AI-gent. Mroczne kody (#3). Artefakt - W.P. Rdzanek

Kup ebooka

39.99 zł
31.19 zł (27,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

pią­tek, 21 marca,

oko­lice Zakro­czy­mia

Słońce szybko chy­liło się ku zacho­dowi, a na bez­chmur­nym, chłod­nym nie­bie roz­kwi­tały złoto-różowe refleksy gasną­cego dnia. Marta pchnęła ciężką, kutą z żelaza furtkę i przy­sta­nęła na skraju zdzi­cza­łego parku, któ­rego od lat nie tknęła ręka ogrod­nika. Ogar­nęła wzro­kiem zamkniętą, zapo­mnianą prze­strzeń, na któ­rej końcu stał stary dom. Nie­gdyś biały tynk, teraz posza­rzały i pożło­biony pęk­nię­ciami, w wielu miej­scach odpadł, odsła­nia­jąc rany suro­wej cegły. Ciemny, omszały dach nie­mal cał­ko­wi­cie zni­kał w uści­sku sple­cio­nych kona­rów potęż­nych stu­let­nich drzew.

Na zaro­śnię­tym pod­jeź­dzie stały dwa samo­chody, zie­lone kombi i mała oso­bówka w paste­lo­wym kolo­rze. Lekki, chłodny wiatr niósł ze sobą wil­gotną woń nie­od­le­głej Wisły. Marta, prze­jeż­dża­jąc wcze­śniej auto­bu­sem przez most, patrzyła na sze­roko roz­lany nurt rzeki poły­sku­jący zło­ci­ście pomię­dzy nagimi jesz­cze brze­gami. Wzięła głę­boki wdech, jakby za chwilę miała się zanu­rzyć w jej odmę­tach, popra­wiła paski ple­caka i ruszyła w kie­runku ciem­no­zie­lo­nych drzwi, z któ­rych tu i ówdzie pła­tami zła­ziła farba.

Już miała wycią­gnąć dłoń do masyw­nej mosięż­nej kołatki w kształ­cie Uro­bo­rosa, węża poże­ra­ją­cego wła­sny ogon, gdy drzwi otwo­rzyły się bez­sze­lest­nie, a w ich mrocz­nym pro­sto­ką­cie sta­nęła wysoka, ciem­no­włosa kobieta.

- Marta? - spy­tała. Popa­trzyła na przy­byłą spod gęstych, ciem­nych brwi.

- Dzień dobry, tak, to ja... - ode­zwała się nie­śmiało dziew­czyna.

- Witaj. Jestem Sonia, cze­ka­ły­śmy na cie­bie. No chodź. - Kobieta cof­nęła się o pół kroku, robiąc przej­ście.

Zanim Marta zdą­żyła zdjąć ple­cak, Sonia ujęła ją za ramiona i poca­ło­wała dwu­krot­nie w policzki, cere­mo­nial­nie i bez czu­ło­ści. Pie­go­wata twarz Marty lekko pokra­śniała z emo­cji. Odwza­jem­nia­jąc poca­łu­nek, poczuła ostry zio­łowy zapach palo­nej szał­wii, który osiadł na wło­sach i ubra­niu gospo­dyni.

- Beata już jest, a także Wero­nika i Klau­dia, któ­rych jesz­cze nie pozna­łaś. Cze­kamy na Marię. Powinna wkrótce przy­je­chać.

Marta domy­śliła się obec­no­ści Beaty, gdy dostrze­gła błę­kitne jeź­dzi­dełko, któ­rym kilka razy podró­żo­wały razem nad jezioro. Co do dwóch pozo­sta­łych kobiet, uprze­dzono ją, że tutaj będą. Nato­miast Maria... Maria była kimś wyjąt­ko­wym. To dzięki niej Marta zna­la­zła się w tym miej­scu. To wła­śnie ona wpro­wa­dziła ją w świat dawno zapo­mnia­nych wie­rzeń, pełen tajem­nic i ukry­tych mocy. Takie samot­nie żyjące kobiety nazy­wano kie­dyś ama­zon­kami. Ale Maria była kimś wię­cej - sza­manką, a wła­ści­wie sei?kone, potra­fiącą za pomocą run odmie­nić los i stwo­rzyć nową rze­czy­wi­stość. Na dźwięk jej imie­nia Marta uśmiech­nęła się do sie­bie, przy­po­mi­na­jąc sobie ich pierw­sze spo­tka­nie przy kamien­nym kręgu w Węsio­rach. Minął zale­d­wie rok, a wyda­wało się to tak odle­głe, jakby nale­żało do innego życia.

Z wil­got­nej, chłod­nej sieni weszły do prze­stron­nego pomiesz­cze­nia, które w poprzed­nim wcie­le­niu mogło być salo­nem, teraz zaś prze­obra­ziło się w prze­strzeń sakralną pul­su­jącą inną, star­szą ener­gią. Martę prze­szedł dreszcz. Powie­trze było gęste i cięż­kie, nasy­cone aro­ma­tyczną, nie­mal duszącą wonią palo­nego jałowca i szał­wii. Świa­tło było skąpe: kilka gru­bych świec rzu­cało nie­re­gu­larne, drżące cie­nie, przez co przed­mioty zda­wały się nie­ustan­nie poru­szać. Pano­wała cisza prze­ry­wana jedy­nie led­wie sły­szal­nym skrzy­pie­niem dębo­wych dese­czek pociem­nia­łego ze sta­ro­ści par­kietu. Pod­łogę zaście­łały skóry i grube, ręcz­nie tkane chod­niki, któ­rych wzory wymy­ślono przed tysią­cami lat. Na środku stał niski kamienny ołtarz, nad­kru­szony cza­sem, nazna­czony śla­dami daw­nych rytu­ałów. Spo­czy­wała na nim zamknięta skrzynka z ciem­nego drewna oraz gli­niana urna przy­po­mi­na­jąca arte­fakt wydo­byty z gro­bowca. Tuż obok, w kamien­nym kominku przy­wo­dzą­cym na myśl raczej pale­ni­sko, pło­nęły grube dębowe polana. Wokół wzno­siły się drzewce ozdo­bione wstąż­kami i pió­rami. Belki stro­powe - pra­wie czarne, spę­kane, ze śla­dami sadzy - jakby od wie­ków oświe­tlane przez migo­tliwe pło­mie­nie; na ścia­nach zawie­szono amu­lety z kości, srebrne pierście­nie i płótna pokryte runami. Cało­ści wystroju dopeł­niał nie­pro­por­cjo­nal­nie wysoki, obity wygar­bo­waną skórą tron prze­zna­czony dla sei?kone.

Drzwi na taras były uchy­lone. W ostat­nich pro­mie­niach słońca stały tam trzy kobiety, które roz­ma­wia­jąc, wska­zy­wały Wisłę. Odwró­ciły się do Marty i przy­wi­tały ją w taki sam spo­sób, jak zro­biła to Sonia.

- Pięk­nie tu - wyszep­tała Marta.

Sze­roki nurt rzeki mie­nił się sre­brem i zie­le­nią. Gdzieś nie­da­leko ode­zwał się ptak - jego wysoki, prze­cią­gły głos zabrzmiał ostro, zwia­stu­jąc polo­wa­nie.

