Żądamy rekompensaty
Gdy zwiedzanie dobiegło końca, Wanda-Lena wystrzeliła przez drzwi muzeum tak szybko, że niemal spadły jej sandały. Zgodnie ze swoją naturą rozejrzała się za krawężnikiem, kłodą lub czymkolwiek wystającym z ziemi, na co można by wejść, byle tylko nie stać na płaskiej powierzchni. Nauczona przez tatmę, że równowaga to najważniejsza z czynności życiowych, ćwiczyła się w tej sztuce, na czym się dało. Za rozłożystym, nastroszonym igłami cisem zobaczyła plac zabaw, a na nim równoważnię, więc pognała tam jak torpeda.
Po chwili w wyjściu ukazał się biały kapelusz i z ciemnej sieni wyłonił się drobny, ruchliwy, wąsaty tatma. Za nim pojawił się Markus - niebieskooki chłopiec z czupryną jasnych, kręconych włosów. Poszukał cienia pod wielkim, starym cisem, o którym przewodnik mówił, że zasadzony został przez kogoś na znak założenia lub zrobienia czegoś. Chłopiec nic z tego nie zapamiętał, bo właśnie wtedy wpadły mu do głowy nowe, różniące się tylko jedną literą słowa: ścięty-święty i córka-górka. Powiedział o nich Wandzie-Lenie, a ona mu odszepnęła: "Ścięta córka, a nad nią święta górka". Tak ich to rozśmieszyło, że musieli zakryć sobie usta i schować się za niezbyt szerokimi plecami ziewającego tatmy, więc niczego nie słuchali. Co to ma zresztą za znaczenie, kto, kiedy i dlaczego posadził ten stary krzak? Najważniejsze, że dawał on wspaniały cień.
Markus przysiadł na rozgrzanym upałem krawężniku. Wiedział, że szybko stąd nie odejdą. Wprawdzie wujek nie był zainteresowany portretami, monetami, sakwami i skrzyniami pieniężnymi z początków czternastego wieku, ale kiedy zwiedzanie się skończyło, podziękował wylewnie za "piękne oprowadzenie" i natychmiast wdał się w pogawędkę z korpulentnym przewodnikiem. Obaj panowie wpatrywali się w czerwone porsche przewodnika, które błyszczało w słońcu jak wielki nowoczesny rubin.
- A może chce się pan przejechać? Włączymy klimatyzację... - Przewodnik pomacał się po kieszeni bermudów. - Tylko gdzie są moje kluczyki?! Zostawiłem je w stacyjce! Jak to się mogło stać?!
Przewodnik przykleił nos do szyby od strony kierowcy. Markus doskonale wiedział, co się za chwilę wydarzy. Wujek zawoła jego albo Wandę-Lenę i będą awaryjnie otwierać samochód.
- Markus!
Zamiast podejść do wujka, chłopiec dał nura między gałęzie cisu. Nie miał ochoty otwierać samochodu w tym upale. "Niech Wanda-Lena się popisuje, dla niej to bułka z masłem", pomyślał.
Usłyszał wołanie: "Córuniu! Córuniu!", potem tupot sandałów Wandy-Leny, odgłosy gmerania w plecaku, pytanie, czy na pewno nie lepiej wezwać assistance, wreszcie okrzyki zdziwienia: "Jak to, pana córka umie otworzyć samochód, przecież to jeszcze dziewczynka!".
- Nigdy nie wiadomo, co się może w życiu przydać - powiedział tatma, patrząc z dumą na córkę.
- O, tu byłeś! - Wanda-Lena uśmiechnęła się, podając przyjacielowi rękę, by ten mógł wygramolić się spod splątanych gałęzi. - Dzięki, że się schowałeś. Uwielbiam otwierać. Nieźle mi poszło, co?
- Wielka szkoda, Markusku, bo to była świetna okazja do poćwiczenia - powiedział tatma, zanim Markus zdążył coś odpowiedzieć. - Fajne to zwiedzanie, prawda? Bardzo wartościowe. Tyle wiedzy! Kto by pomyślał, że Przeklętowice nazywały się kiedyś Kletowice. Tyle faktów o braciach Szom coś tam... i tej... Rozwicie... - urwał w pół słowa, czując na sobie krytyczne spojrzenie Wandy-Leny.
- Nie kłam! Widzieliśmy, że miałeś paszczoziew.
- Miałem, racja. Dwie godziny zwiedzania i ani słowa o pojazdach. Czym oni się poruszali? Że też tu nie ma jakiegoś fajnego muzeum motoryzacji...
- A nie podobał ci się, wujku, średniowieczny magiel albo nocniki? - zapytał Markus.
- Magiel może mniej, ale nocniki dość interesujące, chociaż nie wiem, po co się przetrzymuje stare nocniki. Ale cóż, ja się na tym nie znam.
- Nocniki były fajne, ale ogólnie obumierałam z nudów. Musisz nam wynagrodzić cierpienie - powiedziała Wanda-Lena.
- Jakiej rekompensaty żądacie? - Tatma chciał zaprezentować ukłon dworski, ale wyszedł mu raczej krzywy skłon.
W tym momencie powietrze przeszył pisk - sygnał telefonu tatmy.
- To Sroka. Przepraszam was... No, co tam? Gdzie? Jest ktoś ranny? Czekaj, już wchodzę w mapy.
Wanda-Lena jęknęła. Sroka, czyli Roksana Srokowicz, dzwoniła do tatmy niemal tak często, jak rodzice dzwonili do Markusa. To dezorganizowało wszystkim życie. Wiadomo było, że tatma skończy rozmowę za godzinę.
- Trzymaj - odezwał się szeptem tatma, dając Markusowi sto złotych. - Lećcie. Widzimy się w domu.
- Lody-wody, lody-wody! - wrzasnęła ucieszona Wanda-Lena. - Teraz mi nie powiesz, że coś nie gra.
- Masz punkt - oznajmił Markus, ani słowem nie wspominając, że przyjaciółka wpadła na tę parę w zeszłym tygodniu.
Chłopiec spojrzał na pogniecione sto złotych. Cały wujek i jego brak zainteresowania pieniędzmi. Wczoraj mówił, że do końca wyjazdu została im stówka, a dziś daje im ją na lody. Zarządzanie budżetem zdecydowanie go przerastało.
Wujek dawał się lubić. Fajnie opowiadał o swoich trasach, uczył ich znaków ratunkowych, robienia lassa ze sznurowadeł i alfabetu Morse'a. Markus uwielbiał opowieści taty Wandy-Leny o tym, jak zatamować krwotok skarpetką i długopisem albo jak uciec, gdy się jest ściganym.
Markus nie zamierzał wydawać ostatniej stówki, która została wujkowi. Rodzice dali na wyjazd spore kieszonkowe. Mimo codziennego kupowania lodów i napojów w kieszeni wciąż pobrzękiwało mu trochę drobnych.
Pomachali tatmie i ruszyli w kierunku lodziarni Lodojadacz. W tym skwarze lody, zwłaszcza tak dobre jak z Lodojadacza, były wprost niezbędne.