Akademia dobra i zła (Tom 4). Akademia Dobra i Zła 4. Droga do sławy - Soman Chainani

Kup ebooka

33.00 zł
26.73 zł (29,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1AGATAPrawie królowa

Jeśli przez większość życia zamierzałaś żyć długo i szczęśliwie z dziewczyną, dziwnie się czujesz, planując ślub z chłopcem.

Chłopcem, który od miesięcy unikał Agaty.

Nie mogła spać, bo kotłowały się w niej złe przeczucia. W myślach tłoczyły się wszystkie rzeczy, które zostały do zrobienia przed wielkim dniem, ale to nie dlatego nie mogła zasnąć. Nie, chodziło o coś innego: o wspomnienie chłopca, którego miała niedługo poślubić... o wspomnienie, które było zbyt trudne do zniesienia...

Tedros, z twarzą mokrą od łez, przewieszony przez ramię strażnika. Tedros wydający pierwotny wrzask, tak pełny bólu i rozpaczy, że czasem Agata nie była w stanie słyszeć niczego innego...

Przewróciła się na bok i schowała głowę pod poduszkę.

Sześć miesięcy minęło od tamtego dnia: dnia koronacji.

Przez cały ten czas źle spała.

Agata poczuła, jak zirytowany Rozpruwacz przewraca się w nogach jej łóżka; to jej niepokój nie dawał mu spać. Westchnęła współczująco i spróbowała skoncentrować się na oddychaniu. Powoli jej myśli zaczęły się uspokajać. Zawsze szło jej lepiej, gdy starała się pomóc komuś innemu, nawet jeśli chodziło o to, by zasnąć i nie przeszkadzać swojemu łysemu, pokiereszowanemu kotu... Gdyby tylko mogła coś zrobić, żeby pomóc swojemu księciu. Razem zawsze potrafili sobie ze wszystkim po...

Klik.

Jej serce zamarło.

Drzwi.

Czujnie nasłuchiwała cichego chrapania Rozpruwacza i dźwięku naciskanej klamki.

Udawała, że śpi, ale bezszelestnie przesuwała dłoń w poszukiwaniu noża leżącego na stoliku przy łóżku.

Trzymała tam nóż od przyjazdu do Kamelotu. Nie miała wyboru - Tedros miał tutaj wrogów, i to dużo wcześniej, zanim powrócił, by zająć swoje miejsce na królewskim tronie. Nawet jeśli ci wrogowie byli teraz w więzieniu, wszędzie mieli szpiegów, którym zależało na zabiciu Tedrosa i jego przyszłej królowej...

Teraz zaś drzwi jej komnaty się otwierały.

Nikt o tej porze nie miał tu prawa wstępu. Nikt zresztą nie miał prawa wstępu do jej skrzydła zamku.

Przez uchylone drzwi wpadło światło księżyca, oświetlając plecy Agaty. Jej oddech stał się płytszy, gdy usłyszała stłumione kroki na marmurowej posadzce. Cień prześlizgnął się po jej szyi i padł na kołdrę.

Mocniej ścisnęła nóż.

Materac powoli ugiął się pod ciężarem.

Czekaj - powiedziała do siebie.

Materac ugiął się jeszcze bardziej.

Czekaj.

Słyszała czyjś oddech.

Czekaj.

Cień sięgnął do niej...

Teraz.

Agata gwałtownie wciągnęła powietrze i zamierzyła się nożem prosto w szyję napastnika, ten jednak złapał ją za nadgarstek i przycisnął do łóżka.

Agata dyszała z przerażenia, gdy wpatrywali się w siebie szeroko otwartymi oczami.

W ciemności widziała tylko białka jego oczu, potem poczuła ciepło jego skóry i świeży zapach potu. Cały strach wyparował. Pozwoliła, by ostrożnie zabrał jej nóż z zaciśniętych palców, a potem odetchnął z ulgą i położył się obok niej. To wszystko stało się tak szybko i lekko, że Rozpruwacz nawet nie drgnął.

Czekała, aż się odezwie, przytuli ją do piersi albo powie, dlaczego unikał jej przez cały ten czas. On jednak skulił się tylko obok w kłębek, skamląc jak zmęczony pies.

Agata gładziła jego jedwabiste włosy, ocierała palcami pot z jego skroni i pozwalała, by szlochał w jej koszulę nocną.

Nigdy nie widziała, żeby płakał. Nie w taki sposób, przestraszony i bezsilny.

Przytulała go, aż jego oddech się uspokoił, a ciało poddało się jej dotykowi. Spojrzał na nią z leciutkim cieniem uśmiechu...

Który zaraz zniknął.

Ktoś ich obserwował. W drzwiach stała, zaciskając lśniące zęby, wysoka kobieta w turbanie.

Tedros zniknął równie szybko, jak się pojawił.

Promienie sierpniowego słońca padały przez otwarte okno wprost na żyrandol odbijający światło w oczy Agaty.

Zamrugała sennie. Dostrzegła brakujące kryształki w żyrandolu spowitym w pajęczyny niczym stary nagrobek.

Przytuliła poduszkę do piersi. Nadal nim pachniała. Rozpruwacz zbliżył się, powąchał poduszkę i zamierzył się, żeby poszarpać ją na kawałki, ale Agata rzuciła mu gniewne spojrzenie. Kot wrócił w nogi łóżka. Przynajmniej poprawia mu się charakter - pomyślała. Pierwszej nocy w zamku nasikał do butów Tedrosa.

Gdzieś za drzwiami rozległy się głosy. Już niedługo będzie sama.

Agata, ubrana w czarną workowatą koszulę nocną, usiadła i rozejrzała się po komnacie trzy razy większej od jej starego domu w Gawaldonie. Popatrzyła na zakurzone lustra w ramach wysadzanych klejnotami, zapadniętą sofę i dwustuletni sekretarzyk z kości słoniowej. Przyciskała poduszkę jak koło ratunkowe i napawała się ciszą promieniującą z popękanych marmurowych płyt zabarwionych na błękitno i ścian w tym samym kolorze, z pokrytymi plamami intarsjami w formie złotych kwiatów. Komnaty królowej były takie jak wszystko w Kamelocie - wspaniałe z daleka, z bliska zrujnowane. To samo dotyczyło także jej - mieszkała wprawdzie w komnatach królowej, ale nie była jeszcze królową.

Do ślubu zostały dwa miesiące.

Do ślubu, który z każdym dniem budził w niej większy niepokój.

Dawno temu Agata wyobrażała sobie, że będzie żyła długo i szczęśliwie z Sofią w Gawaldonie. We dwie będą dumnymi właścicielkami domu w mieście, a co rano, po herbacie i toście, udadzą się do księgarni pana Deauville'a, teraz znanej jako księgarnia A&S, ponieważ ona i Sofia przejmą ją po śmierci staruszka. Po pracy pomoże Sofii zbierać zioła i kwiaty potrzebne do zrobienia kremów upiększających, a potem wpadną do matki Agaty na Cmentarną Górę, na gulasz z móżdżków jagnięcych i tartę jaszczurkową (dla Sofii będą oczywiście suszone śliwki gotowane na parze oraz ogórki). Jakże zwyczajne będzie ich wspólne życie. Jakże szczęśliwe. Przyjaźń w zupełności będzie im wystarczać.

Mocniej ścisnęła poduszkę. Jak szybko się wszystko zmienia.

Teraz jej matka nie żyła, Sofia była Dziekanem Zła w magicznej akademii, a Agata miała poślubić syna króla Artura.

Nikt bardziej nie ekscytował się tym ślubem od Sofii, która ze swojego odległego zamku przysyłała list za listem, a każdy pełen szkiców sukien, tortów oraz porcelany, które jej zdaniem Agata koniecznie powinna wybrać na swój wielki dzień (Kochana Agusiu, nie napisałaś ani słowa, co myślisz o tych próbkach szyfonowych welonów, które Ci posłałam. Ani też o propozycjach tartinek. Naprawdę, słońce, jeśli nie potrzebujesz mojej pomocy, daj tylko znać...).

Agata patrzyła teraz na te listy piętrzące się na sekretarzyku, pokryte cienkimi smugami kurzu. Codziennie powtarzała sobie, że odpisze na nie, ale nigdy tego nie zrobiła. Co najgorsze, nawet nie wiedziała dlaczego.

Kroki na korytarzu były coraz głośniejsze.

Żołądek Agaty zacisnął się.

Od sześciu miesięcy było tak samo. Czuła się coraz bardziej niespokojna, podczas gdy Tedros coraz bardziej się wycofywał. Zeszłej nocy niewiele już brakowało, żeby mogli porozmawiać o tym, co wydarzyło się podczas koronacji, ale żadne z nich nie odezwało się nawet słowem. Wiedziała, że był zażenowany... zdruzgotany... zawstydzony... Ale nie mogła mu pomóc, jeśli z nią nie rozmawiał. A jak on mógł z nią rozmawiać, skoro nigdy się z nią nie spotykał.

Więcej kroków. Więcej głosów.

Agata poczuła suchość w ustach, sięgnęła po szklankę stojącą na nocnym stoliku. Była pusta, podobnie jak karafka.

Rozpruwacz ześlizgnął się z łóżka i zaczął się skradać do spłowiałych dwuskrzydłowych drzwi.

Potrzebowała czasu sam na sam z Tedrosem. Czasu, w którym nie będą żyć całkowicie oddzielnie. Czasu, kiedy będą mogli być sobie bliscy i szczerzy tak jak dawniej. Czasu, kiedy znowu będą mogli być sobą...

Drzwi otworzyły się z trzaskiem i do środka wmaszerowały cztery pokojówki ubrane w identyczne suknie w pastelowych kolorach - brzoskwiniową, pistacjową, grejpfrutową i różową - tak jakby były pudełkiem makaroników. Prowadziła je wysoka kobieta z ciemnymi oczami i czarnymi kręconymi włosami, które przytrzymywał turban. Miała na sobie lawendową szatę, a jej usta pomalowane były intensywnie czerwoną szminką. W jednej ręce trzymała oprawiony w skórę notes, a w drugiej pióro tak długie, że przypominało bicz.

- Śniadanie z weselnym florystą o siódmej w jadalni w Błękitnej Wieży; następnie w dwudziestominutowych odstępach spotkania mające na celu wybór krawca, który ma uszyć ślubną pościel; potem wywiad dla "Kuriera Kamelotu" do Ślubnego Wydania Specjalnego. O dziewiątej wizyta w Ogrodzie Zoologicznym Kamelotu w celu wybrania oficjalnych gołębi ślubnych. O ile wiem, mają tam kilka gatunków w różnych odcieniach bieli...

Agata ledwie mogła tego słuchać, ponieważ Brzoskwinia i Pistacja wyciągnęły ją już z łóżka i szorowały parzącymi ręcznikami. Grejpfrut wepchnęła jej w usta szczoteczkę do zębów, a Róża wcierała jej w twarz kilka eliksirów, tak jak kiedyś Sofia, tylko bez jej charyzmy i poczucia humoru.

- Następnie sesja autografowa Opowieści o Sofii i Agacie w Książkach i Zakamarkach, z której zyski zostaną przekazane na remont zamkowej kanalizacji - mówiła dalej lawendowa dama z ostrym, arystokratycznym akcentem. - Później lunch charytatywny w Klubie Spansela, gdzie będziesz czytać baśni dzieciom bogatych beneficjentów, których donacje pozwolą naprawić most zwodzony...

- Lady Gremlaine, czy znajdę dzisiaj czas na spotkanie z Tedrosem? - zapytała Agata głosem stłumionym przez niebieską suknię, którą wkładały na nią pokojówki. - Od wieków nie jedliśmy razem...

- Po lunchu udasz się na pierwszą lekcję tańca, mającą cię przygotować do weselnego walca; potem na ćwiczenia z etykiety, żebyś nie skompromitowała się na przyjęciu weselnym; wreszcie na lekcję historii o słynnych i katastrofalnych królewskich weselach w przeszłości, aby twój ślub zapisał się w annałach w tej pierwszej, a nie w tej drugiej kategorii - zakończyła lady Gremlaine.

Agata zaciskała zęby, podczas gdy pokojówki walczyły z jej włosami i makijażem tak jak dawniej nimfy w Komnacie Urody.

- Taniec, etykieta, historia... Zupełnie jakbym znowu była w Akademii Dobra. Tyle że tam mogłam spędzać czas z moim księciem.

Lady Gremlaine podniosła wzrok na Agatę. Zatrzasnęła notes z taką siłą, że z lustra wypadł kamień ozdobny.

- Cóż, skoro nie masz już więcej pytań, twoje pokojówki dopilnują, żebyś stawiła się na śniadanie o czasie - powiedziała i odwróciła się do drzwi. - Król potrzebuje mnie u swego boku praktycznie przez cały czas...

- Chciałabym się dzisiaj spotkać z Tedrosem - upierała się Agata. - Proszę to dodać do mojego planu dnia.

Lady Gremlaine zatrzymała się w pół kroku i odwróciła się. Jej usta przypominały czerwoną kreskę. Pokojówki dyskretnie wycofały się w drugi koniec komnaty.

- Moim zdaniem widziałaś go aż za dobrze ostatniej nocy. Wbrew zasadom - oznajmiła lady Gremlaine. - Król nie może przebywać sam w twojej komnacie przed ślubem.

- Tedros powinien mieć prawo spotykać się ze mną, kiedy tylko zechce - zauważyła Agata. - Jestem jego królową.

- Jeszcze nie, księżniczko - przypomniała chłodno lady Gremlaine.

- Będę nią po ślubie - oznajmiła wyzywająco Agata - do którego szykuję się cały czas jak jakaś bezmózga dzierlatka, podczas kiedy wolałabym być z Tedrosem i pomagać mu rządzić jego królestwem. Skoro jesteś marszałkinią dworu i służysz królowi oraz przyszłej królowej, z pewnością uda ci się coś zaaranżować.

- Rozumiem. - Lady Gremlaine podeszła do Agaty. - Zamek się wali, prawa twojego króla do korony nadal stoją pod znakiem zapytania, była królowa i zdradziecki rycerz ukrywają się od czasu koronacji, a "Dworska Dżuma", wulgarny periodyk, którego celem jest obalenie monarchii, nazywa cię między innymi "pozłacaną celebrytką z amatorskiej baśni, która przyniesie Tedrosowi więcej wstydu niż niegdyś jego własna matka".