- Jak dotar­łaś? Dobrą mia­łaś podróż? - spy­tała Beata.

- Cał­kiem, cał­kiem. Z Elbląga do War­szawy kur­suje mnó­stwo auto­bu­sów. Nie­stety kie­rowca nie chciał się zatrzy­mać w Zakro­czy­miu i musia­łam się prze­siąść na Mary­mon­cie. Ostatni odci­nek prze­szłam pie­szo - zakoń­czyła z wes­tchnie­niem, po czym uśmiech­nęła się, sta­ra­jąc się ukryć napię­cie.

Zna­joma od razu odczy­tała jej emo­cje i z tro­ską ujęła ją za dłoń.

- Cie­szę się, że jesteś. Ja też dotar­łam bez przy­gód z Olsz­tyna, choć przez te wykopy na końcu było tro­chę pro­ble­mów... Dziew­czyny z Pozna­nia miały łatwiej. - Zer­k­nęła w stronę Wero­niki i Klau­dii.

- Z Obor­nik! - spro­sto­wały jed­no­cze­śnie.

Marta od razu dostrze­gła, że są bliź­niacz­kami. Czter­dzie­sto­latki były przy­sa­dzi­ste, kędzie­rzawe i rumiane. Miały w sobie pozy­tywną ener­gię; każdy ich gest ema­no­wał rado­ścią, a przy­mru­żone oczy zda­wały się nie­ustan­nie uśmie­chać.

Na taras wyszła Sonia z tacą, na któ­rej stały duży kamion­kowy imbryk oraz gli­niane czarki.

- No, dziew­częta, czas na her­batkę. Ziółka sama zbie­ra­łam! - oznaj­miła niskim, chro­pa­wym gło­sem. - Maria będzie za kwa­drans - dodała ciszej.

Napar był gorzki, jed­nak Marta wypiła go do dna. Zapo­wiedź przy­by­cia sei?kone ozna­czała, że począ­tek rytu­ału zbliża się wiel­kimi kro­kami. Wcią­gnęła powie­trze i zapa­trzyła się w ciem­nie­jące niebo, czu­jąc, jak jej ciało ogar­nia bło­gie odprę­że­nie.

Z zamy­śle­nia wyrwał ją głę­boki ton gongu dobie­ga­jący z wnę­trza domu. Sonia weszła do środka, by po kilku minu­tach poja­wić się ponow­nie w towa­rzy­stwie siwo­wło­sej kobiety. Wypro­sto­wana syl­wetka przy­by­łej spra­wiała, że wyda­wała się wyż­sza, niż była w rze­czy­wi­sto­ści. W migo­tli­wym świe­tle świec jej pomarsz­czona twarz przy­po­mi­nała spę­kaną, wyschniętą zie­mię. Kobieta pode­szła kolejno do każ­dej z nich, skła­da­jąc powi­talny poca­łu­nek.

- Dziś twój wielki dzień - powie­działa dźwięcz­nym gło­sem do Marty.

- Tak, Mario...

- Tutaj nazy­waj mnie moim praw­dzi­wym imie­niem.

- Dobrze, Sigrun.

- Dziś naro­dzisz się na nowo i dosta­niesz imię, które nada ci Freja. To ogromny zaszczyt. Sta­niesz się jedną z nas!

Marta zamknęła oczy. Przy­go­to­wy­wała się na ten moment od wielu mie­sięcy. Dowie­działa się, że Freja - ustami sei?kone - wypo­wie jej nowe imię, które odkryje jej praw­dziwe prze­zna­cze­nie. Jeśli bogini uzna, że powinna zostać völvą - jak zgro­ma­dzone tu kobiety - otwo­rzą się przed nią drzwi do praw­dziwego pozna­nia. Marta bar­dzo tego pra­gnęła. Rúna, jak nazy­wała Beatę, powie­działa jej, że nie­zwy­kle ważne jest, aby pod­czas sei?r miała przy sobie odpo­wied­nie amu­lety z wyry­tymi sym­bo­lami boskich mocy.

Marta długo nie mogła zde­cy­do­wać, który ze świę­tych zna­ków jest jej przy­pi­sany. Kilka dni przed przy­jaz­dem wyda­rzyło się jed­nak coś, co spra­wiło, że doko­nała jasnego wyboru. Na wystawę do muzeum, w któ­rym pra­co­wała, przy­wie­ziono eks­po­naty zwią­zane z obec­no­ścią Gotów na zie­miach pol­skich. Zna­le­zi­ska z nie­dawno odkry­tego kobie­cego grobu były tak bogate, że arche­olo­dzy nabrali prze­ko­na­nia, iż natra­fiono na miej­sce pochówku osoby nie­zwy­kłej. Wśród wielu srebr­nych przed­mio­tów jeden wyróż­niał się szcze­gól­nie: kuta bran­so­leta w kształ­cie wiją­cego się węża z okrą­głą tar­czą, pod którą znaj­do­wała się nie­wielka puszka. Gdy Marta wzięła cenny arte­fakt do rąk, poczuła, jak prze­pływa przez nią prąd. W tym momen­cie wie­działa, że zna­la­zła amu­let, któ­rego szu­kała.

Z zamy­śle­nia wyrwał ją niski głos Soni.

- Już czas, dziew­częta. Pora się przy­go­to­wać i zapa­lić święty ogień!

Weszły do środka. Na ołta­rzu posta­wiły drew­niane szka­tułki ze swo­imi amu­le­tami i sta­nęły w kręgu. Zamknęły oczy, wsłu­chu­jąc się w trzask pło­ną­cych polan. Sigrun zaczęła nucić pra­dawną gar­dłową melo­dię. Dźwięki stop­niowo nara­stały, odbi­ja­jąc się echem. Nagle jej głos nabrał mocy, stał się jak rzeka toru­jąca sobie drogę wśród skał. Wszyst­kie kobiety prze­szył spazm. Wstrzy­mały oddech. A potem poczuły silną więź ze sobą nawza­jem, z tym miej­scem i z cza­sem, w któ­rym spla­tały się emo­cje, wspo­mnie­nia i teraź­niej­szość. Zawo­dze­nie Sigrun prze­szło w melo­dyjną pieśń. Ile­kroć roz­po­czy­nała nowy wers, nabie­rała garść suszo­nych ziół i sypała je w ogień. Pokój wypeł­niła wonna, odu­rza­jąca mgła.

Vana­dis, Pani zło­tych pól,

Co z wia­trem nie­siesz trawy szept.

- O Frejo, daj nam obfi­tość! - odpo­wie­działy chó­rem.

Mardöll, jaśnie­jesz ponad falą,

Perły rado­ści w pia­nie tkasz.

- O Frejo, pro­wadź nas przez fale! - Ich głosy wznio­sły się na wyż­szy ton.

Gefn, co życie w brza­sku nie­siesz,

Twe słowo rodzi złoty plon.

- O Frejo, uczyń zie­mię płodną!

Menglö?, Pani nocy czar­nej,

Twój naszyj­nik świa­tłem lśni.

- O Frejo, broń tych, co cię wzy­wają!

Dostrze­gły cie­nie swych przod­kiń, które wiły się w tańcu wokół ognia. I same zaczęły się poru­szać w rytm wypo­wia­da­nych słów.

Vana­dis, Mardöll, Gefn, Menglö?,

Wzy­wamy cię w tańcu iskier.

