usłyszeć odpowiedź na pytanie...

- Niezamierzasz chyba...

- Ależzamierzam. Teraz już mogę spokojnie wysłuchać odpowiedzi na pytanie,dlaczego mnie porzuciłeś. Chcę wiedzieć. Jestem ciekawa. Nie obawiajsię, nie ma żadnego innego powodu niż ciekawość. Przez długi czas topytanie bez odpowiedzi tkwiło we mnie, nurtowało, bolało. Rozumiemzrozpaczoną dziewczynę, którą wtedy byłam, ale patrzę na nią teraz zdystansem, jak na kogoś obcego. To jak będzie? Powiesz, dlaczego mnieporzuciłeś?

- Samawiesz. Byłem wtedy bez pamięci zakochany w innej kobiecie.

- Wciążkochasz ją bez pamięci? Nie było to tylko zauroczenie, oszołomienieurodą, magiczną aurą wokół jej osoby? Jak się wam ułożyło życie, czyjesteś szczęśliwy? - zasypała go pytaniami, jakby nie oczekującod razu odpowiedzi. - Czasami o was myślałam. Może wyda ci sięto dziwne, ale chciałam, żebyś był szczęśliwy. Jeżeli jest mi takokrutnie ciężko, myślałam, to może się to przynajmniej na coś przyda,może będziesz szczęśliwy z inną kobietą. Bo widzisz, ja ciebiekochałam prawdziwie i gotowa byłam za twoje zadowolenie z życiapłacić każdą cenę, jakby szczęście miało cenę, za którą można jemieć. Kto wie, czy nie było w tym jakiegoś utajonego wyrachowania,wiary w sprawiedliwość losu, który mnie wynagrodzi i kiedyś zwróci miciebie. Kiedy oznajmiłeś, że mnie zostawiasz, wpadłam w rozpacz,wszystko straciło sens, znalazłam się w czarnym tunelu bez wyjścia.Trwało to bardzo długo. Jednak minęło. Czas, cichy morderca, potrafiwszystko zdławić. Jeżeli nie popełnisz samobójstwa i nie zniszczyszsam siebie, razem ze swoim cierpieniem, czas pomoże zabić największą,najprawdziwszą miłość. Zamorduje ją po cichu, dzień po dniu, zostanietylko szary popiół. Wystarczy dmuchnąć, a popiół rozwieje siębezpowrotnie. Chciałam cię spotkać, żeby zadać ci pytanie, dlaczegomnie porzuciłeś. Pozostał jeszcze ten popiół. Daruj mi patos. Nieumiem wyrazić swoich myśli bez metafory. Może ja te popiołyprzeszłości przechowuję z rozmysłem, a może nie z rozmysłem? Sama niewiem. Uff... poszło mi trudniej, niż myślałam, ale dobrze, że mam jużza sobą uzasadnienie, czemu po tylu latach pytam o to samo. Niezaplątałeś się w moim sentymentalnym gadulstwie? Wiesz, o co michodzi?

Milczał,myśląc, że jest to to samo pytanie, które kiedyś, bardzo dawno temuzadała mu, płacząc, a wtedy też nie umiał odpowiedzieć. Bał się, żecokolwiek powie, zrani ją jeszcze bardziej. Teraz sytuacja była inna.Alina nie wyglądała jak ktoś, kogo łatwo zranić. Nieuchwytna zmiana wjej sposobie bycia, którą od początku zauważył, sugerowała, że jestteraz osobą pewną siebie i swoich reakcji. Ironiczny dystans. Kiedyśbyła inna. Prostolinijna, jednoznaczna, bardzo szczera i trochęnaiwna. Taka była.

Przedłużającesię milczenie stawało się kłopotliwe. Alina patrzyła mu w oczyotwarcie, bez skrępowania, uśmiechała się. On unikał jej wzroku.Odetchnął z ulgą, kiedy podeszła kelnerka, chcąc ich uprzedzić, że zapół godziny zamykają lokal, w którym zresztą byli już tylko oni.

- Jestemzawiedziona, a ty, jak zauważyłam, jesteś zadowolony, że nie mamyczasu. To chociaż powiedz, czy wciąż kochasz Tamarę, czy maciedzieci, czy jesteś szczęśliwy?

- Nie,nie mamy dzieci... To znaczy, ona ma syna.

- Tonie jest twój syn?

- Nie.Nigdy nie byliśmy małżeństwem. Tamara porzuciła mnie po paru latachwspólnego życia i wyjechała, nawet nie wiem dokąd.

- Aty?