Lady Gremlaine uśmiechnęła się protekcjonalnie.

- A ty nadal tęsknisz za czasem spędzonym w szkole i całuskami na korytarzu z kapitanem klasy.

- Nie. Zupełnie nie o to chodzi. Chcę mu pomóc - odparowała Agata, zmagając się z duszącą falą perfum marszałkini. - Jestem w pełni świadoma problemów, przed jakimi stajemy, ale Tedros i ja powinniśmy działać ramię w ramię...

- No to dlaczego on ani razu nie powiedział, że chciałby się z tobą zobaczyć? - zapytała lady Gremlaine.

Agata drgnęła.

- Szczerze mówiąc, pomijając tę chwilę słabości ostatniej nocy, co do której zapewniał mnie, że więcej się nie powtórzy, ani razu nie wspomniał twojego imienia - dodała lady Gremlaine.

Agata nic nie powiedziała.

- Widzisz, obawiam się, że król Tedros ma ważniejsze rzeczy do roboty, ponieważ stara się upewnić, że wasz ślub w Kamelocie nie przyniesie nikomu wstydu - ciągnęła lady Gremlaine. - Ślub zaś musi być tak wspaniały, tak zapadający w pamięć, tak inspirujący, że rozwieje wszelkie wątpliwości, jakie pojawiły się po tej upokarzającej koronacji. Tysiącletnia tradycja nakazuje, by planowaniem ślubu zajmowała się przyszła królowa. To twoje zadanie. W ten sposób możesz pomóc królowi. - Pochyliła się tak, że jej nos prawie dotykał nosa Agaty. - Jeśli jednak chcesz, bym powiedziała królowi Tedrosowi, że uważasz się za zbyt ważną, by wypełniać swoje obowiązki, i kwestionujesz absolutnie każdą naszą decyzję, łącznie z kolorystyką garderoby, koniecznością kąpieli i preferowanym obuwiem, teraz zaś, jakby tego było mało, chcesz, żeby przerwał swoje wysiłki mające na celu udowodnienie, że zasługuje na tron królewski, żebyś poczuła, że działa z tobą ramię w ramię... to oczywiście, księżniczko, przekażę. Zobaczymy, co na to odpowie.

Agata przełknęła ślinę, a jej szyję pokryła czerwona wysypka. Spojrzała na swoje saboty.

- Nie... nie trzeba. Jestem pewna, że jutro się z nim zobaczę - powiedziała cicho i podniosła wzrok.

Lady Gremlaine już zniknęła, zostawiając tylko swoje pastelowe pomagierki, by porwały księżniczkę na śniadanie, którego nie będzie miała czasu zjeść.

W połowie dnia Agata była zdecydowana na ucieczkę sprzed ołtarza.

Wytrzymywała to już całe tygodnie z przyklejonym uśmiechem - to śmiertelnie nudne oglądanie tysięcy wizytówek, tortów, świec i ozdób stołowych, chociaż w jej oczach wszystkie wyglądały tak samo. Z przyjemnością wzięłaby ślub z Tedrosem w jaskini (właściwie nawet by to wolała, nie byłoby wtedy miejsca dla gości). Tę monotonię przerywało uczestnictwo w imprezach na rzecz Piękna Kamelotu, zorganizowanej pod patronatem królowej kampanii mającej na celu zbiórkę funduszy na podupadły zamek, który niszczał od śmierci króla Artura. Agata z całego serca wierzyła w szczytność tego celu i miała wysoką tolerancję na bzdury (ostatecznie przyjaźniła się z Sofią), wydawało się jej jednak, że lady Gremlaine stara się zawsze umieścić w planie dnia jakieś upokorzenie. Agata musiała więc śpiewać hymn na otwarciu Pucharu Bezkresnej Puszczy w rugby (nawet drużyna Kamelotu zatykała uszy), jechać na byku podczas Wiosennego Jarmarku (zrzucił ją w stos nawozu) i pocałować zwycięzcę aukcji Całus Księżniczki (bezzębnego oprycha, który, jak twierdziła lady Gremlaine, wygrał całkowicie uczciwie).

Ginewra ostrzegła Agatę, że jej nowa opiekunka będzie jej przeciwna. Lady Gremlaine była marszałkinią dworu Artura, dopóki nie pokłóciła się z Ginewrą, która, jako jego żona, zażądała jej odprawienia. Jednak po zniknięciu Ginewry i śmierci Artura władzę w Kamelocie przejęła Rada Doradców, ponieważ Tedros nie ukończył jeszcze szesnastu lat - i to ona sprowadziła lady Gremlaine z powrotem. Teraz, gdy Ginewra powróciła do zamku, było jasne, że Gremlaine będzie wyłazić ze skóry, by zyskać jak największy wpływ na syna Ginewry i jego nową królową. Co gorsza, starej nudziary nie można było wyrzucić do czasu, aż koronacja Tedrosa zostanie uprawomocniona.

Agata wiedziała o tym, dlatego spróbowała zaprzyjaźnić się z marszałkinią, jednak lady Gremlaine znienawidziła ją od pierwszego wejrzenia. Agata nie miała pojęcia, dlaczego, ale ta kobieta wyraźnie nie chciała, by to ona wyszła za króla Kamelotu. Zupełnie jakby myślała, że jeśli tylko dostatecznie się postara, Agata porzuci swojego narzeczonego przed ślubem.

Prędzej trupem padnę - przysięgła sobie Agata.

Dlatego przez ostatnie sześć miesięcy codziennie budziła się gotowa do walki.

Dzisiejszy dzień był jednak kroplą, która przelała czarę.

Najpierw był florysta, który w ciągu godziny podetknął Agacie pod nos tyle wonnych bukietów, że wyszła ze spotkania z czerwonymi oczami i potężnym katarem. Następnie sześciu krawców pokazało jej tuziny sztuk bielizny pościelowej, która wyglądała dokładnie tak samo. Potem pojawiła się reporterka "Kuriera Kamelotu", obrzydliwie radosne dziewczę imieniem Bettina, która przez cały wywiad ssała czerwonego lizaka.

- Lady Gremlaine przygotowała już wszystkie odpowiedzi na moje pytania, możemy więc porozmawiać chwilkę prywatnie - zaszczebiotała, a następnie zaatakowała Agatę serią szokująco osobistych pytań o jej relację z Tedrosem: "Co zakłada, kiedy idzie spać?", "Czy ma dla ciebie jakieś czułe przezwisko?", "Czy przyłapałaś go na oglądaniu się za innymi dziewczętami?".

- NIE - odpowiedziała Agata na to ostatnie pytanie i mało brakowało, a dodałaby "szczególnie za takimi wypierdkami jak ty", ale powstrzymała się. Gryzła się w język przez niemal godzinę, zanim zaczęła mieć wreszcie dosyć.

- A czy ty i Tedros chcecie mieć dzieci? - zaćwierkała Bettina.

- Dlaczego pytasz? Szukasz sobie rodziców? - warknęła Agata.

Na tym spotkanie się zakończyło.

Po raz kolejny omal nie straciła cierpliwości na spotkaniu beneficjentów Klubu Spansela, kiedy musiała czytać słynną kamelocką baśń Lew i Wąż bogatym, rozpuszczonym dzieciakom, które bez przerwy jej przeszkadzały, ponieważ znały już tę historię. Teraz wracała karetką z wybierania ślubnych gołąbków w zoo. Kuliła się w przepoconej sukience, myślała o czekających ją lekcjach walca i etykiety i przełykała łzy.

Król ani razu nie wspomniał twojego imienia - słowa lady Gremlaine odbijały się echem w jej głowie.

Agata starała się wmówić sobie, że ta nieznośna wiedźma kłamała, wiedziała jednak, że to nie jest prawda.

Nawet jeśli przez ostatnie miesiące spotykała Tedrosa gdzieś w zamku, mówił tylko, że ślicznie wygląda, albo bredził coś od rzeczy o pogodzie, albo pytał, czy wygodnie jej w jej komnatach, a potem uciekał jak spłoszona wiewiórka. Zeszłej nocy po raz pierwszy widziała go bez wymuszonego, sztucznego uśmiechu na twarzy, mówiącego, że ma nie pytać, co u niego słychać, ponieważ wszystko jest w porządku.

Nic nie było w porządku, to jasne. A ona nie wiedziała, jak mu pomóc.

Otarła oczy. Przyjechała do Kamelotu dla Tedrosa, żeby zostać jego królową. Żeby stać przy nim w najpiękniejszej i najczarniejszej godzinie. Zamiast tego oboje byli teraz zdani na siebie i musieli sami o siebie zadbać.

Było jasne, że on jej potrzebuje, dlatego właśnie schował się w jej ramionach tej nocy. Dlaczego więc nie mógł tego po prostu przyznać? W głębi duszy wiedziała, że to nie jej wina, ale mimo to czuła się odtrącona i zraniona.

Rozpruwacz zwinął się w kłębek na jej kolanach, przypominając, że nadal tu jest.

Pogłaskała jego łysy łebek.

- Gdybyśmy tylko mogli wrócić na nasz cmentarz, zanim w ogóle zaczęliśmy myśleć o chłopcach.

Rozpruwacz parsknął, zgadzając się z nią.

Agata wyjrzała przez okno błękitno-złotej karety, która wjechała właśnie na Rynek Rzemieślników, główne targowisko Kamelotu. Ze względu na stan dróg stangret zazwyczaj unikał tej trasy i jechał do zamku okrężną drogą, ale byli już spóźnieni na lekcję weselnego walca, a ona nie chciała zrobić złego wrażenia na nowym nauczycielu. Kareta jadąca niewybrukowaną ulicą wzbijała tumany kurzu, zasłaniającego Agacie widok na kolorowe namioty z flagami Kamelotu - dwoma orłami po bokach Eskalibura na błękitnym polu.

Kiedy jednak kurz opadł, zauważyła wyraźny kontrast pomiędzy bogatymi mieszczanami w kosztownych płaszczach, obwieszonymi klejnotami, którzy robili zakupy przy głównej ulicy, i tysiącami ponurych, wychudzonych nędzarzy mieszkających w rozpadających się ruderach w uliczkach przylegających do rynku. Królewska straż patrolowała slumsy, siłą zatrzymując każdego biedaka, który za bardzo zbliżył się do bogatych klientów wchodzących i wychodzących z namiotów. Agata otworzyła okno, żeby przyjrzeć się lepiej, ale stangret zastukał w szybę czubkiem bicza.

- Proszę się nie pokazywać, pani - powiedział.

Zamknęła okno. Kiedy sześć miesięcy temu pierwszy raz jechała przez swoje nowe królestwo, widziała te same slumsy. Tedros wyjaśnił jej wtedy, że jego ojciec wprowadził Kamelot w złoty wiek, a każdy mieszkaniec tej krainy miał okazję się wzbogacić. Jednakże po śmierci Artura jego doradcy sprzymierzyli się z bogatymi i uchwalili podejrzane prawa, które pozwalały zabierać klasie średniej ziemię i majątki, spychając ją tym samym w otchłań ubóstwa. Tedros przysiągł, że zmieni te prawa i da bezdomnym miejsce do życia, ale przez ostatnie pół roku przepaść między bogatymi a biednymi tylko się powiększyła. Dlaczego mu się to nie udawało? Czy nie widział, co stało się z dziedzictwem pozostawionym mu przez ojca? Jak mógł pozwolić, by jego własne królestwo tak podupadło? Gdyby to ona była królem...

Agata odetchnęła głęboko. Przecież nie była królem. Nie była nawet jeszcze królową. A zachowanie Tedrosa zeszłej nocy zdradziło, że on także jest sfrustrowany. Sam rządził Kamelotem i nikt mu w tym nie pomagał - ani ona, ani jego ojciec, ani jego matka, ani Lancelot, ani nawet Merlin. Ta ostatnia trójka zniknęła zresztą pół roku temu...

PLASK! Coś czarnego i obrzydliwego uderzyło w okno. Agata obejrzała się szybko i zobaczyła brudnego nędzarza, który krzyknął:

- TAK ZWANY KRÓL I PRAWIE KRÓLOWA!

Teraz także inni mieszkańcy slumsów zwrócili uwagę na karetę i dołączyli się do skandowania - "TAK ZWANY KRÓL I PRAWIE KRÓLOWA!" - rzucając w powóz resztkami jedzenia, butami i garściami błota. Stangret zaciął konie, by jak najszybciej wyjechać z rynku.

W Agacie gotowała się krew. Miała ochotę wyskoczyć z karety i powiedzieć tym głupcom, że to wszystko nie było winą ani jej, ani Tedrosa - te dzielnice slumsów, koronacja, niegdyś legendarne królestwo popadające w ruinę...

Co by to dało? - napomniała samą siebie. Gdyby to ona głodowała na ulicy, czy nie obwiniałaby Tedrosa? W końcu to oni sprawowali teraz władzę i odpowiadali za swoich poddanych, nawet jeśli nie przyczynili się do upadku królestwa. Biedni i cierpiący nie mieli czasu myśleć o przeszłości, czekali na efekty. Tyle że nie była to szkoła, gdzie wyniki miały postać rankingów i list z punktacją. To było prawdziwe życie, a oni, pomimo beznadziejnych rezultatów, jakie na razie osiągali, byli dwójką nastolatków, którzy starali się być dobrymi władcami.

W każdym razie Tedros się starał.

Ona tymczasem jechała na lekcję tańca.

Siedziała nadąsana w karecie wjeżdżającej na wzgórze, pod białe jak kość bramy Kamelotu, które straż królewska otworzyła na ich przybycie. Nie miało znaczenia, że na bramie widać było smugi rdzy ani że sam zamek przybrudziły deszcze i sadze. Kamelot, wznoszący się na poszarpanych szarych klifach nad Morzem Burzowym, nadal stanowił imponujący widok. W sierpniowym słońcu białe wieże lśniły jak lód, a zaokrąglone błękitne kopuły przebijały się przez niskie obłoki.

Kareta zatrzymała się przed szczeliną w klifie tuż przed wejściem do zamku.

- Most zwodzony nie został jeszcze naprawiony po koronacji, pani - westchnął stangret i podjechał do powozowni na skraju urwiska. - Nadal musimy przechodzić po moście linowym.

