Akademia Crookhaven. Szkoła oszustów - J. J. Arcanjo

Kup ebooka

32.00 zł
24.96 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Gabriel Avery od dawna ni­kogo nie okradł i czubki pal­ców już go świerz­biły.

Lato szybko do­bie­gało końca. Z ty­go­dnia na ty­dzień przez Tor­bridge prze­jeż­dżało co­raz mniej tu­ry­stów, więc Ga­briel miał co­raz mniej oka­zji do szpe­ra­nia w cu­dzych kie­sze­niach. Na­wet ci, któ­rzy jed­nak po­ja­wili się w mia­steczku, nie za­trzy­my­wali się na długo. W końcu ile można fo­to­gra­fo­wać główną lo­kalną atrak­cję, czyli pa­skudny most z gra­nitu, za­nim czło­wiek się znu­dzi i wy­je­dzie. Szczę­śli­wie dla Ga­briela, każ­dego dnia przez Tor­bridge prze­pły­wał stru­mień lu­dzi do­jeż­dża­ją­cych do pracy - bez wąt­pie­nia gdzieś da­leko, gdzie działy się fa­scy­nu­jące rze­czy.

Ga­briel miesz­kał w Tor­bridge do­piero od roku, ale i tak zdą­żył dojść do wnio­sku, że wła­ści­wie w każ­dym in­nym miej­scu świata ży­cie musi być cie­kaw­sze niż tu­taj.

Wcze­snym po­nie­dział­ko­wym ran­kiem stał oparty o mur sta­cji ko­le­jo­wej, cze­ka­jąc na przy­jazd na­stęp­nego po­ciągu. Na pe­ro­nie wkrótce miało się za­roić od osób, które ko­rzy­stały z prze­siadki na pół­noc do Exe­ter albo na po­łu­dnie do Korn­wa­lii, jed­nak w tej chwili Ga­briel wi­dział tylko dwóch męż­czyzn w ciem­nych gar­ni­tu­rach. Stali na tle wscho­dzą­cego słońca, więc trudno było do­brze im się przyj­rzeć.

"Pew­nie miej­scowi", po­my­ślał i ziew­nął. Ni­gdy nie okra­dał miej­sco­wych, boby go roz­po­znali i na­skar­żyli babci, a po ostat­nim in­cy­den­cie i tak miał u niej wielki mi­nus.

Wła­ści­wie to chyba miał go od prze­pro­wadzki do Tor­bridge.

Do­cho­dziła ósma, a o tej po­rze wszy­scy wy­sia­da­jący z po­cią­gów byli na­bur­mu­szeni, zmę­czeni, i co naj­lep­sze, zu­peł­nie nie­za­in­te­re­so­wani Ga­brie­lem. In­nymi słowy, mógł krę­cić się wśród nich jak duch o zwin­nych pal­cach. Gdy to so­bie uświa­do­mił, po­czuł przy­pływ en­tu­zja­zmu. Od kilku ty­go­dni nie­ustan­nie po­ma­gał babci w domu, więc nie miał czasu tu wpa­dać i strasz­nie mu tego bra­ko­wało.

Za­trząsł się w po­dmu­chu chłod­nego po­ran­nego wia­tru i na­cią­gnął rę­kawy nie­bie­skiego swe­tra na dło­nie. Zzięb­nięte palce sztyw­niały i tra­ciły spraw­ność, przez co ro­biły się bez­u­ży­teczne, a mu­siały być cie­płe, zręczne i pewne.

W ba­rze U Ben­sona po le­wej stro­nie sprze­da­wano w okienku go­rące na­poje. Cien­kie pa­sma pary roz­no­siły wo­kół gorzką woń kawy i słodki za­pach go­rą­cej cze­ko­lady. Skwier­cze­nie be­konu w lo­kalu mie­szało się z sy­kiem i gul­go­tem pa­rzo­nej kawy.

Za­bur­czało mu w brzu­chu.

