Akcja "Tato" - Irena Landau

-
Proszę czekać

 

Bywają różne soboty - takie, kiedy tatuś ma dyżur w przychodni, i takie, kiedy go nie ma. W te dni, kiedy ojciec ma wolne, rodzina państwa Lenowskich z Lenowa wybiera się zwykle na wycieczkę. I tego właśnie dnia wszyscy szykowali się do wyjazdu. Mama po raz trzeci sprawdzała zawartość plecaków, a tato się niecierpliwił.

- Jedziemy czy rozkładamy się na trawniku przed domem z tymi zapasami?

Dzień był słoneczny, wiał lekki wiaterek. Rowerzyści minęli górkę, na której stał lenowski zamek, minęli opustoszały teraz domek weterynarza. Weterynarz także nazywał się Lenowski, jak chyba co piąty mieszkaniec Lenowa, ale niedawno zmarł, ku zmartwieniu wszystkich lenowian. Potem zboczyli z drogi i pojechali w kierunku rzeczki i lasów położonych na wzniesieniach. W zakolu rzeczki Leniwki, pomiędzy dwoma skupiskami krzaków, żółciła się niewielka plaża. Woda w tym miejscu rozlewała się, była ciepła i przezroczysta. Kiedyś, kiedy tatuś był mały, przychodził tutaj z babcią. Plaża była wtedy o wiele mniejsza i schowana za wysokimi drzewami, których teraz, po wielkim pożarze lasu, już nie było. Ojciec opowiadał, że po tym nieszczęściu przykro było tu przychodzić, bo wszystko poczerniało, a zapach spalenizny aż dusił. Ale po wielu latach las się odrodził, chociaż nie taki gęsty jak kiedyś, brzegi rzeczki się zazieleniły, pachniało żywicą i rozgrzaną ziemią i ten miły zakątek znowu stał się celem wycieczek lenowian. Niedaleko, pod sosną, usadowiła się także pani Michalina z mężem i dwiema córeczkami. Tatuś pomachał im małym ręczniczkiem, a potem westchnął.

- Kiedy bywałem tu z waszą babcią - powiedział - prawie nikt nie znał tego miejsca. Wasz dziadek czasami nas tu przywoził, ale nie samochodem. Wozem drabiniastym, rodzice mieli wspaniały wóz i dwa konie. I krowy. Pokazywałem wam kiedyś to gospodarstwo na przedmieściach Lenowa. Ale potem tato umarł, to było bardzo dawno temu, no i...

Mama rozpakowywała plecaki i nagle weszła mężowi w słowo.

- Jedzonko! - zawołała. - Proszę bardzo, kto jest głodny?

Weronika spojrzała na mamę. Doskonale wiedziała, czemu przerwała tacie smutne wspomnienia. Matka taty, babcia Jadzia, kiedyś opowiadała, że rok po śmierci dziadka wyszła drugi raz za mąż za jednego urzędnika, nazywał się Zenon. Babcia opowiadała to wnuczce i o mało się nie rozpłakała.

- Dziecko kochane - mówiła - źle zrobiłam, ale kto mógł wiedzieć, ten Zenon wydawał się porządnym człowiekiem, nikt nie wiedział, że pije, bo pił u siebie w domu, a nie w żadnym barze. Chodził koło mnie i chodził, myślałam, że kocha i mnie, i Władka, i Karolka, myślałam, że dam synkom drugiego ojca, że im będzie lepiej. A po ślubie okazało się, że temu Zenkowi chodziło najbardziej o gospodarstwo, o te konie i krowy, o domek. Dopiero po ślubie przekonałam się, co to za straszny człowiek. Wszystko przepił, a dzieci bił, wyzywał. Co ja przeszłam, co przeszli Władzio i Lolek... No i zapił się na śmierć, a mnie tylko tyle zostało, że mogłam kupić sobie to mieszkanko na osiedlu. I całe szczęście, że mam rodzinę w Krakowie, że jest tam siostra Belcia. Synowie mieszkali u niej w czasie studiów, bo sama bym sobie nie poradziła. Weronko, sto razy pomyśl, zanim wyjdziesz za mąż! Milion razy!

Weronkę nawet trochę rozśmieszyło to ostrzeżenie, miała wtedy dwanaście lat, nie zastanawiała się nad żadnymi ślubami. Ale kiedy pomyślała o dzieciństwie taty, o tym jego okropnym ojczymie, zrobiło jej się żal i ojca, i wujka Karola. Wcale się nie dziwiła, że nie lubili tego wspominać. I teraz właśnie mama te wspomnienia przerwała. Jej mąż zawsze denerwował się, kiedy myślał o ojczymie, samo słowo "ojczym" wyprowadzało go z równowagi, więc po co było do tego wracać. Lepiej w ogóle o tym Zenonie nie myśleć. Szczególnie w taki piękny dzień.

Pan Władysław spojrzał na żonę. Już od dawna byli małżeństwem, a wydawało mu się, że coraz bardziej kocha żonę i dzieci. Nawet jego brat, Karol, który na początku odradzał mu ten ślub, teraz zmienił zdanie i polubił bratową. Zresztą nie dlatego odradzał Władkowi ożenek, że nie podobała mu się pani Kasia. Nigdy w życiu, przyznawał, że jest miła i ładna, ale... No właśnie, wątpił, czy Władek poradzi sobie z tą trudną sytuacją. No i jednak poradził sobie, nic się nie stało przez tyle lat i chyba, wbrew początkowym obawom, nic się nie stanie. Skoro dotychczas nikt nie zdradził sekretu, na pewno tajemnica pozostanie tajemnicą. Przynajmniej do czasu pełnoletniości Weronki, ale kiedy to będzie... Pan Władysław uważał, że wygrał tę bitwę, chociaż wszyscy byli przeciwko niemu, nawet Kasia uważała, że wiele ryzykuje, że to niepotrzebne, że kiedyś i tak... i że dzieci mają prawo. Nie, nikt nie miał prawa, według pana Władysława właśnie zdradzenie sekretu było ryzykowne.

No i dobrze jest, jak jest. Co to za wspaniały widok, na barwnym kocu siedzi śliczna Kasia, obok niej usadowiła się chyba jeszcze ładniejsza córeczka, Weronka, najsłodsze dziecko pod słońcem. Dookoła koca biega Mateusz, jest opalony i zgrabny. Szkoda, że nikt tu nie ma zdolności malarskich, jaki piękny, chociaż może trochę staroświecki, obrazek można by namalować. No jak to, a aparat fotograficzny?

- Kasia, wzięłaś aparat?

- Jest na dnie plecaka. Tylko uważaj, nie pognieć szarlotki.

- To jest jeszcze szarlotka? - zainteresował się Mateusz.

Fotografie na pewno wypadną wspaniale, pan Władysław pstryka i pstryka.

- Tato - orientuje się Weronka - siadaj, teraz ja zrobię zdjęcie, ty też musisz na jakimś być.

- Potem ja - mówi Mateusz.

Po chwili tato podszedł do młodego małżeństwa z dwiema córeczkami.

- Cześć, Miśka - powiedział - możesz nam zrobić fotografię? Chcielibyśmy być wszyscy razem.