- Zająłemsię pracą, karierą naukową, badaniami. Nie ożeniłem się. Nie czułempotrzeby. Uniwersytet zastępował mi rodzinę. Jest nas takich kilku wmoim środowisku.

Porazamykać kawiarnię. Kelnerka wyciera stoliki i ustawia krzesła.Spojrzał na Alinę zakłopotany.

- Rzeczywiście,zaraz zamykają. Mieliśmy zbyt mało czasu, żeby opowiedzieć sobienawzajem, jak nam się życie ułożyło. Wyszłaś za mąż?

- Dwarazy i mam dwoje dzieci. Jedno z pierwszego małżeństwa, drugie zdrugiego. Rozwiodłam się też dwa razy. Z pierwszym mężem podziewięciu latach, z drugim po dwunastu. Za kilka miesięcy zostanębabcią. Zabawne. Wystarczy kilka zdań, żeby opisać całe, długieżycie. Właściwie nie odpowiedziałeś na moje pytanie, a teraz musimyjuż wychodzić. Spójrz, jaka brudna, posępna szarość za oknem. Padamokry śnieg.

Awantura

"...myślałem,że miłość jest łatwa, niestety, wikłają się sprawy".

Hafiz(Hafez), Ej,przynieś nam saki wina

- Jakmożesz tak mnie traktować po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam?

- Comasz na myśli? Co dla mnie zrobiłaś? Upolowałaś mnie i tyle.Osaczyliście mnie, ty i twoi rodzice. Byłem młodym, naiwnym dupkiem inie zdawałem sobie sprawy z tego, co się wokół mnie dzieje.

- Prawdąjest tylko to, że jesteś młodym dupkiem, ale przyznaj, wcale niebyłeś naiwny. Odwrotnie, byłeś i jesteś sprytny i wyrachowany.Wykorzystałeś mnie i moich rodziców. Zniszczyłeś mi życie.

Napodłodze koło fotela, na którym siedzi Edyta, leży stos chusteczek ipuste po nich opakowania. Paweł patrzy na nią z niechęcią, jednak niebez współczucia.

- Spójrzna siebie. Wyglądasz jak żałosne czupiradło. Popracuj trochę nadsobą. Co się z ciebie zrobiło? Nie jedz tyle, panuj nad emocjami,zajmij się sobą, zamiast histeryzować bez powodu, albo z byle powodu.

- Powinieneśmnie wspierać. Jestem twoją żoną, a ty mnie niszczysz, kpisz ze mnie,krytykujesz, przestałeś się ze mną liczyć. Znikasz z domu, unikaszmnie. Nigdy nie masz dla mnie czasu. Nie wiem, gdzie chodzisz, corobisz i co myślisz. To przez ciebie zrobiłam się gruba i brzydka.Podejrzewam... wydaje mi się, że masz kochankę...

- Jeszczenie mam, ale muszę się nad tą sugestią zastanowić. Może byłoby tojakieś wyjście? Przydałaby się jakaś ładna, spokojna dziewczyna, przyktórej mógłbym odreagować stres małżeński. Czego ty właściwie chcesz?Zrobiłaś się nie do wytrzymania. O co ci chodzi?

- Czegochcę? Chcę, żebyś mnie zauważał, nie kpił ze mnie, żebyś rozmawiał zemną i liczył się z moim zdaniem. Chcę, żebyś mnie kochał. A terazchcę ci coś powiedzieć.

- Trudnocię nie zauważyć. Od kilku tygodni awanturujesz się codziennie. Narazie jeszcze liczę się z twoim zdaniem, ale przyznaję, że wolałbymnie słuchać tego, co mi zarzucasz. Co do ostatniego punktu... Tozależy bardziej od ciebie niż ode mnie. Jestem z natury estetą.Ożeniłem się ze śliczną, wesołą, inteligentną dziewczyną, wydawało misię, że ona mnie kocha, a ja ją. W niczym nie przypominasz tamtejdziewczyny. W dodatku nie wiem, o co ci chodzi. Czego ode mnieoczekujesz? Ta rozmowa jest bez sensu, zresztą podobnie jakpoprzednia. Jeżeli masz coś istotnego do powiedzenia, to nie płacz,tylko mów. Słucham.

- Niemogę rozmawiać w atmosferze, jaką stwarzasz.

- Wobectego nie rozmawiaj. Wychodzę.

- Dokąd?

- Nieistotne.

- Kiedywrócisz?

- Niewiem. Postaram się zadzwonić.