Nagle pieśń opa­dła i uci­chła.

- Heil Freia! Heil Freia! Heil Freia! - wypo­wie­działy boskie pozdro­wie­nie.

Sigrun ścią­gnęła przez głowę luźną suk­nię. Pozo­stałe poszły w jej ślady. Sta­nęły w kręgu, nagie jak w chwili naro­dzin. Sei?kone pod­nio­sła z ołta­rza gli­nianą urnę wypeł­nioną nie­bie­ską maścią i okrą­gły pędzel ze szcze­ciny dzika, po czym pode­szła do Soni. Nabrała mik­stury i zaczęła pisać na jej ciele święte runy.

Dagaz - dwa trój­kąty sty­ka­jące się wierz­choł­kami, które zapew­niają prze­bu­dze­nie i rów­no­wagę - umie­ściła na czole.

Algiz - święte drzewo mające chro­nić przed złem - nary­so­wała mię­dzy pier­siami, jego gałę­zie prze­bi­jały sutki.

Wresz­cie sowelo - sym­bol w kształ­cie bły­ska­wicy, dający życie i płod­ność - umie­ściła poni­żej pępka, tak że się­gał aż do łona.

Te same znaki wypi­sała na cia­łach pozo­sta­łych uczest­ni­czek. Gdy skoń­czyła, odsta­wiła urnę na ołtarz. Uklę­kła przy ogni­sku i z kamien­nego obrzeża zgar­nęła dło­nią popiół ze spa­lo­nych ziół. Dwoma pal­cami, niczym kapłanka skła­da­jąca ofiarę, ozna­czyła runami wła­sną pomarsz­czoną skórę i sta­nęła w kręgu, wzno­sząc ręce.

- Włóż­cie swoje amu­lety! - pole­ciła.

Mar­cie krę­ciło się w gło­wie. Miała wra­że­nie, że skóra pod runami staje się prze­zro­czy­sta i ema­nuje świa­tłem. Wyjęła bran­so­letkę goc­kiej kapłanki i wsu­nęła ją na przed­ra­mię. Sonia zaczęła wystu­ki­wać rytm na bęb­nie; kobiety podry­gi­wały wokół ognia. Sei?kone pode­szła do Marty i chwy­ciła ją za dło­nie.

- To mówi Freja! - wykrzyk­nęła, a bęb­nie­nie się urwało. - Twoje praw­dziwe imię to Gudrun, twoim prze­zna­cze­niem jest walka. Zmie­rzysz się z naj­po­tęż­niej­szymi wro­gami i ich poko­nasz, a światu przy­nie­siesz pokój.

- Heil Freia! - zawo­łały kobiety w eks­ta­zie.

- Nie możesz nosić tego amu­letu, bo już nie szu­kasz drogi, lecz ją zna­la­złaś - wyszep­tała Sigrun pro­sto do ucha Marty. - Twoim zna­kiem jest valk­nut, gdyż twym prze­zna­cze­niem jest Wal­halla!

Chwy­ciła bran­so­letkę i ścią­gnęła ją z jej ręki. Poło­żyła ją na ołta­rzu, a ze ściany zdjęła wykuty ze stali wisior z sym­bo­lem prze­ni­ka­ją­cych się trój­ką­tów i zawie­siła go na szyi dziew­czyny. Ciężki meda­lion spo­czął mię­dzy jej drob­nymi pier­siami. Mar­cie się wydało, że skóra na całym jej ciele zaczyna skrzyć, a stopy uno­szą się nad zie­mią.

- Ja lecę... - wyszep­tała. - Lecę! - powtó­rzyła gło­śniej i nie­po­mna niczego wybie­gła na taras.

Oto­czyła ją noc pobły­sku­jąca reszt­kami świa­tła, któ­rego nie zdo­łały wessać pło­mie­nie rytu­al­nego ognia. W jej oczach wszystko stało się nagle dziw­nie małe. W mroku widziała zarys drzew na tle poły­sku­ją­cej Wisły, a w roz­pusz­czo­nych rudych wło­sach poczuła pęd wia­tru, który niósł ją w stronę rzeki. Nie czuła bólu, gdy ostre kolce dra­pały jej skórę do krwi. Po chwili dotknęła tafli wody, która wydała się cie­pła i miękka. Bez waha­nia się zanu­rzyła, pozwa­la­jąc się porwać gwał­tow­nemu nur­towi. Rzeka zapra­szała, aby wejść głę­biej. Marta pogrą­żyła się w mkną­cych falach. Zoba­czyła uno­szące się w wodzie barwne, świe­tli­ste stwo­rze­nia: machały do niej, zapra­sza­jąc do zabawy. Podą­żyła za nimi, ale one nagle znik­nęły, a Marta poczuła ostry ucisk w pier­siach. Chciała krzyk­nąć, by zacze­kały, lecz z jej ust wydo­były się jedy­nie bąble powie­trza. Rzeka, zazwy­czaj obo­jętna i zimna, piesz­czo­tli­wie otu­liła jej blade, bez­władne ciało i pozwo­liła mu opaść na mięk­kie, muli­ste dno, gdzie prąd powoli zaczął ukła­dać rude włosy, spla­ta­jąc je z wodo­ro­stami.

ROZDZIAŁ 1

pią­tek, 21 marca,

ośro­dek ABW w Pusz­czy Kam­pi­no­skiej

Kristiny nie obcho­dziło, że tego dnia zaczyna się kalen­da­rzowa wio­sna. A to co naj­mniej z dwóch powo­dów. Po pierw­sze, od połowy listo­pada była uwię­ziona w ste­ryl­nej pod­ziem­nej prze­strzeni, cał­ko­wi­cie pozba­wiona kon­taktu z zewnętrz­nym, nie­prze­wi­dy­wal­nym świa­tem. Słońce, poranne mgły czy deszcz oglą­dała jedy­nie pod­czas obo­wiąz­ko­wych, odmie­rza­nych co do minuty wyjść na spa­cer­niak - beto­nowy plac oto­czony wyso­kim par­ka­nem, nad któ­rym roz­cią­gała się siatka prze­sła­nia­jąca skra­wek nieba. Nie mogła wybrać się gdzieś dalej, pójść do jakie­goś zady­mio­nego klubu na drinka i zatań­czyć z przy­god­nie poznaną dziew­czyną. Po dru­gie, w Szwe­cji, jej ojczyź­nie, ta data nie budziła szcze­gól­nych emo­cji. Praw­dziwą wio­snę świę­to­wano tam dopiero na koniec kwiet­nia, w noc Wal­pur­gii - Valborgsmässoafton, kiedy to ludzie zbie­rali się na świe­żym powie­trzu, jedli, pili, tań­czyli i sym­bo­licz­nie się oczysz­czali w dymie palą­cych się całą noc ognisk.