- Oczywiście. Wiesiek, pilnuj dziewczynek.

W Lenowie wielu ludzi się zna, miasteczko jest małe, pan Wiesiek i ojciec Weronki chodzili do tej samej szkoły, a pani Michalina nie tylko bywała od dawna u doktora Lenowskiego, ale pracuje w sekretariacie szkoły, w której uczy pani Kasia. Patrzy teraz z przyjemnością na znajomych. Jak wspaniale się wszystko ułożyło i dzięki Bogu wątpliwy pomysł Władka jakoś się sprawdził, chociaż ona, Michalina, nie cierpi żadnych tajemnic rodzinnych. Miała z tego powodu kilka lat wcześniej poważne kłopoty. Może w tym wypadku tak nie będzie.

Zdjęcia zostały zrobione, pani Michasia oddała aparat i wróciła do swojego męża, a rodzina Weronki zaczęła zbierać manatki.

- Dziękujemy i do widzenia - zawołała pani Katarzyna, siedząc już na rowerze.

Michalina pomachała jej ręką, a kiedy rowery zniknęły za drzewkami, spojrzała na męża.

- Wiesiek, jak myślisz, czy to się nigdy nie wyda?

- Nic nie myślę - odpowiedział ojciec Berty i Marysi - jak mogę myśleć, kiedy mi te smarkule siedzą na głowie...

- Bo jak się sypnie, to ojej...

- No co "ojej", wielkie rzeczy, Władek niepotrzebnie robi z tego sprawę. Czy to widziane rzeczy, żeby chodzić po znajomych i zobowiązywać ich do sekretu? Aż dziwne, że wszyscy dotrzymali słowa. A ja uważam, że dzieci powinny wiedzieć i że Władek i Kasia już dawno powinni byli... W końcu zobaczą metryki i klops. Albo ten cały Ludwik tu się zjawi.

- Daj spokój, odpukaj, Ludwik siedzi w Warszawie, podobno znów się rozwiódł. Tym razem z jakąś Martyną. A Władysław ciągle ma w pamięci ojczyma, tego Zenona i wiesz, może ma uraz czy co...

- Miśka, daj spokój z tymi urazami, co ma jedno do drugiego! - rozzłościł się nagle Wiesiek. - Zenon był, jaki był, przecież Władek się w niego nie mógł wrodzić i nie rozumiem, po co te hece. Głupota, i tyle.

- Ja rozumiem. - Pokręciła głową pani Michalina. - Rozumiem, ale uważam, że może pożałować. Oby nie.

- Oby - zgodził się z żoną ojciec bliźniaczek - a w ogóle to nie nasza sprawa. Berta, jak jeszcze raz pociągniesz mnie za ucho, to zobaczysz!

Berta, bardzo ciekawa tego, co zobaczy, pociągnęła tatę jeszcze raz za ucho, a Marysia dla porządku, żeby było sprawiedliwie, dorwała się do uszu mamy. Niestety, wbrew nadziejom, dziewczynki nie zobaczyły nic ciekawego, więc wybuchnęły obie wielkim rykiem. Problemy rodzinne pana doktora Lenowskiego zostały na razie zapomniane.

To wszystko działo się w sobotę, niedziela była zupełnie zwyczajna, a w poniedziałek jak zwykle trzeba było iść do szkoły. Mateusz i Weronika nie mogli się jakoś przyzwyczaić do tego, że ich mama szła razem z nimi. To po prostu, myślał chłopak, jest jakiś niesamowity obciach, żeby takich dorosłych prawie ludzi jak on i jego siostra mamusia co rano odprowadzała aż do klasy! No tak, bo pokój nauczycielski był na końcu korytarza i mama, żeby tam dojść, musiała przejść i obok sali, w której uczył się Mateusz, i obok klasy Weroniki.

- Bo jak słowo daję. - Mateusz powtarzał to prawie codziennie. - Przecież to wstyd! Nawet pierwszaki same chodzą, musisz nas kompromitować?

- A co mam robić? - denerwowała się pani Kasia. - Mam zrezygnować z pracy?

- Na Leśnym Przedmieściu otworzyli już rok temu drugą szkołę, mogłabyś tam uczyć, nawet wiem, że ci to proponowano.

- Akurat, na drugim końcu świata!

- Tata by cię podwoził.

- Tata ma dyżury o różnych porach i nie jest moim kierowcą. A poza tym lubię tę szkołę i w ogóle daj mi spokój. A może wy zmienicie szkołę, proszę bardzo, możecie codziennie spacerować te parę kilometrów na Leśne Przedmieście.

Weronika się zatrzymała.

- Ale mowy nie ma, nigdy w życiu, mamo, co ty mówisz?! A Jolka? A Matylda? A pani od polskiego? Mamo, co za pomysły?

- Właśnie - oburzył się Mateusz. - A Robert? A drużyna "Tygrysów"? Przecież to nasza szkoła, nasi koledzy, coś ty!

Pani Kasia spojrzała na zaperzone dzieci.

- To według was, ja mogę zostawić przyjaciół i szkołę, a wy nie?! Bardzo to miło z waszej strony. I dlaczego? Bo się wstydzicie chodzić ze mną po ulicy. Dobrze, mam tego dosyć, mogę przejść na drugą stronę jezdni i udawać, że was nie znam. Bo i lepiej nie znać takich sobków!

Pani Kasia tym razem obraziła się na dobre. Jak dzieci mogły zaproponować jej coś podobnego? W szkole, której dyrektorką została niedawno jej przyjaciółka, pani Aldona, uczyła już wiele lat i zrezygnowanie z tej pracy w ogóle nie wchodziło w grę. Ani teraz, ani nawet wtedy, kiedy najpierw Weronka, a potem Mateusz, zaczęli naukę i trzeba było tak ułożyć plan lekcji, żeby nie uczyła ich rodzona mama.

Szkoła numer 1 w Lenowie bardzo się rozrosła, władze miasta wygospodarowały pieniądze na drugi budynek i teraz w jednym miejscu można się było uczyć od szkoły podstawowej aż do matury. Niektórzy nauczyciele uczyli też i w szkole podstawowej, i w gimnazjum, i w liceum.

Rzadko można było spotkać tak miłą i przyjazną szkołę, znali się tam wszyscy, dzieci ze starszych klas często pomagały młodszym kolegom, nauczyciele się przeważnie lubili. I pani Kasia miałaby przejść na Leśne Przedmieście tylko dlatego, żeby jej dzieci nie czuły się odprowadzane? Matka Mateusza i Weronki szła po drugiej stronie ulicy zła i rozgoryczona. Egoiści! Smarkacze! I to jej własne dzieci! Dla takiego głupstwa chcą matce zrobić przykrość! I po co ta cała gadanina, Mateusz doskonale wie, że jego pomysły są po prostu śmieszne. I niemądre, całe Lenowo rozumie, że pani Kasia jest nauczycielką i wcale nikogo nie odprowadza, tylko po prostu idą razem.

Weronka spojrzała na mamę, która wlokła się na sąsiednim chodniku.

- Ty, Matek, przegiąłeś - powiedziała.

- Sto razy ci powtarzałem, żebyś nie mówiła do mnie Matek!

- A ja ci sto razy powtarzałam, żebyś się odczepił od mamy.

- Sama nie lubisz z nią chodzić.

- Coś ty, w ogóle bardzo lubię, ale...

- Właśnie, ale... Bartek nazywa mnie dzidziusiem, wiesz? Pytał, czy ma mi kupić smycz na mikołajki.

- Na jakie mikołajki, kiedy to będzie?

- Wszystko jedno, pytał teraz! W piątek! Pół klasy ryczało ze śmiechu. Patrycja zaproponowała, żeby się złożyć na obrożę, a ten kretyn Zenek powiedział, że to niepotrzebny wydatek, bo pani Michalinie został podwójny wózeczek, z którego już wyrosły jej bliźniaczki, to zmieścimy się w nim oboje i mamunia będzie nas wozić tym wózeczkiem do szkoły. A Wirginia...

- Masz durnych kumpli, i tyle - powiedziała Weronika - ale to nie mamy wina, wiesz? I zobacz, co narobiłeś, jak to wygląda, wszyscy się za nami oglądają, my tu, a mama tam. Co ludzie powiedzą?

- W nosie mam to, co powiedzą, wiesz, a...

- Jak w nosie, to dlaczego się przejmujesz tymi idiotami?

No tak, to było logiczne. Mateusz spojrzał na mamę, szła ze spuszczoną głową. Rzeczywiście, głupio wyszło. Nie warto było robić jej przykrości, a w końcu przecież wszyscy wiedzą, że tu wcale nie chodzi o żadne odprowadzanie. Mateusz i Weronika raz nawet pojechali sami autobusem do Krakowa, do cioci-babci Belci i byli w ogóle samodzielni, a ich koledzy dobrze o tym wiedzieli. Bartek z Zenkiem po prostu się wygłupiali. Ostatecznie Mateusz też nieraz dokuczał kolegom, nic strasznego się nie stało.

Mateusz spojrzał na Weronikę, Weronika spojrzała na brata. Porozumieli się bez słów, po czym zgodnie przeszli na drugą stronę ulicy.

- E, tego - burknął chłopak. - No. Dałem plamę. Przepraszam, no...

- Proszę, no - odpowiedziała z ulgą mama, która już kilkanaście metrów wcześniej doszła do wniosku, że za poważnie potraktowała tę całą głupią rozmowę i że Mateusz na pewno tak naprawdę wcale by nie chciał, żeby mama przeniosła się na Leśne Przedmieście. Po prostu wkurzył go jakiś kolega z klasy. Cała sprawa odprowadzania w ogóle nie była sprawą, i tyle. Najlepiej będzie o niej zapomnieć. Ma się wiele innych rzeczy na głowie.

Pani Katarzyna nie wiedziała, że o wiele poważniejsze kłopoty pozwolą jej zapomnieć o tej błahej sprzeczce. Że już niedługo znowu wejdzie jej w drogę były mąż, Ludwik, który jest teraz w Warszawie. Bo dorośli miewają nieraz zmartwienia, o których wolą nie mówić swoim dzieciom. A pan Ludwik zawsze i dla wszystkich był prawdziwym utrapieniem. Dla swojej nowej rodziny także.

 

Dzisiaj w Warszawie leje deszcz, jest paskudnie, ale nie dlatego jestem w złym humorze. A jestem, bo wszystko się zmieniło i w ogóle wszystko jest inne. Od czasu, kiedy mama poznała tego całego pana Ludwika, jest mi smutno, smutno i coraz smutniej. Dawniej chodziłyśmy razem do kina i na kurczaki, i na spacery, i w ogóle. A teraz też chodzimy, ale ciągle pęta się przy nas ten okropny facet, w kinie się kręci i wierci i doskonale widzę, że wcale nie lubi takich filmów jak my, a chodzi i chwali, bo chce się podlizać mamie. Kurczaków też nie lubi. Raz zabrał nas do restauracji i powiedział, że mogę wybrać sobie, co chcę, "w ramach rozsądku". Nie bardzo zrozumiałam, o co mu chodzi, ale mama się uśmiechnęła i powiedziała mu, żeby się nie martwił, że ona zapłaci. Ten cały Ludwik nigdy nie ma pieniędzy, bo nie pracuje. Mógłby, jest weterynarzem i mama nawet próbowała mu załatwić posadę w przychodni doktora Kowalskiego, ale Ludwik powiedział, że nie chce. Bo on maluje i szkoda mu czasu na papranie się w chorych brzuchach jakichś Azorków czy Burków. Tak powiedział. Nie lubię go i już, mnie się zdaje, że każdy chory pies jest ładniejszy niż te jego obrazy. Licho wie, co na nich jest, jakieś plamy, a z tych plam wyłaniają się wykrzywione mordy potworów, może to zwierzęta, a może kosmici. Kiedyś zapytałam, kim oni są, a pan Ludwik się uśmiechnął i powiedział, że to są postacie metajakieś. Zaraz... o, metachemiczne. Nie, już wiem, metafizyczne. Pojęcia nie mam, o co mu chodzi, a kiedy zapytałam mamę, zrobiła taką jakąś minę i pokręciła głową.

- W tym wypadku chyba chodzi o coś oderwanego od rzeczywistości - mama była niepewna, ale tylko dodała, że określenia są nieważne, ważne jest tylko to, jak ktoś odbiera dzieło sztuki. Może naprawdę te całe dzieła tego całego Ludwika są oderwane od rzeczywistości, ale ja tych jego dzieł w ogóle nie odbieram, a najchętniej odebrałabym mu mamę. Co on sobie wyobraża, nazywa ją "ukochaną moją Paulinką", słowo daję, i całymi dniami u nas przesiaduje, a wczoraj wspomniał coś o strychu. Bo w naszym bloku już dwa lata temu spółdzielnia pozwoliła lokatorom wykupić strychy, a my mieszkamy na ostatnim piętrze, na trzecim. I mama wykupiła ten strych nad nami, i ja miałam tam mieć swój pokój, a babcia miała zamieszkać w moim dotychczasowym, ale babcia w końcu pojechała do wujka do Otwocka i ten strych wcale nie został na nic przerobiony. Ale jest i jak wyjdę za mąż, to będzie jak znalazł. Ale ten cały Ludwik zapytał mamę, kiedy myślał, że ja oglądam film i nie słyszę:

- Kochana moja Paulinko, a można by ten stryszek zaadaptować na moją pracownię?

- Jak to?

- No rozumiesz, na malarską. Albo na pokoik dla Uleńki. I wstawiłoby się jakiś tapczanik, stoliczek? A pracownia byłaby u niej, tam jest wspaniałe światło.

- Chcesz z nami zamieszkać? - zapytała mama takim cienkim głosem, jakby nie swoim, a mnie olśniło. To były oświadczyny, niech ja skonam, niech się przekręcę, ten facet chce się ożenić z mamą!!! Zrobiło mi się niedobrze, NIE, za nic w świecie, ja go nie lubię, nie chcę! Ale mama patrzyła w pana Ludwika jak w obraz - i to w dobry obraz, a nie w takie mazidło metajakieś, które on pacykuje.

- Owszem, kochanie, chciałbym... jeśli ty... jeśli uważasz...

No i mama powiedziała: "Dobrze". A potem się pocałowali, naprawdę, zupełnie jak na filmie. Ale z kina można wyjść, telewizor można zgasić, filmy się po dwóch godzinach kończą, a tego Ludwika będę miała w domu przez resztę życia. Jak mama mogła? Nawet mnie nie zapytała, a chyba mam jakiś głos w takiej sprawie? Mama chce mi zafundować tatusia, a ja nie mam nic do powiedzenia? No owszem, wieczorem weszła do mojego pokoju. Najpierw mi oznajmiła wielką nowinę, a potem zapytała:

- Uleńko, cieszysz się?

Mama chyba sobie kpi, nie zauważyła, że nie mogę patrzeć na tego gościa?

- Wcale się nie cieszę - burknęłam - w ogóle. Ładny kawał chcesz mi wyciąć, taki paskudny typ, a ty...

- Ulka, co ty opowiadasz, jaki "paskudny typ", chyba nie mówisz o Ludwiczku?!

- Owszem, mówię o Ludwiczku, nie widzisz, jaki on jest?

- Jaki?!

- Fałszywy, taki. Leniuch, tylko by malował, a do pracy nie chce iść.

- Ma talent, ty tego nie rozumiesz. Malowanie to przecież praca, i to twórcza.

- To ty nic nie rozumiesz. - Rozpłakałam się. - On nas wcale nie kocha. Chce się tu władować, pewnie nie ma gdzie mieszkać, i...

- Moja droga - powiedziała mama swoim "tonikiem". Kiedy mówi tak sucho, wiem, że nie ma żartów i że jest okropnie wkurzona. - Moja droga, nie myśl, że zjadłaś wszystkie rozumy. I nie sądź pochopnie ludzi. Ludwik jest w bardzo trudnej sytuacji, żona go rzuciła, bo zakochała się w kim innym... Musiał się wyprowadzić z mieszkania, a nie ma pieniędzy, żeby kupić nowe. Rzeczywiście nie ma gdzie się podziać. Ale, pomijając to wszystko, Ludwiczek bardzo pokochał i mnie, i ciebie. Od rozwodu mieszka byle gdzie, w hotelikach, u kolegów, nie ma warunków, żeby malować. I ja mam mu pożałować tego kawałka miejsca na stryszku? Zobaczysz, jak się go urządzi, Ludwiczek będzie miał pracownię albo...

- Co "albo" - udawałam, że nie znam ich planów.

- Na razie to sekret. - Roześmiała się mama. - Ale może czeka cię wspaniała niespodzianka. I pomyśl trochę, niesłusznie uprzedziłaś się do Ludwika. To bardzo, bardzo porządny człowiek i naprawdę nas kocha.

- Akurat.

- Ula!

- Mamusiu - szepnęłam - zastanów się. Po co nam jakiś obcy facet? Tak już było dobrze, tak nam było przyjemnie, a tu nagle... Mnie się naprawdę wydaje, że on nie jest wcale miły. Udaje. Mamusiu... A wiesz, co powiedział o Elizce? Wiesz?

- No, co?

- "Ta twoja kumpelka z czerwonym polikiem". No?

Mama westchnęła. Poprawiła kołdrę, która się jak zwykle ze mnie zsuwała, i pocałowała mnie w czoło.

- Na pewno nie miał niczego złego na myśli... Mam nadzieję... A czy nie pomyślałaś, że może mnie jest jednak czasami smutno? Ty nie pamiętasz tatusia, tak dawno umarł, ale ja za nim tęskniłam przez dziesięć lat. O wszystko musiałam sama zadbać. Może chcę mieć kogoś bliskiego, męża? Może pokochałam Ludwika? Czy ty myślisz tylko o sobie? Jesteś zazdrosna? To nie bądź, ciebie i tak kocham najbardziej. Ale ty dorastasz, w końcu wyjdziesz za mąż, a ja zostałabym sama. No pomyśl tylko, Ula... Może już nigdy nie spotkam kogoś, kto nas pokocha.

Owszem, myśleć to ja mogę i może nawet jestem trochę zazdrosna. To prawda. I przyznaję, że tak w ogóle to mama może ma trochę racji. Ale czy to musi być akurat ten cały Ludwik?

Leżałam i nie mogłam zasnąć, a na dodatek martwiłam się tą niby-niespodzianką, którą zapowiedziała mama. Oni myślą, że trafili na głupią, ale już ja wiem, o co chodzi. O ten stryszek. CHCĄ MNIE WYRZUCIĆ Z MIESZKANIA!!! Na pewno! On się tu rozpanoszy, zamieszka z mamą, a w moim rodzonym pokoju urządzi sobie pracownię malarską i będzie mazał te swoje metabzdury! Te okropne mordy w żółtych plamach! A mnie wypchną na strych! To ma być ta tajemnica, zrobią, jak mówili, pomalują ściany i co tam jeszcze, wstawią jakieś stare graty, przedzielą strych na komórki, zrobią ubikację i prysznic i może wstawią jeszcze kuchenkę, żebym sobie sama gotowała! I do widzenia, mogą mnie nie oglądać na oczy! Czy mama myśli, że to przyjemna niespodzianka?! Boże! Na dodatek moja najlepsza przyjaciółka nic nie rozumie, wczoraj opowiedziałam Elizie o wszystkim w szkole, a jej aż oczy zabłysły.

- Słuchaj - krzyknęła - nie znam tego tam Ludwika, ale strych jest OK!

- Co ty wygadujesz?

- Niech się przekręcę, bomba! Własne mieszkanie, coś odlotowego! Ja bym skakała z radości pod sufit. I przecież, kiedy babcia miała z wami zamieszkać, cieszyłaś się ze swojej przeprowadzki na strych! I jeśli tak nie lubisz tego Ludwika, to nie będziesz musiała go oglądać, on na dole, ty na górze, inne mieszkanie.

- No, niezupełnie, tam będą takie wewnętrzne schodki, sąsiedzi już tak zrobili. Strome, ale są. Od korytarza w mieszkaniu do pokoiku na strychu.

- Pełny odjazd, coś wspa-nia-łe-go!!! A może ten Ludwik nie jest taki straszny?

Własna przyjaciółka i też mi nie wierzy. Na nikim już nie można polegać, nikt nie trzyma mojej strony.

- Jak go poznasz, to sama zobaczysz. Weterynarz, a nie lubi zwierząt, też doprawdy! I maluje mordy. Okropne!

- No wiesz. - Zaśmiała się Eliza. - To nie kryminał, wielkie rzeczy, mordy. Ja do swojej też mam zastrzeżenia, a żyję. A jeśli ci się nie podobają, to nie powiesisz ich na ścianie.

- Coś ty, on uważa, że sprzeda je i się wzbogaci, nie dałby mi nawet szkicu!

- A sprzedał kiedyś coś?

- Ze dwa razy.

- Jednak! Może to zdolny malarz?

Nie, nikt mnie nie rozumie. Ja czuję, no po prostu czuję, że to nie jest dobry człowiek, nie chodzi o malowanie, tylko... sama nie wiem, nie umiem tego określić. Ale ciarki mnie przechodzą, kiedy myślę, że mama może wyjść za niego za mąż. Normalnie niedobrze mi się robi.

Ale nikogo nie obchodzi, co ja czuję. Mama stara mi się osłodzić tego Ludwika, kupuje moje ukochane słodycze i nawet nie troszczy się o moje zęby. I kiedy tylko coś bąknę, wystarczy nawet, że zrobię złą minę, a już wzdycha, już woła mnie do kuchni, żeby broń Boże ten cały Ludwiczek nie usłyszał i mówi, że jestem zazdrosna, że jestem egoistką i w ogóle. Że mam nie obrażać Ludwika! A czy ja go obrażam? W ogóle nic nie mówię i nawet nie odpowiadam, kiedy mnie o coś pyta.

- Milczenie też może być obraźliwe - powiada mama.

Już doprawdy nie wiem, co robić.

*

Pamiętniku, nigdy byś nie zgadł, co się stało, nigdy w życiu!!! Byliśmy wszyscy na spacerze w Łazienkach, aż tu nagle z bocznej alejki wyszła jakaś grubawa starsza pani. Spojrzała na tego całego Ludwika i przystanęła.

- Pan Lenowski? - zapytała. - Czyż się nie mylę? Pan Ludwik Lenowski z Lenowa?

Pan Lenowski z Lenowa (to śmiesznie brzmi, może nie? Ciekawe, czy wszyscy w tym jakimś Lenowie tak się nazywają?), no więc pan Lenowski z Lenowa spojrzał na kobietę jakimś spłoszonym wzrokiem. Wyglądał tak, jakby chciał zaprzeczyć, ale mu nie wypadało, ostatecznie mama chyba wie, jak on się nazywa.

- Owszem - wyjąkał więc - tak, to ja, ale...

- Nie poznaje mnie pan - mówiła dalej ta pani - nic dziwnego, latka lecą, człowiek nie robi się młodszy... Ale pan, chwała Bogu, prawie się nie zmienił. Co to ja chciałam, oczywiście, zaraz się panu przypomnę. Izabella Fontacka jestem, ciocia Belcia, ciotka Władka Lenowskiego, no i teraz także Kasiuni. Poznaliśmy się kiedyś, kiedy mieszkałam jeszcze w Lenowie, nawet byłam w kościele na waszym ślubie. Kasia wyglądała jak aniołek. Szkoda, że to się tak skończyło, chociaż to oczywiście dla mojego Władeczka lepiej, he, he...

Ludwik zbladł. Spojrzałam na niego, był zupełnie siny. Zaczął coś mówić, ale tej pani Belci nie było łatwo przerwać.

- Widzę, że pan ma jeszcze jedną córeczkę. Pokaż się, dziecko. Ładna panienka, ale niepodobna do Weronki, chociaż to chyba przyrodnia siostrzyczka. A może nie? Bo one chyba są w tym samym wieku? Ojej, co ja mówię, może coś pomyliłam, stary człowiek, pamięć już nie ta. Ale patrz pan, jak to jest, góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem zawsze. Przyjechałam na trzy dni do Warszawy i od razu napatoczyłam się na ziomka. A co u pana, ciągle pan malujesz te swoje obrazki? Cośmy się naśmieli, kiedy...

- Pani wybaczy - wycharczał nieswoim głosem ten cały Ludwik. - Śpieszymy się.

- Jak to? Jesteście państwo na spacerku w parku, to gdzie tu pośpiech? A może da się pan, panie Ludwiczku, zaprosić do kawiarni na kawkę, oczywiście z żonką i córeczką? Pani Martynko?

Mama stała jak wmurowana, ale wypadało jej coś powiedzieć.

- Nie, dziękujemy, ale musimy naprawdę wracać. I nie nazywam się Martyna.

- Ach tak - zaćwierkała kobieta - to co, kochany panie Ludwiczku, z Martynką też się pan rozwiódł? Znowu?

- Jak to "znowu"?! - zdumiała się mama.

- Och - powiedziała pani Izabella, i dam głowę, że uśmiech miała złośliwy, ona to wszystko mówiła naumyślnie! - Och, obawiam się, że byłam niedyskretna, przepraszam, panie Ludwiczku, powinnam była pamiętać, że lubi pan być tajemniczy, Kasi też nie wszystko, nieprawdaż, pan mówił. Wybaczcie mi, już idę. Powodzenia. Pozdrowię Weronkę. I Mateusza. Dobrze?

Pani Izabella nie czekała na odpowiedź, poszła sobie i daję słowo, że słyszałam jej chichot. Mama, czerwona jak burak, patrzyła na Ludwika.

- O czym to babsko mówiło? - zapytała okropnie nieuprzejmie.

- To wariatka - wykrztusił narzeczony mamy - zawsze była nieprzytomna. Bredzi.

- Ludwik! Czyją ciotką jest ta kobieta, o jakiej Kasi mówiła, o jakim ślubie?

- Tego... no... o ślubie Kasi, przecież słyszałaś. A baba jest, no... ciotką takiego Władka. Z Lenowa. No.

- I co to ma wspólnego z tobą? Co to za Weronka? Nic z tego nie rozumiem.

- Ojej. - Pan Ludwik aż się wił. - Nie wiem, jak ci mam wytłumaczyć. Takie stare dzieje. Byłem młody i głupi. No i ten ślub z Kasią to było nieporozumienie, nie ma o czym mówić. Chłopięce zauroczenie.

- Zarazzaraz - mama powiedziała to tak, jakby mówiła jedno słowo. - Chwila moment. To był twój ślub?!

- Ojej, no dobrze. Mój.

- Miałeś żonę jeszcze przed Martyną?

- Ojej, no, miałem. Czy ty nie uważasz, że nie powinniśmy mówić o tym w obecności dziecka?

Ale mama jakoś się nie przejęła tą uwagą. Miała poważniejszy problem.

- Właśnie, jeśli mowa o dzieciach, to co to za Weronka?

- No, Weronka. Weronika.

- ?

- Co tak patrzysz? Weronka. Kasia koniecznie chciała mieć dziecko, no i urodziła tę córkę.

- Twoją córkę?

- Tak jakby.

Mama nie wytrzymała. Stanęła na środku ścieżki i krzyknęła:

- Co to znaczy, do cholery, "tak jakby"?!! Nie ma się dziecka "tak jakby", masz córeczkę czy nie masz?!!

- Miałem.

Mama przycichła i spojrzała przerażona na Ludwika.

- Boże mój, jak to "miałeś"? Zmarła?! Przecież ta pani mówiła...

- Ależ skąd - skręcał się dalej Ludwiczek - żyje, tyle że straciłem z nią kontakt. Kasia, rozumiesz, nastawiła ją przeciwko mnie, rozumiesz, i już od kilku lat, rozumiesz, jakoś jej nie widziałem.

Mama patrzyła na Ludwika, jakby zobaczyła ducha.

- OD KILKU LAT??? JAKOŚ??? Nie widziałeś własnego dziecka od kilku lat? I nie raczyłeś mi nawet o niej powiedzieć? Uznałeś to za nieważne?!

Ten cały Ludwik, okropnie wystraszony, dreptał w miejscu. No, pomyślałam sobie, wpadł, mama mu tego nie daruje.

- Bo, kochanie, to już jest nieważne - Ludwik w ogóle nie rozumiał powodu oburzenia mamy - nie mam w stosunku do nich żadnych zobowiązań, obiecałem Kasi, że nie będę się starał o opiekę, a za to ona zrezygnowała z tego... no, z pieniędzy, z alimentów. Tak, że, doprawdy, nie musisz się, kochanie, o nic bać, ta cała sprawa to przeszłość i nie wpłynie w najmniejszym stopniu na nasze życie. Moja Paulinko...

To śmieszne, taki dorosły człowiek, niby kocha mamę i gadał takie głupoty. Pogrążał się coraz bardziej, mama nienawidziła ludzi, którzy zaniedbywali dzieci i teraz patrzyła na tego całego Ludwika jak na kocią kupkę.

- Co ty mówisz, Ludwiku? Boże, jaka przeszłość, masz córkę, jak możesz!

- Co jak mogę, o co ci...

- O to, że albo natychmiast nawiążesz z nią kontakt i wynagrodzisz jej to... no... to, że nie miała ojca, albo koniec z nami.

- Żartujesz!

- Wcale mi nie do żartów, wiesz? Najdalej za dwa tygodnie chcę tu zobaczyć tę biedną Weronkę albo nie pokazuj mi się na oczy.

Byłam bardzo rozczarowana, myślałam, że mama od razu zerwie z tym typem, a tymczasem tylko postawiła jakieś warunki. I na dodatek ten cały Ludwik westchnął i zaczął się tłumaczyć.

- Kochanie, to nie moja wina, ja najbardziej na tym ucierpiałem, tak kochałem córeczkę, a Kasia mnie zmusiła, żebym się jej wyrzekł. Ale skoro nalegasz, to oczywiście, ma się rozumieć, z radością odnajdę moje utracone dziecko i...

Mama spojrzała tak, że ten cały Ludwik, gdyby miał odrobinę wstydu, zapadłby się pod ziemię.

- Jaką utraconą, gdybyś dawał, jak wszyscy, na jej utrzymanie, ta Katarzyna nie mogłaby stawiać takich nieludzkich warunków. Co za kobieta, żeby odłączać dziecko od ojca! A ty niepotrzebnie się godziłeś, jesteś za miękki. No dobrze, teraz wszystko się naprostuje, chociaż nie wiem, czy Weronka, która na pewno tęskniła za ojcem, tak od razu wam wybaczy. I tobie, i swojej matce. To musi być zła kobieta, mściwa. A swoją drogą, co ty jej zrobiłeś?

I Ludwik zaczął opowiadać o tej niedobrej żonie, o tym, że nie chciała z nim być, bo nie zarabiał, o tym, jak chciała go zmusić do leczenia jakichś obrzydliwych krów i koni, a nawet świń w gospodarstwach leżących pod Lenowem. O tym, że wyśmiewała jego talent i nie dawała mu pieniędzy na farby, chociaż nieźle zarabiała jako nauczycielka. No i w końcu o tym, jak wyrzuciła go z domu i zabroniła wszelkich kontaktów z... z... z dzieckiem. Tu ten cały Ludwik się zaciął, mama tego nie zauważyła, a ja owszem. Ile razy mówił o "swoim dziecku", tyle razy coś mu jakby stawało w gardle. Ciekawe dlaczego? On jeszcze coś ukrywał. Na pewno.

Po tym spacerze w Łazienkach pan Ludwik dwa dni się u nas nie zjawiał, nareszcie było trochę spokoju. Ciągle myślałam o tym, co mówiła ta pani Belcia. Przypomniałam sobie, że miała pozdrowić jakiegoś Mateusza. O tym panu później nie było mowy, mama chyba o nim zapomniała, ciekawe, kto to jest? Może jakiś krewny tego całego Ludwika, brat czy wujek? Nieważne.

A jeszcze bardziej jestem ciekawa, czy Ludwik dotrzyma słowa i czy zaprosi do Warszawy tę Weronkę. Ojej, to by dopiero było! Sama nie wiem, czy chcę, żeby przyjechała, to znaczy chcę, ale z drugiej strony, jeśli Ludwik nie dotrzymałby słowa, to może mama by z nim zerwała. I tak byłoby najlepiej.

 

Kiedy Weronka wróciła do domu, mama stała przy telefonie. Była blada i dziewczynka od razu pomyślała, że stało się coś okropnego, że ktoś zadzwonił i powiedział... aż strach było pomyśleć, co taki ktoś mógł powiedzieć. Może policja zawiadamiała o jakimś wypadku?! Może coś się stało tacie?!

Weronika po prostu bała się zapytać, a mama stała jak biblijna żona Lota zamieniona w słup soli i chyba nawet nie zauważyła, że jej córka już wróciła od Jolki, chociaż zawsze cieszyła się, kiedy Weronika wracała do domu. Tym razem nawet się nie odwróciła w stronę drzwi i wydawało się, że w ogóle nie wie, co się obok niej dzieje.

- Mamo.

Cisza. Pani Katarzyna nie reagowała.

- Mamusiu!!!

Mama drgnęła, powoli odwróciła głowę i nagle jakby obudziła się ze snu.

- A, Weronka. Wróciłaś?

Zwykle dziewczynka na takie pytanie odpowiadała, że nie, że nie wróciła, jest jeszcze u koleżanki, a tu stoi jej duch. Ale tym razem nie miała ochoty na żarty.

- Mamo, coś się stało? Kto dzwonił, ojciec?

Gdyby pani Katarzyna nie była tak wytrącona z równowagi, nigdy by jej nie przyszło do głowy, że córka może pytać o kogo innego niż o Władysława. Ale teraz, po tym telefonie, wpadła jej do głowy absolutnie szalona myśl.

- Boże - powiedziała z rozpaczą - skąd wiesz?!!

- Jak to? Znikąd, po prostu myślałam, że to może ojciec...

- Ale kto ci powiedział, kto śmiał ci powiedzieć... - zaczęła mama i urwała.

Nagle rozjaśniło jej się w głowie. Oczywiście, nikt niczego nie mówił, Weronka po prostu pyta o tatę, jak zwykle, jak codziennie, nie ma pojęcia o żadnym Ludwiku!

Weronka nagle znalazła się w mocnym uścisku maminych ramion, pani Kasia przytuliła córkę i zaczęła ją całować.

- Dziecko kochane, przepraszam. Myślałam o czym innym i jakoś mi się wszystko pokręciło. Nie, to nie tatuś dzwonił. Nic takiego się nie stało.

To była nieprawda. "Mama po prostu ściemnia. Nigdy się na nas tak nie rzucała i nie całowała ni stąd, ni zowąd. Nie patrzyła na zwyczajny aparat telefoniczny jak na jadowitego węża i nie bywała taka blada. Na pewno stało się coś, o czym nie chce mówić. Ale ja nie dam sobie robić wody z mózgu, mam prawo wiedzieć, co się w domu dzieje!"­ - pomyślała Weronika.

- Mamo, przecież widzę, że coś nie gra.

- Daj spokój.

- Ale, mamusiu...

- Daj spokój.

- Ale, mamo...

- DAJ SPOKÓJ!!!

Niesłychane, najpierw mama rzuca się do całowania, a potem nie wiadomo dlaczego krzyczy. Weronka poczuła się śmiertelnie obrażona.

- Bez łaski - powiedziała i aż się sama przestraszyła swojego niegrzecznego tonu. - Nie chcesz mówić, to nie. I tak się w końcu dowiem. A za kolację dziękuję, nie jestem głodna.

Weronka spojrzała spod oka na matkę. Zaraz się zacznie, mama będzie ją namawiać na jedzenie, a może jajeczniczkę, a może naleśniczka... Nie, coś podobnego, pani Kasia jakby nie usłyszała ostatniego zdania. I nawet nie weszła do kuchni, chociaż właśnie zazgrzytał klucz w zamku i wszedł tatuś, a za nim Mateusz, który wrócił w tej samej chwili z boiska.

Obaj panowie z wielkim hałasem zrzucili buty w przedpokoju, po czym weszli do mieszkania ze zgodnym okrzykiem:

- Umieramy z głodu!

Mama wyjrzała z pokoju.

- Weronka, Mateusz, macie tu paczkę herbatników w czekoladzie i idźcie do siebie. Władek, musimy porozmawiać.

- Co się stało - przestraszył się tatuś - byłaś u lekarza?

- Dlaczego? Nie, nie byłam u lekarza.

Weronka nie miała zamiaru się poddać.

- Tato, chyba ktoś telefonował i mamie odbiło.

- WERONIKO!

Mateusz ze zdumieniem spojrzał na siostrę. Nigdy nie mówiła w ten sposób do rodziców. Jemu to się zdarzało, ostatnio nawet powiedział, że tato truje jak stary muchomor i potem musiał ojca przepraszać. Ale żeby Weronka?! I co to znaczy, że mamie odbiło, o co chodzi?

- Weronko - powiedziała mama, która nie miała ochoty na dyskusje o słownictwie córki - prosiłam, żebyś poszła do siebie. Władek, daj jej spokój, to nieważne.

- Jak to nieważne, kto to słyszał, niech tak mówi o koleżankach, a...

- Nieważne. Dzieci, do siebie! Władek, siadaj.

Weronka zobaczyła jeszcze, jak ojciec przysuwa sobie fotel, ale mama sprawdziła, czy dzieci zamknęły za sobą drzwi. I już nic nie było słychać, chociaż, wstyd powiedzieć, Mateusz przykleił ucho do dziurki od klucza.

- Gadają szeptem - powiedział z żalem. - Werka, o co biega?

- Pojęcia nie mam. Coś się dzieje, ale nie wiem co. Może kogoś zamordowano.

- E tam, mama nie robiłaby z tego tajemnicy.

- To może ktoś... no, może kogoś zamknęli.

- Żartujesz. Kogo i za co?

Weronika nie miała pojęcia, ale myśl, że ktoś bliski popełnił przestępstwo, że go aresztowali, pasowała do zachowania mamy. Tak, to chciałaby utrzymać w tajemnicy. Bo też co to za wstyd, co za skandal, zbrodniarz w rodzinie!

- Nie wiem kogo. Gdyby to był ktoś z Lenowa, to byśmy już wiedzieli, całe miasto by huczało. Więc może... czekaj, ciocia Belcia mieszka w Krakowie!

- Oszalałaś, ciocia Belcia?! Przecież ona ma ze sto lat!

- Nie żadne sto, tylko sześćdziesiąt z hakiem. To przecież młodsza siostra babci Jadzi. I ciocia Belcia czuje się młodo, nawet nie pozwala nam mówić do siebie "babciu", chociaż jest ciotką taty, a nie naszą.

- To jeszcze nie dowód, że jest zbrodniarką.

- A przychodzi ci na myśl kto inny?

- Nie.

- No widzisz - powiedziała z satysfakcją Weronka, która ostatnio przeczytała kryminał, pożyczony od Jolki, a Jolka znalazła tę książkę pod nocną szafką swojej mamy. Wiem, jak rozumują detektywi i nawet może kiedyś skończę taką szkołę. Ciocia Belcia zawsze miała dziwne pomysły. Niedawno mówiła, że ma za małą emeryturę i gdyby nawet miała stanąć na głowie, to musi skądś zdobyć pieniądze na komputer, bo koresponduje ze swoją przyjaciółką z Paryża i wstyd jej być za tamtą w tyle, a ta pani Ivonne pisze na komputerze swego męża. Licho wie, może włamała się do sklepu i...

Mateusz wyobraził sobie ciocię-babcię Bellę w kominiarce i w czarnych dresach na obszernej figurze, zobaczył starszą panią terroryzującą załogę sklepu pistoletem zabawką, a potem taszczącą na głowie - bo jak? - płaski monitor i chyba ciągnącą na sznurku komputer. Klawiaturę musiałaby nieść w zębach. Chłopiec wybuchnął śmiechem.

- Bredzisz - powiedział - już widzę, jak ciotka się włamuje...

- Wcale nie musi. Może kogoś stuknąć i zabrać mu kasę.

- Nie zawracaj głowy.

- Albo kogoś oszukać.

- Jak?

- Nie wiem. Na przykład... czekaj. Ciocia ma gadane, może nie?

- No tak, owszem, można oszaleć.

- Posłuchaj - powiedziała gorączkowo Weronka, której wydawało się, że wpadła na trop - posłuchaj, no więc ciocia poszła do kogoś bogatego i powiedziała, że jest interes do zrobienia.

- Jaki interes - zapytał z ciekawością Mateusz, którego ta cała kryminalna afera z ciocią w roli głównej zaczęła wciągać - jaki interes?

- Ojej, no nie wiem. Na przykład... no, na przykład dom. O! Jest, rozumiesz wspaniały dom na sprzedaż. Tani, bo tym właścicielom się śpieszy.

- Dlaczego?

- Ojej, ale męczysz, sam coś wymyśl. Nie wiem dlaczego.

- Bo... no... wyjeżdżają - wymyślił Mateusz. - Ich córka wyszła za mąż za Francuza i wszyscy się tam przenoszą, cała rodzina: mama, tata i pięciu braci. I jeszcze babcia i dziadek.

Weronka spojrzała na brata. Takie nieszczęście w rodzinie, a ten się wygłupia.

- Daj spokój, ten Francuz by chyba zwariował, gdyby chciał sobie sprowadzać taką rodzinkę, myślisz, że to milioner?

- Kto?

- No, ten Francuz.

- Przecież ja go wymyśliłem.

Weronka oprzytomniała.

- No dobra, ale ciocia mogła zrobić przekręt? Powiedzmy, że częściowo zgadłeś, że ktoś wyjeżdża i chce sprzedać dom. I ten bogaty facet, do którego poszła ciotka, daje jej na ten dom zaliczkę. A to nieprawda.

- Co nieprawda?

- Że jest jakiś dom.

- To znaczy, że nie zgadłem?

- Ojej, zgadłeś, co ciocia powiedziała. Ale ona oszukiwała. Wzięła kasę, kupiła komputer i koniec. A ten bogaty facet czekał i czekał, aż w końcu się zorientował, że ciotka zrobiła go w konia. I poszedł na policję. I teraz ciocia siedzi, a rodzice chcą spłacić tego gościa, żeby ciotkę wypuścili. Chcą, ale nie mają kasy. I dlatego mama tak się zmartwiła. Pasuje?

Mateusz się zastanowił.

- No wiesz, niezupełnie, myślisz, że tak od razu idzie się do więzienia? Musi być proces i takie tam...

- No dobrze - zgodziła się z bratem Weronka - to może ciotka jeszcze nie siedzi, może ten facet ją na razie oskarżył i to ona właśnie zadzwoniła, i błagała mamę o pomoc.

Tak, rzeczywiście, to się trzymało kupy. To był powód, dla którego mama mogła się zdenerwować, i to była sprawa, w którą w zasadzie nie wtajemnicza się dzieci. A ciocia Belcia rzeczywiście miewała dzikie pomysły, na przykład kiedyś, kiedy była w Lenowie, wydawało jej się w nocy, że w ogródku są złodzieje i zamiast obudzić tatusia, wyszła z domu w koszuli nocnej i z widelcem, którym miała nadzieję zadźgać złoczyńcę. Licho wie, co takiej cioci Belci mogło wpaść do głowy.

Mateusz z podziwem spojrzał na siostrę.

- Kto by pomyślał. - Pokręcił głową. - Że właśnie ty możesz wpaść na niegłupi pomysł. No, no... To mamy sprawę rozwiązaną, a rodzice mogą wziąć pożyczkę z banku.

- Mama nie uznaje pożyczek.

- A ciotkę w więzieniu uznaje?

- Też chyba nie. Słuchaj, jak już wszystko wiemy, to może namówimy mamę, żeby nam dała kolację?

Owszem, to był dobry pomysł. Dzieci przeszły przez korytarz i otworzyły drzwi do dużego pokoju. Stanęły w progu i zamarły.

Przy stole siedziała mama i gładziła ojca po głowie. A ojciec opierał tę głowę na obu dłoniach i mimo że miał zasłoniętą twarz, czuło się, że jest zrozpaczony.

Boże! To jednak nie mogło chodzić o wyskoki cioci Belci!

Przerażone dzieci stały w drzwiach pokoju tak cicho, że pani Kasia wcale ich nie zauważyła. Była tak zajęta mężem, że nie usłyszała ani skrzypnięcia zawiasów, które pan Władysław dawno już powinien był naoliwić, ani kroków Weroniki i Mateusza.

- Nie desperuj, to nie koniec świata - pocieszała załamanego mężczyznę - w gruncie rzeczy może i dobrze się stało, już był najwyższy czas, żeby wszystko powiedzieć, jak długo można... od początku uważałam, że to nie ma sensu. No i widzisz...

Spod zaciśniętych na ustach dłoni wydobył się zduszony szept:

- Kasiu, nie dobijaj mnie... ja doprawdy... sama rozumiesz...

- Owszem, rozumiem, to wszystko przez Zenona, masz uraz, rozumiem, ale teraz już jesteśmy w sytuacji przymusowej...

- Ty - szepnął Mateusz do Weronki - co tu jest grane?

- Nie mam bladego pojęcia, a ten Zenon to chyba ojczym taty. Na pewno.

- Ale on od dawna nie żyje.

- Ale, tato, rozumiesz, żyje. I ten Zenon zrobił mu coś takiego, o czym nie może zapomnieć.

- Ale co?!

Mateusz podniósł głos i mama nagle oderwała dłoń od schylonej głowy pana Władysława.

- O co chodzi, mieliście być u siebie!

Weronkę nagle ogarnęła złość.

- Ale, mamo, co ty, nie jesteśmy w więzieniu jak ciocia Belcia!

- CO TAKIEGO?! Jaka ciocia Belcia?! Tylko tego brakowało, w jakim więzieniu?

- No, za ten przekręt z kamienicą - oświadczył Mateusz, któremu z emocji wszystko się pokręciło.

- Jaki przekręt?! Władek, ocknij się, słyszysz, co oni mówią?!

Weronce zrobiło się nieprzyjemnie, rodzice wyraźnie mają jakieś poważne zmartwienie, a oni się wygłupiają. Przecież całą hecę z ciotką wyssali z palca.

- Ojej, nic się nie stało, tego, no, to tylko taka... no, bajda. Żartujemy. Czy nam się zdaje, czy coś się dzieje?

Pan Władysław podniósł głowę. Boże, co teraz będzie? Jak powiedzieć dzieciom prawdę? Jak zareagują? A może jeszcze poczekać, może Ludwik jednak da temu spokój, może go przekupić, może nastraszyć?! Co robić?!

- Nic się nie stało - powiedział - to sprawy dorosłych. Nic się nie...

- Władek!

- Ale, Kasiu, mamy czas, daj mi zebrać myśli... Może jutro... Nie mogę...

Coś było bardzo, ale to bardzo nie w porządku. Weronka spojrzała na ojca, był zupełnie biały, koło oczu wystąpiły mu jakieś czerwone obwódki, a usta zacięły się w siną kreskę. Mamie drżały ręce, jej spojrzenie biegało po całym pokoju, starannie omijając dzieci. Przestawiała coś na stole, poprawiała serwetkę, kręciła wazonikiem, pocierała policzek. W końcu podeszła do męża.

- Władek - powiedziała - jeśli nie chcesz przy tym być, to może pójdziesz do sypialni i trochę odpoczniesz. Ja sama porozmawiam z dziećmi.

- Błagam cię, jeszcze nie teraz.

- Teraz. - Głos mamy był jakiś inny niż zwykle, trochę zdławiony, ale stanowczy. - Teraz! Bo jutro on się tu może zjawić. TERAZ!!!

Dzieci zamarły. Boże, co się dzieje?! Weronka już wiedziała, wydawało jej się, że wie na pewno. Jutro może przyjechać do mamy albo do taty lekarz. Ale może być za późno, lenowski weterynarz też umarł tak nagle... Jedno z nich jest śmiertelnie chore i boją się o tym powiedzieć dzieciom. Tatuś... lub mama... może iść na długo do szpitala albo nawet... albo nawet...

Mateuszowi przyszło do głowy dokładnie to samo. Wszystkie głupie żarty dotyczące cioci Belci wyleciały rodzeństwu z głowy. Z przerażeniem patrzyły na mamę. Za chwilę na pewno dowiedzą się czegoś strasznego. Weronce wydawało się, że nogi się pod nią uginają i zaraz upadnie. Mateusz poczuł, że marzną mu usta. To była okropna chwila.

Dzieci spodziewały się czegoś bardzo złego, ale to, co usłyszały, nigdy w życiu nie przyszłoby im do głowy.