BLIŹNIĘTA
TRZY KWADRANSE PRZED PÓŁNOCĄ odeszły wody. Moja żona w mokrej koszuli stała na środku sypialni i krzyczała, jakby dziecko chciało rozerwać ją od środka. Nienawidziła mnie żarliwie udręczonym spojrzeniem i popękanymi wargami, które rozchylały się i zaciskały w rytm przyspieszonego oddechu. Kiedy przeszła fala skurczów, nie miała siły dłużej walczyć ani się opierać. Opadła na moje ramię, więc odprowadziłem ją do łóżka i przyciągnąłem krzesło. Usiadłem obok. Chciałem otworzyć jej zaciśniętą pięść i ogrzać palce, ale kiedy poczuła mój dotyk, wyrwała się i odwróciła do ściany. Zawodziła w języku, w którym kobiety rozmawiają z matkami i matkami swoich matek. Przywoływała je i przeklinała za to, że pozwoliły mojemu nasieniu napęcznieć do rozmiarów potwora, który przegryzał błony w jej łonie i uciekał, żeby zostawić po sobie pusty kokon.
Czułem się naraz bezradny i winny, więc moje ciało odruchowo zaczęło szukać usprawiedliwienia. Przypomniało sobie o wygasłych chorobach, rozpalało je na nowo w dwóch odjętych kowalskimi szczypcami palcach lewej stopy, w zgangreniałych dziąsłach, w barku, który nastawiał mi jakucki myśliwy, a jedynym znieczuleniem był łyk samogonu. Co z tego, że ona nie potrzebowała fantomów mojego bólu. Ja ich potrzebowałem. Chciałem wybiec na ulicę i zabrać ze sobą duchy, które czekały, żeby wyssać z Marii nowe życie, gdy w drzwiach stanęła moja teściowa, nocna furia w rezedowym czepku. Gdyby nie ciężkie łydki, które kotwiczyły ją do podłogi, ze złości wystrzeliłaby pod sufit.
- Nie wolno ci na to patrzeć! - wysyczała, a drzewa na tapecie pokrył szron. - Wyjdź stąd!
Wskazała mi miejsce w przedpokoju, samotne krzesło pod rozłożystym wieszakiem na płaszcze i kapelusze. Zawahałem się. Chciałem jej odpowiedzieć, że widziałem ojców, którzy czekali na potomków, wyciągając ręce między rozwarte uda swoich żon, odcinających pępowiny, zakopujących łożyska w zamarzniętej ziemi. Widziałem, jak owijali noworodki w psie futra i śpiewali, żeby zatrzymać duszę w stygnącym ciele. Przegrani zasypywali rozpacz popiołem i zawodzili głosami nie z ciała, lecz z ciemności, że zgasł ogień w ich domu, iskry uleciały, a z nich zostały czarne polana i dym rozwiewany przez wiatr. Wolałem jednak milczeć, żeby nie przypominać teściowej o latach, które spędziłem wśród dzikusów. Tak o nich mówiła, a ja szybko przestałem protestować. Próbowałem za to na nowo nauczyć się żyć w piętrowych domach, za szklanymi szybami zamiast tafli lodu, za drzwiami zamykanymi na klucz i między ścianami dostatecznie grubymi, żeby stłumić krzyki w środku nocy. Dlatego pozwoliłem przegnać się z sypialni. Byłem gotów odgrywać męża, który brzydzi się pękającego ciała własnej żony i odwraca wzrok, kiedy akuszerka uchyla drzwi.
Z KAŻDĄ MINUTĄ skurcze stawały się coraz intensywniejsze. Krzyk bólu zagłuszył nawet salwy o północy. Wzmógł się jeszcze, kiedy teściowa wynurzyła się z sypialni. Jej twarz była jak wykrochmalone prześcieradło pozginane wzdłuż zmarszczek. Szybko mrużyła oczy, żeby zetrzeć z gałek jakiś dręczący obraz. Zanim zdążyłem spytać, czy to już, rozerwała usta:
- Rusz się wreszcie! Jedź po doktora!
Skowyt rodzącej gonił mnie jeszcze, kiedy zbiegałem po schodach i przecinałem podwórze. Zamilkł, gdy wypadłem z bramy i zapadłem się po kostki w zimnej brei. Odwilż zasilała rynsztoki wodą z topniejących zasp, a ja, mlaskając podeszwami, gnałem wzdłuż niedokończonej pierzei piętrowych kamienic przy Siennej. Nie zwracałem uwagi na wciskającą się przez podeszwy wilgoć, uwalane nogawki, na błoto tryskające spod kół powozów wiozących rozbawionych Rosjan, którzy świętowali Nowy Rok, oblewając przechodniów szampanem. Tej nocy matkom nie udało się zapędzić dzieciaków do łóżek, więc małoletnie bandy odpalały w bramach karbidowe bomby, a potem uciekały przed żandarmami. Eksplozje płoszyły im odzwyczajone od wybuchów konie. To znak, że od lat porządek panował w Warszawie.
Rozglądałem się za dorożką, lecz żadnej nie znalazłem ani na rogu Twardej, ani Wielkiej. Skręciłem w Marszałkowską i wbiłem się w rozchwiany tłum, który wbrew ostrzeżeniom wyległ na ulice. Znad dachów co chwila wypełzały leniwie węże z iskier i ognia. Eksplodując, rozświetlały skrawki nieba, z którego spadały posklejane płaty śniegu. Przez gęstą kurtynę z trudem przedzierało się światło latarni. Pod nogami zataczających się i rzucających sobie w ramiona przechodniów wybuchały petardy, nad brukiem unosił się zapach prochu. Jednak tej nocy nikt nie wyrywał kostek z ulicy, nikt nie budował barykad. Podpite wódką i szampanem miasto bało się mniej, lecz wciąż tylko symulowało rewolucję.
- Warszawa śpi, nawet kiedy się bawi - usłyszałem i obejrzałem się, żeby sprawdzić, kto do mnie gada. Ale to był mój głos. Obcy i gorzki jak rozgryziona pestka czereśni. Mówił coś o fabrykantach i kamienicznikach, którzy mają coraz więcej do stracenia, więc głośno modlą się o wojnę powszechną o wolność ludów, a po cichu palą świeczki za święty spokój. I o rewolucji, która dojrzewa, ale na Woli, w robotniczych czynszówkach wciśniętych między fabryczki, a nie tutaj, na Marszałkowskiej, w strzelistych kamienicach, do których wstępu bronią kute gryfy, ani w restauracjach, gdzie wyfraczeni kelnerzy podają jesiotra i astrachański kawior.
Parę dorożek stało na rogu Erywańskiej, pod otwartym jesienią Domem Mody Hersego. Wskoczyłem do najbliższej, w chmurę dymu z cygara zmieszanego z aromatem wilgotnej bobrowej sierści i wina. Na koźle kulił się młody Żyd, prawie dzieciak.
- Do Resursy, szybko! - krzyknąłem, ale przy pierwszej próbie kłusa kopyta chabet zaczęły ślizgać się po bruku. Na Królewskiej ruch był jak w środku dnia. Powozy zajeżdżały sobie drogę, strzelały baty, woźnice ciskali w siebie obelgami, jakby chcieli się pozrzucać w błoto. Z ich wyzwisk po polsku, rosyjsku, niemiecku i żydowsku dałoby się wykręcić nie lada poemat, lecz nie o poezji myślałem tamtej nocy, kiedy zaczynał się ostatni rok starego wieku. Żegnałem się z nim bez żalu, za to z odrobiną nadziei, choć nie dla mnie, ale dla dziecka, które torowało sobie drogę do świata. I z nieodwzajemnioną miłością do mojej żony.
- BĄCZKIEWICZ, gdzie znajdę doktora Bączkiewicza?
Zaskoczone spojrzenia, bezradne uśmiechy. Prawym łokciem torowałem sobie drogę wśród podrygujących par, lewą dłoń unosiłem do skroni i posyłałem przepraszające gesty. Wspiąłem się na podest i wypatrzyłem go natychmiast, choć ani wzrostem, ani szczególnym talentem do mazura się nie wyróżniał. Nosił za to mundur, którego kroju i dystynkcji nie znałem. Zamachałem do niego. Zauważył. Odstawił do stolika swoją partnerkę i podszedł do mnie, odruchowo szukając po kieszeniach cygara na poczęstunek.
- Co z nią? - spytał, przekrzykując orkiestrę.
Nie za wiele miałem mu do opowiedzenia, ale starczyły cztery zdania i moje przerażone spojrzenie, żeby porwał kieliszek z tacy frunącej na dłoni kelnera, opróżnił jednym haustem i ruszył ku szatni. Dogoniłem go, kiedy boy wieszał na nim sobole.
Pod Resursą czekał na Bączkiewicza własny landolet. Zepchnął woźnicę na skraj ławki i sam chwycił za lejce. Pognał w dół Krakowskiego, rozpędzając krzykiem zawianych przechodniów. Cud, że obyło się bez ofiar. Zatrzymał się na placu Zielonym. Zeskoczył z powozu, rozkraczył się i pochylił głęboko nad studzienką, żeby nie powalać futra. Wsadził dwa palce w usta, wykręcił. Chlusnęło z niego żółtą cieczą. Powtórzył zabieg, po czym otarł usta chustką i wsiadł z powrotem.
- Burski - powiedział, rozpinając guzik munduru pod szyją. Pewnie, żeby odgonić ode mnie złe myśli. Domyśliłem się i bez tego. Od października na południowym czubie Afryki trwała wojna, w której Burowie z Bogiem na ustach i pięciostrzałowymi karabinami Mausera w rękach dawali łupnia generałom starej Wiktorii. Uczyliśmy się na pamięć nazwisk ich wodzów: de la Rey, Cronjé, Botha, i wyczekiwaliśmy wieści spod obleganego Ladysmith. Ostatnia przyszła w Wigilię: tego dnia Burowie wystrzelili w miasto tylko jeden pocisk. Nie było w nim prochu, lecz dwa Union Jacki, świąteczny pudding i życzenia. Mieli fantazję, skurczybyki.
- Więc wybierasz się do Oranii na wojnę? - spytałem doktora.
- Zaczekam na jakąś dogodniej położoną. Ale paru naszych już pogoniło łoić Anglików. - Bączkiewicz zaśmiał się krótko i zaciął batem. - Za waszą i naszą.
- Krzyż na drogę. Jeszcze chwila i Burowie zaczną krwawić, a wtedy Niemcy i Francuzi zostawią ich na pastwę losu.
- Przestań krakać.
- Przerobiliśmy tę historię na własnej skórze - rzuciłem za nim, bo już zeskakiwał z powozu i otwierał drzwi do naszej kamienicy. - Nie raz.
Nic nie odpowiedział. Biegnąc na górę, rozpinał guziki. Na ręce służącej zrzucił futro i czerwoną kurtę. Rękawiczki wcisnął do cylindra i podał mnie. Podciągnął rękawy koszuli.
- Wody! - krzyknął.
Zanurzył ręce w miednicy z ukropem, mydło spieniło się między palcami.
- Teraz sobie odpocznij, ojczulku, a ja pomogę się wykluć twojemu pisklęciu - rzucił i zniknął w sypialni. Próbowałem wcisnąć się za Bączkiewiczem, ale znów usłyszałem, że to nie miejsce dla mężczyzny. Wyglądało na to, że doktor zostawił swoją męskość w powozie, skoro teściowa pozwalała mu mierzyć palcem otwarte coraz szerzej łono mojej żony.
Po trzech, może czterech minutach Bączkiewicz wrócił do przedpokoju. Zwykle zadarte wargi obwisły razem z wąsami, krew spłynęła mu z twarzy. Kazał zetrzeć sobie pot z czoła i skroni. Zażądał wódki. Podałem mu szklankę, nalałem i sobie. Upił, resztę wylał na dłonie. Też strząsnąłem na podłogę parę kropel. Spojrzał na mnie.
- Lepiej pomódl się po ludzku - syknął, przepuszczając powietrze między zaciśniętymi zębami. - Przyda się jej. To bliźnięta.
ZŁAPAŁEM DOKTORA za ramiona. Siedem miesięcy minęło, jak oznajmił mi, że będę ojcem. I przez te siedem miesięcy nie zauważył, że w łonie mojej żony biją dwa serca? Nie wyczuł dwóch główek?
Próbowałem zajrzeć Bączkiewiczowi w oczy, ale speszony wbił wzrok w podłogę. Strząsnął moje dłonie, odwrócił się i zamknął za sobą drzwi sypialni. Zostałem sam, przerażony. Służące z miskami wrzątku i wygrzanymi ręcznikami biegały w tę i we w tę przez amfiladę pokojów, a ja próbowałem wtopić się w ścianę.
- Posunie się, bo poparzę - piszczały, więc krok za krokiem cofałem się w głąb mieszkania, za drzwi mojego gabinetu. Czułem się coraz bardziej obolały, bezradny i zbędny. Byłem gotów zrobić cokolwiek, żeby tylko przezwyciężyć odrętwienie, które chciało zmienić moje ciało w gipsowy odlew.
- Przyj! - usłyszałem, kiedy klękałem przed biurkiem. Otworzyłem drzwiczki i wyciągnąłem najniższą szufladę. Wsadziłem rękę w otwór. Wydobyłem ukryty na dnie pakunek zawinięty w szary papier. Rozerwałem sznurek, po blacie rozsypał się tuzin listów. Wiedziałem, którego z nich szukam, ale nie było mi łatwo odnaleźć właściwą kartkę.