Jak co dzień, obu­dzono ją o siód­mej i dano dokład­nie pół godziny na poranną toa­letę oraz przy­go­to­wa­nie się do wyj­ścia. Po czte­rech mie­sią­cach pewne zacho­wa­nia stały się dla niej nową, przy­gnę­bia­jącą normą. Kie­dyś potra­fiła nie spać całą noc, prze­sia­du­jąc na fotelu gamin­go­wym, jadła tylko wtedy, gdy poczuła ssący głód, i zda­rzało się jej nawet przez kilka dni nosić te same ciu­chy. Świat, w któ­rym nie­ustan­nie była zanu­rzona w binar­nej rze­czy­wi­sto­ści sieci, wła­my­wała się na ser­wery potęż­nych insty­tu­cji i kor­po­ra­cji, pla­no­wała ataki haker­skie - defi­ni­tyw­nie się skoń­czył i został za nią niczym odle­głe, wybla­kłe wspo­mnie­nie. Teraz jej życie pod­po­rząd­ko­wano ści­śle usta­lo­nemu har­mo­no­gra­mowi: praca, będąca zara­zem karą i per­wer­syjną formą odku­pie­nia, pre­cy­zyj­nie wyzna­czone prze­rwy na odpo­czy­nek i regu­larne, pozba­wione smaku posiłki.

Pod­czas poran­nego prysz­nica zauwa­żyła, jak bar­dzo zmie­niło się jej ciało. Jesz­cze nie­dawno była prze­raź­li­wie chuda, a jej wyta­tu­owana skóra miała nie­zdrowy sza­rawy odcień. Po zimie tro­chę przy­brała. Na­dal można ją było okre­ślić mia­nem szczu­płej, ale już nikt nie podej­rze­wałby jej o ano­rek­sję.

Sta­nęła przed lustrem, prze­cze­sała pal­cami krót­kie, led­wie cen­ty­me­trowe pla­ty­nowe włosy i spoj­rzała pro­sto w swoje jasno­nie­bie­skie oczy, celowo nie zni­ża­jąc wzroku. Nie­wiel­kie lustro odbi­jało tylko jej twarz, która stała się peł­niej­sza i nabrała nie­win­nego wyrazu. Jed­nak na szyi wid­niało nie­zmy­walne piętno daw­nego życia: ciemny, misterny tatuaż z wysu­niętą do przodu głową żmii z obna­żo­nymi kłami jado­wymi scho­dził w dół, opla­ta­jąc jej ramiona i pierś. Pseu­do­nim, któ­rym się posłu­gi­wała - Viper - został wyma­lo­wany na jej skó­rze z arty­styczną dosko­na­ło­ścią i tech­niczną pre­cy­zją.

Od dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń w Par­la­men­cie Euro­pej­skim prze­szła głę­boką prze­mianę. Choć usu­nię­cie tatu­ażu nie było moż­liwe, nikt nie mógł jej zabro­nić go ukry­wać. Popro­siła kapi­tana Fri­szera, by zamiast luź­nych koszu­lek dostar­czono jej bluzki z gol­fem. Był to jej mały codzienny akt samo­obrony; nie chciała przy­po­mi­nać sobie daw­nego życia ani pozwo­lić, by inni mogli je dostrzec.

O siód­mej trzy­dzie­ści drzwi jej pokoju otwo­rzyła mil­cząca straż­niczka i zapro­wa­dziła Kri­stinę do kan­tyny na śnia­da­nie. Sala była nie­wielka, ste­ryl­nie czy­sta i jasno oświe­tlona. Błysz­czące blaty podłuż­nych sto­łów ze stali nie­rdzew­nej oraz usta­wione wokół nich meta­lowe krze­sła two­rzyły wra­że­nie prze­strzeni zapro­jek­to­wa­nej do szyb­kiego posiłku. Gołe, jasno­szare ściany zda­wały się krzy­czeć: Zjedz i wychodź!

Kri­stina chwy­ciła szarą tacę i udała się do bufetu. Kilka mie­sięcy wcze­śniej minę­łaby obo­jęt­nie wszyst­kie pojem­niki z jedze­niem. Teraz jed­nak pil­no­wano, aby codzien­nie dostar­czała orga­ni­zmowi odpo­wied­nią dawkę kalo­rii i wita­min. Na tacy poło­żyła pojem­nik serka wiej­skiego oraz kromkę ciem­nego pie­czywa. Do meta­lo­wego kubka nalała soku jabł­ko­wego i zajęła miej­sce przy naj­bliż­szym wol­nym stole. O tej porze w kan­ty­nie było sporo osób, z czego więk­szość sta­no­wili koń­czący zmianę funk­cjo­na­riu­sze. Jedy­nym wyjąt­kiem był młody, wysoki męż­czy­zna z nie­sforną ciem­no­blond czu­pryną i ruda­wym zaro­stem. Poja­wiał się codzien­nie; więk­szość posił­ków jadał sam, ale nie wyglą­dał na więź­nia i ni­gdy nie był pil­no­wany. Choć Kri­stina nie szu­kała towa­rzy­stwa, kil­ka­krot­nie ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Wtedy obda­rzał ją sym­pa­tycz­nym uśmie­chem, jakby wie­dział, kim ona jest i dla­czego tu sie­dzi.

Zdjęła meta­lową pokrywkę i zaczęła nabie­rać łyżeczką grud­ko­wa­tego twa­rożku. Gdy pod­nio­sła wzrok, dostrze­gła wcho­dzą­cego do kan­tyny Fri­szera w towa­rzy­stwie męż­czy­zny, o któ­rym przed chwilą myślała. Prze­rwali roz­mowę, kiedy prze­kro­czyli próg. Obaj natych­miast spoj­rzeli na Kri­stinę. Reak­cja była taka, jakiej się spo­dzie­wała: młody męż­czy­zna się uśmiech­nął, a kapi­tan ski­nął nie­znacz­nie głową. Prze­cho­dząc obok jej sto­lika, zatrzy­mał się.

- Tro­chę się spóź­nię. Myślę, że około pół godziny do godziny.

Kri­stina potwier­dziła przy­ję­cie komu­ni­katu kiw­nię­ciem głowy. Obser­wo­wała, jak męż­czyźni pod­cho­dzą do bufetu. Chłodny, bez­e­mo­cjo­nalny spo­sób bycia Fri­szera bar­dzo jej odpo­wia­dał. W zasa­dzie całe jej życie w Szwe­cji wyglą­dało wła­śnie tak.

Prze­kli­nała w myślach dzień, w któ­rym dała się wcią­gnąć w grę Obli­via­tesa. To on - sztuczna inte­li­gen­cja na usłu­gach nie­zna­nego poten­tata - dopro­wa­dził ją do miej­sca, w któ­rym teraz prze­by­wała: uwię­ziona i zmu­szona do współ­pracy z ABW. Żało­wała, że przy­czy­niła się do śmierci wielu osób. Wspo­mnie­nie dzie­sią­tek ciał i głów bro­czą­cych krwią nawie­dzało ją nie­mal co noc. Budziła się sztywna, przy­po­mi­na­jąc sobie o poku­cie, którą dobro­wol­nie przy­jęła.