Agata wyskoczyła z karety, zanim stangret zdążył otworzyć przed nią drzwi. Dość tego marudzenia - pomyślała, idąc chwiejnie po moście linowym, z którego musieli korzystać nawet najbardziej szacowni goście, dopóki nie uda się rozwiązać krępującego problemu z mostem zwodzonym. Tedros nie targował się, żeby znaleźć dla niej czas. Tedros nie zadręczał jej, że powinni działać ramię w ramię. Tedros pracował dla swojego narodu, a ona powinna robić to samo.

Może lady Gremlaine ma rację? - pomyślała. Może powinna przestać obsesyjnie zastanawiać się nad tym, czego nie mogła robić jako królowa, i skoncentrować się na jedynej rzeczy, jaką zrobić mogła. Ślub pełen miłości, piękna i dostojeństwa mógł być właściwym sposobem na przywrócenie królestwu wiary w nich, nadszarpniętej przez koronację. Ślub mógłby pokazać wszystkim, że najlepsze dni Kamelotu są dopiero przed nimi... że ona i Tedros nie bez powodu mają tutaj żyć długo i szczęśliwie... że znajdą szczęśliwe zakończenie nie tylko dla króla i królowej, ale także dla poddanych, nawet dla tych, którzy stracili już nadzieję...

Z wysoko podniesioną głową Agata wkroczyła do zamku. Nie mogła się doczekać przedślubnych lekcji i zamierzała się przyłożyć do nauki.

Przynajmniej do chwili, w której zobaczyła, kto ma ją uczyć.

2TEDROSJak nie urządzać koronacji

Chociaż nie miał czasu dla siebie, nie miał czasu dla Agaty, nie miał czasu na nic, Tedros nie zamierzał sobie odpuszczać.

W krótkich bryczesach i czarnych skarpetkach do kolan skradał się przez ciemne i duszne korytarze Złotej Wieży, z ręcznikiem przewieszonym przez nagie, opalone ramię. Wiedział, że to próżność i obsesja zmuszają go, by wstawał o wpół do piątej, żeby poćwiczyć, ale czuł, że to jedyna rzecz, na jaką ma jeszcze wpływ. Punktualnie o szóstej lady Gremlaine w towarzystwie czterech lokajów wpadała do jego komnaty i od tego momentu aż do chwili, gdy wieczorem walił się jak kłoda na łóżko, nie miał żadnej kontroli nad własnym życiem.

Minął komnatę Agaty - korciło go, żeby się tam wślizgnąć i obudzić ją, ale przez to miał już zeszłej nocy kłopoty, a kłopotów i tak mu wystarczało. Jego królestwo było na granicy buntu, dlatego właśnie scedował na lady Gremlaine całkowitą władzę nad zamkiem. Jako dawna marszałkini Artura była powszechnie znana i pozwalała ludziom uwierzyć, że nowy król będzie dobrze zorganizowany. Był jednak jeszcze jeden powód, dla którego pozwalał, by trzymała go na krótkiej smyczy - powód, którego nigdy nie wyraził na głos.

Tedros nie ufał sobie jako królowi.

Potrzebował kogoś takiego jak lady Gremlaine, kto by obserwował każdy jego ruch, sprawdzał każdą decyzję. Gdyby tylko posłuchał jej podczas koronacji, nic by się nie stało. Dlatego teraz jej słuchał. Wiedział, że nie stać go na popełnianie kolejnych błędów.

Poprzedniej nocy i tak przydarzyła mu się poważna wpadka. A przecież lady Gremlaine ostrzegała go, żeby nie powtarzał błędów ojca i nie pozwalał, by dziewczyna przeszkadzała mu w pełnieniu królewskich obowiązków. Tedros poważnie traktował to ostrzeżenie. Aż do wczoraj dobrze sobie radził z koncentrowaniem się na swoich zadaniach i pozwalaniem, by Agata koncentrowała się na swoich. Nawet jeśli oznaczało to, że w czasach szkolnych mógł się z nią widywać swobodniej niż teraz jako król we własnym zamku. W końcu jednak uległ i zakradł się do jej pokoju, śmiertelnie zmęczony i bezbronny, i zachowywał się jak rozgrymaszone dziecko. Na wspomnienie tego wzdrygnął się. Sprowadził Agatę do Kamelotu, daleko od wszystkich i wszystkiego, co znała, więc chciał, żeby czuła się bezpieczna. Nie mógł jej pokazać, jak bardzo jest słaby i przestraszony. Nie mógł pozwolić, by zobaczyła, że najchętniej uciekłby stąd razem z nią. Że pragnął przytulić ją, a świat zostawić gdzieś daleko.

To właśnie zrobił zeszłej nocy.

Ceną za chwile szczęścia, jakie odnalazł w jej ramionach, było pozostawienie jego przyszłej królowej zaniepokojonej i martwiącej się o niego, a także rozzłoszczenie i rozczarowanie marszałkini.

Przestań zachowywać się jak chłopiec - skarcił sam siebie. - Zachowuj się jak król.

Dlatego dzisiaj pozwalał Agacie spać, nawet jeśli w jego sercu pozostawała wielka czarna dziura.

Przebiegł korytarzem pod wznoszącymi się wysoko w górze pozłacanymi łukami. Pot spływał mu z jasnych włosów, a bryczesy kleiły mu się do nóg. Nie przypominał sobie, czy zamek kiedykolwiek wydawał mu się tak duszny. Dwie myszy przebiegły koło niego i schowały się w dziurze widocznej w ścianie. Procesja mrówek wędrowała krętą ścieżką po freskach przedstawiających słynnych rycerzy, teraz pouszkadzanych i pozbawionych kończyn. Kiedy jego ojciec i matka byli królem i królową, ten korytarz był zawsze świeży i chłodny, nawet w bezwietrzne sierpniowe dni. Teraz pachniało tu zdechłym kotem.

Zszedł trzy piętra po schodach. Nogi w skarpetkach ślizgały się po zmatowiałych złotych kamieniach. Wreszcie znalazł się w Gimnazjonie. Był tu bogaty wybór przyrządów do ćwiczeń, a pod ścianami, w szklanych gablotach, umieszczono broń i zbroje będące pamiątkami historii Kamelotu. Ktoś mógłby podejrzewać, że tu właśnie zmierzał Tedros, ale on przebiegł tylko przez salę, nie odrywając spojrzenia błękitnych oczu od podłogi i starając się nie patrzeć na wielką szklaną gablotę na samym środku sali... Jedyną, która była pusta. Na tabliczce widoczny był napis:

Kiedy znalazł się wreszcie w Królewskich Termach - basenie kąpielowym ukrytym w podziemiach zamku, nadal myślał o pustej gablocie. Kiedy był mały, tę stworzoną przez człowieka grotę oplatały kwitnące pnącza, wijące się wokół skalnych stosów, zaś w powietrzu unosiła się para z gorącego wodospadu. Balsamiczna woda lśniła tysiącami fioletowych i różowych światełek wróżek, które opiekowały się tym basenem w zamian za bezpieczne schronienie w Kamelocie. Tedros pamiętał, jak przychodził tu rano i ścigał się z wróżkami wokół stojącego pośrodku posągu ojca, a jego małe przeciwniczki rozjaśniały wodę niczym fajerwerki. Teraz Królewskie Termy wyglądały inaczej. Basen był ciemny i zimny, a woda zielona od glonów. Rośliny uschły, wodospad robił ledwie kap, kap, kap. Zniknęły także wróżki, wygnane z zamku przez Artura po tym, jak opuścili go Ginewra i Merlin, a on sam stracił wiarę w magię.

Tedros popatrzył na girie, które wykradł z siłowni i trzymał koło basenu, obok smętnej, zwyczajnej liny, przywiązanej do sufitu, żeby mógł ćwiczyć wspinaczkę.

Tam nie mógł ćwiczyć. Nie mógł przebywać w pobliżu pustej gabloty i myśleć o tym, gdzie teraz znajduje się miecz.

Powoli podniósł wzrok na stojący w mętnej sadzawce, pokryty mchem i brudem posąg ojca. Król Artur, z Eskaliburem w dłoni, patrzył na niego z góry.

Tak właściwie nie patrzył. Już nie. Jego oczy zostały brutalnie wydłubane, pozostały po nich dwa ciemne otwory.

Tedrosa ogarnęło poczucie winy jeszcze silniejsze niż w siłowni.

To on to zrobił.

On wydłubał oczy własnemu ojcu.

Po tym, co stało się podczas koronacji, nie potrafił znieść wzroku starego króla.

Naprawię to, ojcze - przysiągł. - Wszystko naprawię.

Rzucił ręcznik na zagrzybioną podłogę i wskoczył do basenu, a ostre, lodowate zimno stłumiło wszystkie myśli.

Sześć miesięcy wcześniej dzień koronacji był bezchmurny i ciepły.

Tedros był dosłownie wykończony wszystkim tym, co zdarzyło się wcześniej - pogodzeniem się z matką, walką ze Złym Dyrektorem i całonocną podróżą ze szkoły do Kamelotu, by zdążyć na koronację przewidzianą na następny dzień.

A mimo że czuł się obolały, niewyspany, niczym żywy trup, nie mógł się przestać uśmiechać. Po tych falstartach, zakrętach i opóźnieniach znalazł nareszcie swoje "długo i szczęśliwie". Był władcą najbardziej legendarnego królestwa w Puszczy. Zawsze już będzie miał przy sobie Agatę. Jego matka (z Lancelotem) zamieszka z nimi w zamku. Po raz pierwszy od czasów, kiedy był małym dzieckiem, będzie miał znowu rodzinę - a niedługo także królową, z którą będzie mógł się tą rodziną cieszyć.

Każda z tych rzeczy, nawet oddzielnie, byłaby dostatecznie cudownym prezentem z okazji jego szesnastych urodzin. Najlepszym prezentem było jednak coś innego. Sofia, będąca dawniej jego przyjaciółką, wrogiem, księżniczką i czarownicą, została Dziekanem Akademii Zła daleko, daleko stąd i miała pozostawać w bezpiecznej odległości od niego i Agaty. Co oznaczało koniec jej intryg i podchodów na resztę ich życia. (Doświadczenie nauczyło go, że jeśli on i ta dziewczyna przebywają w jednym miejscu, kończy się to próbą morderstwa, pocałunkiem lub mnóstwem trupów.)

- Hmm, czy Merlin nie mógłby rzucić zaklęcia, żeby to lepiej pachniało? - zapytał Tedros stojąc przed lustrem w sypialni. Powąchał stare szaty swojego ojca. - To dosłownie cuchnie.

- Cały ten zamek cuchnie - burknął Lancelot, przeżuwający kawał suszonej wołowiny. - Poza tym nie widziałem Merlina, od kiedy wysiadł z karety w Dziewiczej Dolinie. Powiedział, że spotka się z nami w zamku. Powinien już tu być.

- Merlin robi wszystko we własnym czasie - westchnęła Ginewra i usiadła obok Lancelota na łóżku syna.

- Będzie tu niedługo. Nie opuściłby przecież mojej koronacji. - Tedros zatkał nos. - Może gdybyśmy to spryskali wodą kolońską...

- To szaty koronacyjne, Tedziu. Wystarczy, że włożysz je raz - przypomniała matka. - Poza tym ja nie czuję żadnego innego zapachu poza tym, co Lance wyciągnął ze spiżarni.

- Dajże spokój, Gina. - Lancelot uderzył dłonią kołdrę, wzbijając chmurę kurzu. - Co się stało z tym miejscem?

- Nie martwcie się, Agata i ja wszystkim się zajmiemy - zapewnił Tedros, czesząc włosy. - Wiedzieliśmy, do czego wracamy. Doradcy taty pozwolili, żeby zamek popadał w ruinę, i napychali swoje kieszenie podatkami z królestwa. Żałuję, że nie widziałem, jakie mieli miny, kiedy Lance wrzucił ich do lochów.

- Szczerze mówiąc, byli zaskakująco spokojni. Jakby się tego spodziewali albo przynajmniej byli za mądrzy, żeby próbować walczyć. - Lancelot głośno beknął. - Upierali się, że nie mam prawa wsadzać ich do więzienia, dopóki Tedros nie zostanie królem. Powiedziałem, żeby się wypchali.

- Mieli rację - oznajmiła sztywno Ginewra. - A jeśli nie zaczniesz jeść jak człowiek, poproszę kucharki, żeby przestawiły cię na dietę wegetariańską.

Tedros i Lancelot popatrzyli na nią ze zgrozą.

- Mieli rację?! - zapytał z niedowierzaniem Tedros.

- Wegetariańską?! - wybuchnął Lancelot z pełnymi ustami.

- Dopóki twoja koronacja się nie uprawomocni, ustanowiona przez Artura Rada Doradców ma pełne prawo decydować, kto rządzi w Kamelocie - wyjaśniła Ginewra. - Ale za kilka godzin zostaniesz królem, a oni nie mogą przecież wyciągnąć z kieszeni żadnego kontrkandydata. Dlatego właśnie straże nie powstrzymały Lance'a przed wsadzeniem doradców do więzienia.

Tedros, uspokojony, wrócił do przyglądania się własnemu odbiciu.

- Kochanie, dość już tego lustra. Wyglądasz prześlicznie - powiedziała matka. - Tymczasem biedna Agata musi się szykować sama i jestem pewna, że przydałaby się jej kobieca pomoc. Może zajrzę tam i zostawię cię z Lan...

- Agata sobie poradzi - przerwał Tedros i zaczął skubać irytujący wyprysk w kąciku ust. Kurczę, jestem prawie tak okropny jak Sofia - pomyślał. Ale za chwilę całe królestwo miało na niego patrzeć. Kto w takim momencie by się nie przejmował wyglądem? - Poza tym to moje urodziny - dodał. - I chciałbym spędzić trochę czasu z moją matką.

Zobaczył, że matka zarumieniła się, wciąż nienawykła do tego, że traktował ją życzliwie.

- To brzmi raczej tak, jakby nasz mały król bał się zostać sam na sam ze mną - roześmiał się Lancelot.

- Nazwij mnie jeszcze raz "małym", to przedziurawię cię na wylot - zagroził Tedros i poklepał Eskalibura przypiętego do pasa. - Poza tym nikt na całym świecie nie miałby ochoty zostawać z tobą sam na sam.

- Poza twoją matką. Jej się to całkiem podoba - odgryzł się Lancelot.

- Boże święty... - mruknęła Ginewra.

- Tak czy inaczej Agacie pomaga się wyszykować ta dziwna marszałkini, która nas powitała, kiedy przyjechaliśmy w nocy. Jak ona śmierdzi perfumami - powiedział Tedros i przyjrzał się swoim zębom. - Chciała pomagać mnie, ale powiedziałem, że mam was. Nie wydawała się zadowolona.

- O co z nią chodzi, Gina? Była tak samo zachwycona twoim widokiem, jak ty jej - zapytał Lancelot.

- O nic nie chodzi. Była marszałkinią dworu aż do przyjścia na świat Tedrosa. Wtedy poprosiłam, żeby ją odprawiono. Teraz wróciła - odparła krótko Ginewra.

- Cóż, najwyraźniej coś między wami zaszło...

- Nic nie zaszło.

- To dlaczego robisz na jej widok taką minę, jaką robiłaś na widok Millie?

- Kto to jest Millie? - zapytał Tedros.

- Koza, która goniła twoją matkę wokół całego obejścia - wyjaśnił Lancelot.

Ginewra kopnęła go.

- Kurczę, mieliście tam naprawdę dużo wolnego czasu - mruknął Tedros do lustra.

- Lady Gremlaine się nie liczy - oznajmiła trzeźwo Ginewra. - Marszałek ma władzę nad księciem tylko do chwili koronacji. Kiedy koronacja się uprawomocni, będziesz wszystkim rządzić i będziesz mógł usunąć lady Gremlaine z zamku na dobre.

- Co to znaczy, że "koronacja się uprawomocni"? Mam powtórzyć kilka zdań i wygłosić mowę? - zapytał Tedros, który w końcu znudził się patrzeniem na siebie. Usiadł ciężko w zakurzonym fotelu przy łóżku.

Matka zmarszczyła brwi.

- Mówiłeś, że znasz przebieg koronacji.

- Że nie potrzebujesz "wykładu" - dorzucił złośliwie Lancelot.

- Dobra, czy w tej mowie jest coś specjalnego, o czym powinienem wiedzieć? - zapytał niecierpliwie Tedros.

- Nie ma żadnej mowy, ty głąbie - odparł Lancelot.

Tedros zamrugał.

- No to kiedy będę mógł przedstawić was jako członków mojego dworu?

Matka i Lancelot wymienili spojrzenia.

- Wiesz, Tedziu, nie wydaje mi się, żeby to było dobre posunięcie...

- To właściwe posunięcie, a właściwe posunięcie jest Dobrym posunięciem - podsumował Tedros. - Tyle lat minęło od tamtego zajścia między wami a tatą. Jestem pewien, że ludzie o wszystkim zapomnieli.

Lancelot nabrał powietrza.

- Tedrosie, to nie takie proste. Nie bierzesz pod uwagę wszystkich...

- Jeśli będziemy żyć w strachu, nic nam się nigdy nie uda zrobić - oznajmił z zapałem Tedros, przerywając mu w pół słowa. - Powiem tej całej Gremlaine, że macie zasiąść na podium razem ze mną.

- Jestem pewna, że świetnie ci to pójdzie - powiedziała zagadkowo matka.

Lancelot rzucił jej zaciekawione spojrzenie, ale Ginewra nie rozwinęła tej myśli.

Tedros nie kontynuował tematu. Po jednym spotkaniu z lady Gremlaine był przekonany, że nowa marszałkini nie sprzeciwi się jego życzeniom.

- Skoro nie ma mowy, to co jest? - zapytał i oparł się wygodniej.

- Kapelan zaprzysięgnie cię i poprosi, żebyś powtórzył swoje przysięgi przed całym królestwem - powiedziała matka. - Potem musisz ukończyć ceremonialną próbę.

Tedros spojrzał na nią wielkimi oczami.

- Ale to nie będzie test pisemny, jak na zajęciach z dobrych uczynków?

- Naprawdę nie masz o niczym pojęcia - burknął Lancelot. - To próba, którą obmyślił twój ojciec i zapisał w testamencie, że ma zostać ujawniona podczas koronacji.

- Pff, tata mówił mi o tym. To nie żadna próba - skrzywił się Tedros. - To tylko ceremonialny wymóg. Powiedział, że nie wybrałby czegoś, czego nie byłbym w stanie zrobić. Że wybrał coś, dzięki czemu w oczach mojego ludu wydam się tak silny i władczy.

- Masz się wydać silny i władczy? To rzeczywiście musiałaby być ciężka próba - mruknął Lancelot.

Ginewra spiorunowała go wzrokiem i przysunęła się bliżej syna.

- Czyli będę musiał wykonać tę próbę, którą przygotował dla mnie tata? - upewniał się Tedros. - A potem... będę królem.

- Potem będziesz królem. - Matka z uśmiechem potargała mu włosy.

Tedros odwzajemnił uśmiech z sercem lekkim jak piórko (mimo że musiał teraz znowu zaczesać włosy).

- Ale najpierw będą tańczące małpy - powiedział Lancelot.

- Dajże spokój - zachichotała Ginewra.

Tedros popatrzył na nich.

- Bardzo śmieszne.

Matka nadal się śmiała.

- Naprawdę bardzo śmieszne - powtórzył Tedros.

- Przedstawiamy Małpeczki Mahaby ze Wzgórz Malabarskich! - zawołał herold.

Działo wystrzeliło konfetti nad tłum i lud zaczął wiwatować - przynajmniej tych pięćdziesiąt tysięcy ludzi, którzy z trudem zmieścili się u stóp zamku. Zgodnie z tradycją opuszczono most zwodzony, zapraszając mieszkańców Kamelotu na włości królewskie. Od rana tłoczyli się, żeby być świadkami koronacji syna króla Artura, a jednak kolejne tysiące pozostały na moście i u stóp urwiska, chcące zobaczyć zamkowy taras i piękne kamienne podium zbudowane specjalnie na tę okazję.

Stojący na nim Tedros doskonale wiedział, że nie jest zrobione z kamienia. Były to tanie, kiepskie deski zamaskowane farbą udającą kamień i rozpaczliwie skrzypiące pod ciężarem tronu jego ojca. Co gorsza, na jego grube szaty koronacyjne ściekał gorący wosk z chwiejących się kandelabrów, zabranych z zamkowej kaplicy, by zaoszczędzić na ceremonialnych pochodniach. Mimo wszystko Tedros trzymał język za zębami: Kamelot był na krawędzi bankructwa i kosztowna koronacja byłaby nieodpowiedzialną rozrzutnością. Teraz jednak, oglądając nieudolnych artystów z ościennych królestw, zaczynał tracić cierpliwość. Najpierw była połykaczka ognia z Radosnej Łąki, która niechcący podpaliła własną suknię. Potem fałszująca szansonistka z Lisiego Jaru, która zapomniała słów do Boże zachowaj króla. Wreszcie dwaj tędzy bracia z Avonlea, którzy spadli z trapezu prosto w tłum...

A teraz małpy.

- Gdybym nie widział, że naprawdę się starają, pomyślałbym, że kpią sobie ze mnie - burknął Tedros, którego wszystko swędziało pod szatami.

- Obawiam się, że bardziej utalentowani wykonawcy przekraczali nasz budżet - oznajmiła cierpko lady Gremlaine siedząca tuż za nim. Upiła łyk wody sodowej z pucharu. - Musieliśmy jednak zapłacić za te małpy. Były ulubieńcami twojego ojca.

Tedros popatrzył w dół na sześć małp w fedorach wyszywanych cekinami, drapiących się po genitaliach i machających zadkami nie do rytmu.

- To było przedtem czy potem, jak zaczął pić? - zapytał.

Lady Gremlaine nie uznała tego jednak za żart.

Agata by się uśmiała - pomyślał, zirytowany. Jak na kobietę, która upierała się spędzać z nim cały czas, lady Gremlaine zdecydowanie za nim nie przepadała.

Kiedy po raz pierwszy zobaczył ją zeszłej nocy, błędnie - jak się okazało - założył, że jego uroda i czar ujmą ją i będzie robić wszystko, o co poprosi. Tymczasem siedzieli tu razem, a ona rzucała mu sceptyczne spojrzenia, kiedy tylko się odzywał, jakby miał tyle mózgu, co ostryga. To podkopywało jego pewność siebie w momencie, kiedy potrzebował jej najbardziej.

- Nie rozumiem, dlaczego Agata nie może siedzieć tu ze mną - powiedział i spojrzał na królewską galerię poniżej, na trawniku, gdzie Agata była zaledwie cieniem, wepchnięta między diuków, hrabiów i innych utytułowanych arystokratów. - Albo moja matka, skoro już o tym mowa.

Lady Gremlaine poprawiła turban.

- Agata nie jest jeszcze królową. Po ślubie będzie mogła ci towarzyszyć podczas wystąpień publicznych. Jeśli chodzi o twoją matkę, to biorąc pod uwagę jej haniebną ucieczkę z zamku z Lancelotem, uznałam, że najlepiej będzie nie pokazywać ich ludziom i poczekać z wiadomością o ich powrocie na bardziej sprzyjający moment.

Tedros popatrzył na białą płócienną kotarę zasłaniającą balkon za nimi. Widział przez nią matkę i Lancelota, oglądających uroczystość wraz z kilkoma pokojówkami i kuchcikami.

- To cud, że ta sprawa jeszcze nie wyciekła - dodała lady Gremlaine. - Lancelot zrobił prawdziwe przedstawienie, kiedy zeszłej nocy wrzucał doradców do lochu.

- Kogo obchodzi, czyby wyciekła? - odparował Tedros. - Im szybciej powiemy ludziom, że moja matka i Lance wrócili, tym lepiej.

- Kiedy zostaniesz ukoronowany, będziesz mógł podejmować własne decyzje.

- To głupie, że moja matka musi tam tkwić jak trędowata, a ja siedzę tutaj z tobą - narzekał Tedros. Spojrzał na chmurę, która przysłoniła słońce. - Zupełnie jakbyś to ty była moją królową.

Lady Gremlaine wydęła wargi.

- Kiedy Merlin się tu pojawi, oddasz mu swoje stanowisko i to on będzie moim prawdziwym doradcą, gdy tylko zostanę królem - ciągnął Tedros.

- Merlin nie przekroczy bram Kamelotu. Po tym, jak opuścił twojego ojca, Artur nakazał wygnać go z królestwa - przypomniała lady Gremlaine.

Tedros rzucił jej zdumione spojrzenie. Ani Merlin, ani jego ojciec nie wspomnieli o tym ani słowem.

- Cóż, Artur skazał także moją matkę na karę śmierci, a jak widać, jest całkiem żywa - odparł szorstko. - Nie zamierzam honorować edyktów byłego króla i Merlin też nie zamierza. Nawet jeśli chodzi o mojego ojca.

- No to dlaczego Merlina tutaj nie ma? - zapytała wyzywająco lady Gremlaine.

Tedros zjeżył się, ponieważ on też się zastanawiał, jaki może być powód nieobecności czarodzieja.

- Pojawi się. Zobaczysz.

Musi się pojawić - myślał. Pomysł, że miałby rządzić Kamelotem bez pomocy Merlina, nie mieścił mu się w głowie.

- Nie zakładałabym się o to. Samowolny powrót z banicji karany jest śmiercią - oznajmiła sztywno lady Gremlaine.

Tedros prychnął.

- Jeśli ci się wydaje, że możesz stracić Merlina za moich rządów, to jesteś równie tępa, jak te małpy.

Obszyty cekinami kapelusz uderzył go w twarz. Kiedy Tedros odwrócił się, zobaczył, że małpy wdały się w gwałtowną bójkę i tłuką się ku uciesze tłumu.

- Czy naprawdę to najlepsze, na co nas stać? - jęknął Tedros. - Kto zaplanował ten idiotyzm?

- Ja - odparła lady Gremlaine.

- Cóż, miejmy nadzieję, że nie ty będziesz planować ślub.

- Planowanie ślubu leży całkowicie w gestii przyszłej królowej - oznajmiła lady Gremlaine z twarzą jak lodowa maska. - Mam nadzieję, że okaże się kompetentna.

- O to jestem gotów się założyć - powiedział wyzywająco Tedros i spróbował nie zmarszczyć brwi.

Agata planująca ślub? Czy to nie ona na Halloween przebrała się za pannę młodą? Gdyby to od niej zależało, pobraliby się o północy na cmentarzu, a ceremonię poprowadziłby ten diaboliczny kocur...

Poradzi sobie - pomyślał. Agata zawsze znajdowała jakieś wyjście. Niewątpliwie podzielała jego opinię o lady Gremlaine i jego determinację, by udowodnić babsku, że się myli. Poza tym, kiedy Agata zobaczy, jak on poradził sobie podczas koronacji, z królewską godnością i ceremoniałem, weźmie z niego przykład podczas przygotowań do ślubu. Lady Gremlaine niedługo będzie musiała odszczekać własne słowa.

Chwilę później, kiedy małpy zostały udobruchane kadzią z budyniem bananowym i ściągnięte ze sceny, Tedros stanął przed kapelanem Kamelotu, zgrzybiałym staruszkiem z intensywnie czerwonym nosem i kępkami włosów sterczących z uszu. Kapelan położył Tedrosowi rękę na plecach i poprowadził go na przód podium, skąd widać było pełne ludzi wzgórze.

Jak na zamówienie słońce wyłoniło się zza chmur i oświetliło młodego księcia.

W tłumie zapadła pełna podziwu cisza.

Tedros widział mrowie ludzi patrzących na niego oczami pełnymi nadziei - na chłopca, który pokonał Dyrektora... który ocalił królestwa zawszan... który uczyni Kamelot na nowo wielkim.

- Jestem królem wszystkich tych ludzi? - szepnął ochryple, w końcu zdając sobie sprawę z ciężaru odpowiedzialności.

- Oho ho, twój ojciec zadał to samo pytanie, chłopcze! Obawa to doskonały znak - roześmiał się stary kapelan. - Na szczęście nikt nas stąd nie może usłyszeć.

Kapelan odwrócił się do chudego rudowłosego ministranta, który ostrożnie podał mu ozdobioną klejnotami szkatułę. Gdy ją otworzył, słońce jak złota siatka rozjaśniło pięć szpiców, a w tłumie rozległy się westchnienia zachwytu. Tedros popatrzył na koronę króla Artura, pięć zaostrzonych fleurs-de-lis, każdy z diamentem w środku.

Raz, kiedy miał sześć lat, wykradł ją z nocnego stolika i założył na lekcję z Merlinem, domagając się od starego czarodzieja, by ten skłonił się i nazywał go królem. Spodziewał się, że Merlin natychmiast położy kres tej psocie - ale Merlin posłuchał rozkazu, kłaniał się nisko i nazywał go Jego Wysokością przez całą matematykę, astronomię, literaturę i historię. Być może stary czarodziej pozwoliłby mu zostać królem na dłużej... ale młody książę niebawem zdjął koronę i zawstydzony odłożył ją na stolik ojca. Była o wiele za ciężka na jego dziecięcą główkę.

Teraz, dziesięć lat później, kapelan uniósł tę samą koronę.

- Powtarzaj za mną, młody książę. Te słowa mogą brzmieć dziwnie, ponieważ przysięga ma już dwa tysiące lat. Jednak to nie słowa czynią cię królem. Wystarczy ci ten lęk, który czujesz, ponieważ oznacza on, że rozumiesz, iż ta korona ma historię i przyszłość o wiele większe od ciebie. Lęk oznacza, że jesteś już gotów, Tedrosie. Jesteś gotów wkroczyć na drogę do sławy.

Tedros, z drżącymi kolanami, powtarzał za kapelanem przysięgę:

- W Boże Imię, na oną koronę, którę Łaska Boska na mej głowie osadziła, zaprzysięgam, iże czci Kamelotu bronić będę, wrogom się opierając. Jako świeca w pomrokach ku oświeceniu wieść będę...

Mimo ostrzeżenia starca, Tedros potykał się na dziwnych sylabach i dźwiękach, nie rozumiejąc, co dokładnie mówi. A jednak, w głębi serca, rozumiał. Oczy zaszły mu łzami, w pełni poczuł powagę chwili. Zaledwie kilka lat temu był chłopcem, uczniem pierwszej klasy w Akademii Dobra i Zła, pełen pychy i niepewny siebie.

Teraz ten chłopiec zostanie królem.

Mężem.

Kiedyś także ojcem.

W duchu odmówił krótką modlitwę, prosząc, by czynił Dobro we wszystkich tych trzech rolach, tak jak mężczyzna, dzięki któremu przyszedł na świat. Mężczyzna, którego kochał i za którym codziennie tęsknił. Mężczyzna, którego za wszelką cenę pragnąłby dotknąć jeszcze raz.

Kapelan umieścił koronę na głowie Tedrosa, po policzkach młodego króla popłynęły łzy, a tłum zaczął gorąco wiwatować. Owacja przeciągnęła się dostatecznie długo, by Tedros zdołał zapanować nad emocjami.

Kapelan poklepał go po ramieniu.

- Teraz, aby koronacja się uprawomocniła i abyś mógł oficjalnie zostać uznany za króla, musisz ukończyć ceremonialną pró...

- Masz coś przeciwko temu, żebym najpierw powiedział kilka słów? - zapytał Tedros. - To znaczy, do moich poddanych.

Kapelan zmarszczył brwi.

- Wygłoszenie mowy przed zakończeniem ceremonii jest z pewnością nieortodoksyjne, szczególnie że nikt cię nie usłyszy.

Coś opadło z góry prosto w fałdy zbyt obszernych szat Tedrosa - mała, pięcioramienna biała gwiazdka, podobna do tych, które Merlin zostawiał na pamiątkę przy grobie jego ojca w Awalonie.

- To dziwne - powiedział Tedros, przyglądając się jej uważnie. - Dlaczego jedna z nich...

Jego głos poniósł się na wiele kilometrów.

Tłum wstrzymał oddech ze zdumienia, podobnie jak kapelan, ale Tedros doskonale wiedział, kto odpowiada za tę magię.

Popatrzył w błękitne niebo i uśmiechnął się.

- Dzięki, Merlinie - wyszeptał.

Położył magiczną gwiazdkę na ramieniu, by niosła jego głos daleko i wyraźnie.

- Tak jakoś dziwnie byłoby patrzeć na was z góry i nawet się nie przywitać - powiedział, a jego głos odbił się echem od ściany urwiska. - No więc cześć, jestem Tedros. Witamy na... przedstawieniu.

Szlag.

- Dobra. Wiecie, kim jestem. Tym samym chłopcem, który stał tutaj i wiercił się, kiedy mój ojciec wygłaszał przemówienia. Tylko trochę starszym. I, mam nadzieję, bardziej przystojnym.

Rozległy się śmiechy.

Tedros uśmiechnął się, czując ciepło promieniujące z tłumu. Chcieli słyszeć jego słowa. Chcieli, żeby sobie poradził.

Rozejrzał się za Agatą gdzieś w dole, ale słońce utrudniało rozpoznawanie twarzy. Tak bardzo przywykł do tego, że jego księżniczka jest przy nim, kiedy jej potrzebuje. Ale po tym wszystkim, przez co przeszli, czuł ją w swoim sercu, nawet jeśli byli rozdzieleni. Co takiego kazałaby mu powiedzieć?

To samo, co zawsze: kazałaby mu mówić szczerze o swoich uczuciach.

Tyle że nigdy nie był w tym dobry.

Odetchnął głęboko.

- Kiedy stałem tutaj koło mojego taty, jako mały chłopiec, Dobro i Zło wydawały się po prostu białe i czarne - powiedział pewniejszym głosem. - Ale ze wszystkich rzeczy, jakich nauczyłem się w szkole, jedna lekcja okazała się najważniejsza: nikt nie wie, co jest dobre, a co złe, dopóki opowieść nie zostanie zapisana. Nikt nie wie, czy szczęśliwe zakończenie przetrwa i czy w ogóle jest ono szczęśliwe. Mamy tylko chwilę, w której żyjemy, i wybór, jakiego w niej dokonamy. To zaś prowadzi nas do tej obecnej chwili, kiedy Kamelot nie wydaje się taki sam jak wtedy, kiedy byłem mały. Nie jesteśmy już promiennym królestwem stanowiącym miarę dla wszystkich pozostałych. Ulice są brudne, ludzie są brudni, a ja czuję, że kraj toczy zgnilizna. Nawet w królewskich komnatach pachnie pleśnią. Część z tego wynika oczywiście z zaniedbania - ciągnął Tedros. - Osoby odpowiedzialne za to zostały już pozbawione władzy i ukarane. To jednak nie rozwiąże naszych problemów. Nawet gdybyśmy mogli sprowadzić tutaj mojego ojca, król Artur nie sprawiłby, że wszystko będzie tak jak dawniej. Puszcza na zawsze zmieniła się z powodu Złego Dyrektora, a chociaż on już nie żyje, granica pomiędzy Dobrem a Złem zaczęła się zacierać. Wrogowie udają przyjaciół, a przyjaciele wrogów. Popatrzmy choćby na nasz Kamelot, psujący się od środka.

Tłumy słuchały go w napięciu, nieruchome jak drzewa w bezwietrznym lesie.

- Być może jestem młody. Być może jestem niesprawdzony. Ufam jednak swojemu instynktowi - oznajmił Tedros z większą pewnością siebie. - Instynkt pozwolił mi powrócić do was, mimo że miecz Zła skierował się prosto w moje serce, a topór wisiał nad moją głową. Instynkt pozwolił mi wybrać najwspanialszą z księżniczek, która niedługo zostanie waszą królową.

Wszyscy w ślad za nim popatrzyli na królewską galerię, gdzie arystokraci rozstąpili się, odsłaniając Agatę stojącą w blasku słońca.

Tedros uśmiechnął się i oczekiwał na oklaski.

Nie doczekał się ich.

Ludzie przyglądali się bladej jak u upiora twarzy, wypukłym brązowym oczom i czarnemu hełmowi włosów jak u czarownicy, a potem szukali wokół niej, jakby tylko zastępowała tę wspaniałą księżniczkę, o której mówił Tedros. Jakby nie mogli uwierzyć, że to jest Agata, której baśń stała się sławna w całej Bezkresnej Puszczy... Potem jednak zauważali diadem na jej głowie - tę samą tiarę, którą Artur niegdyś podarował swojej żonie - i zaczynali sztywnieć. W tłumie rozległy się ciche pomruki.

- Agata i ja razem stawiliśmy czoło straszliwym przeciwnikom i znaleźliśmy szczęśliwe zakończenie - tłumaczył Tedros. - Jednak po zakończeniu baśni zaczyna się prawdziwe życie. To już nie jest historia o mnie i Agacie spisywana przez Baśniarza. To historia naszego królestwa, którą musimy pisać wszyscy razem. Historia i przyszłość, której wszyscy jesteście teraz częścią, nawet ci, którzy wątpili w mojego ojca, nawet ci, którzy wątpią we mnie. Dzisiaj zaczniemy zapisywać jej nową kartę.

Odetchnął głęboko.

- Aby pokazać, że to naprawdę początek nowego Kamelotu, moją pierwszą decyzją jako króla jest zaprezentowanie dwojga członków mojego dworu. Dwóch osób, które znają nasze królestwo lepiej niż ktokolwiek i będą go strzec z miłością i odwagą.

Kątem oka zobaczył, że lady Gremlaine zrywa się z miejsca...

Tedros błyskawicznie rzucił Eskaliburem ponad podium, rozcinając płótno zasłaniające taras. Ostrze miecza wbiło się w łuk ponad balkonem.

- Przedstawiam wam moją matkę, królową Ginewrę, i najsłynniejszego z naszych rycerzy, sir Lancelota!

Tedros spojrzał rozpromieniony na tłum, wierząc, że skoro on potrafił wybaczyć Ginewrze i Lancelotowi, jego poddani zrobią to samo.

Patrzyli jednak na niego szeroko otwartymi oczami, z zapartym tchem, w lodowatej, śmiertelnej ciszy.

- Chodź tutaj, matko. Chodź, Lance. - Tedros podbiegł do matki i pociągnął ją za rękę.

Oszołomiona Ginewra potknęła się o rozcięte płótno, zgubiła pantofel i omal nie poleciała na ziemię, na szczęście Lancelot złapał ją w ostatniej chwili. Spiorunował Tedrosa wzrokiem.

- Co ty wyprawiasz, do cholery?!

- Siadaj! - syknął Tedros i wepchnął matkę na swój tron, a Lancelota na krzesło lady Gremlaine, która patrzyła na to ze zgrozą.

W tłumie coś się zmieniło. Tedros doskonale to wyczuwał - ciepła, pełna nadziei atmosfera ochłodziła się, kiedy przedstawił Agatę, teraz jednak stała się ciężka i złowróżbna. Pot zaczął mu się zbierać pod koroną.

Serce mówiło mu, że zaproszenie matki i Lancelota było rzeczą właściwą... Dobrą...

Czy popełniłem błąd?

Stłumił wątpliwości. Nie było już odwrotu.

- Przejdźmy do tej próby - zwrócił się do kapelana. Chciał jak najszybciej dokończyć koronację i zabrać swoją matkę i Agatę do wnętrza zamku.

- Tak... yyy... oczywiście - zająknął się kapelan. Rzucał nerwowe spojrzenia na Ginewrę i rycerza, wyciągając spłowiałą pergaminową kartę z zakamarka szaty. - Yyy... Słuchajcie, słuchajcie. Podobnie jak wszyscy królowie w przeszłości, Artur Pendragon wyznaczył tę próbę, by udowodnić, że jego następca jest godny...

Tedros wyrwał mu kartę i odczytał jej treść głosem wzmocnionym przez magiczną gwiazdkę:

- Aby koronacja się dokonała, przyszły król Kamelotu musi wydobyć Eskalibura ze zwykłego kamienia, jako i ja uczyniłem.

- Kurczę, to łatwe - rzucił, a jego głos odbił się echem.

To jednak nie było przeznaczone dla uszu tłumu.

- CZY KTOŚ MOŻE MI ZNALEŹĆ JAKIŚ KAMIEŃ? - nadął się Tedros i rozejrzał się bez potrzeby po podium.

Lancelot poprawił się na krześle, a podium zaskrzypiało tak donośnie, że oczy gawiedzi zwróciły się na niego.

- Najlepiej taki, który nie będzie zrobiony z drewna - uzupełnił rycerz.

Zamieszanie, które wybuchło za nim, sprawiło, że wszyscy się obejrzeli. Na podium przez rozcięte płótno wpadł ministrant, potykając się o pantofel Ginewry.

- Przepraszam! Teraz na mnie kolej - kwiknął i wciągnął za sobą żelazne kowadło. - Patrzcie i dziwujcie się! Oto kamień, z którego król Artur wydobył niegdyś Eskali...

Ciężkie kowadło przebiło drewnianą platformę. Krawędź podium zapadła się, a kowadło spadło jak kula armatnia przez dziurę i poleciało na dół urwiska, gdzie odbiło się od skały i wpadło do morza.

- Świetnie nam idzie - zauważył Lancelot.

Tedros zrobił się czerwony.

Matka nie odrywała spojrzenia od swojego jednego pantofla. Lady Gremlaine w ogóle zniknęła już ze sceny. Tedros nie miał odwagi spojrzeć w stronę Agaty. Chciał podczas tej koronacji pokazać jej, jakim królem ma być, tymczasem była pewnie tak samo zawstydzona, jak on.

- Merlinie? Przydałaby mi się pomoc - szepnął rozpaczliwie i spojrzał w górę.

Gołębia kupa omal nie trafiła go w głowę.

- Dość tego! - zagotował się Tedros. Zacisnął zęby. - Aby koronacja się uprawomocniła, muszę wyciągnąć miecz z kamienia, tak? No to miecz właśnie siedzi w kamieniu!

Pomaszerował na koniec podium, do zasłoniętego wcześniej zamkowego balkonu, gdzie Eskalibur nadal tkwił wbity w kamienny łuk.

- Czyli jeśli wyciągnę miecz z tego kamienia, będzie załatwione, tak? Będziemy mogli wracać do domu? - warknął do kapelana.

- Cóż, nie wydaje mi się, by twojemu ojcu chodziło...