- Przyj, przyj! - głosy doktora Bączkiewicza i mojej teściowej zlewały się w jedno. Były coraz głośniejsze, a krzyk rodzącej coraz słabszy. Poddawała się, wyczuwałem to przez skórę i ściany, więc powinienem tańczyć nerwową polkę pod drzwiami sypialni, kląć, okładać je pięściami, ale zamiast tego czytałem.
Czytałem, że mężczyzna może zapłodnić kobietę tylko jednym dzieckiem. Drugie pochodzi od złego. Wysiewa je z pomocą północnego wiatru albo poczywa w śniącej. Więc tylko jedno z bliźniąt ma prawo przeżyć. Narodziny drugiego zwiastują choroby i głód, dlatego trzeba je jak najszybciej odesłać tam, skąd przyszło. Nie palić - to grozi ślepotą - ale oddać ziemi.
Czasami to drugie zabiera ze sobą pierwsze. Jeśli przeżyje, nie może dostać imienia po przodkach. Samo powinno je znaleźć. A potem odejść jak najdalej. Jak kobiety bez okresu, ślepcy, chromi i ci, którzy między nogami mają to, co czyni człowieka i mężczyzną, i kobietą.
Matki bliźniąt też najlepiej unikać. Wszystko, czego dotknęła, przenosi nieszczęście. Do miękkiego złe klei się mniej. Najbardziej zaraźliwe jest to, co twarde. Nóż, łuk, naczynie, kamień.
- Jeszcze trochę, przyj!
Szum w moich uszach tłumił głosy z sypialni. Za to słyszałem wyraźnie, że nie wolno nadawać imion po bliźniętach ich braciom ani siostrom. Bo imię jest jak wezwanie, a bliźnięta potrafią szkodzić nawet po śmierci. Sprowadzają demony z gór, prześladują w snach, wywołują gorączki, kurcze i paraliże. Żeby uśmierzyć ich gniew, trzeba wyrzeźbić dwie lalki i przymocować do ściany. A potem karmić, codziennie, aż miną dwa pokolenia. Dopiero wtedy wolno je wynieść z domu, spalić i zapomnieć.
ZALEGŁA CISZA, a ja złożyłem list po zgięciach i rzuciłem na wierzch stosu. Nie wiem, ile czasu minęło. Dziesięć sekund czy kwadrans. Wszystko stanęło. Oddech, myśli, puls, serce. W końcu usłyszałem płacz.
Wybiegłem do przedpokoju. Stał w nim doktor Bączkiewicz i posilał się sandwiczem.
- Żyją - powiedział, ale w jego głosie więcej było rezygnacji niż ulgi. - Maria i dziecko. Masz córkę.
- A drugie?
Doktor pokręcił głową.
- Nie wiem jeszcze.
Wiedział. Ja też wiedziałem.
Po godzinie urodziło się martwe.
FRANZOLA
DO WARSZAWY WRÓCIŁEM siedemnaście miesięcy wcześniej. W notesie nabazgrałem datę - czwarty sierpnia - i ani słowa pod spodem.
Za oknem świtało. Najpierw z prawej, potem z lewej strony, pociąg wciąż kluczył, jakby celowo chciał opóźnić mój powrót. Ale miasto było coraz bliżej. Zapowiadały je czerwone mury koszar, zza których wyrastały gęste palisady brzóz, potem wille porzucone w sosnowych zagajnikach i pielgrzymki wozów przebijających się przez obłoki kurzu.
Ściągnąłem z półki kufer. Nie był ciężki, trochę zapisków, listy polecające z Cesarskiego Towarzystwa Geograficznego, zmiana bielizny, kilka figurek wyrżniętych z rogu renifera przywiezionych z kraju Jakutów. Przepchnąłem go na korytarz. Uchyliłem okno, wciągnąłem powietrze, jeszcze więcej powietrza, szkoda mi było czasu na wydech. Ubrania miałem za ciasne i skórę za ciasną. Chciałem się z niej wyrwać, wyprzedzić pociąg, wpaść do mojego miasta i gnać po ulicach w poszukiwaniu siebie sprzed osiemnastu lat.
Osiemnaście lat. Trudno uwierzyć. Wywieźli mnie z Warszawy, zaraz gdy przestałem być dzieckiem. Potem dali dość czasu, żebym się zestarzał. Ale tamtego ranka, kiedy wracałem do domu, nie podliczałem zmarnowanych lat. Byłem w euforii. Cała moja przeszłość skropliła się na czole, więc wytarłem ją chusteczką i ukryłem w kieszeni. O przyszłości chciałem wiedzieć tylko tyle, że nie ma przede mną żadnych przeszkód prócz stłoczonych pasażerów pachnących długą podróżą w trzeciej klasie i dwóch żelaznych stopni, które dzieliły mnie od peronu Dworca Petersburskiego.
Pociąg wyhamował, peronowy szarpnął za klamkę, a drzwi odskoczyły jak zając po strzale, który chybił o dłoń. Potknąłem się i zatoczyłem wprost w czyjeś objęcia. Niewiele więcej pamiętam z tamtego dnia. Z kolejnych też niewiele. Mocne uściski ramion, dotyk warg na policzkach, trochę zapachów z przywiędłych bukietów i smak soli z łez, które płynęły bez przerwy, drażniąc mi oczy, więc nie dostrzegłem, że miasto, zamiast na mnie czekać, zarosło warstwą świeżych tynków, wyhodowało nowe kamienice, poprzecinało się drutami telefonów i szynami tramwajów. Musiałem się uczyć na nowo topografii ulic i cmentarzy, ale na razie ściskano mnie, całowano, pojono i wożono z miejsca w miejsce jak niedźwiedzia z kółkiem w nosie. Wystarczyło pociągnąć za łańcuch i zaczynał tańczyć. Ja opowiadałem.
TO MÓGŁ BYĆ piąty dzień w Warszawie, może siódmy. Obszerny salon, Grottger na ścianach, niedobrze, mieli tu męczenników na co dzień. Usadzili mnie na głębokiej kanapie, kręgosłup wygiął się boleśnie.
Było zbyt gorąco, żeby pozamykać okna, więc do środka, wykrzykując niezrozumiałe słowa, wpychało się Krakowskie Przedmieście. Musiałem naraz przekrzyczeć zgiełk miasta, mój strach przed otwarciem ust i rozgadane towarzystwo, które rozsiadło się naprzeciwko mnie. Same nieznane twarze, wilgotne od upału. Mężczyzn było więcej, zmierzwionych albo wypomadowanych w zależności od poglądów na wolność i rewolucję. Między nimi kilka kobiet. Dwie, może trzy, z którymi natychmiast chciałem się żenić, płodzić dzieci, nadrabiać stracony czas. Jedna, w której mógłbym się zakochać.
Zastanawiałem się później, dlaczego właśnie w niej. Uznałem, że to przez zazdrość. Przecież nie była ani młodsza, ani piękniejsza niż inne i natychmiast znalazłem w jej twarzy kilka skaz, które mogły mi pomóc odkochać się, jeszcze zanim się zakochałem. Ale moją uwagę przyciągały przede wszystkim jej palce obracające pierścionek z szafirowym okiem. Była zaręczona, a więc nie dla mnie. Ale przecież to wygnańcowi należało się więcej. To ja byłem męczennikiem, a nie ten ktoś, kto ją sobie kupił za oszlifowany kamień.
Czy byłem aż tak głupi, żeby myśleć o niej w ten sposób?
Byłem.
Miała na imię Maria. Nieszczególnie ją wyróżniało, ale kiedy się jej przyglądałem, nie uciekła wzrokiem. Przeciwnie, wpatrywała się we mnie uważnie, a w jej oczach nie dostrzegłem ani współczucia, ani zaciekawienia, ani podziwu, do których już zdążyłem się przyzwyczaić. To ja spuściłem oczy i zacząłem liczyć kiery na dywanie, jeden, drugi. Po dwunastym nie wytrzymałem i znów na nią zerknąłem. Usta wąskie jak rana zadana ostrym nożem. Małe uszy bez płatków. Próbowała zakryć je półkolami rdzawych włosów przelewających się na ramiona - lewe opadało chyba trochę bardziej niż prawe. W jej zaokrąglonych gestach, intensywnym spojrzeniu zielonych oczu, w sposobie, w jaki pochylała się do ucha sąsiadki i głośno się śmiała, był jakiś nadmiar życia. Przez chwilę miałem wrażenie, że wystarczyłoby tego życia i dla mnie.
Wrażenie... To nie tak. Maria nie sprawiała wrażenia, raczej opowiadała swoją historię, nieustannie zmieniając maski, partyturę gestów, skacząc po nastrojach, rytmach i tempach, od żałobnego largo po rozedrgane prestissimo. Nie wiedziałem, co to za historia, jeszcze nie znałem języków melancholii i histerii, w których mógłbym ją odczytać. Ale czy gdybym je znał, cokolwiek by to zmieniło? Czy inaczej potoczyłaby się nasza przyszłość?
Nie wiem. Przecież wtedy nie obchodziło mnie jej dawne życie, zbyt byłem zajęty własną przeszłością. Niepokoiło mnie tylko, że jej oczy wydawały się dostrzegać więcej, niż chciałem przyznać nawet przed sobą. A co dopiero spowiadać się przed bliźnimi. Być może to właśnie strach obok zazdrości był bodźcem, który sprawił, że tak bardzo pragnąłem się do niej zbliżyć. Żeby nie mogła się poruszać, mówić, myśleć i oddychać samodzielnie. Był tylko jeden problem. Nie miałem nic, czym mógłbym ją uwieść. Oprócz własnej historii.
POCZĄTEK? Było wiele początków, ale uznałem, że dobrze będzie zacząć znanym akordem. Wybrałem pożegnanie Ojczyzny, jak z Ogińskiego. W moim przypadku było trochę nietypowe, bo nie wyjechałem z Warszawy kibitką, lecz pociągiem. Najpierw do Moskwy, banie cerkwi jarzyły się na złoto, kiedy przerzucali mnie z dworca na dworzec; stamtąd do Niżnego Nowgorodu, gdzie zakuty w kajdany wsiadłem na barkę. Pod pokładem było duszno i ciasno, więc wszyscy cisnęliśmy się na górę, do krat - moskiewscy liberałowie, polscy socjaliści, ukrainofile, sekciarze, którym rewolucja pomieszała się z prawem bożym, i jakiś nieszczęśnik żonaty - bo tylko tym zawinił - z anarchistką.
Za Kazaniem Wołga rozlała się szerzej, brzeg zmienił się w kreskę na granicy widoczności, a my, choć zziębnięci i głodni, solidarnie dodawaliśmy sobie otuchy, grzejąc się oddechami i śpiewając zakazane pieśni. Nawet Marsyliankę, po francusku, i Czerwony sztandar, po polsku, więc żandarmi nie rozumieli i nie mieli pretekstu do bicia. Za to damy z parowca, który nas ciągnął po rzece, klaskały i chyba chciały więcej, choć trudno było je zrozumieć, bo głosy tłumił łomot kół parostatku.
W tym miejscu zacząłem domalowywać tło, melancholijne, z odpowiednio rozmieszczonymi kłębami chmur, ławicami srebrnych rozbłysków na falach i gasnącym słońcem. Ale kiedy przyszedł czas, żeby opowiedzieć o bolesnym ucisku w gardle, o tęsknocie roznoszonej przez krew i rozpaczy, którą w Permie rozcieńczaliśmy wódką spuszczoną nam w koszyku przez starych więźniów, dostrzegłem pierwsze ziewnięcia. Pod dziewczyną z szafirem na palcu zaszurało krzesło. Parę osób ruszało do sąsiedniego pokoju po buterbrody i wino. Żeby ich zatrzymać, dorzuciłem nieco detali z katorżniczej ekonomii. Bo przecież nawet za tę wódkę w Permie musieliśmy płacić pieniędzmi, które rodziny przysłały nam na drogę. I za kiszoną kapustę, bo choć na rządowym wikcie nie zdychało się z głodu, to zęby wypadały od szkorbutu.
CAŁA GOSPODARKA między Permem a Jekaterynburgiem nastawiona była na katorżników. Ten odcinek przebyłem w tarantasie, który galopem gnał po zachodnich stokach Uralu, a mnie się wydawało, że i my, i konie, i kozacy z eskorty rozbijemy się na drzewach porastających dno przepaści. Lecz jamszczyk w ostatniej chwili ściągał lejce, strzelał krótkim batem i powóz skręcał, choć koła wisiały już nad urwiskiem.
Gorszy niż przepaście był jednak kurz, który wzbijało w powietrze pięćdziesiąt powozów pędzących jeden za drugim. Wciskał się do oczu i zaklejał nozdrza, więc na etapy dojeżdżaliśmy wpółuduszeni. Opowiadałem, jak po całym dniu w drodze plułem błotem, resztę kurzu połykałem z pierogami, sybirską jajecznicą i serem, które za grosze sprzedawały dziewczyny z okolicznych ułusów. Wtedy padło pierwsze pytanie.
- Czy próbowaliście uciekać?
- Jeszcze nie.
- A bunty?
- Zdarzały się, choć sami katorżnicy zwykle gasili je w zarodku. No bo po co? Głośniej krzykniesz, a zaraz wszystkich otoczą żandarmi i pokłują bagnetami. Potem rozdzielą, obiją, zakują, zabiorą pieniądze, nie dadzą żyć.
"Wyście honor sprzedali za franzole!" - warczeli buntownicy.
- A co to ta franzola?
Tak brzmiało trzecie pytanie. To ona je zadała. Zauważyłem, że ma wysoki głos z melodyjnym akcentem.
- Bułka z pszennej mąki - odpowiedziałem. - Od niej wszystkich pokornych nazywano franzolistami.
Łaskawie nie dopytywała, czy byłem jednym z nich.
Czwarte pytanie dotyczyło cen po zachodniej i wschodniej stronie Uralu.
Mogłem podać całą listę - ile za herbatę, za ogórki, za pieczoną kaczkę, za arbuzy, za sól, za szybką miłość na worku z owsem - i opowiadałem, jak z każdym etapem robiło się coraz taniej. Za to nikogo nie interesował strach, który dopadł mnie na przełęczy oznaczonej potężnym słupem z malunkiem dwugłowego orła i przybitą na szczycie deską. Po jednej stronie farba łuszczyła się z "Europy", po drugiej z "Azji".
Mimo to odzyskałem zainteresowanie słuchaczy. Surowy detal lepiej na nich działał niż epigońska metafora. Dodałem więc jeszcze garść informacji o kopalniach złota nad Kołymą, o politycznych nastrojach w głębi imperium, o korupcji przeżerającej kastę urzędniczą, budującą swój dostatek na okradaniu tych, którzy nic nie mają. Ale to wystarczało tylko na chwilę. Znów zaczynali ziewać, rozglądać się, gadać między sobą.
Kiedy opowiadałem, jak na Irtyszu napotkaliśmy barkę pełną syfilityków z przegniłymi nosami, ropiejącymi oczami, kikutami zamiast rąk, rozległy się nerwowe śmiechy. Nawet ona skrzywiła się z niesmakiem. To była inna publika niż ta, którą pamiętałem z młodości. Wychowana na powieściach w odcinkach, skupiona na tym, co przynosi rozrywkę albo zysk. Nie miało dla nich znaczenia, czy karmię ich prawdą, czy wyssanymi z palca historyjkami. Głodni byli sensacji bardziej niż literatury. Więc darowałem im patetyczną opowieść o tym, jak w zapamiętaniu czytałem Anhellego, a tubylcy wzięli mnie za szamana, którego dosiadły duchy.
Przeskoczyłem parę miesięcy. Zacząłem od nowa.
W JURCIE BYŁO CIASNO, na środku izby płonął ogień, więc gnietliśmy się wokół niego jak pisklęta i gadaliśmy. Temat był wciąż ten sam: ucieczka. Już nawet suszyliśmy chleb i pakowaliśmy worki, choć nie mieliśmy ani map, ani pomysłu, jak się przedrzeć przez skutą lodem Janę, przez zamarznięte bagna i szczyty, które chowały się przed nami w polarnej nocy. Jedno wiedzieliśmy na pewno: kolejnej zimy w Wierchojańsku nie przetrwamy. Nie w naszych cienkich kamaszach, nie w watowanych kurtkach, które przy pięćdziesięciu stopniach mrozu mogły co najwyżej przedłużyć agonię. Wystarczyło otworzyć obite skórami drzwi, postawić parę kroków na przekór burzy, żeby się zgubić w ciemności. Sam już nie wiedziałem, czy wychodzę za potrzebą, czy żeby się zabić. Szron natychmiast sklejał rzęsy, mroźny oddech paraliżował płuca, plwocina, zanim spadła na ziemię, była bryłką lodu, a twarz zmieniała się w spękaną lodową maskę, z której zwisały sople stężałego oddechu.
Dopiero w marcu mrozy nieco zelżały, ucichł wiatr i co dzień, na chwilę, odwiedzało nas słońce. To wystarczyło, żeby nam przejaśniało w głowach, a plany ucieczki, które nie był planami, tylko naiwnymi rojeniami, wywiało na północ.
Ale potem przemarznięty kozak przywiózł z Jakucka wieść: car nie żyje.
Pierwsza bańka z nitrogliceryną wybuchła pod karetą. Eksplozja uszkodziła podwozie, raniła przechodniów, lecz imperatorowi nic się nie stało. Aleksander wysiadł z powozu, podszedł do zamachowca i jak dobry, wyrozumiały ojciec pogroził mu palcem. Przeżył już sześć zamachów. Przywykł, więc na próżno kozacy z obstawy błagali, żeby się cofnął. Druga bańka zabiła na miejscu dwóch spośród nich i wygięła słup latarni na Newskim Prospekcie. Car konał tuż obok swojego zabójcy.
Nazywał się Hryniewiecki. Polak, ale nazwisko nic mi nie mówiło. Moim towarzyszom też nic, choć jak oni należał do Narodnej Woli i jak oni wierzył, że zabije cara, zaś kolejny ze strachu nada Rosji konstytucję. Na razie jednak następca Aleksandra zażądał od katorżników przysięgi na wierność, a my odmówiliśmy. Potem urządziliśmy staremu carowi taką stypę, że po kolejnym toaście jeden z naszych padł na nary i już się nie obudził.
Do dziś stoją mi w oczach jego nagie, zszarzałe zwłoki. Stłoczyliśmy się wokół nich i świeciliśmy lampami, żeby felczer mógł je pokroić i upewnić się, że to nie myśmy go udusili, tylko wymiociny, które zalały mu płuca. Ale i tak nam nie uwierzyli. Cała osada miała nas za morderców. Ponoć zabiliśmy ze strachu, żeby stary zesłaniec nie zdradził naszych sekretnych planów.
Tylko że planów wciąż nie było. Teraz jednak musiały powstać, i to zanim wiosna osuszy drogi, a z Jakucka wyruszy karna ekspedycja, żeby zrobić porządek z buntownikami.
Kiedy w maju ze szklanym hałasem spiętrzone kry ruszyły w dół rzek, byliśmy gotowi. Wyznaczyliśmy trasę wzdłuż Bytantaju, ku jego źródłom. Stamtąd chcieliśmy ruszyć nad Lenę, skąd przemytnicy wódki mieli nas zabrać do Irkucka.
Kupiliśmy konia, żeby niósł nasze zapasy. Zrobiliśmy też maski z końskiego włosia dla ochrony przed chmurami komarów, co wisiały nad bagnami. Nie mieliśmy kompasu, a zamiast map szkice, na których próbowałem odtworzyć szlaki wędrówek Jakutów.
Wyruszyliśmy rankiem w pięciu i natychmiast zaczęły się problemy. Koń nie miał ochoty zejść do rzeki po stromym brzegu. Stawał dęba, zrzucał juki, więc musieliśmy iść okrężną drogą. Ale to nie miało znaczenia. Kilkanaście wiorst więcej czy mniej, kiedy ma się ich do przejścia dwa tysiące.
Słuchacze wracali na swoje krzesła z kieliszkami portwajnu, ale do końca mojej opowieści nie podnosili ich do ust. To nie było trudne. Łapałem ich za gardła i ciągnąłem na bagna. Karmiłem szczegółami, które nie zostawiały miejsca na ich własne myśli. Zapach płonących w ognisku sosnowych gałęzi, trzepot skrzydeł kuropatw we wnykach zastawianych przez myśliwych, blady ślad ścieżki w tundrze, miękkość bagiennych mchów pod podeszwami, smak sucharów moczonych w herbacie i suszonej ryby, którą przeżuwaliśmy w rytm kroków.
Ale tak naprawdę zależało mi już tylko na niej. Chciałem uwagi, chciałem wymusić współczucie, więc patrzyłem jej w oczy, jakby wokół nie było więcej publiczności. Zmuszałem, żeby z każdym przebytym kilometrem rosła w niej nadzieja, żeby przeżywała razem ze mną strach, gdy nocą uciekł nasz koń, i rozpacz, kiedy po tygodniu tułaczki zobaczyliśmy na horyzoncie połyskujący krzyż nad cerkwią.
Przez chwilę łudziliśmy się, że czas nas oszukał, że jesteśmy w drodze znacznie dłużej niż tydzień i przed nami majaczy już Irkuck. Ale myliliśmy się. Zatoczyliśmy krąg. Znów byliśmy w Wierchojańsku.
ODCZEKAŁA, AŻ WYGAŚNIE SZLOCH, skończy się poklepywanie po ramionach, ściskanie rąk. Potem zadała pytanie, a mnie w żołądku skurczyło się coś żywego.
- A jak tam się żyje kobietom?
Miałem gotową odpowiedź, ale nie mogła jej się spodobać. W milczeniu szukałem takiej, która lepiej pasuje do salonowej konwersacji.
- Pytam o żony, które jadą za mężami - dopytywała. - Albo narzeczone.
Sięgnąłem po szklankę, upiłem zbyt gwałtownie, woda polała mi się po brodzie.
- Bardzo przepraszam.
- To ja przepraszam. Pewnie sprawiłam panu przykrość.
Wytarłem się mało elegancko, rękawem, na chwilę zapomniałem o manierach. Wszystko we mnie mówiło tym samym głosem: kłam. Jeśli nie chcesz sprawić, że już zawsze będzie przed tobą uciekała, nie wolno ci opowiadać o tym, co widziałeś.
- Dlaczego tak to panią interesuje?
Musiała wyczuć złość w moim głosie. Spojrzała na mnie, a ja nie wiedziałem: z wyrzutem, wstydem czy rozczarowaniem.
- To pewnie trudne, kiedy ludzie pytają o tak krępujące...
- Nie, dlaczego - przerwałem jej. - To poświęcenie z ich strony, ogromne poświęcenie. Rezygnują ze wszystkiego, czego mogłyby oczekiwać jako żony, matki.
- Chyba wiedzą, co robią?
- Tak, zapewne wiedzą.
Próbowałem omijać jej oczy, przypatrywałem się szyi, ramionom, które wcale nie przechylały się w jedną stronę, znów gapiłem się na jej pierścionek.
- Zatem to ma sens, że jadą?
"Tak" nie przeszło mi przez usta, więc skinąłem głową.
- Pani mi wybaczy, że patrzę na to z własnej, egoistycznej perspektywy. Ale tam samotnemu mężczyźnie trudno jest przetrwać. Nie chodzi tylko o głód, choroby i wyczerpanie. Gorzej, że nie ma powodu, żeby dalej walczyć. Nie ma o kogo.
- O siebie.
- Siebie? Mija rok, dwa i z człowieka zostaje skorupa, która tylko z przyzwyczajenia czepia się życia. Zapewniam, niewarta starania.
Głos mi drżał, owszem, ale nie ze wzruszenia, lecz ze wstydu. Mówiłem to, co, jak sądziłem, chciała usłyszeć, choć bałem się, że wyczytała między słowami całą resztę.
- Przepraszam na chwilę.
Odszedłem na bok, żeby przyjąć jeszcze jedno zaproszenie na kolację, bo przecież w salonie profesora A. i hrabiny Z. też chcieli posłuchać męczennika, który opowiada jak Karol May i nic przy tym nie zmyśla.
Kiedy się odwróciłem, już jej nie było.
"JEANETTE"
JESIENIĄ MIASTO ZSZARZAŁO, za to nabrało konturów. Zwłaszcza kiedy wsunąłem na nos szkła oprawione w druciane ramki. Wyostrzyły się również twarze, poprzyklejały się do nich tytuły i nazwiska. Ja też zyskałem jakąś twarz i miejsce w świecie, skoro dłoń ściskał mi Reymont, Żeromski pił ze mną wino u Lessisza, a jakiś dureń przysłał mi sekundantów w idiotycznej sprawie. Jej detale pominę, bo zupełnie nie ma związku z historią, którą chcę, którą muszę opowiedzieć. Znacznie ważniejsze okazało się zaproszenie do komitetu, który miał stawiać pomnik Mickiewiczowi. Sienkiewicz mi je przysłał.
- Świeża krew - powtarzał. - Świeże spojrzenie. Tego właśnie potrzebujemy.
Imponowało mi towarzystwo tytułów, sławy i wielkich pieniędzy. Ocierając się o nie, sam, tak mi się przynajmniej zdawało, nabierałem wartości. Wciąż zapraszano mnie na kolacje, na których odgrywałem naraz bohatera i wirtuoza. Gdybym był Modrzejewską, publiczność wyprzęgałaby konie, żeby ciągnąć mój powóz. Ale nie byłem. Miałem jednak wiele okazji do ćwiczeń, więc w zamian za moje historie dostawałem coraz godziwsze porcje podziwu i litości. Również gotówki, jeśli kolacja kończyła się dyskretną kwestą.
W połowie grudnia przyszło kolejne zaproszenie. Zawiązałem pod szyją krawat i zarzuciłem na kark znoszony kożuch, bo przecież nie wypadało ofierze nosić się z pańska. Na ulicy spojrzałem w górę, żeby się przyjrzeć ciężkim chmurom zwiastującym deszcz. Ale w Warszawie nie należy zadzierać głowy. Łatwo się poślizgnąć albo potknąć o żebraków. Ja przewróciłem starą kobietę sprzedającą pomarańcze z kosza przewieszonego przez łokieć. Owoce potoczyły się po trotuarze, do rynsztoka, koła powozów rozgniatały je albo pchały pod kopyta koni. Podniosłem jedną, paznokciami zdarłem skórę. Lepki sok spłynął po palcach. Całą włożyłem do ust. Była kwaśna, ale i tak wziąłem jeszcze jedną, zapłaciłem za tuzin, poszedłem dalej, żeby wyprzedawać swoje życie w odcinkach.
KOLEJNY ZACZYNAŁ SIĘ OD LISTU, który przywiózł do Wierchojańska jakucki myśliwy. Koperta była zaadresowana łacińskimi literami. Nasze policmajstry czytały tylko cyrylicę, i to bez biegłości, więc oddali ją katorżnikom.
Tylko jeden z naszych zrozumiał, co tam napisano. Miał na imię Leon. Nie lubiłem go. Diabli wiedzą, skąd brał pieniądze, żeby wynajmować dwa pokoje w domku osadnika, kiedy my gnieździliśmy się w jurcie podsypanej końskim nawozem. Wciąż czytał książki, którymi nie chciał się dzielić, a kiedy je odkładał, zadzierał wysoko swój garbaty nos. Na wszystko miał system i metodę: skąd wziąć w Rosji klasę robotniczą, żeby było kim robić rewolucję, na asymilację Żydów, wyzwolenie żon od mężów i osuszenie Morza Gnoju, wokół którego wyrósł Wierchojańsk, wszystkiego trzydzieści sześć drewnianych chat i drugie tyle jurt. W Boga nie wierzył, za to w swoje racje bez cienia wątpliwości, więc porozumiewał się z nami tylko za pomocą sarkastycznych uwag i docinków. Nie raz musiałem go siłą wyprowadzać z jurty, żeby uniknąć bitki. Ale ze swoją znajomością angielskiego stał się niezbędny najpierw dla wierchojańskiego isprawnika, a potem dla nas.
List miał dotrzeć do amerykańskiego ambasadora w Petersburgu. Tylko tyle odczytał Leon, chociaż nad świecą zmiękczył pieczęć, rozkleił kopertę i zajrzał do środka.
- Pisane szyfrem - zawyrokował i kazał isprawnikowi, zruszczonemu Polakowi Kaczorowskiemu, pokazać raport, który myśliwy przywiózł razem z pismem. "We wsi zjawili się rozbitkowie. Twierdzą, że są Amerykanami".
Isprawnik podrapał się w głowę. Jego wszy przeczuwały, że nadciągają kłopoty.
Kilka dni później do Wierchojańska, we trzech, dotarli Amerykanie. Obdarci, poodmrażani, ale zadowoleni z siebie i świetnie uzbrojeni. Mniejsza o ich rewolwery Smith & Wesson i odtylcowe strzelby Winchestera, które jakuccy myśliwi widzieli pierwszy raz w życiu. Znacznie groźniejsze okazały się dziesięciodolarówki. Wywołały w Wierchojańsku gorączkę złota. Każdy chciał rozbitków, nakarmić, sprzedać im wódkę z przemytu, amulety z wydłubanej ze zmarzliny kości mamuta, obszyć w futra, a nawet odstąpić żonę. Ceny w mieście z dnia na dzień wzrosły dziesięciokrotnie. Amerykanie zaś płacili, ile im kazano.
Ukrócił to dopiero ich dowódca George Melville, który ustalił z isprawnikiem, że teraz za wszystko wystawiać będą weksle. Władze wykupią je od miejscowych za gotówkę zdeponowaną przez Amerykanów. A co się stanie z resztą pieniędzy? Nikt nie śmiał pytać.
MELVILLE, ŁYSY OLBRZYM wykrzykujący tubalnym głosem rozkazy i obelgi, został w Wierchojańsku tylko jedną noc. Spieszył się do Jakucka, liczył, że zorganizuje tam wyprawę i wyruszy w poszukiwaniu pozostałych rozbitków. Tej nocy opowiedział Leonowi, jak znalazł się w Wierchojańsku. Jego historia zaczynała się ładnych parę lat wcześniej w turyńskiej Gocie, gdzie słynny geograf August Petermann dawał upust obsesji zamalowywania na mapach ostatnich białych plam. Jeśli brakowało mu szkiców i relacji podróżników, sam zmieniał się w Boga Ojca i śmiałymi kreskami rozdzielał lądy i morza. Nawet tam, gdzie nikt jeszcze nie dotarł, rok trwa jeden dzień i jedną noc, a wszystkie drogi wiodą na południe.
Biegun północny. Za cel godny wszelkich pieniędzy uznał go wydawca nowojorskiej gazety James Gordon Bennett junior, który odwiedził geografa w roku 1877. To nic, że jak dotąd biegun połykał okręty wraz z załogami. Przecież nie ma lepszych bohaterów niż ci, którzy wędrują po trupach poprzedników. Tylko trzeba się spieszyć, trwa wyścig, na północ próbują się przedrzeć Brytyjczycy, Norwegowie, Rosjanie, Niemcy, Belgowie, nawet Włosi. Każdy naród, zwłaszcza świeżej daty, chce jako pierwszy zatknąć tam swoją flagę. Kilka trupów to niewysoka cena za trwały zapis w historii.
Ale Petermann zapewnił, że żadnych trupów nie będzie, a dotarcie na biegun to pestka, jeśli zna się drogę. On ją znał. Kiedyś sądził, że wyznacza ją Golfsztrom, bo ciepły prąd tworzy kanał przez zmrożony pierścień wokół otwartego morza na północnym krańcu ziemi. Ale kolejne ekspedycje grzęzły w lodzie. Żadna nie dotarła dalej niż do osiemdziesiątego równoleżnika. W końcu Petermann musiał przyznać, że na północ od Spitsbergenu Golfsztrom już nie działa. Ale jest przecież jeszcze Czarny Prąd, Kuro Siwo, który opływa wyspy japońskie. To on ogrzewa wody wokół bieguna i toruje drogę jego zdobywcom.
GŁÓWNYM MECHANIKIEM wyprawy został jeden z najzdolniejszych młodych oficerów w całej flocie, opryskliwy brodacz George Melville. W San Francisco doglądał metamorfozy starego brytyjskiego okrętu, który przetrwał dwie wyprawy polarne, w obłą fortecę gotową na starcie z całą Arktyką. Kiedy remont się skończył, Bennett uparł się na nowy chrzest. "Pandora" zmieniła się w "Jeanette".
Starzy żeglarze ostrzegali, że zmiana nazwy źle wróży wyprawie. Ale chętnych do załogi nie brakowało.
Załadowali psy, aparaty do odsalania wody, telefony Bella, ciemnię fotograficzną, burbona w rozsądnych ilościach, nawet sztuczne słońce, bo Tomasz Edison wysłał na "Jeanette" dynamomaszyny i lampy łukowe, żeby rozświetlały im noc polarną. 8 lipca 1879 roku okręt wypłynął z San Francisco i wziął kurs na północ. A już dwa miesiące później dryfował uwięziony między lodowymi płytami i ani kapitan George De Long, ani nawigator, ani nawet alaskańscy myśliwi, których zabrali na pokład, nie mieli pojęcia, dokąd płyną. Te dwa miesiące wystarczyły, żeby De Long przekonał się, jak bardzo Petermann się mylił. Nie było żadnej bramy przez arktyczną obręcz, nie było morza wokół bieguna. Otaczała go mroźna pustynia w nieustannym ruchu.
Przez kolejne dwa lata wmarznięta w połać lodu "Jeanette" kluczyła wzdłuż wybrzeży Syberii. Melville i jego towarzysze puszczali latawce, grali w karty, polowali na niedźwiedzie, truli się ołowiem z konserw i nadawali nazwy skalistym wyspom napotkanym po drodze. Coraz częściej modlili się też w intencji swojego okrętu, bo na jego burty napierały ważące miliony ton bloki. Przypominały im stosy trupów, zamarzniętych ofiar jakichś prehistorycznych bitew.
Kiedy lód odrobinę ustępował, łatali przecieki, a Melville cudem naprawiał wciąż psujące się pompy. Tylko z lampami od Edisona mu się nie udało. Za nic nie chciały świecić.
Kapitan pozwalał od święta naruszać zapasy alkoholu, ale jego marynarze nigdy nie byli pijani. Nawet kiedy w Nowy Rok wymalowani jak portowe dziwki, w spódnicach z koców, wymachiwali owłosionymi nogami, tańcząc koślawego kankana.
Wszystko zmieniło się 1 czerwca 1882 roku.
Tego dnia lód uwolnił "Jeanette". Jakby urodziła się na nowo. Spłynęła z kry jak z pochylni i zakołysała się w toni. Szybkie oględziny uspokoiły załogę - mimo wielomiesięcznych ataków spiętrzonego lodu poszycie nie było uszkodzone. Okręt wrócił do swojego kształtu, kadłub pozostawał szczelny. Wróciła też nadzieja, a Melville, korzystając ze słonecznej pogody, przeniósł na krę pudło aparatu. Czarny kadłub "Jeanette", jej białe nadbudówki i reje obciążone koronkami sopli wyglądały szykownie w otoczeniu lodowej kruszonki na błękitnej toni.
Następnego dnia Melville zamknął się pod pokładem. Wyciągał z kuwet pierwsze mokre odbitki, kiedy usłyszał jęk bólu i poczuł drżenie pod stopami. Nie pierwszy raz i nie ostatni "Jeanette" zmagała się z naporem kry. Dlatego nie przerwał pracy. Ale jęk był coraz głośniejszy, a dygot zmienił się w gwałtowną szarpaninę. Jeszcze jeden wstrząs i usłyszał tępy trzask. Spojrzał w górę. W purpurowym świetle zobaczył rysę ciągnącą się w poprzek sufitu. Wybiegł z ciemni, kilkoma susami pokonał schody i wypadł na pokład. "Jeanette" przemieniała się właśnie w morskie monstrum. Jej maszty kołysały się w pijanym tańcu, deski pokładu wyginały w coraz ostrzejsze łuki. Wyglądały jak żebra, które zaraz przebiją skórę.
Melville przechylił się przez barierki. Lodowe płyty, które zwykle wynosiły okręt, tym razem powoli spychały go pod wodę.
Jeszcze chwila i usłyszał tępe uderzenie. A potem chrzęst, jakby spotężniały odgłos ciała przedzierającego się przez suche chaszcze. To lodowe ostrze przebiło poszycie lewej burty. Przez wielką dziurę wdarła się woda. Zalewała maszynownie i przedziały z węglem.
Melville nie miał już złudzeń: z taką ilością wody pompy sobie nie poradzą. "Jeanette" tonęła. Spojrzał na De Longa i skinął głową. To była jego odpowiedź na pytanie "czy to już?".
- Opuścić pokład! - krzyknął kapitan, a kolejne głosy poniosły jego rozkaz dalej, ponad chrzęstem łamiących się masztów i skowytem psów.
Melville wiedział, że ta chwila kiedyś przyjdzie, był na nią przygotowany, tak jak pozostali członkowie załogi, trzydziestu trzech mężczyzn i psy. Zsunęli na lód pochylnie i trapy, spuścili po nich łodzie, beczki z żywnością, skrzynie leków, toboły z dziennikami pokładowymi. De Long jako ostatni zszedł na krę.
Zanocowali w namiotach, które musieli przestawiać w środku nocy, bo pod obozowiskiem pojawiły się pęknięcia. Nad ranem wygramolili się z wilgotnych posłań i ujrzeli, jak "Jeanette" wynurza się gwałtownie spod pokruszonego lodu. A po chwili, z powalonym kominem i połamanymi masztami, zapada się pod wodę.
RATUNKU SZUKALI w delcie Leny. Petermann na swojej mapie zaznaczył tam kilka miejscowości. Ale kartograf znów popełnił błąd. Nie było żadnych osiedli, tylko obozy myśliwych zwijane każdej jesieni. Do tego delta okazała się ruchomym labiryntem, którego nie sposób było nanieść na papier, bo każdej wiosny rzeka żłobiła nowe odnóża i ujścia.
Ale żeby dotrzeć do delty, musieli przedzierać się przez spiętrzone kry porozdzielane połaciami otwartego morza. Ich wędrówka niewiele się różniła od wyprawy w wysokie góry po jęzorze lodowca. Tylko że nikt nie każe wspinaczom pchać pod górę ciężkich łodzi wraz z ładunkiem.
Najpierw zbuntowały się psy. Po dwóch latach na pokładzie odzwyczaiły się od uprzęży. Zastrzelili najbardziej oporne. Innych nie było. Kiedy zabili ostatnie, zaczęli buntować się ludzie. Ale z buntem łatwiej sobie poradzić niż z wilgocią, chorobami, odmrożeniami i kiszkami na twardo zapchanymi pemikanem.
Ostatkiem sił dociągnęli łodzie do krawędzi lodu i spuścili je na otwarte wody. W największym kutrze płynął De Long i dwunastu marynarzy. Dowódcą szalupy, do której wsiadło siedmiu rozbitków, był jego pierwszy zastępca Charles Chip. Łodzią wielorybniczą z dziesięcioma mężczyznami na pokładzie sterował Melville. Na mapie Petermanna wyznaczyli punkt, w którym mieli się spotkać. Wkrótce rozdzieliła ich burza.
KIEDY MELVILLE PORZUCIŁ swoją łódź, a ja zacząłem opowiadać, jak ruszył w górę rzeki po pomoc, dostrzegłem Marię. Nie wiem, dlaczego dopiero wtedy. Może się spóźniła, może w żałobnej, popielatej sukni zlała się z brudnym światłem, które wpadało przez okna, może celowo kryła się przede mną?
Przyglądałem się jej, próbując jednocześnie trzymać się wątku. Tyle razy powtarzałem moją opowieść, że zmieniła się w taśmę z pianoli. Wystarczyło nakręcić mechanizm i słowa same płynęły z ust. Melville akurat spotkał dwóch ocalonych marynarzy z łodzi De Longa, kiedy gdzieś nad stołem spotkały się nasze spojrzenia. Znów pierwszy spuściłem wzrok. Wcale nie ze wstydu. Chciałem przyjrzeć się jej palcom zaciśniętym na poręczy krzesła. Rozplotłem je wzrokiem jeden po drugim. Nie dostrzegłem pierścionka. Przypadek? Niemożliwe. Nikt nie pozbywa się bez przyczyny dowodu własnego szczęścia.
Ten drobny brak na jej serdecznym palcu potraktowałem jak zachętę. Więcej. Dźgnięcie, kuksaniec, sztych. Myślę, że tak się zaczyna każde uczucie. Od zaszyfrowanej w przypadkowym słowie albo geście wiadomości, że nie zostaniesz natychmiast odrzucony. Potem jeszcze wiele się wydarzy, będzie bolało. Ale taki ból nie zabija, nawet nie pozbawia przytomności. Ma za to swoją historię, więc można go oprawić w przyczyny i skutki, można opowiedzieć.
MELVILLE WYWIÓZŁ ROZBITKÓW do Jakucka. Wrócił po dwóch tygodniach. Isprawnik dwoił się i troił, żeby mu dogodzić, ale trudno było wszystko wytłumaczyć rękami. Dlatego cały czas miał przy sobie Leona, nawet w czasie kolacji, którą urządził na cześć gościa z Ameryki. To był cud: zesłaniec przy jednym stole ze swoim nadzorcą, jedzący pieczeń z jego talerzy, pijący wino z jego kieliszków, wygłaszający impertynenckie uwagi, które najważniejszy czynownik w całym okręgu musiał łykać jak tuczona gęś. Nie miał wyjścia: chciał dobrze wypaść przed Melville'em, więc kiedy Amerykanin postanowił poznać zesłańców, Kaczorowski musiał zacisnąć zęby i zgodzić się na spotkanie.
Nie pamiętam, czy pomysł podsunął sam Melville, czy wpadł na niego Leon, słuchając jego opowieści. "To się może udać" - uczepiliśmy się tej myśli jak pijani. Skoro oni jesienią przedarli się wzdłuż Leny aż na wysokość Wierchojańska, nam wiosną powinno pójść łatwiej. Jakieś sześćset wiorst po rzekach, a potem...
- Jeśli będziecie się trzymać blisko brzegu, jeśli unikniecie sztormów... - Melville był ostrożny, ale my pomijaliśmy jego wątpliwości. Był naszym mesjaszem, na mapach Petermanna rysował nam drogę do raju, który nazywał się Alaska. Błogosławiliśmy cara Aleksandra, że sprzedał go Amerykanom.
Kiedy George Melville wrócił do domu, został wielkim reformatorem amerykańskiej floty. Nam wystarczyły szkice szalupy, które dla nas przygotował. Jego sternik rozrysował szczegóły: kil, żebra, wiosła, ster. Nauczył nas, jak zbudować przyrządy nawigacyjne, jak z ich pomocą ocenić nasze położenie, ale też jak z suszonego mięsa zmieszanego z łojem robić bochny pemikanu i zabezpieczać je przed wodą w lutowanych konserwach.
Melville skończył kompletować ekspedycję ratunkową i po własnych śladach wyruszył szukać De Longa. W tym samym czasie zaczęliśmy przygotowania do naszej ucieczki. Wtajemniczyliśmy dwóch skopców, którzy wykastrowawszy się wzajemnie, zasłużyli sobie na archanielski status w niebie. Nam to w niczym nie wadziło, bo brak przyrodzenia i jąder nie wpłynął na jakość ich ciesielskiej roboty. Przyłączyli się do nas, licząc, że spotkają braci w wierze, którzy uszli przed pogromami do Ameryki. Mieli warsztat na drugim brzegu Jany. Tam z drewna, które kupowaliśmy u Jakutów, rzekomo na obserwatorium meteorologiczne, budowali łódź.
Nie spieszyliśmy się, więc udało się uśpić czujność policmajstrów. Gorzej było z amerykańskimi reporterami, którzy zjawili się w Wierchojańsku, żeby relacjonować ratunkową wyprawę Melville'a.
- Uważajcie na tych durni - ostrzegał nas przed wyruszeniem. - Dla rozgłosu i nakładu oczernią własnego ojca.
Nam wydawali się niegroźni. Próbowali uczyć się jakuckich tańców, pożerali stroganinę zdziwieni, że można się nie zatruć surową, zmrożoną w sopel rybą. Ale przez nieostrożność poczęstowaliśmy ich też naszym pemikanem.
- Po co wam on? - dopytywali. - To przecież pokarm podróżników.
Całe szczęście wrócił Melville i skupił na sobie całą uwagę dziennikarzy. Odnalazł ciała De Longa i jego ludzi rozrzucone wokół wygasłego ogniska. Pochował ich w jednej wielkiej trumnie na szczycie wzgórza. Wystarczająco wysoko, żeby powodzie nie podtopiły grobu i nie wypłukały zwłok. Znalazł też dziennik dowódcy. Kończyła go lista kolejnych zgonów. Umierając, nie wiedzieli, że zaledwie parę wiorst dzieli ich od najbliższej jurty jakuckich rybaków.
SŁOŃCE OPUŚCIŁO SIĘ NISKO i przetaczało po nierównej, wyrzeźbionej w lodzie linii horyzontu. Dalej było już morze.
Wysiadłem z czółna. Wyciągnąłem je głęboko na brzeg, tam gdzie nie sięgały fale, za to piętrzyły się bryły śniegu zmieszanego z czarnym żwirem. Powiało chłodem, więc mocniej opatuliłem się kuchlanką z zajęczych skórek, zacisnąłem pas i wcisnąłem na uszy futrzaną czapę.
Wyspa była niewielka, na trzysta metrów szeroka, długa na półtora kilometra. Jedno z wypiętrzeń, które zmieniły deltę Jany w labirynt potoków. Ten labirynt wchłonął nas przed tygodniem i nie chciał wypuścić.
Wyjąłem z łodzi dubeltówkę i kosz. Dno wyłożyłem mchem. Ruszyłem pod górę. Droga na szczyt wzniesienia, które zajmowało większą część wyspy, zajęła mi nie dłużej niż dziesięć minut. Doszedłbym i w pięć, lecz zimny wiatr przyginał mnie do ziemi. Ale nawet jego gwizd nie był w stanie zagłuszyć pisków i niespokojnych gwizdów dobiegających ze wzgórza.
To były mewy. Cała kolonia, tysiące gniazd uplecionych na ziemi z traw i gałązek. Rozlokowane były w przedziwnym porządku. Najsilniejsze ptaki zajmowały miejsca najwyższe i najsuchsze, bo nie docierały tam rozbryzgi fal. Pozostałe rozlokowały się pomiędzy bajorami mętnej wody, wzdłuż wąskich, wydeptanych uliczek, po których wędrowali, przestępując z nogi na nogę, ptasi strażnicy. Ale większość mew siedziała na gniazdach.
Lepiej zorganizowanego miasta nie było w całej Syberii. I lepiej bronionego, bo kiedy zacząłem wybierać jaja, przebudzone ptaki rzuciły się na mnie z dzikim wrzaskiem. Spadały na ramiona, pikowały w głowę, ich dzioby i szpony próbowały się przedrzeć przez grubą czapę i dobrać się do mojego czerepu. Uciekałem, depcząc gniazda, co rozwścieczyło je jeszcze bardziej. Poczułem krew na policzkach, więc strzeliłem na postrach, ale zanim opadł dym, mewy znów kłębiły się nade mną i co chwilę przypuszczały atak. Chwyciłem dubeltówkę za lufę i zacząłem się nią oganiać jak pałką. Dopadłem łodzi. Nie mogłem jednak uciec, bo choć próbowałem zwodować moją łupinę, fale z powrotem wyrzucały ją na brzeg.
Wtedy z grubej i gęstej mgły wyłonił się myśliwy. Jakut albo Jukagir, nie wiedziałem. Mówił coś do mnie, ale wtedy nie rozumiałem jeszcze języka tubylców. Jednocześnie mierzył do mnie z łuku i się kłaniał. Potem pomógł mi zepchnąć łódkę na wodę. Nawet nie zauważyłem, kiedy mnie rozbroił. I przy tym wciąż zginał się wpół. Holował czółno na linie w stronę naszego obozu. Musiałem ostro wiosłować, żeby nie wywróciły go fale, więc nie mogłem się przyglądać, co się dzieje na brzegu. Gdy w końcu dno zaszurało o kamienie i wyskoczyłem na plażę, było już za późno, żeby uciekać. Zresztą dokąd? Sam? Przez pola kry, które przykryły szczelnie koryto rzeki i dzieliły mnie od jej ujścia? Przez morze, które pochłonęło "Jeanette" i dobry tuzin innych okrętów w zastawione na nie lodowe pułapki?
Wyglądali jak cienie rzucane przez magiczną lampę. Olbrzymy w futrzanych czapach, z karabinami i łukami w rękach, zakradające się w stronę naszej łodzi i obozu, który rozbiliśmy wokół niej.
Krzyknąłem, ale nie zdało się to na nic. Dwudziestu tubylców pod dowództwem isprawnika i jego kozaków otoczyło naszych i odebrało im strzelby. Byli zbyt osłabieni, żeby się bronić.
- CZY ZECHCIAŁABY PANI przyjąć zaproszenie...
Spodziewałem się odmowy. To było z mojej strony zbyt niespodziewane, zbyt śmiałe, Maria miała prawo potraktować mnie jak impertynenta. Ale przez ostatni kwadrans opowiadałem o naszej nieszczęsnej ucieczce, a jednocześnie w mojej głowie Warszawa skurczyła się do kilku miejsc, w których ustawiałem dwie wycięte z kartonu figurki. Ona i ja w cukierni Lourse'a w Europejskim, pijalni wód w Ogrodzie Saskim, Salach Redutowych w operze, gdzie co środę odbywały się koncerty dla członków Towarzystwa Muzycznego. Wyciągałbym głowę jak pies, żeby wyłowić zapach jej perfum w tłumie wypełniającym foyer. Potem w niedzielę po mszy zabrałbym ją konnym tramwajem do Wilanowa na spacer wśród opatulonych w słomę róż. A w Wigilię...
Podała mi dłoń, jak dobremu znajomemu. Zapamiętałem melodię jej głosu, ale tylko strzępy słów.
- Nie jestem pewna, czy to wypada.
- W tak wyjątkowy dzień?
- Może zechce pan do nas wstąpić chwilę wcześniej?
- Nie chciałbym przeszkadzać.
- Przy stole znajdzie się miejsce dla wędrowca.
Wyjęła kajet, zapisała adres ołówkiem, wydarła kartkę i włożyła mi w dłoń.
- Więc do zobaczenia.
- KNUT?
- To rodzaj bicza. Cztery skręcone rzemienie z wplecionymi kawałkami żelaza na krótkim trzonku. Jedno uderzenie wystarczy, żeby pozbawić przytomności, dwa, żeby zabić, a ja za próbę ucieczki miałem dostać pięć.
- Więc jakim cudem...
- Przeżyłem? Miałem szczęście.
Siedzieliśmy z jej matką we troje przy wielkim stole. Chwaliłem barszcz i kapustę z borowikami, pochłaniałem kutię, której nie kosztowałem od ponad dwudziestu lat. Maria zadawała pytania, słuchała odpowiedzi, nawet uważnie, skoro była w stanie je przytomnie skomentować. Ale ja wciąż miałem wrażenie, że to nie są te pytania ani te odpowiedzi. Być może onieśmielała ją obecność matki, którą z letargu budziła każda chwila milczenia. Paplała wtedy o śmierci nieszczęsnej Sissi, zabitej przez włoskiego anarchistę pilnikiem do paznokci, i o ruchomych obrazach braci Lumi?re, które oglądały w cyrku Cinisellego. Gadała chyba nie po to, żeby zapełnić ciszę, ale żeby w tej ciszy między mną i Marią nie pojawiło się coś nieodwracalnego. Żeby nie padły jakieś zakazane słowa.
- Więc jak wygląda szczęście na Syberii?
- W zasięgu tysiąca wiorst nie było kata, który mógł wymierzyć karę. Proszę się nie śmiać, to nie koniec. W zamian wywieziono mnie jeszcze bardziej na północ. Spędziłem tam dwanaście lat.
- Wśród Jakutów?
- Widzę, że pani trochę już o mnie wie.
- Czytałam pańską książkę.
- No cóż, zyskała w Petersburgu pewien rozgłos, a mnie przyniosła ułaskawienie i wolność. Więc gdyby nie Jakuci, nie byłoby mnie tutaj.
PO KOLACJI WYSZLIŚMY na zmrożone miasto. Śnieg zrobił w Warszawie wszystko, czego nie zrobili Bóg, car ani żaden inny duch dziejów. Pojednał równą warstwą bogatych i biednych, Rosjan i Polaków, Polaków i Żydów - nie tylko na ulicach, ale i na cmentarzach, bo wszystkie nagrobki pozmieniał w białe kurhany. Zasypał szczeliny w bruku, a jeziorka i sadzawki zmienił w gładkie lodowiska. Przewracały się na nich, moczyły gacie i zbierały za to równo po dupach dzieciaki wszystkich stanów i wyznań. Na Krakowskim Przedmieściu nie trzeba było ślizgawki, żeby przechodnie tańczyli na oblodzonych trotuarach. Wysiedliśmy niemal wprost pod koła omnibusu. Woźnica krzyczał, nie słyszałem co. Nogi same nas niosły, otaczało szarzejące o zmroku, połyskujące świątecznymi iluminacjami miasto. Przez zaparowane okulary wyglądało jak własne widmo. Pod powiekami miałem cienką warstwę lodu, uszy zakleił śnieg, a myśli płynęły powoli jak w skutym strumieniu. To było dobre. Zimno studziło niepokój, który czułem, kiedy szła obok, trzymając mnie pod rękę.
Przed nami stał kordon policji. Za nim gęsty tłum, orkiestra, a w środku, na postumencie, pomnik okutany w płótno.
- Wie pani, że najchętniej jeszcze by go skrócili? - szepnąłem, wskazując statuę. - I przesunęli za jakieś drzewka, żeby mniej się rzucał w oczy.
- Mój Boże, dlaczego?
- Ze strachu. Tylko że moi czcigodni koledzy z komitetu budowy swój strach nazywają odpowiedzialnością. Liczyli, że Godebski nie zdąży z projektem, a potem, że Włosi nie zrobią odlewu na czas, więc sprawa się odwlecze, a pomnik odsłoni się po cichu, jakby to był pogrzeb samobójcy.
- Nie rozumiem, przecież car pozwolił.
- Oni mówią, że skoro Mikołaj jest skłonny poluzować kajdany, nie wolno go drażnić. Wierzą, że ratują naród przed rozlaniem niewinnej krwi, a siebie przed katorgą.
- Szkoda, to miało być wielkie święto.
- I byłoby. Ale zgodzili się na wszystko, czego życzyła sobie policja. Żadnych przemówień, pochodów, nawet ogłoszeń w gazetach. Kazali przed odsłonięciem wystawić zaproszenia i nikogo bez upoważnienia nie wpuszczać za kordon.
Wyciągnąłem nasze bilety, przecisnęliśmy się między żandarmami. Podeszliśmy bliżej, jako członkowi komitetu należały mi się miejsca tuż przed cokołem. Ściskałem dłonie tych, których jeszcze przed chwilą nazywałem tchórzami. Wszystko dla niej. Liczyłem, że zamiast przybłędy z obciążoną hipoteką zobaczy we mnie kogoś, kto ma przed sobą jakąś przyszłość.
Orkiestra zagrała poloneza z Halki, opadła zasłona, Mickiewicz nie zstąpił z cokołu, milczał tak jak my, jednocześnie dumni i zawstydzeni. Policjanci żądali, żeby się rozejść, więc rozchodziliśmy się posłusznie.
Zamierzałem już odprowadzić Marię do domu, kiedy dostrzegłem, że wokół pomnika znów gęstnieje tłum. Inny niż ten z zaproszeniami. W czapkach zamiast kapeluszy, usmolony, ze śniadaniowymi manierkami w dłoniach. Robotników na polecenie policji zatrzymano w fabrykach, żeby odsłonięcie pomnika nie zmieniło się w masową demonstrację. Teraz szli rzeką wokół barierek i nie dawali się przegonić.
- Nie zatrzymywać się, nie gapić! - krzyczeli żandarmi, ale tłum nie reagował. Po chwili wynurzył się z niego młody robotnik. Unieśli go na ramionach, a on wyciągnął z kieszeni kartkę i zaczął czytać. Mówił coś o duchu, który nas karmi, o nieśmiertelności słów i zmartwychwstaniu narodów. Słowa były ciężkie, sensu w nich niewiele, za to melodia mąciła umysły i chwytała za serca. W powietrzu było mdło od patosu i gęsto od gniewu. Miałem pewność, że zaraz zaczną się zamieszki.
Chciałem przebić się przez tłum na Trębacką, pociągnąłem za sobą Marię. Wtedy poczułem, że nagle się zatrzymała. Odwróciłem się do niej. Patrzyła przed siebie, z jej oczu wyczytałem ciekawość i zaskoczenie. Podążyłem za jej spojrzeniem. Zobaczyłem tylko zaporę z gęsto stłoczonych pleców. A potem jego. Stał odwrócony w naszą stronę, w kaszkiecie zaciągniętym na czoło i z twarzą ukrytą w kołnierzu szarej kurtki. Nieznacznie uniósł czapkę. Odpowiedziałem skinieniem, ale to nie ze mną się witał. Maria z opóźnieniem pochyliła głowę. To było tylko drgnienie, ale musiał to zauważyć. Kiedy się uśmiechnął, ona mocniej zacisnęła dłoń na moim ramieniu.
- Chodźmy już - poprosiła.
- Znasz go? - zapytałem.
- Kiedyś, nawet całkiem dobrze.
TEŻ GO ZNAŁEM. TOWARZYSZ WIKTOR. Józef Klemens Piłsudski. Ziuk. Zaraz po Nowym Roku wpadł bez zapowiedzi do mojej kawalerskiej kwatery.
- Udało się, całkiem zgrabnie nam się udało!
Był w doskonałym nastroju, zresztą nawet na pogrzebie trudno byłoby znaleźć na jego twarzy oznaki żałoby.
- Tchórzliwe dziady myślały, że dadzą radę po cichutku, ale pokazaliśmy im, kto ma w Warszawie rząd dusz!
Oczy mu świeciły spod grubych zrośniętych brwi i ciągle się śmiały. A już najbardziej, kiedy żartował, a żartował ciągle, choć czasami trudno było zrozumieć jego dowcipy, bo zaczynał się śmiać, zanim je dociągnął do pointy. Ale po powrocie z Londynu, z kongresu II Międzynarodówki, przynajmniej nie śmiał się na czarno. Wyrobili mu tam porcelanowe zęby w miejsce tych, które wybiła kolba strażnika w irkuckim więzieniu.
Zdjął kaszkiet, przeczesał się po wygolonej na jeża czarnej czuprynie i rozsiadł w moim fotelu, jakby od tej pory miał należeć tylko do niego. Opowiadając, drapał się po brodzie wygolonej w tępy szpic.
W końcu był w miarę bezpieczny, choć jeszcze niedawno, żeby nie wpaść w ręce policji, wieczorami wsiadał do pociągu, przesiadał się w środku nocy i wracał nad ranem do Wilna składać i drukować kolejny numer "Robotnika". A potem jechał do Warszawy, do towarzyszy, na spotkania, po pieniądze, po wieści. Wciąż na nielegalnych papierach, z nielegalną miłością i pogonią na karku.
Latem wszystko się zmieniło. Ożenił się z Piękną Panią, dla której z katolika przemalował się na lutra. Całkiem poważnie się przy tym narażał, bo choć Paproć Duża w guberni łomżyńskiej to nie Warszawa, na zapowiedziach pastor czytał niezakonspirowaną prawdę: Józef Klemens Piłsudski chce pojąć za żonę Marię Kazimierę Juszkiewicz z domu Koplewską. A potem kartka z ich nazwiskami, aż za dobrze znanymi policji, wisiała przez trzy tygodnie wśród ogłoszeń parafialnych.
Nie pojechałem na ten ślub, choć wtedy znałem Ziuka już całkiem dobrze.
Ktoś nas sobie przedstawił podczas jednego z moich występów. Podał jego konspiracyjne nazwisko, ale to mi wystarczyło, żebym wiedział, z kim mam do czynienia. Potem spotkałem go jeszcze raz czy dwa, więc kiedy zjawił się u mnie, wiedziałem, choć nie powinienem wiedzieć, że przeprowadził się z Wilna, że wynajął mieszkanie w Łodzi i przeniósł się tam z żoną i drukarnią. Tam nikt go nie znał. Nikt też nie znał Pięknej Pani. Nikt o nic nie pytał.
- Chcesz kawy?
Nie chciał.
- Wódki?
- Daj mi herbaty.
Kazałem gospodyni nakroić chleba i posmarować szmalcem. On ciągle był głodny. Nie tylko w tym przypominał mi dawnego mnie, kiedy bez pieniędzy, ze szlacheckim tytułem wartym tyle, co sznurek do stryczka, pracowałem jako ślusarz w warsztatach Ulrycha. Miałem swoją szafkę, imadło i nic więcej. Roboty nie było zbyt wiele, a czasu pod dostatkiem, żeby myśleć, jak deklasację zmienić w misję. Nocą na stancji czytałem Marksa i wierzyłem coraz mocniej, że historia swoim ciężarem przetoczy się po naszych ciemięzcach, a przy okazji wyzwoli Polaków.
- Wiesz, co nas różni? - spytałem go.
- Że ty gadasz po warszawsku, a ja śpiewam po wileńsku?
Zaśmiałem się.
- Tobie od ośmiu lat udaje się unikać szpiclów.
- Trochę wprawy i uczysz się ich wyłapywać jak gnidy - odparł. - Gorzej z tymi, którzy zaczynają sypać w śledztwie. Myślisz twarda sztuka, a połaskoczesz kijaszkiem i wyłazi z niego baba.
- U nas takich nie było.
- Albo nic o nich nie wiesz.
- Może i tak. Ale nie trzeba było zdrady. Wystarczyło parę zebrań i ochrana miała między nami więcej agentów niż działaczy wartych śledzenia. Byliśmy zupełni amatorzy.
- Mnie też pierwszy raz złapali, zanim liznąłem konspiracji.
- Na ile cię zesłali?
- Pięć lat.
- Łagodnie. Mnie parę miesięcy działalności kosztowało osiemnaście zim.
- Słyszałem, że za próbę zabicia komendanta więzienia.
- Brednie. Rzuciłem w niego framugą od okna.
- Trafiłeś?
- Uchylił się.
- Pech.
Drzwi skrzypnęły i gospodyni, łypiąc spod oka to na niego, to znowu na mnie, bardziej jednak na niego, wniosła poczęstunek. Do rozmowy wróciliśmy, gdy zniknęła w korytarzu. Ziuk spytał:
- A z jakiej okazji ta bitka?
- Jak nas posadzili w Cytadeli, jeden z naszych wychylił się przez okno. No to go strażnik zastrzelił. Podnieśliśmy bunt.
- Tak jak my na etapie w Irkucku. Straciłem dwa zęby.
- A ja niemal życie. Myślałem, że już nie wrócę.
Sięgnął do talerza i zgarnął na raz dwie kromy, pierwszą do ust wpychając sobie nieomal w całości.
- Mój brat jeszcze nie wrócił - rzucił między jednym a drugim kęsem.
- Wciąż siedzi na wschodzie?
Przełknął i popił herbatą.
- Diabli wiedzą, co się z nim tam porobiło. Jakoś, durny, nie spieszy się do domu.
- Skoro nie ogarnęła go amnestia...
- Ale pozwolili mu przenieść się do Władywostoku! A on, zamiast pchać się dalej na zachód, chce wracać na Sachalin.
- Może do jakiej baby?
Ziuk zaśmiał się szczerze, jak z własnego dowcipu, i z niedowierzaniem pokręcił głową.
- Sam zobacz - powiedział i rzucił na stół pakiet listów. - Może ty coś z nich zrozumiesz.
Zdziwiłem się. Myślałem, że chce ze mną gadać o wojnie szykującej się na południu Afryki albo memoriale warszawskiego generał-gubernatora, który przemycił do Londynu. Przeszłość mogła się okazać dla niego ciężarem, więc sądziłem, że nie włóczy jej za sobą. A jednak przyszedł do mnie w sprawie swojego starszego brata.
- Byłeś tam dłużej niż ja. - Mówiąc to, spojrzał na moje dłonie, jakby były kalendarzem, na którym odznaczały się lata katorgi. - Więc może mi powiesz, co się z nim dzieje.
ZIUK OPOWIADAŁ O SWOIM BRACIE tonem lekceważenia zmieszanego z troską. Taką mieszaniną maluje się zwykle portrety bliskich krewnych, których wciąż trzeba pilnować, poganiać, ignorować ich potknięcia i gafy, wzdychać, kiedy nie patrzą, podsyłać im pieniądze, wyciągać z kłopotów, a na koniec przygarnąć, żeby cichutko pomarli jako wariaci na strychu. Ale po chwili w jego głosie zaczynał pobrzmiewać szczery ból.
- Kiedy nas zesłali, chciałem jechać do niego na Sachalin - powiedział prawie szeptem.
- We dwóch łatwiej przeżyć?
- Prawda. Ale nie pozwolili. I dobrze. Może bym nie wrócił. Tak jak on.
- Mówisz o nim jak o umarłym.
Spojrzał na mnie z pretensją. Pewnie chciał ode mnie wiary, że jeszcze przyjdzie im się spotkać, a jednak odpowiedziałem, że nie będę czytał listów Bronisława. Tłumiąc złość i rozczarowanie, tłumaczyłem, że nie mam siły znów obracać głowy na wschód i nie pozwolę, żeby niedogojone rany jątrzyły się pod wpływem cudzych słów.
Ale wiedziałem, że złe uczucia kładą się warstwami. Pod moją złością kryło się coś paskudniejszego. Zazdrościłem Ziukowi, że zgubił strach, który mnie kazał co pięć kroków oglądać się za siebie, i brawury, napędzanej niepodważalną wiarą we własną nieomylność. Przede wszystkim jednak byłem zazdrosny o jego brata. Nie dlatego, że pisał lepiej niż ja, bo na pewno nie pisał, a jego historia była zapewne podobna do setek innych, niemal identycznych, z pojawiającymi się w tych samych miejscach scenami buntu, rozpaczy i poszukiwania czegokolwiek, co odwróciłoby bieg samobójczych myśli. Przecież przechodziliśmy tę samą drogę, nawet jeśli oznaczała ją inna kreska na mapie.
Ale i tak każdy z nas musiał wykrzyczeć, wyrzęzić albo wypłakać własny los. Wierzyliśmy, że jest wyjątkowy, bo nasz. Błagaliśmy, a potem żądaliśmy, łapiąc za guziki przypadkowych słuchaczy, żeby dali nam się wygadać, żeby zapisali nasze słowa i rozesłali jak najdalej. Potem czekaliśmy z zaciśniętymi gardłami, aż świat potwierdzi, że nasze cierpienie miało jakikolwiek sens. Bez odpowiedzi to wszystko, co przeżyliśmy, było jałową katastrofą.
Tylko ile można strawić takich historii? Ilu ofiarom współczuć bez złości, którą budzi ich bezradność? Wiedziałem już aż nadto dobrze, że cierpliwość bliźnich jest tylko krótkotrwałym zaburzeniem na tafli obojętności. Dlatego nie mogłem tolerować konkurencji. Nie chciałem pozwolić, żeby ktoś zagłuszył mój głos. Zazdrościłem nawet martwym, przystawiałem ucho do grobów, żeby się upewnić, czy na pewno zamilkli na wieki. Bacznie obserwowałem trawę na mogiłach i kwiaty, bo z nimi mogła wyrosnąć zaszyfrowana wiadomość. Ale i tak przewagę mieli ci, którzy nie wrócili, i ci, którzy pomarli. Wcale nie gnili, lecz zmieniali się w kamienie. Ich słowa nabierały większej powagi, więcej wysysały łez, budziły głębsze współczucie. Żeby rywalizować z posągami, byłem gotów nawet łgać, byle tylko mnie słuchali.
Ale nie mogłem tego wszystkiego powiedzieć Ziukowi. Dla niego miałem inny argument:
- A poza tym, jak Bóg da, wkrótce będę się żenił.
Zaśmiał się jakoś nieszczerze.
- No tak, całkiem bym zapomniał. Gratuluję narzeczonej.
- Chyba się znacie? Tam, pod pomnikiem...
- Dawne dzieje - odburknął i nagle zaczął się spieszyć. Kazał mi zgasić lampę i podszedł do okna. Przyszła odwilż, po szybach turlały się ciężkie krople i ciągnęły za sobą rozmyte ogony światła. Wyjrzał na ulicę. Wypatrywał szpiclów, którzy mogli czaić się w bramach.
- Pusto - rzekł i podał mi rękę. Spojrzał mi w oczy. - To dobra dziewczyna, tylko trochę narwana. Czasami trudno upilnować. Ale życzę szczęścia.
Chciałem go dopytać, lecz zarzucił płaszcz, postawił kołnierz i zaciągnął czapkę na oczy.
- Nie da się moknąć z godnością. - Zaśmiał się, a podłoga zaskrzypiała pod jego kamaszami ze zwiędłej skóry. Odprowadziłem go do drzwi, potem wróciłem do mojego pokoju, który nie był już pusty. Ziuk pozostawił w nim cienką mgłę z papierosów i talerz wyczyszczony z okruchów. Obok nich leżał plik listów od jego brata.
Wybiegłem na ulicę, żeby mu je oddać. Za późno. Piłsudski rozpłynął się w wilgotnym mroku.
BYŁEM WŚCIEKŁY NA ZIUKA. Nie dość, że zjawił się nieproszony i zasiał niepokój niejasnymi sugestiami na temat Marii, to podstępem zwalił mi na głowę historię swojego brata. A przecież mój pobyt w Warszawie wciąż zależał od woli policmajstrów. Gdyby listy wpadły w ich ręce, gdyby powiązali je z Ziukiem, wystarczył jeden podpis i musiałbym wracać do Irkucka.
Wrzuciłem pakiet na dno szuflady, zapomniałem.
Odnalazłem go kilka tygodni później, kiedy szykowałem się do przeprowadzki i wymiotłem swój pokój ze wszystkiego prócz kurzu. Tragarze zabrali kufry, a ja na wszelki wypadek raz jeszcze otwierałem drzwi szaf, wciskałem dłonie w głąb półek, wyciągałem szuflady z biurka i komody. W najniższej, pod płachtą "Kuriera", którą wyścieliłem dno, wymacałem plik kartek. Przez chwilę zastanawiałem się, czy go zostawić, czy zabrać ze sobą.
Trzeba było zostawić.
- Coś jeszcze? - usłyszałem za sobą głos woźnicy. Wzdrygnąłem się, odruchowo wsunąłem pakiet do kieszeni.
- Nie, już jedziemy.
KIEDY USADOWIŁEM SIĘ W DOROŻCE, rozerwałem sznurek. Listy wysypały mi się na kolana. Postrzępione krawędzie i plamy ze stearyny potwierdzały, że Ziuk czytał je wiele razy. Zaciekawiło mnie, czego w nich szukał i czego nie znalazł, skoro przyszedł do mnie.
Rozprostowałem na kolanie zwiotczały ćwierćarkusz wycięty z płachty kancelaryjnego papieru. Z trudem, słowo po słowie, rozszyfrowywałem opis burzliwego morza, z którego wyrastały ostre zęby skał, zarys klifów, obraz czarnych plaż z rozkładającymi się na nich cielskami wraków, jezior błota i wielkich jodeł na stokach nieustannie zamiatanych przez wiatr. Niewiele więcej mogłem wyczytać. Prawie połowę zdań zaczernił cenzor. Ale i z tego, co zostawił, dało się odtworzyć szczegółową mapę piekła. Tylko komu mogła się przydać taka mapa?
Z listu na list skreśleń było coraz mniej. W pierwszych autor pisał "tam" i "u nich", a każde zdanie naznaczał obrzydzeniem. Pogarda pewnie miała go chronić przed dotykiem czarnego miału pod stopami i nie pozwolić, by zlał się z błotem i zniknął. Ale mijały tygodnie wyznaczane kolejnymi listami i "tam" zmieniło się w "tu", nie było już "u nich", tylko "u nas", zima zmieniła się w wiosnę, zmarznięte bagna w łąki, bezimienne cienie miały już imiona i jakieś życie. Powoli zmieniał się też język, którym pisał. Wtrącał pojedyncze rosyjskie wyrazy, potem całe zdania zapisywał w języku, który jeszcze niedawno musiał parzyć go w usta.
Z czasem i ten dziwny, pomieszany język zaczął się psuć. Zdania rozsypywały się i coraz trudniej było mi pojąć ich sens. Litery też były coraz koślawsze, jak u dziecka. Niekiedy zamiast słów pojawiały się znaki jakiegoś nowego alfabetu i hieroglify z wplecionymi w nie pyskami zwierząt.
Wariował. To była pierwsza myśl. Nic nadzwyczajnego, mógłbym opowiedzieć kilkadziesiąt historii o ludziach, którym mózgi wiotczały od samotności, bicia, wiecznej nocy i nieleczonych chorób. Zmieniali się w gadające kukły, które przeżuwały w kółko swoje krzywdy, szukały rozrzuconych po ziemi znaków zostawionych im przez Boga albo diabła. Bez znaczenia, gadali z jednym i drugim, również w listach, które wszakże nie przypominały tych przyniesionych mi przez Ziuka. Tamte wrzeszczały: zbaw albo przeklnij! W tych coraz cichszy był głos autora i coraz trudniej było odpowiedzieć, kto tak naprawdę je pisze. Jakby autor zmienił się w narzędzie, spisywał to, co mu dyktują w jakimś obcym języku. Albo w języku, który sam tworzył, żeby opowiedzieć o świecie, gdzie nie obowiązują ludzkie prawa. Gdzie jakieś inne moce wywabiają liście z gałęzi i słońce spod horyzontu, trzymają kamienie w stosie, nie pozwalają spadać gwiazdom, zmieniają wodę w lód, każą pisklęciu przebijać się przez skorupę, a kobietom krwawić, zanim pocznie się w nich nowe życie. W tym dziwnym języku autor na nowo wiązał słowa i rzeczy, decydował, gdzie jest góra, gdzie dół, oddzielał jasność od ciemności, dobro od zła. Łączył żywe i martwe w nowe rodzaje i gatunki. Spisywał prawa ludziom i zwierzętom, a człowiekowi historię i reguły, które rządzą jego losem.
W jego opowieściach mieszały się czasy, więc nie wiedziałem, co widział na własne oczy, a co zdarzyło się przed wiekami albo wcale. Co sam wymyślił, a co było historią, która krążyła dotąd z ust do ust, więc postanowił zaczernić nią papier.
W listach obok żywych ludzi pojawiły się gadające niedźwiedzie, orły i lisy, które wykradają ludzkie dzieci. Półbogowie, którzy wyprawiają się po żony do boskich krain. Duchy, które mieszkają w ogniu, żelazie, postrzępionych gałęziach, i kobiety z waginami pełnymi kamiennych zębów, które pozbawiają wędrowców męskości oraz życia.
- Jedź, na co czekasz? - krzyknąłem, kiedy zniecierpliwiony woźnica odwrócił się na koźle.
Dorożka stała pewnie już piątą minutę w chmurze końskich i ludzkich oddechów.
- Przecież jesteśmy na miejscu.
- Ruszaj dalej. Zapłacę.
- Przydałby się jakiś adres.
Podniosłem głowę znad postrzępionych kartek zapisanych słowami, które zrastały się ze sobą i wyglądały jak błękitne cienie.
- Jedź, dokąd chcesz, wszystko mi jedno.
Ostatni list wciąż miałem w ręku. Piłsudski pisał w nim o bliźniętach.
KIEDY PO BOŻYM NARODZENIU oświadczyłem się Marii, postawiła mi tylko jeden warunek: ślub ma się odbyć jak najszybciej. Zgodziłem się. I jeszcze na to, żeby po cichej ceremonii u wizytek na jakiś czas wróciła do matki. Ja po przeprowadzce z mojego kawalerskiego pokoju na Żurawiej przeniosłem się do siostry i zakopałem w stertach starych gazet. Sczytywałem z nich nawet ogłoszenia o zbiórkach dla ubogich, choć nie miałem nic, czym mógłbym się dzielić. Ale po dwudziestu latach postu każdy strzęp zadrukowanego papieru był dla mnie jak rozdział z Tołstoja albo Stendhala. Myślałem, że czekając na Marię, poznam na nowo świat, który podczas mojej nieobecności przetestował karabiny maszynowe na wojownikach króla Lobenguli, oszalał na punkcie promieniotwórczości i sparszywiał po sprawie Dreyfusa. Lecz mijały tygodnie, a mnie było coraz trudniej z nietykalną żoną. Razem chodziliśmy do Zachęty i razem śmialiśmy się na rewiach w Alhambrze, ale kiedy próbowałem zbliżyć się do niej, pod moim dotykiem jej skóra zmieniała się w marmur. "Nie trzeba się spieszyć" - myślałem, chociaż starając się schwytać jej spojrzenie, lądowałem zwykle w dekolcie albo w okolicach wgłębienia nad obojczykiem. "Potrzebuje czasu, żeby się oswoić" - przekonywałem swoje pragnienie, które przypadkowe muśnięcia skóry zmieniały w torturę. Dobiegała trzydziestu lat, ale wciąż miała jedwabne włosy, niezmącone oczy, pachnący oddech. Ze mnie został mocno wysłużony korpus, niepewne ręce i czaszka przesłonięta pasmami srebrzonych włosów. Tylko co to zmieniało? Wzdłuż kręgosłupa łaził mi przeklęty bies, który kąsał i gadał: jesteś bohaterem, wycierpiałeś ją sobie, nie czekaj, bierz, jak brałeś. Jednak tamte miały twarze ogorzałe od słońca i mrozu, spierzchnięte usta, które całowały, jakby przeżuwały mięso, i twarde dłonie wyciągnięte po to, na co same miały ochotę. A Maria była jak Madonna z obrazów Ghirlandaia. Naraz monumentalna i krucha.
Słój z eterem. Jak miałem go rozbić i nie ulotnić gazu?
Wciąż gadaliśmy, a to o wielkim meteorycie, który spadł na zamarznięty Bałtyk, a to o pierwszej kobiecie, co skonała na krześle elektrycznym. Czytałem jej na głos Ziemię obiecaną, która właśnie wyszła u Gebethnera i Wolffa, lecz nigdy nie pytałem o przeszłość. Sądziłem, że tego właśnie oczekuje, więc w nagrodę otrzymam więcej, niż mogłem wyżebrać tuż po ślubie. Ale w końcu zacząłem się niepokoić, że moja żona żywiła gorące uczucie, lecz nie do mnie. Kochała swoją ofiarność i spojrzenia mężczyzn, którzy zauważyli ją i zaczęli pożądać dopiero wtedy, gdy wybrała okaleczonego na ciele i duszy przybłędę. Jej miłość potrzebowała publiczności. Tylko cudze spojrzenie sprawiało, że była w stanie zdobyć się na dotknięcie mojej dłoni, na bliskość ramion, na niemal czuły pocałunek w policzek. Żeby skonsumować małżeństwo, miałem więc wpuścić do sypialni pół Warszawy? A może ustawić łóżko na scenie Rozmaitości?
Był jeszcze jeden problem, wstydliwy, nie chodziło jednak o syfilis. Wyleczyłem się z niego jeszcze w Irkucku, na co miałem odpowiednie papiery, które pokazałem mojej teściowej tuż przed ślubem wraz z bezterminowym pozwoleniem na pobyt w Warszawie. Chodziło o ruble, a raczej ich brak, bo honoraria za moje artykuły poszły na celebrowanie narzeczeństwa i krawca, który obszył mnie po warszawsku. A pisarz we mnie zdechł, więc pospiesznie pogrzebałem trupa, żeby nikt nie zauważył, jak cuchnie. O wynajęciu nawet skromnego apartamentu, gdzie w jakiej takiej intymności moglibyśmy skonsumować nasz związek, nie mogło być mowy. Dlatego musiałem wykopać zwłoki, powyciągać z szuflad porzucone pomysły i rozesłać w świat. Na warszawskie redakcje ani na tutejszych wydawców nie liczyłem wcale. Ich kopiejkowe stawki za wiersz nie dawały nadziei na rychły koniec białego małżeństwa. Takie to czasy, że się bardziej opłacało być podrzędnym rosyjskim pisarczykiem niż polskim literatem. No, chyba że Sienkiewiczem; ja nie byłem, nie szkodzi, wkrótce z Moskwy przyszedł kontrakt i zaliczka. Zamknąłem się więc w pokoju, żeby skończyć powieść, której tematu, bohaterów ani przebiegu zdarzeń nie pamiętam. Bo nie warto. Liczyły się pieniądze, dzięki którym mogłem wynająć lożę w teatrze, wozić się powozem do Natolina. To mnie upajało. Żyłem.
NASZĄ PIERWSZĄ WSPÓLNĄ sypialnią był ciasny przedział w schlafwagonie nocnego ekspresu z Wiednia do Wenecji. Ona zażyczyła sobie spać osobno, na dole. Poprosiła, bym wyszedł, kiedy przebierała się do snu. W restauracyjnym wypiłem kieliszek sznapsa, a potem jeszcze jeden, wyglądając przez okno na alpejskie łąki, które osuwały się w doliny pod ciężarem mgły.
Kiedy wróciłem do przedziału, Maria leżała w pościeli zakopana po uszy. Udawała, że śpi. Czekałem więc na Wenecję, ale hotel Schiavoni tylko z fasady przypominał solidne palazzo. W środku czekał na nas pokój bez widoku, za to z wygódką za ścianą. Próbowała ochrzcić pościel perfumą, ale i tuzin flakonów nie ukryłby swądu zgnilizny. Ja smrodu się nie bałem. Przywykłem. A potem nauczyłem się go rozumieć. Bo smród jest szybszy niż słowa. Potrafi odgonić złe albo ostrzec przed niebezpieczeństwem. Zabójca cuchnie inaczej niż tchórz, a okutany w kożuch tubylec inaczej niż przybysz, od którego nie odkleiły się jeszcze zapachy jego świata. Smród mówi, kim jesteś i skąd, czym się najadłeś albo od jak dawnaś głodny, czy jesteś podłej, czy wysokiej rangi. Smród zapowiada śmierć albo ozdrowienie. I nie przeszkadza miłości. Miałem kobiety w miejscach śmierdzących przeraźliwiej niż pokój przy wygódce w hotelu Schiavoni. Na klepiskach, na materacach wypchanych przegniłym mchem, w kłębach odganiającego komary dymu z krowiego łajna, na psich skórach, w zakopconych ziemiankach, gdzie tuż obok gził się i pierdział tuzin nieszczęśników, dla których cuchnący wódką i surową rybą oddech kobiety był ostatnią nadzieją, że ich rankiem nie znajdą zaszronionych i sztywnych.
Tylko wciąż bałem się jej o tym opowiedzieć.
SĄDZIŁEM, ŻE FLORENCJA BĘDZIE SPRZYJAĆ MIŁOŚCI. Tym bardziej że Maria była w euforii, gdy pielgrzymowaliśmy od Giotta do Fra Angelica, od Santa Croce do Santo Spirito, z Uffizi do Akademii. Ale przyrodzeniem Dawida zajęta była bardziej niż moim, więc nasze łóżko pozostawało zimne. Bałem się, że wciąż cuchnę jej psią skórą, kobylim mlekiem i surowym mięsem, bo zapachu, który wsiąkał we mnie przez lata, nie da się zmyć ani wyparzyć. Próbowałem się pocieszyć, podglądając Wenus z Urbino, lecz jej moc znikła, gdy się do niej zbliżyłem i dostrzegłem, że sutki to zaledwie maźnięcia farbą. Więc kiedy zamykały się galerie i kościoły, wspinałem się na plac Michała Anioła i udając, że kontempluję kopułę katedry, pozwalałem się wodzić na pokuszenie florenckim kurwom. Zbliżały się na odległość oddechu zaprawionego grappą. Słownik ars amandi wraz z cennikiem recytowały w języku Petrarki, a jak trzeba było, to i po angielsku. Obiecywały więcej, niż mogłem pragnąć, niewiele chciały w zamian, ale i tak wróciłem do Marii.
"Cierpliwości... - uspokajałem moje stwardniałe dłonie i usta w połowie pozbawione czucia - ...ona jest przecież twoją nagrodą albo i rentą wieczystą za męczeństwo. Nie pokalaj więc daru, jaki ci wypłaci za blizny, za obite kości, za każdy odjęty palec".
Bałem się myśleć na głos, żeby nie usłyszeć, jakie bzdurności krążą mi po głowie. Następnego dnia rano, jeszcze zanim zaczęliśmy nasz bieg po pałacach i kościołach, wypłukałem je karafką cierpkiego wina.
W RZYMIE WYBRALIŚMY SIĘ DO OPERY. Grali idiotyczną sztuczkę o dziewczynie porwanej do burdelu. Bohaterowie nazywali się Osaka i Kioto, a śpiewaczki snuły się po scenie ze związanymi nogami, więc domyśliłem się, że rzecz cała dzieje się w Japonii. Nie miałem pojęcia, kim są gejsze, i nie przypuszczałem, że niedługo będę się przyglądał, jak tańczą i głaszczą długimi palcami rozkwitające piwonie. Lecz i tak wiedziałem, że wszystko to jest kolosalną bujdą. Maria była jednak zachwycona. To mało powiedziane. Opętała ją ta muzyka, po powrocie do hotelu słyszałem, jak śpiewa, chociaż nawet nie otworzyła ust. Jak szamanka, której dosiadają bogowie, była jednocześnie chórem wznoszącym hymn do Słońca, ślepym ojcem przeklinającym córkę, umierającą diwą.
Zobaczyła w lustrze, że zbliżam się do niej. Odwróciła się gwałtownie i zesztywniała. Stała przede mną ze ściśniętymi pięściami i kroplami zastygłego szkła w oczodołach. Coś się w nich odbijało na dnie, ale nie dość wyraźnie, żebym mógł rozpoznać, kogo widzi i co czuje, kiedy patrzy w moją stronę.
- Proszę... - powiedziałem i dotknąłem jej policzka. Przechyliła głowę, żeby wymknąć się moim palcom.
Opuściłem rękę. W odpowiedzi uniosła brwi. Dobrze już znałem to ironiczne spojrzenie. Czekałem, aż zmęczy ją nasz pojedynek i opuści wzrok. Ale to ja przegrałem. Próbowałem zachować spokój, lecz z moich ust popłynęło rozpaczliwe skomlenie:
- Co jeszcze? Każesz mi żebrać o twoją miłość? - Osunąłem się na kolana, ale było w tym geście więcej komedii niż błagania. - Przecież to ty mnie wypatrzyłaś i wybrałaś! Po co? Żeby mnie dręczyć?
- Niech pan nie będzie głu... - przerwała w pół słowa. Pojęła, że się zapomniała.
- Pan? - Wstałem raptownie, otrzepałem spodnie. - Więc aż tak jestem dla ciebie obcy?
Porwałem z krzesła płaszcz. W drzwiach obejrzałem się za siebie. Szła za mną, może nawet chciała mnie zatrzymać, wytłumaczyć, ale ja wcale nie miałem ochoty na jej przeprosiny.
- Gdybyś chociaż powiedziała, za co pokutuję - rzuciłem w jej stronę. - Za moje czy za jego winy?
- Jego winy? - powtórzyła.
- Masz mnie za durnia? Myślisz, że nie wiem, że między tobą i mną stoi ktoś jeszcze? Co on ci zrobił, że wciąż boisz się zbliżyć do kogokolwiek?!
Chciała uderzyć mnie w twarz, ale złapałem ją za nadgarstek. Próbowała go wyrwać, nie pozwalałem.
- Tak bardzo zajmuje pana moja przeszłość? - cedziła przez zaciśnięte zęby, z rozmysłem torturując mnie "panem". - A pan? Czego pan się boi, że ciągle opowiada bajki o swoim życiu? Nie tego się po panu spodziewałam. Ani jednego słowa prawdy...
- A po co ci ta prawda? Żeby mnie do końca znienawidzić?
- Nic nie rozumiesz!
- A co tu rozumieć?
- Że mam prawo usłyszeć prawdę i sama zdecydować, co z nią zrobię.
- Więc co chcesz wiedzieć? - zapytałem drwiąco. - Jak bardzo mam się przed tobą poniżyć?
Pytanie było retoryczne, ale ona potraktowała je poważnie. Widziałem, jak przez moment namyśla się nad odpowiedzią.
- Pytałam o kobiety, które jadą za zesłańcami. Wtedy skłamałeś.
Chciałem ją odepchnąć, ale teraz to ona zaciskała dłonie na moich nadgarstkach. W jej spojrzeniu nie było już gniewu, lecz gorączkowa ciekawość.
- Naprawdę chciałabyś słuchać, jak przechodziły z rąk do rąk, a myśmy korzystali? Tak, ja też! Wystarczy?
- Nie, nie wystarczy. Mów!
- Co chcesz jeszcze wiedzieć? Że płaciły ciałem ze strachu, z głodu, żeby poczuć czyjąś bliskość. A potem rodziły dzieci tylko po to, żeby je pochować w tajdze. Znasz inne miejsce, gdzie wszystkie kobiety są kurwami, bo nie mają wyjścia? Matkami są przy okazji, żonami, jeśli mają szczęście. Wiesz, jak można wykarmić dziecko, kiedy nie masz ani grosza, a twoje ciało wyżera lues? Wiesz, jak one to robią? Są tak tanie, że na ich usługi stać nawet żebraków. Umierają jak suki, których nikt nie chce wpuścić za próg.
TEGO WIECZORA WYZNAŁEM jej wszystkie moje sekrety. Kręciła głową, jakby chciała z niej wytrząść piasek, który zasypywał myśli. Drżała, więc w końcu objąłem ją delikatnie. Odepchnęła mnie odruchowo, ale po chwili poczułem, jak mocno wtula twarz w moją szyję. To było tak zaskakujące, że na chwilę straciłem równowagę. Upadłem na łóżko i pociągnąłem ją za sobą. Myślałem, że natychmiast się zerwie, ale pozwoliła mi całować swoje powieki i skronie, a potem rozchylić palcami usta. Niepewny własnych rąk i głowy przedzierałem się przez jej spódnice, halki i majtki. Było nieporęczniej, niż kiedy próbowałem się dostać pod grube koszule młodych Jakutek. W końcu spod gorsetu wylały się ogromne bezy jej piersi udekorowane sutkami maleńkimi jak zdziczałe czereśnie. Ukryła je, krzyżując ramiona. Próbowałem podpełznąć ustami do sutków, ale odepchnęła moją głowę.
- Zaczekaj.
Ale ja nie chciałem dłużej czekać. Poczułem, jak krew odpływa ze skroni i wędruje w dół. Rozchyliłem jej uda, wślizgnąłem się między fałdy i głębiej, pod sklepienie. Pchnąłem kilka razy, żeby zwilgotniała, wycofałem się aż na żołędzi poczułem kościany pierścień jej łona. Pchnąłem raz, drugi, mocniej. Rozpychałem się w niej, jakbym szukał monety ukrytej na dnie worka. Jęknęła. Nie wiem, czy z rozkoszy, czy z bólu. Zdarłem jej dłoń z piersi, ścisnąłem palcami. Drugą ręką chwyciłem za poręcz łóżka i podciągając się, pchałem raz za razem, do końca. Brałem zamach z bioder i wdzierałem się w nią coraz szybciej. Chciałem, żeby już przyszło, kilkoma falami przebiegło wzdłuż kręgosłupa, żeby wykrzywiło mi twarz, wyszczerzyło oczy, żeby się w końcu wylało.
Nie zdążyłem zapamiętać faktury jej ramion, smaku skóry ani zapachu włosów. Wysunęła się spode mnie, potem myła w miednicy, a ja próbowałem zrozumieć, kogo właściwie we mnie widzi. Za dnia czułego małżonka, wieczorem obcego człowieka w obcym mieście, nocą kochanka czy może raczej kata?
Chciałem o tym rozmawiać, zrozumieć i wybaczyć, sobie i jej, jeśli byłoby to konieczne. Ale kiedy zbliżyłem się do pytań, zamknęła mi usta pocałunkiem. Powtórzyło się to następnego dnia i jeszcze następnego. Zdawało mi się, że Maria co noc chce ode mnie więcej i że jest jej coraz mniej wygodnie pode mną. Wierciła się, mościła pośladki na poduszce, unosiła i opuszczała biodra, które próbowałem przybić do siennika. Zamykała oczy, za to coraz szerzej otwierała usta. Była coraz głośniejsza, a mnie coraz mniej chciało się ją pytać o przeszłość.
Pieniądze skończyły się tuż po Wielkanocy. Wróciliśmy do Warszawy, a w drugim tygodniu maja doktor Bączkiewicz poklepał mnie po ramieniu.
- Będziesz ojcem - powiedział, ja zaś jeszcze nie wiedziałem, że powinienem się bać.