Kapi­tan Zyg­munt Fri­szer, wyzna­czony przez sąd na jej opie­kuna, miał nad­zo­ro­wać jej pracę, wyko­rzy­stu­jąc przy tym nie­małe zdol­no­ści Kri­stiny w dzie­dzi­nie cyber­prze­stęp­czo­ści. W ciągu ostat­nich czte­rech mie­sięcy jej zada­niem było roz­bi­cie szajki hake­rów okra­da­ją­cych zwy­kłych ludzi. W zmyślny spo­sób czy­ścili konta drob­nych ciu­ła­czy. Zarówno poli­cja, jak i ABW były bez­radne. Szcze­rze mówiąc, Kri­sti­nie także nie­wiele udało się zdzia­łać. Miała dzi­siaj roz­ma­wiać o napo­tka­nych pro­ble­mach z kapi­ta­nem, a było to trudne, bo od pew­nego czasu odno­siła wra­że­nie, że ofi­cer sądzi, iż Kri­stina sabo­tuje prace, co było oczy­wi­stą bzdurą. Po pro­stu utknęła. Potrze­bo­wała cze­goś nowego, jakiejś inspi­ra­cji. Cie­kawa była, czy dzi­siaj ją czymś zasko­czy.

Skoń­czyła jeść, odnio­sła tacę i pode­szła do straż­niczki.

- Kapi­tan Fri­szer powie­dział, że jest teraz zajęty i mam wolną godzinę. Jest szansa, żebym wyszła na dwór?

Straż­niczka zasta­no­wiła się, po czym ski­nęła głową.

- Chcesz zabrać coś do ubra­nia? Jest dość chłodno.

Kri­stina uśmiech­nęła się nie­znacz­nie.

- Nie, nie trzeba. Jest okej.

Gdy wyszła na plac, wcią­gnęła głę­boko do płuc zapach lasu. Już dawno prze­stała zwra­cać uwagę na liczne kamery obser­wu­jące każdy jej ruch. Ruszyła wzdłuż par­kanu po beto­no­wej nawierzchni. Trzy­dzie­ści kro­ków, zwrot w lewo, dwa­dzie­ścia cztery kroki, zwrot w lewo... Sta­rała się nie myśleć o nad­cho­dzą­cej roz­mo­wie. Po pół­go­dzi­nie zmę­czona cho­dze­niem w kółko przy­sia­dła na ławce. Zwie­siw­szy głowę, przy­glą­dała się mrów­kom krę­cą­cym się po beto­nie. Bie­gały cha­otycz­nie, szu­ka­jąc cze­goś przy­dat­nego dla mro­wi­ska, a gdy już to zna­la­zły, odwra­cały się i podą­żały nie­wi­doczną ścieżką za par­kan. Przy­szło jej na myśl, że jej dotych­cza­sowe podej­ście do pro­blemu haker­skiego jest podobne: obser­wuje poje­dyn­cze mrówki, potrafi opi­sać sche­mat ich zacho­wań i na tej pod­sta­wie znisz­czyć jedną wrogą komórkę. Ale na­dal nie wie­działa, gdzie kryje się kró­lowa. Komó­rek było wiele, a w miej­sce jed­nej zli­kwi­do­wa­nej poja­wiały się kolejne.

Nagle usły­szała szczęk otwie­ra­nych drzwi.

- Fri­szer cię wzywa, koniec spa­ceru - zako­mu­ni­ko­wała straż­niczka.

Kri­stina wstała i podą­żyła za nią w mrok kory­ta­rza.

W pra­cowni pod ścianą stał sze­roki pul­pit z trzema moni­to­rami i jed­nostką chło­dzoną gli­ko­lem. Wzrok przy­ku­wał fotel przy­po­mi­na­jący sie­dzi­sko astro­nauty. Na środku znaj­do­wał się stół kon­fe­ren­cyjny. Gdy Kri­stina weszła, zasko­czyło ją, że Fri­szer czeka na nią w towa­rzy­stwie mło­dego męż­czy­zny, któ­rego widy­wała w kan­ty­nie. Zyg­munt wska­zał jej wolne krze­sło i mono­ton­nym bary­to­nem przed­sta­wił swo­jego gościa:

- Kri­stino, to Karol Kop­pel, któ­rego pozna­łaś przy oka­zji likwi­da­cji Obli­via­tesa. Od dwóch mie­sięcy ukrywa się w naszym ośrodku, bo wasza ostat­nia akcja przy­spo­rzyła mu potęż­nych wro­gów, któ­rzy zagra­żają jego życiu. Sam ci opo­wie, czym się zaj­muje, a z uwagi na twoje prze­ko­na­nia doty­czące sztucz­nej inte­li­gen­cji może ci się to wydać... hmm... nie­wła­ściwe. Z mojego punktu widze­nia jed­nak wasza obec­ność w jed­nym miej­scu stwa­rza szansę, że jeśli się doga­da­cie, twoje zada­nie sta­nie się łatwiej­sze.

Karol uśmiech­nął się cza­ru­jąco, patrząc w błę­kitne oczy Kri­stiny. Uznała, że jest nie­zwy­kle sym­pa­tyczny. I zro­zu­miała, dla­czego zawsze zacho­wy­wał się tak, jakby znał ją od dawna. Kri­stina, kła­dąc dło­nie na opar­ciu krze­sła, mimo­wol­nie odwza­jem­niła uśmiech, ale zaraz jej czoło się zachmu­rzyło.

- Dla­czego mówisz mi o nim dopiero teraz?

- Dopiero teraz jest to potrzebne.

- Wcze­śniej nie było?

- Nie - uciął Fri­szer.

- Hej, czy to istotne? - spy­tał Karol z roz­bra­ja­ją­cym uśmie­chem. - Wie­dzia­łem, kim jesteś, bo to było czę­ścią pro­gramu przy­sto­so­waw­czego, ale zaka­zano mi z tobą roz­ma­wiać. Bar­dzo się cie­szę, że już nie muszę prze­strze­gać tej dur­nej zasady. - Wstał i pod­szedł do Kri­stiny, wycią­ga­jąc rękę.

Wspo­mnie­nie wspól­nej roboty przy roz­wa­la­niu Obli­via­tesa było sil­niej­sze niż gniew, jaki żywiła wobec Fri­szera. Uści­snęła dłoń Karola, czu­jąc, jaka jest deli­katna i cie­pła. Cał­kiem uspo­ko­jona usia­dła.

- To czym się tutaj zaj­mu­jesz? - spy­tała ze szcze­rym zain­te­re­so­wa­niem. Wresz­cie tra­fił się ktoś, z kim mogła poroz­ma­wiać. Dopiero teraz uświa­do­miła sobie, jak bar­dzo jej tego bra­ko­wało.

- W zasa­dzie tym samym co ty: tro­pię ban­dy­tów w sieci. Co prawda dzia­ła­ją­cych w innych obsza­rach, ale to na­dal prze­stępcy.

- Wiem, że nie jesteś hake­rem, a Zyg­munt powie­dział, że zaj­mu­jesz się sztuczną inte­li­gen­cją. Czym kon­kret­nie?

- No wiesz... Buduję pro­to­typy samo­uczą­cych się modeli nasta­wio­nych na wykry­wa­nie nie­ty­po­wych sche­ma­tów. Nie zamie­rzam ich zazdro­śnie strzec, chcę je oddać do powszech­nego użytku. Nie­dawno mój zespół wypu­ścił ZEUS-a. To taka wyszu­ki­warka, Zero Effort Uni­ver­sal Search. Jej lep­szą wer­sją jest Gene­sis, który będzie miał wiele cech gene­ra­tyw­nej sztucz­nej inte­li­gen­cji. Głów­nie cho­dzi o poko­ny­wa­nie roz­ma­itych barier i wcho­dze­nie na pil­nie strze­żone obszary, by zdo­by­wać infor­ma­cje o nie­le­gal­nej dzia­łal­no­ści. Teraz kon­cen­truję się na prze­pły­wach finan­so­wych, opra­co­wuję metodę wykry­wa­nia pra­nia brud­nych pie­nię­dzy. To tak z grub­sza...