"Jak tylko coś zwinę, od razu ku­pię so­bie ka­napkę z be­ko­nem", po­my­ślał. "I ka­napkę z kieł­ba­ską dla babci".

Na jed­nym z wy­so­kich sto­li­ków przy otwar­tym okienku dla ku­pu­ją­cych na wy­nos stał ku­bek kawy, na­dal lekko pa­ru­ją­cej. Ga­briel od­cze­kał, aż sprze­dawca znik­nie na za­ple­czu, po czym przy­su­nął się i ją drap­nął. Nie cier­piał smaku kawy, ale cie­pły ku­bek do­sko­nale się nada­wał do roz­luź­nie­nia ze­sztyw­nia­łych pal­ców.

Kilka mi­nut póź­niej usły­szał przy­ci­szony stu­kot nad­jeż­dża­ją­cego po­ciągu. Od­su­nął się od ściany, żeby le­piej wi­dzieć, po czym po­sta­wił ku­bek na po­bli­skiej ławce i za­pa­trzył się na tłum wy­sia­da­ją­cych pa­sa­że­rów.

Zmarsz­czył brwi na myśl o tym, że zbliża się je­sień i wkrótce bę­dzie mu­siał sta­wić czoło płasz­czom i kurt­kom, a jedne i dru­gie miały po kilka kie­szeni. Za­wsze bra­ko­wało mu czasu na spraw­dze­nie każ­dej z nich, więc kie­ro­wał się in­tu­icją. Na szczę­ście po kilku la­tach prak­tyki zga­dy­wa­nie szło mu cał­kiem nie­źle, a poza tym nie wszy­scy prze­wi­dzieli, że tego let­niego po­ranka zrobi się nie­ty­powo zimno.

Więk­szość ocze­ku­ją­cych na na­stępny po­ciąg po­zo­stała na pe­ro­nie, ale kilka osób ru­szyło pro­sto do baru.

Ga­briel uśmiech­nął się sze­roko i wy­jął dwu­pen­sówkę, którą miał chyba od za­wsze. Jej wy­jąt­ko­wość po­le­gała na tym, że jedna strona - orzeł - cał­kiem zwy­czaj­nie po­ły­ski­wała mie­dzią, a druga - reszka - była czarna, pra­wie jak spa­lona. Ga­briel nie wie­dział, dla­czego tak jest, ale mo­neta wy­glą­dała cał­kiem faj­nie i stała się klu­czo­wym ele­men­tem jego za­grywki.

Pstryk­nął dwu­pen­sówkę kciu­kiem, chwy­cił ją w dłoń i znowu wy­soko pstryk­nął. Już za­mie­rzał brać się do pracy, kiedy usły­szał zna­jomy głos.

- Ga­brielu Avery, to ty, chłop­cze?

Zła­pał mo­netę, szybko wsu­nął ją do kie­szeni i pod­niósł wzrok. The­odora Evans pa­trzyła pro­sto na niego. Jej cho­ro­bli­wie si­nawa twarz była cała w głę­bo­kich zmarszcz­kach - Ga­briel po­dej­rze­wał, że tak to jest, kiedy ktoś nie­ustan­nie się krzywi i pali od pół­wie­cza.

- Dzień do­bry, pani Evans - po­wie­dział uprzej­mie.

O dziwo, te­raz wy­da­wała się jesz­cze bar­dziej nie­za­do­wo­lona.

- Co ro­bisz o tej po­rze na sta­cji? - Ścią­gnęła po­marsz­czone usta. - Na pewno coś knu­jesz.

Ga­briel udał, że te słowa bar­dzo go zra­niły.

- Wcale nie, pro­szę pani. Przy­sze­dłem do Ben­sona, żeby ku­pić babci ka­napkę z kieł­ba­ską. Jej ulu­bioną. - Wzru­szył ra­mio­nami. - Chcia­łem jej zro­bić nie­spo­dziankę.