- BĘDZIE ZAŁATWIONE CZY NIE?! - ryknął Tedros.

Kapelan struchlał.

- O tak... jak sądzę...

Tedros złapał za rękojeść i niemalże wrzasnął do gwiazdki na ramieniu, ogłuszając tłum:

- W takim razie w imię mojego ojca, mojego królestwa i moich poddanych niniejszym zajmuję miejsce przywódcy, protektora i króla Kamelotu!

Pociągnął za miecz.

Miecz ani drgnął.

- Ha?!

Tedros szarpnął mocniej. Nadal nic.

Słyszał, że tłum porusza się niespokojnie.

Zaparł się stopą o ścianę i pociągnął miecz z całej siły, aż bicepsy napięły mu się pod skórą...

Nic. Absolutnie nic.

Tedros spływał potem. Ciągnął w prawo, w lewo, do przodu i do tyłu, starając się oswobodzić miecz, ale z każdym szarpnięciem miał wrażenie, że ostrze jeszcze bardziej zagłębia się w kamieniu. To nie miało sensu. Eskalibur nie był wbity aż tak głęboko, a łuk zrobiony był z miękkiego piaskowca. Dlaczego nie dawał się nawet poruszyć?

Ludzie w tłumie skupili się w grupki i wskazywali go z otwartymi ustami. Widzieli, co się dzieje. Wiedzieli, że obiecał bronić ich jako król, a tymczasem nie był w stanie poradzić sobie z pierwszą próbą mającą udowodnić, że jest królem - próbą, która wcale nie powinna być wyzwaniem...

- Merlinie... - błagał o pomoc, ale niebo nad jego głową było czyste, a biała gwiazdka zniknęła z jego ramienia.

Nie mógł oddychać, wilgotne dłonie sprawiały, że rękojeść ślizgała się, więc ciągnął ją słabiej i bardziej nerwowo. Korona przekrzywiła mu się na głowie. Szaty koronacyjne zaczęły się pruć w szwach...

Proszę - błagał, zmagając się z mieczem. Proszę!

Lancelot podbiegł do niego.

- Wyciągnij wreszcie to cholerne ostrze! - powiedział i chciał mu pomóc zaprzeć się o rękojeść.

Tedros odepchnął go.

- To moja próba... muszę to zrobić...

Pchnięcie okazało się jednak za mocne, Lancelot poleciał do tyłu prosto na kapelana, spychając staruszka z balkonu. Szata kapłańska zaczepiła się o balustradę, w efekcie kapelan zawisł do góry nogami, odsłaniając gołe ciało i workowate pantalony. Z jego kieszeni posypały się prosto w tłum złote monety. Ludzie rzucili się je zbierać, a kapelan zawył ze zgrozy. Ministrant chciał podbiec i pomóc swojemu panu, ale wpadł w dziurę w podłodze wybitą przez upadające kowadło.

Tedros zamarł i rozejrzał się po tej scenie. Lancelot wciągał kapelana na balkon, Ginewra skoczyła na ratunek ministrantowi, który jęczał rozpaczliwie, uczepiony belki, w dole poddani tłukli się o garść monet...

A sześć małp siedziało okrakiem nad mieczem wbitym w kamień, obrzucając go budyniem bananowym.

Tedros upadł na kolana.

- TO PRZEZ NICH! - wrzasnęła gdzieś w dole kobieta, wskazując Lancelota i Ginewrę. - TO ONI NAS PRZEKLĘLI! RZUCILI KLĄTWĘ NA KAMELOT!

- OD SAMEGO POCZĄTKU! - zawtórował jej stary mężczyzna.

- NIBY DLACZEGO ARTUR CHCIAŁ ICH ŚMIERCI? - krzyknęła kobieta.

- ZDRAJCY! - pisnął mały chłopiec.

- DRANIE!

Z tłumu wyrwała się ogarnięta żądzą krwi grupa ludzi, którzy zaczęli wspinać się po rusztowaniu na podium, chcąc dosięgnąć Ginewrę i Lancelota.

- DORWAĆ ICH!

- ZABIĆ ICH!

Belki rusztowania nie wytrzymały ich ciężaru i połamały się jak zapałki, a resztki podium poleciały w dół. Świece podpaliły drewno i kałuże wosku, spadające elementy uderzyły w most zwodzony i eksplodowały jak kula ognia. Mieszczanie z wrzaskiem rzucili się do ucieczki. W tym momencie przez tarasowe okno wypadła straż królewska, uzbrojona w miecze i włócznie, pod wodzą lady Gremlaine.

- ZDRAJCY! - rozbrzmiewały w dole echem okrzyki. - POTWORY!

Ludzie zaczęli rzucać w balkon czym popadnie, więc strażnicy pospiesznie wyprowadzili Ginewrę, Lancelota i pozostałych w bezpieczne miejsce.

Pozostał tylko Tedros, szarpiący i ciągnący Eskalibura. Jego zakrwawione dłonie ślizgały się na budyniu, twarz miał mokrą od łez. Nagle poczuł, że jeden ze strażników łapie go i stara się przewiesić go sobie przez ramię...

- Nie! Uda mi się! - wykrztusił, wyciągając ręce do miecza. - Uda mi się!!!

Krzyczał te słowa raz za razem, aż jego głos całkowicie ochrypł. Kiedy strażnicy ciągnęli go do zamku, z Wielkiej Nadziei Kamelotu pozostał już tylko chlipiący chłopiec z koroną spadającą na oczy, wymachujący na oślep rękami.

3SOFIAFlah-sé-dah

No to jest tym królem, czy nie? - zapytała dziekan Sofia z nosem w "Dworskiej Dżumie". - Według "Kuriera Kamelotu" jest, a według "Dżumy" nie jest. Jedni i drudzy zgadzają się jednak, że kiedy Tedros znajdzie sposób na wyciągnięcie Eskalibura z tego balkonu, sprawa zostanie przesądzona i będzie królem już na dobre. Jeśli jednak ktoś inny wyciągnie miecz, zanim zrobi to Tedzio... Cóż, to nie miałoby chyba żadnego znaczenia, ponieważ tylko ktoś z krwi Artura może zasiąść na tronie... co oznacza, że Tedros jest królem już na dobre, chociaż jak się wydaje, na razie jest jakimś "półkrólem", któremu brakuje szacunku, poparcia... i miecza.

Sofia, ubrana w czarny pluszowy szlafrok, odchyliła się do tyłu i poprawiła lokówki w jasnych włosach. Przeglądała pozostałe nagłówki:

TYLKO U NAS: WYWIAD Z OBECNYMI NA KORONACJI MAŁPAMI

AGATA: WIERNA KSIĘŻNICZKA... CZY CZAROWNICA, KTÓRA RZUCIŁA KLĄTWĘ NA KORONACJĘ?

HORROR KORONACYJNY: CZY LANCELOT CHCE SIĘGNĄĆ PO KORONĘ?

- Minęło sześć miesięcy i wszyscy nadal mówią tylko o tym - westchnęła Sofia. Złożyła gazetę i pogładziła fiolkę ze złotym płynem, którą nosiła jak naszyjnik. - Biedny, biedny Tedzio.

- Skoro Tedzio jest taki biedny, to dlaczego się uśmiechasz? - burknął Hort.

Sofia popatrzyła na swojego półnagiego kruczowłosego przyjaciela i dwóch pierwszorocznych nigdziarzy w obcisłych czarnych mundurkach, którzy ciągnęli jej marmurowy posąg przez świeżo odnowiony hol Akademii Zła.

- Sugerujesz, że cieszy mnie, że dwoje moich przyjaciół jest pośmiewiskiem Kamelotu? Sugerujesz, że w głębi duszy jestem zachwycona tym, jakie piętno na ich związku odciśnie to upokorzenie?

- Wieszałaś się na Tedrosie przez trzy lata, próbowałaś wyjść za śmiercionośnego czarownika, żeby wzbudzić jego zazdrość, a potem zagroziłaś losowi całej Puszczy, bo Tedros nie chciał cię pocałować - przypomniał Hort. Jego wyrobione mięśnie lśniły, kiedy przesuwał posąg Sofii do czerwono-złotej sali balowej. Ponad nim kilka nigdziarek chwiało się na drabinach, starając się zawiesić żyrandol, w którym wszystkie kryształki miały kształt litery S. - Poza tym od kilku miesięcy piszesz do Agaty i starasz się wtrącać w planowanie ślubu, a ona nie odpisała ci ani razu, więc teraz w głębi duszy chcesz, żeby ceremonia ślubna okazała się całkowitą klapą - dodał. - Więc, no, tak właściwie to nic nie sugeruję. Raczej stwierdzam fakty.

Sofia popatrzyła na niego z niezadowoleniem.

- Chciałabym, żeby Aga mogła skorzystać z mojej pomocy. Jest daleko stąd, w nowym królestwie, szykuje się do najważniejszego dnia swojego życia, a ja chciałabym ją w tym wspierać. Czy czuję się dotknięta tym, że nie odpowiada? Może troszeczkę. Ale nie jestem wściekła.

- Kiedy czujesz się dotknięta, robisz się wściekła - stwierdził Hort. - Wściekasz się tak bardzo, że zamieniasz się w czarownicę, zaczynasz wojnę i ludzie giną. Zajrzyj do podręcznika historii.

- Och, skarbie, to już przeszłość - jęknęła Sofia i rozparła się na szklanym tronie w kształcie korony z pięcioma pałkami. - Zaczął się nowy rok, a ja zaczęłam nowe życie, podobnie jak nasi dawni szkolni koledzy, którzy wędrują teraz przez Puszczę i szukają w swoich baśniach drogi do sławy. Popatrz...

Odkręciła zakrętkę buteleczki przymocowanej do naszyjnika i obróciła ją do góry nogami, wylewając złoty płyn. Zamiast spaść na podłogę, płyn zawisł w powietrzu i utworzył zarys dużego kwadratu, który magicznie wypełnił się trójwymiarową mapą Bezkresnej Puszczy, utrzymaną w odcieniach zieleni. Po bliskich i dalekich królestwach rozsiane były różnokolorowe figurki, niczym armia żołnierzyków. Każda z nich przypominała ucznia czwartego roku Akademii Dobra i Zła i była podpisana jego imieniem.

- Rzut oka na Mapę Sławy pokazuje, że nasi przyjaciele radzą sobie naprawdę dobrze - powiedziała Sofia. - Popatrz, tu jest Beatrycze, która w Radosnej Łące walczy z piratami, a pomagają jej Rena i Milicenta... Ravan w Akgulu plądruje Żelazne Miasto wraz z Draxem jako swoim sługusem i Arachne jako mogryfikowaną traszką... Hester, Dot i Anadil są w Kyrgios na jakiejś "ważnej" misji, o której nie chcą mi nic powiedzieć, chociaż nie może być aż taka ważna, skoro w każdym królestwie spędzają najwyżej jeden dzień... A tutaj Chaddick, który wybrał się samotnie do Awalonu... Hmmm, to dziwne, wydawało mi się, że pojechał do Kamelotu, żeby zostać rycerzem Tedrosa. Co miałby robić w Awalonie? Tam nie ma nic oprócz śniegu i tundry. Nikt tam w ogóle nie mieszka poza Panią Jeziora, ale ona nie otwiera bram swojego zamku przed nikim z wyjątkiem Merlina i króla Kamelotu... Ale popatrz, to wygląda, jakby figurka Chaddicka była we wnętrzu zamku, prawda? Może leci nad wyspą na grzbiecie stymfa albo na czymś innym...

- Niebieski oznacza, że odnoszą sukcesy? - zapytał Hort.

- A czerwony, że przegrywają. Dlatego właśnie moje imię jest na niebiesko - pochwaliła się Sofia i wskazała swoją figurkę przy miniaturowym zamku Akademii. - Moją drogą do sławy jest otwarcie nowej ery w historii Zła i najwyraźniej doskonale mi to idzie.

- Cóż, moje imię też jest na niebiesko - powiedział Hort, który zauważył swoją figurkę zasłoniętą przez Sofię. - Uczniowie mnie uwielbiają, trenuję codziennie wieczorem i zacząłem nawet dostawać listy od fanów. Akurat wczoraj przyszedł do mnie liścik, wyraźnie od dziewczyny, w którym napisała, że jestem jej ulubioną postacią z naszej baśni i że w Lesie za Światem nie ma takich chłopców jak ja. Widocznie to Czytelniczka z twojego rodzinnego miasta...

- Albo Kastor zrobił sobie dowcip - prychnęła Sofia.

Hort wyraźnie oklapł.

- Czekaj no, ale czy to nie jest dziwne, że wszystkie imiona na mapie są niebieskie? Czy ktoś nie powinien w tym momencie przegrywać?

- Od kiedy Klarysa dała mi tę mapę, widzę na niej samych zwycięzców - zaszczebiotała Sofia. - Albo mam szczęście, albo jesteśmy wyjątkowo utalentowanym rocznikiem.

- Albo twoja mapa jest popsuta, co by tłumaczyło, dlaczego Chaddick jest wewnątrz zamku Pani Jeziora, chociaż to przecież niemożliwe - stwierdził Hort. - Popatrz, nawet Tedros i Agata są na niebiesko, co by znaczyło, że zdaniem Mapy Sławy świetnie sobie radzą.

Sofia popatrzyła na niego, a potem na imiona Agaty i Tedrosa w Kamelocie, równie niebieskie, jak cała reszta.

- Fakt, coś tu się nie zgadza - mruknęła. - Jakim cudem Tedros miałby odnosić sukcesy? Czytam codziennie kamelockie gazety. Jest pośmiewiskiem całego miasta! Jest zakałą królestwa!

Zobaczyła, że Hort uśmiecha się krzywo.

- Biedny Tedzio - powiedział.

Sofia podniosła się z tronu i przemaszerowała obok Horta.