- A ci wro­go­wie, przed któ­rymi się ukry­wasz: nie potra­fisz ich wytro­pić za pomocą swo­jej sztucz­nej inte­li­gen­cji? - spy­tała, uda­jąc naiw­ność.

Karol uciekł wzro­kiem w bok. Na jego twa­rzy poja­wił się gry­mas, jakby mówie­nie o tym było dla niego bole­sne. Odparł jed­nak cał­kiem szcze­rze:

- Bar­dzo bym chciał. A jesz­cze bar­dziej pra­gnął­bym, aby to, co mnie spo­tkało, ni­gdy się nie wyda­rzyło.

- Karol ma od roku do czy­nie­nia z agen­tem Pjon­gjangu - wtrą­cił Fri­szer. - Mówię to, ponie­waż wszystko wska­zuje, że ataki phi­shin­gowe, które sta­rasz się wyśle­dzić, pocho­dzą z tego samego źró­dła.

Kri­stina odchy­liła się na krze­śle, zasta­na­wia­jąc się, jakie to trau­ma­tyczne prze­ży­cia stały się udzia­łem Karola. Pomy­ślała, zwa­żyw­szy na wła­sne porą­bane życie, że wokół Fri­szera gro­ma­dzą się ludzie nie tylko pokrę­ceni, ale i pokie­re­szo­wani, co nie­ocze­ki­wa­nie wydało się jej pocie­sza­jące.

- I sądzi­cie, że ci, któ­rzy go ści­gają, orga­ni­zują phi­shing w Pol­sce?

- Nie wiemy, ale nie można tego wyklu­czyć - ode­zwał się Fri­szer posęp­nym tonem. - Mamy donie­sie­nia, że bar­dzo podobne ataki prze­pro­wa­dzono w Skan­dy­na­wii i Anglii, a wszyst­kie ścieżki pro­wa­dzą do Pol­ski, stąd zaś do Korei Pół­noc­nej. Tak twier­dzi Karol po prze­ana­li­zo­wa­niu two­ich wyni­ków.

- Dostrze­głem w nich sche­mat cha­rak­te­ry­styczny dla infor­ma­ty­ków szko­lo­nych przez Pjon­gjang - powie­dział Karol. - Przy spra­wie Obli­via­tesa poja­wił się czło­wiek, któ­rego pozna­łem jako Den­nisa L?. To agent Pjon­gjangu, który pró­bo­wał powstrzy­mać prace przy ZEUS-ie. To on mnie tor­tu­ro­wał... Do dzi­siaj mam z tego powodu kosz­mary. Uciekł, jed­nak nie znik­nął. Tym razem chciał mnie zabić... Jak widzisz, żyję, ale wystrze­lone przez niego poci­ski tra­fiły moją przy­ja­ciółkę. Helen oddała za mnie życie. W końcu NSA prze­chwy­ciła połą­cze­nie sate­li­tarne z Kanady. Są pewni, że to był Den­nis i że na­dal chce mnie zli­kwi­do­wać.

- Dla­tego się tu ukry­łeś - stwier­dziła Kri­stina mato­wym gło­sem.

Ski­nął głową.

- Den­nis L? to świetny pro­gra­mi­sta i dosko­nały haker. Spo­sób, w jaki zapi­sy­wał kod, cecho­wały sub­telne niu­anse, które wystę­pują w zebra­nych przez cie­bie mate­ria­łach. Wszystko to może świad­czyć, że za phi­shin­giem stoją Kore­ań­czycy.

- I wła­śnie tego się dowie­dzia­łeś dzięki sztucz­nej inte­li­gen­cji? - Kri­stina wydęła pogar­dli­wie wargi. - Musisz wie­dzieć, że uwa­żam AI za zło, a GenAI za jego kwin­te­sen­cję. Naj­lep­szym tego przy­kła­dem jest to całe gówno nazwane Dniem Wol­no­ści i jego ema­na­cja, Obli­via­tes. Nie wydaje mi się, aby sto­so­wa­nie złych rze­czy mogło dawać dobre rezul­taty! - Ostat­nie zda­nie wypo­wie­działa twardo, patrząc pro­sto w sta­lowe oczy Fri­szera.

- Spo­dzie­wa­łem się takiej reak­cji, Kri­stino, ale oba­wiam się, że nie masz wyj­ścia. Od dzi­siaj, czy tego chcesz, czy nie, Karol wcho­dzi do gry. Masz się z nim wszyst­kim dzie­lić!

Spoj­rzała nie­chęt­nie na Kop­pela. Ten dotąd sym­pa­tyczny facet nagle wydał jej się, wraz ze swoją sztuczną inte­li­gen­cją, nad wyraz obmier­zły. Gdyby nie wyraźne żąda­nie kapi­tana, wsta­łaby, prze­wra­ca­jąc krze­sło, i wyszła bez słowa. Skrzy­żo­wała ramiona na pier­siach i zapa­trzyła się tępo w ścianę. Jak to ma, do cho­lery, wyglą­dać? Mam się pod­dać? Zre­zy­gno­wać ze swo­ich prze­ko­nań? Nie­do­cze­ka­nie! Już raczej pokaże Karo­lowi, jak absur­dalne jest pole­ga­nie na samo­uczą­cych się algo­ryt­mach, pozba­wio­nych uczuć i wro­dzo­nej bły­sko­tli­wo­ści. Tak. Wła­śnie tak zrobi. Udo­wodni mu wszystko... Zmru­żyła chy­trze oczy i ski­nęła głową.

Fri­szer z trza­skiem zamknął notat­nik i wstał od stołu.

- No to do roboty.

Wyszedł bez poże­gna­nia, zosta­wia­jąc Kri­stinę i Karola, któ­rzy wza­jem­nie tak­so­wali się wzro­kiem.

ROZDZIAŁ 2

sobota, 22 marca,

Wro­cław

To już trzeci mie­siąc - pomy­ślał Kim, odsta­wia­jąc umyty kubek na półkę. Zie­lona her­bata z dodat­kiem mięty, mająca dzia­łać uspo­ka­ja­jąco, tylko nasi­lała jego wewnętrzne wrze­nie. Od nie­mal kwar­tału gnił w tym wyna­ję­tym cia­snym miesz­kanku, a wszyst­kie jego zaka­marki z każ­dym dniem coraz bar­dziej go iry­to­wały. Czuł, że nie potrafi zapa­no­wać nad ener­gią, która nie znaj­du­jąc ujścia, kumu­lo­wała się w nim i pogrą­żała go w cha­osie. Ćwi­cze­nia odde­chowe oraz wyuczone tech­niki napi­na­nia i roz­luź­nia­nia mię­śni, zamiast przy­no­sić har­mo­nię, potę­go­wały fru­stra­cję i poczu­cie upo­ka­rza­ją­cej bez­sil­no­ści. Z cza­sem ta zamknięta prze­strzeń stała się dla niego wię­zie­niem nie tylko ciała, ale i ducha. Jego oczy, kie­dyś pełne zim­nej deter­mi­na­cji, teraz były znu­żone i mar­twe, odbi­ja­jąc panu­jącą wokół pustkę.

Kim dosko­nale wie­dział, co jest przy­czyną tego stanu i co mogłoby go z niego wyrwać. Karol Kop­pel - a wła­ści­wie jego śmierć - miała być anti­do­tum na wszyst­kie bolączki. Lecz facet zapadł się pod zie­mię i mimo usil­nych sta­rań Kim nie potra­fił go namie­rzyć. Pod­czas ostat­niej krót­kiej roz­mowy z towa­rzy­szem kapi­ta­nem Par­kiem usły­szał zwy­cza­jowe życze­nia podą­ża­nia drogą rewo­lu­cji, wypo­wie­dziane jed­nak takim tonem, że zro­zu­miał, iż wła­śnie otrzy­mał ostat­nią szansę. Porażka nie wcho­dziła w grę.

Nagi usiadł na pod­ło­dze w pozy­cji lotosu. Dło­nie uło­żył w mudrę trze­ciego oka i wyrów­nał oddech. Myśli prze­nio­sły go do mroź­nej doliny w Kana­dzie, zasy­pa­nej dzie­wi­czym śnie­giem i wypeł­nio­nej abso­lutną ciszą. Widok był kojący; Kim żało­wał, że rege­ne­ra­cji sił mógł tam poświę­cić jedy­nie kilka dni. Pew­nego ranka usły­szał war­kot sku­tera śnież­nego, a przez szparę w oknie dostrzegł zbli­ża­jącą się małą postać. Gdy do jego uszu dotarł cha­rak­te­ry­styczny pisk kla­wi­szy zamka szy­fro­wego, wie­dział, że sie­lanka dobie­gła końca.

Bez­i­mienny agent zabrał go w długą podróż do Mont­re­alu, a potem prze­ka­zał kolej­nemu towa­rzy­szowi, który pod osłoną nocy umie­ścił go na statku pły­ną­cym do Europy. Kim przez bli­sko mie­siąc ukry­wał się przed załogą w kon­te­ne­rach, w dusz­nym gorącu maszy­nowni i w ładowni. Naj­trud­niej było zdo­być jedze­nie i wodę: radził sobie, pod­kra­da­jąc żyw­ność z kam­buza, lecz ni­gdy jej nie wystar­czało, by zaspo­koić głód.

Gdy sta­tek zacu­mo­wał w Ham­burgu, a cała załoga była zajęta moco­wa­niem lin, Kim wło­żył wykra­dzione wcze­śniej kom­bi­ne­zon i kask, chwy­cił plik papie­rów i obo­jęt­nie prze­szedł obok grupki zapra­co­wa­nych ludzi. Zszedł na nad­brzeże i znik­nął w labi­ryn­cie cię­ża­ró­wek i wóz­ków widło­wych. Por­towe roboty, dźwigi i ogłu­sza­jący hałas masko­wały jego obec­ność. Wto­pił się w tłum, odczu­wa­jąc jed­no­cze­śnie ulgę i napię­cie.

Ukrył się w nie­po­zor­nym hote­liku, gdzie nikt nie pytał o doku­menty, dopóki na kon­tu­arze lądo­wał zwi­tek bank­no­tów. Przez dwa tygo­dnie pra­wie nie wycho­dził z pokoju, cier­pli­wie ocze­ku­jąc na kon­takt. W poło­wie stycz­nia nade­szła wia­do­mość: Karol Kop­pel opu­ścił bazę NSA i wsiadł na pokład samo­lotu US Air Force, który miał lądo­wać w Jasionce pod Rze­szo­wem. Dla Kima stało się jasne, że Karol wresz­cie wró­cił do Pol­ski.

Następ­nego dnia prze­ku­pił kie­rowcę fur­go­netki i bez­piecz­nie prze­je­chał gra­nicę, która z powodu napięć zwią­za­nych z ruchem migran­tów była inten­syw­nie patro­lo­wana. Wysiadł nie­po­strze­że­nie na pierw­szym postoju. W kan­to­rze przy sta­cji ben­zy­no­wej wymie­nił pie­nią­dze i po dwóch prze­siad­kach dotarł do Wro­cła­wia. Bez trudu odna­lazł grupę infor­ma­ty­ków-hake­rów ze swo­jego kraju, któ­rych sam szko­lił, gdy pra­co­wał w ESTI­GAME. Mło­dzi towa­rzy­sze wybrali Wro­cław z jed­nego powodu - obec­no­ści dużych kore­ań­skich firm. Widok sko­śnych oczu nie dzi­wił tu miesz­kań­ców, co wię­cej, cie­szyli się z azja­tyc­kich restau­ra­cji i skle­pów. Kore­ań­czycy, nie budząc podej­rzeń, mogli wynaj­mo­wać miesz­ka­nia, uda­jąc zwy­kłych eta­to­wych pra­cow­ni­ków.

Kim nie miał doku­men­tów, a wszyst­kie toż­sa­mo­ści, któ­rych dotych­czas uży­wał, były spa­lone. Jeden z jego daw­nych pod­opiecz­nych zna­lazł mu lokum. Mimo wszystko Kim sta­rał się nie rzu­cać w oczy, wycho­dził tylko w nocy. Cały czas pró­bo­wał namie­rzyć Karola Kop­pela, ale ni­gdzie nie mógł tra­fić na żaden ślad. I to wła­śnie było przy­czyną jego głę­bo­kiej fru­stra­cji.

Jeden z mło­dych, wysłany do War­szawy, zain­sta­lo­wał na tele­fo­nie Toma­sza Szczerca pro­gram szpie­gu­jący. Od mie­siąca Kim nasłu­chi­wał wszyst­kich jego roz­mów. Nie­stety ani jedno słowo nie wska­zy­wało na kon­takt z Karo­lem. Raz tylko usły­szał, jak Tomasz zwie­rza się Oldze Weiss, że nie­po­koi się o sio­strzeńca. To nie pocie­szyło Kima.

Nabrał powie­trza, napeł­nia­jąc prze­ponę i płuca, po czym powoli wypu­ścił je ustami. Po szó­stym wde­chu myśli się uspo­ko­iły. Zapa­dał w świe­tli­stą mgłę, obser­wu­jąc, jak roze­dr­gany chaos zama­rza w kry­sta­liczną struk­turę. Kon­ty­nu­ował ćwi­cze­nie, aż z jego ust dobył się niski, gar­dłowy, prze­cią­gły dźwięk: Ommmmmmm... Po pół­go­dzi­nie otwo­rzył oczy, prze­peł­niony dziw­nym spo­ko­jem, jakby prze­czu­wał, że za chwilę zbliży się do roz­wią­za­nia. Wstał i poszedł pod prysz­nic. Chłodna woda go orzeź­wiła, przy­spie­sza­jąc krą­że­nie. W tym momen­cie usły­szał sygnał z kom­pu­tera infor­mu­jący o uru­cho­mie­niu mikro­fonu w tele­fo­nie Szczerca. Nie spie­szył się. Wie­dział, że wszystko jest nagry­wane, a prawdę mówiąc, nie spo­dzie­wał się żad­nych rewe­la­cji. Usiadł przed kom­pu­te­rem i już miał włą­czyć odsłuch, gdy jego spe­cjal­nie zabez­pie­czony tele­fon zasy­gna­li­zo­wał szy­fro­waną wia­do­mość od kapi­tana Parka.

Dzię­kuję Par­tii, że mogę prze­ka­zać ci to pole­ce­nie. Od tej chwili prze­wo­dzisz gru­pie towa­rzy­szy infor­ma­ty­ków w Pol­sce. Waszym zada­niem jest wzmoc­nie­nie dzia­łań i potro­je­nie pozy­ski­wa­nia zaso­bów finan­so­wych. Życzę ci, towa­rzy­szu Kimie, abyś zawsze podą­żał drogą rewo­lu­cji.

Kim sze­roko otwo­rzył oczy i ponow­nie prze­czy­tał prze­kaz, który za minutę miał znik­nąć. Czyżby mło­dzi towa­rzy­sze prze­stali sobie radzić? Poczuł, że go doce­niono, powie­rza­jąc mu tak odpo­wie­dzialne zada­nie, a jed­no­cze­śnie zalała go fala rado­ści, która mogła wyrwać go z bez­na­dziei. Miał już dość sie­dze­nia w czte­rech ścia­nach. Szybko napi­sał do nowego zespołu, żeby spo­dzie­wali się go o dzie­sią­tej wie­czo­rem i byli gotowi do zło­że­nia raportu. Uśmie­cha­jąc się w duchu, włą­czył nagra­nie ostat­niej roz­mowy Toma­sza Szczerca.

Dźwięk był bar­dzo wyraźny, zakłó­cany jedy­nie lek­kim szu­mem sil­nika samo­cho­do­wego. Tomasz roz­ma­wiał z Olgą o jakimś wyda­rze­niu muzycz­nym. Kim już miał wyłą­czyć odsłuch, gdy nagle wychwy­cił coś, co spra­wiło, że jego palce zawi­sły nad kla­wia­turą. Cof­nął nagra­nie o minutę i pod­krę­cił gło­śność.

- ...na szczę­ście ty sie­dzisz w pierw­szym rzę­dzie i masz mi przez cały czas słać dobre myśli i pozy­tywną ener­gię.

- Na to zawsze możesz liczyć, a prze­cież będzie nas wię­cej. Joanna, Ewa i Zyg­munt obie­cali, że przy­jadą.

- To dobrze... Cie­kawe, co sły­chać u Fri­szera i Dzik. Ostat­nio odnio­słam wra­że­nie, że mają się ku sobie.

Roz­mowa uci­chła. Kim oparł się na krze­śle i splótł dło­nie na karku. Czyżby zbli­żał się do prze­łomu? W końcu w oto­cze­niu Toma­sza poja­wił się ktoś nowy... Zyg­munt Fri­szer! Kapi­tan ABW, który pro­wa­dził sprawę Karola Kop­pela. Że też nie przy­szło mu do głowy, żeby spró­bo­wać go namie­rzyć! Zaci­snął zęby, zły na sie­bie za tak oczy­wi­sty błąd. Los pod­su­nął mu jed­nak cień szansy. Już wie­dział, że cały dzień spę­dzi na nasłu­chu.

Po godzi­nie tele­fon Szczerca ponow­nie zaczął nada­wać. Po dwóch godzi­nach ciszy mece­nas witał się z kimś na ulicy: byli to Fri­szer i Dzik. Kim wytę­żył słuch, ale do jego uszu docie­rała jedy­nie oży­wiona roz­mowa o daniu z kró­lika. Po dłuż­szej chwili głos Toma­sza ponow­nie prze­bił się przez szum restau­ra­cji.

- No oczy­wi­ście kon­cert Olgi to wiel­kie wyda­rze­nie, ale tak naprawdę mar­twię się mil­cze­niem Karola. Od dwóch mie­sięcy nie daje znaku życia. Boję się, że znowu w coś się wpa­ko­wał.

- Karol jest w bez­piecz­nym miej­scu - ode­zwał się Zyg­munt Fri­szer.

- Co pan mówi? Wie pan, gdzie on jest? Panie Zyg­mun­cie!

- Wiem, ale nie mogę zdra­dzić szcze­gó­łów. Jak powie­dzia­łem, jest bez­pieczny. Nie musi się pan mar­twić, panie Toma­szu. I niech pan zapo­mni, że usły­szał o tym ode mnie.

Gło­śnik kom­pu­tera zamilkł. Kim nie­spo­koj­nie wier­cił się na swoim miej­scu. Wresz­cie coś! Infor­ma­cja, którą mimo­cho­dem prze­ka­zał Fri­szer, będzie klu­czem do odna­le­zie­nia Karola. Z rado­ści klep­nął się w udo, lecz zaraz zmar­kot­niał, uświa­do­miw­szy sobie, że bez­pieczne miej­sce, o któ­rym wspo­mniał ofi­cer ABW, może znaj­do­wać się wszę­dzie... Udał się do nie­wiel­kiej kuchenki w kory­ta­rzu, nalał wody do szklanki, wypił dusz­kiem i otarł usta dło­nią.

Cho­lera! - pomy­ślał. Może trzeba będzie śle­dzić ruchy Fri­szera.

Zdał sobie sprawę, że naj­lep­szą metodą będzie wyj­ście z dziu­pli i dotar­cie do War­szawy. Nie podo­bał mu się ten pomysł.

Nagle gło­śnik kom­pu­tera ponow­nie ożył. Kim rzu­cił się w jego stronę i pochy­lił nad ekra­nem.

- Hej, mar­twi­łem się, że nie przy­je­dziesz - usły­szał głos Szczerca.

- Odwie­dza­łam kole­żanki we Wro­cła­wiu. Jecha­łam do Żar z prze­siadką w Legnicy. Oczy­wi­ście pociąg musiał zali­czyć opóź­nie­nie, ale jestem - odpo­wie­dział kobiecy głos.

- Świet­nie. Jeśli nie masz innych pla­nów, jutro możesz wró­cić z nami.

- Dzięki, wła­śnie o to chcia­łam spy­tać. Spo­tka­łeś Fri­szera i Dzik?

- Byli­śmy na obie­dzie. Fri­szer tro­chę wypił i... puścił parę o Karolu. Wie, gdzie on jest. Mówi, że w bez­piecz­nym miej­scu.

- Zdaje mi się, że wiem, co miał na myśli. Jeśli się nie mylę, cho­dzi o ośro­dek ABW. Ma rację: mysz się tam nie prze­śli­zgnie.

Roz­mowa się urwała.

Kim sta­nął w roz­kroku, zwi­nięte pię­ści oparł na bio­drach. W roz­chy­lo­nym szla­froku czuł się jak super­bo­ha­ter wezwany na osta­teczną misję. O ośrodku ABW uczono go, zanim po raz pierw­szy przy­je­chał do Pol­ski. Zapa­mię­tał jego plany zdo­byte przez wywiad Naj­wyż­szego Przy­wódcy; znał na pamięć naj­słab­sze punkty zabez­pie­czeń. Miały mu posłu­żyć nie do ucieczki, lecz do wtar­gnię­cia. Odno­sił wra­że­nie, że stary baweł­niany szla­frok faluje niczym pele­ryna w podmu­chach wia­tru.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki