ROZDZIAŁ 3
- Wyjedziemy do Paryża - powiedział. - Tylko muszę skoczyć przedtem na Kraków. Dzień, dwa - rzucił lekko. Bawił się nerwowo numerkiem z szatni.
Katarzyna spojrzała na niego speszona. Nigdy w życiu nie spotkała takiego dziwnego chłopaka. Chciał ją zabrać na noc po kilku tańcach, chciał się żenić, wydać dużo pieniędzy na podróż. Kobiecym instynktem wyczuwała, że poryw był szczery. Jego prawdziwość wzbudzała nawet obawę. Katarzyna łowiła w sobie krótkie, szybko mijające sygnały ostrzegawcze, jakby się gdzieś w mózgu zapalało czerwone światło. Przyglądała się Andrzejowi i robiło jej się coraz bardziej nieswojo. Nie próbował jej uwodzić, nie powiedział nawet dzień dobry. Siedział, patrzył w przestrzeń z napiętą twarzą, obracał na palcu kółko od numerka.
Przyszło jej na myśl, że miłość niekoniecznie musi sprawiać przyjemność, jak się jej dotąd wydawało. Ten wyglądał, jakby się męczył.
Andrzej patrzył na dziewczyn i myślał:
Wyjechać, wyjechać! Ile to będzie trwało! Paszport, wizy. Sześć tygodni, osiem? Nie. Niemożliwe. Nie dam sobie rady. Co ja będę robił przez ten czas? Spotykać się z nią w kawiarni? Nawet w parku - nie. Gdybym jej dotknął, rozleciałbym się w kawałki.
- Nielegalnie zaryzykowałabyś? - powiedział.
- Co pan! - przestraszyła się Katarzyna. - Co ty? Roześmiał się.
- Nie bój się. Ze mną nic ci się nie stanie.
Włóczył się potem znów po mieście, wszedł jak automat do budki telefonicznej i spisał adresy "Jubilera".
Po co mi to? - myślał pisząc. Wszędzie ceny państwowe. Niczego nowego się nie dowiem.
Popołudnie stracił na przemierzaniu dzielnic Warszawy.
Przez cały okres studiów nie poznałem tak miasta jak dzisiaj - myślał, wędrując wzdłuż szklanych lad nie pamiętał którego z kolei sklepu. Nie selekcjonował już biżuterii pod kątem sygnetów, interesowały go coraz bardziej same klejnoty. Wielkość i blask kamieni, ich ceny. Przestał oglądać złoto, szukał brylantów. W pierścionkach, w bransoletach, w naszyjnikach.
Ledwo dowlókł się na spuchniętych stopach do domu. Wszedł do pokoju możliwie cicho, nie chciało mu się gadać z gospodynią. Rzucił się na łóżko.
Wypisując adresy "Jubilera" w budce telefonicznej, wiedziałeś - myślał. - Nie oszukuj się. To wpadło ci do głowy już w sklepie na MDM. Poszedłeś dalej, aby upewnić się, jaki majątek można zdobyć. No cóż, wart ryzyka. Każde jednak ryzyko, żeby było opłacalne, musi być ryzykiem rozsądnym. Sklepów jest dużo, ale ty musisz wybrać taki, gdzie pracuje mały personel i stoi nadziana szafa. Gdzie nie kręci się zbyt dużo ludzi, nie ma w pobliżu posterunku MO. Zrobi się. Znajdzie się. Jutro.
Wybrał sklep na Puławskiej 16 i zaczął go pikietować. Obsługiwały go dwie ekspedientki i kierownik.
Z kierownikiem zawsze trzeba się liczyć - myślał Andrzej, obserwując go przez szybę. Jednego mężczyznę przewidywał, chodziło mu tylko o to, żeby nie było ich więcej. Dlatego wybrał sklep na Puławskiej, mały, ale dawno założony i zasobny. Sklep miał swoich klientów i zaprowadzone porządki.
Andrzej zjawiał się na Puławskiej punkt dziesiąta trzydzieści i ustawiał raz na przystanku tramwajowym, raz udawał łazika, kiedy indziej oparty o mur czytał gazetę. Sniadania jadał w barze mlecznym obok "Jubilera". Wypijał po cztery kawy w Brazylijczyku naprzeciwko sklepu, po drugiej stronie Puławskiej. Miał dość kawy na kilka miesięcy. Nawet z Katarzyną widywał się rzadziej. Przechodząc rankami obok politechniki miał wrażenie, że mija budynek, w którym nie był nigdy w życiu, a jeżeli, to tak dawno, że zapomniał, jak on wygląda.
Wybrany sklep nie miał tylnego wyjścia, tylko niewielką pakamerę zamykaną na klucz. Andrzeja po kilku dniach pikietowania zainteresował jego kierownik. Często spóźniał się do pracy. Andrzej kilkakrotnie przespacerował się za kierownikiem na dworzec Śródmieście. Stawał w kolejce do kasy i sprawdzał, czy mężczyzna kupuje zawsze bilet do tej samej stacji. Odkrył źródło jego spóźnień. Kierownik miał domek za miastem, kolejki kursowały nierytmicznie. Andrzej stał w ogonku do kasy za kierownikiem i jak on powiadał:
- Włochy, proszę.