Edytawstaje z fotela i wychodzi z pokoju z płaczem. Paweł krzywi się zniesmakiem, podchodzi do okna. Bezmyślnie patrzy na ulicę oświetlonązachodzącym słońcem. Zbliża się zima, miasto wygląda szaro i smutno.Nawet słońce świeci wypłowiałym, mętnym blaskiem, jakby resztkamisił. Wiatr unosi niesprzątnięte liście.

"Bezsensu - myśli Paweł. - Absurdalne. Cokolwiek zrobię lubpowiem jest bez sensu. Jeżeli teraz wyjdę, to przecież tu wrócę iwszystko zacznie się od początku. Ona teraz poszła wypłakiwać sięprzed swoją mamusią, która nieuchronnie przypomni, że ostrzegała jąprzede mną. Obie zgodnie dojdą do wniosku, że poleciałem na majątek,dom, pieniądze. Bzdura. Nieprawda. Byłem w niej bez pamięcizakochany. Teraz wprost trudno w to uwierzyć. Co zrobiliśmy z tąmiłością? Wystarczyło zaledwie pół roku wspólnego życia i co?Skaczemy sobie do oczu z byle powodu. Bez powodu. Wszystko może byćpowodem. Nasze wspólne życie to pole minowe, każdy krok jestniebezpieczny. Na zapleczu naszego małżeństwa snują się jej rodzice.Dyskretni, taktowni. Nie wtrącają się. Nic nie mówią. Ale przecieżmyślą. Gdybym ja miał zapłakaną córkę, też bym, do jasnej cholery,myślał. Może nawet wcale nie byłbym taki taktowny i dyskretny. Oniteż w końcu przestaną być taktowni i zaczną zadawać pytania. A tubrak odpowiedzi na pytanie, czemu ona czuje się nieszczęśliwa, jeżelipowinna być szczęśliwa. Kto jest temu winien? Jasne. Nie ma nikogoinnego, kto za to odpowiada. Pawełek jest winien. Wpuściliśmy tegogada, gołodupca do domu, zapewniliśmy im obojgu wszelkie warunki,żeby tylko nasza córka była szczęśliwa, a ona nie wygląda naszczęśliwą. Prawda? Prawda. Ja też nie czuję się szczęśliwy. Wdodatku mam poczucie winy za niepopełnione grzechy. To, że ja nieczuję się szczęśliwy, nie ma dla nich znaczenia. Znaczenie ma, i toduże, że Edyta płacze. Cóż. Dla mnie też ma to znaczenie. Zbrzydła,płacze bez powodu. Może jest chora? Dlaczego dotąd nie przyszło mi todo głowy? E, tam! Gdyby była chora, powiedziałaby mi o tym. Nie, niebędę jej o nic pytał. A już z pewnością nie dzisiaj. Nie chcękolejnej awantury, dość tego!".

Pawełwychodzi do przedpokoju, zdejmuje kurtkę z wieszaka.

- Wychodzisz,Pawełku?

MatkaEdyty staje w drzwiach. Chce coś powiedzieć, waha się przez chwilę.

- Niechcę ci przeszkadzać, ale może zanim wyjdziesz, wejdź do Edyty.Odnoszę wrażenie, że ona ciebie potrzebuje.

- Niesądzę. Rozmawialiśmy całe długie przedpołudnie. Chyba wystarczy.

- Ao czym rozmawialiście?

- Oto już proszę zapytać Edytę.

- Pytałam.

- Domyślamsię.

- Sądzę,że...

- Przepraszam,śpieszę się. Powinienem niedługo wrócić.

Pawełszybko wkłada kurtkę i wychodzi. Stoi na podjeździe z rękoma wkieszeni. Nie może się zdecydować, co ma robić. Wyprowadzić samochódz garażu? Musiałby poprosić teścia o kluczyki i dowód rejestracyjny.Iść? Ale gdzie ma iść i po co? Może lepiej byłoby wrócić do domu ijakoś sprawę załagodzić? Jaką sprawę? Przecież nie ma żadnej sprawy.Edyta nie pierwszy raz zrobiła awanturę bez powodu. Chciała rozmawiaćnie wiadomo o czym i od słowa do słowa rozmowa zamieniła się wwymianę wzajemnych pretensji. Każde powiedziało nie to, co naprawdęmyśli, po to tylko, żeby dokuczyć i odpłacić z nawiązką za to, cousłyszało od strony przeciwnej.