- Och, równie dobrze może się okazać, że Klarysa zaczarowała jego imię, żeby sprawiał dobre wrażenie. Wróżki-matki chrzestne uwielbiają oszukiwać. - Przesunęła dłonią po mapie, która zamieniła się z powrotem w płyn i zniknęła w buteleczce. - Poza tym, szczerze mówiąc, trudno mi się przejmować nieudolnym królem i księżniczką, która jeszcze nawet nie została królową, ale jest z jakiegoś powodu zbyt zajęta, żeby napisać do swojej najlepszej przyjaciółki. Muszę się zajmować moją szkołą, stu dwudziestoma pięcioma nigdziarzami, którzy uważają, że Tedros i Agata to już przeszłość i patrzą we mnie jak w obraz. Poza tym mamy tych nieznośnych Czytelników, których przyjęliśmy, chociaż nie mają o niczym pojęcia. Pierwszego dnia szkoły ta dziewucha z Gawaldonu zawaliła sufit w klasie! Więc dziękuję pięknie, ale mam co robić. A nawet gdybym miała czas myśleć o Tedrosie, czy też o jakimkolwiek innym chłopcu, skoro już o tym mowa, byłby to czas stracony. Jestem całkowicie szczęśliwa w samotności, swobodna i wolna od kaprysów miłości. Flah-sé-dah to moja nowa mantra, cudowne połączenie laissez-faire i la-di-da. Kto potrzebuje miłosnych stresów, kiedy ma ważną pracę? Preferuję teraz skromne życie i poświęcenie się dla moich uczniów.

- Wiesz, organizowanie w drugim tygodniu szkoły balu dziekańskiego, którego motywem przewodnim jest Noc tysiąca Sofii, a goście mają przebrać się w kostiumy inspirowane twoją baśnią nie wydaje mi się czymś szczególnie skromnym - stwierdził Hort, a jego pomocnicy, nie przerywając polerowania posągu Sofii odzianej w fałdzistą szatę, z kwietną koroną na głowie, wydali potwierdzające pomruki. - Podobnie jak nie wydaje mi się, by odrywanie połowy uczniów Zła od lekcji, żeby przygotowali dekoracje, służyło komukolwiek poza tobą. - Hort rozejrzał się po sali balowej pełnej nigdziarek w eleganckich skórzanych sukienkach i wysokich czarnych botkach oraz nigdziarzy w szykownych skórzanych kurtkach i obcisłych czarnych spodniach. Praca wrzała: wieszano gobeliny przedstawiające najwspanialsze chwile ze szkolnego życia Sofii, polerowano witraże z portretami Sofii i szorowano marmurową posadzkę ozdobioną czerwoną literą S w złotej koronie, w otoczeniu liści oliwnych.

- A jednak jesteś tutaj i pomagasz im. - Sofia uśmiechnęła się zalotnie do Horta.

- Owszem, żebyś poszła ze mną na bal.

- Dziekan nie musi mieć partnera na własnym balu - najeżyła się Sofia.

- Ale mogłaby chcieć.

- Chciałabym tylko, żebyś włożył koszulę - odparła Sofia, przyglądając się jego rzeźbionym mięśniom.

- Chyba gdzieś ją zgubiłem - odparł Hort.

Sofia uniosła brew.

- Podobnie jak kilka klepek.

- Hum, panie profesorze? - odezwał się nieśmiały głos.

Sofia i Hort odwrócili się.

Pięćdziesięcioro pierwszorocznych spojrzało na nich.

- Ktoś puka do drzwi - zaszemrała dziewczyna wyglądająca jak wampirzyca.

Szybkie i gwałtowne uderzenia rozległy się echem w całej sali.

Sofia zaczekała, aż ucichną.

- Doprawdy? Niczego nie słyszę.

- Tak przy okazji, mnie zamek podobał się bardziej, kiedy był zapuszczony i brudny - powiedział Hort i potarł dłonią plamę na posągu Sofii. - Wszystko jest teraz zbyt czyste. Zupełnie jakbyśmy się starali coś ukryć.

- Bzdury. Jakim cudem ktokolwiek miałby preferować stare Zło? - Sofia wydęła pogardliwie wargi i spojrzała przez okno na odnowione wieże Szkoda, Występek i Niezgoda, oświetlone czerwono-złotymi papierowymi lampionami. - Zło było wcześniej takie mroczne. Takie ponure i nieatrakcyjne. Nic dziwnego, że zawsze przegrywaliśmy. Zachowywaliśmy się jak przegrani!

- Czyli od początku świata Zło czekało, aż ty się pojawisz i naprawisz je? - zapytał Hort z kamienną twarzą.

- Kochany, gdyby nie ja, Zło nadal grałoby drugie skrzypce w każdej Dobrej baśni i umierało tylko po to, żeby śliczni, słodcy zawszanie mieli bardziej eleganckie zakończenie swojej opowieści. Popatrz teraz na nas: nowe mundurki, nowe lekcje, nowy zamek... Odnowiona marka Zła. Właśnie dlatego zaprosiliśmy dzisiaj uczniów Dobra na nasz bal. Chcę, żeby zobaczyli, iż Zło nie jest już brzydką przyrodnią siostrą. Zło jest młode, olśniewające i en vogue. Dzisiejszy wieczór nie ma być tylko świętem, ma być zatknięciem flagi. Flagi mówiącej, że przyszedł czas Zła. A jeśli przy okazji uda nam się przeciągnąć na naszą stronę paru zawszan... cóż, jak to się mówi, flah-sé-dah.

Strzeliła palcami, a chudy, brązowy chłopak o szczurzej twarzy wybiegł z kolumnady i wręczył jej szklankę zielonego soku.

- Prawda, Bogdenie? - uśmiechnęła się Sofia i wypiła łyk soku.

- Flah-sé-dah - zaskrzeczał, wachlując ją palmowym liściem.

Hort spojrzał na szczurowatego złym wzrokiem.

- Co on tutaj robi?

W sali znowu rozległo się głośne pukanie.

- Bogden z Lasu za Światem? - zapytała Sofia z miną niewiniątka, ignorując pukanie. - Nie widziałeś go na swoich lekcjach, profesorze Horcie? O ile pamiętam, to ty uczysz u nas historii Zła. Czy też może masz zwyczaj nie zwracać uwagi na swoich uczniów?

Hort zacisnął zęby.

- Po pierwsze, zgodziłem się w ostatniej chwili uczyć historii, żeby oddać ci przysługę, ponieważ nikt nie chciał tej posady, bo każdy, kto ją wcześniej zajmował, ginął tragicznie. Po drugie, nie powinno mnie tu w ogóle być, ponieważ lady Lesso przydzieliła mi normalną misję, tak jak wszystkim innym, co oznacza, że mój żołnierzyk na twojej magicznej mapie powinien być w Dziewiczej Dolinie, walczyć ze smokami i elfami i może nawet zasłużyć na własną baśń. Zamiast tego porzuciłem swoją drogę do sławy, żeby ci pomagać...

- Jako dziekan mam prawo zmieniać misje tak, jak uznam za stosowne - przypomniała Sofia.

- ...A po trzecie, wiem doskonale, kim jest Bogden - ciągnął Hort. - Ponieważ zawalił wszystkie zaliczenia moje i innych nauczycieli już w pierwszym tygodniu, co oznacza, że powinien zostać wydalony ze szkoły. Zgodnie z nowymi zasadami każdy, kto obleje trzy zaliczenia z rzędu, jest odsyłany do domu.

- Znam zasady, które sama ustaliłam, ale dziękuję za przypomnienie. Po prostu nie potrafiłam oblać innego Czytelnika - westchnęła Sofia. - Ja także pochodzę ze skromnej rodziny. Ja także pragnęłam lepszego życia, niż oferował Gawaldon, gdzie musiałabym ubijać masło, prać ubrania i poślubić jakiegoś tłuściocha, który oczekiwałby, że będę go słuchać i, no wiesz... gotować. Dlatego właśnie postanowiłam przyjmować zgłoszenia od Czytelników. Zasługują na to, by przeżyć własną baśń.

- To dlaczego od dwóch tygodni narzekasz na nich?

- Tylko na tę dziewczynę z Gawaldonu, która zrujnowała klasę i rzuca mi złe spojrzenia, kiedy tylko mnie widzi. I to nie w dobrym sensie złe. Tymczasem Bogden traktuje mnie jak boginię. - Sofia uśmiechnęła się promiennie do szczurowatego chłopca. - Dlatego po tych niepowodzeniach w pierwszym tygodniu dałam mu wybór: możemy odesłać go do domu albo na rok zostanie moim osobistym asystentem. Wygląda trochę tak jak ty dawniej, nie uważasz? To znaczy, zanim zacząłeś podnosić ciężary, żeby wyglądać jak Tedros.

Jeszcze mocniejsze pukanie.

- Jeśli w ten sposób zachowujesz się jako dziekan, nie potrafię sobie wyobrazić, jaka byś była jako królowa Kamelotu - odparował Hort.

- Pfff, mowy nie ma. - Sofia rozparła się na tronie. - Siedzieć na tronie w czasie audiencji i słuchać, jak ludzie zgłaszają się ze swoimi problemami... to nie dla mnie.

PUK! PUK! PUK!

- Och, wpuśćcie ich, na litość boską! - jęknęła Sofia.

Bogden błyskawicznie wyciągnął spod tronu zrolowany czerwony dywan i rozwinął go przez całą długość sali, sycząc przy tym jak kot, by przegonić nigdziarzy z drogi. W końcu, z dworskim ukłonem, otworzył drzwi na oścież...

Grupka dorosłych wpadła do środka i ruszyła szybkim krokiem po dywanie, machając gwałtownie ramionami i krzycząc tak głośno, że Sofia zaczęła się rozglądać za oknem, przez które mogłaby wyskoczyć.

- Nie możesz bez powodu wyciągać uczniów z lekcji! - wrzasnął profesor Bilious Manley, a jego pryszczata głowa poczerwieniała gwałtownie.

- Nie możesz zapraszać zawszan do Zamku Zła bez zgody Dyrektora! - oznajmiła karcąco profesor Sheeba Sheeks, potrząsając pięściami.

- Nie możesz zamieniać wieży Dyrektora w prywatną rezydencję! - powiedział gnom Juba, trzęsąc siwą brodą.

- WYDAJE WAM SIĘ, ŻE MACIE PROBLEMY?! ONA KAZAŁA SIĘ WSZYSTKIM KĄPAĆ! - ryknął pies Kastor. - NAUCZYCIELOM TEŻ!

Pozostali zachłysnęli się ze zgrozy.

Sofia ciaśniej owinęła się szlafrokiem, a jej papiloty zakołysały się jak ozdoby na choince.

- Po pierwsze, mogę robić z naszymi uczniami, co tylko zechcę, ponieważ jestem dziekanem. Po drugie, skoro nie ma Dyrektora, to znaczy, że mogę zaprosić zawszan do czorta na Kuliczki, jeśli tylko będę miała ochotę, i nikt mi tego nie zabroni! Po trzecie, nawet jeśli cały zastęp nowych wróżek pilnuje Baśniarza, czuję się pewniej, mieszkając razem z nim, zwłaszcza że ochrona zaklętego pióra jest priorytetem numer jeden naszej Akademii...

- A ta ochrona wymaga odnowienia wieży tak, żeby zamieniła się w pięciogwiazdkowy hotel? - warknął Manley i wskazał przez okno rusztowania otaczające wieżę Dyrektora. - Stymfy pracują nad tą wieżą od miesięcy, a my wszyscy dusimy się od pyłu! Mamy już dość!

Sofia spiorunowała go wzrokiem.

- Oczekujesz, że będę mieszkać w starej kamiennej celi jak dawniej Rafal? Bez jedwabnej wykładziny, porządnej wanny i lamp obrotowych?

Nauczyciele zaniemówili.

W korytarzu rozległo się wilcze wycie.

- Wydaje mi się, że to znak dla was, że powinniście wracać do prowadzenia lekcji, a dla mnie, że powinnam zacząć się szykować na bal dziekański - oznajmiła Sofia i podniosła się z tronu.

Drzwi sali otworzyły się raz jeszcze i do środka wmaszerowała Klarysa Dovey z siwymi włosami wymykającymi się z wysoko upiętego koka i skrzydełkami chrabąszczy trzepoczącymi na jej zielonej sukni.

- Jeśli to rzeczywiście ma być bal dziekański, należałoby uznać, że także jestem zaproszona, w końcu jestem dziekanem - powiedziała, sunąc po czerwonym dywanie. Na jej szyi wisiała identyczna złota fiolka jak ta na szyi Sofii. - Niestety, nie dostałam żadnego zaproszenia.

- Dzisiejszy wieczór ma być świętem splendoru, charyzmy i nadziei. Obawiam się, że pomimo twojego imponującego wejścia czułabyś się tu nie na miejscu - oznajmiła chłodno Sofia.

- A jednak moich uczniów zaprosiłaś - powiedziała Dovey.

- Których znakomita większość potwierdziła już swoje przybycie - odparła Sofia. - Mogę cię zapewnić, że nikt z moich pierwszorocznych nie poszedłby na bal w twoim zamku. A nawet gdyby, na pewno uciekłby z takiej zatęchłej, staroświeckiej atmosfery.

Oczy dziekan Dovey zalśniły.

- O, Dyrektor z pewnością przywołałby cię do porządku.

- Cóż za szkoda, że nie mamy Dyrektora - zamruczała Sofia.

Klarysa pochyliła się, żeby spojrzeć jej w oczy.

- To się niedługo zmieni.

Sofia zbladła jak ściana.

Dziekan Dobra wymaszerowała z sali, a nauczyciele Zła poszli w jej ślady. Drzwi zatrzasnęły się za nimi tak, że żyrandol się zakołysał, a kilka kryształków w kształcie litery S spadło i roztrzaskało się na szklanym tronie Sofii.

Prawie nie zwracała uwagi na Bogdena wybierającego jej odłamki z włosów, ponieważ nie odrywała spojrzenia wielkich, przerażonych oczu od drzwi.

- Nowego Dy-dy-dy-dyrektora?! - zaskrzeczała.

Hort, nagi do pasa, oparł się o jej posąg i uśmiechnął od ucha do ucha jak łasica.

- Flah-sé-dah - zawołał.

4SABATPrzerwana misja

Powiedzmy, że nowa dziekan przekracza swoje uprawnienia... - zaczęła Hester.

- I staje się postrachem własnej szkoły - dodała Anadil.

- Wyprawia przyjęcia na swoją cześć, zmusza wszystkich do kąpieli i każe dzieciakom jeść gotowane szparagi i kiełki pszenicy - uzupełniła Dot.

- Co byś zrobił, gdybyś był Dyrektorem? - zakończyła Hester.

Trzy czarownice miały już otwarty notes i przygotowane pióro.

Siedzący w swojej skrzypiącej chacie na szczycie bardzo wysokiego grochodrzewu, wielki wezyr królestwa Kyrgios podrapał się po długiej kręconej brodzie ozdobionej, podobnie jak czarne pukle jego włosów, płatkami złota.

- Jak rozumiem, nowa dziekan jest... młoda?

- I jest blondynką - powiedziała Dot.

- Rozumiem - powiedział z namysłem wezyr głębokim barytonem. - Zachęciłbym ją, by zastanowiła się poważnie nad swoim życiem prywatnym i nad tym, jaki ma ono wpływ na jej karierę zawodową. Czasem dziekanowi wydaje się, że życie w służbie innym wystarczy, by poczuć spełnienie. Jeśli tak nie jest, przekraczanie granic może być rodzajem wołania o pomoc. Dyrektor powinien spojrzeć dziekan w oczy i zapytać: "Czego naprawdę potrzebujesz?". Czasem chodzi o coś tak prostego jak urlop w słonych łaźniach w Szazabahu, czasem jednak o coś więcej. O wiele więcej. Wtedy trzeba kogoś obdarzonego mądrością, prawdziwą mądrością, kto zdołałby do tego dotrzeć.

Hester zauważyła, że Anadil spojrzała na nią przelotnie, zanim znowu zwróciła się do wezyra.

- Dlaczego dziekan Zła miałaby w ogóle cię wysłuchać, gdybyś był Dyrektorem? - zapytała albinoska. - Jesteś z królestwa zawszan i, bez urazy, nawet jeśli przysięgniesz, że będziesz "bezstronny", to i tak większość nigdziarzy uważa zawszan za przygłupie mięczaki.

Trzy czarne szczury wyjrzały z jej kieszeni i zasyczały potwierdzająco.

- Cóż, powołanie dwóch Dyrektorów, Dobrego i Złego, nie sprawdziło się, czyż nie? - odparł wezyr i spojrzał na drewniany zegar stojący na kominku. - Proponuję, żeby tym razem skoncentrować się na jakości, nie na ilości. Poza tym, jak mam nadzieję, pamiętacie z lekcji historii, że Kyrgios dawniej było królestwem nigdziarzy. To oznacza, że w ciągu mojego długiego życia służyłem równie wiernie królom zawszan i nigdziarzy.

Dot zapisała coś, a jej żołądek głośno zabulgotał.

- Skoro mowa o długim życiu, z zebranych przez nas informacji wynika, że udało ci się je osiągnąć dzięki różnym rodzajom czarów zapewniających długowieczność. Proszę wybaczyć bezpośredniość, ale nie chciałybyśmy Dyrektora, który padnie trupem po dwóch tygodniach pracy. Jak długo jeszcze zamierzasz żyć?

- Czy te chipsy są stare? Żadna z was ich nie tknęła - powiedział wezyr.

Hester popatrzyła na stos zielonych chipsów na talerzu. Podobnie jak wszystko inne w Kyrgios pachniały grochem, ponieważ groch był sercem i duszą tego królestwa. Kyrgijczycy nawet spali w strąkach grochu zwisających z drzew podobnych do tego, na którym się teraz znajdowały. Na szczęście czarownice nie zamierzały tu nocować, ponieważ na ranek dnia następnego miały umówioną kolejną rozmowę kwalifikacyjną w Paszańskich Wydmach.

- Nie jesteśmy głodne. Jadłyśmy ogromne śniadania - odparła krótko Hester, chociaż żołądek Dot grał marsza jak bęben.

- Nie rozumiem czegoś. Kiedy dołączy do nas dziekan Dovey? - Wezyr zmarszczył brwi. - Muszę zaraz wracać do zarządzania królestwem. Ostatnio zdarzają się tu dziwne ataki. Tajemnicze powozy celowo rozjeżdżające ludzi, a także doniesienia o piratach pojawiających się w pobliżu Czwórstyku, który jest świętym miejscem. Zarezerwowałem czas na to spotkanie, ponieważ zakładałem, że dziekan będzie na nim obecna.

- Bardzo dziękujemy za poświęcony nam czas, ale tak jak zapowiadałyśmy w liście, dziekan Dovey powierzyła nam zadanie zebrania informacji, zlokalizowania i przeprowadzenia rozmów kwalifikacyjnych z kandydatami na stanowisko Dyrektora. To nasza misja - wyjaśniła Hester tonem wskazującym, że powtarzała to już wiele razy. - Kontaktujemy się regularnie z dziekan Dovey, ale spotka się ona tylko z zawężoną grupą wybranych przez nas kandydatów.

Wezyr uśmiechnął się zdawkowo.

- Czyli Dovey siedzi w swojej szklanej wieży i zajmuje się menu obiadowym oraz szkolnymi balami, zaś kluczowe zadanie wybrania Dyrektora, chronienia Baśniarza i pilnowania równowagi na świecie powierza... dzieciom.

- Dzieciom, które przez ostatnie sześć miesięcy spotykały się z najniebezpieczniejszymi bohaterami i złoczyńcami w całej Puszczy - przypomniała Anadil.

- Dzieciom, które znajdowały kandydatów na latających górach, w spowitych mgłą lasach, w jeziorach pełnych piranii, w aktywnych wulkanach, w lagunach syren, na cmentarzyskach słoni oraz w żołądku bardzo dużego wieloryba - uzupełniła Dot.

- Dzieciom, które zrobią, co tylko w ich mocy, by znaleźć właściwą osobę na to miejsce, ponieważ na tym polega droga do sławy w naszej baśni - powiedziała Hester, a wytatuowany na jej szyi demon drgnął nerwowo.

- Nie wolałybyście uwiecznić swoich imion w baśni, walcząc z gigantem albo elfim księciem? - zapytał całkiem poważnie wezyr. - To brzmi, jakby herszt wysyłał swoich sługusów, żeby odwalił robotę za niego. To zaś nigdy nie kończy się dobrze.

- Chyba że herszt wie, że jesteśmy jedynymi osobami, które zrobią to dobrze - odparła Hester. - Ponieważ ta misja na długo ukształtuje Dobro i Zło, a naszemu sabatowi zależy na tym bardziej niż na znalezieniu się w książkach. Właśnie dlatego profesor Dovey nas wybrała. A skoro ona, dziekan wrogiej nam akademii, gotowa jest złożyć los szkoły w nasze ręce, a nie pozostawić go we własnych lub przekazać komuś innemu, proponuję, żebyś przestał się zajmować naszym wiekiem i zaczął się zastanawiać, z jakim szacunkiem należałoby się odnosić do uczniów, którymi masz kierować dzięki swojej mądrości.

Wezyr popatrzył na nią z otwartymi ustami.

- To wszystko - zaświergotała Dot, zamieniła chipsy grochowe w czekoladę i wybiegła za swoimi przyjaciółkami z chaty.

Chwilę później zajrzała nieśmiało do środka.

- Możesz nam pomóc zejść z tego drzewa?

Dovey kontaktowała się z nimi codziennie o godzinie pierwszej, więc czarownice zatrzymały się na lunch w Wiecznych Źródłach, niewielkim królestwie w dżungli, jakieś dwadzieścia pięć kilometrów od Kyrgios. Wieczne Źródła zamieszkiwały wyłącznie zwierzęta. Ponieważ padało tam niemal codziennie przez cały rok, pomimo obfitości zieleni i jedzenia żadni ludzie, ani inne istoty rozumne, nie chcieli żyć w miejscu tak wilgotnym. Czarownice brnęły między bujnymi krzewami i kolorowymi kwiatami w swych workowatych czarnych sukienkach i ciężkich buciorach. Hester widziała jelenie, bociany i wiewiórki patrzące na nie jak na zaćmienie Słońca.

Przez ostatnie sześć miesięcy podróżowały zazwyczaj pieszo, ponieważ Kwietna Kolej, zrujnowana za rządów poprzedniego Dyrektora, przywróciła kursowanie tylko na nielicznych liniach. Po drodze widziały cudowne i niezwykłe rzeczy: królestwo Kasatkiny rządzone wyłącznie przez koty, Stawy Nocy w Piekielnym Lesie, gdzie ożywały największe lęki, Żywą Bibliotekę na Wzgórzach Banialuki, w której można było znaleźć zwoje z drzewami genealogicznymi każdego człowieka w Puszczy, zarządzaną przez wielkiego nietoperza, a także Jaskinie Czasowstrzymywaczy w Borna-Ćorić, gdzie czas płynął wstecz. Leciały nawet na grzbiecie legendarnego Błękitnego Stymfa, podziwiając z góry rzadki widok na Czwórstyk, kwadratowy spłachetek ziemi na styku czterech królestw. Tu właśnie król Artur stoczył swoją ostatnią bitwę, w której został śmiertelnie ranny. To miejsce uchodziło obecnie za symbol rozejmu pomiędzy Dobrem a Złem - wyjaśniła pozostałym Hester, która przeczytała o tym w podręczniku historii Puszczy. Nad Czwórstykiem powiewała flaga Kamelotu, zaś jego granice chroniły cztery ściany zrobione z wodospadów zaklętych przez Panią Jeziora. Jeśli ktoś zbliżyłby się na tyle, by choć kropla wody spadła na jego skórę, Pani Jeziora sięgnęłaby po niego i utopiła go. Dziewczęta, lecąc na kolejną rozmowę kwalifikacyjną w Hamelin, pilnowały się więc, by lecieć na bezpiecznej wysokości.

Wtedy jednak dopiero zaczynały. Poszukiwania Dyrektora były dla nich wspaniałą zabawą, nawet jeśli okazywały się męczące lub niebezpieczne. Niekończąca się podróż w letnim skwarze odcisnęła w końcu na nich piętno. Dot miała pęcherze i bóle w krzyżu, demon Hester wiecznie się krzywił i nawet biała skóra Anadil odrobinę się opaliła. W Wiecznych Źródłach były przynajmniej bezpieczne, nawet jeśli trochę mokre, a po sześciu miesiącach wędrówki po kolejnych królestwach w poszukiwaniu najlepszych kandydatów, których mogłyby zaprezentować dziekan Dovey... cóż, bezpieczeństwo wystarczało im do szczęścia.

Kiedy znalazły miejsce na postój pod rozłożystą palmą, Hester przygotowała lunch z awokado i jabłek cukrowych zerwanych z pobliskich drzew, Anadil rozbiła kilka kokosów wypełnionych słodką wodą, zaś Dot rozłożyła pogniecione gazety, które znalazła w torbie, żeby nie musiały siedzieć na mokrej ziemi. Przez dziesięć minut jadły w milczeniu, a deszcz mżył wokół nich. Trzy czarownice zatopione były w myślach, z których otrząsnęły się jednocześnie, tak jak zwykle najlepsze przyjaciółki.

- Wydaje mi się, że ten ostatni był najbardziej obiecujący - powiedziała Anadil, której szczury przepychały się nad zdechłą gąsienicą.

- Ten Groszek? - prychnęła Dot z pełnymi ustami.

- Spokojny, rzeczowy... mogę go sobie wyobrazić w wieży Dyrektora - ciągnęła Anadil. Siorbnęła wodę kokosową. - Nawet bardziej niż tego lodowego giganta z Mroźnej Równiny, aktywistę praw wróżek z Kraju Gillikinów albo małpiego króla z Pogórza Runyońskiego.

- Żaden z nich nie był idealny - wymamrotała Hester. - Stać nas na więcej.

- W końcu musimy kogoś wybrać, Hester. Minęło sześć miesięcy - przypomniała Anadil. - Bez Dyrektora bezpieczeństwo Baśniarza jest zagrożone. Podobnie jak całej Puszczy.

- Podobał mi się ten augur z Ladelflopu - powiedziała Dot. - Powiedział mi, że jestem śliczna.

- Był ślepy - warknęła Anadil.

- Aha. No to Groszek jest lepszy - przyznała Dot.

- Musimy wybrać kogoś jeszcze przed ślubem - zdecydowała Anadil, rzucając Hester ostrożne spojrzenie. - Będziemy na tym ślubie, prawda?

Hester znieruchomiała, a potem przez chwilę skubała jedzenie, zanim podniosła głowę.

- Tak. Będziemy na ślubie.

Anadil westchnęła cicho.

- Chociaż od miesięcy nie dostałyśmy żadnego listu od Agaty. - Dot zsunęła buty. - Od czasu tamtego, w którym udawała, że w Kamelocie wszystko idzie ślicznie i wspaniale. Mam nadzieję, że ślub jest jeszcze aktualny.

- Dovey by nam powiedziała, gdyby nie był - odparła Anadil.

- Powinnyśmy się pojawić na koronacji. Może udałoby nam się powstrzymać tę katastrofę - stwierdziła Dot.

- Znalezienie nowego Dyrektora było ważniejsze niż patrzenie, jak Tedros robi z siebie idiotę... po raz kolejny zresztą - powiedziała Hester i związała z tyłu czerwono-czarne włosy. - Jestem pewna, że za dwa miesiące możemy liczyć na powtórkę z rozrywki.

- To już tak blisko do ślubu? - zapytała Dot.

- Czyli czas na "ślubną dietę". Niech zgadnę: wszystko, czego dotkniesz, będzie się zamieniać w kimchi? - roześmiała się Anadil.

- Nieeeee, psze pani. Żadnej więcej diety. Byłam już gruba, byłam szczupła. Tusza jest lepsza, czego by tatuś nie mówił - odparła dziarsko Dot, pałaszując budyń czekoladowy z awokado. - Chodziło mi tylko o to, że czas leci tak szybko, a my nie znalazłyśmy jeszcze Dyrektora.

Nagle zorientowały się, że Hester umilkła i wpatruje się w swój posiłek.

- Hester? - zapytała Dot.

Hester podniosła częściowo zjedzone awokado, żeby przyjrzeć się gazecie pod spodem.

- Jak stara jest ta gazeta?

- Yyy, kupiłam ją w Kraju Gillikinów... Czyli jakieś trzy tygodnie temu - odpowiedziała Dot.

Hester pochyliła się nad nagłówkami:

PIRACI ZAJMUJĄ KOLEJNE PORTY W RADOSNEJ ŁĄCE. ROŚNIE LICZBA OFIAR