PROLOG
listopad, dwa lata wcześniej,
Warszawa
Chłopiec miał nie więcej niż siedem, osiem
lat - trudno było to ocenić z całkowitą pewnością, ponieważ siedział
odwrócony tyłem do lampki nocnej, jedynego źródła światła w pokoju. Jego
drobna sylwetka niknęła w półmroku, a twarzyczka skryta w cieniu zdawała
się nieruchoma jak u porcelanowej lalki. Przysiadł na samym skraju
ogromnego hotelowego łóżka, z nogami zwieszonymi tuż nad puszystym
dywanem; plecy miał lekko przygarbione, instynktownie próbując skurczyć
się do rozmiaru, który nie będzie już nikomu przeszkadzał.
W prawej dłoni trzymał mały czerwony samochodzik - metalowy, z lakierem
startym na rogach i lekko wgniecionym dachem, pełen blizn zebranych w tysiącu takich podróży. Przesuwał go powoli po śnieżnobiałej, idealnie
naciągniętej kołdrze. W przód. W tył. W przód. W tył. Monotonny,
pozbawiony jakiejkolwiek dziecięcej radości ruch miał dawać złudzenie
odrobiny kontroli.
Pozorny luksus apartamentu był przytłaczający. Banalne, grube,
pochłaniające dźwięk zasłony, beżowe ściany i anonimowe grafiki tylko
udawały przepych. Wszystko było standaryzowane, bezosobowe, włącznie z zapachem - subtelnie cytrusowym, z ledwie wyczuwalną nutą środka
dezynfekującego. Tutaj się nie żyło; to miejsce służyło stawaniu się
bezimiennym i niewidzialnym. I ta cisza... Mogłoby się zdawać, że ktoś
starannie usunął wszelkie ślady życia. Klimatyzacja, zazwyczaj dająca o sobie znać cichym szumem, została wyłączona; lodówka, z której zwykle
oferuje się niebotycznie drogie napoje, zabudowana w ciężkiej mahoniowej
szafce, milczała odcięta od prądu; nawet telewizor straszył czernią
martwego ekranu. W tej absolutnej ciszy dało się wychwycić tylko ten
jednostajny suchy szelest - dźwięk malutkich plastikowych kółek
obracających się na gładkim materiale pościeli.
Pięćdziesięcioletni mężczyzna stał kilka kroków dalej, dopinając
mankiety koszuli. Robił to z chirurgiczną precyzją, bez pośpiechu i w całkowitym skupieniu. Drobne złote spinki z onyksowym oczkiem były
dyskretnym detalem, który idealnie komponował się z szytym na zamówienie
garniturem, śnieżnobiałą koszulą i krawatem w kolorze głębokiego
burgunda. Perfekcyjnie wypolerowana skórzana teczka stała przy jego
nodze, gotowa do wyjścia. On sam też był gotów.
Nie patrzył już na dziecko. Wzrok zatrzymał na własnym odbiciu w przyciemnionej szybie panoramicznego okna, za którą majaczyła rozmyta
poświata miasta, zniekształcona jesiennym zmierzchem. Światła ulic,
mostów i wieżowców pobłyskiwały, tworząc abstrakcyjne, pulsujące
kształty. Dla niego był to widok, w którym nie dostrzegał piękna.
Kojarzył mu się z mapą, terenem operacyjnym, po którym musi się poruszać
bez emocji i nie tracąc czasu na kontemplację.
Ważne spotkanie, przed którym dał upust swoim żądzom, miało się
rozpocząć za trzydzieści pięć minut w prywatnej salce restauracyjnej na
poziomie minus jeden. Jego gość znany był z punktualności i chorobliwego
wyczulenia na hierarchię, zatem przyjście przed czasem stanowiło
niepisany, lecz obligatoryjny element protokołu. Towarem były
informacje, a ich przekazanie odbywało się bez zbędnych uprzejmości.
Potem, w zupełnej samotności, pozostanie mu tylko napisanie raportu,
który zapieczętuje niemożliwym do złamania szyfrem, i cierpliwe
oczekiwanie na nagrodę.
Odwrócił się i przeszedł przez pokój. Dźwięk jego kroków utonął
całkowicie w grubej wykładzinie. Zatrzymał się przy stoliku nocnym.
Otworzył portfel i wyjął przygotowany plik używanych, lekko zmiętych
banknotów, starając się stworzyć iluzję, że to, co się wydarzyło, nie
było wynikiem chłodno wykalkulowanej transakcji, a raczej czymś
spontanicznym i radosnym, co zasłużyło na hojność. Taki głupi,
nieistotny szczegół, ale ważny dla niego, dla podtrzymania poczucia
własnej wartości, a przynajmniej jej resztek. Położył je obok ciężkiej
podstawy mosiężnej lampki bez odliczania, bo przecież już wcześniej
wszystko przeliczył.
Chłopiec nie poruszył się nawet o milimetr. Nie spojrzał. Wiedział, że
chwilę po tym, jak mężczyzna wyjdzie z pokoju, pojawi się jego wuj i zabierze go do domu.
Mężczyzna nie odezwał się ani słowem. Podniósł teczkę, sprawdził telefon
i widząc jedno pozbawione znaczenia powiadomienie, odrzucił je
mechanicznym ruchem kciuka. W oprawionym w ciężką ramę lustrze w przedpokoju ostatni raz skontrolował węzeł krawata. Jego twarz była
gładka, pusta i pozbawiona wyrazu.
Moralność ludzi z zewnątrz, z tamtego świata naiwnie wierzącego w czerń
i biel, zupełnie się dla niego nie liczyła. Nie uważał się za złego ani
też za dobrego. Po prostu rzeczywistość, w której operował, nie znała
takich pojęć. Istniały tylko skuteczność, minimalizacja ryzyka i szczelność procedur, a dylemat, czy zło to realna kategoria
ontologiczna, czy tylko problem pojęciowy, w ogóle go nie zajmował.
Spojrzał po raz ostatni na pokój, na chłopca i na czerwony samochodzik,
który wciąż poruszał się rytmicznie po tej samej beznadziejnej
trajektorii. W przód. W tył. W przód...
Wyszedł, a drzwi domknęły się z cichym, precyzyjnym kliknięciem. W jego
myślach nie było już chłopca. Został za zamkniętymi drzwiami. A zamknięte drzwi przestawały istnieć.