"Ajest 'strona przeciwna'? Od kiedy Edyta stała się dlamnie, a ja dla niej 'stroną przeciwną'? Od czasu, kiedyprzeszła do obozu wroga - odpowiada sam sobie Paweł. -Jej rodzice od początku uważali mnie za chłystka, który uwiódł ichcóreczkę, żeby wejść w posiadanie tego, czego dorobili się ciężkąpracą. Wmawiali jej to tak długo, aż uwierzyła. Wszystko dostał natacy, wprowadził się do ich domu, korzysta z ich pieniędzy i niepotrafi docenić tego, co ma. W dodatku nie szanuje i nie kocha ichcórki. Dlaczego, ciemny idiota, zgodziłem się na wspólne mieszkanie zteściami? Trzeba było coś wynająć, żyć na własny rachunek, niepozwolić na wtrącanie się do naszego życia. To prawda. Ale prawdąjest i to, że aby być samodzielnym, ambitnym, honorowym, potrzebne sąpieniądze, czyli środki do życia, a ja, oprócz płomiennej miłości,miałem tylko stypendium. Sam jakoś sobie radziłem. Edyta,rozpieszczona jedynaczka, nawet gdyby chciała, nie umiałaby jakośsobie radzić. Zresztą nie musiała. Ma wielkodusznych rodziców,gotowych zrobić wszystko dla jej szczęścia i wygody. Zaakceptowalinawet takiego chłystka jak ja. Zwabili mnie do złotej klatki.Przesadzam. Sam skwapliwie i z entuzjazmem do tej klatki wlazłem".

Zapadawczesny zmierzch. Zapalają się światła w oknach mijanych domów. Pawełuświadamia sobie, że odszedł daleko od domu i znanej okolicy i nawetnie wie, gdzie się znalazł. Zniszczone chodniki, szare kamienice zliniejącymi tynkami. O tej porze roku to, co brzydkie i ubogie,wydaje się jeszcze gorsze.

- Hej,młody! Masz, może papierosa?

- Niepalę.

- Niemusisz. Dwa kroki stąd jest kiosk.

- Przecieżpowiedziałem - nie palę.

- Aleja palę.

Pawełpatrzy na chudego obszarpańca. "Podejrzane indywiduum -myśli z niepokojem. - Może jednak lepiej będzie, jeżeli kupięmu te papierosy i niech sobie idzie do diabła. Albo lepiej dam mupiątkę i niech sam sobie kupi".

Wyciągaportfel z kieszeni.

- No,no... - mruczy obszarpaniec. - A to gość mi się trafił.Głupi, czy co? A pan to tak zawsze w ciemnej ulicy, przy bylełachmycie skórzany portfel wyciąga? Wyrwałbym z ręki i szukaj wiatruw polu.

- Todlaczego pan nie wyrwał?

- Samsię dziwię. Mam nadzieję, że postawisz mi, młody, wódeczkę i talerzpierogów.

- Ajeżeli nie?

- Tonie.

- Topo co pan mnie zaczepiał?

- Atak sobie. Bo nie mam co robić i z kim gadać. Smutno samemu. A panteż samotny jakiś. Szwenda się pan po ciemku bez celu. Gdybym to jabył taki młody i śliczny, zrobiłbym nowe otwarcie. To jak z tymipierogami?

- Aletutaj nie ma żadnej restauracji.

- Poco nam restauracja? Jest "Zacisze", dawniej był tam barmleczny, a teraz pani Helena lepi najlepsze w tym mieście pierogi.

- Daleko?

- Zarogiem. Idziemy?

- Niechbędzie.

Pawłazaskoczyła własna decyzja, ale jest przecież głodny, niby dlaczegonie miałbyspróbować najlepszych w tym mieście pierogów, które lepi pani Helena.

- Idziemyrazem do knajpy na pierogi, więc może się przedstawię - mówiciemny typ. - Zenek jestem.

- Mamna imię Paweł. Nazwisko też podać?

- E,nie trzeba. Chyba że ci zależy. Do pierogów wystarczy Paweł. Tystawiasz. Chwilowo nie mam kasy.

- Skądwiesz, że ja mam?

- Niewyglądasz na takiego, co nie ma. O, jesteśmy już na miejscu.

Pawełjest przygotowany na najgorsze, jednak okazuje się,że"Zacisze"nie jest mordownią. Elita tu wprawdzie nie bywa, przychodzą studenci,emeryci i ludzie, którzy płacą bonami z opieki społecznej. Jestciepło, czysto, samoobsługa.

- Cośtakiego - dziwi się Zenek - samoobsługa? Dawniej niebyło. Może i lepiej, że samoobsługa. Czas jakiś tu nie przychodziłem.Chorowałem. Poczekaj, Paweł. Przyniosę pierogi.

Zenekprzynosi miskę pierogów i dwa talerze. Obaj są głodni, jedzą zapetytem, ale zdaniem Pawła pierogi albo są przereklamowane, alboZenek ma małe wymagania.

- Tomów, jak jest. Jesteś żonaty? - pyta Zenek.

- Jestem.

- Jeżelijesteś żonaty, to dlaczego jesz pierogi w "Zaciszu"? Żonawygoniła?

- Samsię wygoniłem.

- Bezpowodu?

- Powódzawsze można znaleźć.

- Fakt.Ale czasami lepiej nie szukać powodu. Dobrze mieć żonę i dom. Wiem,bo miałem.

- Ico, teraz nie masz?

- Poszukałempowodu, znalazłem, potem ona znalazła powód i tak to było. Fiuut! Inie ma. Lepiej dobrze przemyśl te powody, co to je znalazłeś. Ja jużsobie idę, a ty posiedź w cieple, najedzony i przemyśl powody, zanimwrócisz do domu. Dobrze radzę. Cześć! Dziękuję za towarzystwo. Zapierogi już zapłaciłem. Nie przejmuj się. Bonami zapłaciłem, z opiekispołecznej.

- Zwrócę.Poczekaj, rozliczymy się.

AleZenek tylko machnął ręką, zdjął kapotę z wieszaka i poszedł w ciemnąnoc.

- Możnaposprzątać? - zapytała młoda kobieta ze ścierką i tacą w ręku.- Smakowały pierogi?

- Smakowały,bo byłem bardzo głodny. Ale chyba jednak są przereklamowane.Słyszałem, że pani Helena lepi najlepsze w tym mieście pierogi. Te,które jadłem, są raczej przeciętne.

Kobietaspojrzała na Pawła ze smutkiem.

- PaniHelena wspaniałe pierogi lepiła. Zmarła miesiąc temu. Teraz bierzemyz hurtowni. Ludzie z początku byli niezadowoleni, ale teraz kupują,jedzą, nie narzekają. Przyzwyczaili się.

wserii piętnastkaukazały się:

HenrykBereza"Względy", "Zgłoski", "Zgrzyty"

KazimierzBrakoniecki"Dziennik berliński"

MaciejCisło"Błędnik"

JanDrzeżdżon"Łąka wiecznego istnienia"

AnnaFrajlich"Czesław Miłosz. Lekcje", "Laboratorium"

PawełGorszewski"Niecierpiące zwłoki"

TomaszHrynacz"Noc czerwi"

LechM. Jakób"Poradnik grafomana", "Poradnik złych manier"

PawełJakubowski"Kopuła"

ZbigniewJasina"Drzewo oliwne"

GabrielLeonard Kamiński"Pan Swen (albo wrocławska abrakadabra)"

BogusławKierc"Cię-mność"

ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Kronika powrotu", "UliceSzczecina", "Ulice Szczecina (ciąg bliższy)"

KrzysztofLisowski"Czarnenotesy (o niekonieczności)", "Motyl Wisławy. I innepodróże"

KrzysztofMaciejewski"Dziewięćdziesiąt dziewięć", "Osiem"

TomaszMajzel"Opowiadaniaw liczbie pojedynczej", "Treny Echa Tropy"

PiotrMichałowski"Cisza na planie"

MirosławMrozek"Odpowiedź retoryczna"

EwaElżbieta Nowakowska"Merton Linneusz Artaud"

HalszkaOlsińska"Bliskie spotkania", "Małostki", "Złotażyła"

PawełOrzeł"Cudzesłowa"

MirosławaPiaskowska-Majzel"(Po)między"

KarolSamsel"Jonestown", "Prawdziwie noc", "Więdnice"

BartoszSawicki"Krucha wieczność"

EugeniuszSobol"Killer"

EwaSonnenberg"Wiersze dla jednego człowieka"

WojciechStamm"Pieśni i dramaty patriotyczne i osobiste"

GrzegorzStrumyk"Re _ le rutki"

LeszekSzaruga"Kanibale lubią ludzi"

WiesławSzymański"Skrawki"

MichałTabaczyński"Legendy ludu polskiego. Eseje ojczyźniane"

PawełTański"Glinna", "Kreska"

MariaTowiańska-Michalska"Akrazja", "Engram", "Z Ameryką w tle"

AndrzejTurczyński"Źródła. Fragmenty, uwagi i komentarze"

MiłoszWaligórski"Długopis"

HenrykWaniek"Notatnik i modlitewnik drogowy (1984-1994)"

Leszek Żuliński "Suchełany"