Wsiadał do tego samego wagonu i jechał do Włoch. Kierownik, ani się tego spodziewając, stał się czyimś dobrym znajomym.
Andrzej miał we Włochach kolegę, z którym jeszcze w "Plastusiu" trzepał dywany. Każdego roku jeździł do niego obrabiać ogródek, bielić drzewa na wiosnę, okładać słomą róże na jesieni. Robił to z przyjaźni i z upodobania. Chłopak miał miłych rodziców. Ich dom zastąpił Andrzejowi w jakiejś mierze własny. A teraz jeździł do Włoch w zgoła innym celu. Kolejka szarpała na zakrętach, Andrzej pochylał się na bok, tracił z oczu kiwającego się na ławce mężczyznę. Od kiedy powziął swój plan, przestał odczuwać zmęczenie. Zapominał, że nie zjadł obiadu, nie dokuczał mu głód. Któregoś dnia powiedział Katarzynie, że wyjeżdża do Krakowa i odszedł. Niejasno zdawał sobie sprawę, że jego zachowanie dziwi ją, a nawet niepokoi. Wszystkie wyjaśnienia odkładał na później. Nie robił tego z premedytacją, po prostu nie starczało mu sił na nic więcej poza układaniem i wykonywaniem swego planu. Obiecywał sobie, że gdy przyjdzie ta noc, przestanie wydawać się Katarzynie inny, dziwny, obcy.
Zbieg okoliczności - myślał w kolejce. - Kierownik sklepu musi akurat mieszkać we Włochach! To jest niemal zabawne, ale dobry omen.
Odprowadzał kierownika do domu, pilnował się tylko, żeby nie spotkać kolegi. Kierownik w ogóle wolał wsiadać rankami do kolejki, która odchodziła o kwadrans później niż do tej o kwadrans wcześniejszej. Ten kwadrans zapewniał Andrzejowi niezbędne pół godziny. Pozbywał się ze sklepu na pół godziny jedynego mężczyzny. Na tak wiele nie liczył.
Jedna ekspedientka przychodziła do pracy za kwadrans jedenasta i ta go zawsze otwierała. Druga wolała punktualność.
Jedenasta albo jedenasta zero pięć - myślał Andrzej. - Nie będę potrzebował aż trzydziestu minut. Akcja musi być błyskawiczna albo wcale nie wyjdzie, ale rezerwa czasu dużo znaczy.
Po rozpracowaniu kierownika poszedł kilkakrotnie do domu to za jedną, to za drugą ekspedientką.
Z Katarzyną umawiał się każdego dnia w innej kawiarni. Niecierpliwiło to dziewczynę, ale jemu coś kazało zmieniać miejsca, czego i przed sobą nie umiał wytłumaczyć logicznie. Potrafił skonstruować plan, każdy plan, był matematykiem i wiedział, że to będzie dobry plan, a w tym pojęciu mieszczą się wszelkie względy ostrożności. Ale nie było nakazu ostożności, który by go zmuszał do biegania po kawiarniach całej Warszawy i ciągania tam Katarzyny. Katarzyna nie wiedziała, co on zamierza. W ciągu ostatniej bezsennej nocy wytypował nawet dwóch kolegów z roku, których chciał wciągnąć do spółki. Mało już brakowało do zapięcia całego planu na ostatni guzik. Pozostawało - wykonanie.
- Nie mam pojęcia dlaczego - powiedziała Katarzyna - ale zawsze, gdy się spotykamy, wydaje mi się, że jesteś gdzie indziej.
Bo jestem - pomyślał Andrzej. - W tej chwili konkretnie rozmawiam z kumplami. Przyjmą czy nie przyjmą propozycji?
Uśmiechnął się do niej w odpowiedzi. Siedzieli w obskurnej kawiarni na pięterku w CDT. Andrzej kręcił się niespokojnie. Koledzy mieli przyjść do niego o ósmej. Poderwał się i skoczył do szatni. Jak zwykle zrobił to z nagłością decyzji, która Katarzynie wydawała się niczym nie uzasadniona. Bała się instynktownie właśnie tego, czego nie wiedziała.
- Chodź, chodź - powiedział Andrzej niecierpliwie w szatni. Katarzyna myślała, że zostawi ją na ulicy, ale podprowadził ją do Smolnej. Znów pożegnali się byle jak, za szybko i znów strach, którego nie umiała sobie wytłumaczyć, ogarnął Katarzynę.
Andrzejowi na widok kolegów spadł taki ciężar z serca, jakby się mogli spotkać tylko dziś albo nigdy. Usiedli na łóżku, Andrzej przysunął sobie do nich krzesło.
- Chcę zrobić "Jubilera"- powiedział od razu i bez żadnych wstępów. - Pójdziecie ze mną? Piszecie się na taki interes? Jeżeli nie, możemy zaraz skoczyć do kiosku na piwo. Wpadliście do mnie na piwo.
Zauważył natychmiast, że ich nie zaskoczył. Dobrze typowane - stwierdził w duchu.
Popatrzyli na niego przeciągle.
- I co cię swędzi? - zakpił Zygmunt.
- Życie - rzekł ponuro Andrzej.
Zygmunt przyjrzał mu się ciekawie, odeszła go chęć do pokpiwania.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.