ROZDZIAŁ 1
poniedziałek, 19 sierpnia,
Fort Meade w stanie Maryland
Biurko Jonathana, wciśnięte w kąt
niewielkiego, pozbawionego okien gabinetu, było zastawione trzema
szerokoekranowymi monitorami, które niczym mur forteczny całkowicie
zasłaniały siedzącego przed nimi mężczyznę. Gość wchodzący do pokoju
dostrzegłby tylko ich matowe plastikowe obudowy, a obecności samego
Jonathana mógłby się jedynie domyślić, widząc świetliste, migotliwe
odblaski na ścianie. Procedury panujące w Fort Meade bezwzględnie
nakazują wylogowanie z systemu i wyłączenie ekranów, gdy opuszcza się
stanowisko pracy. Sygnał był więc prosty i czytelny, przynajmniej w teorii: ciemna ściana - Jonathana nie ma, jasna ściana - Jonathan jest w pokoju.
Prawdę mówiąc, tego rodzaju sygnały były zupełnie zbędne, ponieważ w jego klitce nikt go nigdy nie odwiedzał. Bo i po co? Nie miał tu
przyjaciół, z którymi mógłby zamienić kilka słów w przerwie, ani nikogo,
z kim umawiałby się na lunch w głośnej kantynie, gdzie zawsze siadał
samotnie przy najdalszym od zgiełku stoliku. Jako analityk na najniższym
szczeblu drabiny to on, w razie rzadkiej potrzeby, musiał pokonywać
długie korytarze i biegać do biur swoich przełożonych. W ciągu kilku lat
spędzonych w Agencji Bezpieczeństwa Narodowego widywał szefostwo głównie
podczas regularnych cotygodniowych odpraw, a jedynie dwa lub trzy razy
osobiście dostarczył jakieś informacje, które i tak nie miały większego
znaczenia.
Kiedyś, jeszcze na studiach, Jonathan wyobrażał sobie pracę w NSA
zupełnie inaczej: tropienie terrorystów, nieustanne wykrywanie spisków,
dostarczanie kluczowych danych, które mogłyby zmienić bieg historii...
Ech, minęły już trzy lata, odkąd utknął za tym biurkiem, a jedyne, co
zyskał, to trzy monitory. Trzy lata - trzy monitory i ciągłe, monotonne
śledzenie nasłuchów placówek dyplomatycznych Korei Północnej.
Ambasady i konsulaty wszystkich państw stanowią doskonałe schronienie
dla wszelkiej maści szpiegów i agentów, a Korea Północna nie jest tu
wyjątkiem. Pjongjang utrzymywał w Europie, włącznie z Rosją, jedenaście
ambasad i jak wszyscy wymieniał z nimi informacje drogą elektroniczną.
Przechwycenie takich plików było stosunkowo łatwe, a COMINT, czyli
wywiad sygnałowy, robił to w sposób niezwykle skuteczny i profesjonalny.
Trudności pojawiały się dopiero przy próbach odczytania treści. Od
dłuższego czasu wszystkie przekazy były silnie zabezpieczane kluczem
kwantowym, co czyniło ich złamanie praktycznie niemożliwym. Zazwyczaj
jedyne, co dawało się uzyskać, to informacje o przybliżonej wielkości
pakietu i częstotliwości wymiany wiadomości. Jednak nawet takie niepełne
dane okazywały się przydatne. Drobne odchylenie od rutyny mogło
świadczyć o czymś szczególnym. Sumując te wszystkie elementy, można było
wyciągnąć wnioski o ponadnormatywnej aktywności poszczególnych placówek,
co skutkowało bardziej wytężonymi działaniami CIA.
Jonathan nigdy nie wnikał w relacje panujące pomiędzy CIA a NSA. Dla
niego obie instytucje działały z pobudek czysto patriotycznych. Jego
rolą było dostarczanie raportów i nic więcej. Raporty Jonathana były
zazwyczaj krótkie, rutynowe i wiało z nich dojmującą nudą. Większość
danych pochodziła z kontaktów między Pjongjangiem a Chinami czy Rosją.
Reszta świata wypadała dość mizernie.
Ale nie tego poranka. W rutynie jednej z placówek w Europie nastąpił
dziwny wyłom. Jonathan wpatrywał się w środkowy monitor i coraz mocniej
wytrzeszczał oczy. Co jest grane? Z zestawienia wynikało, że w ciągu
ostatniej doby ambasada Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej w Warszawie wysłała siedemnaście dużych pakietów danych do swojej stolicy.
W jednej chwili zrozumiał, że to nie mogły być zwyczajne depesze
dyplomatyczne. Tylko co...? Muszę z tym lecieć do szefa - pomyślał.
Wydrukował sprawozdanie i dla pewności przejrzał archiwum, poszukując
śladów czegoś podobnego. Szybko zanotował swoje spostrzeżenia na drugiej
stronie kartki i nerwowo wyciągnął identyfikator ze stacji dokującej. Po
chwili jego trzy ekrany zgasły i Jonathan ruszył korytarzem do biura
Majora. Mimo że starał się iść szybko, wejście na trzecie piętro zajęło
mu dobry kwadrans.
Drzwi do gabinetu szefa strzegła sekretarka w biurowym uniformie.
Siedząc za szerokim biurkiem, rozmawiała przez telefon, raz po raz
zaśmiewając się cicho. Na widok szeregowego pracownika przerwała,
zasłoniła dłonią słuchawkę i spojrzała wymownie na intruza.
- Ja do Majora, to chyba pilne... - Jonathan wybąkał nieśmiało, unosząc
trzymany w dłoni wydruk niczym magiczną przepustkę.
Znał tę kościstą, zasuszoną babę, odkąd pracował w NSA, i zawsze starał
się unikać z nią kontaktu. Jej haczykowaty nos i wiecznie zaciśnięte
wargi kojarzyły mu się z najgorszymi postaciami z horrorów.
- Szef ma teraz wideokonferencję - rzuciła niedbale i wróciła do
rozmowy. Po chwili przerwała, obserwując ze zdziwieniem, jak Jonathan,
zamiast zniknąć, sadowi się na krześle przy jej biurku. - Hej, przecież
mówiłam, że dyrektor jest zajęty. Chyba nie masz zamiaru tu czekać?
Jonathan postanowił zignorować jej opryskliwy ton. Patrzył w milczeniu
ponad jej głową, studiując kształt drobnej rysy na ścianie.
- Jak tam sobie chcesz... - mruknęła poirytowanym tonem i szybko
zakończyła rozmowę.
Po dziesięciu minutach krępującej ciszy asystentka dostrzegła, że zgasła
lampka na interkomie. Podniosła kościste ciało z fotela i ruszyła do
drzwi. Oczyma wyobraźni Jonathan zobaczył, jak kobieta chwyta za miotłę,
dosiada jej i unosi się nad ziemią. Widział, jak ląduje przed dębowymi
wrotami i uchyla je na tyle, by wetknąć do środka swój ostry nochal. Po
chwili, świdrując czarnymi oczami prosto w serce Jonathana, skrzekliwie
wydobywa spomiędzy cienkich warg rozkaz wejścia do czeluści...
Przerażony wstał w jednej chwili i z ulgą dostrzegł, że złowroga wizja
zniknęła. Na wszelki wypadek, mijając kobietę, patrzył na wprost, po
czym z kamienną twarzą starannie zamknął za sobą ciężkie drzwi.
Major stał przy oknie, odwrócony plecami do gościa, a jego smukła
nieruchoma sylwetka odcinała się na tle rozświetlonej porannym słońcem
szyby.
- Jonathan, tak? - powiedział Major, nie odwracając się.
- Tak jest, panie Majorze! - odpowiedział tak szybko, że zabrzmiało to
bardzo służbiście.
- Nieczęsto cię widuję...
Jonathan już chciał odkrzyknąć "Tak jest, panie Majorze!", ale w porę
ugryzł się w język. Słowo "Major" było tu czymś w rodzaju tytułu i przydomka, jak "doktor", i nie określało stanowiska. Eliot J. Borgovich
od pięciu lat piastował funkcję wicedyrektora zespołu wywiadu
sygnałowego, którą objął zaraz po przejściu na wojskową emeryturę.
Służba na niezliczonych misjach utwardziła mu charakter i nauczyła
rozpoznawania zagrożeń. Sukcesy, jakie odnosił, brały się z wyjątkowej
umiejętności czytania w ludziach. Na emeryturę przeszedł bez żalu.
Pragnął zająć się łowieniem ryb lub piciem bimbru z młodszym bratem, ale
wtedy zadzwonił do niego ważny kongresmen, stary przyjaciel z czasów
pierwszej misji w Iraku. Frogg i Brogg - jak się sami przezwali - przez
lata tworzyli zgrany duet. Od słowa do słowa, wspominając dawne czasy,
Borgovich dał się przekonać do jeszcze jednej misji.
- Nieczęsto cię widuję, ale wiem, czym się zajmujesz, Jonathanie -
dokończył Borgovich i odwrócił się do niego.
- Panie dyrektorze - Jonathan postanowił wyłożyć sprawę jak najprościej
- dzisiejszy raport z nasłuchu ambasad koreańskich wykazuje duży i bardzo nietypowy transfer danych z Warszawy do Pjongjangu, wprost do
Komitetu Informatyki i Technik Informacyjnych. Nietypowy jest rozmiar
plików, ich liczba, siedemnaście pakietów, i co najważniejsze, zaskakuje
adresat. Ambasada komunikuje się niemal wyłącznie z tamtejszym MSZ.
Sprawdziłem archiwum z ostatnich pięciu lat i niczego podobnego nie
znalazłem.
Major wziął do ręki przyniesiony przez analityka arkusz.
- Dobra robota, Jonathanie. Wykazałeś się czujnością i dobrze zrobiłeś,
przychodząc z tym bezpośrednio do mnie. - Borgovich umiał docenić
podwładnych.
- Dziękuję, szefie... Ja i tak bym to opisał w raporcie... - Jonathan tylko
na chwilę spuścił wzrok, zaraz jednak zebrał się na odwagę i podniósł
głowę.
- Wiem. - Major uśmiechnął się nieznacznie. - Czas odgrywa ważną rolę.
Coś jeszcze?
- Nie, to wszystko. Jeśli pan dyrektor pozwoli, wrócę do siebie i prześlę oryginalne pliki.
- Oczywiście. Możesz iść. Drzwi zostaw otwarte.
Jonathan, wychodząc, spojrzał triumfalnie na kościstą jędzę i zniknął w korytarzu. Chwilę po jego wyjściu Major wystawił głowę z gabinetu.
- Ivonne, połącz mnie z Theo z CIA. Nieważne, jak go znajdziesz, zrób to
skutecznie. Wiem, że dasz radę.
Wrócił do pokoju i szczelnie zamknął drzwi. Usiadł za biurkiem,
splatając dłonie na karku. Czekał na kontakt. Właśnie na tym polegała
jego robota: budować i wzmacniać współpracę pomiędzy dwiema kluczowymi
agencjami wywiadu, które z niewiadomych powodów od lat ze sobą
rywalizowały. Przez całe życie używał tylko jednej waluty - lojalności -
i liczył, że jej wartość zostanie wysoko wyceniona. I nie pomylił się. W ciągu pięciu lat zrobił coś, co nikomu przed nim się nie udało.
Telefon zaterkotał cicho. Major podniósł słuchawkę i usłyszał lekko
sapiący głos Theodora.
- Czołem, Majorze! - wydyszał telefon.
- Theo, musimy się umówić na żeberka. - To był kod oznaczający, że
sprawa jest ważna.
- Oho ho! - Rozmówca zaśmiał się rubasznie. - A gdzież to je upieczono?
- W Warszawie, Theo. W Polsce.
- O, to dobrze. Tam mają świetną wieprzowinkę. Tymczasem zapraszam cię
do mojej budy na mostek wołowy w stylu teksańskim. Zamówiłem całą
sześciofuntową sztukę na jutrzejszy wieczór.
- Z największą radością! Do zobaczenia.
Brogg się rozłączył, myśląc, że będzie musiał zrezygnować ze śniadania i lunchu, aby wieczorem nie wyjść na mięczaka.
ROZDZIAŁ 2
wtorek, 20 sierpnia,
Warszawa
Sierpień zawisł nad Warszawą gęstą, duszącą
zasłoną; czas zdawał się zwalniać w drgającym od upału powietrzu.
Jedynie turyści z uporem realizujący swój żelazny program zwiedzania
ignorowali spiekotę, oblegając kawiarniane ogródki i taras widokowy
Pałacu Kultury i Nauki.
Tomasz Szczerzec, mijając ten monumentalny relikt przeszłości, myślał
niekiedy z właściwym sobie chłodnym przekąsem, że Pałac, niegdyś
absolutna dominanta panoramy, dziś przypomina starego, przygarbionego
generała, którego otoczyli wyrośnięci szklani adiutanci rodem z Manhattanu. Dyskusje o jego wyburzeniu czy zachowaniu uważał za jałowe;
dla niego budowla ta była po prostu elementem miejskiego krajobrazu,
trwałym jak podatki i równie nieuniknionym.
Myślał o tym w kontekście całego miasta, które na osobisty rozkaz
Himmlera zostało osiemdziesiąt lat temu obrócone w morze ruin. Z tych
zgliszcz kolejne pokolenia wzniosły metropolię eklektyczną i kosmopolityczną, która w odczuciu Tomasza coraz bardziej zatracała swoją
dawną tożsamość. Potomkowie rdzennych Warszawiaków, do których sam się z pewnym snobizmem zaliczał, stanowili dziś grupę niemal egzotyczną, a opowieści o Kercelaku czy Nalewkach brzmiały jak legendy z zapomnianego
świata.
Mecenas Tomasz Szczerzec, mężczyzna po pięćdziesiątce, nosił swoją
historię i teraźniejszość niczym nienaganny, szyty na miarę garnitur.
Jego wyprostowana, zdradzająca wojskową przeszłość sylwetka stanowiła
sztywną ramę, podczas gdy dyskretne zaokrąglenie w pasie było cichym
świadectwem upływu czasu i słabości do dobrej kuchni. W jego garderobie
panował absolutny porządek: obok rzędu białych koszul i kolekcji
jedwabnych krawatów bateria wypolerowanych butów - oxfordów, brogsów i sztybletów - stała na baczność, lśniąc w półmroku. Strój stanowił jego
zbroję, a głębokie przeświadczenie, że adwokatowi nie wypada inaczej,
było jednym z nienaruszalnych filarów jego do bólu uporządkowanego
życia.
Płynęło ono rytmem niezmiennym i bezpiecznym, wyznaczanym przez te same
godziny pobudki, te same płatki z jogurtem i tę samą pokonywaną piechotą
trasę z Powiśla do kancelarii na Mokotowskiej. Mieszkał sam, choć nigdy
nie określiłby się modnym mianem "singla", które wydawało mu się
pretensjonalne. Po prostu był sam. Wracał z ulgą do swojej ciszy i porządku po kilku krótkich romansach, które zawsze wnosiły w jego życie
niepożądany chaos.
Jedynym wyłomem w tej starannie pielęgnowanej samotności była Diana,
wyżlica weimarska o hipnotyzujących, niemal ludzkich błękitnych oczach,
które wpatrywały się w niego z mieszaniną oddania i cichego osądu. Była
prezentem od starszej siostry na pięćdziesiąte urodziny, darowanym wbrew
jego woli, lecz zgodnie z zaleceniem od kardiologa, by więcej się
ruszał. Ostatnim prezentem, jaki od niej dostał. Eliza i jej mąż, Esben
Koppel, zginęli cztery lata temu, gdy nagły szkwał na Bałtyku położył
ich jacht na burtę, a wzburzone morze pochłonęło gdzieś na trasie do
Tallina.
To właśnie Eliza, wróciwszy przed laty ze stypendium w Bostonie z mężem
Estończykiem i nowo narodzonym synkiem, założyła kancelarię, korzystając
ze środków konserwatywnej rodziny Esbena. Ona też, z właściwą sobie
energią graniczącą z nadopiekuńczością, zmusiła młodszego brata, by ten
porzucił myśl o wojsku, skończył aplikację i do niej dołączył. Tak
powstała firma "Koppel i Szczerzec", którą po śmierci siostry Tomasz
prowadził dalej, wchłonąwszy portfolio jej klientów, specjalizując się w obsłudze prawnej spółek - pracy może i pozbawionej ekscytacji, ale za to
sowicie wynagradzanej.
Tego dnia mecenas Szczerzec wstał jak zwykle o siódmej. Ubrany w popielaty garnitur wyszedł z Dianą na spacer. Nigdy nie zostawiał psa
samego w domu. Prowadząc wyżlicę, wkroczył do biura punktualnie o dziesiątej. Przywitała go asystentka Monika.
- Dzień dobry, szefie!
- Dzień dobry, pani Moniko.
- Już biegnę po espresso dla pana.
- Dziękuję. Proszę się nie spieszyć.
Był to ich codzienny rytuał. Jego praca polegała głównie na spotkaniach.
W dni, gdy pracował sam w gabinecie, zwykle po południu robił przerwę i parzył kawę dla siebie i dla Moniki. Ten gest budził w niej
zakłopotanie, ale dla niego był wyrazem troski.
- Czy pani Joanna była rano w biurze i wzięła do sądu dokumenty
ESTIGAME? - zapytał, lekko unosząc brwi.
Młoda aplikantka w ostatnim czasie była rozkojarzona, co go nieco
irytowało.
- Tak, tak! Zabrała kompletne akta i pobiegła do taksówki - odkrzyknęła
Monika zza ekspresu, którego warkot na chwilę wypełnił recepcję.
Odbierając od niej filiżankę, posłał jej przyjazny uśmiech i wszedł do
gabinetu. Pies podążył za nim i od razu zajął miejsce na legowisku za
lampą. Tomasz odchylił się w fotelu i siorbnął łyk gorącej kawy, na co
Diana z dezaprobatą uniosła głowę. Szlachcianka, psia mać - pomyślał z rozbawieniem. Odstawił filiżankę i otworzył laptop. W poczcie znalazł
jedynie krótką wiadomość od aplikantki Joanny, podsumowującą jej
harmonogram na dzień. Wyglądało na to, że mimo roztargnienia miała
wszystko zaplanowane. Odetchnął z ulgą. Już miał otworzyć plik z dokumentacją, gdy usłyszał brzęczenie telefonu. Na ekranie wyświetliło
się nazwisko Grzegorza, kolegi, z którym dzielił pasję do górskich
wędrówek, a poza tym nie miał z nim prawie żadnego kontaktu. To było na
tyle niezwykłe, że Tomasz poczuł niejasne ukłucie niepokoju.
- Witam, Grzesiu! Co tam? - zapytał, starając się, by jego głos brzmiał
swobodnie.
- Cześć, Tomaszu! Słuchaj... - Mężczyzna zawiesił głos, a w tej krótkiej
pauzie Tomasz wyczuł napięcie. - Wiesz może coś o Karolu?
- O moim Karolu? - zdziwił się. - Widzieliśmy się jakiś miesiąc temu na
obiedzie. A dlaczego pytasz? Przecież on pracuje w twoim Instytucie.
- Niby tak, ale w nowym, niezależnym zakładzie, więc formalnie podlega
mi tylko administracyjnie i rzadko się widujemy. Dzwonię, bo Wojtek z kadr mnie o to poprosił. Karol od zeszłego tygodnia nie pojawił się w pracy.
Powietrze w gabinecie stało się ciężkie i nieruchome. Diana uniosła
głowę, wbiła w Tomasza przenikliwe spojrzenie błękitnych oczu.
- Jak to nie ma go w pracy? - zapytał, a własny głos zabrzmiał mu obco.
- W ostatnią środę wyszedł na lunch i po prostu nie wrócił. Nie odbiera
telefonu, nie odpisuje na maile, co jest do niego kompletnie niepodobne,
bo zawsze był niezwykle obowiązkowy. Jedna z praktykantek podeszła nawet
do jego mieszkania, ale nikt nie otworzył. Pomyśleliśmy, że może ty coś
wiesz.
Uporządkowany świat Tomasza, budowany latami z żelazną konsekwencją,
zaczął drżeć w posadach.
- Nic mi o tym nie wiadomo. Spróbuję się z nim skontaktować, a jeśli nie
odbierze, podjadę do jego mieszkania. Mam zapasowy komplet kluczy.
Oddzwonię do ciebie za godzinę.
- Dziękuję. To pewnie fałszywy alarm, ale... zastanawialiśmy się, czy
zgłosić to na policję.
- Najpierw sprawdzę na miejscu. W kontakcie.
Po zakończeniu rozmowy natychmiast wybrał numer siostrzeńca, lecz
usłyszał jedynie beznamiętny komunikat operatora. Wyjąwszy z szuflady
klucze, cicho zagwizdał na Dianę.
- Muszę wyjść. Wracam za godzinę - rzucił do zdziwionej Moniki, która
odprowadziła go pytającym spojrzeniem.
Szedł szybko, prawie biegł Mokotowską i Piękną, czując, jak z każdym
krokiem narasta w nim niepokój. Wpadł do klatki schodowej i pokonał
stopnie w kilku susach, po czym stanął zdyszany przed drzwiami
mieszkania Karola. Przekręcił klucz w zamku. Z wnętrza uderzył go ciężki
zaduch. W powietrzu unosił się zapach resztek pizzy zmieszany z wonią
przepoconych ubrań. Z niepokojem wszedł do środka i zlustrował pobieżnie
sypialnię, łazienkę i na końcu salon połączony z aneksem kuchennym.
Rozejrzał się po panującym tam bałaganie, aż jego wzrok padł na niski
stolik, na którym leżały jakieś kartki.
Podszedł bliżej. Nie wyglądało to na notatki do pracy. Kartki pokrywały
niezrozumiałe schematy składające się z kwadratów, trójkątów i poplątanych linii. Obok nich, nabazgrane nerwowym, pośpiesznym pismem,
widniały pojedyncze słowa. Tomasz pochylił się, mrużąc oczy i bezskutecznie starając się je odczytać.
Wyciągnął telefon, by starannie sfotografować kartki, z dojmującym
przeczuciem, że patrzy na coś niebezpiecznego. Czym ty się zajmujesz,
Karolu? - pomyślał, wybierając numer Grzegorza, ale włączyła się poczta
głosowa.
- Karola nie ma w domu - powiedział cicho, a zdanie to zawisło w zatęchłym powietrzu. - Nic nie wskazuje na to, żeby wyjechał. Idę na
policję zgłosić zaginięcie.
Dopiero wypowiadając ostatnie słowa, Tomasz zdał sobie sprawę, że jego
siostrzeniec naprawdę zniknął i że od rozmowy z Grzegorzem czuje
specyficzny, przenikliwy chłód. Był to ten sam rodzaj zimnego dreszczu,
który poczuł cztery lata temu, gdy w słuchawce telefonu usłyszał obcy,
pozbawiony emocji głos mówiący o wypadku na Bałtyku. Wyszedł z mieszkania i skierował się szybkim krokiem w stronę komendy na Wilczej.
Diana, czując napięcie pana, posłusznie trzymała się przy nodze, od
czasu do czasu podnosząc na niego uważny wzrok.
ROZDZIAŁ 3
wrzesień 1991, Tallin,
Estońska Socjalistyczna Republika Radziecka
Leida wróciła do domu późnym popołudniem,
czując w mięśniach przyjemne zmęczenie po treningu siatkówki, który
miała zaraz po lekcjach. Choć skończyła dopiero dwanaście lat, wzrostem
górowała nawet nad starszymi od siebie zawodniczkami, a trener
nieustannie powtarzał, że ma wrodzony talent i warunki do uprawiania
sportu. Leida najchętniej zamieniłaby szkolne ławki na salę treningową,
ale matematyka też sprawiała jej niekłamaną, intelektualną przyjemność.
Rodzice, będący naukowcami, twierdzili z kolei, że ma smykałkę do
języków i w ogóle jest ponadprzeciętnie uzdolniona i rozwinięta, co w dużej mierze było efektem ich specyficznych metod wychowawczych.
Nieustannie rozbudzali w córce ciekawość, od przedszkola podsuwając jej
różnego rodzaju łamigłówki i dając nieograniczony dostęp do potężnego
księgozbioru, który wypełniał ich dom. Dzięki temu Leida wyróżniała się
w tłumie rówieśników nie tylko wzrostem, ale także wiedzą i intelektem.
Rzuciwszy torbę z książkami i sportowym ubraniem na podłogę w przedpokoju, pobiegła do kuchni. Zawsze wracała z treningu głodna jak
wilk. Jej matka, Oksana, najczęściej przynosiła obiady z uczelnianej
stołówki, które po odpowiednim doprawieniu smakowały całkiem znośnie.
Podgrzewała je dla córki, a potem stawała obok i obserwowała, jak Leida,
siedząc przy małym kuchennym stole, zmiata wszystko z dużego talerza.
Dla matki zawsze była to okazja do zadania kilku pytań o szkołę,
koleżanki i inne codzienne sprawy, na które dziewczynka odpowiadała
zdawkowo, co matce zdawało się w zupełności wystarczać. Zresztą Oksana
też nie była wylewna. Z pewnością kochała córkę, ale nie potrafiła
okazywać matczynego ciepła, co współgrało z jej chłodną, posągową urodą.
Była wysoką, smukłą, jasną blondynką o wodnistych oczach, a z każdym
rokiem te same cechy uwidaczniały się u Leidy coraz wyraźniej.
Idąc do kuchni, by podgrzać sobie szczi, gęstą zupę z kapusty z dodatkiem mięsa, usłyszała dobiegający z gabinetu głos ojca. Rozmawiał z kimś po rosyjsku, więc domyśliła się, że mają gościa. Pomyślała, że to
pewnie któryś z jego kolegów z uniwersytetu, ponieważ matka wyjechała na
sympozjum do Kaliningradu. Poczuła ukłucie żalu, że ojciec nie zje razem
z nią, uwielbiała jego żarty i opowieści, a nade wszystko ciepły
uśmiech, którym potrafił przegonić wszystkie jej smutki. W głębi duszy
cieszyła się z kilkudniowej nieobecności matki, ponieważ mogła mieć ojca
tylko dla siebie. Stawiając talerz na stole, strąciła leżącą tam łyżkę.
Metal uderzył z brzękiem o kamienną posadzkę, a rozmowa w gabinecie
urwała się w pół słowa. Po chwili w uchylonych drzwiach stanął ojciec.
- Leida, to ty, córeczko? - spytał.
- Tak, tatku, jem szczi. Może chcesz trochę?
- Nie, dziękuję, kwiatuszku. Nie jestem głodny. Przyjdź do nas, gdy
skończysz, dobrze?
- Jasne, zaraz wpadnę! - odkrzyknęła i schyliła się po łyżkę.
Zupa była sycąca, gęsta od poszatkowanej kapusty, pokrojonych w grubą
kostkę warzyw i ziemniaków, a pasta pomidorowa nadawała jej intensywnie
czerwony kolor. Leida dodała na wierzch kleks kwaśnej śmietany i zaczęła
jeść niespiesznie, delektując się każdą łyżką. Gdy skończyła, umyła
naczynia, obmyła twarz pod kranem i wytarłszy ją wierzchem dłoni,
ruszyła do gabinetu.
Jej tatko, Lew Siergiejewicz, pracował na uniwersytecie, będąc
jednocześnie wysokiej rangi funkcjonariuszem partyjnym, i dzięki tym
przywilejom zapewnił rodzinie przestronne mieszkanie w jednej z uroczych
kamienic na obrzeżach tallińskiego Starego Miasta. Na stu pięćdziesięciu
metrach mieściły się trzy sypialnie, salon i wypełniony książkami po
sufit gabinet, w którym ojciec często się zamykał. To przebywanie w odosobnieniu nasiliło się zwłaszcza minionego lata. Gabinet zamienił się
w prawdziwą enklawę, opuszczaną niechętnie i zazwyczaj tylko na
wieczorny posiłek.
Lew Siergiejewicz, Rosjanin i członek KPZR, nie przywiązywał wagi do
przynależności narodowej; jego ojczyzną był Związek Radziecki, a komunizm stanowił wiarę i życiową powinność. Taka postawa w naturalny
sposób przełożyła się na karierę naukową, w ramach której rozwijał idee
internacjonalizmu. Gorliwe podejście zapewniło mu stanowisko zastępcy
sekretarza w biurze politycznym okręgu moskiewskiego, a później
nominację profesorską. W ramach współpracy naukowej często gościł u siebie zagranicznych uczonych, głównie z krajów demokracji ludowej, i zawsze nawiązywał z nimi ciepłe relacje. Jego doktoranci także darzyli
go sympatią, a z racji urody i wzrostu, które przywodziły na myśl
sławnego aktora Wiaczesława Tichonowa, doktorantki przezywały go
"Stirlitzem".
Gdy przyszłość zapowiadała się niezwykle obiecująco, wydarzyło się coś
niewytłumaczalnego: komuś na samej górze towarzysz profesor przestał się
podobać. Nigdy się nie dowiedział, czym podpadł, choć podejrzewał, że
prawdopodobnie jego moskiewski awans był przedwczesny. W ostatnim dniu
rządów Breżniewa został oddelegowany do towarzyszy estońskich, by
kierować organizacją partyjną na uniwersytecie w Tallinie.
Tę nagłą decyzję przyjął ze spokojem. Wierzył w swoją szczęśliwą
gwiazdę, która najwidoczniej świeciła mu jasno, bo już w pierwszym
miesiącu w Tallinie poznał młodą doktorantkę, towarzyszkę Oksanę
Ivarowną, córkę wiceprzewodniczącego rady miejskiej. Ktoś mógłby
powiedzieć, że rodzinne koneksje pięknej Oksany wzmocniły rodzące się
uczucie, ale jego miłość była autentyczna. Znalazł swoje szczęście w Tallinie, tak odmiennym od monumentalnej Moskwy. Wygnanie na prowincję
okazało się błogosławieństwem. Zanim nadeszła zima, Lew i Oksana złożyli
przyrzeczenie małżeńskie, a w prezencie od rady miejskiej otrzymali
przydział na mieszkanie.
Burzliwe wydarzenia polityczne, jakie w ciągu ostatnich miesięcy
przetoczyły się przez ZSRR, pozbawiły go wszystkiego, w co wierzył.
Matuszka partia zakończyła swój żywot, a jego ojczyzna rozpadła się na
dziesiątki niezależnych kraików. Najbardziej bolesne było to, że rozkład
zaczął się od Estonii. Lew nie potrafił się z tym pogodzić...
Leida stanęła przy ojcu; mimo tak młodego wieku niewiele ustępowała mu
wzrostem. Naprzeciwko nich stał mężczyzna o azjatyckim wyglądzie.
- Pamiętasz, kwiatuszku, towarzysza profesora Parka? - Lew zapytał po
rosyjsku, co było dla Leidy sygnałem, w jakim języku będzie prowadzona
rozmowa.
Dziewczynka wpatrywała się w mężczyznę ubranego w zwyczajny ciemny
garnitur z przypiętym do klapy złotym znaczkiem z wizerunkiem Kim Ir
Sena. Zlustrowała jego zaczesane do tyłu, siwiejące na skroniach włosy i nieśmiały, nieco chytry uśmiech. Zmarszczyła brwi, usiłując sobie
przypomnieć, gdzie mogli się spotkać.
- Lody malinowe, Leningrad, twoje siódme urodziny... - podpowiedział Park,
wymawiając malinowoje morożenoje ze śmiesznym akcentem i odsłaniając
przy tym rząd złotych zębów.
Leidzie stanął przed oczami obraz z przeszłości, na którym zabawny
mężczyzna próbuje wytrzeć amarantową plamę z białej koszuli.
- Wujek Lan! - wykrzyknęła z satysfakcją, po czym zaczerwieniła się ze
wstydu na wspomnienie, jak zabrudziła mu ubranie. W prezencie
urodzinowym dostała wtedy od niego przypinkę koreańskiego pioniera, z której tak się cieszyła, że aż podskakiwała z radości, co skończyło się
wylądowaniem lodów malinowych na koszuli wujka.
Lan Park i ojciec Leidy roześmiali się na widok jej reakcji.
- Na lody dziś nie mamy czasu, ale bardzo się cieszę, że mogę cię
zobaczyć. Wyrosłaś na piękną pannę! - powiedział z podziwem Park.
- Oj tak! - odrzekł Lew. - Wybujała nam tego lata bardzo, może nawet za
bardzo.
- Takie geny. - Uśmiechnął się Lan, myśląc, że Leida odziedziczyła po
Zajcewach nie tylko wzrost i urodę, ale zapewne także właściwą postawę.
- Masz jeszcze znaczek pionierów koreańskich? - spytał sondująco.
- Tak, wujaszku, cały czas trzymam go na biurku! - odpowiedziała z niekłamaną dumą.
Towarzysz Park uśmiechnął się, mrużąc oczy.
- To dobrze... Musimy trzymać się razem!
Jej ojciec pokiwał głową z posępnym uśmiechem. Nadchodzące czasy
zapowiadały trudne zmiany, które miały całkowicie odmienić jego świat.
Przyznawał rację towarzyszowi Parkowi, że przetrwać można poprzez
zwarcie szyków. Oby jego córka to zrozumiała...
- No, na mnie już pora. Do widzenia, Lwie Siergiejewiczu, mam nadzieję,
że do zobaczenia wkrótce. - Park wyciągnął żylastą dłoń.
- Byle prędko! - odparł ojciec, serdecznie potrząsając jego ręką.
- A my wstrietimsia wnow' - rzucił gość, unosząc dłoń w geście
pożegnania pod adresem dziewczynki, po czym wyszedł z gabinetu.
Lew Siergiejewicz odprowadził go, szepcząc w korytarzu niezrozumiałe dla
Leidy słowa. Została sama w nagle opustoszałym pokoju. "Znów się
spotkamy" - w jej uszach wciąż brzmiał głos wujaszka Lana. Wtedy nie
wiedziała, że w przyszłości tych spotkań będzie wiele.
ROZDZIAŁ 4
wtorek, 20 sierpnia,
Warszawa
Od dobrych piętnastu minut Joanna stała na
chodniku przed biurem swojej klientki. Z niechęcią myślała o spotkaniu z szefową ESTIGAME, zwłaszcza że musiała się przyznać do popełnionego
błędu. Wyobraziła sobie jej przeszywający wzrok i sposób, w jaki
wykrzywia usta, demonstrując niezadowolenie zmieszane z ironicznym
politowaniem. Każdy inny klient przyjąłby ze spokojem, że pomyliła daty.
I cóż z tego, że wyrok zapadnie z miesięczną obsuwą, skoro będzie
korzystny dla firmy? Zamknęła oczy i zaaplikowała sobie kilka głębokich
wdechów. Poczuła powracający spokój. Spojrzała na swoje odbicie w lustrzanej szybie budynku. Biała bluzka, ciemna spódnica do kolan i klasyczne czółenka nadawały jej wygląd profesjonalistki. Ufarbowane na
czarno włosy upięła w koczek. Poprawiła zsuwające się z nosa okulary w grubych oprawkach i zwilżyła czubkiem języka usta. Była gotowa.
Był to jeden z tych kilkupiętrowych biurowców na górnym Mokotowie, które
coraz ciaśniej upakowywano wokół Pola Mokotowskiego. Przed pandemią było
to atrakcyjne miejsce, lecz w wyniku lockdownów wiele się zmieniło.
Firmy zaczęły redukować powierzchnię biur. Budynek, w którym mieściła
się siedziba ESTIGAME, nie stanowił wyjątku - w większej części stał
pusty.
Przeszklone drzwi otworzyła szefowa firmy, Leida Zajcewa, wysoka,
szczupła blondynka z krótko obciętymi włosami i niemal przezroczystymi
niebieskimi oczami. Wysportowana sylwetka czterdziestolatki dominowała
nad drobną postacią młodej aplikantki. Leida wyciągnęła na powitanie
smukłą, lecz silną dłoń.
- Good afternoon, Ms. Żelko. - Jej głos, choć wysoki, był jakby
odrobinę mechaniczny.
- Good afternoon - odpowiedziała Joanna, odwzajemniając uścisk z siłą,
która miała zamaskować jej brak pewności siebie.
Na początku spotkań z ludźmi na stanowiskach była zazwyczaj nieco
speszona, lecz po kilku chwilach zawsze odzyskiwała rezon. Jej strategią
było unikanie pogaduszek i skupienie się na faktach, szczegółach i przepisach. Miała genialną pamięć i w znajomości kodeksów była
mistrzynią.
- Zapraszam do konferencyjnej. Kawy?
Joanna nie umiała odmówić kubka parzonej w ekspresie przelewowym,
ciemnobrązowej cieczy, którą tutaj nazywano kawą. Podążyła za granatowym
T-shirtem Leidy, na którym żółty napis oznajmiał, że nosi go "busyness
woman". Ciekawe, jak się ubiera po godzinach? - pomyślała. W głębi
serca trochę zazdrościła Leidzie, że może przychodzić do pracy w dżinsach, podczas gdy ona sama musi codziennie wkładać prawniczy
mundurek. Dopiero po powrocie do domu, gdy przebierała się w miękki
różowy dres, czuła się naprawdę sobą. Pichciła na parze coś zdrowego, a potem, siedząc na ogromnej sofie i słuchając ballad Nicka Cave'a,
dłubała widelcem w ręcznie robionej misce.
Przejście do salki konferencyjnej wymagało lawirowania między biurkami,
które - zastawione wielkimi monitorami - sprawiały wrażenie opuszczonych
stanowisk kontroli lotów. Tylko przy nielicznych siedzieli młodzi
ludzie. Wpatrzeni w ekrany, z palcami śmigającymi po klawiaturach i słuchawkami na uszach, całkowicie nieobecni, wyglądali jak hologramy.
Leida przystanęła przy zaparzaczu i napełniła dwa porcelitowe kubki.
Usiadły przy niskim stole.
- Jakie wieści z sądu? - spytała, patrząc na Joannę zimnymi, wodnistymi
oczami.
Aplikantka odgarnęła z twarzy niesforny kosmyk i odwzajemniła
spojrzenie.
- Pozwu byłego pracownika nie udało się oddalić. Będzie pani musiała
stawić się osobiście na rozprawę wraz z tłumaczem przysięgłym.
- Jeśli trzeba, chętnie rozszerzymy pełnomocnictwo...
- Tak się nie da. Pełnomocnik nie może składać za panią zeznań.
- Okej - westchnęła Leida. - Nie sądziłam, że przy całej naszej
filozofii zero hate ktoś może nas pozwać za mobbing.
- Sprawa jest do wygrania, pani Leido. Mamy twarde dowody, że wasz były
pracownik używał niedopuszczalnego w firmie języka nienawiści i...
- Tak, tak, wiem - przerwała jej obcesowo. - Wydaje mi się, że to
wszystko wyjaśniliśmy już sądowi na piśmie, czyż nie?
Joanna spuściła wzrok i zaczęła nerwowo skubać koniuszki palców.
- No właśnie... Niestety pismo złożyłam w biurze podawczym dziś rano i...
- Jak to "dziś rano"? Przecież omawiałyśmy je przed tygodniem! - Zimny
wzrok Leidy stał się lodowaty.
Dziewczyna zebrała w sobie całą odwagę.
- Spotkałyśmy się w środę po południu, a następnego dnia zaczynał się
długi weekend. Byłam przekonana, że ostateczny termin dostarczenia pisma
mija dzisiaj, lecz niestety upłynął wczoraj. Zwyczajnie źle to
oznaczyłam w kalendarzu. To mój błąd, za który bardzo przepraszam.
Zapadła ciężka cisza. Leida wpatrywała się w sufit, a Joanna udawała, że
pisze coś w notesie.
- Dobrze, zostawmy to - powiedziała w końcu szefowa ESTIGAME; w jej
głosie pobrzmiewało znużenie. - Ja też spędziłam weekend na daczy w Pomiechówku. Kiedy ta rozprawa?
- Sąd dopiero wyznaczy termin, przypuszczam, że za tydzień lub dwa. Do
tego czasu nasze pismo i tak powinno zostać rozpoznane, więc to będzie
tylko formalność.
Leida zrozumiała, że sprawa, choć się odwlecze, skończy się po jej
myśli, i skwitowała to kiwnięciem głowy. Był to sygnał, że spotkanie
dobiegło końca. Joanna zerknęła na zegarek i podniosła się z krzesła.
Przez cały ten czas Leida wydawała się jej nieobecna i poirytowana, więc
bez ociągania wyszła z biura.
Znalazłszy się na klatce schodowej, odetchnęła z ulgą. Co za historia!
Nigdy nie zdarzały jej się takie wpadki. No, raczej prawie nigdy, ale to
było dawno temu. Teraz jest dorosła i poważna. Ma chłopaka, który... który
gdzieś się urwał. Zniknął bez słowa, a przecież się nie pokłócili. Czy
można tak poważnie traktować przekomarzanie się na temat zdrowego
jedzenia? Spokojnie tłumaczyła mu, że choć nie je mięsa, to kebab z sejtanu i frytki nie czynią go zdrowym. Karol nazwał ją dietetyczną
terrorystką, a ona, niby grożąc, zapowiedziała, że w długi weekend
będzie go karmić sałatkami. Odpowiedział na odczepnego: "Okej,
zobaczymy". Nie miał powodów do obrażania się!
Wieczorem nie odpowiedział na jej "hejkę" na WhatsAppie, następnego
ranka w dniu planowanego wyjazdu telefon nadal milczał. Po południu
zadzwoniła ponownie. Skutek był taki sam. W końcu się poddała. Nie to
nie! Dziwaczny sposób na zerwanie, ale niech będzie, jak chcesz...!
Poznali się przed miesiącem, kiedy Karol przyszedł do kancelarii po
wujka. Spotkanie Tomasza się przedłużało, więc Karol wszedł do dawnego
gabinetu swojej matki. Nie wiedział, że wuj zatrudnił aplikantkę. Stanął
w progu, zaskoczony widokiem kruczowłosej, szczupłej dziewczyny. Ona też
spojrzała na niego. Zaczęli rozmawiać i początkowa wymiana uprzejmości
przerodziła się we flirt. Umówili się na wyjazd na Mazury na długi
weekend. Piękne plany rozsypały się w jednej chwili.
Przez cały ten czas nie mogła przestać o nim myśleć, a w końcu zaczęła
się obawiać, że stało się coś złego. Pokonując ostatnie stopnie,
rozpaczliwie krzyczała w myślach: Karol, gdzie jesteś? Postanowiła, że
jutro porozmawia z panem Tomaszem. W końcu zniknięcie Karola jest
ważniejsze niż ukrywanie przed szefem, że się spotykają, a przede
wszystkim miała nadzieję, że on jakoś logicznie wyjaśni milczenie jej
faceta.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki