Akademia Wyobraźni - Edyta Łaszkiewicz

-
Proszę czekać

Rozdział I

Zapukaj...

nawet jeśli wiesz, że nikt Ci nie otworzy...

U podnóża skały stał stary dom, ponury i cichy, jakby czekał, aż ktoś go obudzi. Wysoko nad walącym się, porośniętym mchem i karłowatymi krzewami dachem kamienny smok rzygał kawałkami głazów. Na podwórzu ktoś wykopał niewielką studnię, a obok niej posadził kilka drzew w półokręgu. Najwyraźniej jednak się pomylił i dlatego teraz tkwiły one korzeniami do góry. Czarne ptaki obsiadły powyginane gałęzie, w milczeniu obserwując ścieżkę.

Wijącą się drogą pędził samochód, błyskając światłami. Jego podłużna sylwetka do złudzenia przypominała jaszczurkę ślizgającą się po skropionych deszczem kamieniach. Silnik szumiał cicho jak ukryty w trawie świerszcz, nieregularnie przyspieszając i zwalniając na zakrętach. Auto przystanęło na podwórzu, zajęczały opony. Chwilę potem ruszyło w powrotnym kierunku, zostawiając stertę walizek i dziewczynkę, która, kiedy tak spoglądała na opuszczony budynek, wydawała się dużo młodsza, niż była. Pokryta rdzą i sadzą tabliczka szeptała uciekającymi z pola widzenia literami:

Akademia Wyobraźni

- Cóż to za śmieszna nazwa! - zawołała dziewczynka na pozór dziarskim tonem i zapięła płaszczyk aż pod samą szyję. - Przecież tutaj nic nie ma - dodała znacznie ciszej, jednak w odpowiedzi usłyszała tylko, jak nieduży głaz został wypluty z kamiennego pyska i potoczył się w dół ścieżki.

Drzwi skrzypiały potwornie, jakby ktoś rzępolił na kilku nienastrojonych instrumentach. Zresztą samo wnętrze też nie wyglądało zachęcająco. Pokryty pajęczą koronką kandelabr tańczył od wiatru dmuchającego niemiłosiernie przez szczeliny w okiennicach... Podłoga pokryta była czymś, co ktoś bardzo dobrze wychowany nazwałby dywanem. Więcej nie było nic...

Nie mając się komu przedstawić, Wiktoria, bo właśnie tak miała na imię dziewczynka, otwierała i zamykała kolejne drzwi, za którymi nic, ale to absolutnie nic nie było. Na ostatnich drzwiach dziewczynka zauważyła jednak starannie wypisaną tabliczkę:

Wiktoria

- Nareszcie - ucieszyła się. - Zdaje się, że odnalazłam swoją sypialnię.

I chwyciła za klamkę... Minęła dłuższa chwila. Dziewczynka wpatrywała się w ponurą jamę, jaką okazał się jej pokój, i miała już dosyć bycia osobą grzeczną i miłą. Zamiast tego zamierzała złapać za opadający rąbek tapety i zedrzeć ją ze ściany. Tak po prostu. Tyle że wcale tego nie zrobiła. Właściwie Wiktoria nie zrobiła zupełnie nic. Westchnęła tylko cichutko i zwinęła się w kłębek, przykrywając się własnym płaszczem pod rozłożonym parasolem, jedyną rzeczą, jaką znała w tym obcym i ponurym domu...

Zapewne doskonale wiesz, jak to jest obudzić się w miejscu, którego prawie wcale nie znasz... Zwykle upływa wtedy sporo czasu, zanim postanowimy opuścić ciepłe, bezpieczne łóżko, aby odnaleźć drogę do łazienki. Tym razem trzeba było w dodatku założyć kalosze i przemierzyć całe podwórko, gdzie ukryta w cieniu rozłożystego krzewu stała zbita z desek toaleta. Idąc przez korytarz, Wiktoria usłyszała ciche, aczkolwiek wyraźne pochlipywanie...

- Jest tu ktoś? - zawołała, mając nadzieję, że się nie przesłyszała.

Płacz ustał tak gwałtownie, że Wiktoria oczami wyobraźni zobaczyła przestraszone zwierzątko, które nastawiło uszy, nasłuchując. W końcu postanowiła ruszyć dalej w kierunku schodów, aż natknęła się na tabliczkę zawieszoną na drzwiach, której z całą pewnością wcześniej tam nie było. Napis brzmiał:

Karmelka

Dziewczynka uśmiechnęła się na myśl o tak słodkim imieniu i pomyślała, że ktoś, kto tak się nazywa, z pewnością jest bardzo pogodną osobą, kiedy tylko nie drży z zimna i samotności...

Chwyciła za klamkę i jej oczom ukazała się ogromna walizka, z której wystawały dwie nogi w zbyt dużych, pasiastych rajstopach. To właśnie stąd całkiem już wyraźnie słychać było pochlipywanie, a jedna z kolorowych sukienek co jakiś czas frunęła w górę i lądowała na podłodze...

- Witaj, Karmelko, jestem Wiktoria i tak sobie pomyślałam... że może potrzebujesz pomocy.

Po chwili ciszy z walizki wynurzyła się wyraźnie wściekła drobna twarzyczka:

- Żartujesz sobie? Już na pierwszy rzut oka widać, jak świetnie sobie radzę. Nie tak jak co poniektórzy, błądząc po cudzych pokojach! - prychnęła ze złością maleńka istota. - Skoro już tu jesteś, możesz mi pomóc odnaleźć drugi but - dodała z godnością, po czym wzruszyła ramionami i znów zniknęła w gigantycznym bagażu.

Oczywiście można sobie odpuścić szukanie łyżeczki do herbaty, zwłaszcza kiedy ma się ich co najmniej kilkanaście, ale trudno jest odłożyć odnalezienie jednego z butów na kilka godzin lub dni, szczególnie gdy jest to nasza ulubiona para... Wiktoria westchnęła cichutko i, ponieważ jak pamiętacie była osobą dobrze wychowaną, pochyliła się nad walizką...