Pani Evans na mo­ment zła­god­niała, po czym znów się skrzy­wiła.

- Bo ci uwie­rzę. - Po­chy­liła się bli­żej. - Ga­brielu Avery, wiem, że w ze­szłym ty­go­dniu to ty przy­własz­czy­łeś so­bie stek i cy­na­derki w cie­ście, które po­ło­ży­łam na pa­ra­pe­cie. Po pro­stu to wiem.

Ga­briel zmarsz­czył brwi.

- Pro­szę pani, co to zna­czy "przy­własz­czy­łeś"? - spy­tał.

Oczy­wi­ście wie­dział, co zna­czy "przy­własz­czyć", bo znał to słowo rów­nie do­brze jak wszyst­kie inne zwią­zane ze zło­dziej­stwem.

Za­łza­wione szare oczy pani Evans znaj­do­wały się te­raz tuż przy jego oczach.

- To zna­czy, że je ukra­dłeś - oznaj­miła.

Ga­briel cof­nął się o krok, a po­tem uniósł swe­ter i pod­ko­szu­lek, od­sła­nia­jąc chu­der­lawy oliw­kowy tors.

- Czy tak wy­gląda brzuch zło­dzieja cy­na­de­rek, pro­szę pani?

Wy­pro­sto­wała się, nieco za­sko­czona jego re­ak­cją.

- Masz cięty ję­zyk, Ga­brielu Avery. Tro­chę za bar­dzo jak na mój gust. Żad­nemu do­bremu, uczci­wemu i po­boż­nemu chłopcu ta­kie kłam­stwa nie prze­szłyby przez gar­dło z taką ła­two­ścią.

Ga­briel opu­ścił pod­ko­szu­lek i swe­ter.

- Szkoda, że mnie tam nie było, pro­szę pani - wes­tchnął. - Może zła­pał­bym tego zło­dzieja, gdy­bym aku­rat zna­lazł się w po­bliżu.

Był tam, oczy­wi­ście. Inna sprawa, że choć skórka cia­sta roz­pły­wała się w ustach, na­dzie­nie sma­ko­wało zde­cy­do­wa­nie go­rzej niż zwy­kle. Skrom­nym zda­niem Ga­briela, pani Evans ni­gdy do­tąd nie po­szło aż tak kiep­sko.

Pani Evans nie wy­da­wała się prze­ko­nana. Gło­śno prych­nęła, po czym od­wró­ciła się i ode­szła, mam­ro­cząc pod no­sem.

Ga­briel po­now­nie wy­do­był mo­netę z kie­szeni i od­wró­cił się w stronę pe­ronu. Kilka osób już zdą­żyło się usta­wić w ogonku przed ka­fejką. Zmarsz­czył brwi, bo ko­lejki za­wsze sta­no­wiły pro­blem. Je­śli coś się stało jed­nej oso­bie - po­tknęła się albo ktoś ją po­trą­cił - po­zo­stałe czę­sto się na nią ga­piły. Im wię­cej było pa­trzą­cych, tym bar­dziej ro­sło praw­do­po­do­bień­stwo, że któ­ryś z nich za­uważy zbłą­kaną rękę. Ga­briel się od­wró­cił, żeby spraw­dzić, czy nikt nie zbliża się do baru.

Szły do niego dwie osoby, ale trzy­mały się tak bli­sko sie­bie, że nie było sensu ni­czego pró­bo­wać.

Tuż za nimi po­dą­żał ja­kiś siwy męż­czy­zna.

"Może ten?", po­my­ślał Ga­briel, ob­ser­wu­jąc nie­zna­jo­mego. "Bez płasz­cza. W luź­nych spodniach. W le­wej kie­szeni wy­brzu­sze­nie wiel­ko­ści port­fela. Za­jęty te­le­fo­nem. No to chyba ide­alny".

Znowu za­czął pstry­kać mo­netą. Po­cze­kał, aż dwaj męż­czyźni go wy­miną, a po­tem szyb­kim kro­kiem ru­szył w stronę star­szego pana. Wpadł na niego bo­kiem, a upusz­czona mo­neta za­brzę­czała na be­to­nie.

- Wy­bacz, mło­dzień­cze, to moja wina. - Męż­czy­zna wsu­nął te­le­fon do pra­wej kie­szeni i uśmiech­nął się ze skru­chą do Ga­briela. - Cze­kaj, pod­niosę.

- Nie ma po­trzeby - od­parł Ga­briel, uda­jąc zde­ner­wo­wa­nie. - To tylko stara mo­neta.

Ale star­szy pan już się po­chy­lał, de­mon­stru­jąc cienki czarny port­fel w le­wej kie­szeni.

Port­fel jest, port­fela nie ma.

Nie­zna­jomy wy­pro­sto­wał się i wrę­czył Ga­brie­lowi dwu­pen­sówkę, or­łem do góry.

- Skąd ją masz? - spy­tał. - Ni­gdy nie wi­dzia­łem mo­nety w tak fa­tal­nym sta­nie.

- Do­sta­łem w pre­zen­cie. - Ga­briel wzru­szył ra­mio­nami. - Od ro­dzi­ców.

Przy­naj­mniej to było prawdą. Oprócz mo­nety miał po nich tylko mio­do­wo­brą­zowe włosy i ciem­no­bursz­ty­nowe oczy. Jedne i dru­gie nie­zbyt mu się po­do­bały.

Męż­czy­zna upu­ścił mo­netę na dłoń Ga­briela, a on scho­wał ją do kie­szeni.

- Chyba lep­sze to niż ekran te­le­fonu. - Nie­zna­jomy się­gnął po smart­fon. - Te rze­czy to samo zło, chłop­cze. Le­piej baw się mo­ne­tami, do­póki mo­żesz.

Ga­briel grzecz­nie ski­nął głową.

- Jesz­cze raz prze­pra­szam, że na pana wpa­dłem - po­wie­dział.

Męż­czy­zna po­kle­pał go po ra­mie­niu i ru­szył przed sie­bie ze wzro­kiem znowu wle­pio­nym w te­le­fon.

- Nie ma za co, chłop­cze - od­parł. - Nie ma za co.

Ga­briel skrę­cił za ro­giem, obej­rzał się przez ra­mię i ostroż­nie wy­cią­gnął z kie­szeni czarny skó­rzany port­fel. Uśmiech­nął się sze­roko. Po­szło rów­nie ła­two jak kra­dzież steku i cy­na­de­rek w cie­ście z pa­ra­petu pani Evans.

Otwo­rzył port­fel i...

Dziwne. Port­fel był nie­mal cał­kiem pu­sty. W środku znaj­do­wał się tylko je­den dzie­się­cio­fun­towy bank­not i coś bia­łego wy­sta­ją­cego z prze­gródki, chyba ja­kaś karta. Ga­briel wy­cią­gnął ją i prze­czy­tał.

Ga­briel ob­ró­cił się na pię­cie i po­pę­dził z po­wro­tem w kie­runku baru. Ko­lejka zdą­żyła się skur­czyć do dwóch osób.

Żadna z nich nie była tam­tym nie­zna­jo­mym.

Ga­briel od­wró­cił się i ner­wowo ro­zej­rzał po pe­ro­nie, wy­pa­tru­jąc si­wego męż­czy­zny. Po­ciąg wła­śnie ru­szył i po­woli od­jeż­dżał...

O nie...

Nie­zna­jomy sie­dział na miej­scu przy oknie i uśmie­chał się do Ga­briela. Gdy wpa­try­wali się w sie­bie, po­woli przy­bli­żył do szyby coś, co było małe, okrą­głe i nad­pa­lone po jed­nej stro­nie.

Serce Ga­briela za­ło­mo­tało. Wy­szpe­rał w kie­szeni dwu­pen­sówkę - tyle tylko, że nie swoją.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki